25 czerwca 2017

Mlekiem i miodem płynąca

Żeby nie było, że tak fajnie jest prowadzić gospodarstwo, że miodem i mlekiem ziemia opływa sama, jaja codziennie w kurniku się znajduje, a pieczenie same do gąbki wpadają, to muszę najpierw ponarzekać na notoryczne zmęczenie ostatnio, zakwasy w zastałych przy komputerze mięśniach i brak czasu na cokolwiek innego, niż praca rolnika...
Niby też ona taka spokojna, leniwie sobie płynie, ale jak dowali, to daje popalić, niczym w jakimś filmie sensacyjnym. Do takich momentów należą oczywiście sianokosy, gdzie napięcie stopniuje się stanem pogody i trzeźwości niektórych pracowników. Żniwa też bywają pasjonujące, na czyje to pole teraz kombajn zajedzie i czy zdąży przed zapowiadanym deszczem, albo czy się znowu nie popsuje, ale żniw już nie mamy, odkąd liche owsiane poletko zamienione zostało na dzikie pastwisko (pomimo obsiania mieszanką  szlachetnych traw urosło na nim wszystko, tylko nie to, co trzeba, na szczęście kozy to jedzą). Zatem pozostają jeszcze wykoty, oraz tego roku doszło wreszcie - wyczekiwane od dawna - miodobranie.

Anna jakiś czas temu zlustrowała ule i uznała, że dwa z nich nadają się do wybierania. W trzecim rój wciąż jest słaby, mimo zasilenia nową matką już drugi raz, a dwa kolejne są zbyt młode, dopiero z wiosną zasiedlone, żeby to robić.
Przygotowała się merytorycznie, oglądając kilka tematycznych filmików pszczelarskich na YT i wczoraj uznała, że to zrobi. Mistrz pszczelarski już od jakiegoś czasu mocno ją motywował, bo czas najwyższy.
W sumie dość łatwo jej poszło wybranie czterech ramek pełnych zasklepionego miodu i przywiezienie ich w pudle, nakrytych prześcieradłem na taczce z ogrodu do chatki dziadka, gdzie sobie kręcalnię tymczasową urządziłyśmy. Czekała już w niej wyszorowana po kilkakroć stara miodarka ręczna, jeszcze po dziadku, dawnym właścicielu siedliska odziedziczona. Trzy plastikowe pojemniki po pokarmie dla pszczół, zaadoptowane jako wiaderka, odsklepiacz (też dziadkowy), kilka misek i kubków, w razie czego.
Wstawiłyśmy pierwsze dwie ramki do miodarki i wzięłam się za kręcenie. I tu wyszło nasze obopólne nieprzygotowanie tematu. Jak kręcić, ile czasu, jak szybko, kiedy uważać, że się wszystko zrobiło, kiedy i ile oczekiwać miodu...  Nawet nie wiedziałyśmy, że trzeba ramki odwrócić po pewnym czasie i kręcić drugie tyle. W sumie zeszło nam na ten eksperyment naukowy kilka godzin i zdało się nam, że żadnego rezultatu nie przyniósł. Anna popadła w rozpacz.
- Tyle pracy! Tyle wysiłku, starań i pieniędzy w to włożonych, tyle czekania, a teraz k...wa nic?
Trzasnęła drzwiami i poszła, pochlipując. Ja zaś podstawiłam pod kranik, z którego ciurkał jednak miodzik wiadereczko i poszłam rozpracowywać temat teoretycznie. Wkrótce znalazłam rady pszczelarzy jak to robić miodarką ręczną, rzuciłam komputer i poszłam sprawdzać nabytą wiedzę w praktyce. Anna już, w bezdennej depresji rąbnęła była się spać. Teraz dopiero zaczęło z niej wychodzić całe zmęczenie ostatnich dni.
W takim razie, nie niepokojona, szybko poradziłam sobie z odebraniem miodu z dwóch pierwszych ramek, odsklepiłam następne, wstawiłam do wirówki, zakręciłam. Najpierw wolno. Potem trochę szybciej. Potem najszybciej jak się dało. Po czym wyjęłam ramki, przekręciłam je na drugą stronę, wstawiłam i proces powtórzyłam. Z kranika leciało całkiem zgrabnie żółte słodkie coś. Zeszło mi tak prawie do północy, przy okazji piwko żem sobie wypiła i pozastanawiałam się nad czasem odmierzanym strużką lejącego się leniwie złotego miodu. Wybrałam prawie pół wiaderka, zamknęłam je, zakorkowałam kranik miodarki i poszłam spać,
Raniutko zerwałam się i pierwsze, co zrobiłam to odetkałam kranik. Zleciało jeszcze z półtora litra. A gdy miodarkę przechyliłam, podkładając pod jeden bok drewienka, ściekły jeszcze dwa pełne kubki. I zabrałam się do przecedzania miodu i wlewania go do słoików. Trzeba było nieco pokombinować, jak sobie pracę usprawnić, nie mając jeszcze skompletowanego profesjonalnego sprzętu pszczelarskiego. Ale nie było to trudne. Trwało co prawda trochę, ale mniej, niż się spodziewałam.
Na koniec podliczyłam zapełnione słoiki, wagę i ucieszyłam się. Rozpacz Anny była zgoła bezpodstawna. Wyszło z czterech ramek osiem kilogramów miodu jasnego, z troszeczkę zielonkawym odcieniem, jak przystało na miód leśny. Prawdziwy, nie podrabiany. I różnorodny. Bo pszczółki pasą się na czystym, oddalonym od ludzi terenie, pożytkując na kwiatach leśnych, brzóz, czeremchy, osiki, sosen, buków i klonów, tudzież śliw i dzikich grusz (jabłonie w tym roku odpoczywają).
Świadectwo fotograficzne będzie później, w wolniejszej chwili...

23 czerwca 2017

Po drugiej turze

I druga tura sianokosów za nami. Poszło dobrze, choć nie bez pewnej załamki. Bo znów nie było chętnego chłopa do roboty, chłopci wioskowi zarabiać nie chcą, wolą swoje głodowe renciny i zasiłki na ławeczkach przepijać. A jak nawet, który by chciał, to go nie ma, bo odsiaduje jazdę po pijanemu na rowerze albo coś podobnego, lub już nie może, bo wódka tak nim pomiata, że budzi się co rusz z czymś innym złamanym, albo stopą, albo ręką. I nie do roboty mu, tylko papiery od lekarzy zbierać i urzędy molestować o większe wsparcie finansowe.
Tymczasem trza było chłopaka, żeby kostki widłami podawał na balkonik, by można je było ułożyć pod dachem obory. Miejsce w paszarniach "stacjonarnych" już zostało zajęte, a tylko tam nasza siła wystarczała do pakowania.
Pierwszego dnia zwózki, znów samodzielnej przyczepką, ułożyłam przywiezione w 3 kursach siano w garażu, na wszelki wypadek, gdyby padać w nocy niebu się zechciało. A następnego dnia raniutko, Anna ledwie wstała i oczęta przetarła ruszyła do jedynego chodzącego w miarę prosto po ziemi Andriuszy, aby nikt jej w tym nie ubiegł, bo w gorący czas prac polowych wszyscy zdatni do pracy mają bezpardonowe wzięcie. I miała szczęście, Pan Bóg czuwał. Andriusza właśnie po ostro zakrapianym wieczorze ruszał na wioskę w poszukiwaniu leczniczego klina. Tak więc wylądował u nas, dostał na początek dniówki piwo, potem solidną jajecznicę z 5 jaj i kawę, i jakoś się został. Także zgodził się dopomóc w miarę swych sił Sąsiad z Polesia, któregośmy pielącego ogródek przed jego chatynką zoczyły w drodze na łąkę. Sił okazało się, że mu przybyło, odkąd na wiosce zamieszkał i nawet wytrwał bez opuchnięcia przy podrzucaniu kostek siana widłami na balkonik. A że facet wysoki, to nawet dużo podrzucać nie musiał.
Anna zwiozła całość z łąki, sianko także z garażu znalazło się na stryszku, zatem jakiś tam gorący posiłek na koniec wszyscy zjedli, a do piwa dostali ostatniego rozmiękłego dojrzale i apetycznie śmierdzielinka. Który zniknął w oka mgnieniu, co mi miłe było, owszem, widzieć. Nawet ostrożny w ocenach Andriusza się oblizał, a jadł coś takiego pierwszy raz w życiu.

Podsumowanie sianokosów jeszcze przed nami, bo także i nasza łąka ciągle nieruszona i należałoby ją skosić. A jak skosić to i zebrać, bo co ma się marnować.

17 czerwca 2017

Burzowy czas

Trochę się działo u nas ostatnio, stąd milczenie na blogu.
Przede wszystkim skończyły się pomyślnie wylęgi u jenduszek. Wylęgalność bardzo dobra, tylko 2-3 jaja okazały się puste, i dwoje piskląt padło w wypadkach. Jedna odchowana partia już poszła na swoje, teraz chołubimy jeszcze resztę, przy pomocy oczywiście trzech matek. W tym celu wykonałyśmy ten wysiłek, aby wreszcie zbudować wybieg dla kwok przy nowym kurniku. Słupy wbił jeszcze Jary, który wpadł na ostatek przed swoim wyjazdem i porąbał resztę zalegającego drewna na podwórzu. My zaś naciągnęłyśmy drobną siatkę wolierową na słupach, a tymczasowo furtkę imitują wysokie deski. Wciąż nie ma czasu dokończyć roboty.

