15 kwietnia 2014

Lotem blisko

Przy porannym karmieniu młoda indyczka wydostała się z kurnika i dała drapaka. Anna poszła za nią trop w trop, z ostrożnością Indianina. Tym sposobem trafiła do tajemnego gniazda, na tyłach za naszą działką, w lesie. Pod kupą uzbieranych tam po wycince gałęzi, przy drzewie nasza jenduszka cupnęła sobie cichutko. Deliberowałyśmy (przez telefon) co teraz zrobić. Czekać, aż zniesie jajo i zejdzie? Czy przechwycić ją i zamknąć w stodole? Dotarłam na miejsce ukryte i zdecydowałyśmy się jednak ptaka ucapić i gniazdo spenetrować.
Anna zatem zrobiła cap! zdecydowanymi ruchami, choć i tak indyczka zrzuciła wtedy z siebie dużą część długich piór ze skrzydeł i ogona, aby się wyśliznąć. Udało się ją przytrzymać i dobrze uchwycić. A ja naliczyłam w dzikim gnieździe osiem jaj. Zabrałam je w misce do domu.
Trudna decyzja będzie, podłożyć, czy nie? Po pierwsze mogą być niezalężone, bo indor już jakiś czas temu życie oddał. Tu jednak jest pewna szansa, że jednak zdążył ją pokryć, a indyki robią to tylko raz, bądź dwa razy (w przeciwieństwie na przykład do koguta czy gąsiora, który musi za każdym razem zapłodnić jajo). Po drugie: nie wiadomo, czy nie są owe jaja wychłodzone. Mimo wszystko noce są zimne prawie cały czas. Tu na pocieszenie myślę sobie, że przecież indyki to ptaki amerykańskie, które mnożyły się w stanie dzikim bez problemu w ostrym klimacie. Może jest jakaś szansa...
Jenduszka zatem wylądowała w stodółce, jaja ułożyłyśmy w gnieździe urządzonym dla niej w starej balii. Po godzinie zerknęłam, udało się, zasiadła na nim, aby znieść kolejne.

Poza tym nadszedł też dzień, gdy naszym gusiom zachciało się fruwać. Jedna całkowicie nagle, bez zapowiedzenia wyskoczyła z pudła w dół, do pudła kurczaków, gdzie narobiła ogromnego rabanu, część kuraczków porozfruwała się wokół z piskiem i trzeba je było wyłapywać. Druga zaś zapragnęła wylądować na podłodze z drugiej strony. Zdążyłam wydać z siebie paniczny okrzyk i Anna błyskawicznie oderwała się od komputera i chwyciła Szczepana w locie! To najdorodniejsza gąska w naszym stadku, szkoda by była wielka, gdyby okulała, albo stała się inną kaleką.
W takim razie trzeba było zrobić przemeblowanie. Teraz gęsi mieszkają nie w dwóch, a w trzech pudłach, na palecie umieszczonej na podłodze, więc nawet, gdyby zapragnęły wyskakiwać, to nie powinny nic sobie zrobić. Uspokoiły się. Zwyczajnie było im za ciasno.

14 kwietnia 2014

Odstawka

Po dokładnym wyczyszczeniu koziarni, młodzież została szczęśliwie odstawiona od cyca matek do jednego wspólnego boksu. Było, jak zawsze za pierwszym razem, nieco dramatycznego beku, ale chyba dzieciakom spodobało się być razem i dzisiaj rano panował zaskakujący spokój i cisza w oborze. Zdoiłyśmy przy porannym obrządku pierwsze wiaderko mleka. Poszło na twaróg, który jest potrzebny do świątecznego sernika. Jutro rozpoczynam sezon mleczarski.
Rozpadało się w dzień. Świat ożywa. Lało momentami nawet ostro. Tymczasem Jary przyszedł do pracy i trzeba go było, mimo wszystko wykorzystać. Wyczyścił z obornika kurnik, Ania zawiozła kurzeniec wozem do ogrodu i tam złożyła na kompostowej kupie. Przyjechał także zamówiony traktor i przeorał kawałek obszaru z rozrzuconym obornikiem. Jeśli uda się dokończyć ogrodzenie być może posadzimy tam w tym roku kartofle. I wypróbujemy moc oporu płota wobec dzików.
Potem oboje zabrali się za budowanie oddzielnej zagrody wewnątrz kurnika, która na razie ma służyć jako odsadnik dla gąsiąt, ale w przyszłości zyska nieco inne przeznaczenie. Wstawili słupy pionowe, do których przykręcili poziome barierki z żerdzi i płotek z desek.

