29 czerwca 2014

Pełen zwój

Niektórzy stawiają na rozwój, zapewne duchowy mając na myśli, choć nikt tak naprawdę nie ma pojęcia co to ów duch, dopiero jak nim sam się stanie. Niemniej rozwój jest w modzie. Przeważnie łączy się z nim dietę wyniszczającą tkankę tłuszczową i robactwo w organizmie, uczęszczanie na kursy i warsztaty do rozmaitych guru, terapie i autoterapie, medytowanie z mantrą lub liczeniem baranów do przodu i do tyłu, twarzą do ściany lub ikony, wyginanie ciała według mody azjatyckiej, rzadziej zachodniej, czytanie samych pozytywnych książek i świętych historii, aby w trakcie takich właśnie oczyszczań ciała i ducha (czymkolwiek on jest) wyczyścić także swoje życie prywatne od toksycznych związków z przykrymi ludźmi, stwarzającymi tylko problemy. W zamian włącza się takim oczyszczonym jakiś rodzaj programatora i szybciochem taksują i kasują wszelkich nowych znajomych, oceniając ich błyskawicznie pod kątem nieprzerobionych kompleksów, niskich emocji, złych nawyków i ciężkiej do udźwignięcia karmy. Bywałam i ja tak taksowana i bywam wciąż, choć sama nikomu szansy nie odbieram, choćby najbardziej dziwnemu typowi charakteru i umysłu. Przypomina to dokładnie to samo zakręcenie, które mają fanatycy, także polityczni, którzy zadają się tylko "ze swoimi". A więc prawicowiec z prawicowcami, lewicowiec z lewicowcami, katolik z katolikami, buddysta z buddystami itd. itp. Rozwojowiec z rozwojowcami także, a jakże.
W języku polskim słowo rozwój pochodzi od zwoju. Coś co jest zwinięte rozwija się i ukazuje, jak kolorowa wstążka. Jeśli przyjmiemy, że chodzi o coś podobnego do programu rozwoju, który uruchamia się w czasie samodzielnie, tylko pod wpływem zaprogramowanych w przyszłości punktów krytycznych, tik-tik, bije dzwon i nagle rozwija się jakaś zwinięta do tej pory taśma w mózgu i człowiek zmienia się (pozornie, ponieważ czyni tylko to, co musi i co w nim samo zaczyna wołać, no, zawsze wołało o zaistnienie), to tak naprawdę "świadomy rozwój" to jakieś kulturowe kuriozum!
Moje doświadczenie wewnętrzne i zewnętrzne (na podstawie obserwacji ludzi i zjawisk życiowych) mówi mi jasno: człowiek nie zaprogramowany ku przemianie duchowej nigdy się w tę stronę nie rozwinie, będzie tylko co najwyżej małpował modne zachowania, słówka, miny. Ducha w sobie za cholerę nie obudzi. Lepiej by zrobił, gdyby został kimś zwyczajnym, osadzonym w rzeczywistości i czynił rzeczy zwykłe. No, ale - tu paradoks jest też dla mnie oczywisty (dla mnie, jako astrologa, który widzi szkielet indywidualnej psychiki narysowany w horoskopie), taki ktoś, biegający "świadomie za rozwojem" także jest na owo bieganie zaprogramowany i rozwija owo właśnie, bieganie, nic innego. Więc niechaj biega sobie, z Bogiem! Co mi tam. Byle nie zmylił mi pojęć co jest co.
Jestem człowiekiem introwertycznym i flegmatycznym. Aktywnym przede wszystkim w głowie i sercu, wewnątrz. Nie pobudzającym wnętrza zewnętrzem i sztucznie wytworzonymi bodźcami. Dlatego w moim życiu były okresy długiej nudy i trwania (przetrwania) w trudnych i nierozwojowych warunkach, które nagle i diametralnie kończyły się czyszczeniem wcale nie przeze mnie zainicjowanym. Ot, zmiany spadały na mnie z woli losu, przemian ustrojowych, śmierci bliskich i trzeba się było do nich dostosować. Wręcz, powiem tyle, że żadne z podjętych przeze mnie świadomych prób zmienienia siebie i życia nie przyniosły rezultatu, grzęzły w błocie codziennym i udupionym przez różne uwarunkowania. Dlatego nauczona doświadczeniem nie podejmuję już żadnych akcji przyspieszających ów legendarny rozwój, o którym wszyscy mówią. A czort z nim!
To, co teraz robię, to głównie zwijanie, a nie rozwijanie (się). Tak z pewnością by orzekli niektórzy rozwojowcy. Nie szukam kontaktu z uduchowionymi ludźmi, a raczej przeciwnie, cieszą mnie jak najprostsze przypadki, bo najwięcej mi dają do myślenia. O duchu, przyrodzie, świecie, Bogu, jak zwał tak zwał. Są bowiem jego (ich) cząstką najczystszą i nieskażoną żadną modą i sztucznością, ani zadufaniem.
Nie cierpię uduchowionej mowy, czy to kościółkowej, czy ezoterycznej, tak samo jak nie cierpię politycznych i ideologicznych przemówień.
Dlatego, tak, dlatego przebywam na co dzień ze zwierzętami i im poświęcam wiele swojego czasu i pracy. Przyroda potrzebuje teraz o wiele więcej uwagi, niż dawniej. Bo zanika, także się zwija. Zwijamy się zatem razem. Nie uważam tego czasu za stracony. Wystarcza mi go na wszystko inne, to kwestia organizacji dnia i czynności. I nie uważam, że konieczna do wykonania w gospodarstwie praca, ciężka i mozolna, bezwzględnie codzienna odbiera mi szansę na "rozwój". Niczego mi nie zabiera, a daje.
Ostatnio na przykład uczę się gęsiego języka i wydaję z siebie dziwne dźwięki, aby dogadać się z kubankami. Ale nie tylko z nimi. Bo i z resztą drobiu także. I powiem wam coś. One to rozumieją i reagują odpowiednio! A zatem jak to nazwać? Rozwijam się czy zwijam?