Potem nadszedł czas sianokosów, a raczej ich 1 tury. Mimo, że zaraz po skoszeniu trawę zlał deszcz, to zdołała ona wyschnąć szczęśliwie w następnych dwóch suchych i wietrznych dniach, przegrabiana maszynowo kilka razy dziennie. Zaraz po skostkowaniu po południu dnia trzeciego Anna wzięła się za samodzielne zwożenie owych kostek do obejścia. Czemu sama? Ano żaden z umówionych pracowników nie przyszedł. Mieli ważniejsze sprawy, jak się okazało, choć umawiając się, jakoś o nich nie wspomnieli. Trudno. Wykorzystując sprzyjającą pogodę i wiedzę zdobytą w poprzednich latach przy łąkowych pracach, sama pakowała kostki na przyczepkę i do samochodowej paki, fachowo je układając i związując pasami, tak jak ją nauczyli rolnicy z dziada pradziada. Po czym przywoziła ładunek trzy kilometry do naszej wioski i obejścia. Pierwszego dnia pracowałyśmy (ja miałam na głowie rozładunek i pakowanie kostek do paszarni) pilnie do nocy, gdy już brak światła utrudnił chowanie siana w nieoświetlonych pomieszczeniach.
Drugi dzień Anna rozpoczęła o 5 rano. Na ten dzień bowiem zapowiedziano po południu deszcz (którego nie było) i postanowiła się pospieszyć. Wykonała 3 ostatnie kursy bez problemu, załadowując po sufit dwa duże pomieszczenia kurniko-paszarni. W sumie było 9 kursów po 35 kostek, łatwo policzyć ile wyniósł urobek. To połowa tego, co nam jest potrzebne na przyszły sezon zimowy. Dlatego z niepokojem śledzimy prognozy pogody, które nie zapowiadają już ładnej pogody przez dłuższy czas.

Niedługo jakoś potem przyszła wreszcie wyczekiwana króciutka ulewa, która towarzyszyła maleńkiej burzy. Burza jednak okazała się zająbista i popsuła nam humor na kilka dni. Piorun uderzył w światłowód pomiędzy naszą i drugą wioską, poszedł kablem i mimo wyłączenia popsuł łącze internetowe. Nie tylko nam, ale i wszystkim użytkownikom na naszej wsi. Iskra była tak duża, że natrzaskało nam w chacie głośno i dramatycznie, i oprócz łącza i telewizji, padła także (chyba ze strachu) lodówka. Z sykiem zaczął ulatniać się z niej freon. Hm, od czasu awarii jakieś 5 lat temu i tak wytrzymała dłużej, niż wyrokował majster lodówkowy, który dawał swojej naprawie czas jakichś dwóch lat.

Brak chłodziarki (mamy drugą dużą zamrażarkę, jak każdy przyzwoity rolnik) jest jednak dość upierdliwy. Nie ma gdzie przetrzymywać świeżego mleka, które zaraz kiśnie, kefiru, masła czy świeżych serków, albo podrobów dla kotów. Zatem czeka nas nadprogramowy wydatek.

Awarię łącza już naprawiono, trwało to trzy dni, mamy nowy kabel, nowy router, lecz telewizję szlag trafił, i dobrze. Nie odnowi się umowy, i z głowy. I tak jej nie oglądałyśmy z braku czasu.

Co jeszcze?
Drewno zostało pracowicie zwiezione i ułożone w ściankach pod okapem z drugiej strony kurniko-paszarni. Przy okazji namierzyłyśmy jeszcze jednego, po makolągwie gniazdującej pod dachem tarasu i jaskółkach w oborze, dzikiego mieszkańca obejścia. Jest nim wąż, zaskroniec, jednak nie gniewosz, jak myślałam wcześniej sądząc jedynie po śladach na piasku i informacjach z netu. Ślady jego bliskiego bytowania widujemy od lat dwóch. Sprowadził się w czas wielkiej gorącej suszy w 15 roku, zwabiony wodą dla zwierząt zostawianą w obejściu na noc. W zeszłym roku znalazłyśmy pod starą wialnią skórę z wylinki. W tym roku osobiście stanęłyśmy z nim oko w oko. Czyli osiedlił się na stałe, mimo, że wikipedia twierdzi, iż zaskrońce unikają ludzi. Ma piękny brunatny kolor o oliwkowym odcieniu (bliskim barwie otoczenia, gdzie zamieszkał) i długość nieco mniej, niż metr. Czasem w pogodne dni plażuje na kupie wilgotnych próchniejących bali, pod którymi mieszka stale, koło kurnika, a których tylko z jego powodu zdecydowałyśmy się nie sprzątać. Mając wielką nadzieję, że nie będzie polował na małe jendyczątka, które dość blisko mieszkają.

Poza tym ucieszyłam się odrobiną truskawek z naszej grządki. W tym roku są bardzo drobne, z powodu długiej suszy i zimna, ale oczywiście zjadliwe, własne.
Pierwsze wino tegoroczne, z kwiatu bzu już nastawione i pyrkocze w gąsiorze. Towarzyszą temu ostatnie łyki aroniowego winka z zeszłego roku, którym popijamy śmierdzielinka, bo właśnie doszedł do właściwej lejącej konsystencji.,,

2 czerwca 2017

Wewnętrzny świat

Życie w obejściu jest bujne i ciekawe. Dla bystrego obserwatora na pewno nie jest nudne. Wystarczy usiąść na ławeczce i trochę poczekać. Zaraz coś nawinie się pod obiektyw. Tym razem większość dzisiejszych scenek do fotografii trafiło się Majce, goszczącej u nas z siostrą przez kilka dni.
Poniżej Kolesie Dwaj, Kochaś (ten pierwszy, mini-kochin) i Łysol (gołoszyjka, takie brzydactwo wymyślili Austriacy). Trzymają się zawsze razem, co dziwne u kogutów. Ale im dwóm akurat raźniej, bo reszta zwykłych kur zwyczajnie ich lekceważy albo odgania. Dwa z czworga dziwnych kuraków, które się wykluły poprzedniej jesieni z zakupionych u hodowcy hobbysty jaj. I urozmaicają oto swoim widokiem nasz mały światek. Była jeszcze kurka gołoszyjka, która zniosła nam na Wielkanoc kilka pięknych zielonych jajeczek, niestety nie spodobała się indorowi, i musiała przedwcześnie skończyć w rosole.
  

A oto poniżej portret owego nietolerancyjnego amerykandora.


Tutaj zaś perspektywa świata, jaki rozciąga się patrząc od progu naszej chaty, na przyległy wewnętrzny dziedziniec. Jest zabawnie powiększona i zdeformowana, bo zdjęcie robione obiektywem, który najlepiej ściąga powierzchnię Księżyca i satelity Jowisza, a nie tak małe przestrzenie.


Kogut naczelny. Mix zwykłej kury z zielononóżką.


Małe zetknięcie przed oborą. Pasza robi srogą minę wobec niesfornego Michasia, którego z kolei strzeże jego matka, Amela. Nad nimi filozoficznie obojętna głowa Felicji.


Jedyne moje zdjęcie w tym wpisie. Grządka szpinaku i rzodkiewki, które już zostały dokładnie pożarte, w serii szpinaku duszonego na patelni oraz sałatki szpinakowej z serem, orzechami i miodem. W ich miejsce posiano następną dawkę zdrowia.


1 czerwca 2017

Dzień powszedni

Praca, praca, praca, czyli zakręcony czas. Dlatego, nawet gdyby pisać się coś chciało, to i tak nie ma kiedy. Zbieram jakieś drobne fotograficzne ślady, na później.
Prowadzenie gospodarstwa w sezonie to ciągłe napięcie uwagi, czujność od rana do nocy, rozmaitość niespodziewanych prac do wykonania przy okazji tych codziennych, zwykłych. Bywa, że płaczę ze zmęczenia, z niemożności nabrania oddechu, pisania, rozmyślań. Albo irytuje mnie byle drobiazg, wchodzący w drogę, to taka pora.

Odnotować należy wylęgi indycząt. Już pod dwiema jenduszkami pojawiły się pisklaczki. Dziś klują się pod trzecią.
Anna zaszalała i kupiła na targu pięć kaczek mulard na tucz. Już opierzonych. Kaczki chyba nie widziały nigdy ludzi, świata, są przerażone, nie chcą jeść tego, co im daję, wypuszczone z zagródki na dwór biegają we wszystkie strony chaotycznie, kwacząc wielkim głosem. Czyli kłopot.
Do tego Balbin został znowu wdowcem. Jego gąska zdechła po długim wahaniu, zapewne zjadła coś niestrawnego. Trochę się obawiałam o jego równowagę psychiczną, był bardzo troskliwym mężem. Jednak widok kaczek podreperował mu humor szybko. Poza tym nawiązałam z nim więź, którą  trudno opisać. Gąsior reaguje na swoje imię, a kiedy staję przed nim i skłaniam uprzejmie głowę wymawiając je, z gracją pochyla swoją i tak się sobie kłaniamy kilka razy dziennie. Widzę, że aspiruje do roli przywódcy stada drobiu i machając zamaszyście skrzydłami wiedzie je pierwszy na karmienie do kurnika.

Pogoda bawi się z prognostykami. Miał być wyczekiwany deszcz, ledwie kilka kropelek spadło, a wiatr, który pędzi chmury z zachodu wysusza wszystko o wiele prędzej, niż słońce by to zrobiło.
Instalacja kolejnego ula i roju przeszła pomyślnie.

14 maja 2017

Gospodarcze widoki

Pokazuję trochę zdjęć ostatnich, w popołudniowym słońcu robionych. Niniej nasze stadko dzikich kur leśnych, pod wodzą koguta. Proszę się nie obawiać. Kury żerują raptem 3 metry od domu, gdzie taka oto puszcza porasta. Kilka razy dziennie przebiega tamtędy pies, jeden z drugim, więc miejsce w miarę bezpieczne od lisa. Choć trzeba czuwać i na każdy ptasi wrzask wyskakiwać z chaty z pomocą. Zdarzają się próby ataków ptaków drapieżnych z góry.


A poniżej niewielka perspektywa na kawałek naszego permakulturowego ogrodu. Widać raptem dwie sadzonki czarnej porzeczki z plantacji liczącej sobie kilkadziesiąt krzewów. Oraz niebywałą dla tego spłachetka leśnego piasku wybujałość trawy (to jest moc naturalnego nawożenia gnojem, słomą, kompostem i starym sianem). W tym roku krzaczki nabierają wreszcie rozpędu, po sezonie suszy i upału sprzed dwóch lat, gdy były w silnym niebezpieczeństwie nieprzetrwania. Nawet każda ma po kilka kiści zawiązanych już owoców! Po sąsiedzku zaś, w głębi mała zagroda, jeszcze nie zagospodarowana, więc mimo dwóch uli z pszczołami wypasają się tam ostatnio kozy. Pszczoły są spokojne, kozy także zachowują dystans.


