3 maja 2016

Majówkowe radości

Mimo kiepskich prognoz na długą majówkę jednak zrobiło się prawdziwie wiosennie. Wczoraj wyjrzało słońce, po obfitym deszczu i w jednej chwili rozchyliły się przygotowane na taką majową chwilę pąki kwiatów czeremchy rosnącej przy chacie. Rozsyłając wokół duszny, upajający zapach. Jedna śliwa przekwita, ale druga już drepcze w przedbiegach. A wraz z nią dwie stare grusze ulęgałki. Pszczoły i bąki mają co robić. A to cieszy gospodarskie oko.
Noce o wiele cieplejsze, wszystko ruszyło. Na Podlasiu wiosna rusza dokładnie razem z majem, nigdy wcześniej. I dzieje się to właściwie jednego dnia. Nigdy nie przestanę się tym cudem zadziwiać.
W ogrodzie wykiełkowała rzodkiewka i bób.

Zatem wzięło nas na majówkowe przyjemności. Mimo rzęsistego deszczu i burzy, która po południu zasadziła się znienacka. Co tam, gdy ma się grilla pod dachem altany! Napaliłam najpierw przyjemne ognisko z chrustu, nagromadzonego wcześniej z kozich przekąsek. A gdy góra popiołu się uzbierała, rzuciłam na nią trochę drzewnego węgla. Kiedy się rozżarzył na ruszcie wylądowało namacerowane wcześniej mięsko koźlęce. I jakieś Anine przysmaki glutenowe z serem, dla mnie niejadalne.
Do wtóru grzmiały grzmoty, niegroźne, bez piorunów i huk deszczu, walącego o dach. Kury uciekły pędem do kurnika, ale gęsiom było w to graj. Nawet je jakby na zaloty wzięło w strugach wody.

Mięsko pięknie się zgrillowało, ser rozpuścił, jak trzeba. Czego od życia chcieć więcej?
No, jest więcej. Bo ptaki, gdy tylko nie pada i nie grzmi, jak dziś, piękne koncerty uskuteczniają od rana i z wieczora. Co umila niezwykle obie pory dojenia. Siedząc w przerwach na ławeczce pod oborą gwiżdżę, niezdarnie usiłując naśladować siedzące na dębie naprzeciwko rosnącym rozmaite ptaszęta, o nazwach mi nieznanych. Nawet czasem odpowiadają i dajemy wspólny koncert. Albo kukam do kukułeczki na jaworze, lub w akacjach zasiadającej. Co prawda w tym wypadku Anna zamienia jedną literę w słowie kukać i puka się w czoło z uśmiechem patrząc na mnie, ale co mi tam. Wiosna! I to najważniejsze.

