6 grudnia 2014

Serojadka i zima

Zima w toku, choć wciąż się jeszcze nawet nie zaczęła. Niektóre noce bywały dość mroźne, jedni w sąsiedztwie mówią, że zaliczyli minus 12, inni, że minus 18, ja tam nie wiem. Najważniejsze, aby się ruszać i nie narzekać, w piecu napalić, ugotować coś smacznego lub tylko pożywnego. I zająć się zimowymi wakacyjnymi przyjemnościami ile się da. Bo na wiosnę na pewno się skończą!

Obowiązków niby ubyło, ale te co są bywają jeszcze intensywne. Zlałyśmy wreszcie do butli i butelek resztę octu, fermentującego dotąd w beczułce. W sumie, z tym co już zostało zlane wcześniej mamy kilkadziesiąt litrów fajnego w smaku i pewnego co do zawartości i jakości kwasu. Stoi w piwnicach i ma wzmocnić się z czasem. Anna przeszła na płukanie włosów rozcieńczonym jabłkowym octem, a ja codziennie wypijam szklankę wody z kilkoma łyżeczkami tegoż, to zaś czynię tytułem odkwaszania organizmu.
Kapusta oczywiście już się dawno zakwasiła i zaczął się sezon surówek, zbliża się też pora na bigos.
Kozy wciąż jeszcze doimy, choć tylko raz dziennie i zaczynamy niektóre powolutku stopować, bo widać być zaczyna u nich ciążę. Robię dwa żółte serki co dwa dni. To już naprawdę ostatek. W piwniczce zapasu wciąż mimo to ubywa, a gdy Anna usiądzie do sera to potrafi jeden średnio ponad półkilogramowy opędzlować w dwa dni. Zaczynamy oczywiście od tych, które wykazują jakąś wadę, bo to zawsze się serom zdarza. A to krzywe wyjdą, a to dziurek za dużo, a to wklęsłe, a to wypukłe, a to niepożądana pleśń przeniknęła jakimś uszkodzeniem na skórce do środka... Doświadczenie pokazuje, że najlepiej szybko z nimi skończyć. Choć nie powiem, zdarza się całkiem nierzadko, że wśród takich odpadów trafia się istna rozkosz na podniebieniu. Ot, szczęście w nieszczęściu.
Ja jem sera niewiele, zwłaszcza gdy chodzi o żółte, od dziecka tak miałam, czasem zjem plasterek dla spróbowania smaku (każdy ser - z racji, że jest zagrodowy, a nie fabryczny smakuje inaczej), czasem dodam pokrojony w kosteczkę do jakiejś potrawy z patelni, albo zetrę trochę na talerz do zupy cebulowej, czosnkowej lub dyniowej. Jeśli już mam wybierać, to zdecydowanie wolę tradycyjny twarożek i ten jem najczęściej. W postaci kanapkowej, pasty z tym lub owym albo awanturki. Mimo wszystko jednak wolę mieć zapas żółtych i twarogowych serów na zimę, niż go nie mieć. Pierwsze przechowuje się najlepiej w piwnicy, drugie zamrożone w zamrażarce. Gdy kozy przejdą niedługo na mleczną kwarantannę na pewno zacznie czegoś w psychice brakować...

23 listopada 2014

Zimowe pielesze

Wczoraj pośród cichej nocy, gdy śnieg w milczeniu pokrywał podlechickie połacie leśne i wyzbyte lasu, światełko od komputera pomigotało i zgasło kilka razy. Rano okazało się, że nie ma prądu. No, cóż, trudno. Większość czynności domowych mam od prądu niezależnych, więc taki tylko był szkopuł, że nie mogłam rano sprawdzić wiadomości na fejsie, reszta szła zwykłym trybem. Kawa w maszynce na gazie zagotowana (tak, wróciła mi zdolność picia jednej kawy dziennie, ale tylko mielonej z ziaren ręcznie w młynku i parzonej w maszynce), w c.o. napalone i raptem tylko pół godziny dłużej rozgrzewane kaloryfery bez elektrycznego wspomagania funkcjonujące. Zamiast internetu zaczęłam czytać pożyczoną z gminnej biblioteki książkę Stasiuka, a po obiedzie (na pierwsze rosół z gęsi, na drugie kasza gryczana nieprażona z grzybami suszonymi plus wątróbka gęsia z cebulką) rzucałam monety, gadając z księgą I-Cing.
Prąd włączyli po południu, tuż przed zmierzchem, czyli po ponad dwunastu godzinach awarii. Zatem było już czym zapełnić wieczór, po obrządku. Najpierw sprawdzam co się dzieje w Polsce i na świecie, czytając wieści fejsbukowych znajomych, których mam z bardzo różnych, czasem kosmicznie sprzecznych ze sobą parafii i dzięki temu dają mi wgląd w przeróżne światy. Dalekie i bliskie, po sąsiedzku też. Czasem z kimś się wymieni kilka słów, gdy humor dopisuje. Jakiś czas oglądam filmiki i czytam artykuły podsyłane przez ludzi, żeby się dokształcić albo pośmiać. Po czym zagłębiam się w świat sztuki. Ostatnio oglądam polskie filmy, Kolskiego, Kondratiuka, ale bywają też starocie przed i około-wojenne, hollywoodzkie i gwiazdorskie, czasem wciągają mnie koncerty albo klipy muzyczne, Sinead O`Connor czy Marii Peszek, tudzież musicale, jak np. "Katedra Notre-Dame w Paryżu". Bywa również, że trafię na jakiś ciekawy tekst do czytania, jak np. XIX-wieczne opowiadanie Klemensa Junoszy na podlaskie tematy, albo odsłuchuję wywiady z polskimi współczesnymi pisarzami i pisarkami, nadrabiając wieloletnie i wielomiesięczne kulturalne opóźnienia. I tak mi schodzi wieczór, jeden po drugim. Przy strzelającym w piecu ogniu, w ciszy listopadowego śniegu i samotności wiejskiej.
Anna zabawia się niewiele bardziej inaczej. Właściwie nie ma już co robić na dworze, bo resztki nieporżniętego drewna śnieg zasypał, wszystko, co trzeba było dokończyć przed zimą zostało zrobione, i oprócz porannego i popołudniowego obrządku nie ma tam żadnego interesu, zatem lepi z gliny w swoim pokoju różne naczynia i naczyńka, szyje, dzierga, tka i w międzyczasie słucha radia lub ogląda tv. Niekiedy spędza całe popołudnia na zajęciach w GOK-u (tkackich, plecionkarskich, witrażowych , no i ceramicznych). Noce długie, więc bywa, że budzi się w środku ciemności i przy latarce czyta jakieś biblioteczne zdobycze.
- Może byśmy coś zaplanowały na przyszły sezon? - chodzi jej już po głowie.
Ale ja wciąż jestem jesiennie odleciana i naprawdę nie w temacie.

19 listopada 2014

Cisza powyborcza

Wczoraj obudziłam się w zimowej ciszy. Kiedy spadnie śnieg bo, robi się cicho, to szczególny moment w przyrodzie, zauważyliście? Oczywiście był to symboliczny pierwszy śnieg, który zniknął całkowicie, gdy dzień się rozwinął, a pod jego koniec wyjrzało nawet słońce. Zza burych chemicznych chmur.

Taką ciszę mam od jakiegoś czasu w sobie i to ona jest przyczyną rzadziejących wpisów na tym blogu. Zmienia się moja prywatna pora roku, cykl istnienia. Można to astrologicznie wytłumaczyć, ale ten blog nie jest na takie tematy, więc pominę wytłumaczenie. Powiem tyle, że na takie kosmiczne zmiany w horoskopie - i co za tym idzie w życiu - nie ma mocnych. Coś zanika. W zamian jeszcze nic się nie pojawiło poza tym, że to, co zanika zaczęło zmieniać konsystencję z twardej, materialnej na papierową, w końcu wizualną, formalną, wreszcie kiedyś przestanie istnieć, odsunięte w przeszłość. Zrobiwszy miejsce nowemu. Bo jeszcze przecież nigdy nie było tak, żeby coś w zamian się nie pojawiło. Otwieram umysł i serce, czekam. Interesuję się wszystkim, co mi przychodzi do głowy i serca spontanicznie, ale nie przywiązuję się do żadnej nowej ścieżki, pomysłu, wizji. Pewnie kiełek już gdzieś zaczął rosnąć, tylko ja nie umiem go jeszcze zauważyć.
Wraca do mnie rada usłyszana od Alefa Sterna, ASa, aby zrobić z tego bloga książkę. Oczywiście nie byłby to prosty zapis dziennikowy. Materiałów jest o wiele więcej. Nagromadzonych przez dziesięć lat tego mojego życia na Podlachii. Bardzo możliwe, że się za to wezmę i wtedy skrystalizuje się pomysł, idea, osąd, wniosek, refleksja, wiedza i co tam jeszcze... Najszybciej takie rzeczy przychodzą podczas pisania. Idzie zima, taką pracę w wakacje rolnika bardzo lubię. Winko wspomagające natchnienie dojrzewa w gąsiorkach.

A póki co dzisiaj zastał mnie chłodny poranek, zmarznięte liście i powierzchnia gleby na podwórku, trza zacząć wkładać kalesony, wyciągnąć jakiś sweter z szafy. Ubita wczoraj gęś czeka na pieczyste...

10 listopada 2014

Listopadowy relaks

No, i tuż po pełni księżyca skończyła się ciepła susza i pogoda zwilgotniała, choć nadal jest ciepło. Ziemia nasączona przyjemnie, czasem pada solidniej, ale najczęściej delikatnie siąpi lub tylko skrapla się mgła. I tak za mało wilgoci, jak na listopad, moim zdaniem.
Podwórko zostało prawie posprzątane, większość drewna zabezpieczona lub pocięta i ułożona pod daszkiem, jednym, drugim. Układam je teraz na dużej powierzchni ściany nowego kurnika, pod wystającym okapem dachu. Ma wystawę na zachód, sprzyjającą wysychaniu.
Kozy pasą się krócej, przeważnie w lesie lub na okolicznych nieużywanych łąkach, wtedy wraz z wałęsającym się stadem owiec z naszej wioski. Pastwisko już kompletnie wyschło. Na ugorze i w naszej brzezince drzewka i krzewy zostały już tak podgryzione, podcięte lub połamane, że z roku na rok zmienia się wygląd krajobrazu. Co wyższe drzewka uciekają w górę, reszta staje się przejrzysta, z czasem pewnie zaniknie. Taki parkowy obrazek.
Tym samym jest coraz mniej mleka. Niedawno przeszłam na jedno dojenie dziennie. Robię też ostatnie sery, co potrwa jeszcze trochę, miesiąc, półtora, a sery oczywiście zmniejszają objętość.
Kury przestały się nieść zupełnie i wszystkie zmieniają upierzenie. Normalna sprawa o tej porze roku.Gęsi też przystopowały, zatem wielki czas na nie idzie. Wreszcie zaczynam się wysypiać, bo już o 19 ciągnie mnie do łóżka.

30 października 2014

Zimne ciepło

No, więc przemija kilkudniowy okres nocnych mrozów na Podlasiu. Spadały do minus 8 w porywach. Dnie są pogodne, słoneczne, acz proporcjonalne co do temperatury. Dzięki prognozie zdążyłyśmy w przeddzień zakręcić kran zewnętrzny. Przeprosiłam się z c.o. i nawet to polubiłam. Gotuję na piecokuchni o wiele szybciej, niż na kuchni, ciepło w całym domu, Anna może szyć i lepić z gliny w swoim najchłodniejszym pokoju, woda jest gorąca w bojlerze i można się śmiało kąpać w ogrzanej łazience. Młode kozy po pierwszej zimnej nocy były nastroszone i roztrzęsione, ale już nabrały przyzwyczajenia i nie panikują.
Przez te chłodne, ale przecież pogodne dnie Anna zdołała, częściowo ze mną, a częściowo z Jarym wyczyścić oborę z gnoju i wywieźć go naszą furmanką do permakulturowego ogrodu. Wczoraj wpadł Wania ze swoją piłą i ściął starą, nie dającą już owoców gruszę rosnącą na kaczym dołku. Drewno posłuży oczywiście do wędzenia.
Z wolna porządkujemy podwórko z zalegających na nim po budowie kup starych desek i odrzuconych belek. Część zdatnego materiału została starannie ułożona na przekładkach i nakryta starą blachą. Część pocięta na drobne, a reszta czeka na pocięcie i spalenie w piecu. Bo nie ma to jak drewno z rozbiórki do palenia. Tak samo pod płytą, w ścianowym jak i w c.o. Piece szybko się rozgrzewają i oddają ciepło z nawiązką.

Zwierzęta mają się dobrze. Białe gęsi zaczęły się nieść, a ponieważ nie wiemy które to robią, na razie mają wyrok odroczony. Zielononóżki jesiennie wypierzają się, niestety coś wykasowało nam wszystkie młode kurki (oprócz jedynego kuraczka) i stado jest do renowacji na przyszły rok, bo w większości są to nioski już trzy- i czteroletnie. Niesie się głównie biała stara leghornka i jarzębiatka, która jedna przeżyła ze stada tucznych kogutów tegorocznych, właśnie dlatego, że okazała się kurką.
Kubuś okazał się gąską i świetnie się zgrał z balbinami. Niestety obu stad nie daje się połączyć, są ulokowane w osobnych budynkach. Nawet nie dlatego, że białe gęsi tego by nie zechciały (po wykasowaniu najagresywniejszych samców są spokojne i uległe wobec najsilniejszego balbina), ale balbiny są dziksze od hodowlanych i za nic nie dają się wgonić do kurnika. Same wchodzą do swojej zagrody w stodółce o właściwej porze, i tak już zostanie, aż do przyszłorocznej przeprowadzki do nowego budynku. Są dziksze, czyli trzymają się zawsze w dystansie, co dla mnie jest zaletą. Bo już jestem ścigana przez białego gąsiora, gdy stado pojawia się na podwórku przy wodopoju. I nieraz muszę ruszyć biegiem, aby mu umknąć spod dzioba.
Balbiny potrafią także wysoko fruwać, o czym przekonałam się wczoraj na własne oczy. Balbinka pogoniona przez nadgorliwą w zaganianiu zwierzyny Paszę uciekając wzbiła się w powietrze jak prawdziwa dzika gęś i przefrunęła na drogę przez płot wysoko nad nim. Wylądowała w sadzie bez uszczerbku. Po czym drąc dzioba na pół wioski przymaszerowała okrężną drogą, aby połączyć się ze stadkiem.