A oto widok z wnętrza pastwiska, mającego ponad hektar obszaru. Po zeszłorocznym użytkowaniu ogrodzenie okazało się mocno nadwyrężone przez kozy. Dlatego teraz, nim wypuścimy stado na pastwę trzeba było zacząć od naprawy i wzmocnienia płota. (Przypomnę: słupy dębowe co 4 metry stawiane, obciągnięte siatką leśną, wymagały wzmocnienia poprzecznymi świerkowymi żerdziami u góry i gdzieniegdzie u dołu, gdzie kozy potrafiły przejść). Widok przedstawia kupę złożonych kilka lat temu przy zakładaniu ogrodzenia żerdzi, czekających jeszcze na ewentualne użycie tu i ówdzie. Do zdjęcia pozuje Laba.


A tutaj kolejne dwa ule. Pszczółki wreszcie zaczęły się uwijać. Kwitły już śliwy węgierki i jeden gatunek czeremchy, teraz zdziczałe grusze i osika dają czadu. Nie licząc leśnego i łąkowego kwiecia. Sad jabłoniowy w tym roku odpoczywa.


Poniżej jeden bok pastwiska, do którego przylega nieużytek czeremchowo-brzozowy (także do nas należący). Trzeba było pracowicie zabezpieczyć tę stronę ogrodzenia, bo kozy kuszone gałęziami i liśćmi brzozy i czeremchy rosnącej wzdłuż płota stawały na siatce i rujnowały ją, w końcu przeskakując na zewnątrz. W pracy pomógł nam Jary, który jest mistrzem od tego rodzaju ogrodzeń. Przepletliśmy wspólnie długie żerdzie przez oka siatki u góry i przybiliśmy końce do słupów. Dolnych zabezpieczeń już nie trzeba przeplatać. Było tego trochę, ale dzięki pracowitości zwykłego wiejskiego chłopaka udało się tego dokonać w ciągu jednego dnia, w całkiem przyzwoitym czasie 7 godzin, z przerwami na obiad i kawę.


12 maja 2017

Uśmiechy słoneczne

Słońce wreszcie nieśmiało wychodzi po chłodach "ogrodników", którzy w tym roku jakby wcześniej nadeszli. Humor się poprawia. Bo i pszczółki szaleją na rozkwitłej dzikiej gruszy, i serki mi dojrzewają powoli. Jedne obrastają w biały kożuszek i zaczynają dorabiać się zapaszku, na który mam wielką ochotę.  Śmierdzielinki, tak je zwę pieszczotliwie. Mogą być też: skarpetniki. Drugie pomalowane zabezpieczającym woskiem leżakują w piwniczce.

Cztery jenduszki już zasiadają na swych jajach. Co rano zganiamy je po kolei z gniazd, aby cokolwiek zjadły, skrzydła i ścierpnięte nogi rozprostowały, oraz załatwiły potrzebę kupną (trzymają, skubane, gdy siedzą!).

Anna planuje wysiew dyni i innych jeszcze nieposianych, lub już posianych w próbnych ilościach warzywek. Coś tam wschodzi, pod włókniną w ogródku przydomowym, ale maleńkie jeszcze.

5 maja 2017

Zimny maj

Mozół dnia codziennego skutkuje zmęczeniem i spadkiem chęci zapisywania onego na blogu. Wciąż tak samo się kręci. Zimna wiosna, chmury, częste deszcze sprawiły, że rozkwitła kilka dni temu śliwa stała smętna i opuszczona, jak panna młoda czekająca na narzeczonego, który jak by zapomniał o ślubie. Żadna pszczoła ani trzmiel nie chciały rzucić na nią okiem. Zimno sprawiło, że nektar nie płynął, kwiaty zaczęły się w końcu osypywać na ziemię.
- Oj, w tym roku śliwek nie będzie - stwierdziła Anna.
Smutno jakoś. I dziwnie.
Dzisiaj jednak, wbrew prognozom telewizyjnym, zapowiadającym dwa kolejne dni deszczowe, od rana wyjrzało słońce i ogrzało świat. Chłód znikł. Rozkwitła czeremcha i wspaniale zapachniła ogródek przy domu. Zleciały się muchy miodne i dalejże nadrabiać stracone dnie. Nektar popłynął, nawet na opadającej już śliwie. Młode pszczółki obległy chatę, taras, ogródek, świat się rozbrzęczał, jak na maj przystało. Dzięki Ci, Boże!

Co poza tym? Od Świąt wielkanocnych zaczął się codzienny udój kóz, dzieciaki sypiają już w osobnym pokoju. I codzienny przerób mleka na sery. Coś tam z wolna powstaje, choć najsampierw musimy się nimi dobrze najeść same. Dziś ukręciłyśmy pierwsze lody, jagodowe.
Prace w obejściu idą zrywami, to tu to tam, więc można powiedzieć, wszystko jest zaczęte, nic nie skończone. A czeka choćby ogrodzenie pastwiska na naprawę, aby móc na nie stado wypuścić i mieć z głowy ich osobiste pasienie po opłotkach. Tak samo nowy kurnik na uszczelnienie, bo dwie jenduszki już zasiadły na jajach. A dwie w kolejce stoją. Każdego dnia pchamy coś do przodu, a to płotek, a to furteczka, a to dziura załatana, jednak końca wciąż nie widać.

4 kwietnia 2017

Zupa burakowa à la barszcz ukraiński

Zaczęły się z wolna prace ogródkowe, na razie przy domu. Poprawiamy stare grządki, siejemy pierwsze nowalijki, zakrywając je przed drapieżnym drobiem włókniną. Dzisiaj Księżyc w znaku Raka, więc liściaste. Sałata, roszponka, naciowa pietruszka, szpinak, szczypiorek. Bez pośpiechu. Jedna, dwie grządki dziennie. W zgodzie z rytmem kosmosu.

Pisklaczki też dzisiaj wylądowały w ogródeczku, na słoneczku. W skrzyni wybiegowej. Po raz pierwszy widziały ziemię, świat. Zawsze patrzę z zadziwieniem, jak w tych maleńkich istotkach budzi się pamięć genetyczna, niezawodnie. Już po paru minutach wiedziały do czego służy piasek, jak robić sobie kąpiel piaskową, jak wygrzewać skrzydła w promieniach, jak polować na przelatujące muszki. Po godzinie takiego hartunku wróciły do pudełka w ciepłym domu. Jutro, jeśli tylko pogoda pozwoli, zostaną na powietrzu dłużej.

Ja tymczasem ugotowałam jedną z moim ulubionych zup. Burakową mianowicie. Nie jest to barszcz burakowy, ani też ukraiński, choć podobieństwo smakowe zachowuje. Przyrządza się ją w jednym garnku, bez zawracania sobie głowy gotowaniem tego i owego osobno.

Zupa burakowa à la barszcz ukraiński

Składniki: 
1/5 kg czerwonych buraczków
1 cebula
1-2 marchewki
1/2 selera
1 pietruszka
Kilka ziemniaków
Kilka suszonych grzybków
Kawałek mięsa na kości, jeśli chcemy by potrawa była treściwsza
Trochę słoniny na skwarki
Przyprawy: liść laurowy, ziele angielskie, pieprz w ziarnkach, pieprz mielony, majeranek, sól

Najpierw stawiamy na ogniu kość zalaną odpowiednią ilością posolonej wody, można już dorzucić grzybki i liść laurowy. Pogotować do wstępnej miękkości mięsa.
Następnie wrzucamy do garnka pokrojone w cienkie plastry buraczki i gotujemy je do wstępnej miękkości. Dopiero wtedy dodajemy resztę pokrojonych dość drobno warzyw, pieprz i ziele angielskie. Cebulkę przekrojoną na pół podpiekamy na gorącej płycie kuchennej i dorzucamy do wywaru, gdy zacznie upajająco pachnieć. Na koniec dodajemy ziemniaki, krojone w plasterki, albo słupki. Kiedy zmiękną zupa jest już przeważnie gotowa.
Tuż przed zdjęciem z ognia można dodać do niej odrobinę kiszonego barszczu burakowego (wtedy zupa nabierze stylu ukraińskiego), albo - co właściwie równie skutecznie poprawia smak i kolor - łyżkę octu jabłkowego. Podajemy z dodatkiem skwarków na talerzu, przyprawione majerankiem bądź pieprzem mielonym, według własnego gustu.
Uwaga, zjadamy wszystkie warzywka! Bez wybrzydzania!

Wersja wegetariańska jak najbardziej możliwa. Podpowiem, że jeśli buraczki pokroimy kilka godzin wcześniej i posypiemy je łyżeczką cukru, to puszczą sok i nabiorą pięknego koloru już przed gotowaniem. Zamiast skwarków można upuścić na gotową już zupę odrobinę oleju, doda mu to trochę apetycznej tłustości.

W domu moich dziadków po kądzieli podawano czasem taką zupę, ugotowaną bez ziemniaków, jako barszcz czerwony. Na środek talerza kładziono kupkę ziemniaków puree, czyli tłuczonych, gotowanych osobno, polanych tłuszczem ze skwarkami i przysmażoną cebulką, i dookoła niej lano zupę bez warzyw. W rodzinie żartowano, że babcia znów podała "kopiec ziemniaków i bruzdę barszczu"...

2 kwietnia 2017

Przymiarki

Kolejny, nie wiem już który wielki słój kapusty wespół z burakami, zakiszony do schrupania. Lubię tę mieszankę, bo czerwony kolor działa mi na apetyt, wiadomo.

Od jakiegoś czasu jest trochę mleka, nieco ponad litr dziennie, bo Lubą odstawiamy na noc od dzieci do osobnego boksu. Czyli jeden, poranny udój jest nasz. Trawy ani liści jeszcze nie ma, kozy co najwyżej ogryzają świeżą korę z gałęzi sosnowych, przyciągniętych z leśnej wycinki, więc i mleka dają jeszcze niewiele.
Niemniej codziennie nastawiamy na nim jogurt, ze specjalnych bakterii w sklepie mleczarskim kupionych (z jogurtów pseudo-naturalnych ze sklepu wychodzi takie gó..no, że tylko dla piskląt lub psów się nadaje), i wypijamy go po pół litra na głowę z ogromną wiosenną chęcią.