28 kwietnia 2016

Czas płynie zasiadając

Noce wciąż zimne, w granicach 1-2 stopni, zatem wiadomo, zieleń się ociąga. Trawa mikroskopijna, listeczki na drzewach nadal dziecinne. Niemniej w jednym oknie kwitnie już śliwa węgierka, a w drugim klon. Wokół obu drzew, nawet w mało pogodne i wietrzne dni kręcą się pracowicie pszczoły. Anna zajrzała do ula jakiś czas temu, żeby podejrzeć jak się mają. I czy nie wymagają dokarmienia. Ale nie wymagają. Miały jeszcze całą jedną ramkę miodu zeszłorocznego, a na sobie, w swoich nożnych zbiorniczkach dużo żółtego pyłku. Królowa żyje. Rój zatem sobie radzi. 
Praca i nas pogania, czy też my pracę, trudno rzec. Ale bez niej nie da się na wsi żyć bezpiecznie i spokojnie. Trzeba było wyrównać i przygotować pastwisko, zaorane jesienią, pod zasiew trawy, co się udało. Potem Anna własnoręcznie przez dwa dni, na półtora hektarze rozsiała kilka worków mieszanki traw. I na razie sprawy stoją, czekając na cieplejsze noce. Trawa bowiem rusza dopiero, gdy temperatura spada najwyżej do 5 stopni w nocy. 
Na dokładkę rozchorowała się jedna z młodych kóz, całkiem niespodziewanie. Ot, zeszła ze spaceru jakaś skwaszona, jeść nie chciała, ani pić. Zrobiłam jej odczarowywanie na wszelki wypadek, przy zabiegu reiki upadła nagle z osłabienia na kolana. Źle. Zaaplikowałyśmy jej z punktu kieliszek wódki, poszła z tego wszystkiego spać. Po kilku godzinach lepiej nie było. Rano zatem Anna zapakowała delikwentkę do samochodu i zawiozła do bielskiego weterynarza, bo nasz był akurat zajęty w terenie. Wróciły szybko, koza dostała dwa zastrzyki na poprawienie pracy żwacza. Nie miała wzdęcia. 
Rzuciłam monetami i Księga odpowiedziała mi, że sprawa potrwa dłużej, ale dobrze się skończy. Przez dwa dni poiłyśmy kozę ze strzykawki, siłą, bo nie chciała pić. Miała jakieś dziwne trudności z przełykaniem, krztusiła się, beczała z udręki. Szczęście, że Anna nie lubi się cackać, bo w końcu taki ostatni przymusowy wlew niespodziewanie jej pomógł! Wyszła po południu na karmienie sama, chętnie i wreszcie spróbowała owsa, a potem napiła się z wiadra już bez tortur. Smętki trwały prawie tydzień, ale jest już dobrze. Dawny apetyt wrócił i krztuszenie się minęło. 
Ponadto przez trzy dni byli goście, mimo chłodu i tego, że nie ogrzewamy poddasza, nie narzekali. Mieli rowery i rowerami śmigali po puszczy, a słońce jak na życzenie akurat wyjrzało zza chmur, i przenikliwy wiosenny wiatr ustał. 
Przy pomocy Sławka udało się złożyć drewno w lesie na kupy i czeka teraz na pomiar leśniczego. My zaś obsiałyśmy jeszcze jedną grządkę w ogrodzie permakulturowym, i sprzątamy porżnięte drewno na podwórku pod daszki, aby zrobić miejsce na nowo zwiezione. 
W pełnię Księżyca, a raczej dzień po, nasadziłyśmy trzy indyczki na jajach. Trzeba było przytaszczyć z nowego kurnika ciężkie stare koryto, drugie lżejsze, wymościć je słomą, ułożyć każdej porcję jaj (po 16 sztuk) i zmusić ptaki do zasiądnięcia. Udało się sposobem. Każda została nakryta pudłem tekturowym i w ten sposób rozsiadła się grzecznie, już na drugi dzień można było im te kaptury ściągnąć. Siedzą w transie. Zrzucane raz dziennie pod wieczór, aby się wykupkały, napiły wody i zjadły cokolwiek, czasem jeszcze biorą szybką kąpiel w piasku. Po czym bezbłędnie wracają każda na swoje gniazdo.
Nadto kilka dni temu przybyło nam ptaszków, jak co roku  tej porze. Przyjechały z bielskiej wylęgarni, 10 jednodniowych kogutków (po złotówce) na wypas i powiedzmy-tucz, czyli żer, oraz 10 kokoszek (po 4 złocisze każda). Mieszkają w kuchni, w tekturowym pudełku, w dzień pod lampą-kwoką, w nocy na ciepłej jeszcze blasze pieca, przy nagrzanym paleniem w dzień kominie. Jedzą same dobre, jajeczko na twardo z twarożkiem, płatkami owsianymi i osypką, a popijają domowym jogurtem na kozim mleku. Tak będzie do czasu, aż się opierzą i pójdą na swoje.
Z innych rzeczy, kilkoro młodzieży koziej znalazło już swoje domy i przystanie. W oborze robi się jaki taki porządek.
A ja jak zwykle, co dzień ser, czasem dwa, dzisiaj zaś ciućki kozie warzyłam, bo goście do cna wyjedli, jako przekąskę rowerową zabierając. Tak to jest, jak się człek upiera wegetarianinem być i forsować mięśnie na świeżym powietrzu.
Takoż piszę swoje, tłumaczę, nawet za łacinę się chwytam, kombinuję, hobby swoje rozwijając.
Zasię również drugi nasz kogut, zielononożny powędrował na drugą stronę. I miejsca królewskiego w kurniku ciapatemu ustąpił. A to z tej przyczyny, że po walce koguciej zostało mu opętanie. Opętał go mianowicie duch pokonanego koguta. I w naszym kolorowym kurduplu zaczął mnie ścigać na podwórzu! Do tego stopnia, że ten musiał wylądować na pieńku. Skończył jako pieczyste, dzisiaj trzeci dzień jedzony, w towarzystwie szparagów z wody z masełkiem. Jego dusza zaś wybiegła głównym kominem i pieje rozgłośnie, trzepiąc i bijąc czupurnie skrzydłami. Księga mówi, że coś przywoła... oby dobrego i ciekawego...
Teraz już tylko siedzieć i czekać..

