17 września 2018

Grzyby smażone w czerwonym winie

Kolejne grzyby z lasu i znów inaczej, dzięki nowej starej książce kucharskiej. Smaczne, acz przepis wypróbowałam bardziej z ciekawości, niż apetytu. W oryginale owe grzyby po przyrządzeniu schładza się w salaterce i podaje na zimno jako przekąskę, pewnie pod jakiś mocny trunek, ale ja zjadłam je na ciepło jako obiad, i też niezgorsze były.

Grzyby smażone w winie

Składniki:
1/2 kg grzybów leśnych różnego rodzaju (tym razem mnie się trafiły w większości podgrzybki, garść kurek i kilka kołpaków)
1 duża cebula
1/4 szklaneczki oleju
1/2 szklanki czerwonego wytrawnego wina
Łyżka octu jabłkowego rozcieńczona w kilku łyżkach wody
Sól, pieprz, nać pietruszki lub liść lubczyku

Przyrządzenie:
Grzyby obrać, sparzyć wrzątkiem, pokroić i skropić octem z wodą (albo sokiem z cytryny).
Rozgrzać olej na patelni i wrzucić na nią grzyby. Smażyć dotąd, aż odparuje się z nich cała woda. Wtedy dodać posiekaną drobno cebulę i smażyć, aż wydzieli swój specyficzny zapach. Na koniec dodać pół szklanki czerwonego wina, posolić, popieprzyć i dodać zieleninkę, po czym dusić pod przykryciem kilka minut.

Kto chce może potrawę wystudzić i schłodzić w lodówce, przełożoną do salaterki. Zjada się wtedy jako przystawkę albo zakąskę na zimno.
Można też spokojnie raczyć się na ciepło, z ziemniaczkami albo ryżem, w towarzystwie kiszonki, kwaszonki albo świeżej sałatki.

15 września 2018

Prowizorki

Wrzesień zaczyna nabierać jesiennej atmosfery. Ochłodziło się, zaczyna codziennie lub nocnie padać deszcz, liście rudzieją na drzewach. Kończą się jabłka w sadzie. Zostało jeszcze trochę antonówek, które ostatnimi siłami codziennie przerabiam na soki, pakując do dokupionych butelek. Ostatnie śliwki poszły na powidła. Słodkie spady z ogromnym apetytem zjadają rano indyki.
Tuż przed ochłodzeniem zjawił się Jary, został zaprzężony do roboty (aż się zasapał na koniec!) i tak oto koziarnia i kurnik zostały oczyszczone z obornika zgromadzonego od wiosny. Udało się też dnia następnego przy jego pomocy zreperować futrynę w wejściu do ziemianki. Dawna naprawa panów majstrów okazała się prowizorką, umiałam drzwi otwierać i zamykać wiedząc, jaki myk zastosować, ale gdy razu pewnego Anna musiała sobie sama poradzić, nieomal wyrwała drzwi razem z futryną ze ściany... Trzeba było interweniować, bo zima za pasem i zapasy potrzebują być zabezpieczone przed wyziębieniem. Teraz wszystko jest cacy, ale jedna z belek futryny, ta naprawiona wymaga po prostu wymiany, a próg podwyższenia, czyli nowej wylewki, bo stary się wykruszył pod wpływem roztopów. Jak znam życie, prowizorka na razie będzie do kolejnej awarii stać. Mamy na głowie końcówkę remontu pokoju, wciąż odkładaną na później.

10 września 2018

Gulasz ze świeżych grzybów leśnych

Jak wiadomo, gotować niezbyt umiem. I nie mam do tego zamiłowania. Może trochę, gdy jestem głodna. Dlatego na tym blogu można znaleźć różne przepisy, które podrzucają mi znajomi, sprawdziłam je i jestem zadowolona z efektu. Wrzucam je na blog jak do osobistego notatnika. Notatniki papierowe mi giną, w chaosie nieustannego remontu i przerzucania mebli i ich zawartości z pokoju do pokoju.
Ostatnio Anna pobuszowała na allegro w dziale taniej książki i znalazła kilka skarbów, które natychmiast zamówiła. O ceramice, o uprawie roślin, o sztuce zdobniczej, oraz skarb największy, jak się dla mnie okazało. Książkę wydaną w 1987 roku, pt. "Przygoda kulinarna" autorstwa Katarzyny Pośpieszyńskiej.