Pisklęta rosną zdrowo, karmione w dzień co 2 godziny, prużoną kaszą z domieszką siekanego jaja na twardo, pszennej osypki, tartej marchewki i siekanej drobno pokrzywy.

Po naradzie z mistrzem pszczelarstwa Anna dokarmiła nieco nasze pszczółki, przy okazji sprawdzając stan rojów. Jeden wydaje się być słabszy i mniej liczny od reszty, ale wszystkie czerwią.

Jedna z wylężonych zeszłej jesieni mini-kurek zniosła dziś pierwsze jajeczko, zielone. Będzie do wielkanocnego koszyka.
Niesie się jedna z jenduszek. Zbieram jaja.

Przymierzamy się do ważnej na wiosnę operacji, wydobycia i wywózki gnoju. Do ogrodu oczywiście, który mamy zamiar nieco rozszerzyć. To jedna z trzech najważniejszych prac w ciągu roku, dwa razy gnój, raz sianokosy.

28 marca 2017

Cudowne rozwiązanie

Wiosna, a raczej wiosenne wiatry, na które wystawiała się (moim zdaniem bezmyślnie, bo ostrzegałam byłam) Anna, pracująca godzinami na dworze spowodowała, że w końcu zaniemogła. Ból gardła i głowy, katar. Namówiłam ją do rzeczy, która później doprowadziła ją do istnej paniki. Choć akurat, jak uważam, bezsensownej.
Rzecz ową usłyszałam dawno temu z ust mojego ojca, wiejskiego felczera, który czytał trochę materiałów naukowych z doświadczeń lekarzy rosyjskich, jeszcze z czasów pierwszej wojny, a i wcześniejszych, bo na Syberii w trudnych warunkach musieli sobie czasem bez dostatecznej ilości lekarstw radzić. Otóż to wtajemniczenie przypomniał mi niedawno internet, gdzie odnalazłam książkę pewnego człowieka, Polaka, który zachwalał rzeczoną metodę, wiele razy ją wypróbowawszy na sobie i ludziach. I ja ją na sobie zaraz zastosowałam, i powiększone węzły chłonne i bolesne migdałki po dwóch dniach cudownie znikły. W takim razie zareklamowałam teraz ów sposób także Annie. I zaaplikowałam jej odpowiednią ilość kropelek środka dostępnego za grosze w aptece. Choć jak potem dokładniej rzecz przemyślałam, była ona o wiele mniejsza, niż zalecana przez praktyków dawka. Z tego powodu, że dawniej stosowano 10-procentowy roztwór, a dzisiaj można dostać zaledwie 3-procentowy.
Dobra nasza. Anna dostała średniej gorączki i potów, prawidłowy objaw. I w nocy wzmożonego łupania w kościach i bólu kiszek, które ją doprowadziły do paniki. Jak to osobę nieoświeconą i rozpieszczoną.
- Otrułaś mnie! Już nigdy więcej czegoś takiego nie wezmę! - słyszałam, choć jednocześnie w dzień gorączka spadła, znikł także ból gardła i głowy! Utrzymywało się osłabienie, lekki ból brzucha, ale na tyle niewielkie, że już na drugi dzień nie tylko obrządek poranny zrobiła, jak zawsze, ale i warsztaty ceramiczne, jak co tydzień odbyła, a następnego ranka do brzeziny ją pognało, żeby wreszcie baniaczek na gałęzi brzozowej zawiesić i oskoły nazbierać, bo pora najwyższa! I wtedy dmuchnął zimny wiaterek i owiał ją. Już tego wieczoru znów gorzej się zrobiło...
Ponieważ cudownego środka syberyjskich lekarzy nie dało się już zastosować, pozostała jedynie zwiększona dawka witaminy C 3 razy dziennie, rozgrzewająca herbatka z lipy, soki owocowe, czosnek, mleko z miodem i krople propolisowe, które z apteczki wygrzebałam. I oczywiście ciepłe łóżko. Bo wróciła gorączka, kaszel i ból gardła.
- Jedź do lekarza - stwierdziłam, obrażona. - On cię na pewno uleczy antybiotykiem i za niedługo znowu gardło cię rozboli.
- Już tyle wytrzymałam bez antybiotyku, poczekam jeszcze - stwierdziła, tym razem mądrze, Anna.
Na mnie spadły oba obrządki i wszelkie sprawy poza domem wykonywane, sprawy zwierząt, palenie w piecu i gotowanie. Zwyczajne. Zaczęłam rozważać także kwestię ewentualnego leczenia "wiatru" sposobem miejscowych szeptunek, mając stosowne akcesoria w szafie, odziedziczone po siedliskowych przodkach, czyli święty len, gromnicę, można by też zastosować przykładanie do głowy szklanki z rozgrzanym popiołem z pieca, który potem na cztery wiatry się rozsypuje. Jednak obyło się bez tego eksperymentu.
Bo dzisiaj, dnia krytycznego, wyznaczonego na decyzję co do ewentualnego leczenia, Anna tak ni stąd ni zowąd do pracy się wzięła.

Rozlałyśmy z gąsiora i zakapslowałyśmy jakieś 40 buteleczek domowego piwa, które właśnie doszło swego czasu. Zbudowałyśmy z dwóch pudełek jedno, większe, dla gromadki kupionych niedawno w wylęgarni piskląt, w liczbie ponad dwudziestu sztuk. I nawet po uzbieraną oskołę do brzeziny się wybrała, okazało się, że 5-litrowy baniaczek jest pełen, zatem zawiesiła kolejny do zbioru.
- Wiesz co? Już mi lepiej. Dam sobie spokój z lekarzem - usłyszałam miłe mi słowa.

16 marca 2017

Przygoda dnia

Grunt to zacząć pracę w odpowiednim czasie i tempie. Jeśli ruszasz razem z wiosną w odpowiednim rytmie, czyli wolnym krokiem, bo ona tak zaczyna, to można mieć pewność, że do końca sezonu wszystko zostanie zapięte właściwie na ostatni guzik.
Oto kupa drewna do zagospodarowania. Porżnięta już latoś, choć zeszłoroczna. Układam codziennie po kilka taczek, porąbanych w ścianki do przeschnięcia w ciągu lata. Na zimę będzie suchutkie, doskonałe.


Czuby sosen przywiezione z okolicznej działki w lesie (zawsze pytamy najpierw leśniczego, więc mogę pisać oficjalnie na blogu). Inaczej skończyłyby na gnijącej z wolna kupie na brzegu lasu. A tu proszę, kózki nakarmione witaminkami, a chrust przyda się do palenia pod kuchnią i w chlebówce w nadchodzącej ciepłej porze.


Młodzież rośnie.


I na koniec dnia pracy niesamowita przygoda Kocieja Macieja. Otóż, przestraszony nachalnością wielkiego psa, przyjeżdżającego do sąsiadów, który przybiegł bliżej, niż można i obległ Macieja, kłapiąc wielkimi zębami w ogromnej paszczy, Kociej nic nie myśląc ruszył w górę. Zręcznie wdrapał się tak wysoko, że aż mi się w głowie zakręciło, jak spojrzałam! Lekko licząc 11 metrów nad ziemią. Na czubku akacji za domem zawiesił się.


Chwiał się tam na cieniutkiej gałązce jakaś godzinę, może i więcej. W rytm powiewów wiatru. Zdecydował się zejść dopiero, gdy miał pewność, że obce złe i głupie psisko odjechało.

12 marca 2017

Przedwiosenne zawieszenie

Zawieszam się czasem. Po niebie suną klucze dzikich gęsi, gęgając z oddali. Balbiny, zafascynowane stoją z wyciągniętymi szyjami, nasłuchując, niekiedy odzywając się ze swojej strony podobnym głosem. Kubańskie pochodzą ze skrzyżowania gęsi hodowlanej i dzikiej, atawizmy są w nich żywe.

Kury niosą się w stu procentach. Lodówka osypuje się jajami. Mimo, że jemy je codziennie na śniadanie i kolację, dostają je także psy, czasem Anna piecze ciasto lub robi makaron. Niekiedy udaje się trochę sprzedać, nawet dwa-trzy kilogramy na miesiąc, to i tak dużo, w porównaniu z ubiegłymi latami. Jak obliczyłam daje to nam rocznie jakieś trzysta złotych zarobku, co po odliczeniu ceny karmy, którą musimy kupić w ciągu roku dla ptaków (ziemniaki, ziarno, osypka, a także  kreda pastewna) przynosi nawet trochę zysku gotówkowego. Jednym słowem kury (podobnie jak inny drób w swoim zakresie) zarabiają na swój wikt i opierunek, zasilając do tego kurzeńcem kompostownik i ogródkowe uprawy.
Oczywiście, nie jest to kwota, z której gospodarz może się utrzymać, ale powtarzam, nie dokładamy do drobiu ani złotówki. A zyskujemy całoroczne świeże, idealnie zdrowe wyżywienie (jaja i mięso) oraz poczucie bezpieczeństwa, bo zawsze jest co do przysłowiowego garnka włożyć.

Indory dosiadają indyczki, pewnie niedługo zaczną się nieść. W takim razie trzeba się było wziąć za przygotowanie nowego kurnika. W zeszłym roku urzędowała tam jedna indyczka z indyczętami, do czasu, gdy zwęszyła sprawę kuna. Wdarła się pewnej nocy przez niezabudowaną jeszcze szparę pod sufitem, udusiła dwa spore już młode indyki (trafiły do psiego garnka, więc się nie zmarnowały) oraz zabrała kurczaka. Teraz zatem wiemy, że nie można więcej ryzykować. I trzeba najpierw dziury zlikwidować, wszystko co się da uszczelnić oraz zamontować oszklone okienko, żeby dostęp światła we wnętrzu zwiększyć.
Niesie się także co dwa dni gęś, Kubą zwana, żona Balbina. Jaja idą do placków, ciasta, makaronu, albo na psią kolację.

