25 stycznia 2021

Kiełki w ruch

Po krótkiej ale skutecznej odwilży, podczas której drób zdołał odzyskać dobry humor i rozprostował skrzydełka, a nawet ponownie zacząć się nieść, pojawia się kolejne pogodowe ekstremum, śnieg i z nim zapowiadane już zawieje śnieżne. Merkury zaczyna zwalniać na niebie w wilgotnym i ciepłym znaku Wodnika (lubiącym zalewać, wylewać i zawiewać), a to przynosi różne awantury atmosferyczne, wietrzne i chmurne. Jako byłam przepowiedziałam półtora tygodnia temu.

Odśnieżamy na bieżąco, żeby się nie dać, ale to dopiero początek. Zatem głównie oczyszczamy przestrzeń wjazdu i wyjazdu, oraz koleiny pod samochód, co trzeba często powtarzać. Na szczęście ta czynność jest przyjemna i ruch na świeżym powietrzu mocno wskazany, po którym lepiej się czujemy i policzki się rumienią, więc nie ma co narzekać.

W taki czas kucharzenie i internet to główne nasze rozrywki. Anna zakupiła niedawno wielką kutą patelnię chińską, wokiem zwaną i co rusz każe mi ryż prużyć. Na oknie stoi szereg słoików z wilgotnymi nasionami na kiełki. Słonecznik, fasola mung, soczewica, soja, czarnuszka i cieciorka. Co jakiś czas trwają żniwa i świeże "kluseczki" idą na chińskie danie.

Patelnia ma okrągłe dno i jest tak duża, że wymaga specjalnej podstawki na kuchenkę gazową, która niekoniecznie dobrze się sprawdza. Za to sprawdza się świetnie na naszej piecokuchni, po zdjęciu wszystkich fajerek. Anna zatem podsmaża najpierw cienko krojone i wcześniej zmacerowane w przyprawach kawałki mięsa koziego albo drobiowego (głównie dysponujemy gęsiną i indyczyną), po czym daje na patelnię warzywa i kilka ząbków czosnku, dorzuca garść albo i dwie świeżych kiełków i wszystko miesza z ryżem.
Już na talerzu polewa potrawę odrobiną oleju sezamowego, który ma dość ostry aromat.

Jemy z sałatkami ogórkowymi różnej maści, jaka się nawinie, albo z kapustką kiszoną.

Co prawda dzisiaj był rosół na skrzydle gąsiora i kostce koźlęcej, który starcza nam na dwa dni jedzenia z hakiem (resztka służy do zupki dyniowej albo sosu), ale już w planie kolejna chińszczyzna czeka.

Kiełki dostają też dość często kury i inne dziobate. W osobnym miejscu kiełkuje bowiem pszenica i owies dla nich. To stary dobry sposób na dowitaminizowanie drobiu zimą.

17 stycznia 2021

Zimowa mobilizacja

Jak na razie moje astrologiczne przewidywania, także pogodowe się sprawdzają. Choć nie bawię się w niuanse kiedy dokładnie odpuści, bo mimo wszystko to moje poboczne zainteresowanie. Zima to zima, krótki dzień, palić w piecu trzeba tak czy siak codziennie, karmić i doglądać zwierzynę.

Jakiś czas temu samochód przeszedł przegląd i mały remoncik, więc na razie odpala bez problemu. 

Kłopot był i jest z szuflą, gdy śnieg spadł. Okazało się, że zapomniałyśmy już, że kilka lat temu pękła, nie była potrzebna, więc zawiało w pamięci ten fakt. Teraz po wielkich szukaniach odnalazła się w komórce, ale służy jedynie połowicznie i wciąż spada z kija. Trzeba coś zmontować z szerokiej deseczki, pręta i gwoździ. Bo odśnieżanie konieczne jest i odbywa się systematycznie.

Dziś w nocy temperatura spadła do minus 11 i od świtu spada dalej, w tej chwili jest 16 na minusie i piękne słońce na niebie, które poprawia humor. Lubię, gdy mrozi. Zapomnieliśmy już jak to jest, ale to jest normalne dla naszej strefy i potrzebne przyrodzie. 

Od rana w kaflowym napalone, w południe dojdzie c.o., większe zapasy drewna poczynione wcześniej w domu, aby nie trzeba było wychodzić na mróz.
Na tarasie wisi słoninka dla sikorek i innych ptaków. A także pościel wyniesiona, i pranie się czyni, aby mogło doznać mroźnego odkażania i oczyszczenia z roztoczy i inszego mikro-badziewia. Mróz trzeba wykorzystać.

W wolnowarze czeka gorący rosół z gęsiny. 