Pamiętam, jako nastolatka uczyłam się podstaw robienia sobie posiłków z książeczki, którą mam do tej pory, pt. "Książka kucharska dla studentów i zakochanych", autorów nie pomnę, było to małżeństwo, miała zabawne rysunki, zresztą tytuł też mogłam przekręcić. [I przekręciłam, jak zaraz zauważyli czytelnicy bloga, więc prostuję tytuł: "Książka kucharska dla samotnych i zakochanych"] Na obecne czasy, gdy mam pełną lodówkę dobroci ciut monotonna i prymitywna. Zatem przepisy pani Pośpieszyńskiej spadły mi po prostu z nieba.
Ile razy - przy pełnej zamrażarce i piwniczce - nie miałam pomysłu co ugotować na obiad! I kończyło się na ziemniakach posypanych koperkiem albo nacią, z sadzonym jajem plus jogurt, w naszym domu to dno obiadowe.
Teraz już dwa razy udało mi się zaszaleć, ot, szukając czegoś na szybko. Mnóstwo tam potraw z udziałem baraniny, czyli nadających się też do koźlęciny. Wypróbowałam już jedną, szybką, jednogarnkową, ziemniaki krojone w kostkę smażone z dodatkiem siekanego mięsa i cebuli. Super.

A wczoraj Anna z wyprawy z kozami do lasu przyniosła pół wiadereczka kurek. Poszperałam w księdze i zdecydowałam się przyrządzić grzyby na obiad w sposób prosty, acz jeszcze nigdy przeze mnie nie stosowany. Zapisuję na przyszłość, zmieniając podane proporcje, bo życie ustaliło własne. Obiad był smaczny i szybki do przyrządzenia.

Gulasz ze świeżych grzybów

Składniki:
Talerz obranych i sparzonych świeżych leśnych grzybów (kurki, podgrzybki itp.)
1 duża cebula
2 ząbki czosnku
dobra garść słoniny albo boczku
łyżka mąki - u mnie była gryczana, bezglutenowa
pół szklanki śmietany - u mnie było słodkie kozie mleko z kapką jogurtu
Poza tym sól, pieprz mielony, w przepisie jest nać pietruszki, nie miałam, więc dodałam lubczyku z ogródka

Przyrządzenie:
Grzyby obrać, sparzyć, aby wyleciał z nich piasek, pokroić na cząstki.
Pokrojoną słoninę wrzucić na patelnię, podsmażyć. W tym czasie pokroić cebulę na drobno i zmiażdżyć - to z pewnych względów lepiej zrobić nieco wcześniej - 2 ząbki czosnku. Gdy skwarki wypuszczą tłuszcz  wrzucić na gorącą patelnię cebulkę z czosnkiem i zmniejszyć ogień. Posolić, popieprzyć, dodać wybraną przyprawę (nać pietruszki, świeży majeranek, zielony koperek albo lubczyk - moje warianty) według swego uznania. Po dwóch minutach dorzucić grzyby i dusić je 10 minut pod przykryciem. Po tym czasie zestawić z ognia i pozwolić im nieco przestygnąć. W tym momencie przygotować zaprawkę, do pół szklanki śmietany (u mnie było mleko i się sprawdziło) dodać łyżkę mąki, wymieszać. Po czym postawić patelnię na małym ogniu i powoli dolewając zaprawkę mieszać grzyby. Po wymieszaniu dusić jeszcze 5 minut. Gotowe!