Anna wzięła się najpierw za prace drwalskie. W kilka dni wytężonej pracy porżnęła piłą kupę zalegającego jeszcze z poprzedniego roku drewna. A ja odrzuciłam owe klocki na dalszą odległość, z boku, gdzie mają przeschnąć i poczekać na jakiegoś wioskowego rębajłę. Na uwolnionym miejscu ma powstać ptaszarnia, czyli ogrodzony i zadaszony wybieg dla drobiu. Niewielki, ale wysoki, z grzędami, żeby indyki miały gdzie wysiadywać i nie robić tłoku na dole. Wszystko dlatego, że znudził się już nam widok drapieżnych kur w ogródku i na pastwisku. Robią w nim takie szkody, że nie możemy się dochować żadnego trawnika, grządki też cierpią w swoim czasie. Będą zatem w najbardziej niebezpiecznej dla upraw porze trzymane "za dziób" i kropka.

Kozy nie wytrzymują już w oborze. W ciągu dnia, na dwie-trzy godziny są wypuszczane, razem z bandą rozbieganych bachorów i zajmują się ogryzaniem kory z porżniętego drewna. Anna przyciąga im też sosnowe czuby z okolicznej leśnej działki, w której chłopaki ostatnio ostro tną. Wszystkie igły i soczysta kora znika w oka mgnieniu. Gałęzie okorowane szybko schną, pójdą pod siekierkę i będzie zapas na letnie palenie pod płytą oraz grilla.
Mleko niestety wypijane jest do ostatniej kropelki. Czasem Anna przyczaja się rano z kubeczkiem i odganiając niezaspokojone przyssawki ściąga z cyców Gwiazdy, Malwy i Kropki tyle zaledwie, co do kawy dla siebie.

Kończy się z wolna zapas dyń. A taki był raban i krzyk, że nie przejemy, że się zmarnuje! Przez całą jesień i zimę jadły je ptaki, kozy i my, codziennie jedna głowa szła, czasem pół, gdy trafiała się większa. Zostało jeszcze kilka niewielkich hokkaido, dla nas. I Anna stwierdza:
- Więcej też by poszło! W tym roku posieję ile się da.
Według moich wyliczeń zebrałyśmy z dwóch ogródków, przydomowego i permakulturowego jakieś 240 sztuk dyń różnej maści, smaku i wielkości. Trochę rozdałyśmy, resztę udało się zjeść ze smakiem. Zwierzęta wchłonęłyby i więcej. To świetna pasza, mleko i jajo-pędna.
Nasiona zostały skrzętnie zebrane, przesuszone i czekają na czas wiosennego odrodzenia.

28 lutego 2017

Wychodne

Śnieg zeszedł już miejmy nadzieję ostatecznie. Wyjrzało słoneczko, zachęcając do podejmowania pierwszych aktywności na dworze. Na razie drobnych i krótkich, bo na przedwiośniu ciało jeszcze mdłe, człowiek musi się wdrożyć w fizyczne prace, nic na siłę. 
Taki czas kusi zwierzęta. Koźlęta z ciekawością wychylają się na świat boży. 


Zazdrosne oczy Feli i jej małej Bezy. Ona też tak chce!


Tym razem jednak wychodne miała Luba, z naczelnym kozłem gustownym Guciem i tegoroczną młódką, która już trzeci miesiąc zalicza.


Czyje to dzieci, przyznaję, nie rozpoznaję. Wszystkie podobne do siebie.


I jednakowo rozbrykane.


27 lutego 2017

Sezonowy sen

Od ostatniego razu przybyła w oborze jeszcze jedna para gąb do wykarmienia, znowu koziołki. Są w dużej przewadze w tym roku. Ostatnia koza już nie zdoła wyrównać stosunku liczbowego dziewczynek do chłopców, nawet gdyby się postarała.

Dzieciaczki mają się dobrze. Niektóre już z zapałem biegają po dworze.

Dzisiaj intensywne słońce sprawiło, że po raz pierwszy na poważnie wyległy na świeże powietrze pszczoły. Podejrzałam, wybrawszy się do permakulturowego ogródka. Wszystkie ule ożyły, więc jest dobrze.
Tak samo, po zimie krzaczki porzeczek, malin i truskawek gotowe są do wskrzeszenia.

Anna miała niedawno sen. Była w nim prognoza pogody na ten sezon. Dostała ostrzeżenie, że wiosna ruszy szybko, a późnym latem i jesienią będzie mocna susza. Dlatego trzeba wcześnie siać, aby roślinki zdołały urosnąć, zakwitnąć i wydać owoce.
Sen odnotowuję, będzie można sprawdzić w swojej porze, czy się spełnił.

25 lutego 2017

Trudne narodziny

Tynia dała nam jednak popalić Zaczęło się przed południem. Porykiwała boleśnie przy każdym skurczu. Długo szło. Zostawiona w zamkniętej oborze i boksie, dla spokoju. Anna chodziła tylko co jakiś czas posłuchać, czy jeszcze jęczy, czy już cisza. 
- Powróż, co będzie.
- Ty rzuć monetami. Jesteś bardziej przejęta.
- I co wyszło?
- 43 na 1.
- To znaczy?
- Hm... Ryk będzie trwał dotąd, aż trzeba będzie użyć siły do pomocy. Ale sprawy idą już do rozwiązania i dobrze się zakończą.
Rozłożyłam też karty. Piątka pik i Królowa kier.
- Ból, krzyk i szczęśliwa mama na koniec.
W końcu nastała cisza. I z nią urodzona samodzielnie brązowa córcia.
- Zapasłam kozuchę - robiłam sobie wyrzuty - za dużo owsa dostawała. I stąd problem.
- Niekoniecznie - uznała Anna - Dziecko jest duże, a Tynia miała jakiś czas temu kłopot z kośćmi miednicy, pamiętasz?
Nie był to jednak koniec kłopotu, co była zapowiedziała Księga I-Cing, a raczej tylko jego lekki zwiastun. Po kilkunastu minutach zaczęło się znowu parcie. Na świat chciało wyjść kolejne koźlątko. Znów zaczęły się ekspresyjne jęki. Tym razem dość szybko pokazała się na zewnątrz nóżka i pyszczek. Co robić?
Ano, Bozia telefon po coś stworzyła. Najpierw kontakt ze znajomą hodowczynią, która też taki przypadek już kiedyś rozwiązywała. Wniosek: ciągnąć! Nie ociągać się.
Poszłam do pomocy. Kozę trzeba było unieruchomić i mocno trzymać za rogi. Bardzo prędko jednak Anna straciła pewność siebie. I w tej niepewności swojej zadzwoniła do weterynarza. Akcja była już zaawansowana, zanim by dojechał ze swojej gminy upłynęłoby dużo cennego czasu. Dał więc kilka ważnych instrukcji przez telefon. Ciągnąć, ale nie za głowę i nogę, ale za dwie nóżki. Głowę trzeba wepchnąć z powrotem i znaleźć drugą nóżkę.

Na umyte i odkażone jak do operacji ręce, Anna wylała sobie nieco oleju jadalnego i zabrała się do zabiegu, nie zwlekając. Trzymałam kozę za rogi z całej siły, aby nie odbiegła. Ryczała wniebogłosy. Po dłuższej chwili udało się przeprowadzić całą rzecz, znalazła się druga nóżka. Nie mając pewności, czy właściwa, przednia, bo może tylna, Anna rozpoczęła ciągnięcie płodu. 
Koza zwijała się z bólu. Parła w skurczach, Anna ciągnęła, choć w ferworze pierwszego razu trudno było poznać kiedy przebiega skurcz, a kiedy rozkurcz. W końcu biedna koza upadła na kolana, i położyła się na boku. Rycząc oczywiście. Paradoksalnie ułatwiło to nagle sytuację. Anna zaparła się mocniej i przy użyciu całej swej siły wyciągnęła koźlątko na świat. 
Ryk umilkł. 
Obrane z błonki porodowej dziecko okazało się żywe, więcej, nawet nieuszkodzone! Wkrótce zaczęło wstawać na nóżki i zostało podstawione do zassania. Bo Tynia natychmiast po porodzie podniosła się na nogi i zajęła ogarnianiem swoich matczynych spraw.
Dostała gar posłodzonej wody na wzmocnienie, którą wypiła ze smakiem. Nadstawiła wymię nowonarodzonym córeczkom, bo druga też się okazała córcią, i można było wreszcie odetchnąć od nadmiaru emocji.
Gdzie tam!
- Patrz! Kropa zaraz urodzi...

Na szczęście nie było z nią problemów. W ciągu pół godziny w sąsiednim boksie pojawili się na świecie dwaj brązowi żwawi malcy. 

22 lutego 2017

Przednówek

Deszcz zmywa ostatki śniegu. Wybieram i wybieram wodę gromadzącą się przed progiem ziemianki.
Drób jakby mniej karmy wołał. Kury niosą się świetnie, całą zimę nie odpuszczają, choć miały w okresie największych mrozów pewne przystopowanie. Jednak nawet wtedy coś w gnieździe zostawiały dla nas. Teraz bywa i do 10 jaj dziennie. Niesie się także co drugi dzień gąska Kuba[nka], zawsze strzeżona przez drepczącego u jej boku wiernie Balbina.
Główny indor ogląda się już za jenduszkami i odstrasza od nich zamaszyście młodszych rywali. 
Tylko patrzeć wiosny.

Dzisiaj wykociła się córa Gwiazdy, pierwiastka, Zorka. Bezproblemowo. Ku naszemu zaskoczeniu przyprowadziła dwójkę chłopaków. Zorra i sierżanta Garsiję. Silni, przysadziści, od razu wypili cały zapas siary i czekają na następny.

21 lutego 2017

Ciąg

Wypadło. Z rana. Ale trzeba było pociągnąć.

20 lutego 2017

Czekanie, aż wypadnie

Kapie, odmarza, pod białą pierzynką mokro. Kiedy buty gumowe straciły z latami szczelność, jak moje, wraca się z wypadu na podwórze w mokrych skarpetkach. Zawieszam je zaraz na kaloryferze, żeby zdążyły przeschnąć przed następnym wyjściem. W ruch idzie głęboka plastikowa szufla, co kilka godzin wylewam nią wodę, która zbiera się w dołku przed drzwiami do ziemianki i przesącza się szczelinami kiepsko zrobionego progu i pod owym progiem, po schodkach w dół, czyniąc kałuże w pierwszym pomieszczeniu (sklepiona głębina, gdzie trzymam ziemniaki i warzywa jest niżej, chroniona wyższym progiem i tam woda nigdy na szczęście nie dociera).