21 października 2014

Letnie pląsania

Na osłodę mojego braku natchnienia do pisania na blogu, daję link do filmiku, który fajnie pokazuje atmosferę panującą na czeremszańskim festiwalu. Nagranie z tego roku 2014.

https://www.youtube.com/watch?v=Qd3sXFpYrSY&feature=youtu.be

Rolę całkiem niemałą gra w nim niespodziewanie nasz Jary Smok! uch, cały w pląsach.

4 października 2014

Blues & rok

Znikają z obejścia zwierzaki. Najpierw znikła Pikolinka, która utopiła się w pojemniku na wodę deszczową (opłakałam ją najprawdziwszymi łzami, za co odwdzięczyła mi się na drugi dzień rano, wskakując mi jak zawsze na ramię przy szykowaniu porannej karmy, takie było pożegnanie), potem jeden z muszkieterów, wczoraj druga muszkieterka (jedyna kureczka z tegorocznych piskląt). Coś te malce szatkuje w lesie opodal podczas żerowania, i to pewnikiem znany już dobrze krogulec, polujący na mniejsze, młode ptaszki.
Odlatują też do nieba z wolna białe gęsi. Dzisiaj poszedł na pieniek drugi (zapasowy) kogut, będzie rosół. Na coraz zimniejszą porę (zwłaszcza w nocy i o poranku) będzie w sam raz.
Swoją drogą wczoraj i przedwczoraj leciały klucze dzikich gęsi wprost na Górę, czyli na zachód, co według starego Mikołaja wróży jeszcze ocieplenie, bo gęsi nie odlatują na Ukrainę, tylko nad Wisłę, aby tam jeszcze przed zimą pobuszować w Polsce.
No, a potem, przy sobocie po robocie znalazłam się na koncercie w naszym domu kultury. Grała "Kasa Chorych", przy wtórze wiwatów gromadki fanów spod miejscowego sklepu z piwem i innych, przeważnie z mojego pokolenia. Grała fajnie, choć przyznaję, że jakąś ogromną miłośniczką bluesa nigdy nie byłam. Jednak przypomniały mi się lata 80-te, gdy jeździło się stopem na różne koncerty, typu Rawa Blues, na Śląsk, do Łodzi czy do Warszawy, na których grywał i ten zespół.

3 października 2014

Dwa w jednym

Ekipa kończy robotę. Powstają ostatnie, czwarte drzwi w budynku, który dla jakiegoś porządku zgodziłyśmy się wspólnie nazywać Kurnikiem. W obejściu jest już stodółka, obora, lamus, garaż, spichlerz, zatem czas na kurnik. Tak naprawdę jednak są to dwa budynki w jednym, łącznie mające długość 14 metrów.
Przywieziony budynek był jednolity i dłuższy, 17-metrowy. W urzędzie jednak poradzono nam zgłosić dwa budynki, aby nie przekraczać dozwolonej powierzchni bez projektu. Rolnik może w ten sposób postawić u siebie dowolną ilość budynków, szopek, komórek na rok.
Powstały zatem dwa osobne budynki, w jednej linii, odsunięte od siebie o 80 cm i mające jeden sufit i dach. Zadaszona przerwa między nimi będzie służyć za drewutnię. W każdym są po dwa pomieszczenia i tylko w jednym z nich będzie kurnik. Wykończenie go, uszczelnienie, zrobienie przegród, grzęd, gniazd i odstawników dla wysiadujących kwok pozostaje już wykonać na wiosnę. Drób przezimuje jeszcze w starym miejscu. Obok kurnika ma być paszarnia, czyli pomieszczenie na siano lub słomę. Podobnie wysokie poddasze ma służyć za skład siana. Wciąż się ono nie mieści tylko na strychach stodółki i obory. Mamy jeszcze zeszłoroczny zapas schowany w stodole znajomego ze wsi.
Pozostają zatem do zagospodarowania dwa pomieszczenia w drugim budynku, jedno ze stylowym oknem, które zostało zamówione specjalnie u stolarza. Być może powstanie w jednym jakaś pracownia, to ustali się w praniu.
Na razie jednak pracy przy budowie jeszcze nie koniec. Trzeba zrobić dwie ściany działowe i ułożyć z desek sufit. To już częściowo w naszych, a częściowo w innego majstra rękach będzie.

28 września 2014

Koniec sezonu

W czasie nowiu pogoda, w zgodzie z prawem niebiańskim załamała się i zrobiło się chłodno, wręcz zimno. Przez kilka dni obficie padało. Teraz znów uspokoiła się, choć rano mgła osiada na ziemi drobnymi kroplami dżdżu, imitującymi siąpiący deszczyk. No, i noce wciąż są chłodne. W każdym razie Anka Warszawianka już narzeka, ja tylko wciągam katankę, gdy wychodzę z domu na dwór.
Stary Mikołaj, obserwujący świat w pogodne dni ze swej ławeczki przed domem, stwierdził dzisiaj, że tego roku żurawie wcześniej odleciały, a to zapowiada wczesny atak zimy.
Myślę, że zdążymy mimo wszystko z zakończeniem budowy, przynajmniej najważniejszych elementów (dach, sufit, okna, drzwi, ściany działowe i wylewka). Drewno na zimę już dawno pocięte i składowane, nabiera suchej mocy.
A mnie się już marzy koniec sezonu. Uch, po prostu jestem zmęczona.
Jabłka spadają w coraz to mniejszej ilości. Robię jeszcze soki, gromadząc je w ostatnich posiadanych butelkach, nastawiam jabłkowo-aroniowe napojki, wczoraj powstał dżem jabłkowo-śliwkowy (ostatnie śliwki z naszej jedynej śliwy na niego poszły), suszymy sukcesywnie jabłka na kuchni w chatce dziadka i w piecu chlebowym, co rusz powstają jakieś racuchy z jabłkami albo szarlotka. Resztki oraz zgniłe spady zjadają gęsi i kozy. Niezjedzone lądują na kompoście. Nic się nie ma prawa zmarnować.
Kozy wciąż są w dobrej formie mlecznej, ale już się zaczynają nudzić na pastwisku. Snują się bez celu, uciekają z zagrody w sadzie na wioskę, albo na Górę, wracają do obory wcześnie same i już o 16 warują grzecznie w swoich boksach.
Jasiek jakiś czas temu nie wrócił do domu. Zginął bez wieści. Gdzieś na wiosce, gdzie zawsze chodził, w pogoni za kocicami. Może padł w zębach wioskowych psów, może wpadł pod samochód, nie wiem. Żal. To było jedyne żywe wspomnienie po mojej ukochanej kici-Czarnej Dzikiej i Łatku, który też tak przepadł bez wieści któregoś dnia.
Zaś Kicia-Czarna i Klusek spędzają większość zimnych już nocy w domowych pieleszach. Klusek nad moją głową, Kicia w nogach. Przed świtem miauczą pod drzwiami, aby je wypuścić, więc obowiązkowo się budzę. A potem zasypiam i głowę mam pełną dziwnych snów. Nie, nie mają nic wspólnego z polityką.

20 września 2014

Wykańczanie

Trwa pogodna i sucha jesień.
Najpierw były wyjazdy, do powiatowych miast okolicznych, w sprawach urzędowych i samochodowych. Przy okazji trochę wyjrzałam na świat, który przez większość roku spędzam "w domu i zagrodzie". Głównie komunikując się ze zwierzyną, od większego dzwonu z sąsiadami, a od największego z gośćmi i znajomymi. Droga do Hajnówki, budowana chyba ze dwa lata, wreszcie jest na ukończeniu i można już nią śmigać, choć uroczyste otwarcie trasy będzie w październiku. Robione są ostatnie pucowania, plantowanie hałd, malowanie. Przyjemnie się teraz jedzie, szeroką dwupasmówką, z trasą rowerową obok, biegnącą do samej Hajnówki. Wreszcie jakiś standard, bo stara droga była za wąska, powybijana i w zimie groziła wypadkami przy wymijaniu się. Nie mówiąc o rowerzystach zawsze o zmierzchu bez odblasków i świateł jeżdżących, a często po podlechicku pijanych.
Poza tym w ogrodzie powstają wzniesione grządki, buduje je Ania z Jarym. Pójdą pod truskawki i czosnek.
No, i zjawiła się ekipa i zaczął się etap drugi budowy. Dzisiaj stanęły wszystkie krokwie.
Poza tym trwa codzienne suszenie w piecu chlebowym antonówek, bo zaczęły sypać. Oprócz sera robię też zawsze sok w sokowniku (wychodzi jakieś 2,5 litra), od czasu do czasu dżem, powstało kilkadziesiąt słoiczków keczupu, no, i nastawiam napojkę w 5-litrowych baniaczkach. Trzeba było też rozlać do butelek zalegające wciąż w największym gąsiorze wino z mniszka, poszło do piwnicy. Dla mnie jest jeszcze za słodkie. W zamian powstanie kolejne, z jabłek oczywiście z dodatkami innych jesiennych owoców, jarzębiny, aronii, winogron. Tak w ogóle to już 3/4 miejsca na półkach w ziemiance jest zapełnione przetworami różnego rodzaju. Butelki na sok, wino i ocet są na wykończeniu, skończyły się też słoiki i trzeba było dokupić. Cydr ma być rozlany do butelek po piwie i zakapslowany.
Czeka tona ziemniaków do przebrania, pozostawionych w garażu w tym celu, a potem trzeba je jeszcze wtaszczyć w workach do ziemianki.
Jednym słowem, na brak nudy nie narzekam.
Kozy z wolna wchodzą w ruję.

14 września 2014

Niedziela na wsi

Co się robi w niedzielę na wsi?
Ano najpierw obrządek i karmienie wszelkiej zwierzyny, od kotów , psów poczynając, na sobie kończąc. Potem chwila na internet, dosłownie półgodzinne zerknięcie. Ale bywa i tak, jak dzisiaj, że łącze pada i nie ma co zaglądać. Chyba, że pisze się własną książkę i łącze niepotrzebne. Po tej chwili (przy okazji jakaś kawa, czy ziółka zostają wypite) trzeba ruszyć do koniecznej pracy. Wyzbierać świeżo spadłe w sadzie jabłka i obrać je do sokownika, na dżem, na ocet lub na susz. Przejść się do lasu po chrust do kuchni. Przygotować obiad, nastawić ser na twaróg na płycie. I podpalić pod nią ogień. Po czym cierpliwie dokładać. Przejść się do ziemianki, zanieść tam zrobione wczoraj przetwory i przynieść naczynia na kolejne. Wymyć je i wyparzyć odpowiednio. Ugotować obiad, zjeść go. Obrać przyniesione z lasu grzyby, napalić pod drugą płytą kuchenną w chatce dziadka i przygotować rozpałkę w chlebówce. Zaczynić ciasto na chleb, na pizzę i utrzeć ziemniaki na babkę ziemniaczaną. Napalić w chlebowym, potem z niego wygarnąć. Wsadzić chleb, pizzę i babkę, upiec je, a potem wsunąć do pieca brytfanki z pokrojonymi jabłkami na susz oraz siatkę z grzybami do suszenia.
Przyjąć niezapowiedzianą wizytę jakiegoś starszego człowieka, któremu zachciało się pogadać.
Zlać sok z sokownika, zebrać twaróg do rożka i zawiesić do odcieknięcia, utłuc ugotowane obierki kartoflane dla drobiu. Wyjąć chleb i pizzę z pieca. Także babkę. Zjeść, popić.
Na przykład siedząc na dworze pod chatką w towarzystwie stada białych gęsi, zajadle syczących na psy, które się ich boją jak zarazy. Czyli jeszcze jedząc chronić psy przed atakiem dziobatych. I oganiać się od ostatnich much, a czasem skuszonych zapachem pigwówki pszczółek.
- To nasze? - pytam.
- Tak jakby...
Po chwilce wypoczynku i pogwarek z gęsiami oraz wypiciu pewnej dawki rozluźniającej nalewki trzeba wracać do pracy. Słońce się chyli. Gęsi przebierają nogami, kozy ryczą na pastwisku.
Szykuję kolejny obrządek. Zaczynając od gęsi, balbinek, potem kur, indyków i perliczek, następnie kozy, aż do psów i kotów. Zlewam mleko, zmywam naczynia.
Na kolację rzadko mam ochotę. Jeśli już, to sięgam po jakąś sałatkę pomidorowo-czosnkową. Wolę szklaneczkę domowego winka, np. z dzikiego bzu.
I klap! u komputera. Mejle, FB, jakiś film z jutuba albo online. Umyć się i spać.
Jutro będzie to samo, a nawet więcej!

6 września 2014

Karma karmiczna

Dnie pełne pracy. Pociesza mnie fakt, że to już bliżej, niż dalej do zimy, czyli czasu rolniczych wakacji.
Pszczoły zostały nakarmione po raz ostatni przed zimą, niedługo po ich ustawieniu w ogrodzie. Po raz pierwszy przez Anię. Ubraną stosownie w kapelusz, rękawice i szczelne ciuchy, z odymiaczem w ręku. Tuż przed wieczorem, aby spokojniejsze były. Żadna jej nie użądliła i przywitały ją przyjaźnie oba roje. Gdzie się tego nauczyła? spytacie. W internecie, na filmikach z jutuba, w przeddzień starannie obejrzanych.

Sezon jabłkowy rozkręca się w naszym sadzie i jest bliski pełni. Co rano Anna zbiera w nim kilka skrzynek jabłek, zanim wpuści tam kozy, które zjadają z zapałem odpadowe resztki i przeszukują trawę cały poranek w poszukiwaniu nadgniłych okazów, które łatwo się gryzą i są słodkie.
Obdarowujemy jabłkami kogo się da ze znajomych i chętnie zamieniamy na inne dobroci. Nina wpadła sobie nazbierać i przywiozła pyszny keczup własnej roboty. Dała przepis, składniki mam w zasięgu ręki, więc jutro do roboty. Ktoś dał dorodne cukinie, inny skrzyneczkę malin. Powędrowały do kilkulitrowego słoja na sok rozgrzewający, a z reszty, która się nie zmieściła usmażyłam pyszny dżem jabłkowo-malinowy. Jabłka świetnie przyjmują inne smaki, tak w winie, jak w innych przetworach. Robię więc dżemy jabłkowo-śliwkowe, jabłkowo-różane i jabłkowo-aroniowe, sok jabłkowo-czeremchowy, idzie też czas na jarzębinę. Cydru chodzi już ze 30 litrów, szykujemy większy gąsior 20-litrowy, bo pierwsze próby wykazują, że jest bardzo smaczny. Octu jest z 10 litrów nastawionych, ale to nic. Nastawiamy beczkę. Jest gdzie go przechowywać, w przyszłym roku drzewa będą odpoczywały, zatem zapas musi być większy, poza tym im dłużej ocet stoi, tym lepszy, więc straty nie będzie.
Antonówki jeszcze się nie zaczęły. A z nich najsmaczniejsze są soki, susz i wino, zatem największa praca dopiero przede mną. Także na suszu daje się nastawić wino i jest pyszne, gdy podojrzewa przez co najmniej rok. Osobiście nie cierpię smaku jabcoka, więc wiem co mówię. To jest jeden ze sposobów na uniknięcie jabolowego kwachu w gębie.