Podawać z ryżem i dowolną surówką, bądź kiszonką.
Podane ilości starczają na syty obiad dla dwóch osób.

6 września 2018

Miażdżenie i tłoczenie

Pogoda jest znośna. Nie za ciepło, nie za zimno. Czasem pada, więc kozy wciąż - także dzięki sadowi - trzymają się pastwiska cały dzień i dają nam w ten sposób czas na inne prace. Bo wciąż walczymy z urodzajem jabłek. Doszły też śliwki, spadające już z drzewek. Będzie kompot i jeszcze trochę powideł.
Anna opracowała metodę przerobu jabłek następującą. Kilka lat temu skuszona propagandą reklamową kupiła elektryczne urządzenie zwane rębakiem, służące do cięcia na drobne gałęzi, by przyspieszyć ich rozkład w kompoście.


W naszych warunkach - gdzie gałęzie są wielkie i jest ich mnóstwo - ten zakup okazał się po prostu zabawnym pomysłem. Sprzęt stał nieużywany, do czasu, aż Anna odkryła dzięki internetowi nowe dla niego zastosowanie...


Otóż, aby wytłoczyć sok z jabłek w mechanicznej tłoczni trzeba je najpierw zmiażdżyć. Są na to różne patenty, mniej i bardziej pracochłonne. To nas także hamowało dotąd od tłoczenia na zimno i prasa stała bezużytecznie na stryszku.
Teraz w ruch poszedł rębak, który rozdrabniarką jabłkową został. Anna powiększyła otwór w plastikowej okrywie i można tam wrzucać całe jabłka. Włącza urządzenie miażdżące, wrzuca umyte wcześniej jabłka i w ciągu kilku minut uzyskuje miazgę, którą wkłada następnie do tłoczni i przykręca stopniowo, cisnąc z niej sok. W ciągu dnia uzyskuje w ten sposób pełny gąsiorek. Sokownik nie umywa się do tego przerobu, ale i tak go codziennie stawiam na kuchni, bo w nim przetwarzam jabłka, aronię, winogrona czy czarny bez i czeremchę na soki butelkowane, lekko słodzone, które mają nam starczyć na kolejne dwa lata, do następnego jabłkowania sadu.

22 sierpnia 2018

Tuśmy są

Ciekawostka propagandowo dziennikarska, czyli kolejny odcinek TV-9 kamerą Sąsiada z Polesia nakręcony i ustami Stiopy (Stefana) zwanego "Paka" komentowany.
"Ściopa prezentuje Berezyszcze"...

19 sierpnia 2018

Prze-twórstwo domowe.

Dzienny urobek: dwa sery (twaróg i podpuszczkowy), 4 słoiczki dżemu jabłkowo-śliwkowo-różanego, 8 słoiczków keczupu domowego, 3 litry soku jabłkowego, uwędzone 5 serków. W zasadzie trzeba liczyć dwudniówki, albo trzydniówki, bo przecież nie ustajemy w żmudnej zapasotwórczej pracy dorocznej o tej porze. Aby móc ocenić w pełni poszczególne dokonania. Jabłka dopiero się zaczynają tak naprawdę! I nikogo, kto by nas w tym wsparł, wziął sobie trochę i uzbierał. Wszędzie nadmiar, albo zwyczajne wygodnictwo. Tylko my dwie i kozy. Doszło 10 kilogramów aronii i wiaderko owoców dzikiej róży do obrania i wstępnego zamrożenia. Trzeba było już dokupić słoików, bo stare szybko się kończą. Niedługo może zabraknąć zakręcanych butelek na soki.
Zatem opróżniam gąsiory. Zlewam wino do butelek, z mniszka i kwiatów bzu. Żeby zacząć gromadzić sok na cydr. Bo ruszamy z cydrem, dłużej po prostu nie da się już zwlekać!

