4 listopada 2017

Dyniowe placuszki na jesienne pocieszenie

Jesień już zaawansowana. Mgła, zimna rosa, mżawki. Z rzadka pokazuje się słońce, na krótko. Kozy wykorzystują każdą taką pogodną chwilę, aby zajadać jeszcze ostatki z pastwiska, a jak się da uciec, albo wypuszczą łaskawie, to buszować po lesie za liśćmi i gałązkami poszycia. Takiego dnia dają wyraźnie więcej mleka. Kiedy w deszczowy czas stoją tylko na sianie i owsie, ilość urobku maleje znacznie. Od jakiegoś czasu doimy jedynie raz dziennie, rano. Przeszłam już zatem tylko na twarogi (częściowo skarmiam je młodzieży indyczej i czupurkom oraz kotu, który go uwielbia, częściowo przyrządzamy z niego od czasu do czasu sernik, a częściowo idzie do zamrażarki na zimową porę, gdy mleka już nie będzie), twarożek podpuszczkowy, który przyprawiam wedle aktualnej fantazji smakowej i zjadamy na bieżąco, kefir albo jogurt, a z rzadka serki świeże podpuszczkowe, które w nadmiarze dojrzewam do kilku tygodni, na smakołyk.
I choć Anna przeszła na częste robienie swego ulubionego rosołu z wolnowara z kawałków wyhodowanych przez nas latem kuraków, kaczek albo indyków z dodatkiem kości koźlęcych, to muszę zaznaczyć, że jakoś specjalnie mięsożernie się nie odżywiamy, o co nas pewnie wielu mieszczuchów podejrzewa. Można powiedzieć, że utrzymujemy równowagę mięsno-warzywną i lubimy robić sobie dni wegetariańskie. W naszym domu nie uświadcza się sklepowych wędlin, chyba, że weźmie nas ochota i same takową przyrządzamy, co wypada jakieś dwa razy w roku. Poza tym posiłki, wierzę, że dlatego, iż z produktów naprawdę naturalnych, świeżych i pełnowartościowych są dla mnie całkowicie sycące i często wystarczają mi dwa dziennie. Nie licząc wieczornego napitku, takiego czy siakiego, ale na bazie soków owocowych własnej roboty, czy nazbieranych i ususzonych ziół.

Z tej okazji podrzucam przepisy na dwa rodzaje placków, które ostatnio bywają na naszym stole w porze obiadu.

Placuszki bezglutenowe z dynią, na słodko

Składniki:
Szklanka mąki bezglutenowej dowolnie wybranej lub pomieszanej z różnych rodzajów, w tym także z odrobiną kokosowej
Szklanka startej na średniej tarce dyni, ulubionego rodzaju
(Zaczęłam eksperymentować z proporcjami i doszłam do wniosku, że wolę, gdy jest nieco więcej dyni, niż mąki)
Kilka łyżek kefiru domowego albo zsiadłego mleka
3-4 jaja
Łyżeczka cukru, szczypta soli, odrobina sody oczyszczonej do spulchnienia

Składniki trzeba wymieszać na jednolitą lejącą się naleśnikową masę i smażyć, najlepiej na oleju kokosowym. Lać z łyżki na gorący olej i smażyć do zrumienienia, krótko po obu stronach niewielkie placuszki.

Podawać z twarożkiem zrobionym na słodko (z żółtkiem jaja i cukrem), z ulubionym dżemem albo pasteryzowanymi jagodami z odrobiną śmietanki, przyprószonymi lekko cukrem pudrem.

Placuszki ziemniaczano-dyniowe

Składniki:
Kilka startych na średniej tarce ziemniaków
Taka sama ilość startej dyni
Posiekana cebula
3-4 jaja
Odrobina soli i pieprzu mielonego, dla koloru można dodać kurkumy
Jeśli masa jest zbyt rzadka można ją zagęścić odrobiną mąki ziemniaczanej

Łączymy wszystkie składniki, mieszamy na jednolitą masę i smażymy nieduże placuszki na rozgrzanym smalcu, z obu stron.

Te placki smakują podobnie do ziemniaczanych, ale są od nich delikatniejsze i szybciej się je przyrządza. Podaje się tak, jak ziemniaczane. Czyli albo w wersji na słodko, ze śmietanką i cukrem, albo z sosem grzybowym czy keczupem, popijając kefirem, jogurtem lub nawet zimnym słodkim mlekiem (co osobiście przedkładam nad wszystko).

27 października 2017

Jesienne kotlety z opieniek

Zdarza się jeszcze tego listopadowego października, że wśród wilgoci i mgieł pokrywających kolorowe paździerze i usychające trawy wzrok padnie na jakąś brązową kupkę liści, a one okazują się kryć w sobie smaczną tajemnicę. Opieńki. Łatwe do nazbierania, bo rosną gromadkami na starych pniach. Tak, więc należy coś z nich przyrządzić, aby łup się nie zmarnował.


Anna przyniosła zasobnik opieniek, nazbieranych w naszym ogródku, daleko nie trzeba było chodzić. A zostawić żal. Zatem na obiad były dzisiaj kotlety opieńkowe.

Kotlety z opieniek

Składniki:
Opieńki
Gotowane uprzednio ziemniaki
1 spora cebula
2-3 jaja
Przyprawy
Trochę mąki, ja stosuję bezglutenową i tego się trzymam.
Tłuszcz do smażenia.

Opieńki należy najpierw obgotować przez kilka minut i odsączyć.
Następnie mielimy grzyby, cebulę i ugotowane ziemniaki w maszynce na równą masę. Jeśli brak maszynki, żaden problem. Można grzyby i cebulę drobno posiekać nożem, a ziemniaki utłuc.
Proporcje grzybów do ziemniaków powinny być 1:1, ale gdy grzybów jest nieco więcej można dodać mąki, aby masa była bardziej zwarta.
Wbijamy jaja. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem prawdziwym oraz dla lepszego i zdrowszego trawienia (w końcu to grzyby!) kurkumę z solidną garścią majeranku.
Na koniec formujemy z masy kotlety, które obtaczamy w mące (komu się chce, może zrobić na bogato w panierce, której ja ze względu na gluten nie przyrządzam) i smażymy na rozgrzanym tłuszczu, najlepiej smalcu z obu stron. Gotowe!

Podajemy ciepłe, z dodatkiem jesiennych sałatek i domowego keczupu. Pasują do nich świetnie ćwikła z chrzanem, świeża kwaszonka, kiszona kapusta albo kiszony ogórek.
Na popitkę świeży domowy kefir z koziego mleka schłodzony w lodówce.

22 października 2017

Nieoczekiwana zmiana płci

Zdarzają się takie historie w chłopskich zagrodach od wieków, tysiącleci. Rzadko, bo rzadko, jednak nie można powiedzieć, że to rzeczy niespotykane. Dziwne o tyle, że rzadkie. Niemniej natura tego wydaje się naturalna i w jakiś sposób wpisana w ewolucję stad i gatunków.
W naszej bywały już podobne historyjki. U kóz, ale i u drobiu również. Pewnego razu kogut zmienił się z piejącego czupurnego kukuryka w opiekuńczą kurę, która młode kurczęta, po odstawieniu przez kwokę pod swoimi skrzydłami długo jeszcze hołubiła. Bywały kogutki, które w wyniku jakiejś choroby traciły wigor, i służyły za kochanki dla prawdziwych samców. Czasem jakiś młody koziołek zakochiwał się na zabój w dominującym samcu w stadzie i przez jakiś czas obaj stanowili nieodłączną parę. Co nie przeszkadzało mu później we zwrocie ku płci przeciwnej, gdy dorósł.
Teraz jednak owa historia wydarzyła się kaczkom.


Są trzy kaki, kupione latem u rolnika, jako kaczor z dwiema żoneczkami. Na rozmnożenie w przyszłym roku. Kaczor rzeczywiście umaszczony inaczej, z zieloną szyją, dwie kaczki w kolorze jasnego brązu, wyraźnie inne. Jak dotąd nic się nie działo. Kaczor adorował obie kaczusie, a one jego, jak Pan Bóg przykazał. A jednak, nastąpiła nieoczekiwana zmiana płci.
Najpierw zauważyłam, że kaczki są dziwnie rozgadane i dyskusjom między nimi końca nie było. Gwarzyły ze sobą głośno i namiętnie nawet późnym wieczorem i wczesnym rankiem, przed wypuszczeniem z kaczarni, za którą stodółka robi. Jak nigdy.
Potem jedna kaczka zaczęła wyraźnie odstawać. Zawieruszała się to tu, to tam. Krzycząc po kaczemu za stadem, ale bezowocnie. A gdy udało mi się je połączyć, ku swojemu zdumieniu zobaczyłam, że kaczor z zawziętością odpędza drugą kaczkę.
- Porąbało go, czy co? - zaczęłam się zastanawiać, i dalejże obserwować ptaki, co zamierzają.
Kaczor oprócz tego, że zaczął paradować tylko z jedną żonką, odpędzać drugą, to jeszcze zrobił się agresywniejszy w stosunku do innego drobiu. Walczył z kogutem zieloną nóżką i młodą indyczką, aż go dorosła indyczka przepędziła, ciągnąc mocno za kuper.
W końcu wczoraj, przy zapędzaniu wszystkich trzech kak do kaczarni oświeciło mnie. Druga kaczusia bowiem wydała mi się nagle jakaś inna. Jakby nieco większa, kolory jej się wyostrzyły, szyja wydłużyła...
- To są dwa kaczory! - odkryłam zagadkę niezgody.
Choć... tak do końca nie wiem. Bo może po prostu kaczusia jest innej orientacji, taka kaczka dziwaczka. Jakiś czas starała się być kaczką, jak należy, ale jej natura stała się inna i nie wytrzymała. Dokonała commin-outu i została Kakiem. Jest więc teraz Kaczor, Kaka i Kak. Całą sprawę jednak da się chyba ustalić dopiero przy przemianie na pieczyste.

11 października 2017

Cukinia na słodko-kwaśno

Spełniam obietnicę. Na dworze siąpi, czasem mocniej pada, lecą z hukiem żołędzie z dębów, w piecu napalone, więc można zająć się przyjemnościami. Oto przepis na przetwór z cukinii.



Cukinia na słodko-kwaśno

Składniki:
2 kg cukinii, najlepiej takiej wąskiej długiej, ale z grubszej też się da coś wykrzesać.
2 łyżki soli.
1 szklanka octu jabłkowego, w tym z dodatkiem 1/4 spirytusowego, dla wzmocnienia kwaśności. Sam jabłkowy też jest fajny, daje jednak słodszy i łagodniejszy smak, poza tym przetwór może gorzej się przechowywać.
2 szklanki cukru. Jeśli ktoś chce na samym occie jabłkowym przyrządzić cukinię, to radzę nieco mniej cukru.
1 łyżeczka mielonego pieprzu czarnego.
Kilka ziarenek ziela angielskiego i liści laurowych.

Przyrządzenie:
Cukinię kroimy na cienkie plastry, ok. 3 mm grubości, podobnie jak się kroi ogórki do mizerii. Jeśli cukinia jest grubsza i starsza radzę zetrzeć ją na grubej tarce, takiej do kapusty. Wychodzą cienkie płatki, które też fajnie się zjada. Mieszamy je z solą i pozostawiamy w misce na 12 godzin w chłodnym miejscu, albo w lodówce.
Gdy ten czas minie gotujemy w garnuszku zalewę ze szklanki octu, z cukrem i przyprawami. Gorącą zalewamy cukinię (która puściła już miły soczek) i pozostawiamy całość na 2 godziny, aby się przegryzła. Potem przekładamy wszystko do garnka i zagotowujemy na 5 minut.
Gorące rozkładamy do wyparzonych słoiczków dowolnej wielkości. I pasteryzujemy przez 5 minut.