10 kwietnia 2016

Gliniane jaja

Powietrze zwilgotniało w sam najlepszy czas, bo trochę posiałam tego i owego, co przymrozków się nie boi, a Anna wczoraj walczyła sama dzielnie grządkę wzniesioną budując od podstaw. Jej dno tym razem wyłożyła potłuczonymi skorupami z nieudanych glinianych naczyń, lepionych przez nią, albo przez warsztatowe dzieciaki, którym niewiele ostatecznie bezbłędnie wychodzi spod niewprawnych rączek. Odrobina gliny na tym naszym wydmowym piachu bardzo jest wskazana, aby wodę deszczową gromadzić i powstrzymywać od przesiąkania w swoje piaskowe głębie.

Obsiana została przy domu jedna z zeszłorocznych grządek, którą przed kurami nakryłyśmy włókniną. Jak na razie sprawdza się, nie grzebią. Z tą nową też tak zrobimy. Teraz wchłania i nasiąka wodą deszczową, padającą dość obficie w nocy.

Widać, że śliwy szykują się do kwitnienia. Pszczółki robią już sprzątanie w ulu, wynosząc padłe zimą sztuki na zewnątrz. Budzą się jeszcze powoli, ale systematycznie jakieś owady, muchy, muszki, meszki.

Druga gęś zaczyna posiadywać. Uzbierałam kilkanaście jaj, pierwsza wysiadująca dostała do gniazda kilka dni temu, tak jakoś z nowiem Księżyca. Ciekawe, czy cokolwiek się wykluje. Ten nów, z racji kwadraturowego aspektu do Plutona taki bardzo aborcyjny był w mediach i w kobiecym gronie wojowniczek, więc wielkich nadziei na skutki wysiadywania w tym miesiącu księżycowym sobie nie robię. Niemniej...

W koziarni dziewczynki zostały odstawione od cyca na noc, co zwiększyło ilość mleka z porannego udoju. Już codziennie serowarzę. A w lodówce znów jaja się nie mieszczą, nadchodzi kolejny Dzień Jajożercy.

4 kwietnia 2016

Sezon serowarski na przedbiegu

Po niedawnej zmianie czasu dzień roboczy wyraźnie się wydłużył. Nie dość, że muszę o godzinę wcześniej wstawać, to jeszcze obrządek wieczorny przeniósł się o godzinę, a już nawet półtorej do przodu. Na szczęście czuć wiosnę i przyjemnie jest bywać na dworze, pracować na powietrzu. Korzystając z krótkiego okresu przedwiośnia, gdy muchy, komary i meszki jeszcze śpią. Czuwają tylko jak zawsze kleszcze. Już kilka wyciągnęłam byłam z psów i kota.
W ubiegłą sobotę Sławko  wraz z Anią wydobyli resztę urobku z obory, część powędrowała do ogródka na nowe grządki. Oczywiście kury już z ładnych kopczyków zrobiły równinę. W sumie można je zatrudniać do realizowania takich planów.
Wczoraj zaś przyszły na świat dwa zdrowe ładniutkie koziołeczki z ostatniej naszej kotnej kozy, Amelki. Czyli klasycznie, chłopcy wyprzedzili w końcu dziewczynki także w tym roku.