Zwierzęta pozamykane w oborze i kurnikach, nakarmione i napojone. Chuchają sobie i grzeją się stadnie. Gdy się do nich wejdzie czuć, że mają ciepło koło siebie, byle nie wietrzyć niepotrzebnie. Muszą jakoś te kilka dni wytrzymać w ciasnocie i bez oglądania dnia. Kozy przeważnie leżą na grubej grzejącej je od spodu podściółce, pośród siana, blisko siebie i przeżuwają spokojnie. Do picia dostają podgrzewaną wodę. Kury grzebią u siebie w czym się da, i też nie mają źle. Nieco spadła nieśność, ale to zwyczajne w taki czas. Za to Pulcheria co dwa-trzy dni raczy mnie nowym jajem, nie oglądając się na zimę!

Dla przypomnienia zimowe zdjęcie dawnej Gusi.

5 stycznia 2021

Poświąteczne rozważania

Święta minęły niepostrzeżenie i spokojnie, jak zawsze daj Panie Boże. Na Nowyj God chłopaki z wioski postrzelali na wiwat o białoruskiej północy, czyli naszej 22 i poszli spać. Nasze zwierzęta nie bojące. Psy jedynie uszami zastrzygły. Kot odwrócił się na drugi bok i spał dalej.

Pogoda się mazi. Zmokłe kury i indyki okupują otwarte pomieszczenia pod dachem. Ale zaczęły się nieść od razu na "barani skok". Codziennie zbieramy 6-7 i więcej jaj. Wysypują się z lodówki. To zasługa młodych zeszłorocznych kurek, które właśnie osiągnęły swój wiek nieśny.

Kurza hodowla idzie prościej, gdy pozwolić ptakom na mnożenie się we własnym zakresie. I nawet nadwyżki sprzedajemy chętnym. Nie kupujemy piskląt z wylęgarni już od kilku lat. Robią to kwoki w swojej letniej porze, czasem przy wsparciu zbywających zasiadłych jenduszek. Dwie-trzy kury na stado zawsze mają ochotę w ciągu lata i wygodniej jest pozwolić im wysiedzieć choćby po kilka jaj, niż bić się z ich hormonami macierzyńskimi. Prowadzają potem pilnie młode, kurczęta szybko rosną i uczą się od kwok wszystkiego, co potrzebują do życia. Jedynym mankamentem tej metody był u nas zawsze ubytek tych kurcząt spowodowany atakami lisa, kani albo włóczących się psów. Zazwyczaj bowiem idąc za dorosłymi szybko lądowały w lesie na grzebalisku i tam kusiły los. 

Ostatnio wzięłam się na sposób, karmię je osobno w jednym miejscu i pozwalam żerować w obrębie ogrodzonego ogródka pod okiem psów. Póki nie dorosną. W tym roku las pożarł więc jedynie 4 zbyt samodzielne kogutki, z sześciu narodzonych. Dwa dorosły szczęśliwie, i pełnią już role szefów stada. Piejąc na wyrywki rano i w ciągu dnia. Aż mi serce rośnie.
Kurki zaś ostały się w całej liczbie i tak się składa, że stado liczy sobie teraz, wraz z pozostającymi starszymi nioskami nieco mniej, niż 20 sztuk. Nieco mniej, bo właśnie niedawno odeszła była najstarsza kura, licząca sobie nie wiem ile, w sposób prawie naturalny. Bo już w agonii oddała żywot na pieńku, aby psy mogły skorzystać z mięsa. Jeszcze druga, równie stara, prosi się o wyrok, spędza już bowiem większość dnia w gnieździe przysypiając. Ale ciągle nie ma na to odpowiedniej chwili. Głodem nie przymieramy, żeby o tym natychmiast pomyśleć, jako o zdobyciu przysmaku obiadowego.
Tak to się zatem toczy wśród naszych braci i sióstr mniejszych, swoim powolnym torem, zrywami. Każde z nich ma swój czas i los, który go wyznacza.

Drobiowe zapasy zamrażarkowe uzupełnili jeszcze przed świętami dwaj gąsiorowie, pozostali nam sprzed zeszłego sezonu. Doszli dorosłego wieku i zaczęli walczyć o jedyną samicę-gęsicę, czyli Pulcherię, ciągając się za łby z Balbinem ile mieli siły. Znudziło mi się rozganiać towarzystwo i pozwoliłam na egzekucję. Teraz pokój zamieszkał w obejściu. A w wolnowarze co rusz smakowity rosołek bulgocze. 

Nie wiem, czy wiecie, ale robiłam obserwacje i wyliczenia praktyczne i doszłam, że z jednej starej kury można uzyskać aż 18 smacznych pełnowartościowych porcji obiadowych! Plus resztki dla psa czy kota. Więc co dopiero z jednej gęsi... Pieczyste to naprawdę ogromne marnotrawstwo jedzenia. Jak się zaczną czasy zaciskania pasa już niedługo, to pewnie wielu sobie przypomni stare sposoby szanowania pokarmu i mnożenia dobrego, zamiast wylewania spalonego tłuszczu do zlewu.