Wczoraj nie wróciła do kurnika jedna, młodsza indyczka. Przeszukałyśmy okolice, Anna na rowerze, ja pieszo. Wszędzie panowała zupełna cisza, ptak nie odpowiadał. Stwierdziłyśmy, że musiała zostać porwana przez lisa i pożegnałyśmy się z nią w myślach. Tymczasem dziś przed południem cudownym sposobem wyłoniła się z lasu za chatą i przyszła na podwórko. Anna profilaktycznie zamknęła oba ptaki w stodółce, dając im jeść i pić na większość dnia. Gulgały stamtąd dramatycznie, w końcu wypuściłam je około 16 godziny, bacznie obserwując. Stara indyczka pobiegła szybkim krokiem do kurnika i zasiadła na gnieździe, by znieść jajo. Trzymała je cały czas, czekając na uwolnienie, choć miała w stodole dogodne warunki do niesienia. Młodsza zaś zajęła się zajadaniem piasku, co jest oznaką, że szykuje się do znoszenia, lub gdzieś już znosi jaja. I stąd nocowała w jakimś tajemnym miejscu, gdzie je składa. Piasek jest potrzebny ptakom do budowy skorupek.
Jednym słowem wszystko skończyło się dobrze.

12 kwietnia 2014

Dwugębny fakt

Dzień cały zachmurzony minął, a deszczu było z tego jak na lekarstwo.
Dzięki temu, że noce wciąż są zimne, dnie bez słońca również, nadal hodujemy gąsiątka w domu, co zaczyna być nieco upierdliwe. Rosną bowiem w oczach i już ledwie mieszczą się w dwóch pudłach. Byleby jakoś ten piąty tydzień wytrzymać! Już zdobywają puszek i kiełkują im lotki i niektóre pióra, powinny stać się odporne na chłód.

Dzięki Jaremu udało się resztę obornika wywieść na pole i wyczyścić wszystkie boksy jednego dnia. Tu muszę stwierdzić, że do pracy ci wioskowi chłopcy są jedyni, pracowici, wytrzymali i silni jak mało kto. Jednak alkoholizm i społeczne odepchnięcie na margines już w dzieciństwie porobiło im w charakterach i głowach takie straty, że to jest już nie do odrobienia, nie do naprawienia. Żerują na państwowych dotacjach, zasiłkach, rentach, kiblują miesiącami i latami w więzieniu za drobne kradzieże, bijatyki i jazdę po pijanemu rowerem, wciąż coś ich ściga, długi, grzywny, skargi na policję, kiedy wreszcie w sezonie uda im się cokolwiek ciężko zapracować, wszystko idzie na zapłatę owych długów albo na wódkę i papierosy. Wciąż trzeba być z nimi czujnym, bo mają osobowości jak doktor Jecyll i mister Hyde. Po swojemu sympatyczni i mili na trzeźwo, po pijaku stają się dziwnymi monstrami o pałających oczach, nieogolonych gębach, bełkoczących i bluźniących wielkim głosem, gadających co ślina na język przyniesie. I to się już niestety nie zmieni. Taki jest fakt.