15 sierpnia 2018

Kaflowy piec kuchenny z okapem

Obiecane nie zginęło, tylko się trochę w czasie zawinęło... Niniejszym prezentuję serial zdjęciowy pokazujący w wielkim skrócie budowę nowego pieca kuchennego. Trwała przypomnę 10 dni roboczych, dwunastogodzinnych. Nie licząc czasu, który zajęło burzenie poprzedniego pieca, segregacja i gromadzenie materiału i gliny.
Oto brzuch pieca z zewnątrz. Najpierw zręby zewnętrzne ze starych sprawdzonych przedwojennych kafli zlepione. Zdaniem wszystkich doświadczonych zdunów nowoczesne kafle są prawie o połowę lżejsze i cieńsze od dawnych. Co się przekłada na gorszą jakość kumulacji ciepła oczywiście.


Kafle zgromadziłyśmy z rozbiórki dwóch poprzednich pieców, które stały pierwotnie w chacie, oraz doszły rozbiórkowe za przysłowiową flaszkę kupione w innej wiosce. Cegły częściowo nowe, ale co się dało ze staroci użyć, używaliśmy. Jak widać zostały pięknie przed ponownym użyciem umyte.


Jeśli ktoś się kiedyś zastanawiał, co się mieści w brzuchu pieca to ma tutaj podgląd. W szpary pomiędzy ceglanymi ściankami z gorszej cegły trafiły też pokruszone kawałki cegieł i zlepki gliny z rozebranej kuchni. I nareszcie zaczęło powstawać palenisko (widać zamontowane ruszta i biegnące z ich dwóch stron zbiorniczki z pospawanej grubej blachy, przewodzące wodę do nagrzania, tzw. cegiełkę). Aby ją zamontować potrzebny był hydraulik, który rozmontował poprzednią instalację, a teraz zamontował nową z użyciem starych, ale jarych jeszcze części. 


Nad cegiełką i paleniskiem rozciągnęła się wreszcie płyta kuchenna, z trzema otworami na fajerki.


Nad gotowym już paleniskiem zaczęła powstawać ścianka grzejna wraz z przewodami kominowymi. Dwie rury z wodą prowadzące od i do bojlera zostały kulturalnie zakryte kaflami. 


W piątym rzędzie kafli umieszczone zostały zawieszki na różne naczynia. Jest też wyczystka do czyszczenia kanałów wewnętrznych w ściance pieca, wiodących do komina. Jedna z trzech.


Podobne haczyki, w liczbie dwóch znalazły się z tyłu ścianki, która jest częścią ściany w pokoju. Rozwiesi się między nimi linkę i miejsce na zawieszenie prania zimową porą gotowe. Ścianka grzejna ma wewnątrz dwa rodzaje kanałów zbudowanych z cegły szamotowej i dwa szybry, zimowy i letni. Otwarcie zimowego powoduje nagrzanie całej ścianki, co daje efekt dodatkowego ścianowego pieca. To była zresztą główna przyczyna zburzenia poprzedniego, całkiem nowego pieca, który okazał się zduńskim bublem zbudowanym na chybcika "dla Warszawiaków", co i tak na niczym się nie znają.


No, więc tak to wygląda na koniec, już z okapem. Ten okap to typowy wzór podlaskich pieców kuchennych. W innych regionach Polski element raczej niespotykany.


Powstał zatem ważny sprzęt, na którym teraz codziennie przetwarzam gospodarskie zbiory, owoce, warzywa i mleko.