11 komentarzy:

  1. Pięknie napisane! Rzeczowo, prawdziwie. W samo sedno...nic dodać nic ująć!

    Amen!

    OdpowiedzUsuń
  2. Co racja to racja, przesada nie jest dobra ale myśl sobie co chcesz Reiki, tarot i astrologia to dla mnie też rozwój. Materialista w tego typu rzeczy nie wierzy i się nimi nie zajmuje...No a z drugiej strony obcowanie z przyrodą rozwojowi sprzyja...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. reiki, tarot, i inne tego typu działania to jest wiedza, nie przeżywanie ducha. Rozwijanie wiedzy, umiejętności, talentów, pomysłowości, albo małpowanie i powtarzanie tego, co inni powiedzieli w tych tematach. Jak ze wszystkim. Uwierz mi, duch to naprawdę coś innego. ES

      Usuń
    2. Samo zainteresowanie tymi sprawami rozwoju duchowego nie gwarantuje, ale mu sprzyja. Trzeba otwartości, żeby w tych dziedzinach być dobrym, trzeba intuicji. Sama wiedza czyli wykucie wiedzy nic w tych dziedzinach nie da...Ja sama odkąd zaczęłam praktykować Reiki niesłychanie się rozwinęłam i ciągle to dalej następuje, a przecież tymi tematami interesowałam się niemal od dziecka.

      Usuń
    3. No, właśnie. Przeczytaj jeszcze raz co napisałam o programie przy narodzinach. ES

      Usuń
  3. Oczywiście pełen rozwój a nie zwój :)
    Kontakt z przyrodą, pogaduchy z gęsiami to coś wspaniałego. Czy coś (lub ktoś) może nam zastąpić obcowanie z naturą?!
    Co do jednego nie mogę się zgodzić: przyroda nie jest w zaniku. Owszem, człowiek degraduje ją ze wszystkich sił, ale ona jest silniejsza. Zmienia się, niektóre gatunki wymierają, ale nie takie katastrofy przetrwała, a człowiek jest tylko chwilkę na tej planecie. Jeżeli natura podniosła się po katastrofie kredowej, to i człowieka przetrzyma. Wystarczy jej trochę spokoju, a wybuchnie na nowo. To wielka siła, z której możemy czerpać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyroda się zwija, nie zanika, to różnica. Przede wszystkim zwija się w ludzkiej powszechnej świadomości. Można łatwo utracić kontakt z glebą, z naturą, z planetą i dać się wmotać w coś, co niekoniecznie jest ludzkie (choć może być, gdy zabrać się tam z całym darem tego świata i pamięcią długiej ludzkiej ewolucji wśród zwierząt). ES

      Usuń
  4. Każdy powinien móc robić to, co jest jego potrzebą. Czasem trudno w sobie rozpoznać co rzeczywiście jest tą potrzebą a przyzwyczajeniem, co realnym marzeniem i wyobrażeniem a co błędnym ognikiem. Co obowiązkiem i przymusem z racji chociażby kiepskiej sytuacji materialnej a co wybranym i lubianym stylem zycia. A może to mieszanka wszystkiego? Mysle, iż grunt, by móc iśc tą ścieżką, która daje nam radośc i sprawia, że chce sie nam zyć i mamy z czego zyć. Bo nie jest to przecież niczym innym, jak prostym szczęsciem. To jednak trudne w realizacji i nie zawsze mozliwe.Czasem to mamy a dostrzec nie umiemy i wyglądamy czegos w dali, szukamy po omacku albo wierzymy w coś, co chcemy wierzyć. A jeszcze i los nieraz zaburza nam ścieżki i każde wchodzic na takie, gdzie stąpa się wciaz i wciaz po kamieniach. Po jakimś czasie jednak często okazuje się, że i te kamienie były po coś.
    (Oba blogowe teksty, Twój i Utygan dają dużo do myslenia. I nie są sobie wcale tak przeciwstawne, jakby na pierwszy rzut oka mogło sie wydawać. Iśc za swoim szczęściem, mieć prawo do jego szukania po swojemu - takie wnioski wypływają po lekturze ich obu....)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy pełni swoją indywidualną rolę w całości, jaką jest świat. Małpowanie cudzych ról stwarza zaburzenia, opóźnia, gmatwa, no, ale i tak musi być dla niektórych. Odkrywanie własnej ścieżki i dumy z niej to poniekąd rozwój i poniekąd zwój, bo czasem trzeba odejść na ubocze i robić coś pod prąd. I ma to sens w bardzo dalekiej perspektywie przetrwania całości, świata, nie indywiduum.
      Co do wpisu utygan, przyznaję, że mnie zainspirował co do tematu, a ugryzłam go (temat) od swojej strony. Cieszę się, że tak to rozumiesz. ES

      Usuń
  5. Świetny tekst. Ja zauważyłam właśnie u siebie taką zależność, że tu się zwinę ale automatycznie, tak jakby mimochodem gdzie indziej się rozwinę. Od jakiegoś czasu zwijam się jako miejska kobieta a rozwijam jako wiejska:). Proces długi, mozolny ale chyba nieodwracalny.

    OdpowiedzUsuń