Co do budowy, to została ukończona w fazie pierwszej, czyli stanęły ściany zewnętrzne po belki stropowe. Brakuje jeszcze wylewki, ścian wewnętrznych i wprawienia okien i drzwi (to będzie faza trzecia). Do dachu ma być inna ekipa.

30 sierpnia 2014

Doroczna obfitość

Nasz ogródeczek przydomowy dał jak zawsze niewielki plon. Winą jest drób, urzędujący w nim notorycznie, który rozkopuje posiane grządki w poszukiwaniu dżdżownic i robaczków, a przy okazji nasionek i kiełków. Drugi ogród, w zamiarze permakulturowy, a oddalony na tyle od obejścia, że kury tam rzadko trafiają, na razie jest w powijakach. Rośnie na nim plantacyjka posadzonych w tym roku czarnych porzeczek (które przyjęły się wszystkie) i spora grządka kartofli (dziki się nie wdarły, dzięki zabezpieczonemu żerdziami zagrodzeniu). No, i stanęły dwa ule. Reszta to jeszcze niezagospodarowana dzicz, z którą niedługo będziemy walczyć, bo idzie pora jesiennych nasadzeń. Na razie Ania pracowicie wykosiła podkaszarką spalinową trawsko, które obrosło całą połać.
Tym niemniej ów mały plon zawsze starannie zagospodarowujemy i zawsze jesienią daje dużo przyjemności. Buraczki wszystkie poszły na sałatkę i wylądowały w słoikach. Ogórki zostały zjedzone jako małosolne (co do zapasu kiszonych zasiliła nas kilkoma kilogramami swoich gruntowych Mikołajowa). Pomidory dały trochę soku pomidorowego (vel "koncentratu") na zimę, trochę sałatek i na razie zielenią się na krzakach, schłodzone brakiem pogody. Lubię je zjadać w formie smażonej, bez panierki, do porannego sadzonego jajka od zielonej nóżki. Lubię ich kwaskowaty smak.
Dzisiaj Anna zerwała wszystkie pozostałe cukinie i przyniosła jedną sporą dynię, napoczętą przedwcześnie przez kozy. Co z tym zrobić? Ano zaczął się sezon na leczo. Robię z niego zapasy w zamrażarce. Zimą zjedzenie takiej warzywnej potrawy, w której duża część składu jest własnego chowu, to coś wspaniałego.

A propos dżdżownic, to zauważam od jakiegoś czasu nasilenie ich obecności na naszej wydmie, w rejonie pod oborą, gdzie zalega wciąż czysty lity piasek. Piasek okala także chatę, do czego przyczyniły się rozkopy budowlane, które zniszczyły cieniutką warstwę humusu. Jest do tego stopnia piaszczysty, że wizytujące nas czasem małe dzieci z zapałem bawią się w nim, jak w piaskownicy, stawiają babki, kopią dołki łopatką, podobnie zresztą jak Pasza, tylko ta robi to własnymi pazurkami. Widok dżdżownic po deszczu i pozostawianych przez nie śladów bardzo mnie cieszy. Mają widocznie dość stałego pokarmu dzięki zwierzętom, że nie lękają się zasuszenia i śmierci głodowej na tej naszej jałowiźnie. W takim razie mogę chyba mieć nadzieję, że obejrzę jeszcze przed śmiercią nasze obejście całe pokryte zieloną darnią. Bo dżdżownice bez wątpienia pracują nad glebą. Ponadto najwyraźniej świetnie się mają i mnożą (a wcale nie są amerykańskie tylko nasze, swojskie), nawet w pobliżu kurnika!

Poza tym mnożymy cydr, już pijalny, choć jeszcze niezbyt mocny, niedługo stawiam wino jabłkowo-czermchowo-aroniowe. I czekamy na łaskawość antonówki, która wciąż dojrzewa. Co prawda wieść jest taka, że nie będzie w tym roku skupu jabłek. Cena oferowana przez przetwórnię, 10 gr za kilogram jest za mała, aby opłaciło się to właścicielom skupów. No, ale trudno. Jakoś sobie poradzimy, jak nie my i nasi znajomi, to nasze kozy i gęsi, z zapałem żerujące na spadach. Trzeba zwiększyć moce przerobowe i robić zapasy w różnych formach. Ciekłych, gęstych, suchych i mniej gęstych, a nawet uduchowionych.

27 sierpnia 2014

Dodawanie

Trochę popadało, oziębiło się, ale nadal chadzam bez skarpetek i na boso, gdzie się da. Budowa posuwa się w tempie ślimaczym. Jutro znowu wielikoje świato, czyli przerwa. Tuż przed zakończeniem pierwszego etapu.
Kubuś został szczęśliwie dodany do balbinek, wraz z Pikolinką. Szybko się z nimi zespolił i zjednoczył i już za mną nie biega uporczywie na podwórku, jak to było pierwszego dnia. Pikolinka także, choć sypia tam gdzie balbiny, to w dzień przyznaje się już bardziej do trzech muszkieterów, czyli trójki wcześniejszych kurczaków, wysiedzianych przez białą kurę.
Popróbowałam pierwszego cydru. Jeszcze słabizna, jabłka wszak pierwsze, czyli kwaśne, dodałam cukru, nastawiłam matkę drożdżową, żeby podpędzić proces, bo na skórce jabłkowej jakoś ruszyło tylko symbolicznie. No, ale smakowity! Wypiłam dwie szklaneczki, które napełniły mnie radością i poczuciem spełnienia. I wzmogłam obieranie kolejnych jabłek na sok do kolejnych gąsiorków. Taa, ma to sens.

22 sierpnia 2014

Letnie obrazki

Jabłoń z naszego sadu, pełna tegorocznego dobra. Antonówka, jedna z kilku. Jeszcze czekamy na dojrzałe owoce.


Rosnący Kubuś w ogródeczku, w tle jego przyboczna, zielona nóżka Pikolinka. Oboje stanowią nierozłączna parę. 


I balbiny, wcale już nie najnowsze mieszkanki gospodarstwa. Przy ich udziale przybyło nowych głosów w obejściu. Gdyż nieco inaczej krzyczą, niż gęsi białe. Ich głos przypomina bardziej kwakanie dzikiej kaczki, albo nieudolne próby śpiewu misia Koralgola, gdy połknął gwizdek. 


Najnowszymi mieszkankami są bowiem... pszczoły. Które zjechały przedwczoraj rano i zostały ustawione w swoich ulach w zaplanowanym miejscu, w przyszłym permakulturowym ogrodzie. Dzień był wtedy ciepły i słoneczny, więc od razu przystąpiły do oblotów otoczenia. W całkowitym pobliżu mają teraz kwitnący wrzos.

19 sierpnia 2014

Stwory, twory i przetwory

Pogoda siadła i dobrze, upały się skończyły, mogłam wrócić do robienia serów podpuszczkowych (które nie wychodzą, gdy temperatura na zewnątrz przekracza 25 stopni). Kilka nieudanych prób przekonało mnie o tej zasadzie, sery rosły w oczach, pełne oczek takich i owakich, mimo zachowywania wszelkich zasad higieny. Na szczęście trafili się letnicy chętni jeść twarogi i pić mleko, więc straty dużej nie było. Teraz nadrabiam stracony okres, aby zrobić zapas żółtych serów na jesień i zimę.
Poza tym sadowe nadmiary też już dają w kość. A to dopiero pierwsze spady, większość jabłoni dopiero dochodzi do dojrzałości owoców, które w większości wiszą jeszcze na drzewach. Codziennie muszę zanieść do ziemianki kolejne, wyprodukowane przetwory. Nie spieszę się, nie pędzę, nie dramatyzuję. Ot, pięć-sześć słoiczków dżemu, albo 2,5 litra soku, albo baniaczek świeżego soku ukręconego w sokowirówce na cydr, lub butla z nastawem octowym. Jeśli tylko codziennie coś z tego powstaje, to do końca jesieni będzie wszystkiego w bród (niektóre zapasy mają nam starczyć na dwa lata, bo co tyle owocuje nasz stary sad).
Dwa lata temu zrobiłyśmy 15 litrów octu, który właśnie się skończył. Używałam go do wszystkiego, mycia, sałatek i przetworów i muszę stwierdzić, że jego moc tylko z czasem wzrastała w pozytywnym sensie, a smak był wyśmienity. W każdym razie wszelkie octy sklepowe, nawet jabłkowe szkodziły mojej wątrobie, po naszym nie czułam żadnych skutków ubocznych. Zatem teraz trzeba zrobić więcej, tyle wiem.
Anna specjalizuje się w sałatkach warzywnych, i sekunduje mi w wytwarzaniu. Trwają zbiory pomidorów w folii. Część już poszła na sok pomidorowy (bo trudno go nazwać koncentratem), który zużywam zimą do zupy pomidorowej na rosole, albo wypijam duszkiem z odrobiną soli. Dar od sąsiadów, torbę ogórków gruntowych też trzeba było zagospodarować. Idzie czas buraczków, naszych i dyni. Pierwsze leczo na naszych cukiniach trafiło już do zamrażarki.

Poza tym znów była strata i zysk. Zamieniłyśmy się ze znanym nam już hodowcą spod Bielska na indyki, on wziął dwa nasze, czarnej rasy, my dostałyśmy za nie dwa z rasy czerwonej. Niestety, reszta naszych indycząt nie zważała na żadne zakazy i perswazje, zabrnęła w łąki za daleko, gdzie dopadły je drapieżniki. Tylko jeden z piątki wrócił następnego dnia w południe do domu i matki.
Poza tym Anna dokupiła naszemu Kubie, który rozwija się znakomicie i jest już prawie cały opierzony, dwie młode siodłate gęsi. Nie są to pełnej krwi kubanki, bo i zresztą, jak nam nasz hodowca wyłożył, także i Kuba wcale w pełni kubański nie jest. To krzyżówki z białą gęsią hodowlaną, co można poznać po jasnych nogach i częściowo jasnym dziobie. Zaletą krzyżówek jest jednak to, że znoszą o wiele większe jaja, niż inne gęsi. Ich mięso jest mniej tłuste i bardzo smaczne.
Balbinki, jak je nazwałam (choć to podobno parka, samiec i samica) adaptują się właśnie do stada białych gęsi i drepczą za nimi z pokorą, choć śpią jeszcze osobno, w miejscu, które zwolniły tuczone koguty, przechodząc w inny stan skupienia i w ręce klienta.

No, a budowa wciąż trwa. Nie chce mi się o tym szczegółowo opowiadać, bo to nic nowego... Coś co miało trwać trzy dni właśnie trwa już miesiąc i końca nie widać pierwszego etapu, czyli postawienia ścian i sufitu. Ot, efekty podlaskiej maniany.

2 sierpnia 2014

Skwarne zajęcia

Upał doskwiera. Każdorazowe wyjście na dwór to akt bohaterski. Zwierzyna pochowała się gdzie mogła przed słońcem,w obejściu panuje bezruch i cisza. Nie palę pod płytą, tylko robię co potrzeba na kuchence gazowej, aby nie dodawać w mieszkaniu temperatury. I tak wewnątrz, przy otwartych na poddaszu oknach i kilku zasłoniętych żaluzjami od słonecznej strony na dole, udaje się zachować 24-25 stopni.
Powstają przetwory, także z ostatnich jagód, które kupiłyśmy od młodszej siostry Jarego, wielkiej zbieraczki. Sprzedaje po kosztach skupu, a że skup już przestał skupować jagody, bo sezon na nie się skończył, to po ostatniej cenie skupowej, tj. 10 zł za kilogram. Robię z nich dżemy jagodowe, będzie jakieś 7-8 słoiczków, a resztę na surowo żeśmy zeżarły ze śmietaną i cukrem. Zresztą nie pierwszy raz w tym roku taka uczta jagodowa. A raczej kuracja. Bo w sumie zaliczyłam kilka kilogramów jako leczniczy coroczny przysmak, nie robiąc żadnych przetworów.
Nastawiłam także pierwszy baniaczek cydru oraz octu (na wytłokach jabłkowych zmieszanych z wodą).
Obierki zjadają ze smakiem gęsi i kozy, kury także nimi nie gardzą.

Budowa stanęła. Majster pracuje, a poza tym nie może znaleźć chętnych do pomocy. Wszyscy odmawiają, bo "za gorąco". Jak majster ma wolne to wypada akurat wielikoje świato (np. Eliasza), albo żniwa albo inne metafizyczne przeszkody i tak się wlecze. Maniana.

30 lipca 2014

Jabłeczne doświadczenie

Zaczyna się z wolna sezon na jabłka. Codziennie obieram wanienkę papierówek i spadów z innych jabłoni i wrzucam do gara, albo sokownika. Powstają pierwsze jabłkowe dżemy i musy do szarlotek, dziś po raz pierwszy sokownik dał 2 litry soku (papierówki nie są zbyt soczyste same z siebie, a do tego ostatnie upały nieco już wpłynęły na owoce). Tak będzie przez co najmniej dwa miesiące. Dojdzie zbieranie jabłek, gdy zaczną się sypać i odwożenie do skupu. W planie jest jeszcze susz, cydr, ocet i oczywiście wina, które po dłuższym przechowywaniu (co najmniej półtora roku i więcej) stają się pijalne i nie trącą już "jabcokiem".
Mamy już doświadczenie z lat ubiegłych co do ilości potrzebnej nam dwu i czasem gościom do spożycia na 2 lata, dżemy jabłkowe z ubiegłego roku teraz są na wykończeniu, ale przecież są nadal, soki dopiero niedawno wyszły wszystkie po dwóch latach od ich zrobienia (jakościowo były bez zarzutu, przechowały się bezbłędnie w ziemiance). Winko też już się skończyło (przy czym nie tylko z samych jabłek, ale i dosmaczane innymi owocami). Cydr starczył tylko na samą jesień, a bo jego pije się najlepiej jako sok musujący w upały letnio-wczesnojesienne. Octu mam jeszcze kilka litrów, a używam go też do mycia, nie tylko kulinarnie. Przez dwa lata zwiększył jedynie moc.