Wdrażam się już w sezon serowarski. Na początek serki dla nas, żeby apetyt zaspokoić. Miękkie, dojrzewające najwyżej do 3 tygodni, które najlepiej zjadać na świeżo, w kilka dni po zrobieniu. Dziś zaś jeszcze wypróbowałam jeden z przepisów na ser topiony z kminkiem, zamieszczony w książce niemieckiej autorki, z której korzystam. W tym celu, że dzień ciepły i słoneczny, rozpaliłam pod płytą kuchenną, a nie w c.o. patykami nazbieranymi na kaczym dołku. I stałam nad garnkiem mieszając pracowicie, aby masa mleczno-twarogowa nie przywarła do dna, dobre dwie godziny.
Wyszedł, choć nie do końca doskonale. Niemniej daje się zjeść, co właśnie robię. Kanapka z masłem, serkiem topionym, przyozdobiona czosnkiem marynowanym w occie jabłkowym, szczypiorkiem i polana własnoręcznie przyrządzonym jeszcze na jesieni keczupem. W tym jedzonku jedynie chrupek ryżowy (zamiast chleba) i masło są kupione w sklepie.

Oj, obiadek też był niezgorszy. Gęsie udka warzone w wolnowarze z warzywami. I ryżem. Na popitkę jogurt domowy.
Od czasu do czasu popełniam też koziego ciućka. Nabrałam już wprawy i wiem, kiedy wylać masę do foremki, nie chwaląca się to mówię. Dziś też wykonany, z dodatkiem kokosowych wiórków.

Anna zasię rozpoczęła działkowanie w lesie. Oczywiście musiałam z nią pójść w charakterze osoby towarzyszącej z przyczyn BHP (drwalowi nie wolno samemu piłować w lesie z racji niebezpieczeństwa wypadku). Benzyna szybko się skończyła w baku, ja trochę porąbałam cienizny siekierką i tyle.
A na koniec dniówki gorąca kąpiel, aby wykorzystać ukrop lejący się z bojlera, po tak długim paleniu pod płytą. Tu chwaląca się to powiem, że od kiedy zaczęłam myć głowę szamponem z dodatkiem sody oczyszczonej i spłukiwać ją octem jabłkowym rozcieńczonym w wodzie, włosy mi jakby zgęstniały. I wygładziły się. Choć już siwizny nie postradam, ani czupryny długiej nie zapuszczę, ale i tak zadowolonam.

1 kwietnia 2016

Wiosna w tle

Nieco czuć wiosnę, choć temperatury raczej stałe.To znaczy ok. zera w nocy (niekiedy z lekkim przymrozkiem), a w dzień kilka stopni wzwyż, z jasnym słońcem, albo pochmurno. Deszcz lekki lub mocniejszy pada wieczorem albo w nocy, czyli jak Pan Bóg przykazał. Wszystko to sprawia, że kiełki wciąż w glebie, słabo główki wyciągają na świat, pączki i trawa wciąż nierychliwe do rozwoju.
Tym niemniej ptaki większe i mniejsze przyleciały, żurawie i bociany osiadły po podróżach swoich, a rano i wieczorem życie umilają ptaki mniejsze, jeszcze nie zajęte gniazdowaniem ani wysiadywaniem jajeczek.
Pszczółki w cieplejsze dni wylatują już z ula i szukają pierwszego leśnego pożytku, na kwitnących wierzbach i leśnych pierwiosnkach.
Drzewa soczyste obdarowują nas wiosennym napitkiem. Sokiem brzozowym i klonowym. Anna co rusz przynosi butelkę pełną chłodnego rarytasu. Nie wiercimy otworów i nie pobieramy kroci. Zwyczajnie łamiemy gałązkę od strony słonecznej i zawieszamy na niej butelkę przywiązaną sznurkiem. Sok kapie cierpliwie, aż do zasklepienia się ranki.

Wczoraj rozpętane zostało przez nas wiosenne wywożenie gnoju z obory. Wilgotny świat napełnił się soczystym aromatem nawozu. Pomagał Sławko, wrzucał urobek na furę, a Anna zawoziła ją doczepioną za hak niedawno dorobiony w warsztacie, Santa Klausem do dziury za chatą, gdzie obornik będzie kompostował co najmniej rok. Cztery razy obrócili. A to ledwie połowa roboty. Sporo kozy wytworzyły materii, nie powiem. To cieszy, bo nasze gospodarstwo wciąż woła o żyźniejszą glebę i prosi się o pokarm.
Czyli dwa boksy wyczyszczone, z trzecim malutkim odsadnikiem. Czeka jeszcze drugie tyle plus dwa kurniki, jeden kurzo-indyczy, drugi gęsi.