Oczywiście, po świętach trzeba było zrobić podliczenie doroczne zysków i strat.
Powiem tyle. Poszło trochę oszczędności na inwestycje, głównie tunel, oprzyrządowanie ogrodnicze i garncarskie, sadzonki i instalację fotowoltaiczną, dlatego na zero w ciągu roku nie udało się wyjść. Ale kilkutysięczny minus, mam nadzieję da się odrobić w nadchodzącym sezonie choćby dzięki odpowiednio w czasie umocowanemu ogrodniczeniu. Bo ten były sezon był rozruchowy, późno rozpoczęty i bardzo eksperymentalny. Niemniej, te osoby, które u nas zaopatrzyły się w ogórki są bardzo zadowolone z zakupu, żadnych kapci po zakiszeniu czy zamarynowaniu ogóraski nie zaliczyły, były świeżutkie i naprawdę prosto z krzaka rwane. Co ma ogromne znaczenie w przetwórstwie.
Anna nabrała doświadczenia i odwagi, wie już co i jak, ustala właśnie plany siewne, zamawia nasiona, rozpracowuje kalendarz itp. Na pewno będzie mniej papryki, której ilość w tym roku nieco nas przerosła. Powstało mnóstwo mniej i bardziej ostrych sosów i suszu, ale i tak część skarmiłam kurom. 

Kozie stado zmniejszyłyśmy do wymaganego minimum, aby przy dotacji na pastwisko pozostać. Zarobiły na swoje utrzymanie mlekiem i sprzedażą młodzieży oraz dały nam zapas jedzenia na cały rok w postaci serów, mleka, jogurtów i mięsa. Zysku pieniężnego poza tym niewiele, ale i nie zaliczyły straty. Sianokosy i pasza roczna opłacone.

Drób zarobił na siebie jajami, mięsem, pisklętami i sprzedażą niektórych dorosłych sztuk z nawiązką. Zwróciły się koszty ziarna i witamin co najmniej w dwójnasób. Nie mówiąc o stałym zaopatrzeniu w świeże jaja i dorywczo w mięso, uskutecznianym na bieżąco.

Generalnie zatem gospodarstwo zarabia na siebie, na opłaty za opał, paliwo, podatki, pracowników, prąd i śmiecie, aczkolwiek pewnie dałoby się z niego więcej wycisnąć, gdyby nam się chciało. Ale wiek już postępuje, mamy też inne zainteresowania, które potrzebują uwagi i czasu, zatem powoli ustawiamy sprawy tak, aby było najwygodniej dla nas.
Zysk, jako przyrost na koncie nie jest najważniejszy. Człowiek z miasta pewnie tego nie rozumie, bo konto daje mu poczucie bezpieczeństwa. Jednak wieśniak ma ziemię i tu bezpieczeństwo zależy od jego pracowitości w sezonie wegetacyjnym i sprytu w uzyskaniu jedzenia, opału i utrzymaniu chaty w jakimś porządku i przyzwoitym stanie. Zatem konto zastąpione jest przez inwentarz i przetwory zmagazynowane w piwniczce, które teraz nas codziennie żywią. I pozwalają ograniczyć wizyty w sklepie do naprawdę niezbędnego minimum (zapałki, papier toaletowy, masło, olej, sól i cukier raz na jakiś czas).

Co do mnie to rozwijam się. Czytam, uczę się, piszę, zaglądam w przyszłość przez dziurkę od klucza w drzwiach snów. I tak to biegnie swoim własnym tempem ku kolejnej wiośnie, wraz z przyrastającym światłem. Czego i wam wszystkim  z serca życzę!

27 listopada 2020

Instalacje

Była już jedna noc z mrozem, ponoć 3-stopniowym, teraz oczekujemy opadów śniego-deszczowych. Należało wziąć się do pracy, nieco przez mróz i szron odsuniętych w czasie. Bo trzeba było napalić wreszcie po sezonie w piecu c.o. i rozruszać instalację, wypuszczając nadmiary pustych przestrzeni, które się zgromadziły w kaloryferach. Czynności poszły dobrze, ciśnienie spadło do normy, piec jest rozruszany i działa. Rozpalam w nim około południa, jeden wsad starego i dość lekkiego drewna, na którym gotuję karmę dla kur i psów, czajnik wody, a potem jeszcze podsuszam papryczki ułożone na siatce. Ogień grzeje do 17, albo i 18 bez dokładania, a potem wchodzi w jego rolę pieczka kaflowa. Przez całą noc i następny poranek.