10 kwietnia 2014

Honor, praca i darmocha

Jary, mimo, że umówiony po raz drugi właśnie na dzisiaj do gnoju, nie zjawił się. Ktoś inny z rana porwał go do pracy bez gadania. Trzeba przyznać, że nasi pomocnicy wioskowi są w tym bezwolni i kto pierwszy ich weźmie, ten lepszy. Słowo u nich na wiatr jest zawsze puszczane. I do tego już przywykłam i bardzo rzadko nerwy mnie biorą. Ot, w takim wypadku biorę się za robotę sama, gdy tylko potrafię ją wykonać, albo zmieniam plany, robię coś innego pilnego, a rzecz przekładam na kiedy indziej.
Anna wyjechała załadowanym wozem pod bramę przyszłego ogrodu i już nie zajeżdżając głębiej, żeby się nie zakopać, jak poprzednim razem, rozładowywała wraz ze mną obornik na taczkę i rozwoziła po coraz dalszym obszarze.
Chwilę potem zjawił się jednak Wania. I ubił z nią taki interes:
- Ty mnie podwieź do gminy, a ja ci to odpracuję przez dwie godziny.
No, cóż, podwiozła ziomala, nawet piwo od niego zarobiła, taki honorowy. A potem wspólnie naładowali kolejną furę, czyszcząc boks Kaziuków. A ile się przy tym nagadali!
- Wania, ja wolę słuchać radia, niż ciebie - zaśmiała się Anna. - O, ucisz się na moment, posłuchaj, wystawiam sobie na dwór radio i gra.
Na to Wania:
- A po co radio? Płacić trzeba. A Wani posłuchać możesz za darmo.
I tak od słowa do słowa wóz znowu po czubek załadowali. I tyle na dzisiaj fizycznej pracy. Potem to już tylko rozpalenie grilla czekało i kiełbasa na ruszcie.

8 kwietnia 2014

Zrywanie parkietu

Nieco w nocy popadało, świat odśnieżony, kurz się nie wzbija przy chodzeniu drogą koło zagrody. W dzień duże zachmurzenie, trochę kropel krótko zleciało na ziemię. Może noc coś przyniesie więcej, oby!
Jary nie przyszedł, nie dał także żadnego sygnału kiedy, jak, gdzie, dlaczego, co u Podlechitów jest powszechną normą zachowania biznesowego. Zabrałyśmy się więc od rana same za konieczną pracę.
Anna skleciła wóz z jako tako dopasowanych desek z osiki, niewielkie szpary w sumie w niczym nie przeszkadzają. Podjechała nim pod oborę i załadowała go z czubkiem obornikiem wyciągniętym tylko z jednego, niedużego boksu!
Pojechała z wozem do przyszłego ogrodu, a ja doszłam tam pieszo. Wjechała przez bramę i przystanęła niedaleko wyjazdu, byle wóz się zmieścił. Potem okazało się, że utknęła przednim kołem samochodu w miękkiej, oranej dwukrotnie dwa lata pod rząd glebie i trzeba było się trochę nabiedzić, aby szpadlem odkopać koła, podłożyć deseczki i wyjechać. Zaś wóz, już pusty wytoczyć własnoręcznie na drogę, w odpowiednią stronę go skręcając. Zmachałyśmy się mocno, bo dodatkowo parno jest od rana, powietrze stoi w miejscu i nie ma czym odetchnąć porządnie.
Jednak zajechała wozem jeszcze raz pod oborę i zaraz po obiedzie naładowała go znowu gnojem z boksu Feli i Meli. Z wielkim czubem.
Ja woziłam też taczki mniej przerobionej materii na kompost.

Zaś obiadek był szybki i przedni. Po raz pierwszy uruchomiłyśmy w tym roku grilla. Piekąc na nim białą kiełbasę swojej roboty. Mniam.