Ponadto zaczęły nieść się indyczki. Jeden z dwóch indorów poszedł do ludzi, za kaskę oczywiście. Wcześniej spełniał reproduktorskie obowiązki w dwóch gospodarstwach na naszej wiosce. Zdecydowałam się sprzedać  gulguła, bo i tak jeść mamy co, a może komuś się naprawdę przyda. Poza tym dwa indory pilnują siebie nawzajem, a żaden nie bierze się do właściwych samczych czynności. Kiedy jeden zniknął, drugi od razu przypomniał sobie co mu trzeba o tej porze roku zrobić. No, i jaja od razu się pojawiły! Skrupulatnie je zbieram i numeruję.

Dziś zasię leśniczy przydzielił nam leśną działkę do czyszczenia, rzut beretem od chaty. Kozy będą miały co jeść, bo aż drżą do świeżych soczystych gałęzi i kory, po nudnej zimowej diecie. Zatem kolejna praca do wykonania... Wakacje kończą się.

17 marca 2016

Ogrodowy przegląd

Spadł śnieg i stopniał po dwóch dniach. Wzięło nas zatem na przeglądanie włości. Anię to już do ogródka ciągnie grządki robić, ale jej perswaduję, że dopóki zielone nie zacznie kiełkować i nasz drób nie zmieni kierunku, to to, co wykona zawczasu i przygotuje, w diabły jej rozgrzebią do cna. Trzeba czekać.
Zatem kubki toczy i miseczki lepi z gliny, i rozpoczyna kurs w domu kultury, mianowicie naukę szycia ze słomy. Ma on do samej zimy się ciągnąć po kilka godzin w tygodniu. Czyli nowy fach obstalowuje.

Na razie mleka jest niedużo. Co dwa dni robię twaróg, resztę wypijają psy i my. Ja w postaci kwaśnego, Ania mleka do kawy. Zatem pracy poza obrządkiem i paleniem w piecu nie ma. Ślęczę jeszcze nad pisaniem, kilka rzeczy pokończyłam lub kończę i zaczynam myśleć o ich pchnięciu w świat. Pojawiają się też nowe inspiracje, pewnie z wiosną i przeszukuję sieć, aby swoją wiedzę ugruntować. I może wnioski jakieś twórcze wyciągnąć.

No, ale o tych włościach zaczęłam...
Zabrałyśmy taczkę pełną przerobionego żyznego kompostu, widły i szpadel oraz wszystkie psy, żeby odwiedzić ogród permakulturowy. Do ogrodu jeszcze mu daleko, ale że sam wyraz od ogrodzenia pochodzi, to i nie wstyd go tak nazywać w zgodzie z prawdą. Ogrodzenie stoi, ma się dobrze i dziki go nie sforsowały już drugą zimę z rzędu.
Tam, nieco w głębi, blisko uli wykopałam kilka dołków, nałożyłam w nie obficie pokarmu, bo ziemia tam gorzej, niż nijaka i nic poza lichutką rzadką trawą nie rośnie, a Anna wsadziła kupione na targu krzaczki. Pigwy, jagody amerykańskiej i wiśni kaukaskiej.
Przejrzałyśmy stan porzeczek, które w zeszłym roku, podczas suszy mocno dostały po liściach. Bałam się, że większość uschła. Ale nie! Co najmniej 70 procent stanu żyje i chce mu się żyć, choć drobne jest. Nadrobiłyśmy zatem jesienne zaniedbanie, wynikłe z mojego szpitalowania i potem długiego osłabienia. Rozwiozłyśmy po całej plantacji kilka pełnych taczek nadgniłej starej słomy, złożonej w pryzmie w rogu ogrodu dwa lata temu i otuliłyśmy każdy żyjący krzaczek tak, aby słomiany kołnierz dał mu zastrzyk pokarmu, no i trzymał wilgoć, gdy przyjdzie susza. Bo przyjdzie na pewno prędzej, czy później. Nadchodzące lata będą upalne i coraz upalniejsze, choć na razie jeszcze wilgotne na początku. I to trzeba nauczyć się wykorzystywać. Permakulturowy sposób pokrywania grządek słomą i gnijącym łatwo sianem wydaje się do takich warunków stworzony.
W zeszłym roku, przypomnę nasz świeżo i tylko częściowo zorganizowany, a w dużej części sezonu w ogóle nie doglądany ogród dał nam koszyk ziemniaków dziko wyrosłych, piękne i dorodne rzodkiewki w dużej ilości (na jesień w drugim rzucie nie wyrosły z powodu suszy), trochę czerwonych buraczków, kilka truskawek i dwie pełne taczki całkiem sporych dyń różnego rodzaju. Te urosły najlepiej na pryzmach słomy i miały się dobrze bez podlewania, przetrwały suszę i właśnie ostatnią dynię dzisiaj skarmiłam zwierzętom, bo dobrze się przechowały na poddaszu aż do teraz.