Dzisiaj sparło córkę Felicji, Franię. Dość łatwo i bez niczyjej pomocy wypuściła spod ogonka na świat maleńką Florę. Maści alpejskiej, ładniutką, dużą, silną, grubiutką i z miejsca samodzielną. Anna biega co kilka godzin do obory patrzeć, jak się sprawy mają. Bo wciąż są opóźnienia z wydaleniem łożyska po porodzie. A przypomnę, że właśnie z Franią był ten kłopot za pierwszym jej porodem w zeszłym roku. Bez weterynarza wtedy się nie obyło (co było jak na razie jedynym ewenementem w dziejach naszej hodowli, bo nasze kozy kocą się zazwyczaj bezproblemowo). Jak na razie wieści są pocieszające: łożysko ruszyło i powoli jest wydalane samodzielnie. Czekamy zatem z nadzieją na pomyślny rezultat. Popijając winko winogronowo-aroniowo-cydrowe na pocieszenie.

15 lutego 2017

Słodkości

Nocne mrozy zelżały, śnieg mokry pod nogami, opadł z hukiem ze wszystkich dachów już rano. Czas na brzuchate kozuchy nadszedł. Pierwsza rozpoczęła sezon wykotów Felicja.
Dwójeczką, obu płci. Torcik i Beza.
Jak zawsze dokarmiamy słabsze, czyli tym razem koziołka. Mlekiem matki. Felicja to koza z długim obwisłym cycem, maleństwu trudno jest klękać i nie tracić równowagi. Poza tym matka pochodzi z chowu nowoczesnego, sama odstawiona od matki w drugim dniu życia, z charakteru nie jest zbyt macierzyńska. Choć na szczęście również nie odrzuca dzieci. Ot, nie martwi się o nie. Trzeba to robić za nią. Dzieciaki zatem, dzięki naszej trosce mają się dobrze. Dzisiaj, czyli w drugiej dobie życia, podjęły już próby brykania.

8 lutego 2017

Sploty wyploty

Ania ukończyła w naszym domu kultury roczny kurs wyplatania ze słomy. Zajęcia trwały rok, dwa razy w tygodniu po cztery godziny. Po końcowej prezentacji, czyli wystawce mogła wreszcie zwieźć swój urobek do domu. Oto niewielki składzik różnych wyrobów, które uwieczniłam przy okazji.


Korobki, czyli nieduże pojemniki z pokrywką, pełniące w domu różne funkcje. Dobrze się w nich przechowuje cebulę i czosnek, bo te oddychają i nie pleśnieją. Tace, na kanapki, chleb czy inne gastronomiczne akcesoria, które trzeba na przykład wynieść z domu na taras albo altanę, by zjeść coś czy też pogrillować na powietrzu. Niektóre, te bez uszu i płytkie mogą służyć kotu za ulubione gniazdko (sprawdzone, koty to naprawdę lubią). Anna wyprodukowała nawet jedną jako kosz dla kwoki, by mogła spokojnie zasiąść na jajach. Świetnie się sprawdzają również kosze na pranie. Wyglądają w łazience nader przytulnie.


Tace, misy i "ptasie gniazda" ciąg dalszy... Jest nawet, uwaga, trzeba oko wytężyć, bo w samym rogu i ustawiony odwrotnie, słomiano-gliniany abażur...


Kosz na bieliznę ustawiony jak się patrzy...


A tu stare krzesło, któremu los zabrał oparcie, dało się zabawnie odnowić.



1 lutego 2017

Kapuściana zima

Zimą chce się jeść inaczej, niż w lecie. Apetyt pracuje w zgodzie z porami roku, wiadomo. Nie wiem jak mają mieszkańcy regionów, gdzie na okrągło mają ciepło, albo zimno, czy też tak? Ale myśl o całorocznej monotonii smakowej przejmuje mnie znudzeniem (nudnością?).
Bo jak można wpie..ać cały czas sałatę i marchewkę, albo cały czas cytryny i banany? Albo cały czas kurczaka z chowu klatkowego? Urozmaicanego mielonym indykiem? Albo ciągle kapustę? brokuła? pojadanymi całorocznym jogurtem naturalnym dosmaczanym proszkiem z mleka i cukrem (to i tak dobry wariant, bo może być słodzik) i na starych zdziczałych bakteriach robionym, które już dawno właściwego smaku jogurtu zapomniały?  

Doigrałam się jedzenia w zgodzie z porami roku, to i mam! i się cieszę. Kapusta kiszona już nam wzięła wyszła (na surówki i bigosy), sałatki burakowe albo ogórkowe wychodzą, to się wzięło pomyślało i zrobiło. Niewielkim nakładem pracy, coś naprawdę smacznego. Oto kolejny zapas stoi w kolejce do zjedzenia. Następny jest w planie, nie ma strachu.


Voila! Kiszonki. Czosnkowa Kim-ći, kapusta kiszona z burakami i marchewką, buraki z barszczem kiszonym. Wsio w "sosie własnym".


Oj, od chwili zrobienia zdjęć wczoraj już w dużym słoju tylko polowa wsadu została!

26 stycznia 2017

Mój ulubiony obiad

Ponieważ musiałam dzisiaj, jak nigdy w zimie, wstać wcześniej i obrządek poranny poczynić, bo Anna na zajęcia  ceramiczne dla dzieci w domu kultury się wybrała, postanowiłam czymś się wykazać. Bo tym sposobem czas się cudownie rozmnożył i rozciągnął. Zdążyłam ukończyć literackie zajęcie w zwykłym czasie i jeszcze go zostało. W takim razie wzięłam się za ugotowanie ulubionego obiadu. Trochę dłużej się go przygotowuje, niż zwykły codzienny posiłek, ale czemu nie zrobić tego, na co ma się akurat ochotę w taki słoneczny mroźny i długi dzień, jak na przykład dzisiejszy?

Najpierw oczywiście zniosłam drewno, nabiłam piec c.o. po brzegi i odpaliłam ogień. Już po kilkunastu minutach ruszyła pompa elektryczna i rozprowadziła po pokojach ożywcze ciepełko.
W takim razie mogłam się zająć przygotowywaniem ulubionej wyżerki.

Zaczęłam od porąbania żeberek koźlęcych siekierką na pieńku pod tarasem, podzielenia ich na drobne kawałki i zamarynowania na krótko, skropione octem jabłkowym, w ziołach i przyprawach. Lubię ostro.

Te pozostawiwszy do zmacerowania, zajęłam się drugim z kluczowych składników ulubionego obiadu.

Kluski ziemniaczane kładzione na wodzie, bezglutenowe

Składniki:
Ziemniaki obrane niekrojone w ilości akuratnej dla czterech osób, bądź dwóch na dwa dni, czyli ok. 1 kg
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2-3 łyżki mąki bezglutenowej (sprawdza się każdy rodzaj, ryżowa, kukurydziana, bądź gryczana)
2 jaja
1 łyżka soli kamiennej niejodowanej

Ziemniaki ucieramy, w proporcji 1/2 raz na tarce drobnej, a raz średnio grubej (żeby się nie przemęczać). Najlepiej zrobić to na durszlaku, wtedy utarta masa od razu obcieka z wody. Żeby wyłapać cenny krochmal stawiamy taki durszlak w misce. Masę ziemniaczaną solimy 1 płaską łyżką soli kamiennej i mieszamy, przyspiesza do wydzielanie wody. Po jej odlaniu z miski mieszamy treść ziemniaczaną z pozostałym na dnie krochmalem. Dodajemy odpowiednie ilości mąki ziemniaczanej i bezglutenowej, wbijamy jajka i energicznie mieszamy całość łyżką.

W tym czasie wstawiamy garnek z osoloną wodą na ogniu i zagotowujemy. Kiedy woda wrze ostrożnie i powoli, aby nie przerywać wrzenia wrzucamy masę ziemniaczaną, zwyczajnie czerpaną łyżką, do wody. Zostawiając takie nieduże kupeczki w jednym miejscu. One opadają na dno, ale niedługo się podniosą. Po kilku minutach, gdy już wszystkie kluski pływają wyławiamy je łyżką cedzakową z wrzątku na talerz.

Woda po kluskach jest gęsta od krochmalu, proszę się nie dziwić. Ja wykorzystuję ją z powodzeniem, jako dodatek do karmy dla drobiu. Ptaki to uwielbiają!

Uwaga: jeśli kluska nie trzyma kształtu i rozpuszcza się w wodzie to znak, że trzeba dodać składników zlepiających, mąki, albo jaja. Dlatego ja najpierw upuszczam jedną małą próbną kluseczkę i sprawdzam, jak się ma we wrzątku. W drugą stronę też można przedobrzyć i kluski wychodzą zbyt ścisłe, ale na ciepło dają się zjeść, gorzej z nimi na drugi dzień, po odgrzaniu. Swoją drogą odgrzewane kluski są równie pyszne, i świetnie smakują po prostu ze skwarkami i cebulką.

Drugim składnikiem mojego ulubionego obiadu jest sos, i do niego zabieram się w podobnym czasie. Można czynności zgrać ze sobą. Kiedy utarte ziemniaki odsączają się, my już stawiamy patelnię na ogień.

Sos z żeberek koźlęcych

Składniki:
Żeberka koźlęce, pokrojone i zmacerowane wcześniej w occie jabłkowym i ulubionych ziołach
2 łyżki smalcu lub garść pokrojonej na skwarki słoniny
1 marchew
1 pietruszka
1/2 niedużego selera
1 cebula
Garść pokrojonej w kosteczkę dyni
2-3 suszone grzybki
Przyprawy: liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego, pół łyżki soli, pieprz prawdziwy, pieprz cayenne, odrobina kozieradki, tymianku, majeranek, czarnuszka, albo co się lubi najbardziej.