7 kwietnia 2014

Pisk- pisk- lęta

Jary dzisiaj nie zjawił się do pracy, mimo umówienia. Anna podjechała zapytać i okazało się, że na wiosce panuje prazdnik. Najzabawniejsze jest w tym, że rzadko który facet tutaj pamięta o świętach, kiedy wypadają. Umawiają się do pracy bezmyślnie. Wyjątkami są żonaci, a i to nie wszyscy. Bo na Podlasiu sprawą obyczajowości religijnej zarządzają kobiety i to one pilnują skrupulatnie kalendarza. Mężczyźni sobie tym głowy nie zawracają. Dowiadują się o sprawie w przeddzień, albo rano. Od żony, matki, siostry. I tyle.

W takim razie Anna zajęła się robieniem woza. Kłonice już są, trzeba dopasować deski i zrobić dno i dwa boki, aby cokolwiek nim przewieźć. Wybrałyśmy z kupy pozostałego po budowach materiału trochę desek, w tym deski wyrobione z naszej ściętej osiki. Te na długość i grubość są najlepsze, jednak drzewo było nieco krzywe i deski też takie są. Trzeba je umiejętnie podocinać, aby przypasować je do siebie bokami. Pierwszy efekt wygląda co najmniej zabawnie, a na pewno fantazyjnie.
Wóz jest niezbędny, aby wybrać gnój z obory i przewieźć go do nowego ogrodu pod brzezinę.

Zaś po południu pojechała do Bielska i przywiozła z miasta 20 piskląt. 10 kurzych brojlerów (sprzedający mówił: bojlerów) i 10 kogutków po złotówce, do odkarmienia, dla klientów, którzy je zamówili wcześniej, bo zamarzyła im się pieczeń z naturalnie karmionego kuraka.
Mamy zatem w domu drobiowisko. Gęsi wciąż muszą przebywać w domu, dopóki noce nie staną się cieplejsze. Doszło kolejne pudło, z kurczętami. Dwie lampy z kwoką grzeją prawie non stop.

Przed zmrokiem odrobinkę popadało, symbolicznie. Ogólnie panuje susza.

5 kwietnia 2014

Przeciw nuda

Kolejny pracowity dzień. Od 8.30 do 19.30. Z Jarym i Wańką. Jeden obiad (ziemniaki, pieczone udko kurczaka i mizeria plus po mocnym piwie na głowę). Ta rozpiętość czasu mówi sama za siebie, dlaczego wolimy zapłacić i wynająć wioskowych pracowników, przyzwyczajonych do wytrwałej pracy, a nie wzywać na pomoc rozgadanych wolontariuszy-(najczęściej) wegetarian z miasta, jedzących co 2 godziny i pracujących 3-4 godziny dziennie.
Siatka na przestrzeni ponad hektara została rozpięta.
Po pracy można po prostu wpaść w objęcia komputera, a nie gadać po próżnicy. I wypić wyczekanego pracowicie drinka.
Ale zanim to się przydarzy to trzeba jeszcze wysikać Labę, która jest w cieczkowej izolatce, przewinąć gąski, zrobić nowy opatrunek na połamanej nóżce kózki. Nakarmić psy i koty.
W takie intensywne dni zdarza się też intensywna wieść ze świata. O narodzinach potomka. I jak tu żyć na smutno, albo na nudno?