Praca dzisiejsza polegała na odkopaniu folii w długim tunelu i zwinięciu jej na okres zimowy. Poszło sprawnie, lepiej, niż się spodziewałam. Przy okazji odsłoniły się nieprzejedzone plony zielone, wciąż jeszcze, mimo nocnego mrozu rosnące! Do obiadu trafił tym sposobem szpinak z patelni na maśle. Jutro będą inne liście, buraczane i pakczojowe. Jest jeszcze mizuna, sałata, trochę pekinek i szczypior. Reszta nieprzejedzona trafi do dziobów ptaszęcych, zawsze spragnionych zielonych smakołyków. Kroję na drobno i mieszam z karmą i osypką, zajadają codziennie z wielką pasją.

Że dobrze nam poszło, z rozpędu zdjęłyśmy jeszcze nakrycie z jednego z dwóch innych małego tuneliku. Odsłaniając rosnącą chińską kapustkę, ptakom na sowity żer.  

Kurki tegoroczne doszły stosownego wieku 6 miesięcy i z wolna zaczynają się nieść. Kogutek, jeden z dwóch, które przeżyły z gromadki kilku osobników (poginęły w lesie, zapewne w zębach lisa albo szponach jastrzębia) pieje co rano i w południe z całych sił, na co długo czekałam, bo taka była cisza na podwórku. Po skasowaniu starego koguta jakoś na wiosnę. Tak się ucieszyłam, że aż horoskop postawiłam na to pierwsze pianie!

Czeka jeszcze jeden tunelik do zdjęcia osłony i zabranie pod dach rurek nawadniających. Ponadto kuuuuupa drewna zwiezionego z lasu, a raczej dwie wielkie kupy na gumnie, do pocięcia i ułożenia w grzeczne ścianki.

Na wsi nie ma nudy, o nie!
Na powyższym zdjęciu odsłania się jeszcze jedna tegoroczna instalacja, której się nie zdejmuje. Udało się ją zamontować i przepchnąć we wszelkich potrzebnych urzędach w długim okresie letnim, kiedy najbardziej grzało i jaśniało. Działa dopiero od niedawna, stąd oszczędności na prądzie wciąż są dla nas bajkowe.

20 listopada 2020

Przedzimie

Idą pierwsze przymrozki nocne. Na Białorusi i nad naszym Olsztynem ludzie widzieli zjawisko halo słońca. Czynią je kryształki lodu w atmosferze. Zima zapewne się gotowi. My też.

Anna w pewnym pośpiechu przez dwa ostatnie dni zbierała plony ze swoich ogródków i folii. Dwie skrzynki papryczek jeszcze się uzbierały, choć nie wszystkie czerwone, Może uda się późnymi zbiorami kogoś poczęstować, bo nasze zapasy są aż nadto duże w tej materii.

Do tego ostatnia zielenina, w postaci kapustek pakczoj i pekińskich, odrobina szpinaku, liście buraczane i selera naciowego. Te najlepsze kapuściane pójdą do kiszenia, całkiem sporo ich jemy, w postaci kim-ći i podobnych kiszonek zaczynianych w słojach. Do nich dojdą także białe rzodkiewki, pozostałość. Jakoś udało mi się większość ostatnio skarmić, i nam w postaci surówek z dodatkiem czarnej rzepki własnego chowu, i ptactwu oraz kozom. 

Zielone listowie poza przydziałem kroję drobno i dodaję ptakom do karmy, w ramach naturalnego dowitaminizowywania przed zimą. Uwielbiają te świeże smaki. 

Drewno z pobliskiego lasu już prawie wszystko zwiezione własnym sumptem, na przyczepce. Po kilka obróceń w ciągu krótkiego dnia przez dni kilka. Teraz dwie wielkie kupy gałęziówki czekają na cięcie i ułożenie pod okapami do przeschnięcia. W przewadze czeremcha, dębina, trochę brzozy i sosny. Dało się też odłożyć sporo prostych pni dębowych na słupki, które w wielu miejscach ogrodzeń proszą się o wymianę. Wszystko to targamy osobiście, własnymi rączkami. I, co zadziwiające, Anna, narzekająca niedawno na kręgosłup, stwierdziła po tych wielogodzinnych pracach leśnych, że czuje się dużo lepiej. Bóle prawie zanikły, a zmęczenie pleców daje się uśmierzyć leżeniem na specjalnej macie akupunkturowej przez 10 minut przed snem. Las ma swoje cudowne właściwości!

Kran zewnętrzny zakręcony przed mrozem. Wodę w wiadrze nosimy zwierzynie z domu. Wybieranie obornika już w połowie zrobione, samodzielnie. Pomagier jest zmienny jak wiatr, obiecuje i nie przychodzi, albo ma czas, gdy my go nie mamy. Powoli wszystko daje się zrobić. Urobek idzie na kompost i posłuży do tunelu w przyszłym sezonie, oraz zasila krzewy owocowe i grządki wzniesione w obu ogródeczkach. 