Aby sobie pracę usprawnić, najlepiej skroić i zasolić cukinię wieczorem, a resztę dokończyć rano następnego dnia.

Smacznego!

9 października 2017

Dyniowe indorkowo

Zaległe zdjęcia. Najpierw ostatnie zbiory ogrodowe. Latoś dynia mniej obrodziła, niż w zeszłym roku. Wpłynęła na to zimna wiosna, potem susza, która spowolniła owocowanie. Niemniej sztuk ponad setkę udało się zmagazynować na poddaszu, reszta w postaci niewielkich i niedojrzałych jeszcze kulek i piłeczek skarmiana jest na bieżąco ptakom i kozom.


Cukinia, jeszcze nieprzerobiona. O przepisie na cukinię słodko-kwaśną pamiętam, w przeciwieństwie do Anny, która go właśnie zapodziała. Myślę, że zdążę go odnaleźć i wam podać, nim te smaczne warzywka się skończą..


Na koniec nasz indor lawendowy. Obiecałam i pokazuję. Ma krawat, choć nie chciał, uparciuch zapozować bardziej malowniczo i wyraźnie.


28 września 2017

Zrównoważony czwartek

Słońce w znaku Wagi, jak widać i czuć niesie bardziej suchą i ciepłą pogodę, niż przyniosła była Panna. Przyglądałam się owej kwadraturze Merkurego do Saturna, która tak nam namieszała mechanicznie, pod względem pogody, ale nie spowodowała klimatycznej awarii, oprócz tego, że dzień wtedy spochmurniał i ochłódł, ale znośnie. Niemniej już Mars szykuje się następny do kwadratury z Saturnem, kulminacja będzie od 10-11-12 października i spodziewam się wtedy przymrozków nocnych i ogólnie spadku temperatury, bo to planeta ekstremalna. Pożywjom obaczym.
W każdym razie oprócz ćwiczeń z astrologii staram się (wespół zespół) jeszcze przetworzyć na zapasy to, co się da przetworzyć. Najpierw poszły do gara buraki z ogródka, wyszła pyszna sałatka i wylądowała w piwniczce. Ostatnia porcja keczupu, dość spora. Oraz cukinia na słodko-kwaśno, pyszna. Postaram się dać wkrótce szczegółowy przepis, bo dziś po raz pierwszy spróbowałam przy obiedzie i rzeczywiście, rewelka.

Na koniec spodziewana niespodzianka. Santa Klaus zajechał dziś na stację i został zdiagnozowany. Nie obyło się bez wskazówek, co koniecznie trzeba w nim zrobić, aby przeszedł egzamin na drugi rok, ale szef podbił kartę. Niemniej, wiedząc już, że dni naszego auta są krótsze, niż dłuższe musimy się sprężyć z zakupem nowego. I o tym Księga również wspomniała.
- Patrz, jak to miło załatwiać sprawy w dniu, gdy ma się harmonijny Księżyc. Nawet w kłopotach znajdzie się rozwiązanie i dobra rada, a urzędnicy są mili - stwierdziłam, wsiadając do samochodu.
- Niby tak - odpowiedź. Zawsze nie do końca przekonanej sceptyczki.

26 września 2017

Dziwna radość wróżbity

Taka wczoraj rozmowa.
- Mam tydzień czasu, żeby załatwić przegląd samochodu. Powróż mi, jak pójdzie. I kiedy najlepiej jechać na przegląd.
Zaglądam w uczoną księgę, czyli efemerydy planetarne i widać tego dnia kwadraturę Merkurego do Saturna, następnego Księżyc w Strzelcu w kwadraturowych układach prywatnych.
- Dziś i jutro odpada. Same kłopoty. Wstrzymaj się do czwartku.
- Dobrze, ale czy się uda. Od tego zależy kilka rzeczy.
- Rzuć monetami.
Rzut, sześciokrotny, trzema.
- Hm. 35.1.2 na 38. Dziwne. Pojedziesz, ale nie dojedziesz? Jakaś stara babcia ci pomoże.
- Gadasz od rzeczy.
- To rzuć jeszcze raz. Przegląd się uda, czy nie. Konkretnie.
Rzut znowu trzema, sześciokrotnie.
- O, pięknie, 21.4.5 na 42. Przegryziesz się pomyślnie przez procedury i będzie można zainwestować... Ale o czym w takim razie była pierwsza wróżba? Pierwsza linia się zmienia, pewnie dowiemy się bardzo szybko.
- Uff, dzięki. Od tego zależy, czy włożę pieniądze w tego grata, czy w nowego. A teraz jadę do skupu z grzybami.
Wyjeżdża z garażu, staje za bramą, aby ją zamknąć. Ale widzę przez okno, że wysiada i zagląda pod maskę. Wyskakuję z domu. Co się stało?
- Pasek poszedł, patrz, jak wiruje. Zawracam.
Wjechała z powrotem do garażu. Wypakowała skrzynię grzybów. Zapakowała do torby. Wyciągnęła stary rower, przymocowała torbę do bagażnika.
Radość wróżbity w nieszczęściu taka oto:
- Wniosek taki, że przy kwadraturze Merkurego do Saturna nie należy w ogóle wyjeżdżać z garażu. Oraz to, że nasze wioskowe babcie mają najlepsze rozwiązanie w takim wypadku, gdy trzeba do skupu. Wielocyped!
Co pokazała jeszcze Księga? Jakim cudem nasz stary rzęch przejdzie egzamin w czwartek?
Jednak wszystko ma się rzeczywiście ku dobremu. Miejscowy mechanik, dzięki tej samej kwadraturze miał przestój z braku klientów. Zreperował Santa Klausa w ciągu kilku godzin. Poszedł pasek rowkowy, nic strasznego na szczęście...

22 września 2017

Gustowny Gucio

Mży i mgli oraz dżdży na przemian. W przerwach między robieniem przetworów i serów oraz dokarmiania gadziny domowej i przydomowej, studiuję astrometeorologię. Dzisiaj równonoc jesienna o 22.02 wypada, wypada więc zacząć szczegółowe obserwacje pogodowo-planetarne, aby choć na tym w życiu dobrze się poznać. Jeśli uda mi się coś odkryć na przyszłość w dziedzinie pogody nie omieszkam dać znać.

Tymczasem kozom wsio rawno, byle można było się dobrze najeść. Ich pani wciąż uskutecznia namiętne grzybobranie przy okazji ich wypasu, nie mają źle, snując się po opłotkach i okolicznych gęstwach leśnych. Spadają już liście, jeszcze zielone, a kozy bardzo to lubią, bo wystarczy się schylić, żeby brzuch wypełnić. Na pastwisku zaś gromadnie kanie i prawdziwki wyległy...


Oto i Gustowny Gucio, szefunio, półtoraroczny kozioł. Grzeczny, dobrze wychowany, uległy i łagodny w obejściu. Można spokojnie go kiełnać, nawet taka słaba baba jak ja to potrafi. Bezrogi, z domieszką rasy anglonubijskiej i alpejskiej. Nie skacze na człowieka i nie bodzie bez sensu. Choć muskularny i przepychać się przysłowiowymi łokciami potrafi. Kozy go szanują.


Z tej perspektywy lepiej widać jego reproduktorskie walory. Gdyby ktoś chciał kupić, niech daje znać. Jeszcze ma szansę ma przedłużenie żywota. Jako ojciec sprawdził się już dwukrotnie w całym stadzie, radzi sobie i dzieci zabawne powołuje. Raz rogate, raz bezrogie, uchate a jakże też.

17 września 2017

Grzybne hobby

Okres wzmożonego grzybobrania trwa już od dłuższego czasu. Pogoda mokra i maksymalnie wilgotna, sprzyja wysypowi. Wygląda to tak, że opuszczone przez dotychczasowych masowych zbieraczy lasy okoliczne pełne są grzybnego dobra różnego rodzaju wręcz bez ograniczeń. Anna wychodzi codziennie przed południem niby paść kozy przy lesie, a sama daje się wciągnąć przez duszki leśne tak mocno, że po dwóch godzinach wraca dźwigając wiadro pełne grzybów. Albo wpada w międzyczasie po drugie wiadro, bo jej się zbiory nie mieszczą.


Po co nam to? Ano zdecydowanie po nic. Pewien zapas marynat grzybowych został zrobiony, kilka potraw zjedzonych, chwacit, chciałoby się rzec.
Jednak dusza leśnego człowieka, która się w Annie obudziła nie chce odpuścić.
- To grzech grzyba nie podnieść, jak staje ci na drodze! I sam się pcha do wiadra! - tłumaczy, widząc moją minę.

Zatem czyści i suszy swe zbiory pracowicie w piecu chlebowym i na blasze. A resztę sprzedaje w skupie za grosik. Bo ceny grzybów już mocno spadły. Podgrzybek dwa dni temu był po 5, kurka po 6 złotych za kilogram. Mimo to uzbierała już ponad stówkę oszczędności. Przynajmniej na tyle owo grzybiarskie hobby się opłaca.

12 września 2017

Czuby i kaki

Jedno z czupurków. Prawda, że zabawne czupiradełko? Z błękitnymi nóżkami.


Podobnie zabawne są na podwórku kaczki. Kaki. Ich wygląd na zdjęciu oczywiście niczego nie oddaje, i widz nie pojmie dlaczego uśmiech sam na twarz wypływa, gdy wychodzą ze swojego kaczyńca na dwór i kołysząc się z nóżki na nóżkę i kwacząc ochryple do siebie, niczym kaczor Donald poganiający siostrzeńców drepczą przed siebie gęsiego.


4 września 2017

Jesienne ptaki

Leje. Mamy jesień. Mimo lata. Bywa. Kozy jednak dramatycznie nie chcą wejść w ten rytm i mimo deszczu domagają się spaceru po lesie, za zielonym, którego niedługo już przecież nie będzie. Na pastwisku już właściwie nic się nie zieleni, trochę jabłek z jednej owocującej co roku jabłoni interesuje je raptem kilka minut. Potem przeskakują ogrodzenie w miejscach wyczajonych (z drugiego, niewzmocnionego w tym roku boku) i mkną po dzikich łąkach, polach, rżyskach i lasach w poszukiwaniu żeru. Wracają po dwóch trzech godzinach mokre, Anna za nimi z koszem w ręku, w gumiakach. Ostatni czas tego koniecznego wypasu (sąsiadka ma nieogrodzony ogórek, stąd konieczność) zużywała na zbieranie grzybów i ziół, które potem stosuje do różnych maceratów mydlarskich i wywarów dla pszczół.
Udało się ukręcić kilka słoiczków miodu gryczanego dosłownie w ostatniej chwili przed pogorszeniem pogody  (pszczoły wyczaiły pole gryki w obrębie swoich oblotów).
Trwa robienie przetworów, keczupu i sosu paprykowo-czosnkowego, oraz soków, z czarnego bzu i czeremchy.
Poza tym wciąż się noszę z zamiarem sfotografowania naszego przychówku ptasiego, ale mokra i szara aura weszła mi w drogę. Napomknę więc tylko, że indyki lawendowe (zdjęcie z internetu, dla ilustracji rasy)


szczęśliwie zmieniły upierzenie (wyglądały w tym czasie bardzo smętnie), indor nosi już nowy garniturek, w nieco ciemniejszym odcieniu bardzo jasnego błękitu, z ciemnym krawacikiem na gardle. Nie udało mi się takiego na internetowych zdjęciach znaleźć, więc jest to jego cecha szczególna, bardzo zabawna.
Druga zasiadająca na jajach induszka wylęgła jakiś czas temu siedem indycząt, na które szybko trafił się kupiec, ku naszej wielkiej uldze.
Z maleństw zatem jest kilka dopiero co całkiem opierzonych lawendowych induszek, wysiedzianych przez kurę, ale prowadzanych przez indyczkę. Oraz kilka kurek czubatych, które wyszły z zakupionych jaj, wysiedzianych przez kwokę, które czupurkami, lub czuprynkami (a czasem czupiradłami) zwiemy i są one uciechą dla oczu i serca, gdy tylko wyjdzie się na dwór. Dlaczego? Tego się nie opisze.