3 kwietnia 2014

Drobne wiosenne sprawy

Praca można powiedzieć wre. Jednego dnia, calutki boży dzionek od 9 do 17, pracowało z Anną dwóch chłopa, czyli Jary z Wańką. Dzisiaj sam Jary, bo Wańka swój las sadzi, żeby mieć spokój z oraniem i sianiem co roku unijnego żyta czy owsa. Wszystkie słupki zostały wkopane wokół pastwiska. Teraz to trzeba będzie oblec w siatkę.
Ja w takie dni klasycznie, gotuję syty obiad i doglądam zwierzyny. Gąski wreszcie wyraźnie zaczęły zwiększać gabaryty, i praktycznie co chwila domagają się kolejnej porcji jedzenia i czystej wody. Z dziesięciu kupionych zostało osiem. Ale te mają się dobrze, mimo, że noce są bardzo zimne, z przymrozkami (co widzę zbierając sok brzozowy z butelek, nastawionych na noc, część na dnie jest zamarznięta). Obniżam im na noc lampkę z kwoką poniżej zalecanych w instrukcji 60 cm od pisklęcia, bo wyraźnie wtedy marzły.
Ponadto układam pocięte jakiś czas temu drewno pod daszkiem, systematycznie, tak po trzy taczki dziennie, żeby się nie przemęczyć. Co drugi dzień robię niewielki serek z podkradanego mleka od Gwiazdy. Jak na razie znikają w oka mgnieniu, Anna ulubiła sobie robić z nim poranne tosty.
Służę także za ogródkowego kopidołka. Dziś posadziłyśmy 8 krzewów czarnej porzeczki, wedle płota od strony południowej. Gleby tam żadnej nie ma, zatem nałożyłyśmy do dołków gliny i przekompostowanego obornika, a na koniec wykonałyśmy magiczne gesty. Co prawda nie takie, jakie wykonywała moja babka-czarownica, która kucała przy każdej posadzonej kapuście szepcząc sobie tylko znane zaklęcie, bo mnie kolana wciąż bolą, może dlatego. Ale coś tam wymyśliłam drobnego, śmiesznego.

29 marca 2014

Odgrodzenie

Noce są zimne, nawet z przymrozkami, ale dnie słoneczne i w szczycie całkiem ciepłe, chodzę wtedy w krótkim rękawku (oczywiście ku zgrozie Warszawianki, okutanej na cebulkę i narzekającej na ból gardła).
Niestety muszę palić w c.o. choć kilka godzin dziennie, aby gąsiątka miały ciepło. Są w tym okresie, przed opierzeniem się bardzo wrażliwe na chłód.
Wczoraj zrobiłam pierwszy twarożek w tym roku. A dzisiaj serek podpuszczkowy. To z podkradanego dziecku mleka od Gwiazdy, która ma go spory nadmiar. Taki pierwszy twarożek znika w oka mgnieniu po zimie, z dodatkiem oczywiście świeżego szczypiorku z wiosennej hodowli cebulek w doniczce na oknie.
Dzisiaj zjawił się Jary do ogrodzenia. Pracowali z Anną cały dzionek, ja dołączyłam po obiedzie. Jary korował słupki dębowe, Anna smażyła ich końce w ognisku i wierciła dziury w ziemi ręcznym świderkiem marki Fiscars. Fajny i przydatny wynalazek! Potem wstawiliśmy przygotowane słupy i przeszliśmy do ogrodzenia ogrodu, jeszcze nieskończonego. Udało się nam zakończyć naciąganie siatki na tym obszarze. Teraz czeka jeszcze mocowanie żerdzi zabezpieczających, bramy i furtki.
Ogród na razie pozostanie nieobsadzony. Miałyśmy w zbożnym planie sprowadzić w tym celu nieocenioną Krysię Cornuet, zrobić jakieś warsztaty permakulturowe przy okazji, ale teraz widać wyraźnie, że nie wydołamy z czasem. Trzeba jeszcze skończyć grodzić pastwisko, aby przenieść tam wypas kóz, które na razie będą korzystać z zagrodzenia ogrodowego i przy okazji wypróbują jego skuteczność.
Nic to, jak dobrze pójdzie część planowanych nasadzeń zrobimy jesienią, oraz zbudujemy trochę grządek na przyszłą wiosnę. Nic na siłę, mamy tylko cztery ręce. Teraz nie ma co sadzić drzewek i krzewów, bo wpuszczone tam kozy zeżrą je natychmiast.