24 lipca 2014

Wokół festiwalu

Zawiesiłam wpisywanie ze względu na nadmiar zdarzeń i notorycznie inny stan świadomości, w który mnie one wprawiły. Powoli wracam do normalności, ale zdaje się, już będzie odrobinę inaczej. Zwyczajnie się zmieniam.
Przed festiwalem, klasycznie, było mnóstwo pracy. Trafiły się fuchy, chociaż Anna zarzekała się, że już żadnej nigdy nie weźmie. Przyszło co do czego, nie odmówiła.
Potem był festiwal, trzydniówka. Anna jeździła na wiele godzin w ciągu dnia, gdyż razem z Jurkiem Fiedorukiem prowadziła warsztaty z gliny, a potem stoisko z wyrobami ceramicznymi dzieciaków z koła garncarskiego przy domu kultury. Przy okazji też wystawiła swoje mydła, które cieszyły się dużą popularnością. Ja w tym czasie pilnowałam gospodarstwa, rozmawiałam z gośćmi, wszystko na sporym rauszu, w który wprawiło mnie mocne roczne winko jabłkowe, w pewnym nadmiarze wypite pierwszego wieczoru.
Apogeum festiwalowe było w sobotę. Koncert okazał się po prostu i jednym słowem WSPANIAŁY. I nie do opisania. Ludzie na widowni również. Panowała ogólna atmosfera przyjaźni i bratania się. Ktoś poczęstował mnie szklaneczką śliwowicy (dostępnej legalnie u zaprzyjaźnionego Słowaka, który od kilku lat zjeżdża ze swoimi wyrobami na festiwal). Ktoś wyściskał przechodząc obok. Co rusz natykałam się na dawnych znajomych i trzeba było się witać. Wystąpiły po sobie same dobre i coraz to lepsze zespoły. Od ukraińskiego Kozak System, przez angielski The Ukrainians, rumuński Taraf de Haidouks po Czeremszynę. Która wystąpiła w zwiększonym składzie śpiewaczym i dała taki popis białego śpiewu chóralnego, że znajomi Ślązacy, którzy po części przeżywali to po raz pierwszy popadli w zachwyt (choć już i tak byli w euforii po występie rumuńskiej orkiestry cygańskiej).
- W jakim języku oni śpiewają? - pytali mnie później i trzeba było objaśniać podlaskie oczywistości.
- Te kilka wolnych utworów na początku to było coś zajebistego. Czemu nikt w Polsce tego nie zna, nie wie? Tu wszyscy śpiewają na widowni razem z zespołem, znają słowa, rozumieją!
Ano tak. 
Niedziela była spokojna, poświęcona bardziej imprezom towarzyszącym, warsztatom tego i owego, konkursom, niż muzyce. Skończyło się wszystko o zmierzchu dyskoteką prowadzoną przez DJ Wojcia i pożegnaniami. 
Pogoda dopisała, było wręcz skwarnie. 
Potem należało festiwal odespać i otrzeźwieć. 

Z innych, już rolniczych spraw to ważna jest historia kubanek. Zdechły prawie wszystkie, po kolei na zarazę wirusową (nasz weterynarz nie jest specjalista od gęsi, a inny, którego nam polecił jako znawcę, obsługuje jedynie wielkie fermy). Został tylko największy gąsiorek, który zresztą wykluł się pierwszy. Dostał imię, Kubuś. Oraz towarzystwo trzech zielononóżek, które się wykluły pod indyczką (z 15 jaj pozostało 7, których nie zgniotła, a z 5 wyklutych piskląt przeżyła trójka, którą odebrałyśmy nerwowej niani, aby dać im szansę odchowania się). Dzięki słonecznej pogodzie Kubuś dnie spędza w zagródce w ogródku przy tarasie, co bardzo sobie chwali. Uspokoił się już po stracie stadka i oswoił ze mną, a nawet złapaliśmy ze sobą dobry kontakt.

No, a brojlery poszły pod nóż, a raczej pod siekierę. Jednego już zjadłyśmy, oj, smakowity. Miały wagę od 1,5 do 2 kg. Kartoflami, osypką, twarogiem, zielonym i serwatką karmione.

7 lipca 2014

Sianokosów czas

Bozia wysłuchała rolniczych potrzeb i zesłała cztery dni bez deszczu ładnej pogody. No, nie były to jakieś potworne upały, ale ciepło wystarczające. Nastała ogólna mobilizacja na łąkach, u nas też. Jeden dzień trwało obracanie siana, a przez trzy następne trwało kostkowanie i zwózka. Tym razem Anna zwoziła sama użyczoną przyczepką i na pace, co taniej wyszło, niż zwózka rozrzutnikiem. Nic, że jeździła dwa razy więcej. Pomagał jej Wańka i Andriusza. Przez dwa dni pracowali po 11-12 godzin.
W sumie przyjechało do zagrody 550 kostek siana, poddasze obory jest zapełnione po brzegi, a reszta znalazła się w altanie pod dachem i czeka na wybudowanie paszarni. Na koniec jeszcze zebrałyśmy razem, we dwie, klasycznie widłami i grabiami kopki siana, skoszonego na naszej wiosce, które nam dano do zabrania z półhektarowej łączki. Jest tego pełen garaż. Przy okazji jego tam magazynowania kichnęło mi się zamaszyście cztery razy. Tyle zostało z mojej dawnej alergii na siano.
I wtedy nadeszła bura chmura i zaczęło padać.
Czyli jest już po sianokosach, uch!
Dzisiaj kozy stoją z racji ulewy w oborze i chcąc nie chcąc wciągają siano, dane im obficie w żłobach.

2 lipca 2014

Zaległości

Udało się wreszcie ściągnąć zaległe zdjęcia z aparatu. Nadrabiam zatem zaległości obrazkowe. Na poniższym trzeba patrzeć na dwa zawieszone kwiaty w altanie, efekt zakupów na targu.


Poniżej świeżo przybyłe na świat gusie kubanki. Jeszcze wtedy dwie. Dwie dalsze doszły z czasem.


No, i Paszka, czyli Pasia. W altanie. Jeśli by ktoś pytał o znaczenie imienia to dla mnie, oprócz ruskiego skrótu od imienia Paulina, lub Paweł, oraz związku z pasterstwem, oznacza także i przede wszystkim... dobrą karmę.


Starsze gusie, w liczbie ośmiu są już większe, niż na zdjęciu, ale w końcu trzeba od czegoś zacząć pokazywać. Pasące się pod płotem przy drodze, na jednym ze swoich ulubionych miejsc.


A poniżej opowiastka o tym, jak to kupa gałęziówki w zeszłym roku zwiezionej z lasu w rękach Ani (piła) i Jarego zamienia się w eleganckie ścianki (są podwójnie stawiane), w których drewno ma przeschnąć do zimy. Jeśli nie tej, to następnej.


Gałęzie owe zupełnie zniknęły, ścianek przyrosło, a w tym miejscu, gdzie leżały staje teraz budynek gospodarczy, ba, nawet dwa w jednym. Ale o tym będzie później, jak już stanie. Na razie zostały wylane fundamenty i dojrzewają do kolejnej fazy budowy.

30 czerwca 2014

Znowu pada

Anna, która stara się zachowywać dystans wobec moich poglądów na rolę chemtrails, tj. chemicznych smug na niebie sprowadzających deszcz, niedawno wpadła w determinację i zaprzeczyła sama sobie:
- Zaczynam mieć taką teorię spiskową, że "oni" specjalnie nie chcą, aby ludzie zebrali siano. I żeby było drogie i zmniejszyła się hodowla. No, patrz co się dzieje! Znowu pada!
A tu co rusz ktoś podjeżdża pod nasz płot i oferuje ściętą trawę na swojej łące do zebrania. Bo akurat był dzień pogody i można było to zrobić.
- Bierzcie, suszcie, zabierajcie sobie - serdeczny uśmiech na twarzach.
Tylko nerwy są z tego większe. Bo Anna nakręca się na sianokosy, gdy tymczasem na drugi dzień niebo zachodzi chemicznym klejem i po kilku godzinach zaczyna padać. Nie są to jakieś ogromne ulewy przeważnie (właśnie dopiero jedna się zdarzyła dzisiaj taka, jaką opisuje w swoim świeżym wpisie pan Jacek mieszkający w środkowej Polsce), ale siano wymaga przesuszenia, a tu pogoda nie chce z tą potrzebą współpracować. Wręcz złośliwie staje na przeszkodzie wszelkim planom. Trzech dni pogody pod rząd nie przewiduje żadna dostępna prognoza, także te dłużej dystansowe wróżą taki mokry cały lipiec (w czym zaczęły sobie przeczyć, bo niedawno głosiły inaczej).
No, jak ma być inaczej, jeśli zima była ciepła i bezśnieżna? Ciepła zima to mokre lato, taki jest mój sposób prognozowania, który mi się zawsze sprawdza.
Co prawda spotkałam się jeszcze z inną ludową przepowiednią pogody na tegoroczne lato. Nasz młynarz (nasz, bo już u niego się głównie zaopatrujemy w mąkę i osypkę) zdradził swoją metodę następującą:
- Patrzę co pierwsze liście wypuszcza. Brzoza czy olcha. Jak brzoza to będzie sucho, gdy olcha - będzie mokro. W tym roku ruszyły jednocześnie. Wróżę, że będzie to i to na przemian, po równo.
Hm. Może i tak po trosze jest. Na dwa dni słońca, lub chociaż wietrznego bezdeszczu przypadają dwa dni mokre. I klops. Jednego dnia skosisz, drugiego przewracasz, a trzeciego dnia nie ma, żeby zebrać. Wdaje się deszcz i siano nie nadaje się do zebrania. Przez dwa dni nasiąknie tak dalece, że potrzebowałoby co najmniej dwóch dni wielkiego upału (którego nie ma) i wiatru, aby wyschnąć i dać się zebrać dnia trzeciego. I tego właśnie brak. Ludzie czekają jeszcze z sianokosami, ale ile można? Trawa przerosła, zakwitła, traci na wartości. To i co, że bujnie wyrosła dzięki wilgoci. Jeśli ścięta gnije na łące.
- Nie ma co! Ty w niedzielę do kościoła idź i proś Boga o pogodę na sianokosy - orzekł Wania, który też się na nie szykuje, ale w roli pomagiera.
No, właśnie, może by jakiś rytuał przywołujący słońce zrobić na wiosce? Znam jedynie korowody, którymi przywoływano deszcz, niestety.

Zamiast u siana zatem, Anna spędziła dzień szyjąc i doglądając ekipy, która się zjawiła, aby dokończyć budowanie szalunków z desek pod fundament budynku, który ma stanąć. Chłopcy zrobili, co mieli zrobić, moknąc w dużej części, ale dzielnie nie przejmując się deszczem, który wtedy nie był jeszcze zbyt obfity. Lunęło sporawo po kilku godzinach, późnym popołudniem. Aż mnie na mocny sen zebrało. I zalewania betonem nie było. Przeniesione na inny dzień.
O, i znowu pada...

29 czerwca 2014

Pełen zwój

Niektórzy stawiają na rozwój, zapewne duchowy mając na myśli, choć nikt tak naprawdę nie ma pojęcia co to ów duch, dopiero jak nim sam się stanie. Niemniej rozwój jest w modzie. Przeważnie łączy się z nim dietę wyniszczającą tkankę tłuszczową i robactwo w organizmie, uczęszczanie na kursy i warsztaty do rozmaitych guru, terapie i autoterapie, medytowanie z mantrą lub liczeniem baranów do przodu i do tyłu, twarzą do ściany lub ikony, wyginanie ciała według mody azjatyckiej, rzadziej zachodniej, czytanie samych pozytywnych książek i świętych historii, aby w trakcie takich właśnie oczyszczań ciała i ducha (czymkolwiek on jest) wyczyścić także swoje życie prywatne od toksycznych związków z przykrymi ludźmi, stwarzającymi tylko problemy. W zamian włącza się takim oczyszczonym jakiś rodzaj programatora i szybciochem taksują i kasują wszelkich nowych znajomych, oceniając ich błyskawicznie pod kątem nieprzerobionych kompleksów, niskich emocji, złych nawyków i ciężkiej do udźwignięcia karmy. Bywałam i ja tak taksowana i bywam wciąż, choć sama nikomu szansy nie odbieram, choćby najbardziej dziwnemu typowi charakteru i umysłu. Przypomina to dokładnie to samo zakręcenie, które mają fanatycy, także polityczni, którzy zadają się tylko "ze swoimi". A więc prawicowiec z prawicowcami, lewicowiec z lewicowcami, katolik z katolikami, buddysta z buddystami itd. itp. Rozwojowiec z rozwojowcami także, a jakże.
W języku polskim słowo rozwój pochodzi od zwoju. Coś co jest zwinięte rozwija się i ukazuje, jak kolorowa wstążka. Jeśli przyjmiemy, że chodzi o coś podobnego do programu rozwoju, który uruchamia się w czasie samodzielnie, tylko pod wpływem zaprogramowanych w przyszłości punktów krytycznych, tik-tik, bije dzwon i nagle rozwija się jakaś zwinięta do tej pory taśma w mózgu i człowiek zmienia się (pozornie, ponieważ czyni tylko to, co musi i co w nim samo zaczyna wołać, no, zawsze wołało o zaistnienie), to tak naprawdę "świadomy rozwój" to jakieś kulturowe kuriozum!
Moje doświadczenie wewnętrzne i zewnętrzne (na podstawie obserwacji ludzi i zjawisk życiowych) mówi mi jasno: człowiek nie zaprogramowany ku przemianie duchowej nigdy się w tę stronę nie rozwinie, będzie tylko co najwyżej małpował modne zachowania, słówka, miny. Ducha w sobie za cholerę nie obudzi. Lepiej by zrobił, gdyby został kimś zwyczajnym, osadzonym w rzeczywistości i czynił rzeczy zwykłe. No, ale - tu paradoks jest też dla mnie oczywisty (dla mnie, jako astrologa, który widzi szkielet indywidualnej psychiki narysowany w horoskopie), taki ktoś, biegający "świadomie za rozwojem" także jest na owo bieganie zaprogramowany i rozwija owo właśnie, bieganie, nic innego. Więc niechaj biega sobie, z Bogiem! Co mi tam. Byle nie zmylił mi pojęć co jest co.
Jestem człowiekiem introwertycznym i flegmatycznym. Aktywnym przede wszystkim w głowie i sercu, wewnątrz. Nie pobudzającym wnętrza zewnętrzem i sztucznie wytworzonymi bodźcami. Dlatego w moim życiu były okresy długiej nudy i trwania (przetrwania) w trudnych i nierozwojowych warunkach, które nagle i diametralnie kończyły się czyszczeniem wcale nie przeze mnie zainicjowanym. Ot, zmiany spadały na mnie z woli losu, przemian ustrojowych, śmierci bliskich i trzeba się było do nich dostosować. Wręcz, powiem tyle, że żadne z podjętych przeze mnie świadomych prób zmienienia siebie i życia nie przyniosły rezultatu, grzęzły w błocie codziennym i udupionym przez różne uwarunkowania. Dlatego nauczona doświadczeniem nie podejmuję już żadnych akcji przyspieszających ów legendarny rozwój, o którym wszyscy mówią. A czort z nim!
To, co teraz robię, to głównie zwijanie, a nie rozwijanie (się). Tak z pewnością by orzekli niektórzy rozwojowcy. Nie szukam kontaktu z uduchowionymi ludźmi, a raczej przeciwnie, cieszą mnie jak najprostsze przypadki, bo najwięcej mi dają do myślenia. O duchu, przyrodzie, świecie, Bogu, jak zwał tak zwał. Są bowiem jego (ich) cząstką najczystszą i nieskażoną żadną modą i sztucznością, ani zadufaniem.
Nie cierpię uduchowionej mowy, czy to kościółkowej, czy ezoterycznej, tak samo jak nie cierpię politycznych i ideologicznych przemówień.
Dlatego, tak, dlatego przebywam na co dzień ze zwierzętami i im poświęcam wiele swojego czasu i pracy. Przyroda potrzebuje teraz o wiele więcej uwagi, niż dawniej. Bo zanika, także się zwija. Zwijamy się zatem razem. Nie uważam tego czasu za stracony. Wystarcza mi go na wszystko inne, to kwestia organizacji dnia i czynności. I nie uważam, że konieczna do wykonania w gospodarstwie praca, ciężka i mozolna, bezwzględnie codzienna odbiera mi szansę na "rozwój". Niczego mi nie zabiera, a daje.
Ostatnio na przykład uczę się gęsiego języka i wydaję z siebie dziwne dźwięki, aby dogadać się z kubankami. Ale nie tylko z nimi. Bo i z resztą drobiu także. I powiem wam coś. One to rozumieją i reagują odpowiednio! A zatem jak to nazwać? Rozwijam się czy zwijam?