Mleka starcza na jogurt i twaróg, co kilka dni 2-3 serki podpuszczkowe. Świetnie smakują do cydru, który już daje się pić. Do tego jakiś budyń czy zupka mlekiem zabielana, no, i psy z kotem też muszą przecież chlipnąć coś na kolację. Jakoś się żyje, przy gorącej w dzień kuchni, ogrzewającej ściankę kaflową, a nią pokój, a wieczorem i w nocy napalonej mocno pieczce. Idą wakacje!

5 listopada 2020

Mgliste wybory

 Mglista jesień, coraz chłodniejsze noce, rześkie poranki i wieczory, długi nocny czas sprawiają, że życie codzienne zwolniło i snuje się jak dym z komina. Wciąż niby są jeszcze prace do wykonania, trwa wybieranie drewna z działki leśnej, czeka obornik do wywózki do ogrodu, zakończenie sezonu ogrodniczego, aby móc zwinąć folię z tunelu, ale nieduża ilość dojonego obecnie mleka nie zmusza mnie już do serowarzenia codziennie, ot, tyle mojej pracy, co postawić kwaśne mleko na twaróg i podgrzać je co dwa dni na kuchni w kamionce.
Chcąc nie chcąc spędzam wiele czasu przed komputerem. Podczas długich popołudnio-wieczorów. Jakieś horoskopy, ciągła nauka astrologii i rozmyślania w tym temacie, stosowna lektura. Do tego rozmowy ze znajomymi na odległość i wymiana opinii o tym, co dzieje się tu i tam. Stwierdzam, że nie mogę mieć wyrobionego własnego zdania, bo każdy uważa co innego, zależnie od miejsca zamieszkania (miasto czy miasteczko, metropolia czy prowincja), wykształcenia, zainteresowań, poglądów politycznych i własnej wyobraźni. Od lat studiując pisma Nostradamusa, i teraz także, już pod nowym dla mnie kątem dawnej astrologii, mam przeczucie, może nawet przekonanie, że sprawy idą w najgorszą stronę z możliwych. Ale to paradoksalne: właśnie dlatego wszystko ma szanse na najlepsze zakończenie, przynajmniej dla tych, którzy odrzucą strach, spętanie, materializm i przywiązanie do komfortu życia. I stanąwszy na granicy życia i śmierci zaryzykują wszystko. 

Paradoks polega na tym, że ci, którzy wybiorą życie za wszelką cenę, mogą w rezultacie stanąć w obliczu niekończącej się śmierci. A wierzcie mi, nie ma gorszej kary, niż cielesna nieśmiertelność. Ci zaś, którzy wybiorą jego utratę zyskają wieczność i wolność, i miłość. Jak w Księdze Życia zapisano. I jak nasze baśnie i legendy z dawien dawna opowiadają.

Wniosek z tego: nic już nigdy nie będzie takie jakie było, czasy wyznaczone na materialne doświadczenie ludzkości są na ukończeniu i nie my tym zawiadujemy. Przed nami najwyżej 20-40 lat życia z rodzajem świadomości, który jeszcze znamy. Przemiana nadchodzi, niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. Nie uciekniemy od niej. Od każdego zależy jedynie drobiazg, co wybierze - dobro czy zło?

20 października 2020

Końcówka sezonu

Pogoda nieco się wyklarowała, choć noce chłodne wymagają już napalenia po południu w piecu ścianowym (oprócz jak zwykle palenia pod płytą w czas gotowania obiadu). 

Dynie zebrane z ogródków. W tym roku żadna nie udała się w ogrodzie permakulturowym, z braku świeżych wałów obornikowych (obornik poszedł na zasilenie pastwiska i sadu oraz grządek wzniesionych przy domu). Posiana w obejściu wzeszła i rozkrzewiła się, przynosząc wszystkiego pięć taczek plonu, większych i mniejszych twardych smakowitych owoców. Powoli, dzień po dniu wnoszę je po trochu na poddasze, gdzie mają miejsce uszykowane do leżakowania. Te najmniejsze, mniej dojrzałe lub uszkodzone idą na pierwszy rzut do zjedzenia. Czy to przez nas, czy zwierzęta. Hm, co roku ich mniej, a jednak nie odczuwamy braku. Zawsze starcza nam ich do wiosny, a nawet dłużej.
Oprócz dyni zebrane wcześniej zostały cukinie, kabaczki i patisony. Te ostatnie też częściowo mogą leżakować. Tymi pierwszymi napełniamy na bieżąco buzie razem z mordami i dziobami naszych współmieszkańców zagrody.