27 marca 2014

Poprawianie świata

Kilka dni i nocy padało, ziemia nawilżona, świat oczyszczony. Noce zrobiły się chłodne, sok brzozowy przestał prawie lecieć. Ale i tak napiłyśmy się po kilka litrów na głowę, jak żadnego roku, kiedy to moment dojenia drzew trwał krotko, długo go nie było, a potem ino mignął, jak mawiają Piotrkowianie, no, i zapominało się w toku codziennych zajęć udoić w porę.
Przystopowałam z bieganiem, ponieważ zostałam zmuszona. Sforsowałam sobie lewy staw kolanowy, kuleję. Jednak moja waga względem kośćca jest wciąż za wysoka i oto skutek. Za to chodzę stałą trasą o stałej porze i oddycham głęboko, wracając tym sposobem do ćwiczeń oddechowych, które kiedyś sobie aplikowałam nawet często, trochę w formie raja yogi, trochę rebirthingu, trochę mojego pomysłu. W każdym razie medytuję w trakcie takiego spaceru, w rytm oddechu i jest wspaniale. Łączy mnie to z tym kawałkiem ziemi, miejscem, przyrodą, planetą w taki sposób, że nic złego tu się nie stanie. Żaden ruski niczym nie zagraża. Żaden Francuz nie przybywa wyzwalać po próżnicy. Ani żaden partyzant po lesie nie biega. Ot, miejsce pokoju współ-czynię wraz z wzajemnym wdechem i wydechem ziemi i nieba.
Co do wagi i tak spadła, i rzeczywiście, po roku diety mogę powiedzieć kilka rzeczy o jej skutkowaniu. Co prawda, jak się okazało, oprócz glutenu musiałam zrezygnować dodatkowo także z potraw i napojów zawierających syrop glukozowo-fruktozowy, tudzież podejrzaną wielość różnych konserwantów, z czekolady, kakaa, kawy i z herbaty oraz piwa. Więc oczyszczanie trwało dłużej, zanim namierzyłam kolejny czynnik alergiczny, jednak w końcu doszłam do stanu całkowicie bezbolesnego. Przestało ciążyć mi w żołądku, rwać w woreczku żółciowym i wątrobie, gonić do kibelka z biegunką, nie boli mnie głowa i nie kręci się w niej. Więcej! Poprawiła mi się pamięć, wróciłam do pisania, spojrzałam na świat innym okiem i poczułam się młodziej, o czym świadczą codzienne przebieżki, bądź spacery poranne. Niedawno zrobiłam przegląd swoich ciuchów w szafie, wiele z nich poszło do recyklingu, który uskutecznia Anna, tnąc je na cienkie paski, z których potem tka chodniki, ale też kilka rzeczy, które leżały od lat nieużywane, bo przestałam się w nie mieścić, nagle zaczęły pasować i wchodzić na mnie bez najmniejszego kłopotu. Zatem jednak jakiś efekt wagowy jest.

Poza tym staramy się codziennie coś konkretnego zrobić. Altana już ukończona całkowicie, wszystko dopięte na ostatni guzik. Klecimy teraz płotek odgradzający od kóz kolejny ogródeczek za altaną, gdzie chcemy posadzić jakieś krzewy i winogrono, bo ma wystawę południową. Dzisiaj powstały dwie furtki, także do ogrodu permakulturowego. I reorganizujemy gniazda w kurniku, tak, aby indyczki miały gdzie siadać. Bo zaczynają się z wolna (tj. co drugi dzień) nieść.