11 sierpnia 2018

System, a życie

Pogoda ogólnie biorąc na Podlasiu nie jest tak męcząca, jak donoszą ludzie z Polski. Przynajmniej mnie udaje się przetrwać upały, mimo stałych "zlewnych potów" zwyczajnych w moim wieku, i palenia pod płytą, w nowej kuchni, aby codziennie wykonać plan przetwórczy. A to nastawiam sokownik z jabłkami, a to cukinię na słodko-kwaśno, albo jak teraz keczup domowy, czy małmazję paprykową, bo można kupić na targu paprykę w większej ilości, albo leczo cygańskie na obiad, oraz jak co dzień podgrzewam kwaśne mleko na twaróg. Te codzienne czynności, zajmujące wraz z przygotowaniami (organizacja drewna na podpałkę, obranie i pokrojenie warzyw i owoców, umycie słoików i butelek) kilka godzin składają się na pracę rolnika i życie gospodarstwa w sezonie. W zamian nie chodzę ani nie jeżdżę do pracy na osiem godzin wyjęte z życiorysu pięć razy w tygodniu. Co sobie zawsze powtarzam ku pocieszeniu serca, gdy mnie ta codzienna krzątanina nieco znuży. Byle do jesieni. Boć wszystko jest trochę inaczej w tym roku, kwitnienie było intensywne i przyspieszone o miesiąc, tak zbiory są wcześniejsze i przetwórstwo szybciej się skończy. Jeśli to wszystko zapowiada wcześniejsze nadejście zimy nie będę zdziwiona. Kozy już właśnie, wraz z nowiem księżycowym, kończą ruję i spodziewamy się wykotów na Boże Narodzenie, a nie na Wielkanoc.

Wczoraj testowano na Podlasiu program wczesnego ostrzegania RCB w związku z pogodą. Ogłoszono alert burzowy drugiego stopnia w całym regionie i każdy (no, ja jakoś nie dostałam, trudno powiedzieć dlaczego, ale dotarło do mnie poprzez FB) dostał przynajmniej dwa razy ostrzegający SMS. Że idzie burza i silny wiatr, żeby zabezpieczyć dobytek i w ogóle trzymać się domu.
Efekt jak zawsze spalił na panewce. Owszem wieczorem dość szybko się ściemniło, słońce schowało się za chmurami, co wyglądało na nadciągający deszcz. Obrządek zrobiłyśmy szybciej, pochowałyśmy wszystko, co mogłoby pofrunąć na podwórku i z dowodami osobistymi w zasięgu ręki (gdyby doszło do jakiejś nie daj Bóg katastrofy) czekałyśmy na zapowiedzianą nawałnicę. Wieczór jednak okazał się spokojny, raz błysnęło na południowym zachodzie, ot i co. No, i spadła jakże potrzebna trawie ulewa.
Zamiast oglądać jakiś film, albo fejsować w internecie wypite zostało piwo domowej roboty, ja sprawdziłam moc niedawno zlanego wina z mniszka i rozczarowana, ale ucieszona, że spokój trwa niezakłócony poszłam spać.

Oczywiście tak nieudana próba alarmu (burze poszły bardziej w Mazowieckie) może tylko znieczulić na ostrzeżenia, po fejsie poleciała fala śmiechu i złośliwostek. Jak to w życiu bywa. System swoją drogą, życie swoją zdąża.