25 czerwca 2014

Psia obsada

Dawno nie opowiadałam o psach. Nadrabiam temat.
Laba jest już prawie dorosłą, roczną suką. Jeszcze do niedawna zachowywała się po szczeniacku i trudno było ją okiełznać. Jest żywiołowa, uwielbia biegać i ścigać kozy. Robiła to po swojemu. To znaczy ja goniłam kozy przed sobą, ona wyprzedzała stado i zaganiała je od drugiej strony na mnie z powrotem...
Jej relacja z Kolą zbudowała się z czasem. Kola długo była obrażona i stroiła fochy jedynaczki, właściwie do czasu, gdy Laba zaczęła wyglądać jak dorosły pies. Jednym słowem Kola nie znosi dzieci. Laba zachowała wobec niej pokorę i cześć, składa jej hołdy kilka razy dziennie. Nie ma i nie było jednak między nimi zażyłości siostrzanej, jest twarda hierarchia, szefowa i sługa. Zatem nie było nigdy psiej zabawy.
Kola mimo to bardzo widocznie zmieniła się przy Labie, dzięki jej obecności. Dopiero wtedy, gdy się zmieniła, zrozumiałam w jakiej depresji i osamotnieniu była po śmierci Miłki. Najważniejsze, skończyły się ciągle powtarzające się kontuzje tylnej łapy i kulenie przez kilka miesięcy z rzędu! Odmłodniała wyraźnie. Jest pełna zapału, energii, czuje się silna i ważna. Subtelnie także pilnuje porządku i posłuszeństwa wobec nas u reszty psów, nie na darmo nosi ksywę Policja.
Kiedy nastała Paszka, powstała już mini-wataha. Laba nagle, z dnia na dzień wydoroślała i spoważniała. Wzięła pod opiekę szczeniaka i jest najlepszą towarzyszką i nauczycielką Pasi, jaką można by jej wymarzyć. Nagle zrozumiała w którą stronę goni się kozy, słucha rozkazów, potrafi zagonić kozią młodzież do obory i trzymać ją w szachu tak, że można wszystkie kozy spokojnie poutykać w swoich boksach i żadne się nie rozlezie. Ponadto całe godziny spędza na zabawach z Paszką. Tu zauważam wielką inwencję w wymyślaniu zabaw u obu, psy bawią się ze sobą w podobne zabawy co ludzkie dzieci pozostawione samotnie na podwórku. A więc jest gonitwa i wyścigi, zabawa w chowanego, w berka, wspólne gonienie kota lub koguta dla postrachu, nie żeby skrzywdzić (kot się nie obraża, a czasem sam zaczyna zabawę, po czym sprowokowawszy psy wskakuje na daszek i stamtąd śmieje się z nich), dzisiaj było coś w rodzaju piłki nożnej, w której rolę piłki pełniła plastikowa doniczka skradziona z ogródka, podrzucana i "kopana" przednimi łapami i wyrywana sobie zębami. No, i oczywiście psie zapasy, nieustanna tarzanina po piasku i trawie, gryzienie sobie uszu i straszliwe warczenie i szczekanie na siebie nawzajem.
Laba ma też dużą czujność, choć jeszcze nie wychyla się przed szereg i zazwyczaj czeka na pierwszą reakcję Koli. Bo Kola reaguje natychmiast na rozkaz, gdy trzeba pobiec w las i postraszyć nie wiadomo co, a czego wystraszyły się kury. Biegnie wtedy w stronę kurzych gdakań i szczeka bardzo głośno i groźnie. Zazwyczaj to pomaga spłoszyć polującego drapieżnika, choć bywa, że niekiedy za późno. Laba biegnie tuż za nią i czasem się odzywa, czasem nie, zostawiając pole do popisu szefowej. Kiedy jednak Koli nie ma na podwórku, a ona coś zauważy zrywa się z alarmem bez czekania. Na ludzi tylko ujada przy płocie, niegroźnie, ale gdy chodzi o zwierzę zrywa się błyskawicznie do biegu. Od jakiegoś czasu bywało, że wybiegała z zagrody i obszczekiwała dramatycznie brzeg lasu na Górze po drugiej stronie drogi. Nie wchodziła jednak w głąb. Kombinowałam, że to może na jakiegoś grzybiarza szczeka, albo wioskowego partyzanta ukrywającego się przed policją, ale wczoraj okazało się wreszcie, że nie szło jej o człowieka. Z lasu bowiem wychylił się na chwilę lis. I Laba ruszyła z pazura błyskawicznie i tak odruchowo w jego stronę, że lis ledwie ogona w jej pysku nie zostawił. Tym sposobem uratowała życie kurom sąsiada Mikołaja, na które lisisko się zasadziło w krzakach przy drodze.
Paszka jest jeszcze maleńka, więc jej przydatność pasterska jest żadna. Zwłaszcza, że wciąż jeszcze zajmuje z góry upatrzoną pozycję w razie jakiegokolwiek hałasu czy zamieszania na podwórku. Ale widać stopniowe postępy. Przede wszystkim uwielbia zaganiać kurczaki i koguta, bo są jej wzrostu. Potrafi tak się zapamiętać, że  wgania całe kurze stado na ziemiankę albo daszek, gdzie oczekują zmiłowania pańskiego, czyli mojego. Ona biega wokół i szczeka piskliwym szczeniackim głosikiem calutka szczęśliwa. Teraz zauważam, że ośmiela się towarzyszyć Labie przy zaganianiu kóz do obory, nie odstępuje jej boku, choć jeszcze sama się nie wychyla. Ale już wykazuje aktywność, a nie strategiczne chowanie się przed biegnącym stadem.
Od samego początku codziennie i bez wyjątku zabieramy ją do każdego obrządku, aby oswoiła się z kozami, a one z nią. Uwielbia te wyjścia, bo może się wtedy swobodnie bawić z Labą przy nas. Gdy raz zaspała i spóźniła się, zaalarmowała nas ogromnym wyciem i piskiem dobiegającymi zza drzwi domu, tak histerycznymi, że trzeba było czym prędzej ją wypuścić na dwór.

Zmieniając na koniec temat wspomnę, że z gusiami stanęło na czterech żywych kubankach, reszta jaj była martwa, być może częściowo niezalężona. Anna wyrzuciła je i zgoniła indyczkę z gniazda, aby rozprostowała mięśnie. Rzeczywiście, chodziła z przykurczem jakiś czas. A my deliberowałyśmy co zrobić. Czy oddać jej czwóreczkę cennych dla nas gąsiąt pod opiekę i ryzykować, że coś się z nimi może stać z różnych powodów, czy nasadzić na kolejnych jajach zielonych nóżek, aby wysiedziała i wyprowadziła kurczęta w kurniku, a nie obce sobie i kurom gąsięta. Po południu decyzja zapadła. Gusie zostają w pudle pod elektryczną kwoką na kilka tygodni, zanim się nie opierzą, potem dołączą do stada starszych gęsi. A indyczka zasiadła na 15 jajach zielonych nóżek na kolejne trzy tygodnie.

22 czerwca 2014

Niedzielny opad, czyli nie szwedzki potop

Ta sama pogoda co wczoraj, przelotne opady. Goście zebrali się do powrotu, więc i nas wzięło na jakąś niedzielną wycieczkę. Zadzwonił niespodziewanie kolega i ustaliliśmy znowu spotkanie w Mielniku. Kończył się tam dzisiaj trzydniowy zlot wojowników Słowian, Bałtów i Wikingów. Miało być jeszcze gędźbowanie. Czemu nie posłuchać? Pojechałyśmy. Kilka kilometrów przed Mielnikiem złapał nas deszcz.
- Pewnie zaraz skończy padać, zobacz widać koniec chmury - stwierdziłam.
Nie było jednak tak łatwo. Kolega ukrył się ze znajomymi w restauracji, aby przeczekać opad. Wymieniliśmy wartości i poszłyśmy w tym samym celu zrobić zakupy do marketu. Lało jak z cebra. Z wzrastającym impetem. Istne oberwanie chmury.
W końcu ustało.
I natychmiast wyszło piękne słońce, niebo błękitne, niewinne. Zostawiłyśmy samochód przy cerkwi i zeszłyśmy drogą w dół ku stadionowi, gdzie wyżej wzmiankowany zlot się odbywał, według jedynego plakatu reklamowego, jaki udało nam się znaleźć.
Na dole okazało się, że umiejscowiony u stóp góry zamkowej teren obozowiska wojów został dokładnie zalany, zrobiło się grząsko i nie raz trzeba było skakać przez kałuże i szybko przebierać nogami, żeby do butów się nie nalało.
Wojowie byli w rozsypce i najwyraźniej gotowi na ewakuację. Nikt nie myślał o gędźbowaniu, tylko ogarniał dobytek. W trawsku można było znaleźć porzucone bezładnie dzidy i młoty Tora. Paliło się jedno ognisko i ktoś coś pitrasił na ruszcie. Tyle.
Zawróciłyśmy. Przy skoku przez kałużę stąpnęłam w trawę podstępnie nasiąkniętą wodą, woda wlała się do buta. 
I taka to była nasza wycieczka niedzielna. Po-kupalna. Żywioł wody jednak się zamanifestował w znacznej obfitości. W drodze powrotnej oceniłyśmy siano, już skoszone na kolejnej łące bobrowej, z której można by je zwieźć. Od wczoraj wlało się w pokos już sporo deszczów. Tyle, że jest prawie stale wiatr i po deszczu słońce, więc przesycha po każdej zlewce. Wzięłyśmy po garści, aby sprezentować kozom i sprawdzić, czy jedzą. Wianków już nie było gdzie puścić, bo u nas w tym czasie wcale nie padało. Za to, na poprawę nastroju, zajęłam się dosładzaniem wina z mniszka i przy okazji zlałam z gąsiora buteleczkę do konsumpcji.
Oj, kupała, kupałła!

21 czerwca 2014

Podejrzliwość

Nikt na wsi teraz nie rozmawia o polityce, ta sprawa nie istnieje. Ważne są sianokosy i inne prace sezonowe. Politykują jedynie staruszkowie na ławeczkach pod płotem przy drodze, z racji emerytury nie mający rolniczych obowiązków i z zainteresowaniem śledzący media. Nie bezkrytycznie, to jednak stare pokolenie. Nauczone podejrzliwości i znające ludzką naturę. Doskonale wiedzą, że góra zajmuje się zawsze korytem, a doły ciężką pracą i nigdy nie było inaczej.

Tak i u nas. Wylęgła się jeszcze piąta gąska, ale nie wiemy czy przeżyje. Ma dość spore zranienie na szyjce, nabawiła się go przy wychodzeniu z jaja. Jaja gęsie mają twardą skorupę i to częsta przypadłość u piskląt. Jutro zobaczymy jak przeszła noc pod indyczką.
Pani sprzedająca jaja zachwalała je, że wszystkie zalężone i z każdego wyskakuje gąska. Trudno mi było w to uwierzyć, bo znam realia. Poza tym było już jednak późno, jak na wylęgi. No, i tak zdaje się jest. Ech, dobra teraz i połowa narodzonych.
Nakryłam Kicię. Pod moją nieobecność wskoczyła na stół i wlazła do pudła gąsiątek. Usadowiła się w kąciku pod lampą-kwoką, niczym w solarium, a gąsięta, ufnie i spokojnie siedziały tuż obok niej, zadowolone z towarzystwa.

Pogoda zmienna. W ciągu dnia przeszły trzy chmury i trzy deszcze. Po nich wychodziło słońce. Anna z Jarym porządkowali teren budowy, po czym zwieźli przyczepkę zalegających jeszcze w miejscu zakupu budynku starych dachówek.
Nasi goście nazbierali w tym czasie w lesie prawdziwków i raczyli się jajecznicą z grzybami na obiad. Sprawdziłam, rzeczywiście były to prawdziwki. Po czym poszli gdzieś na leśnej polanie świętojańskiej paproci szukać.

20 czerwca 2014

Dochodzenie

Przez noc doszły jeszcze dwie kolejne kubanki. Stacjonują w czwóreczkę pod lampą, czekają na dalszy rozwój wydarzeń. Na razie nie daje się wyczuć żadnego poruszenia w reszcie jaj, ale dajemy im szansę.