Na rozgrzany tłuszcz na (bezwarunkowo) żeliwnej patelni układamy żeberka i smażymy dotąd , aż mięso się zrumieni. Pod koniec smażenia dodajemy pokrojoną cebulkę, aby nabrała smaku.
W tym czasie w osobnym garnku wstawiamy wodę na sos, tyle, żeby zakryła mięso, wrzucając do niej pokrojone drobno warzywa, grzyby suszone oraz podstawowe długo gotujące się przyprawy. Zagotowujemy. Kiedy zacznie wrzeć przeważnie już żeberka są gotowe na patelni do wrzucenia do wody. Dodajemy je razem z cebulą i tłuszczem. Gotujemy pod przykryciem, aż mięso zmięknie. Zazwyczaj, przy koźlęcinie jest to więcej, niż godzina, nawet półtorej. Pod sam koniec dodajemy inne ulubione przyprawy, które nie lubią długiego gotowania, bo tracą wtedy smak.

Podajemy na stół, gdy sos upajająco pachnie, a mięsko odchodzi łatwo od kości.
Kluski ziemniaczane kładzione polane sosem z żeberkami, najlepiej smakują z dodatkiem surówki bądź kiszonki, albo kwaszonki.

U nas króluje ostatnio w roli dodatku ostre czosnkowo-paprykowe kim-ći z kiszonej kapusty pekińskiej, ale już się gotowią i smaku nabierają inne kapuściane cuda. O nich napiszę przy innej okazji.

Dla pobudzenia smaku można się wcześniej uraczyć dojrzałym czerwonym winem z aronii, bądź aroniowo-winogronowym.
Ewentualnie zostawić sobie buteleczkę na po ulubionym obiedzie.

23 stycznia 2017

Siedem lat

Gdzieś tam przeczytałam, że najwięcej pracy na zagospodarowanie się na włościach zabiera pierwsze 7 lat. Po tym czasie gospodarstwo zaczyna działać mniej więcej jak w zegarku i już tyle energii i uwagi nie pochłania. Można zająć się rozwijaniem jakiegoś hobby.
Przyznaję rację! Tak jest. Nie inaczej.

Od osiedlenia się naszego w kresowej zagrodzie minęło w maju zeszłego roku okrągłe 7 lat.
W tym czasie wiele się wydarzyło. A najbardziej intensywne były pierwsze 3 lata. Oto wykonane wtedy prace: ogrodzenie działki siedliskowej, budowa obory i stodółki, remont i rozbudowa domu wraz z piecami kaflowymi. Potem budowa altany, pieca chlebowego, ogrodzenie sadu i pastwiska dla kóz. Następnie ogrodzenie ogrodu permakulturowego i budowa grządek. Pierwsze nasadzenia. Budowa kurnika z paszarnią. Nauka pszczelarstwa, to wcale proste nie jest i wciąż miodu, poza tym, co na spróbowanie dla siebie, nie było.
W tym czasie odbyła się zmiana samochodu, na równie stary, oraz zakup przyczepki.
Hodowla szła różnie, choć dziękować Bogu, zdrowo i bez awarii. Utrzymuje się na stałym poziomie, ni mniej ni więcej, bo taka jest "przepustowość" gospodarstwa. I naszych sił, oraz ambicji.

Po kilku latach, może po owych trzech magicznych na początku, już nie dam rady wrócić pamięcią, gospodarstwo zaczęło wychodzić w rocznym bilansie na zero i tak jest do tej pory. Czyli zarabia na podatki, ubezpieczenia, prąd, gaz, opał, wodę, ścieki, śmiecie, telefon, internet, paliwo, wszystkie zwierzęta zarabiają na swój wikt i opierunek, oraz karmią nas przez cały rok. Dając w ramach zapłaty za obsługę: mleko, jaja, mięso, sery. Oraz dokładając się nawozem do prosperowania ogrodu na całkowicie jałowej ziemi ostatniej klasy.
Powoli ta leśna, piaskowa ziemia zaczyna przynosić plony. Poza starym sadem i jabłkami, nowy ogród - dynie, nieco warzyw i nowalijek, i trochę świeżo posadzonych dopiero owoców, truskawek, malin, porzeczek. Jak Bozia ochroni, będzie i miód. Niemniej od wiosny po zimę karmimy się głównie tym, co daje nam nasza ziemia, oraz okoliczny las, w postaci jagód, ziół i grzybów.

To wszystko wymaga cały czas pracy i starania. Oczywiście. Choć, jeśli coś wejdzie w nawyk, to się tego nie odczuwa zanadto w kościach. A porównując z miejskimi wymogami, to nawet jest ździebko lepiej, od konieczności 8 godzin nudnej harówki przez 5 dni w tygodniu plus 2 godziny na dojazd do i z pracy, nie licząc koniecznych zakupów i sprzątania mieszkania. Choć w tym wypadku należy brać pod uwagę różnice. Praca w rolnictwie jest sezonowa, i gdy sianokosy, żniwa, wykopki, czy inne rżnięcie przycisną, to nie ma zmiłuj od świtu do późnej nocy. Za to zimą można dać sobie na luz i zmieścić się w kilku godzinach lekkich obowiązków dziennie (palenie w piecu, gotowanie, sprzątanie, karmienie zwierząt, z rzadka zakupy).

W sezonie konieczne jest codzienne przerabianie mleka na sery podpuszczkowe, twarogi, jogurt. Nowalijki, typu rzodkiewka, sałata, szczypior, cebulka, szpinak, bób, razem z pokazującymi się z czasem w większej ilości pomidorami i ogórkami, każą zjadać się systematycznie na świeżo co dzień. Warzywa z biegiem czasu trzeba w jakiś sposób przetworzyć, pomidory, ogórki, fasolkę, maliny, truskawki, tak samo jak agrest i porzeczki. Zimą jest co jeść! Jesienią trzeba zebrać ziemniaki, buraki i insze korzeniowe, no, i śliwki i jabłka, te, co prawda co dwa lata. Trzeba przerobić na dżemy, konfitury, susz, sok, wino i cydr. Naprawdę warto robić to samemu i nie liczyć na łatwy zakup w sklepie! Właśnie robiąc ten wpis popijam go kufelkiem własnoręcznie przyrządzonego latem i zabutelkowanego na zimę cydru. Po trzech latach prób, przyszła i wprawa. Częste picie soku jabłkowego pozwoliło mi się pozbyć piasku w nerkach i woreczku żółciowym. Kolejny zysk.

Nasze gospodarstwo jest naprawdę maleńkie i trudno je nazwać nawet produkcyjnym. Ot, nastawione jest nie tylko ideologicznym programem, ale i swoimi niewielkimi możliwościami, na ochronę życia. Naszego oraz zwierząt i roślin, które są pod naszą opieką.
Nie przynosi zysku, jeśli już o tym mowa. Daje jednak spokojne życie, bez strachu o to, że nie będzie czego do garnka włożyć, albo, że ktoś przyjdzie i wyrzuci za długi z mieszkania. Zwierzęta, które je stanowią, są szczęśliwe, syte, zdrowe, pod opieką. Są częścią zaklętego świata, którym jest zagroda. Wbrew pozorom ważną, o ile nie najważniejszą. Oprócz nas samych (wliczając zwierzaki, w tym psy i koty) karmimy przecież kilka osób w ciągu sezonu, nadmiarem produkcji, jajami, mięsem, mlekiem. Gdyby więc trzeba było to jakoś przeliczyć, to zapewne ów nieco ponad hektar przeliczeniowy ziemi (a kilka ha piasków i nieużytków) dałby radę zdrowo wykarmić i ogrzać rodzinę z kilkorgiem dzieci na pewno.
(Tu zaznaczę, że zupełnie nie wiem, jak to jest, gdy gospodarze są wegetarianami i gospodarstwo jest zorientowane tylko na roślinne plony, przypuszczam jednak z doświadczenia, że nie jest to łatwe, a na pewno dużo trudniejsze od utrzymywania także hodowli zwierzęcej).

W przeciągu owych siedmiu lat konieczne było też imać się nam innych zajęć. Od sitodruku i szycia toreb, po druk i sprzedaż książek. Z biegiem czasu nieobce nam się stało rzemiosło. Tkanie na krosnach, wyplatanie ze słomy, lepienie glinianych naczyń, szycie tego i owego. Te umiejętności ułatwiają życie na wsi, pozwalają samemu sobie radzić w wielu sytuacjach bez konieczności wynajmowania fachowca, a także od czasu do czasu zarobić choćby na potrzebny materiał, typu właściwie przygotowana słoma, glina, wełna.

Tego wszystkiego nie daje się jednak przeliczyć na koszty zrozumiałe dla mieszczucha. Który przywykł do brania pensji raz w miesiącu, i opłacania swoich potrzeb, które inni załatwiają. Dlatego nie ma też zrozumiałego porównania zysków miejskich z tymi na wsi generowanymi. Dla niejednego mieszczucha proste porównanie cyfr oznaczałoby pewnie istną fantastykę. Bo nigdy nie dałby rady przeżyć za tyle w mieście. To jednak są jedynie papierki w ręku. Nie konkrety, które rodzi ziemia.

Po siedmiu latach wytężonego wysiłku, o którym przeciętny mieszczuch pojęcia nie ma, mogę nieśmiało powiedzieć, że zyskiem pracy na takim zorganizowanym gospodarstwie jest czas. Czas dla siebie. Na rozwój swoich zainteresowań i hobby. Latem oczywiście inaczej i zimą inaczej. I inaczej to wygląda względem miasta i potrzeb generowanych dla mieszczuchów przez miasto. I inaczej psychologicznie rzecz biorąc. Bo przecież nie ma pośpiechu, nerwowości, strachu. Jest rytm. Cykl. Pory roku.

Rozpisałam się. Ale to skutkiem noworocznej wciąż daty, w okolicach której robi się bilanse i plany, oraz zimowego długiego wieczoru, który trzeba czymś zapełnić. Po dniu przyjemnie i treściwie spędzonym. Na przyrządzaniu kolejnej kilkukilogramowej porcji domowej kiełbasy, z kminkiem, pieprznej i czosnkowej i smacznej kolacji z odrobiny pozostałości kiełbasianych z cebulką na patelni przyrządzonych. Oraz cydrem swoim popitych.

Jutro czeka mnie robienie pasztetu. Kolejne zapachy w domu!