28 lipca 2018

Wiejskie odpoczywanie

Po ciężkiej codziennej pracy, mimo, że daleko jeszcze do jej zakończenia tak naprawdę, raczymy się teraz odpoczywaniem. Czyniąc jedynie to, co konieczne. (I tak jest tego dostatecznie dużo, aby komuś nieobznajomionemu z rolniczym zawodem wydało się to przesadą, bo dwa obrządki plus karmienie brojlerów co 3 godziny, przeróbka mleka, oraz warzyw i owoców na przetwory zimowe, z czym wiąże się palenie w dwóch piecach kuchennych, odchwaszczanie ogródeczka, wypas kóz, do tego częste wyjazdy po to i tamto zajmuje cały boży dzień).
Ja odpoczywam przy lekturze pouczających książek, pisaniu "pierdół", zaglądaniu w Księgę I-Cing lub karty, ot, dla wprawy lub, aby pogadać ze sobą. Anna odkryła zaś w lesie kolejną sezonową pasję. Zaczęły się grzyby. Nie wiem jak jest w Polsce, ale u nas jest parno, wilgotno i gorąco od dawna, tak bardzo, że człowiek chodzi zlany potem jakby spod prysznica wyszedł, pranie na dworze prawie nie schnie i trzeba je dosuszać na nowej ściance kuchennej, jak w tropikach. Trawy i zioła rosną na potęgę, jabłka są smaczne i soczyste, kozy zadowalają się ciągle (znaczy nie uciekają) odnowionym pastwiskiem i jabłkowiskiem w sadzie, i pojawił się istny wysyp kurek. Są też prawdziwki, ale one w skupie słabo stoją. Zatem Anna, po kilku latach buszowania po okolicznych lasach poznała już "swoje miejsca", znane dotąd tylko miejscowym. A że miejscowi są już za starzy, by chodzić do lasu, albo ci młodsi zbyt zajęci piciem taniego "durnowatego piwa" w "barze pod świerkiem", zadowalając się zasiłkami z gminy i rentami z powodu "żółtych papierów", a przyjezdni zbieracze wykruszyli się z powodu 500+, to zbiory bywają imponujące. Wczoraj przez godzinę nazbierała 1,2 kg kurek (w skupie stały po 16). Dzisiaj zaś 8,5 kg! Niestety zdążyły stanieć do 12 złotych za kilogram. Dwa razy zawracała do domu po nowe pojemniki, bo brakowało jej wiader, zbierała w końcu nawet do czapeczki i w koszulkę... Pewnie zawiesiłaby się w lesie na dłużej, ale wygoniła ją stamtąd nadchodząca burza.
No, właśnie, burze są teraz częste, choć raczej symboliczne. Nieraz zanoszą się od rana, i wloką się z przerwami przez całe popołudnie i wieczór. To raczej pomrukiwania z oddali, czasem jakieś błyski (małanki). Towarzyszy im krótki, rzęsisty, ciepły deszcz, który zasila nasze piaszczyste łączki doskonale, szybko paruje i opada gęstą poranną rosą. Zazwyczaj jest tak, że grzmi, pada i świeci jasne słońce jednocześnie. Kozy pasą się w tym czasie bez najmniejszego lęku. A tak poza tym stado ma ruję i Bruno przechodzi sam siebie, miłośnie chrumkając co rusz do innej kozy i odpędzając młodzików.
Przetwory robimy sukcesywnie, codziennie trochę. W ten sposób dorobimy się zimowego majątku niechybnie. Powstało 11 słoików powideł śliwkowych, ze śliwek podarowanych przez zduna. Nasze jeszcze dojrzewają na trzech drzewach i będą w późniejszym terminie, a urodzaj ich jest wielki. Takoż zakisiłam 15 litrów ogórków i powstało 6 dużych słoików sałatki ogórkowej z curry. To też dary od pana zduna, bo my ogórków nawet nie posiałyśmy z braku odpowiednich warunków. Starczyło też na małosolne i mizerię zjadane na bieżąco. Teraz przerabiamy cukinię na słodko-kwaśno i będzie tego sporo. Czemu sprzyja jej urodzaj w ogródeczku, wielkość i duże zapasy octu jabłkowego domowej roboty. Zjadamy także fasolkę szparagową.

Wczorajsze nocne zaćmienie księżycowe, któremu towarzyszyła męcząca burza z lekkimi opadami spowodowało awarię internetu w rejonie gminy. Na szczęście, jak sami możecie się przekonać, została szczęśliwie naprawiona w kilka godzin później. Aby jednak móc odpalić komputer i zobaczyć, co się na świecie działo w tym czasie trzeba było odczekać aż do wieczora, z powodu męczących grzmotów z oddali. Już raz takie grzmoty "zepsuły" nam router, który trzeba było wymienić, dlatego nie ryzykujemy już dodatkowej awarii. Ot, takie są warunki wiejskie.