25 marca 2014

Strata i zysk

Dwa dni temu zdechło jedno gąsiątko. To zwykła rzecz, gdy kupuje się jednoniówki, przeważnie jedno-dwa na dziesięć są spisane na straty. Przyczyną jest wirus pewnej choroby, której miana nie pamiętam, a który przenoszony jest od matki na pisklę poprzez jajo. Objawem jest wtedy dość szybkie podupadanie pisklęcia, oraz okulawienie, utrata równowagi. Dzieje się to w przeciągu dwóch tygodni. Niektóre przeżywają, ale są o wiele mniejsze od reszty, kuleją, skubią się itp. przez całe życie.
No, więc Anna zakopała padłe gąsiątko gdzieś w lesie, choć na dobrą sprawę nie warto tego robić. Bo las i tak wyciąga zawsze wszystko, co zakopane i pożera w przeciągu kilku godzin, lub doby. No, ale człowiek jest estetą. Poza tym lepiej nie rzucać truchła na żer naszym kurom bądź psom. Niech sobie poczeka na leśnego drapieżnika.
I ledwie to zrobiła odkryła w oborze nowonarodzone koźlątko. Nareszcie Gwiazda powiła! Zgadnijcie, jakiej płci? Tak, zgadza się! Koziołek....
Tak śmierć została zrównoważona narodzinami nowej istoty.

Wczoraj zaś dzień zapowiadał się pogodnie, po nocnym deszczu świat był świeży, umyty. Zabrałyśmy się za kończenie prac zdobniczych w altanie, a potem Anna zaprowadziła stado na ugór, aby trochę podjadło zielonego. Ja wróciłam do domu, napaliłam w piecu (gąsiątka lubią mimo wszystko ciepło, więc robię to dla nich, bo nam to już nie zawsze konieczne), wstawiłam obiad i w przerwie rozłożyłam karty. Hm... sekwencja kart pokazała najpierw nagłą stratę, potem zysk. Ledwie to odczytałam zadzwonił telefon. Anna wzywała mnie z pola na pomoc.
- Wypuść psa, coś się dzieje z gulgułami w krzakach, nie mogę odejść od kóz.
Wypuściłam Kolę, która pobiegła z głośnym szczekaniem ku stadu, i sama za chwilę dołączyłam. Przejęłam stado, a Anna z psami poszła szukać indyków.
Po kilku minutach wróciła niosąc w ręku martwą indyczkę...
- Mignęło mi coś żółtawego. Na pewno lis. Ciągnął ją przez krzaki i trafiłam po zgubionych piórach.
Miała zgruchotany kark jednym ucapieniem szczęk. Była jeszcze ciepła, więc poszła na rozbiór.
Gdy odjechali, a Anna obrała indyczkę, znajdując w niej oprócz kształtujących się dopiero jaj, także jedno całe, gotowe do wyjścia odnalazła się najstarsza indyczka, przyszła sama, zdenerwowana. Gdzie jeszcze dwoje?
Ruszyłam drogą na pola, a Anna rowerem przez wieś. Gulganie naprowadziło nas w jedno miejsce. Udało się przygnać do domu jeszcze jedną zgubę, indyczkę. Nie było jednak indora.
- Źle to widzę - orzekłam.
Ruszyłyśmy znów na pole, Anna rowerem i z lepszym wzrokiem szybciej odnalazła zgubę. Także zagryzioną lisimi zębami, ze zgruchotanym karkiem i lekko zasypaną piaskiem. Lisisko spłoszone uznało, że lepiej wiać, niż ciągnąć tak ciężką zdobycz, więc spróbowało ją ukryć.
- Kurwa! - wymsknęło mi się na ten smutny widok.
Indor także poszedł na rozbiór. Jako upolowana dziczyzna. Kawał mięcha, tłusty jak dotąd żadne nasze zwierzę nie było, to zapewne zasługa ciepłej zimy i możliwości żerowania od dawna.

23 marca 2014

Koziołki na sprzedaż

Oto tegoroczne koźlęta, przeważnie koziołki, do sprzedania w tym roku. Rasy barwnej uszlachetnionej, z dużą domieszką krwi alpejskiej. Cena rozsądna, można śmiało kupować. 




Jak widać poniżej, kózka ze złamaną nóżką radzi sobie sama na pastwisku. Pewnie z nami zostanie...