Z rana zjawiła się ekipa z betoniarką, Anna zwiozła pożyczoną przyczepką gruz rozbiórkowy, który wszedł w skład fundamentów. Zostały dzisiaj zalane.

19 czerwca 2014

W drodze

Zaczęły lęgnąć się gąsięta. Nie znam efektów, bo dzień był naprawdę zakręcony i naprawdę, kiedy to piszę, jeszcze się nie skończył.
Anna pod wpływem słońca zdecydowała przedwczoraj o skoszeniu łąki. Została skoszona, a wczoraj pojechała przewrócić siano. Robiła to sama większość dnia. Ja pilnuję gospodarstwa, a to jest mnóstwo zajęć. Dzisiaj przeczytała w prognozie internetowej, że jutro ma zacząć padać. Rzeczywiście, tak się składa, że znajomi zaczęli na fejsie dawać zdjęcia świeżych chemicznych smug czynionych w okolicach Warszawy i innych miast. Do nas to płynie z wiatrem. Będzie jutro. Zgodnie z prognozą meteo. Ma padać.
Zatem zadziałała spontanicznie. Wzięła z wioski Wanię, który jedyny się ostał do pomocy (Jary został porwany przez kogoś innego) i pojechali na łąkę zgrabiać siano. Załatwiła kostkarkę i zwózkę. Po 17 przyjechał pełen rozrzutnik, Wańka, Ania i wzięty jeszcze do pomocy młodszy brat Jarego rozładowali go i zapakowali siano na poddaszu obory. Potem jeszcze obróciła trzy razy samochodem zwożąc na pace resztę kostek z łąki. Te już wylądowały w garażu, żeby było szybciej.
To tylko część ostatniego zakręcenia. Mam wrażenie, że wszystko przyspieszyło, kręci się jak na karuzeli. A to tylko Uran przez aniny Ascendent przechodzi.
Znów wczoraj piekłyśmy chleb. Jutro rusza budowa. Legną się gąsięta. I kilka innych projektów jest w drodze.

16 czerwca 2014

Znowu rośnie

Czemu nie ma zdjęć? Są. W aparacie. Już starzejące się i dezaktualizujące, bo przecież wszystko się zmienia i rośnie z dnia na dzień. W komputerze przeładowana pamięć, niemożność ściągnięcia, brak czasu, aby zrobić miejsce. I tak schodzi, jak to w sezonie ciepłym.
Co się działo? Raz wyjechałam do powiatu, miasta zażyć, urząd odwiedzić i sklepy. Po drodze zahaczyłyśmy o znajomych, jednych drugich. Jakiś barter się uskutecznił, jakieś projekty zawiązały.
Raz ktoś z towarzystwem wpadł z wizytą, serów posmakować, kozy spotkać. Drugi raz ktoś inny.
Poza tym co dzień tak samo. Rano wstać, kozom karmy dać... itd. itp.
Dzisiaj Anna odkryła, że pod kwoką pikoli siedem zielononóżnych pikolątek, już suchych i chętnych coś przekąsić. Zatem znowu pudło z pisklętami wylądowało w domu, kwoka sztuczna włączona, na czas dosiedzenia przez kurę reszty jaj. Część z piętnastu podłożonych zmarnowała. To stara kura, której charakterek poznałyśmy już parę razy. Co roku robi taki numer. Jest nerwowa, poderwana, niszczy niechcący jaja nogami, gwałtownymi ruchami, wychodzi z gniazda, nie chce wracać długi czas itd. itp. I tak dużo wysiedziała, bo zdarzyło jej się wysiedzieć tylko trójkę. Ma pod sobą jeszcze dwa jaja. Czekamy ponadto na indyczkę i jaja gęsie.
Był Jary. Wykopał fundamenty wzdłuż linek, odmierzonych przez majstra. No, tak, bierzemy się z wolna do budowy. Procedury w toku. Efekty dokumentuję. Może kiedyś jednak będzie możliwość ściągnąć zdjęcia z aparatu.
No, i przyrządzam kolejny w tym roku pasztet z kozy.

Po pełni popadało, ale dzisiaj pogoda była w miarę wyrównana. Sprzyja roślinności, nie sprzyja sianokosom. Czekamy z nimi, jak wszyscy, którzy nie zrobili ich tuż przed pełnią, gdy trafiło się trzy dni bez deszczu, upalnych. No, cóż, na Podlachii wielikoje świata co rusz, jak nie ichnie to nasze, nie wiadomo kiedy pracować. Trudno. Nie ma się co kopać z koniem. Przecież jutro też jest dzień.

9 czerwca 2014

Koszmar powrócił

Zaczął się koszmar, od chwili, gdy nastały "upały". Piszę w cudzysłowie, bo wiadomo, że w praktyce owe szumnie reklamowane w mediach upały okazują się kilkoma godzinami słonecznego ciepła przerwanymi jakimś deszczem, niewielką burzą, zachmurzeniem, siąpieniem, aby znowu wróciło do łask słońce. Ponieważ nauczyłam się całkiem dobrze wróżyć pogodę z chemtraili, tudzież chemtrailsów, czyli chemicznych smug i chemicznych chmur na niebie, to i dzisiaj rano mi się udało. Kiedy ranek był jak najbardziej pogodny, a mój koszmar właśnie zaczynał się budzić.
- Oj, bude deszcz dzisiaj, całkiem niedługo, koło południa - orzekłam. Nawet Anna, która na wzmiankę o chemicznych smugach niecierpliwi się wzruszając ramionami, tym razem przyznała mi rację, że coś z tym niebem jest nie tak. Jakby pomazane białawym klejem.
Tymczasem koszmar powrócił i pognał za kozami na pastwisko, lecąc z bzykiem i buczeniem w podnoszącym się słońcu dołączającą skądeś z lasu gromadą.
No, i zachmurzyło się, upał ustąpił chłodowi i spadł deszcz. Stado trzeba było zagnać do obory, tak samo gęsi, nazywane pieszczotliwie kaczkami. Zmoczyło, poszumiało, koszmar zniknął na jakiś czas, po czym chmury zaczęły się rozstępować łagodnie, zrazu niepewnie, potem coraz szybciej, i zwierzęta poszły znowu na swoje żerowiska.
Wróciły przed wieczorem w tumanie towarzyszących im koszmarzątek i było nie było, trzeba mi się było zmierzyć z koszmarem raz jeszcze tego dnia. Jak co dnia w ten letni miesiąc. Podczas obrządku, czyli dojenia.
Nie ma nic gorszego dla mnie, niż latający bąk nad głową i plecyma, na których potrafi przysiąść swoim obrzydłym, chrzęszczącym odwłokiem muszego giganta, bo mnie niestety wszelkie owady kąsające bardzo lubią. A ja piszczę, oganiam się, wykonuję dziwne dżezzowe ruchy, a kozy patrzą na mnie z przymrużeniem oczu. Ponieważ tak się tego robactwa boję, to i zabić potrafię okrutnie i bez pardonu. Żadnych tam modlitw ani medytacji nad nimi nie odprawiam. Ot, najlepiej wychodzi to klapkiem zdjętym z nogi. Zatem często można mnie zobaczyć przy obrządku w jednym bucie, z drugim trzymanym w garści, albo na podorędziu. Kiedy koszmar usiądzie na ścianie obory blisko kozy łatwo go trafić, jeśli tylko ręka mi nie zadrży i uderzenie będzie mocne i celne. One jakoś klapka nie widzą! Może dlatego ślepakami je zwą.
Kiedy ślepak upadnie, trzeba go natychmiast odnaleźć i rozdeptać nogą. Bo inaczej ożyje. Rzadko pada na śmierć. Kiedy minie zbyt długi czas, minuta, dwie, okazuje się, że go już w miejscu upadku nie ma, choć nikt nie widział, jak odlatywał, bo powrócił z omdlenia do przytomności. To są cuda, do których zdolne są te potworne koszmary. Umieją znikać, stawać się niewidzialne. Uważam, całkiem serio uważam, bo zbyt często tego doświadczyłam, że one mają zdolność wyprzedzenia światła i przemieszczają się w czasie. Dlatego znikają. Dematerializują się jednym słowem. Robią to rzadko i tylko w bezpośrednim zagrożeniu życia, w tej chwilce resztki świadomości, gdy spadają na ziemię uderzone klapkiem (albo końskim ogonem lub innego stworzenia bożego).
Tym razem znowu się koszmar tak zamanifestował. Mianowicie Anna trafiła ślepaka dłonią, gdy przysiadł na wymieniu Tyni podczas dojenia. A że ona doiła to i nie uciekła, jak to ja bym uczyniła, tylko klapnęła go własnoręcznie. I co zrobił ślepak? Ano spadł do garnka z mlekiem i w nim wziął i utonął. Na naszych oczach.
- Dobra, odcedzimy go na durszlaku - powiedziałam i zaraz zlałam mleko z garnka do wiaderka. Na płachcie cedzakowej pozostała gruba warstwa piany mlekowej, w której niechybnie koszmar się skrył. Zlałam ją więc do psiej miski i zawołałam Kolę, aby zjadła. Nie było tego dużo, pies chlipnął ze dwa razy, żaden owad mu w zębach nie zazgrzytał, bo go tam po prostu nie było!
- Spodziewałam się tego. Zniknął i jest zniknięty - westchnęłam.
Koszmar trwa nadal.

7 czerwca 2014

Dzikie przygody

Kurczaczki zielononożne poszły już na swoje. Trwamy w oczekiwaniu na kolejne lęgi.
Dwa dni pod rząd piekłyśmy chleb, właściwie Anna miesiła ciasto i piekła, ja tylko doglądałam ognia. Chleb się udał (z mąki z lokalnego młyna w Orli, gdzie młynarz dba o ekologiczność wyrobu) i trafił w chętne ręce. Z powodu tego wypieku jednak, mimo nadzwyczajnej ostrożności, do sera wdarła się zaraza dzikich drożdży i dwa sery poszły na karmę dla kur. Musiałam wszystko dokładnie odkazić, wyprać, wyparzyć, łącznie ze zmianą ubrania, w jakim przebywałam przy chlebie i sprawa wróciła do normy. Tu nieświadomym wyjaśnię, że zakażenie mleka drożdżami nie dyskwalifikuje sera smakowo, nie daje też jakichś przykrych efektów w jelitach, jedynie wizualnie ser ma mnóstwo dziurek podobnie jak chleb i nie nadaje się do dłuższego przechowywania ani dojrzewania, bo serwatka źle odeszła, a w dziurki wdziera się powietrze i często pleśń. Ot, znów zysk i strata.
Z powodu takiej zarazy zdecydowałyśmy się w ogóle stawiać piec chlebowy w innym budynku, aby oddzielić oba procesy, serowarzenie od pieczenia. W czasach, gdy Anna piekła chleb w domu bywało, że i przez tydzień nie mogłam wyzbyć się dziurek w serze. Mimo mycia i czyszczenia wszystkiego od a do zet.
Ot, tak to jest z domowym przetwórstwem.

Dzisiaj był pierwszy dzień bez deszczu. Na obiad był ryż naturalny, befsztyk z koźlęciny, kurki w śmietanie i mizeria. Grillowanie nam się marzy, więc odmrażają się na jutro białe kiełbaski.

5 czerwca 2014

Indyki i gęsi

Przestało padać i dzisiejszy dzień był prawie cały pogodny. Prawie, bo ok. 17 godziny nadciągnęła nad naszą zagrodę chmura, powiał wietrzyk i musiałam zadzwonić po pomoc.
- Słuchaj, zaraz może padać, a ja z indyczką sobie nie radzę. Zawiesiła się u płota, dzieci przechodzą na drugą stronę. Jak je przegodnię do niej, ona się kręci w kółko i znowu je gubi. Muszą być dwie osoby, ja gonię, ty prowadzisz. Inaczej nie wrócą do lamusa wcale.
- Dobrze, już jadę.
Anna skróciła pobyt na warsztatach wyplatania ze słomy w domu kultury i wróciła czym prędzej, aby razem ze mną zagonić nadtroskliwą matkę z 14-ściorgiem nieco skołowanych nowym światem (dziś był ich debiut na dworze), przestraszonych i nieco już wygłodniałych indyczych dzieciaków.
Nawet we dwie było to trudne. Musiałyśmy wyłapać całą czternastkę, inaczej się nie dało. Dopiero kiedy wszystkie intensywnie pikoliły z lamusa indyczka dała się złapać w kurniku i zanieść do nich. Niedługo potem nastała wielka cisza pełna wyczuwalnej ulgi.

Za to gęsi są kochane. Poznały błyskawicznie cały dostępny im teren gospodarstwa i poruszają się po nim samodzielnie, bez potrzeby kontroli. O określonej godzinie, właśnie blisko 17, wracają na podwórko, a ja wtedy wychodzę z domu, niosę im ostatni posiłek (karmię je 2 razy dziennie, rano i o tej właśnie porze), a one biegną za mną i wchodzą po kolei do kurnika zsuwając się statecznie po podstawionej do progu desce. Stawiam im jedzenie, one wchodzą do swojej pakamerki, a ja ją za nimi zamykam, dodając jeszcze garnek z wodą. Kiedy trzeba je zamknąć wcześniej, na przykład z powodu deszczu, wystarczy wyjść przed dom i zawołać je, "Tasie, tasie, tasie! Gusie, gusie, gusie!" i zaraz rozlega się gęganie i nadbiega stadko, pomagając sobie skrzydłami, radośnie gaworząc między sobą. To są naprawdę inteligentne ptaki. I uczuciowe. W stadzie bowiem łączy je autentyczna miłość i przywiązanie.

1 czerwca 2014

Dzień dziecka na farmie

Na cały wczorajszy dzień pogoda się ustabilizowała i wyszło nawet słońce. Dzieciaki z miasteczka wraz ze swoimi opiekunami zjechały po 10 według wcześniejszego planu. Z okazji Dnia Dziecka stowarzyszenie społeczne, do którego należą ich rodzice, wraz z urzędem gminy i domem kultury urządziły im piknik, połączony z wycieczką rowerową i odwiedzinami "na prawdziwej farmie" (czyli u nas), a potem ogniskiem z kiełbaskami (już po powrocie do miasteczka). To na owe odwiedziny potrzebny był sernik, a także chleby z pieca chlebowego, ser, napoje i sałatki.
Udało nam się wszystko szczęśliwie zgrać w czasie i Anna oprowadziła około 20-osobową grupę po gospodarstwie. Z kóz jedynie Fela uratowała honor "farmy" (nazwanie dane przez jednego z dzieciaków) i nie dała drapaka na widok takiej watahy ludzkiej. Najadła się za to po pachy suchego chleba i pozowała do zdjęć. Gęsi zaś nie pozwoliły się do siebie zbliżyć, tylko z przerażeniem w oczach i gęsimi okrzykami "spadamy!" uciekły przed chłopcem, który "chciał je tylko pogłaskać" i nie dawał sobie tego zamiaru wyperswadować.
Oczywiście gwiazdą wycieczki stała się Paszka, Pasia, "słodkie stworzenie", która też musiała zostać w końcu ochroniona i ukryta w domu przed nadmiarem dziecięcej miłości do zwierząt. Anna na sam koniec musiała ją wydłubywać spod łóżka, gdzie się skryła, aby pokazać jeszcze raz dzieciom, by mogły się z nią pożegnać, bo nie chciały bez tego odjechać.