20 sierpnia 2017

Skąd my to znamy?

Lata ubywa. Widać to po przyrodzie. Ptaki kupią się, szykując się do odlotu. Bociany, jaskółki. Trawa przysycha i żółknie. Kozy szukają paszy blisko lasu, w poszyciu i przydrożnych krzewach.  Na tarasie suszą się wiązki ziół łąkowych, wrotyczy, jaskółczego ziela, dziurawca, i ogrodowych, lubczyku, kopru.  W garze lądują strączki zielonej fasolki, czerwone buraczki i cukinie. Był okres wysypu kurek. Anna przynosiła je całymi koszami. Wszystko dzięki 500+. Liczne rodziny, które penetrowały co roku okoliczne lasy, aby zarobić zbieractwem na przeżycie zimy. nagle przestały zbierać. I przy okazji niszczyć ściółkę leśną. Grzyby od razu masowo wyległy i miały czas urosnąć, nikt grzybni nie rozdrapywał w poszukiwaniu choćby najmniejszych okazów.
Zdarzają się gorące dnie i noce pełne gwiazd, bo Mleczna Droga właśnie w sierpniu najbardziej fascynuje. Także doroczne święto Spasa na Grabarce. Uf, w tym roku wreszcie wydało mi się takie, jak dawniej bywało. Mniej ciekawskich rozgadanych turystów z aparatami, wprowadzających chaos i rozproszenie. Więcej skupienia, modlitwy, tutejszości żyjącej w swoim rytmie i własnym sposobem.

Po gościach, znanych i nieznanych wreszcie nadchodzi czas zaplanowania odkładanych ciągle czynności. I wzięcia się za bary z wewnętrznym nieporządkiem.

Zwierzęta mają się dobrze. Nadchodzi ruja. Ptasie maleństwa coraz samodzielniejsze. Jakoś udało mi się przekonać Annę, aby nie mnożyła bytów bez sensu, i kolejna kura, która zakoktała, wylądowała z głową w wiadrze z zimną wodą. Dwa razy. Starczyło. Przestała siedzieć. Induszki, które wysiedziała, z jaj zakupionych od rasy lawendowej, w liczbie pięciu prowadza indyczka. Jej też się zachciało, po wychowaniu pierwszej partii piskląt, weszła w kolejny cykl, zniosła jaja i zasiadła. Podłożyłyśmy jej wtedy sprytnie świeżo wylężone induszki i przyjęła je. Jest niestety jeszcze druga zasiadająca. Ech.
Kola czuje się bardzo dobrze. Aktywna, jak dawno już nie. Wybiega z domu razem z resztą psów, szczeka, biegnie i angażuje się, ile może w życie obejścia. Radość serdeczna.

Dziś pada cały boży dzień, to wyczekiwana chwila na zastanowienie. Remont, z dawna odkładany, wciąż przed nami. I grzyby, teraz prawdziwe, powinny ruszyć. Ot, rytm czasu.

4 sierpnia 2017

Gdzie ten czas...

He, wciąż liczymy, że odpoczniemy sobie wreszcie choćby troszeczkę podczas tego lata. Pogoda, nader upalna aż prosi się o to, ledwie człek przecież dycha, nawet późnym wieczorem, nie mówiąc o zwierzętach pozaszywanych w cieniu drzew i krzewów, oganiających się od uprzykrzonych much i gzów, albo z otwartymi dziobami. A tu każdy dzień śle niespodziankę. Z którą trzeba się zmierzyć.
Jeszcze przed festiwalem folkowym Kola miała operację. Staruszeczka już, ten nasz pies. Ma dokładnie tyle lat, ile mieszkamy na Podlasiu, 12. Dla wilczura to podeszły wiek. Jakiś czas temu zauważyłyśmy u niej guza, zrazu niewielkiego, na brzuchu, który ostatnio w wielkim tempie zaczął rosnąć. W końcu pękła skóra, sprawa zaczęła się paprać, tymczasem lekarz robiący tego typu operacje miał akurat urlop. Pies mocno posmutniał i ledwie się ruszał, rana ją męczyła, okłady z jodyny rozsiewały duszący zapach. Nareszcie wszystko się poskładało i pies (jak zawsze ucieszony wycieczką samochodową) wyruszył po swój los.
Lekarz do niczego nie namawiał. Wiek, wiadomo. Guz, wiadomo. Nasza decyzja. Podjęłyśmy ją bez namysłu, nawet odrobina szansy to jest coś, czego warto się trzymać, aby nie mieć sobie nic do zarzucenia.
Operacja udała się. Kola przez dziesięć dni miała leżeć, niewiele się ruszać i brać codziennie zastrzyki z antybiotykiem i lekarstwem przeciwbólowym. Przez dwa pierwsze dni (i noce) Anna wynosiła ją na rękach na siku. I jaka była nasza radość, gdy dnia trzeciego zrobiła to sama, na smyczy, powolutku. Z dnia na dzień wracały jej siły. Teraz jest już po zdjęciu szwów i to już wręcz odmłodzony pies. Nawet jakby słuch jej się polepszył! Żwawo i chętnie reaguje, szczeka, wychodzi na dwór, spaceruje. Dobrze się stało.
W trakcie był doroczny festiwal. Mnóstwo luda, zjechało się też z przyczyny zadymy wokół Puszczy Białowieskiej. Spotkania ze starymi znajomymi, pogaduszki, wymiana wieści, co u kogo się urodziło.
Narodziły się też nowe kurczaczki, z jaj czubatki, które Anna kupiła przy okazji zakupu indyków i gusi. Oraz maleńkie indyczątka lawendowe również z przywiezionych jaj. Znów opieka, karmienie, pojenie, itp.
Poza tym goście, przyjaciele, gadanie bez końca, aż się pada na twarz i zapomina podstaw, takie zakręcenie przy codziennych obowiązkach podwójnie wysysa z sił. Gdzie te czasy, gdy  miało się zawsze wolne i czas dla rozmów, rozważań i ludzi!

15 lipca 2017

Drobiowe wieści

I guś ma nową żonę! Pulcherię, czyli Pulcię, co na nasze przekłada się jako Pięknisia. Teraz oboje kłaniają mi się z gracją i uprzejmością, gdy mnie widzą. Pulcia nieco tęskniła za swoim stadem, ale po dwóch dniach zaczęła przywykać. Zna już zwyczaje obejścia, współmieszkańców, pory i miejsca karmienia, czasem zaś Balbin wyprowadza ją z gracją na zielony żer za płotem. Pogęgując coś w swoim języku. Wydaje mi się, że jej wszystko opowiedział o swojej więzi ze mną, bo Pulcia nie dość, że kłania mi się wraz z nim, to jeszcze reaguje już na swoje imię.

Razem z narzeczoną Balbina przybył na podwórzu nowy indor wraz z indyczką, oboje koloru lawendowego. Na mój gust z lawendą on nie ma nic wspólnego, a raczej ze srebrzystą szarością, ale nazwa jest przyjęta. Nastał w miejsce poprzedniego czerwonego indora, który już nieco zgrzybiał i czas na niego przyszedł.

Indyczęta zaś sprzedały się prawie w całości. Po części zamienione na trzy młode kaczki staropoloskie. Kaczki okazały się takimi samymi wypłochami, jak mulardy, ale - połączone razem - nagle poczuły swoją kaczą moc i przynajmniej jedzą bez skrępowania. Gęsi chcą cały czas nawiązać z nimi znajomość, staropolskie może i by nie były od tego, ale mulardy szaleją ze strachu i póki żyją pewnie tak będzie.
Resztę pozostałych indycząt zeżarła jednak w nocy kuna. Cudem ocalało jedno indyczątko, które biega teraz za trzema matkami nieco zagubione. Postawiło to pod znakiem zapytania nasze plany urządzenia nowego kurnika, który widocznie szczelny nie jest, gdy drapieżnik się przedostał. Zatem kończenie kwoczej zagródki także stanęło.

4 lipca 2017

Powściągająca siła ogrodzenia

Wczorajszy dzień był Dniem Szukania Kozy. Zginęła. Stado wróciło z ucieczki w najbliższe okolice pastwiska bez jednej. Tej, która zawsze odstawała i nie umie beczeć, jest prawie niema od urodzenia, dwulatki Frani, córki Felicji, matki Flory. Zaczęłam rzecz od zapytania wyroczni. Pierwszą odpowiedź Księgi I-Cing zinterpretowałam - jak się okazało - właściwie. Utknęła w niebezpiecznej sytuacji, nie może się ruszyć, znajdzie się za jakimś ogrodzeniem, którego nie może przeskoczyć. Obeszłam jednak kilka gospodarstw najbliższych, łąk i pól, opłotków, wołając, rozpytując sąsiadów, daremnie. Odpowiadała mi cisza i bezruch. Mijały godziny, czekania, bez rezultatu. Popadłam w zwątpienie i niewiarę. Snując wizje ataku dzikiego psa, wilka (których u nas nie bywajet jednak, ale a nuż jakiś głodny się trafił samotnik?), albo i popadnięcia w jakąś kłusowniczą pastkę, czy zabłąkania się w lesie.
W końcu, dopiero pod koniec dnia, po 8 godzinach! znalazła się tam, gdzie przechodziłam dwa razy, nic nie zauważywszy. Tym razem uwagę Anny, mającej lepsze oczy, zwrócił dziwnie wystający zza siatki ogrodzenia pastwiska "patyk". Była to przednia noga Frani, która wplątała się w siatkę przy nieudanym przeskoku (reszcie stada się udało). Na własnym pastwisku. Zmęczona, zbolała, smutna i głodna przyjechała na podwórze w bagażniku samochodu. Rzuciła się jednak do owsa z apetytem, co mocno mi ducha podniosło. Dzisiaj kozucha jeszcze lekko kuleje, ale chodzi już ze stadem

1 lipca 2017

Obrazki letnie

Obiecane wspomnienie tegorocznych sianokosów. Jakże się cieszę, że są już za nami. To taka granica, punkt ekstremalny w roku, od którego zaczyna się z wolna zmniejszenie napięcia i wysiłku związanego z konieczną pracą w gospodarstwie.


Takich przyczepek rozładowałyśmy około dwudziestu.