Kończą się papryki. Pepperoni z domieszką ostatnich pomidorów poszła w dużej ilości do kwaszenia w słojach. Kiedy dojdzie swego czasu zostanie przemieniona w sos paprykowy. Na krzaczkach pozostają jeszcze powolutku rumieniące się najmniejsze i najostrzejsze papryczki, których nazwy niestety nie znamy. Też będzie z nich sos.

Powstały już próbne pierwsze wyroby i powiem, że bardzo mi smakują. Choć nie trzymają standardu, to znaczy każda partia ma inny bukiet smakowy, mniej lub bardziej ostry, to są apetyczne i dodają charakteru potrawom.

Kapusta pekińska posiana w drugim rzucie jesiennym w gruncie i pod folią urosła znacznie tu i tu, ale również nie trzyma standardu. Jest bardziej zielona, niż ta, którą znacie ze sklepu i nie zwija liści, a w całości przypomina większą i wyższą wersję pakczoja. Jednak do potraw nadaje się jak najbardziej. Zrobiłyśmy próbnie z niej słoik kim-ći i wyszło jak trzeba. Zatem pakujemy teraz do większej kamionki, wraz z własną papryką i rzodkiewką, oraz czosnkiem. Zamiast zwyczajowo kiszonej o tej porze kapusty włoskiej.

Anna rozpoczęła działkowanie w pobliskim lesie sosnowym, przeznaczonym do wycinki. Walczy piłą i siekierką wraz z Andriuszą, naszym ostatnim pomagierem (Jary niestety żywota dokonał niespodziewanie w tym roku). Kozy dostają zatem jeszcze zielone gałęzie dębczaków i czeremchy do ogryzania z liści i kory i stopniowo przechodzą z pastwiskowej i jabłecznej na jesienno-drzewną karmę. Mleka już mniej, przerabiam je na twaróg, zjadany prawie na bieżąco i jogurt, oraz dokarmiam nim psie i kocie gębusie. Piwniczka zapełniona żółtymi serkami na całą zimę.

Czeka jeszcze do wykonania wywózka obornika z koziarni, już lekko wszczęta. I właściwie będzie można zwinąć żagle i w domowych pieleszach się skrywać.

Ja po pracy astrologię zgłębiam i w snach moce przodków i przodkiń mnie odwiedzają...

10 października 2020

Sezon fermentacyjny w pełni

Świat za mgłą, która od wczesnego poranka skrapla się i opada w postaci drobniutkiego dżdżu na twarze, pióra, sierść nas wszystkich, mieszkańców zagrody. I ponownie wznosi się wieczorami.

Kończą się (wreszcie) jabłka, choć jeszcze tego nie czuję, bo codziennie z nimi pracuję. Ale Anna już ich maleńko przynosi z sadu. Mówi, że koniec już. Resztki zostawia kozom, aby miały co robić na pożółkłym i zjedzonym pastwisku.
Zbiory, zwiezione taczką i w wiadrach, przesypane do skrzynek i pojemników zalegają na tarasie. Skąd zabieram je do mieszkania i starannie myję, obieram z wszelkich wad (plamek, parchów i brodawek, tudzież miejsc obitych, nadgniłych i robaczywych), kroję, gromadząc w zbiornikach. Schodzą mi na to całe godziny. Idą wszystkie rodzaje jak leci, antonówki, renety, malinowe, kosztele i sama nie wiem jakie. Odrzucone resztki zjadają zwierzęta, a te niezjedzone zasilają kompost.
Zdrowe części trafiają na przemiał w rozdrabniarce elektrycznej. Miazgę zalewam odrobiną wody z cukrem i pektoenzymem, co pozwala w ciągu doby, a najlepiej dwóch (jest już chłodno i procesy zwolniły) odpowiednio ją rozmiękczyć. Wtedy dopiero nadaje się do tłoczenia, nad czym czuwa Anna w letniej kuchence. 

Tłoczenie, z racji posiadania niewielkiej drewnianej tłoczni trwa cały dzień i noc. Urobek dzienny przelewamy do gąsiorów i gąsiorków, dodajemy nieco cukru i drożdże winne (vel cydrowe). Po czym sok zaczyna szybko bulgotać, dając znak, że żyje nowym życiem.
Nocny zlew soku, już obsiany muszkami octówkami, przecedzam i idzie na ocet. Taki mocny, z samego soku robiony. Co prawda, mamy wciąż duże zapasy octu, naprawdę świetnego, ale co roku zużywam sporą ilość do sosów pomidorowo-paprykowych, grzybów, marynat i sałatek (sprawdza się wyśmienicie), a na co dzień stosuję do płukania włosów czy w kuchni, więc uzupełnienie ubytków raz na dwa lata jest wskazane. Dojrzewanie jest stałe, octy pracują w piwniczce i stają się tylko lepsze i mocniejsze z wiekiem.