No, a dzisiaj najpierw od rana wiało, a potem nadeszły chmury i rozpadało się na dobre. Kozy i gęsi wróciły z pastwisk przed końcem dniówki. Sołtys, mimo, że dwoił się i troił przewracając siano na łące, aby przeschło na wietrze, nie zdążył go zebrać. Mnie zaś morzy spanko i zaraz się chyba walnę do łózka, mimo wczesnej jeszcze pory.

29 maja 2014

Deszczowe aromaty

Od wczorajszego wieczoru padało do popołudnia. Kozy stały w oborze, z wielkim rykiem oczywiście, mimo żłobów pełnych siana. Wyszły dopiero na koniec dnia na godzinny popas. Mleka z tego od razu mniej. Podobnie gusie, które za to dokarmiałam kilka razy więcej, niż kiedy mają możliwość pobyć na trawie.

Anna miała okazję przystopować z wyjazdami i załatwianiem tysiąca spraw. Upiekła dzisiaj sernik z twarogu, który zrobiłam. Odbyła się też degustacja pierwszych efektów fermentacji wina z mniszka,  nastawionego po raz pierwszy wg internetowego przepisu w 15-litrowym gąsiorze. No, więc, aromat ciekawy smakowo, wino jednak zbyt jest już wytrawne i trzeba je ponownie dosłodzić, aby znów przerobiło cukier na alkohol. Tylko cytryny za dużo. Następnym razem dodamy mniej. Przebija się kwas w smaku na plan pierwszy. Może to się zmieni z czasem.
Nastawiamy także kolejny gąsiorek wina z kwiatów bzu, zerwanych szczęśliwie w sąsiedniej wiosce przed deszczem. Zeszłoroczne wino wyszło rewelacyjnie, dwie ostatnie butelki wypiłyśmy na przedwiośniu. Ma nieco perfumeryjny aromat, ale to właśnie cała specyfika win owocowych i kwiatowych, można ją polubić.
Tu się muszę poskarżyć, bo jedyne dwa krzewy czarnego bzu na naszej wsi, z których zaopatrywało się kilka osób, zostały brutalnie wycięte przez właścicieli działek, na których rosły. My zaś na swojej jakoś nie możemy się dochować własnego krzewu. Już kilka razy Anna go sadziła i zawsze usychał.

27 maja 2014

Wylęg, wysyp i implanty

W sumie wylęgło się 12 piskląt (na 15 podłożonych jaj), w tym jedno żółte, po jedynym mixie leghornki z karmazynem i zielonej nóżki (jest to biało-pomarańczowa kurka z zielonymi nogami) w naszym stadzie. Ponieważ wszystkie mają kupca, pozostały na kilka dni w pudle pod elektryczną kwoką, a (naturalną) kwokę posadziłam na kolejnych 15 jajach zielononóżek.

Ostatnie dnie są gorące, ale zawsze urozmaicone popołudniową burzą i deszczem. Wczoraj była z gradem, który na szczęście niczego specjalnie nie uszkodził. Bób i fasolka rosną jak rosły, podobnie zawiązane owocki na porzeczkach i jabłoniach także. Dziś dla odmiany zagrzmiało i lunęło rano. Potem już tylko się chmurzyło i pogrzmiewało co nieco, ale bez efektów specjalnych.

Anna załatwiała sprawy w Hajnówce, ja - jak zawsze w domu i obejściu. Urwał się tłumik w samochodzie, już raz spawany. Znajomy napotkany przypadkiem zdołał go jakoś przymocować i tak udało się odprowadzić auto do mechanika w sąsiedniej gminie. Dlatego dzisiaj jeździła głównie rowerem (na przystanek i z przystanku) i autobusem do powiatu.

Przywiozła kilogram truskawek z targu. W drodze sporo oklapły, ale zjadłam miseczkę owoców ze śmietanką kozią i cukrem, a resztę zmiksowałyśmy z cukrem i kwaśnym mlekiem, spróbuję jutro lody ukręcić. Bo co do lodów ze sklepu jestem zdruzgotana! Wszystkie, które przebadałam mają w spisie zawartości syrop glu-fru, po którym choruję co najmniej trzy dni, a niektóre są jeszcze z dodatkiem glutenu! Koniec mojej letniej przyjemności ostateczny. Przechodzę zatem zdecydowanie na własne wyroby w tym względzie.

Popołudniem trochę nam zeszło przy rozbudowywaniu trzech grządek permakulturowych, które Anna z zapałem podwyższała. Buchnęły z wiosną wielką trawą, która przydała się do zaimplantowania przy domu, gdzie mamy czysty "żywy" piasek polodowcowej wydmy, na której mieszkamy, od czasu budowy chaty, kopania dołu do oczyszczalni ścieków i rowu pod wodociąg. Ciekawe, czy implant się przyjmie. Ewidentnie w przydomowym ogródku gleba się polepszyła, jednak z powodu grasujących kur nie możemy się nic specjalnego dochować. Udaje się głównie fasolka, buraki, seler, dynia, cukinia, ogórki i sałata w gruncie (oraz pomidory w folii). No, i jeszcze trawa, babka, mniszek i wiele innych nierozpoznanych chwastów.

A poza tym zaczęły się już kurki. Od trzech dni raczymy się jajecznicą z kurkami na śniadanie.

23 maja 2014

Praca w upale

Od przedwczoraj narodziły się dwa wcześniaki kurczęce, jutro (według moich zapisków) termin prawdziwy klucia się zielonych nóżąt.
Pracy po czubek głowy i wyżej, od świtu do zmierzchu. Skutki niewiadome. Pokażą się za jakiś czas. Trwa upał.

21 maja 2014

Nasadzenia

Rzeczy się dzieją szybko i przeważnie niespodziewanie. Jak to przy Uranie bywa. Anna pojechała pod Brańsk, jaja gęsi kubańskiej kupić, żeby podłożyć pod drugą indyczkę, a wróciła nie tylko z jajami. Na pace zwiozła 400 litrowy zbiornik na wodę, używany, który udało jej się okazyjnie kupić za dwie stówki i 60 sztuk sadzonek porzeczki czarnej.
Zaczęłyśmy oczywiście od nasadzenia indyczki na nowym zestawie jaj. Poprzednie zostały wyrzucone, wszystkie zbuki. Przeniosłyśmy gniazdo do kurnika, do specjalnie zrobionej klateczki. Obok niej, za przegrodą siedzi na gnieździe kwoka na kurzych jajach.
Starsza indyczka wysiedziała szczęśliwie z 18 jaj, 14 sztuk piskląt, zdrowych, pełnych sił życiowych. Ma teraz do dyspozycji zagródkę w lamusie, gdzie te swoje dzieci hołubi pod skrzydłami bardzo troskliwie.
Dzisiaj od rana Anna tworzyła plantację porzeczkową w ogrodzie. Przez kilka godzin udało jej się posadzić ponad 20 sztuk porzeczek w jednym rzędzie. Wierciła dziury w ziemi, pakowała do nich przekompostowany obornik i umieszczała na tym sadzonki z korzeniami umaczanymi w gliniance, mocno ubijając glebę. Po południu dołączyłam do niej i zrobiłyśmy jeszcze drugi taki sam rząd. Ona wierciła otwory, ja nosiłam obornik i pakowałam go do nich, a na koniec udeptywałam bosymi stopami ziemię wokół każdego krzaczka. Wszystko w wielkim upale, który się nagle zrobił, po ulewnej nocy.
Zaczął się powietrzny znak Bliźniąt. Znaczy ruszyły owady do boju. Pokazały się osy, oski i szerszenie. Najwyraźniej szukają miejsca na gniazda.

18 maja 2014

Wichry i burze

Wczoraj był zakręcony dzień. To z przyczyny tranzytu jaki przechodzi Anna od jakiegoś czasu, a jest on dla astrologów znamienny. Mianowicie Uran, planeta inspiracji i rewolucji zawitał na jej ascendencie (czyli w punkcie wschodu słońca) w jej horoskopie. Zapowiadałam jej to już jakiś czas temu, w zimie, gdy zaledwie podmuchy tego przejścia wstrząsały lekko jej system nerwowy. W pozytywnym sensie, choć dla mnie trochę męcząco. No, to teraz miewam zwiastuny wichru uranicznego na co dzień. W praktyce oznacza to, że wciąż nie ma jej w domu, bo buszuje po okolicy i odbywa różne bardzo ważne podróże. Co chwila wpada na nowy pomysł twórczo-biznesowy i od razu chce go sprawdzić, jak działa. Wyciąga wnioski równie szybko i zmienia opcje, profile, kierunki, rozwiązania, dostosowując je do rzeczywistości.
Ja tymczasem wciąż robię to samo, chyba, że mnie wicher porwie na chwilę ze sobą. Tak jak wczoraj.
Najpierw Anna całe przedpołudnie reperowała wraz z Jarym i Andriuszą nasze trzy zdechłe rowery. Andriusza okazał się całkiem niezłym specjalistą od tego pojazdu i ku naszemu zaskoczeniu, wszystkie postawił na nogi. Albo wymieniając dętki, czy zardzewiały łańcuch, albo regulując przerzutki. I nawet niewiele za to wziął, dwa mocne piwa.
Po obiedzie odbyła podróż do umówionego pszczelarza i zawiozła do niego nasze nowe ule. Za tydzień ma się zgłosić po odbiór odsadników. Przy okazji omówiła pewien stolarski projekt z poznanym w owej wiosce młodym stolarzem, aby się zastanowić, czy go realizować, czy nie.
Ledwie wróciła i szybko zrobiłyśmy wspólnie obrządek, przy zapowiadającej się na niebie burzy, wyruszyłyśmy do Mielnika. Wyminęłyśmy burzę po drodze i zostawiłyśmy ją za sobą. W Mielniku wpadłyśmy na chwilę do kina, gdzie urządzono uroczyste seanse trzech filmów dokumentalnych o Bugu, aby podrzucić świeżo uwędzone serki koledze, który zjechał na swoje nadbużańskie włości na łykend, a potem zaraz ruszyć z powrotem, zahaczając o pewną wioskę po drodze. Tam obejrzałyśmy pewien drewniany budynek gospodarczy do sprzedania. Nawet nam się spodobał, mimo pewnego zużycia i wstępnie umówiłyśmy się z właścicielem na dalszy ciąg targu. Choć decyzje wciąż tylko wiszą w powietrzu, są różne i trzeba spośród nich wybrać najlepszą.
W drodze powrotnej wyminęłyśmy jedną burzę z urwaniem chmury, a druga pożegnała nas już w domu, właśnie odeszła była na białoruską stronę wraz z deszczem.
Ponieważ jeszcze jakiś czas błyskało się malowniczo na niebie, nie otwierałam już komputera, tylko przy przedostatniej butelce swojego wina porzeczkowego wypytywałam wraz z Anną Księgę I-Cing, co tak naprawdę przedsięweźmiemy, a z czego zrezygnujemy. No, i już wiem. Oczywiście, trzeba czekać, co czas pokaże. Ale ja już to widzę okiem wyobraźni.
Wraz z burzami odeszła deszczowa pogoda i dzisiejszy dzień okazał się słoneczny i ciepły. Na wieść, że znajomi maratończycy dobiegli wczoraj szczęśliwie do mety hajnowskiego maratonu zapragnęłam chociaż zacząć chodzić na co dzień boso, jeśli z powrotem nie zacząć biegać-podbiegać sobie drogą przyleśną każdego ranka. Bo nie tyle chodzi o rozwój mięśni, ale o sprowokowanie organizmu do głębokiego oddychania, które to oddychanie wraz z szybszym krążeniem krwi pozytywnie pobudza procesy odmładzająco-uzdrawiające. Oraz wyobraźnię. Bo jakoś, niestety, na tle podkręcenia u Anny wypadam miałko i leniwie. Mimo, że zawsze tak mam latem, gdy jestem przemęczona i zmęczona monotonią codziennych prac to w tym roku paraduje mi przez ascendent istne przeciwieństwo Urana, planeta Saturn, ciężka, zasadnicza i rozpoczynająca tym samym nowe spojrzenie na swoje życie, nieco podobnie przynosząca nowe cele i rozwiązania, jednak na bardzo długą metę i tak powoli, choć nieodwołalnie, że nijak się to ma do rewolucji Urana. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

14 maja 2014

Ruch "w interesie"

Pisklęta klują się szczęśliwie. Te już gotowe, wyschnięte wybieramy z gniazda i przenosimy do pudła pod elektryczną kwokę, która znów wróciła do łask. Wszystko to po to, aby indyczka mogła spokojnie dosiedzieć wszystkie jaja, a jest ich jeszcze kilka do wylęgu. Niestety, u drugiej nic takiego się nie dzieje i zaczęłam już zbierać kurze jaja, aby jej podłożyć, gdyby jednak okazało się, że jej jaja były martwe.

Nastały dzisiaj odwiedziny dawno nie widzianych ludzi. Najpierw przyszedł o lasce i kuli stary Mikołaj. Zaczął niedawno wychodzić po zimie z domu i to był jego pierwszy dłuższy spacer. W zimie dopadł go ból stawu kolanowego i nie ruszał się nigdzie, teraz zdrowie zaczęło się poprawiać. W każdym razie ma dawne poczucie humoru, tego mu nie odjęło, buzia mu się śmieje.
I po południu przyjechał nasz dawny gospodarz i właściciel chaty na Dąbrowie, przywiózł sadzonki pomidorów, bo zajmuje się także ogrodnictwem. I przy okazji obejrzał nasze włości. Oko to on ma doskonałe do zwierząt. Od razu poznał, która koza jest najlepsza ze stada. Sam hoduje z zamiłowaniem konie sokólskie i ma się czym pochwalić. Przyucza je nawet do pracy i woza, zimą urządza kuligi. Nic się nie zmienił, tryska jak dawniej energią i poczuciem humoru. Taki stan ducha daje praca na roli wykonywana z miłością i pasją. Oraz pełna wewnętrzna akceptacja wiejskiego życia.