Ponadto powoli ubywa mi gąb do karmienia. Brojlery doszły swojej wagi i wieku i wylądowały jak jeden mąż w zamrażarce. Co prawda jedna kwoczka się postarała i wylęgła pięć kurczątek, które prowadza, ale mają całodzienną opiekę i jakoś to jest. Daje się znieść ten nadprogramowy przybytek. Ubywa też jendycząt. Kaczki rosną, już mniej panikują, ale są nie do oswojenia. Mają swoją zagródkę za stodółką, poznały i zapamiętały drogę tam i z powrotem i to jest jedyna trasa, którą obracają w ciągu dnia.
W takim razie guś Balbin pozostaje samotnikiem, acz zaprzyjaźnił się ze mną i muszę przyznać, że bardzo szybko dał się przekonać i oswoić.
Reaguje na swoje imię, podchodzi do mnie blisko, daje się dotknąć, pogłaskać (jeszcze niedawno trzmał dystans kilku metrów i szybko zmykał), czasem interesuje się tym co robię i przegląda chrust w węglarce, który zbieram. Pewnie chciałby po swojemu pomóc.
Kłaniamy się sobie kilka razy dziennie. Jest wdzięcznym i nader inteligentnym zwierzaczkiem, sami zobaczcie.



30 czerwca 2017

Reszta zbiorów

Leje, grzmi, po czym wraca gorąca i parna pogoda, na szczęście z wietrzykiem, który nieco łagodzi męki kóz, dręczonych na pastwisku przez gzy i ślepaki.
Sprzedaż indycząt idzie dość powoli, ale skutecznie. Została ich ostatnia dwudziestka, która nie trzyma się już niedokończonej zagródki, której skończyć nie mamy czasu, tylko wyrusza śmiało w świat, a dwie matki jenduszki dramatycznie nawołując biegną tam, gdzie te smarkaczątka idą. Czyli mamy co chwila imprezę z poszukiwaniem ptaków i przyganianiem ich z pola albo sadu. Wrrr...

Miód z drugiego ula został wybrany, jednak w mniejszej, niż zakładana ilości. Inne ramki z zasklepionym miodem okazały się częściowo zaczerwione. Anna przełożyła je do słabszego ula, gdzie - mamy nadzieję wylęgną się nowe pszczółki i zasilą tamten rój, i wtedy dopiero dobierzemy się do reszty zbiorów.

25 czerwca 2017

Mlekiem i miodem płynąca

Żeby nie było, że tak fajnie jest prowadzić gospodarstwo, że miodem i mlekiem ziemia opływa sama, jaja codziennie w kurniku się znajduje, a pieczenie same do gąbki wpadają, to muszę najpierw ponarzekać na notoryczne zmęczenie ostatnio, zakwasy w zastałych przy komputerze mięśniach i brak czasu na cokolwiek innego, niż praca rolnika...
Niby też ona taka spokojna, leniwie sobie płynie, ale jak dowali, to daje popalić, niczym w jakimś filmie sensacyjnym. Do takich momentów należą oczywiście sianokosy, gdzie napięcie stopniuje się stanem pogody i trzeźwości niektórych pracowników. Żniwa też bywają pasjonujące, na czyje to pole teraz kombajn zajedzie i czy zdąży przed zapowiadanym deszczem, albo czy się znowu nie popsuje, ale żniw już nie mamy, odkąd liche owsiane poletko zamienione zostało na dzikie pastwisko (pomimo obsiania mieszanką  szlachetnych traw urosło na nim wszystko, tylko nie to, co trzeba, na szczęście kozy to jedzą). Zatem pozostają jeszcze wykoty, oraz tego roku doszło wreszcie - wyczekiwane od dawna - miodobranie.

Anna jakiś czas temu zlustrowała ule i uznała, że dwa z nich nadają się do wybierania. W trzecim rój wciąż jest słaby, mimo zasilenia nową matką już drugi raz, a dwa kolejne są zbyt młode, dopiero z wiosną zasiedlone, żeby to robić.
Przygotowała się merytorycznie, oglądając kilka tematycznych filmików pszczelarskich na YT i wczoraj uznała, że to zrobi. Mistrz pszczelarski już od jakiegoś czasu mocno ją motywował, bo czas najwyższy.
W sumie dość łatwo jej poszło wybranie czterech ramek pełnych zasklepionego miodu i przywiezienie ich w pudle, nakrytych prześcieradłem na taczce z ogrodu do chatki dziadka, gdzie sobie kręcalnię tymczasową urządziłyśmy. Czekała już w niej wyszorowana po kilkakroć stara miodarka ręczna, jeszcze po dziadku, dawnym właścicielu siedliska odziedziczona. Trzy plastikowe pojemniki po pokarmie dla pszczół, zaadoptowane jako wiaderka, odsklepiacz (też dziadkowy), kilka misek i kubków, w razie czego.
Wstawiłyśmy pierwsze dwie ramki do miodarki i wzięłam się za kręcenie. I tu wyszło nasze obopólne nieprzygotowanie tematu. Jak kręcić, ile czasu, jak szybko, kiedy uważać, że się wszystko zrobiło, kiedy i ile oczekiwać miodu...  Nawet nie wiedziałyśmy, że trzeba ramki odwrócić po pewnym czasie i kręcić drugie tyle. W sumie zeszło nam na ten eksperyment naukowy kilka godzin i zdało się nam, że żadnego rezultatu nie przyniósł. Anna popadła w rozpacz.
- Tyle pracy! Tyle wysiłku, starań i pieniędzy w to włożonych, tyle czekania, a teraz k...wa nic?
Trzasnęła drzwiami i poszła, pochlipując. Ja zaś podstawiłam pod kranik, z którego ciurkał jednak miodzik wiadereczko i poszłam rozpracowywać temat teoretycznie. Wkrótce znalazłam rady pszczelarzy jak to robić miodarką ręczną, rzuciłam komputer i poszłam sprawdzać nabytą wiedzę w praktyce. Anna już, w bezdennej depresji rąbnęła była się spać. Teraz dopiero zaczęło z niej wychodzić całe zmęczenie ostatnich dni.
W takim razie, nie niepokojona, szybko poradziłam sobie z odebraniem miodu z dwóch pierwszych ramek, odsklepiłam następne, wstawiłam do wirówki, zakręciłam. Najpierw wolno. Potem trochę szybciej. Potem najszybciej jak się dało. Po czym wyjęłam ramki, przekręciłam je na drugą stronę, wstawiłam i proces powtórzyłam. Z kranika leciało całkiem zgrabnie żółte słodkie coś. Zeszło mi tak prawie do północy, przy okazji piwko żem sobie wypiła i pozastanawiałam się nad czasem odmierzanym strużką lejącego się leniwie złotego miodu. Wybrałam prawie pół wiaderka, zamknęłam je, zakorkowałam kranik miodarki i poszłam spać,
Raniutko zerwałam się i pierwsze, co zrobiłam to odetkałam kranik. Zleciało jeszcze z półtora litra. A gdy miodarkę przechyliłam, podkładając pod jeden bok drewienka, ściekły jeszcze dwa pełne kubki. I zabrałam się do przecedzania miodu i wlewania go do słoików. Trzeba było nieco pokombinować, jak sobie pracę usprawnić, nie mając jeszcze skompletowanego profesjonalnego sprzętu pszczelarskiego. Ale nie było to trudne. Trwało co prawda trochę, ale mniej, niż się spodziewałam.
Na koniec podliczyłam zapełnione słoiki, wagę i ucieszyłam się. Rozpacz Anny była zgoła bezpodstawna. Wyszło z czterech ramek osiem kilogramów miodu jasnego, z troszeczkę zielonkawym odcieniem, jak przystało na miód leśny. Prawdziwy, nie podrabiany. I różnorodny. Bo pszczółki pasą się na czystym, oddalonym od ludzi terenie, pożytkując na kwiatach leśnych, brzóz, czeremchy, osiki, sosen, buków i klonów, tudzież śliw i dzikich grusz (jabłonie w tym roku odpoczywają).
Świadectwo fotograficzne będzie później, w wolniejszej chwili...

23 czerwca 2017

Po drugiej turze

I druga tura sianokosów za nami. Poszło dobrze, choć nie bez pewnej załamki. Bo znów nie było chętnego chłopa do roboty, chłopci wioskowi zarabiać nie chcą, wolą swoje głodowe renciny i zasiłki na ławeczkach przepijać. A jak nawet, który by chciał, to go nie ma, bo odsiaduje jazdę po pijanemu na rowerze albo coś podobnego, lub już nie może, bo wódka tak nim pomiata, że budzi się co rusz z czymś innym złamanym, albo stopą, albo ręką. I nie do roboty mu, tylko papiery od lekarzy zbierać i urzędy molestować o większe wsparcie finansowe.
Tymczasem trza było chłopaka, żeby kostki widłami podawał na balkonik, by można je było ułożyć pod dachem obory. Miejsce w paszarniach "stacjonarnych" już zostało zajęte, a tylko tam nasza siła wystarczała do pakowania.
Pierwszego dnia zwózki, znów samodzielnej przyczepką, ułożyłam przywiezione w 3 kursach siano w garażu, na wszelki wypadek, gdyby padać w nocy niebu się zechciało. A następnego dnia raniutko, Anna ledwie wstała i oczęta przetarła ruszyła do jedynego chodzącego w miarę prosto po ziemi Andriuszy, aby nikt jej w tym nie ubiegł, bo w gorący czas prac polowych wszyscy zdatni do pracy mają bezpardonowe wzięcie. I miała szczęście, Pan Bóg czuwał. Andriusza właśnie po ostro zakrapianym wieczorze ruszał na wioskę w poszukiwaniu leczniczego klina. Tak więc wylądował u nas, dostał na początek dniówki piwo, potem solidną jajecznicę z 5 jaj i kawę, i jakoś się został. Także zgodził się dopomóc w miarę swych sił Sąsiad z Polesia, któregośmy pielącego ogródek przed jego chatynką zoczyły w drodze na łąkę. Sił okazało się, że mu przybyło, odkąd na wiosce zamieszkał i nawet wytrwał bez opuchnięcia przy podrzucaniu kostek siana widłami na balkonik. A że facet wysoki, to nawet dużo podrzucać nie musiał.
Anna zwiozła całość z łąki, sianko także z garażu znalazło się na stryszku, zatem jakiś tam gorący posiłek na koniec wszyscy zjedli, a do piwa dostali ostatniego rozmiękłego dojrzale i apetycznie śmierdzielinka. Który zniknął w oka mgnieniu, co mi miłe było, owszem, widzieć. Nawet ostrożny w ocenach Andriusza się oblizał, a jadł coś takiego pierwszy raz w życiu.

Podsumowanie sianokosów jeszcze przed nami, bo także i nasza łąka ciągle nieruszona i należałoby ją skosić. A jak skosić to i zebrać, bo co ma się marnować.

17 czerwca 2017

Burzowy czas

Trochę się działo u nas ostatnio, stąd milczenie na blogu.
Przede wszystkim skończyły się pomyślnie wylęgi u jenduszek. Wylęgalność bardzo dobra, tylko 2-3 jaja okazały się puste, i dwoje piskląt padło w wypadkach. Jedna odchowana partia już poszła na swoje, teraz chołubimy jeszcze resztę, przy pomocy oczywiście trzech matek. W tym celu wykonałyśmy ten wysiłek, aby wreszcie zbudować wybieg dla kwok przy nowym kurniku. Słupy wbił jeszcze Jary, który wpadł na ostatek przed swoim wyjazdem i porąbał resztę zalegającego drewna na podwórzu. My zaś naciągnęłyśmy drobną siatkę wolierową na słupach, a tymczasowo furtkę imitują wysokie deski. Wciąż nie ma czasu dokończyć roboty.