Na grządkach jeszcze są plony do zebrania (dynia, buraki, ostra papryka). I trochę zieleniny drugi raz posianej. Rośnie szpinak, mizuna, kapusta pekińska, pakczoj, rzodkiewka. Jakoś na jesień jednak mniej surowizna smakuje. Anna zmienia już skład szejków, którymi się żywi na śniadanie, a ja zieloną sałatkę z liści przyrządzam od wielkiego dzwonu.
Rzodkiewka trafia do kwaszenia w słoiku oraz wraz z pekinką, ostrą papryką i czosnkiem do kim-ći. Królują bowiem o tej porze roku wszelkie fermentacje, to jest po prostu sezon przemian tego typu i należy im się poddawać w zgodzie z rytmem przyrody. Jemy teraz przeważnie kiszonki i kwaszonki. I to najlepiej smakuje. Tak jadali nasi przodkowie i dobrze się mieli. Zważcie to w erze chorób epidemicznych.

20 września 2020

Placek z kapustą czyli okonomiyaki po polsku

Kapusta nam od lat nie wychodzi, wiadomo dlaczego - motylki. Białe, plenne. Ich potomstwo w postaci zielonych gąsieniczek szybko robi dziury w liściach i główki nie chcą się zawiązać. Należałoby roślinki w porę nakryć jakąś osłonką, ale zawsze przeoczamy ten moment. W tym roku eksperyment znów się nie udał, choć gąsieniczki szybko znalazły się w brzuszkach wiecznie głodnych kurczaków, to liście zjadły kozy, bo były zbyt dziurawe. Nieco lepiej mają się kalarepki w dużym tunelu, ale akurat to nie mój przysmak. Najwięcej... kozi. 

Za to świetnie udaje się pakczoj (pak choi). Jak pisze Wikipedia jest to rodzaj dzikiej chińskiej kapustki, której liście można śmiało zjadać także w postaci sałatek. Ponieważ udało się kilka główek po raz drugi teraz, na jesień wyhodować i nie były niczym zarażone, ani nadgryzione, poszukałam dla nich zastosowania.

Przebadałam internet i natchnął mnie przepis na japońskie placki z kapustą, nazywane Okonomiyaki. Oczywiście nie miałam japońskich składników, więc je zmieniłam, wykorzystałam zastępcze, posiadane, z ogródka i domowej roboty, zaś ze sztucznego dodatku glutaminiowych chipsów po prostu zrezygnowałam. Oto co wyszło:

Okonomiyaki po polsku

Składniki:

2 średnie główki pak choi (lub jedna duża, w oryginalnym przepisie to kapusta włoska, lub pekińska)
1 szklanka mąki (jako osoba bezglutenowa użyłam mąki ryżowej plus 3 łyżki ziemniaczanej)
1/2 szklanki mleka (może być podkwaszone, ja użyłam koziego jogurtu)
2 jajka (użyłam indyczego do ciasta i kurzego na wierzch)
kilka plastrów cienko pokrojonej słoniny (oryginalnie boczku)
1 średnia cebula
1 łyżka masła
sól, pieprz i koniecznie zioła ułatwiające trawienie kapusty (np. majeranek, oregano, bazylia, kumin)
tłuszcz do smażenia

Najpierw przyrządza się ciasto naleśnikowe, właściwie klasycznie. Mieszając mąkę, mleko i jajo do wiadomej lejącej się konsystencji. Można posolić i dodać przypraw.

Osobno pokroić cebulkę, podsmażyć ją na maśle do żółtego koloru na patelni i na koniec dodać do ciasta.
Pokroić drobno kapustkę i dodać do ciasta. Dobrze całość wymieszać.

Smażyć na gorącym oleju (lub smalcu) dość gruby placek, wielkości kilkunastu centymetrów średnicy, tak, aby dało się go łatwo przewrócić po solidnym zrumienieniu na drugą stronę. Po nałożeniu placka na tłuszcz układamy na jego powierzchni kawałki cienko pokrojonego boczku albo słoniny. One podsmażą się, gdy przewrócimy placek na drugą stronę. 

Klasycznie dla głodomora, który to danie może potraktować jako sycący obiad, Japończycy kładą na placku wyciągniętym na talerz i polanym sosem jeszcze jajo sadzone. To już do wyboru własnego. Dla mnie okazała się to przesada.

Oczywiście nie mając japońskiego sosu zastosowałam z powodzeniem sos słodko-kwaśny, niedawno zrobiony w dużym zapasie zimowym. Można też na jaju wierzchnim dać kapkę majonezu. Wyszło pysznie.

Podana proporcja starczyła na dwa placki i naprawdę syty obiad dla dwóch osób. Jako dodatek posłużyły polskie kiszone ogórki i kubeczek jogurtu na popitkę.