25 lipca 2018

Wianek

Po 10 dniach zdunienia po 12 godzin dziennie nowy piec kuchenny z okapem został ukończony szczęśliwie. Wczoraj było zwieńczenie. Prace trwały dłużej, bo trzeba wliczyć rozłożenie starej kuchni na części używalne, wyniesienie ich, sortowanie i czyszczenie materiału, potrzebne zakupy tego, co brakowało, wymianę pieca c.o. i konieczne naprawy całej instalacji, także hydrauliki. Wszystko ciągnęło się od początku lipca, w narastającym przyspieszeniu, aż do pojawienia się zduna. Który powoli, od podstaw i we własnym tempie rozpoczął lepienie ważnego domowego sprzętu, serca domu. Użyte zostały głównie stare przedwojenne kafle, 2 razy grubsze i cięższe od dzisiejszych dostępnych na rynku. Uzbierałyśmy je przez lata z rozbiórki starych pieców tutejszych i zakupu rozbiórkowych w sąsiedniej wsi kilka lat temu.
O 18.13 odbyło się pierwsze uroczyste odpalenie. Cug jest, cegiełka grzeje wodę jak trzeba, zamykane na szybry kanały zimowy i letni w ściance grzewczej działają. Dzisiaj szoruję nowy piec z gliny i postaram się go pokazać na zdjęciu. A może też historię jego powstawania. 
Powoli wracamy do rzeczywistości. Choć jeszcze zalega wykończenie głównego pokoju (podłoga), malowanie ścian, montaż mebli, sprzątanie i rzeczy remontowe będą się nadal ciągnąć, trudno określić jak długo, ale najbrudniejsza i najbardziej mozolna praca została skończona.

21 lipca 2018

Trochę rozrywki

Wczorajszy wieczór festiwalowy. Koncert zespołu Dikanda, fragmentarycznie zarejestrowany kamerką Sąsiada z Polesia. Byłam pod sceną, spotkałam starych znajomych, tańczyłam i dobrze się bawiłam.

18 lipca 2018

Zdunienie

Zdun zduni cierpliwie od 7 rano do 7 wieczorem. Z kilkoma przerwami na kawę i papierosa oraz obiad. Anna miesza z nim glinę, kopie piasek, nosi cegły i kafle. Sporo materiału trzeba było dokupić, cegły i kafle na okap. Hydraulik zamontował cegiełkę i zabrał się za uzupełnianie kaloryferów c.o. Teraz będzie więcej w sieni i w ostatnim pokoju, gdzie okazało się być najzimniej z powodu sporych szczelin między belkami, zatkanych byle jak przez majstrów i nasze niezdarne wysiłki, kędy wieje w czas mrozów. Zmienił się rozkład rur w kuchni, mniej rzucają się w oczy. Piec kuchenny dostał dużą ilość tego, czego nie miał w pierwszej wersji. I liczymy, że będzie grzał lepiej i szybciej, niż poprzedni. Ma mieć także szyber letni i zimowy, aby niepotrzebnie nie podgrzewać mieszkania latem.
Zatem pracujemy jak mróweczki od świtu do nocy. W międzyczasie przetwarzam pierwsze dary natury. Powstało ponad 30 słoiczków dżemów i galaretki porzeczkowej, z czarnych, czerwonych i białych, balon wina, kilka słojów cukinii na słodko-kwaśno i trzy słoiczki jagód pasteryzowanych z cukrem (na lekarstwo). Wino z kwiatów bzu i akacji zostało zlane z osadu i czeka na butelkowanie. Sypią się już pierwsze dojrzałe jabłka. Przymierzam się do soków, ale na razie głównie kozy korzystają z sadu.
Pogoda niestraszna, a nawet sprzyja, bo częste opady sprawiają, że kozy przesiadują w oborze przy pełnych żłobach chętniej, niż na mokrym dworze. W ten parny i wilgotny czas trawa rośnie i pastwisko nieźle odbiło i zazieleniło się. W nocy leje iście po azjatycku. I grzmi.