Potem nadszedł czas sianokosów, a raczej ich 1 tury. Mimo, że zaraz po skoszeniu trawę zlał deszcz, to zdołała ona wyschnąć szczęśliwie w następnych dwóch suchych i wietrznych dniach, przegrabiana maszynowo kilka razy dziennie. Zaraz po skostkowaniu po południu dnia trzeciego Anna wzięła się za samodzielne zwożenie owych kostek do obejścia. Czemu sama? Ano żaden z umówionych pracowników nie przyszedł. Mieli ważniejsze sprawy, jak się okazało, choć umawiając się, jakoś o nich nie wspomnieli. Trudno. Wykorzystując sprzyjającą pogodę i wiedzę zdobytą w poprzednich latach przy łąkowych pracach, sama pakowała kostki na przyczepkę i do samochodowej paki, fachowo je układając i związując pasami, tak jak ją nauczyli rolnicy z dziada pradziada. Po czym przywoziła ładunek trzy kilometry do naszej wioski i obejścia. Pierwszego dnia pracowałyśmy (ja miałam na głowie rozładunek i pakowanie kostek do paszarni) pilnie do nocy, gdy już brak światła utrudnił chowanie siana w nieoświetlonych pomieszczeniach.
Drugi dzień Anna rozpoczęła o 5 rano. Na ten dzień bowiem zapowiedziano po południu deszcz (którego nie było) i postanowiła się pospieszyć. Wykonała 3 ostatnie kursy bez problemu, załadowując po sufit dwa duże pomieszczenia kurniko-paszarni. W sumie było 9 kursów po 35 kostek, łatwo policzyć ile wyniósł urobek. To połowa tego, co nam jest potrzebne na przyszły sezon zimowy. Dlatego z niepokojem śledzimy prognozy pogody, które nie zapowiadają już ładnej pogody przez dłuższy czas.

Niedługo jakoś potem przyszła wreszcie wyczekiwana króciutka ulewa, która towarzyszyła maleńkiej burzy. Burza jednak okazała się zająbista i popsuła nam humor na kilka dni. Piorun uderzył w światłowód pomiędzy naszą i drugą wioską, poszedł kablem i mimo wyłączenia popsuł łącze internetowe. Nie tylko nam, ale i wszystkim użytkownikom na naszej wsi. Iskra była tak duża, że natrzaskało nam w chacie głośno i dramatycznie, i oprócz łącza i telewizji, padła także (chyba ze strachu) lodówka. Z sykiem zaczął ulatniać się z niej freon. Hm, od czasu awarii jakieś 5 lat temu i tak wytrzymała dłużej, niż wyrokował majster lodówkowy, który dawał swojej naprawie czas jakichś dwóch lat.

Brak chłodziarki (mamy drugą dużą zamrażarkę, jak każdy przyzwoity rolnik) jest jednak dość upierdliwy. Nie ma gdzie przetrzymywać świeżego mleka, które zaraz kiśnie, kefiru, masła czy świeżych serków, albo podrobów dla kotów. Zatem czeka nas nadprogramowy wydatek.

Awarię łącza już naprawiono, trwało to trzy dni, mamy nowy kabel, nowy router, lecz telewizję szlag trafił, i dobrze. Nie odnowi się umowy, i z głowy. I tak jej nie oglądałyśmy z braku czasu.

Co jeszcze?
Drewno zostało pracowicie zwiezione i ułożone w ściankach pod okapem z drugiej strony kurniko-paszarni. Przy okazji namierzyłyśmy jeszcze jednego, po makolągwie gniazdującej pod dachem tarasu i jaskółkach w oborze, dzikiego mieszkańca obejścia. Jest nim wąż, zaskroniec, jednak nie gniewosz, jak myślałam wcześniej sądząc jedynie po śladach na piasku i informacjach z netu. Ślady jego bliskiego bytowania widujemy od lat dwóch. Sprowadził się w czas wielkiej gorącej suszy w 15 roku, zwabiony wodą dla zwierząt zostawianą w obejściu na noc. W zeszłym roku znalazłyśmy pod starą wialnią skórę z wylinki. W tym roku osobiście stanęłyśmy z nim oko w oko. Czyli osiedlił się na stałe, mimo, że wikipedia twierdzi, iż zaskrońce unikają ludzi. Ma piękny brunatny kolor o oliwkowym odcieniu (bliskim barwie otoczenia, gdzie zamieszkał) i długość nieco mniej, niż metr. Czasem w pogodne dni plażuje na kupie wilgotnych próchniejących bali, pod którymi mieszka stale, koło kurnika, a których tylko z jego powodu zdecydowałyśmy się nie sprzątać. Mając wielką nadzieję, że nie będzie polował na małe jendyczątka, które dość blisko mieszkają.

Poza tym ucieszyłam się odrobiną truskawek z naszej grządki. W tym roku są bardzo drobne, z powodu długiej suszy i zimna, ale oczywiście zjadliwe, własne.
Pierwsze wino tegoroczne, z kwiatu bzu już nastawione i pyrkocze w gąsiorze. Towarzyszą temu ostatnie łyki aroniowego winka z zeszłego roku, którym popijamy śmierdzielinka, bo właśnie doszedł do właściwej lejącej konsystencji.,,

2 czerwca 2017

Wewnętrzny świat

Życie w obejściu jest bujne i ciekawe. Dla bystrego obserwatora na pewno nie jest nudne. Wystarczy usiąść na ławeczce i trochę poczekać. Zaraz coś nawinie się pod obiektyw. Tym razem większość dzisiejszych scenek do fotografii trafiło się Majce, goszczącej u nas z siostrą przez kilka dni.
Poniżej Kolesie Dwaj, Kochaś (ten pierwszy, mini-kochin) i Łysol (gołoszyjka, takie brzydactwo wymyślili Austriacy). Trzymają się zawsze razem, co dziwne u kogutów. Ale im dwóm akurat raźniej, bo reszta zwykłych kur zwyczajnie ich lekceważy albo odgania. Dwa z czworga dziwnych kuraków, które się wykluły poprzedniej jesieni z zakupionych u hodowcy hobbysty jaj. I urozmaicają oto swoim widokiem nasz mały światek. Była jeszcze kurka gołoszyjka, która zniosła nam na Wielkanoc kilka pięknych zielonych jajeczek, niestety nie spodobała się indorowi, i musiała przedwcześnie skończyć w rosole.
  

A oto poniżej portret owego nietolerancyjnego amerykandora.


Tutaj zaś perspektywa świata, jaki rozciąga się patrząc od progu naszej chaty, na przyległy wewnętrzny dziedziniec. Jest zabawnie powiększona i zdeformowana, bo zdjęcie robione obiektywem, który najlepiej ściąga powierzchnię Księżyca i satelity Jowisza, a nie tak małe przestrzenie.


Kogut naczelny. Mix zwykłej kury z zielononóżką.


Małe zetknięcie przed oborą. Pasza robi srogą minę wobec niesfornego Michasia, którego z kolei strzeże jego matka, Amela. Nad nimi filozoficznie obojętna głowa Felicji.


Jedyne moje zdjęcie w tym wpisie. Grządka szpinaku i rzodkiewki, które już zostały dokładnie pożarte, w serii szpinaku duszonego na patelni oraz sałatki szpinakowej z serem, orzechami i miodem. W ich miejsce posiano następną dawkę zdrowia.


1 czerwca 2017

Dzień powszedni

Praca, praca, praca, czyli zakręcony czas. Dlatego, nawet gdyby pisać się coś chciało, to i tak nie ma kiedy. Zbieram jakieś drobne fotograficzne ślady, na później.
Prowadzenie gospodarstwa w sezonie to ciągłe napięcie uwagi, czujność od rana do nocy, rozmaitość niespodziewanych prac do wykonania przy okazji tych codziennych, zwykłych. Bywa, że płaczę ze zmęczenia, z niemożności nabrania oddechu, pisania, rozmyślań. Albo irytuje mnie byle drobiazg, wchodzący w drogę, to taka pora.

Odnotować należy wylęgi indycząt. Już pod dwiema jenduszkami pojawiły się pisklaczki. Dziś klują się pod trzecią.
Anna zaszalała i kupiła na targu pięć kaczek mulard na tucz. Już opierzonych. Kaczki chyba nie widziały nigdy ludzi, świata, są przerażone, nie chcą jeść tego, co im daję, wypuszczone z zagródki na dwór biegają we wszystkie strony chaotycznie, kwacząc wielkim głosem. Czyli kłopot.
Do tego Balbin został znowu wdowcem. Jego gąska zdechła po długim wahaniu, zapewne zjadła coś niestrawnego. Trochę się obawiałam o jego równowagę psychiczną, był bardzo troskliwym mężem. Jednak widok kaczek podreperował mu humor szybko. Poza tym nawiązałam z nim więź, którą  trudno opisać. Gąsior reaguje na swoje imię, a kiedy staję przed nim i skłaniam uprzejmie głowę wymawiając je, z gracją pochyla swoją i tak się sobie kłaniamy kilka razy dziennie. Widzę, że aspiruje do roli przywódcy stada drobiu i machając zamaszyście skrzydłami wiedzie je pierwszy na karmienie do kurnika.

Pogoda bawi się z prognostykami. Miał być wyczekiwany deszcz, ledwie kilka kropelek spadło, a wiatr, który pędzi chmury z zachodu wysusza wszystko o wiele prędzej, niż słońce by to zrobiło.
Instalacja kolejnego ula i roju przeszła pomyślnie.

14 maja 2017

Gospodarcze widoki

Pokazuję trochę zdjęć ostatnich, w popołudniowym słońcu robionych. Niniej nasze stadko dzikich kur leśnych, pod wodzą koguta. Proszę się nie obawiać. Kury żerują raptem 3 metry od domu, gdzie taka oto puszcza porasta. Kilka razy dziennie przebiega tamtędy pies, jeden z drugim, więc miejsce w miarę bezpieczne od lisa. Choć trzeba czuwać i na każdy ptasi wrzask wyskakiwać z chaty z pomocą. Zdarzają się próby ataków ptaków drapieżnych z góry.


A poniżej niewielka perspektywa na kawałek naszego permakulturowego ogrodu. Widać raptem dwie sadzonki czarnej porzeczki z plantacji liczącej sobie kilkadziesiąt krzewów. Oraz niebywałą dla tego spłachetka leśnego piasku wybujałość trawy (to jest moc naturalnego nawożenia gnojem, słomą, kompostem i starym sianem). W tym roku krzaczki nabierają wreszcie rozpędu, po sezonie suszy i upału sprzed dwóch lat, gdy były w silnym niebezpieczeństwie nieprzetrwania. Nawet każda ma po kilka kiści zawiązanych już owoców! Po sąsiedzku zaś, w głębi mała zagroda, jeszcze nie zagospodarowana, więc mimo dwóch uli z pszczołami wypasają się tam ostatnio kozy. Pszczoły są spokojne, kozy także zachowują dystans.


A oto widok z wnętrza pastwiska, mającego ponad hektar obszaru. Po zeszłorocznym użytkowaniu ogrodzenie okazało się mocno nadwyrężone przez kozy. Dlatego teraz, nim wypuścimy stado na pastwę trzeba było zacząć od naprawy i wzmocnienia płota. (Przypomnę: słupy dębowe co 4 metry stawiane, obciągnięte siatką leśną, wymagały wzmocnienia poprzecznymi świerkowymi żerdziami u góry i gdzieniegdzie u dołu, gdzie kozy potrafiły przejść). Widok przedstawia kupę złożonych kilka lat temu przy zakładaniu ogrodzenia żerdzi, czekających jeszcze na ewentualne użycie tu i ówdzie. Do zdjęcia pozuje Laba.


A tutaj kolejne dwa ule. Pszczółki wreszcie zaczęły się uwijać. Kwitły już śliwy węgierki i jeden gatunek czeremchy, teraz zdziczałe grusze i osika dają czadu. Nie licząc leśnego i łąkowego kwiecia. Sad jabłoniowy w tym roku odpoczywa.