12 września 2020

Sos słodko-kwaśny

Pomidory i papryki w akcji. Szukam urozmaiceń. Leczo, przeciero-soki z odrobiną papryki, keczupy ostre i łagodne. I oto jeszcze wypróbowany ostatnio przepis na sos pomidorowo-paprykowo-ananasowy: 

Sos słodko-kwaśny

Składniki:

3 kg pomidorów
1 kg cebuli
1 kg papryki (użyłam w większości ostrych papryczek pepperoni i dwie czerwone słodkie)
puszka ananasów
puszka kukurydzy
2 łyżki curry
2 łyżki soli
10 ząbków czosnku
pół łyżeczki chili lub pieprzu cayenne
2,5 szklanki cukru (do słabszego octu owocowego można nieco mniej)
3/4 szklanki octu 10% (ja użyłam szklankę dwuletniego octu jabłkowego mojej produkcji)
2 łyżki mąki ziemniaczanej (gdy więcej octu to dwie czubate łyżki)

Przygotowanie
Pomidory obrać ze skórek, pokroić na drobno. Cebulę też pokroić, zmieszać razem z solą i gotować około godziny. W tym czasie pokroić paprykę i ananasa. Dodać do garnka i gotować jeszcze jakieś pół godziny. Pod koniec dodać kukurydzę i zmiażdżony czosnek.

Syrop z ananasów wymieszać z mąką ziemniaczaną i przyprawami oraz octem. Dodać do garnka i gotować ok. 5 minut. Zmniejszyć ogień i gotujący sos przekładać do wyparzonych wcześniej słoików.

Szczelnie zakręcone postawić do góry dnem, nakryć i czekać, aż ostygną.

Z podanych ilości wychodzi 5 litrów sosu, więc trzeba dobrać na wstępie stosowny garnek i odpowiednią ilość słoików.

Nadaje się do pizzy, placków ziemniaczanych i różnych wymyślności z patelni.

9 września 2020

Gliniane proste dodatki

Udało się zrobić kilka zdjęć kilku innych prac ceramicznych, które wyszły z rąk Anny. Oczywiście to wciąż nie wszystkie... 

Ot, kilka mydelniczek i patera w kształcie liścia.

Osobiście, lubię zielenie i błękity oraz wszelkie turkusy.


Mydelniczki to oczywiście rzecz indywidualna, niepowtarzalna, dobierana według gustu i kolorów w łazience czy kuchni. Ponieważ paramy się domowym mydlarstwem bywają równie naturalnym i prostym uzupełnieniem do całkowicie naturalnych środków czystości. 


 

Bywają też brązy.

A to obiecana podstawka pod coś, lub tylko ozdoba stołu... (moim zdaniem bardzo ciekawa i unikatowa, nadaje się pod owoce albo małe kanapki, lub cukierki)


8 września 2020

Praca ręczna

Oprócz ogrodowych zbiorów i pracy przetwórczej z tym związanej zajmujemy się z doskoku swoimi pasjami. Ja piszę horoskopy, uczę się astrologii (nigdy nie można w niej powiedzieć, że się wie już wszystko), czytam, szperam po słownikach i historii, rozmyślam. Anna kręci na kole i wypieka swoje coraz bardziej dopracowane i gładkie dzieła. Jest Koziorożcem z Księżycem w Pannie, więc lubi precyzję i dokładność, wszelkie niedoróbki idące na karb "pracy ręcznej", czy "artystycznego natchnienia" denerwują ją i moim zdaniem przesadza trochę z niezadowoleniem.
Wiadomo, ceramiczny przedmiot wykonany ręcznie inaczej wygląda, niż z odlewu, gdzie wszystkie kubki i talerze mogą być jednakowiusieńkie, a co najwyżej różnić się detalami szkliwienia. Ręcznie robiony, nawet na kole, każdy kubek jest kapkę inny i ma swoją historię powstania od zera. Każdy talerzyk również. Ale można dojść do takiej wprawy, że te różnice nie rzucają się w oczy nachalnie i bezczelnie, a całość sprawia przyjemne estetyczne wrażenie użytkowości codziennej. Artystyczne szaleństwa mają to do siebie, że ładnie wyglądają na półce, w praktyce szybko się psują i kończą. A Anna lubi praktyczność.

Co rusz wyciąga ze swojego piecyka nowe przedmioty, kubki, talerze, miseczki, patery i muszę wam to kiedyś pokazać szerzej. Tylko zdarzy się zbieg okoliczności: ładna pogoda z dobrym światłem i wolna chwila o takiej porze, by dało się zrobić zdjęcia.

Na razie wrzucam jeden z nich. Ma już przeznaczoną właścicielkę. Pojemnik na kłębek wełny, dla dziergających pań (panów też, jeśli tylko taki się zdarzy).

Z boku, na tle.

Z innego boku na innym tle.

I jeszcze z góry do wnętrza.