16 stycznia 2017

Polski bigos domowy

Zima to czas bigosu. Nie przyrządzam go tylko na święta, ale ot, tak, gdy jest ochota.
Na jesieni w każdym porządnym polskim domu, przynajmniej tym na prowincji, w okolicach końca października, ostatecznie początku listopada kisi się kapustę. Ten odwieczny zwyczaj ma swój wielki sens i warto go podtrzymywać.


Dostęp do kiszonej kapusty w zimie to, razem z cebulą możliwość zaopatrzenia swego organizmu w niezbędną witaminę C. Do tego kiszonka ma swoje właściwości zdrowotne innego rodzaju, w czasie mlecznej posuchy uzupełnia dobre bakterie jelitowe oraz skutkuje także antyrobaczo i antygrzybicznie.
Jeśli ktoś ma problemy brzuszne po zjedzeniu kapusty to należy zawsze pamiętać o dodaniu sporej ilości kminku podczas jej kiszenia, oraz podczas przyrządzania czy to surówek z gotowej kiszonki, czy zup albo właśnie bigosu, pod koniec gotowania sypnięciu dobrej dawki majeranku, tymianku, macierzanki, oregano, rozmarynu, bazylii, itp. ziół jasnotowców, czyli wargowców, które ułatwiają trawienie i pomagają pozbyć się nadmiaru gazów. Jeśli i tak ktoś ma po zjedzeniu kapusty nagły problem, szybkim sposobem pozbycia się ciśnienia w jelitach jest zjedzenie czubatej łyżeczki suchego majeranku, popijając go wodą. Działa w kilka minut!

Ale do rzeczy.
Mając w zimie zapas kiszonej kapusty można poszaleć po staropolsku, czyli przyrządzić bigos. W większej ilości, gdyż bigos lubi być przechowywany dłużej. Dawniej wystawiano go w garach na styczniowy mróz, na co najmniej miesiąc, a potem rąbano do spożycia. Przemrożony i dojrzały zyskiwał na smaku.

Oprócz kapusty ważnym składnikiem tej potrawy jest mięso. Tego ci u nas akurat dostatek. Czasem trafia się uwędzony wcześniej przy jakiejś okazji kawałek mięsa z kością, ale przeważnie są to giczki, kark, miednica koźlęce z dodatkiem kurzyny, gęsiny lub indyczyny, tej ze starszych sztuk, które wymagają dłuższego gotowania. Równie dobrze sprawdza się dziczyzna lub mięso z królika, gdy ktoś ma dostęp, lub własną hodowlę. Oraz kawałek podsmażonej kiełbasy domowej roboty, jak zawsze u nas robionej z koziny.

 A oto mój przepis. Wybaczcie, ale nie operuję w nim dokładnymi ilościami składników, to się zawsze robi na oko. I każda wersja, zależnie od możliwości będzie dobra.

Bigos domowy polski

Składniki:
Kapusta kiszona w ilości dużej, zapełniającej największy posiadany garnek.
Nieduża główka kapusty świeżej
3-5 suszonych śliwek
Garść suszonych grzybów
Kilka łyżek smalcu, lub kawałek pokrojonej słoniny
Mięso różnego rodzaju, czerwone i białe, także to z kością
Trochę boczku
Kawałek wędzonej kiełbasy
Duża cebula
Przyprawy

Gotowanie bigosu trwa 3 dni.
Pierwszego dnia gotujemy kapustę kiszoną w dużym garnku na niewielkim ogniu, mieszając co jakiś czas, z niewielką ilością wody, z dodatkiem liści laurowych, dwóch-trzech łyżek smalcu i mięsa. Trwać to powinno kilka godzin. Najlepiej więc udaje się na plicie, czyli na płycie żelaznej, opalanej drewnem bądź węglem. Ja świetnie pyrkoczę taki gar całe popołudnie na piecu c.o., takim z fajerkami. Wieczorem można zalać suszone grzyby gorącą wodą, choć ja je tylko przemywam, żeby nie straciły całego smaku, mocząc się w wodzie. Będą miały dość czasu, by zmięknąć w kapuście podczas dwóch następnych dni.

Drugiego dnia szatkujemy główkę świeżej kapusty i zagotowujemy krótko w wodzie, przy uchylonej pokrywce. Po odcedzeniu z wody dodajemy ją do wczorajszej porcji kapusty z mięsem i mieszamy. Dodajemy odmoczone grzyby i śliwki. Co do śliwek, osładzają one smak kwaśnej potrawy, ale także ponadto dodają z czasem posmaku spalenizny, dlatego lepiej dodać ich mniej, niż więcej, zależnie od kwaśności, słoności i dojrzałości kapusty. Dorzucamy ziarenka pieprzu, ziela angielskiego, owoców jałowca. Znów pyrkoczemy na piecu kilka godzin. Przy czym najlepiej jest już wtedy bigos przenieść do dużego wolnowara, bo nie trzeba się troszczyć o przypalenie i częste mieszanie potrawy, żeby nie przywarła. Wieczorem oczywiście zdejmujemy garnek z ognia, lub wyłączamy wolnowar, aby potrawa przestygła, najlepiej w jakimś chłodnym miejscu.

Trzeciego dnia po podgrzaniu bigosu wyjmujemy z niego wszystkie kości, które uwolniły się już od mięsa. Na patelni podsmażamy pokrojone w grube skwarki boczek i na plastry kiełbasę z cebulką, po czym dodajemy do bigosu. Pyrkoczemy, już dzisiaj krócej, niż za poprzednich dni. Pod koniec, dosłownie na kilka minut przed zdjęciem z ognia, dodajemy przyprawy. Dużo zmielonego pieprzu prawdziwego, ostrą chili, majeranku nie należy żałować, za to tymianek i rozmaryn z umiarem, bo z czasem gorzknieją. Dosolić, jeśli jest taka potrzeba (a nie zawsze jest, zważywszy, że kapusta z dna beczułki mogła być bardziej słona).

Garnek z bigosem, lub bigos przełożony z wolnowara do garnka wystawiamy na taras bądź balkon, do solidnego przestygnięcia, a najlepiej zmarznięcia w ciągu mroźnej zimowej nocy. Jeśli zamarznie, to może postać dłużej, nic mu to nie zaszkodzi, a wręcz tylko pomoże. W razie braku takich możliwości (lub akurat mrozu na dworze) można bigos po prostu zamrozić w porcjach w zamrażarce.

Na koniec, w kolejnych dniach, po odmrożeniu potrawy można się nią raczyć, a nadmiar zapakować na gorąco do słoików. Dobrze zakręcone nie wymagają pasteryzacji. Odstawić w chłodne miejsce, w spiżarni, w piwnicy, bądź lodówce. Wytrzymują miesiąc i więcej (zdarzyło mi się jeść zapomniany na trzy miesiące bigos ze słoika stojącego w piwniczce i był nienaganny).


Osobiście nie dodaję do bigosu wina (to tradycja nie polska, i bardziej szlachecka, niż chłopska). Za to oczywiście, z gorącą porcją tej potrawy, ostro przyprawionej kojarzy się kieliszeczek dobrej odstałej nalewki, odpowiednio wcześniej na polskich ziołach lub owocach nastawionej.

12 stycznia 2017

Zwierzęta zimą

Przetrwanie niebywałego od kilku lat ataku Pani Zimy nie jest trudne. Mróz w nocy sięgał 25 stopni. Ot, zamiast jednej taczki drewna trzeba przywieźć pod dom dwie. Rozpalić dodatkowo w ścianowym piecu rano i wieczorem. Ubrać sweter do chodzenia po domu przed południem, gdy jeszcze c.o. nie ruszyło. Po południu już trzeba się rozbierać, bo gorąco. Poza tym tak samo.
Świat zrobił się malowniczo biały za oknem, choć jakoś nie ciągnie do dłuższych spacerów, przynajmniej mnie. Wystarcza mi zrobienie popołudniowego obrządku zwierząt, który trwa dość krótko, bo nie ma o tej porze udoju. Nakarmić każdą kozę osobno, napoić, przynieść z domu kolejne wiadro ciepłej wody (w taki mróz bardzo lubią ciepłą), bo wypijają nawet trzy wiadra, przynieść kostkę siana, podrzucić im do żłobów. Przy okazji nakarmić drób, zamknięty w taki czas w kurniku.
Pogadać z nimi chwilę. Pokrzyczeć, gdy się biją na rogi, lub niecierpliwią. Choć każda zna swoją kolejkę i raczej żadna nie wstaje wcześniej z ogrzanego miejsca, niż wypada, ale zdarzają się niecierpliwe, które uważają, że powinny być pierwsze. Gwiazda, Luba, Malwina, kozy z charakterkiem.
Oba koźlęta mają się dobrze, rosną, są zdrowe, wesołe i ruchliwe.
Po czym należy pożegnać się kulturalnie i zamknąć szczelnie oborę, żeby wiatr nie zrobił jakiejś niespodzianki.

Dla rozrywki wzięło nas na dietę i oczyszczanie tak samo ciała, jak umysłu (haha). Noce, długie i nudne sprzyjają medytacji, którą nagle znowu zaczęłam z przyjemnością uprawiać, nawet godzinami, gdy spać się nie chce.

Maciuś przeszedł dwa dni temu inicjację. Złapał mianowicie w kuchni męcząco tuptającą po kątach od jakiegoś czasu mysz. Mysz okazała się całkiem sporym mysiorem. Było trochę ambarasu, bo zdobycz krzyczała wniebogłosy, psy się zbiegły i koniecznie chciały kotu dopomóc, aż ten nie wiedząc co czyni wziął i swój lup wypuścił z zębów. Mysior przyczaił się w kącie na jakiś czas, ale został ponownie znaleziony i wydobyty, i już ledwie zipał. Kot, nie wiedząc co dalej się robi z nieczynną zabaweczką, oddał ją łagodnie Labie, która wzięła ją w zęby, a wtedy mysior ostatkiem sił drgnął i zdumiony pies wypuścił go z pyska. Myszka zbiegła pod łóżko, gdzie ją w końcu wypatrzyłam przy pomocy latarki. Całkiem blisko. Dało się wyciągnąć padlinę na szufelce i bezpiecznie zutylizować.

- Och, Maciusiu, Maciusiu! Dzielny z ciebie chłopak! - pochwaliła go pani od psów.