Poniżej jeden bok pastwiska, do którego przylega nieużytek czeremchowo-brzozowy (także do nas należący). Trzeba było pracowicie zabezpieczyć tę stronę ogrodzenia, bo kozy kuszone gałęziami i liśćmi brzozy i czeremchy rosnącej wzdłuż płota stawały na siatce i rujnowały ją, w końcu przeskakując na zewnątrz. W pracy pomógł nam Jary, który jest mistrzem od tego rodzaju ogrodzeń. Przepletliśmy wspólnie długie żerdzie przez oka siatki u góry i przybiliśmy końce do słupów. Dolnych zabezpieczeń już nie trzeba przeplatać. Było tego trochę, ale dzięki pracowitości zwykłego wiejskiego chłopaka udało się tego dokonać w ciągu jednego dnia, w całkiem przyzwoitym czasie 7 godzin, z przerwami na obiad i kawę.


12 maja 2017

Uśmiechy słoneczne

Słońce wreszcie nieśmiało wychodzi po chłodach "ogrodników", którzy w tym roku jakby wcześniej nadeszli. Humor się poprawia. Bo i pszczółki szaleją na rozkwitłej dzikiej gruszy, i serki mi dojrzewają powoli. Jedne obrastają w biały kożuszek i zaczynają dorabiać się zapaszku, na który mam wielką ochotę.  Śmierdzielinki, tak je zwę pieszczotliwie. Mogą być też: skarpetniki. Drugie pomalowane zabezpieczającym woskiem leżakują w piwniczce.

Cztery jenduszki już zasiadają na swych jajach. Co rano zganiamy je po kolei z gniazd, aby cokolwiek zjadły, skrzydła i ścierpnięte nogi rozprostowały, oraz załatwiły potrzebę kupną (trzymają, skubane, gdy siedzą!).

Anna planuje wysiew dyni i innych jeszcze nieposianych, lub już posianych w próbnych ilościach warzywek. Coś tam wschodzi, pod włókniną w ogródku przydomowym, ale maleńkie jeszcze.

5 maja 2017

Zimny maj

Mozół dnia codziennego skutkuje zmęczeniem i spadkiem chęci zapisywania onego na blogu. Wciąż tak samo się kręci. Zimna wiosna, chmury, częste deszcze sprawiły, że rozkwitła kilka dni temu śliwa stała smętna i opuszczona, jak panna młoda czekająca na narzeczonego, który jak by zapomniał o ślubie. Żadna pszczoła ani trzmiel nie chciały rzucić na nią okiem. Zimno sprawiło, że nektar nie płynął, kwiaty zaczęły się w końcu osypywać na ziemię.
- Oj, w tym roku śliwek nie będzie - stwierdziła Anna.
Smutno jakoś. I dziwnie.
Dzisiaj jednak, wbrew prognozom telewizyjnym, zapowiadającym dwa kolejne dni deszczowe, od rana wyjrzało słońce i ogrzało świat. Chłód znikł. Rozkwitła czeremcha i wspaniale zapachniła ogródek przy domu. Zleciały się muchy miodne i dalejże nadrabiać stracone dnie. Nektar popłynął, nawet na opadającej już śliwie. Młode pszczółki obległy chatę, taras, ogródek, świat się rozbrzęczał, jak na maj przystało. Dzięki Ci, Boże!

Co poza tym? Od Świąt wielkanocnych zaczął się codzienny udój kóz, dzieciaki sypiają już w osobnym pokoju. I codzienny przerób mleka na sery. Coś tam z wolna powstaje, choć najsampierw musimy się nimi dobrze najeść same. Dziś ukręciłyśmy pierwsze lody, jagodowe.
Prace w obejściu idą zrywami, to tu to tam, więc można powiedzieć, wszystko jest zaczęte, nic nie skończone. A czeka choćby ogrodzenie pastwiska na naprawę, aby móc na nie stado wypuścić i mieć z głowy ich osobiste pasienie po opłotkach. Tak samo nowy kurnik na uszczelnienie, bo dwie jenduszki już zasiadły na jajach. A dwie w kolejce stoją. Każdego dnia pchamy coś do przodu, a to płotek, a to furteczka, a to dziura załatana, jednak końca wciąż nie widać.

4 kwietnia 2017

Zupa burakowa à la barszcz ukraiński

Zaczęły się z wolna prace ogródkowe, na razie przy domu. Poprawiamy stare grządki, siejemy pierwsze nowalijki, zakrywając je przed drapieżnym drobiem włókniną. Dzisiaj Księżyc w znaku Raka, więc liściaste. Sałata, roszponka, naciowa pietruszka, szpinak, szczypiorek. Bez pośpiechu. Jedna, dwie grządki dziennie. W zgodzie z rytmem kosmosu.

Pisklaczki też dzisiaj wylądowały w ogródeczku, na słoneczku. W skrzyni wybiegowej. Po raz pierwszy widziały ziemię, świat. Zawsze patrzę z zadziwieniem, jak w tych maleńkich istotkach budzi się pamięć genetyczna, niezawodnie. Już po paru minutach wiedziały do czego służy piasek, jak robić sobie kąpiel piaskową, jak wygrzewać skrzydła w promieniach, jak polować na przelatujące muszki. Po godzinie takiego hartunku wróciły do pudełka w ciepłym domu. Jutro, jeśli tylko pogoda pozwoli, zostaną na powietrzu dłużej.

Ja tymczasem ugotowałam jedną z moim ulubionych zup. Burakową mianowicie. Nie jest to barszcz burakowy, ani też ukraiński, choć podobieństwo smakowe zachowuje. Przyrządza się ją w jednym garnku, bez zawracania sobie głowy gotowaniem tego i owego osobno.

Zupa burakowa à la barszcz ukraiński

Składniki: 
1/5 kg czerwonych buraczków
1 cebula
1-2 marchewki
1/2 selera
1 pietruszka
Kilka ziemniaków
Kilka suszonych grzybków
Kawałek mięsa na kości, jeśli chcemy by potrawa była treściwsza
Trochę słoniny na skwarki
Przyprawy: liść laurowy, ziele angielskie, pieprz w ziarnkach, pieprz mielony, majeranek, sól

Najpierw stawiamy na ogniu kość zalaną odpowiednią ilością posolonej wody, można już dorzucić grzybki i liść laurowy. Pogotować do wstępnej miękkości mięsa.
Następnie wrzucamy do garnka pokrojone w cienkie plastry buraczki i gotujemy je do wstępnej miękkości. Dopiero wtedy dodajemy resztę pokrojonych dość drobno warzyw, pieprz i ziele angielskie. Cebulkę przekrojoną na pół podpiekamy na gorącej płycie kuchennej i dorzucamy do wywaru, gdy zacznie upajająco pachnieć. Na koniec dodajemy ziemniaki, krojone w plasterki, albo słupki. Kiedy zmiękną zupa jest już przeważnie gotowa.
Tuż przed zdjęciem z ognia można dodać do niej odrobinę kiszonego barszczu burakowego (wtedy zupa nabierze stylu ukraińskiego), albo - co właściwie równie skutecznie poprawia smak i kolor - łyżkę octu jabłkowego. Podajemy z dodatkiem skwarków na talerzu, przyprawione majerankiem bądź pieprzem mielonym, według własnego gustu.
Uwaga, zjadamy wszystkie warzywka! Bez wybrzydzania!

Wersja wegetariańska jak najbardziej możliwa. Podpowiem, że jeśli buraczki pokroimy kilka godzin wcześniej i posypiemy je łyżeczką cukru, to puszczą sok i nabiorą pięknego koloru już przed gotowaniem. Zamiast skwarków można upuścić na gotową już zupę odrobinę oleju, doda mu to trochę apetycznej tłustości.

W domu moich dziadków po kądzieli podawano czasem taką zupę, ugotowaną bez ziemniaków, jako barszcz czerwony. Na środek talerza kładziono kupkę ziemniaków puree, czyli tłuczonych, gotowanych osobno, polanych tłuszczem ze skwarkami i przysmażoną cebulką, i dookoła niej lano zupę bez warzyw. W rodzinie żartowano, że babcia znów podała "kopiec ziemniaków i bruzdę barszczu"...

2 kwietnia 2017

Przymiarki

Kolejny, nie wiem już który wielki słój kapusty wespół z burakami, zakiszony do schrupania. Lubię tę mieszankę, bo czerwony kolor działa mi na apetyt, wiadomo.

Od jakiegoś czasu jest trochę mleka, nieco ponad litr dziennie, bo Lubą odstawiamy na noc od dzieci do osobnego boksu. Czyli jeden, poranny udój jest nasz. Trawy ani liści jeszcze nie ma, kozy co najwyżej ogryzają świeżą korę z gałęzi sosnowych, przyciągniętych z leśnej wycinki, więc i mleka dają jeszcze niewiele.
Niemniej codziennie nastawiamy na nim jogurt, ze specjalnych bakterii w sklepie mleczarskim kupionych (z jogurtów pseudo-naturalnych ze sklepu wychodzi takie gó..no, że tylko dla piskląt lub psów się nadaje), i wypijamy go po pół litra na głowę z ogromną wiosenną chęcią.

Pisklęta rosną zdrowo, karmione w dzień co 2 godziny, prużoną kaszą z domieszką siekanego jaja na twardo, pszennej osypki, tartej marchewki i siekanej drobno pokrzywy.

Po naradzie z mistrzem pszczelarstwa Anna dokarmiła nieco nasze pszczółki, przy okazji sprawdzając stan rojów. Jeden wydaje się być słabszy i mniej liczny od reszty, ale wszystkie czerwią.

Jedna z wylężonych zeszłej jesieni mini-kurek zniosła dziś pierwsze jajeczko, zielone. Będzie do wielkanocnego koszyka.
Niesie się jedna z jenduszek. Zbieram jaja.

Przymierzamy się do ważnej na wiosnę operacji, wydobycia i wywózki gnoju. Do ogrodu oczywiście, który mamy zamiar nieco rozszerzyć. To jedna z trzech najważniejszych prac w ciągu roku, dwa razy gnój, raz sianokosy.