W ogóle to wczoraj się zaczęły owe odwiedziny, tylko nasze. Wylądowałyśmy wieczorkiem u pani Niny w miasteczku, która poczęstowała nas herbatą ziołową z własnych zbiorów i własnej kompozycji (dostałam trochę na wynos, bo piłam ją właśnie całą zimę zamiast zwykłej herbaty czy kawy i niedawno wzięła się i skończyła), potem sokiem z pokrzywy z dodatkiem soku jabłkowego i z cytryny, oraz lampeczką swojego wina z winogron. Porozmawiałyśmy o tych ziołach, zbieractwie i jesteśmy zarażone ideą robienia własnych herbat. Mamy już zresztą niektóre składniki jeszcze z zeszłego roku, wchodzące w skład ziółek rozgrzewających, w tym dozbieramy różne inne. Następnie wstąpiłyśmy do znajomych i ci poczęstowali nas pęczkiem świeżych szparagów, kupionych w gospodarstwie pod Siemiatyczami, gdzie ludzie rozkręcili uprawę tego rzadkiego warzywka na dużą skalę. Annie oczywiście wzięło się na wspominki, bo trzy lata pod rząd zbierała szpargel w Niemczech i praktykę w tym względzie ma sporą. Ale czy starczy jej ochoty, aby sobie taki pracochłonny kopiec zafundować w swoim ogrodzie, tego nawet ja nie wiem. Staram się ją namówić.
Toteż dzisiaj na obiad były szparagi duszone na maśle z dodatkiem tartego sera koziego.

Ogólnie wnioski ze spotkań i rozmów mam takie, że wygląda na to, że rzeczywiście coś się ruszyło na większą skalę w świadomości ludzi odnośnie żywienia. Coraz więcej - co prawda na razie Warszawiaków, rzadziej z mniejszych miast - szuka na wsi bezpośrednio wszelkich swojskich produktów, od mleka, jaj, mięsa począwszy, po zioła, oleje, owoce, ocet czy miód. Pojawiają się tacy, którzy kupują sporo różnych produktów i rozparcelowują je między znajomymi, czyli jednak kontr-ofensywa postępuje, mimo nieciekawych przepisów prawnych w tym względzie, co naprawdę cieszy.
I ma to sens. Zachęca ludzi z wiosek i mniejszych miejscowości do robienia tego, co umieją, a co staje się potrzebne innym.

Anna przy ostatniej bytności w stolicy na pewnym bio-bazarze kupiła tabliczkę gorzkiej czekolady domowej roboty, składającej się jedynie z miazgi kakaowej, cukru trzcinowego i przypraw. Poczułam ogromny apetyt na coś, czego nie jadłam od wielu miesięcy i skusiłam się.
I rewelacja! Nic mi nie zaszkodziło! Wniosek: za moje dolegliwości odpowiadają inne składniki czekolady sklepowej, nie samo kakao. Czyli chemia.

13 maja 2014

Małe niespodzianki

Deszczowo się zrobiło od kilku dni, a nawet burzowo, choć burze są krótkie i symboliczne (dziś był jeden błysk i grzmot i krótka ulewa). Kozy i gęsi z doskoku pasą się na trawie.
Noga koziołka spuchła od raciczki po sam koniec uda. Okazuje się, że został zaatakowany na pastwisku przez jakiegoś żądlącego owada, jak sądzę, szerszenia, bo pszczoła chyba by nie przyniosła aż tak znacznego skutku. Powoli zaczyna już lepiej i szybciej chodzić.
Anna pojechała wczoraj do Bielska, przy okazji sprawy dwóch innych wioskowych ziomali wioząc ze sobą, między innymi do Agencji Rolnej, bo termin składania wniosków o dotację rolną zbliża się wielkimi krokami. Była kolejka z tego powodu, wniosek złożyła i przy okazji dowiedziała się, że w tym roku płatności będą wsie jednakie. To znaczy, czy orzesz, siejesz i żniwujesz, czy też ugorujesz swoje pole płatność będzie jednakowa. Jednym słowem rolnicy dostają sygnał, że mogą leżeć bykiem i nikomu nie zależy na uprawie pól. Chyba, że sami sobie ową uprawą i produkcją zysk zapewniają taki, że opłaca im się pracować i w koszty uprawowe wchodzić. A to jest wielka rzadkość na Podlasiu.
Z owego Bielska Ania przywiozła, oprócz zakupów także niespodziankę, prezent, który sama sobie zrobiła. Nie mogła oprzeć się pokusie, gdy przeczytała ogłoszenie w naszym podlaskim "Kramiku", gdzie cena owej niespodzianki była zachęcająco niska, sto złotych mianowicie. A w rzeczywistości okazała się o połowę niższa.
Tym sposobem sprawiła sobie maleńkiego, 6-tygodniowego szczeniaczka, potomkinię suki border collie rodem z Anglii i polskiego owczarka nizinnego. Właściciel suki i rolnik pełną gębą sam zdecydował o pomieszaniu tych ras, aby uzyskać lepszego pasterza, gdyż jak stwierdził po latach hodowli border collie, które używa przy swoim stadzie owiec, że niekoniecznie sprawdzają się idealnie przy wypasie. Mieszanka wydaje mu się lepsza pod tym względem.
Puchate, czarno-białe maleństwo zatem wylądowało po południu w naszej zagrodzie i zostało przywitane przez mieszkańców domu i obory ze sporym zainteresowaniem. Kola pomerdała grzecznie ogonem i zdawkowo powąchała gościa. Laba w pierwszej chwili zjeżyła się, ale wkrótce ciekawość zwyciężyła i chęć wspólnej zabawy. Koźlęta z uwagą obwąchały łaciate cudactwo.
I tak mieszka z nami trzecia suka. Pasta, Pastka, Pastusia, Pasterka.

Dzisiaj zaś zaczęły się kluć indyczęta pod starą indyczką.

11 maja 2014

Czas na kulturę

Ponieważ kozy, jak i gęsi stały wczoraj cały dzień, z racji deszczu, pod dachem, dziś od razu spadła przy dojeniu ilość mleka. Było pochmurno, ale nie padało. Anna poszła z nimi na spacer po lesie, aby podjadły trochę ulubionych gałązek i liści z poszycia. Jeden z koziołków, biegnąc za stadem skręcił sobie przednią nogę w kostce tak, że okulał i po jakimś czasie spuchł w tym miejscu. Trzeba będzie chyba robić mu okłady. Tu muszę wspomnieć, że kózka, która sobie nóżkę jednak chyba złamała i wywichnęła w stawie kolanowym chodzi już bez opatrunku i tylko odrobinkę utyka, co widać tylko, gdy się lepiej przyjrzeć i wie się, na co zwrócić uwagę.
Niedzielnym popołudniem zażyłyśmy nieco kultury, i to międzynarodowej. O godzinie 17 w naszym domu kultury rozpoczął się koncert gruzińskiego chóru żeńskiego "Ialoni" z Tbilisi, który przyjechał na Podlasie na tydzień, w ramach dorocznych Hajnowskich Dni Muzyki Cerkiewnej. Sala była ledwie w połowie zapełniona, głównie miejscowymi słuchaczami. Występ okazał się bardzo interesujący. Bowiem oprócz pieśni cerkiewnych, śpiewanych po gruzińsku kobiety zaprezentowały także tradycyjne pieśni gruzińskie, z tańcem i śpiewem w kręgu, co jest zawsze bardzo energetyzujące. Na koniec nasz batiuszka wręczył im kosz z upominkami i podziękował, mówiąc po rosyjsku, co zostało dobrze odebrane i zaraz dostaliśmy wszyscy odpowiedź po rosyjsku.
Potem chwilka pogaduszek ze znajomymi, którzy na koncert także przyszli i powrót do domu. Aby wydoić przed zmrokiem kozy i zamknąć kurnik.

8 maja 2014

Może tak, może nie.

Już w nocy zaczęło, a w dzień rozpadało się tak solidnie, że ustało po południu i gąski wyszły na trawę dopiero około 16 godziny, to samo kozy. Staramy się ich nie wypasać na mokrej majowej trawie, aby nie przyplątało się nie wiadomo co. Z czym akurat walczy nasz znajomy hodowca, starszy człowiek, któremu Ania pomaga w opiece nad rozchorzałą kozą. Najpierw woziła ją do weterynarza, który zaaplikował wszelkiego rodzaju leki, od zatrucia, od niedoboru, od serca, po czym stwierdził, że jest taki ludowy sposób, który właściciel może wykorzystać... Nie zechciał jednak, tylko wezwał jeszcze innego uczonego weterynarza z miasta, który zjechał wczoraj przed wieczorem spojrzeć chorej tu i tam. Przy okazji zrobił usg naszym dwóm kozom, Malwie czy zakocona wreszcie przez Cezara, i szefowej, która najwyraźniej wcale nie zaszła, ale chcemy się upewnić. Urządzenie jednak, jak się okazało, jest zawodne i weterynarz nie umiał dać wyraźnej odpowiedzi w obu przypadkach. Może tak, może nie. Ot, tyle to i my wiemy, bez płacenia pół stówki za taką uczoną konsultację!
Chorej kozie zaś wynalazł wadę serca i osłabienie z tego powodu, zaaplikował środki nasercowe i poradził na koniec pewien ludowy sposób... Który dzisiaj Ania wypróbowała na kozie naszego znajomego hodowcy, w końcu raz kozie śmierć. Jeśli przeżyła już tyle dni, z objawami nie wiadomo czego to i może ludowy sposób też przeżyje.
O co chodzi? Ano na zatrucie nie wiadomo czym podaje się kozie 50 gram czystej wódki albo bimbru, oraz roztwór drożdży (połowę paczuszki) w słodkiej wodzie rozmieszanych.
Dodatkowo kazał masować zdrętwiałe już od przykurczu nogi w stawach denaturatem. Koza jak gdyby ma się lepiej. Zaczęła chętnie pić i jeść, żwacz się porusza, próbuje wstawać, choć nadal słabowicie.

Deszcz to poza tym wspaniała pogoda na robienie mydła i pisanie. Do czego obie zabrałyśmy się z zapałem, każda w swoim własnym zakresie.

7 maja 2014

Wykorzystywanie pracownika

Dzień Jarego. Trzeba było go wykorzystać całkowicie. Anna zatem uwijała się od rana. A to pomidory posadziła w folii, a to pomagała mu przewalać i porządnie układać stare bale, deski, belki i żerdzie, które pozostały po różnych budowach. Przebrać trzeba było, bo niektóre były stare i nadpsute, nadające się jedynie na pocięcie, a niektóre zdatne do sklecenia jeszcze jakiejś budy, ale poukładane przypadkowo. I tak zluzowało się trochę miejsca w obejściu i znalazła się stara belka zdatna na nowy słup w oborze. Dawny kozy rogami rozniosły, ledwie się trzymał i wciąż go łatałyśmy, bo przytwierdzona do niego ścianka boksu wciąż odpadała. Uf, wreszcie skończyła się ta niebezpieczna udręka.
Na koniec Jary uporządkował starą drewutnię, uwolniło się nieco miejsca i ułożył tam nieco drewna, które Anna pocięła piłą.
Ja zaś pomalowałam drugi raz oba ule.
Praca trwała od 9 do 17 (z krótką przerwą na obiad).
Był dzisiaj spory wiatr, ale słońce dobrze przygrzewało. Owady mimo wszystko pracowały w sadzie bardzo pilnie. I wciąż rzucane podmuchami pszczoły trafiały na taras przy chacie i jakimiś szparami dostawały się do domu. Anna wyłapywała je szklaneczką i wypuszczała na zewnątrz. To pierwszy raz, odkąd tu mieszkamy, pszczoły są tak widoczne i aktywne. Do tej pory jeśli już coś do domu wpadało szczelinami w poszyciu dachu to głównie osy i szerszenie. Tych nie wyłapywałyśmy, jest od tego klapka i muchozol. Czemu? Przeważnie szukały miejsca na gniazdo i wyrzucone wracały zaraz z powrotem w towarzystwie. Teraz os prawie nie widzę, a szerszeni wręcz w ogóle. Z wolna, powolutku zaczynają się zaś  muchy.

6 maja 2014

Pory

Wyjrzało słońce, ruszyły pszczoły, osy i inne latawce na rozkwitający sad jabłoniowy. Wygląda już prawie tak, jak na zdjęciu powitalnym tego bloga.
Podczas dorocznego sadzenia kartofli (tym razem w ogrodzie kiedyś-permakulturowym) spojrzałyśmy nagle na siebie i parsknęłyśmy jednocześnie śmiechem.
- Wiesz jak wyglądasz?
- Tak jak ty?
- To ja też?
- Jak i ja.
Kurz lekkiej ziemi pokrył nas szarą warstwą. Aż mi się przypomniały niektóre stare twarze chłopskie, które w życiu zdarzyło mi się widzieć. Zwłaszcza kobiet, które miały kurz pola wrośnięty w pory skóry na zawsze. Mężczyznom pewnie udawało się tego w większości uniknąć dzięki codziennemu goleniu twarzy i myciu jej tym samym, albo na odwrót, dzięki zarostowi, który kurz przechwytywał..

5 maja 2014

Codzienne niespodzianki

No, i trafił się niespodziewany gość, osoba w drodze, w poszukiwaniu swego wymarzonego siedliska, oczywiście z Warszawy. Było trochę opowieści wieczornych i dziennych, jak to z mieszczuchami bywa, uwolnionymi z kaftana miejskiego wyścigu. Właściwie już mogłabym jakieś psychologiczne opracowanie zrobić na temat typowych zachowań przyjezdnych na wieś, bo obserwacje składają się w sensowną całość. Może kiedyś mnie na to weźmie. Na razie uczę się własnych reakcji (przypomnę: robinsonowych) w takich sytuacjach i zachowywania dystansu i zrównoważonej życzliwości.
Poza tym kurczaki rosną, ostatnie bardzo zimne noce spędzają w pudłach pod lampą w spichlerzyku, gdzie jest dostęp do prądu. W ogóle wróciłam do przepalania w c.o., a to ze względu na gościa, aby nie zmarzł na poddaszu nad ranem i miał gorącą wodę. Gusie pasą się w obejściu na trawie większość dnia i mniej już trzeba poświęcać im uwagi.
Wczoraj posadziłyśmy kwokę na 15 jajach zielononóżek. I dzisiaj pomalowałam jeden ul na żółty kolor (to oprócz innych czynności), a Anna zreperowała folię, która z jednej strony nieco została nadszarpnięta przez ząb czasu. I tak to jest.