28 marca 2017

Cudowne rozwiązanie

Wiosna, a raczej wiosenne wiatry, na które wystawiała się (moim zdaniem bezmyślnie, bo ostrzegałam byłam) Anna, pracująca godzinami na dworze spowodowała, że w końcu zaniemogła. Ból gardła i głowy, katar. Namówiłam ją do rzeczy, która później doprowadziła ją do istnej paniki. Choć akurat, jak uważam, bezsensownej.
Rzecz ową usłyszałam dawno temu z ust mojego ojca, wiejskiego felczera, który czytał trochę materiałów naukowych z doświadczeń lekarzy rosyjskich, jeszcze z czasów pierwszej wojny, a i wcześniejszych, bo na Syberii w trudnych warunkach musieli sobie czasem bez dostatecznej ilości lekarstw radzić. Otóż to wtajemniczenie przypomniał mi niedawno internet, gdzie odnalazłam książkę pewnego człowieka, Polaka, który zachwalał rzeczoną metodę, wiele razy ją wypróbowawszy na sobie i ludziach. I ja ją na sobie zaraz zastosowałam, i powiększone węzły chłonne i bolesne migdałki po dwóch dniach cudownie znikły. W takim razie zareklamowałam teraz ów sposób także Annie. I zaaplikowałam jej odpowiednią ilość kropelek środka dostępnego za grosze w aptece. Choć jak potem dokładniej rzecz przemyślałam, była ona o wiele mniejsza, niż zalecana przez praktyków dawka. Z tego powodu, że dawniej stosowano 10-procentowy roztwór, a dzisiaj można dostać zaledwie 3-procentowy.
Dobra nasza. Anna dostała średniej gorączki i potów, prawidłowy objaw. I w nocy wzmożonego łupania w kościach i bólu kiszek, które ją doprowadziły do paniki. Jak to osobę nieoświeconą i rozpieszczoną.
- Otrułaś mnie! Już nigdy więcej czegoś takiego nie wezmę! - słyszałam, choć jednocześnie w dzień gorączka spadła, znikł także ból gardła i głowy! Utrzymywało się osłabienie, lekki ból brzucha, ale na tyle niewielkie, że już na drugi dzień nie tylko obrządek poranny zrobiła, jak zawsze, ale i warsztaty ceramiczne, jak co tydzień odbyła, a następnego ranka do brzeziny ją pognało, żeby wreszcie baniaczek na gałęzi brzozowej zawiesić i oskoły nazbierać, bo pora najwyższa! I wtedy dmuchnął zimny wiaterek i owiał ją. Już tego wieczoru znów gorzej się zrobiło...
Ponieważ cudownego środka syberyjskich lekarzy nie dało się już zastosować, pozostała jedynie zwiększona dawka witaminy C 3 razy dziennie, rozgrzewająca herbatka z lipy, soki owocowe, czosnek, mleko z miodem i krople propolisowe, które z apteczki wygrzebałam. I oczywiście ciepłe łóżko. Bo wróciła gorączka, kaszel i ból gardła.
- Jedź do lekarza - stwierdziłam, obrażona. - On cię na pewno uleczy antybiotykiem i za niedługo znowu gardło cię rozboli.
- Już tyle wytrzymałam bez antybiotyku, poczekam jeszcze - stwierdziła, tym razem mądrze, Anna.
Na mnie spadły oba obrządki i wszelkie sprawy poza domem wykonywane, sprawy zwierząt, palenie w piecu i gotowanie. Zwyczajne. Zaczęłam rozważać także kwestię ewentualnego leczenia "wiatru" sposobem miejscowych szeptunek, mając stosowne akcesoria w szafie, odziedziczone po siedliskowych przodkach, czyli święty len, gromnicę, można by też zastosować przykładanie do głowy szklanki z rozgrzanym popiołem z pieca, który potem na cztery wiatry się rozsypuje. Jednak obyło się bez tego eksperymentu.
Bo dzisiaj, dnia krytycznego, wyznaczonego na decyzję co do ewentualnego leczenia, Anna tak ni stąd ni zowąd do pracy się wzięła.

Rozlałyśmy z gąsiora i zakapslowałyśmy jakieś 40 buteleczek domowego piwa, które właśnie doszło swego czasu. Zbudowałyśmy z dwóch pudełek jedno, większe, dla gromadki kupionych niedawno w wylęgarni piskląt, w liczbie ponad dwudziestu sztuk. I nawet po uzbieraną oskołę do brzeziny się wybrała, okazało się, że 5-litrowy baniaczek jest pełen, zatem zawiesiła kolejny do zbioru.
- Wiesz co? Już mi lepiej. Dam sobie spokój z lekarzem - usłyszałam miłe mi słowa.

16 marca 2017

Przygoda dnia

Grunt to zacząć pracę w odpowiednim czasie i tempie. Jeśli ruszasz razem z wiosną w odpowiednim rytmie, czyli wolnym krokiem, bo ona tak zaczyna, to można mieć pewność, że do końca sezonu wszystko zostanie zapięte właściwie na ostatni guzik.
Oto kupa drewna do zagospodarowania. Porżnięta już latoś, choć zeszłoroczna. Układam codziennie po kilka taczek, porąbanych w ścianki do przeschnięcia w ciągu lata. Na zimę będzie suchutkie, doskonałe.


Czuby sosen przywiezione z okolicznej działki w lesie (zawsze pytamy najpierw leśniczego, więc mogę pisać oficjalnie na blogu). Inaczej skończyłyby na gnijącej z wolna kupie na brzegu lasu. A tu proszę, kózki nakarmione witaminkami, a chrust przyda się do palenia pod kuchnią i w chlebówce w nadchodzącej ciepłej porze.


Młodzież rośnie.


I na koniec dnia pracy niesamowita przygoda Kocieja Macieja. Otóż, przestraszony nachalnością wielkiego psa, przyjeżdżającego do sąsiadów, który przybiegł bliżej, niż można i obległ Macieja, kłapiąc wielkimi zębami w ogromnej paszczy, Kociej nic nie myśląc ruszył w górę. Zręcznie wdrapał się tak wysoko, że aż mi się w głowie zakręciło, jak spojrzałam! Lekko licząc 11 metrów nad ziemią. Na czubku akacji za domem zawiesił się.


Chwiał się tam na cieniutkiej gałązce jakaś godzinę, może i więcej. W rytm powiewów wiatru. Zdecydował się zejść dopiero, gdy miał pewność, że obce złe i głupie psisko odjechało.

12 marca 2017

Przedwiosenne zawieszenie

Zawieszam się czasem. Po niebie suną klucze dzikich gęsi, gęgając z oddali. Balbiny, zafascynowane stoją z wyciągniętymi szyjami, nasłuchując, niekiedy odzywając się ze swojej strony podobnym głosem. Kubańskie pochodzą ze skrzyżowania gęsi hodowlanej i dzikiej, atawizmy są w nich żywe.

Kury niosą się w stu procentach. Lodówka osypuje się jajami. Mimo, że jemy je codziennie na śniadanie i kolację, dostają je także psy, czasem Anna piecze ciasto lub robi makaron. Niekiedy udaje się trochę sprzedać, nawet dwa-trzy kilogramy na miesiąc, to i tak dużo, w porównaniu z ubiegłymi latami. Jak obliczyłam daje to nam rocznie jakieś trzysta złotych zarobku, co po odliczeniu ceny karmy, którą musimy kupić w ciągu roku dla ptaków (ziemniaki, ziarno, osypka, a także  kreda pastewna) przynosi nawet trochę zysku gotówkowego. Jednym słowem kury (podobnie jak inny drób w swoim zakresie) zarabiają na swój wikt i opierunek, zasilając do tego kurzeńcem kompostownik i ogródkowe uprawy.
Oczywiście, nie jest to kwota, z której gospodarz może się utrzymać, ale powtarzam, nie dokładamy do drobiu ani złotówki. A zyskujemy całoroczne świeże, idealnie zdrowe wyżywienie (jaja i mięso) oraz poczucie bezpieczeństwa, bo zawsze jest co do przysłowiowego garnka włożyć.

Indory dosiadają indyczki, pewnie niedługo zaczną się nieść. W takim razie trzeba się było wziąć za przygotowanie nowego kurnika. W zeszłym roku urzędowała tam jedna indyczka z indyczętami, do czasu, gdy zwęszyła sprawę kuna. Wdarła się pewnej nocy przez niezabudowaną jeszcze szparę pod sufitem, udusiła dwa spore już młode indyki (trafiły do psiego garnka, więc się nie zmarnowały) oraz zabrała kurczaka. Teraz zatem wiemy, że nie można więcej ryzykować. I trzeba najpierw dziury zlikwidować, wszystko co się da uszczelnić oraz zamontować oszklone okienko, żeby dostęp światła we wnętrzu zwiększyć.
Niesie się także co dwa dni gęś, Kubą zwana, żona Balbina. Jaja idą do placków, ciasta, makaronu, albo na psią kolację.

Anna wzięła się najpierw za prace drwalskie. W kilka dni wytężonej pracy porżnęła piłą kupę zalegającego jeszcze z poprzedniego roku drewna. A ja odrzuciłam owe klocki na dalszą odległość, z boku, gdzie mają przeschnąć i poczekać na jakiegoś wioskowego rębajłę. Na uwolnionym miejscu ma powstać ptaszarnia, czyli ogrodzony i zadaszony wybieg dla drobiu. Niewielki, ale wysoki, z grzędami, żeby indyki miały gdzie wysiadywać i nie robić tłoku na dole. Wszystko dlatego, że znudził się już nam widok drapieżnych kur w ogródku i na pastwisku. Robią w nim takie szkody, że nie możemy się dochować żadnego trawnika, grządki też cierpią w swoim czasie. Będą zatem w najbardziej niebezpiecznej dla upraw porze trzymane "za dziób" i kropka.

Kozy nie wytrzymują już w oborze. W ciągu dnia, na dwie-trzy godziny są wypuszczane, razem z bandą rozbieganych bachorów i zajmują się ogryzaniem kory z porżniętego drewna. Anna przyciąga im też sosnowe czuby z okolicznej leśnej działki, w której chłopaki ostatnio ostro tną. Wszystkie igły i soczysta kora znika w oka mgnieniu. Gałęzie okorowane szybko schną, pójdą pod siekierkę i będzie zapas na letnie palenie pod płytą oraz grilla.
Mleko niestety wypijane jest do ostatniej kropelki. Czasem Anna przyczaja się rano z kubeczkiem i odganiając niezaspokojone przyssawki ściąga z cyców Gwiazdy, Malwy i Kropki tyle zaledwie, co do kawy dla siebie.

Kończy się z wolna zapas dyń. A taki był raban i krzyk, że nie przejemy, że się zmarnuje! Przez całą jesień i zimę jadły je ptaki, kozy i my, codziennie jedna głowa szła, czasem pół, gdy trafiała się większa. Zostało jeszcze kilka niewielkich hokkaido, dla nas. I Anna stwierdza:
- Więcej też by poszło! W tym roku posieję ile się da.
Według moich wyliczeń zebrałyśmy z dwóch ogródków, przydomowego i permakulturowego jakieś 240 sztuk dyń różnej maści, smaku i wielkości. Trochę rozdałyśmy, resztę udało się zjeść ze smakiem. Zwierzęta wchłonęłyby i więcej. To świetna pasza, mleko i jajo-pędna.
Nasiona zostały skrzętnie zebrane, przesuszone i czekają na czas wiosennego odrodzenia.

28 lutego 2017

Wychodne

Śnieg zeszedł już miejmy nadzieję ostatecznie. Wyjrzało słoneczko, zachęcając do podejmowania pierwszych aktywności na dworze. Na razie drobnych i krótkich, bo na przedwiośniu ciało jeszcze mdłe, człowiek musi się wdrożyć w fizyczne prace, nic na siłę. 
Taki czas kusi zwierzęta. Koźlęta z ciekawością wychylają się na świat boży. 


Zazdrosne oczy Feli i jej małej Bezy. Ona też tak chce!


Tym razem jednak wychodne miała Luba, z naczelnym kozłem gustownym Guciem i tegoroczną młódką, która już trzeci miesiąc zalicza.


Czyje to dzieci, przyznaję, nie rozpoznaję. Wszystkie podobne do siebie.


I jednakowo rozbrykane.


27 lutego 2017

Sezonowy sen

Od ostatniego razu przybyła w oborze jeszcze jedna para gąb do wykarmienia, znowu koziołki. Są w dużej przewadze w tym roku. Ostatnia koza już nie zdoła wyrównać stosunku liczbowego dziewczynek do chłopców, nawet gdyby się postarała.

Dzieciaczki mają się dobrze. Niektóre już z zapałem biegają po dworze.

Dzisiaj intensywne słońce sprawiło, że po raz pierwszy na poważnie wyległy na świeże powietrze pszczoły. Podejrzałam, wybrawszy się do permakulturowego ogródka. Wszystkie ule ożyły, więc jest dobrze.
Tak samo, po zimie krzaczki porzeczek, malin i truskawek gotowe są do wskrzeszenia.

Anna miała niedawno sen. Była w nim prognoza pogody na ten sezon. Dostała ostrzeżenie, że wiosna ruszy szybko, a późnym latem i jesienią będzie mocna susza. Dlatego trzeba wcześnie siać, aby roślinki zdołały urosnąć, zakwitnąć i wydać owoce.
Sen odnotowuję, będzie można sprawdzić w swojej porze, czy się spełnił.

25 lutego 2017

Trudne narodziny

Tynia dała nam jednak popalić Zaczęło się przed południem. Porykiwała boleśnie przy każdym skurczu. Długo szło. Zostawiona w zamkniętej oborze i boksie, dla spokoju. Anna chodziła tylko co jakiś czas posłuchać, czy jeszcze jęczy, czy już cisza. 
- Powróż, co będzie.
- Ty rzuć monetami. Jesteś bardziej przejęta.
- I co wyszło?
- 43 na 1.
- To znaczy?
- Hm... Ryk będzie trwał dotąd, aż trzeba będzie użyć siły do pomocy. Ale sprawy idą już do rozwiązania i dobrze się zakończą.
Rozłożyłam też karty. Piątka pik i Królowa kier.
- Ból, krzyk i szczęśliwa mama na koniec.
W końcu nastała cisza. I z nią urodzona samodzielnie brązowa córcia.
- Zapasłam kozuchę - robiłam sobie wyrzuty - za dużo owsa dostawała. I stąd problem.
- Niekoniecznie - uznała Anna - Dziecko jest duże, a Tynia miała jakiś czas temu kłopot z kośćmi miednicy, pamiętasz?
Nie był to jednak koniec kłopotu, co była zapowiedziała Księga I-Cing, a raczej tylko jego lekki zwiastun. Po kilkunastu minutach zaczęło się znowu parcie. Na świat chciało wyjść kolejne koźlątko. Znów zaczęły się ekspresyjne jęki. Tym razem dość szybko pokazała się na zewnątrz nóżka i pyszczek. Co robić?
Ano, Bozia telefon po coś stworzyła. Najpierw kontakt ze znajomą hodowczynią, która też taki przypadek już kiedyś rozwiązywała. Wniosek: ciągnąć! Nie ociągać się.
Poszłam do pomocy. Kozę trzeba było unieruchomić i mocno trzymać za rogi. Bardzo prędko jednak Anna straciła pewność siebie. I w tej niepewności swojej zadzwoniła do weterynarza. Akcja była już zaawansowana, zanim by dojechał ze swojej gminy upłynęłoby dużo cennego czasu. Dał więc kilka ważnych instrukcji przez telefon. Ciągnąć, ale nie za głowę i nogę, ale za dwie nóżki. Głowę trzeba wepchnąć z powrotem i znaleźć drugą nóżkę.

Na umyte i odkażone jak do operacji ręce, Anna wylała sobie nieco oleju jadalnego i zabrała się do zabiegu, nie zwlekając. Trzymałam kozę za rogi z całej siły, aby nie odbiegła. Ryczała wniebogłosy. Po dłuższej chwili udało się przeprowadzić całą rzecz, znalazła się druga nóżka. Nie mając pewności, czy właściwa, przednia, bo może tylna, Anna rozpoczęła ciągnięcie płodu. 
Koza zwijała się z bólu. Parła w skurczach, Anna ciągnęła, choć w ferworze pierwszego razu trudno było poznać kiedy przebiega skurcz, a kiedy rozkurcz. W końcu biedna koza upadła na kolana, i położyła się na boku. Rycząc oczywiście. Paradoksalnie ułatwiło to nagle sytuację. Anna zaparła się mocniej i przy użyciu całej swej siły wyciągnęła koźlątko na świat. 
Ryk umilkł. 
Obrane z błonki porodowej dziecko okazało się żywe, więcej, nawet nieuszkodzone! Wkrótce zaczęło wstawać na nóżki i zostało podstawione do zassania. Bo Tynia natychmiast po porodzie podniosła się na nogi i zajęła ogarnianiem swoich matczynych spraw.
Dostała gar posłodzonej wody na wzmocnienie, którą wypiła ze smakiem. Nadstawiła wymię nowonarodzonym córeczkom, bo druga też się okazała córcią, i można było wreszcie odetchnąć od nadmiaru emocji.
Gdzie tam!
- Patrz! Kropa zaraz urodzi...

Na szczęście nie było z nią problemów. W ciągu pół godziny w sąsiednim boksie pojawili się na świecie dwaj brązowi żwawi malcy. 

22 lutego 2017

Przednówek

Deszcz zmywa ostatki śniegu. Wybieram i wybieram wodę gromadzącą się przed progiem ziemianki.
Drób jakby mniej karmy wołał. Kury niosą się świetnie, całą zimę nie odpuszczają, choć miały w okresie największych mrozów pewne przystopowanie. Jednak nawet wtedy coś w gnieździe zostawiały dla nas. Teraz bywa i do 10 jaj dziennie. Niesie się także co drugi dzień gąska Kuba[nka], zawsze strzeżona przez drepczącego u jej boku wiernie Balbina.
Główny indor ogląda się już za jenduszkami i odstrasza od nich zamaszyście młodszych rywali. 
Tylko patrzeć wiosny.

Dzisiaj wykociła się córa Gwiazdy, pierwiastka, Zorka. Bezproblemowo. Ku naszemu zaskoczeniu przyprowadziła dwójkę chłopaków. Zorra i sierżanta Garsiję. Silni, przysadziści, od razu wypili cały zapas siary i czekają na następny.

21 lutego 2017

Ciąg

Wypadło. Z rana. Ale trzeba było pociągnąć.

20 lutego 2017

Czekanie, aż wypadnie

Kapie, odmarza, pod białą pierzynką mokro. Kiedy buty gumowe straciły z latami szczelność, jak moje, wraca się z wypadu na podwórze w mokrych skarpetkach. Zawieszam je zaraz na kaloryferze, żeby zdążyły przeschnąć przed następnym wyjściem. W ruch idzie głęboka plastikowa szufla, co kilka godzin wylewam nią wodę, która zbiera się w dołku przed drzwiami do ziemianki i przesącza się szczelinami kiepsko zrobionego progu i pod owym progiem, po schodkach w dół, czyniąc kałuże w pierwszym pomieszczeniu (sklepiona głębina, gdzie trzymam ziemniaki i warzywa jest niżej, chroniona wyższym progiem i tam woda nigdy na szczęście nie dociera).

Dzisiaj sparło córkę Felicji, Franię. Dość łatwo i bez niczyjej pomocy wypuściła spod ogonka na świat maleńką Florę. Maści alpejskiej, ładniutką, dużą, silną, grubiutką i z miejsca samodzielną. Anna biega co kilka godzin do obory patrzeć, jak się sprawy mają. Bo wciąż są opóźnienia z wydaleniem łożyska po porodzie. A przypomnę, że właśnie z Franią był ten kłopot za pierwszym jej porodem w zeszłym roku. Bez weterynarza wtedy się nie obyło (co było jak na razie jedynym ewenementem w dziejach naszej hodowli, bo nasze kozy kocą się zazwyczaj bezproblemowo). Jak na razie wieści są pocieszające: łożysko ruszyło i powoli jest wydalane samodzielnie. Czekamy zatem z nadzieją na pomyślny rezultat. Popijając winko winogronowo-aroniowo-cydrowe na pocieszenie.

15 lutego 2017

Słodkości

Nocne mrozy zelżały, śnieg mokry pod nogami, opadł z hukiem ze wszystkich dachów już rano. Czas na brzuchate kozuchy nadszedł. Pierwsza rozpoczęła sezon wykotów Felicja.
Dwójeczką, obu płci. Torcik i Beza.
Jak zawsze dokarmiamy słabsze, czyli tym razem koziołka. Mlekiem matki. Felicja to koza z długim obwisłym cycem, maleństwu trudno jest klękać i nie tracić równowagi. Poza tym matka pochodzi z chowu nowoczesnego, sama odstawiona od matki w drugim dniu życia, z charakteru nie jest zbyt macierzyńska. Choć na szczęście również nie odrzuca dzieci. Ot, nie martwi się o nie. Trzeba to robić za nią. Dzieciaki zatem, dzięki naszej trosce mają się dobrze. Dzisiaj, czyli w drugiej dobie życia, podjęły już próby brykania.

8 lutego 2017

Sploty wyploty

Ania ukończyła w naszym domu kultury roczny kurs wyplatania ze słomy. Zajęcia trwały rok, dwa razy w tygodniu po cztery godziny. Po końcowej prezentacji, czyli wystawce mogła wreszcie zwieźć swój urobek do domu. Oto niewielki składzik różnych wyrobów, które uwieczniłam przy okazji.


Korobki, czyli nieduże pojemniki z pokrywką, pełniące w domu różne funkcje. Dobrze się w nich przechowuje cebulę i czosnek, bo te oddychają i nie pleśnieją. Tace, na kanapki, chleb czy inne gastronomiczne akcesoria, które trzeba na przykład wynieść z domu na taras albo altanę, by zjeść coś czy też pogrillować na powietrzu. Niektóre, te bez uszu i płytkie mogą służyć kotu za ulubione gniazdko (sprawdzone, koty to naprawdę lubią). Anna wyprodukowała nawet jedną jako kosz dla kwoki, by mogła spokojnie zasiąść na jajach. Świetnie się sprawdzają również kosze na pranie. Wyglądają w łazience nader przytulnie.


Tace, misy i "ptasie gniazda" ciąg dalszy... Jest nawet, uwaga, trzeba oko wytężyć, bo w samym rogu i ustawiony odwrotnie, słomiano-gliniany abażur...


Kosz na bieliznę ustawiony jak się patrzy...


A tu stare krzesło, któremu los zabrał oparcie, dało się zabawnie odnowić.



1 lutego 2017

Kapuściana zima

Zimą chce się jeść inaczej, niż w lecie. Apetyt pracuje w zgodzie z porami roku, wiadomo. Nie wiem jak mają mieszkańcy regionów, gdzie na okrągło mają ciepło, albo zimno, czy też tak? Ale myśl o całorocznej monotonii smakowej przejmuje mnie znudzeniem (nudnością?).
Bo jak można wpie..ać cały czas sałatę i marchewkę, albo cały czas cytryny i banany? Albo cały czas kurczaka z chowu klatkowego? Urozmaicanego mielonym indykiem? Albo ciągle kapustę? brokuła? pojadanymi całorocznym jogurtem naturalnym dosmaczanym proszkiem z mleka i cukrem (to i tak dobry wariant, bo może być słodzik) i na starych zdziczałych bakteriach robionym, które już dawno właściwego smaku jogurtu zapomniały?  

Doigrałam się jedzenia w zgodzie z porami roku, to i mam! i się cieszę. Kapusta kiszona już nam wzięła wyszła (na surówki i bigosy), sałatki burakowe albo ogórkowe wychodzą, to się wzięło pomyślało i zrobiło. Niewielkim nakładem pracy, coś naprawdę smacznego. Oto kolejny zapas stoi w kolejce do zjedzenia. Następny jest w planie, nie ma strachu.


Voila! Kiszonki. Czosnkowa Kim-ći, kapusta kiszona z burakami i marchewką, buraki z barszczem kiszonym. Wsio w "sosie własnym".


Oj, od chwili zrobienia zdjęć wczoraj już w dużym słoju tylko polowa wsadu została!