11 marca 2016

Pierś kogucia

W ostatnich dniach przyszły na świat kolejne koźlęta. Dwoje nie przeżyło. Mela urodziła trójkę, w tym jedno martwe. Anna musiała pomagać w jego wyciągnięciu na świat. Pozostałe mają się dobrze, choć trzeba je dokarmiać, w czym pomaga spokojnie Fela. Która już swojego Felusia odkarmiła na tyle, że zasysa ją coraz rzadziej. Druga matka bez dziecka to Róża, vel Rozalka. Okazuje się, że jak na pierwiastkę ma całkiem dużo mleka. Dwa litry dziennie, kiedy nie ma jeszcze trawy i wypasu, a od porodu minęło niewiele więcej, niż tydzień, to bardzo dobre parametry.
Gwiazda wykociła się w samo zaćmienie słoneczne. Maleństwa, koziołek i kózka są bardzo żwawe, dobrze nakarmione i zdrowe.

Poza tym powrócił niespodziewanie na podwórko jeden z trzech zeszłorocznych kogutów. Wydany szczęśliwie do sąsiedniej gminy okazał się jednak agresywny dla właścicielki. Która generalnie kogutów się boi i zapewne tym strachem prowokowała ptaka do obronnych zachowań. Bo przecież spośród trzech wybrałyśmy jej najłagodniejszego pierdołę.
No, ale wrócił (właścicielka nie jest w stanie zjeść swojej kury, a trzyma stado głównie na jaja, bowiem dzieciaki są uczulone na fermowe jaja i pryskane ziemniaki ze sklepu, od tych z własnego chowu nie mają żadnych reakcji) i na podwórku od razu zawrzało. Obcy!
Do akcji włączyły się nawet indory. Nowy stoczył walkę z naszym głównym kogutem, ciapatym i obaj zranili siebie do krwi. Gdy krew im z czubów trysnęła, do boju ruszył trzeci, najmniejszy, zielona nóżka i dzieła kasacji by dokończył, gdyby nie Ania, która akurat wyjrzała była przez okno i zobaczyła co się święci. Porzuciła gorącą zupę na stole i wybiegła ratować towarzystwo.
Uratowała w ten sposób, że nowy już po chwili był bez głowy i trzeba było go sprawiać.
Ciapaty, ranny i zakrwawiony ukrył się w zakamarku obejścia tak dobrze, że i jego przeznaczyłyśmy z żalem na straty. Na szczęście ujawnił się przed zmrokiem i jak na razie liże rany, sypiając w koziarni na belce i w dzień omijając z dala zielononożnego, który bezczelnie przejął berło w kurniku i nie chce oddać. Kury oczywiście zdradziły momentalnie starego króla i stadnie przeszły pod skrzydła zwycięzcy.

No, a my znowu jemy rosół, dziś zaś smażoną pierś kogucią na obiad. I mamy zapasu na kilka dobrych dni  najlepszego w świecie jedzenia.

9 marca 2016

Tajemnice koźlęciny

Pytają mnie o przyrządzanie mięsa koziego. Zdecydowałam się odpisać na blogu, aby rzecz przybliżyć większej ilości osób ewentualnie zaciekawionych tematem.
No, cóż, idzie Wielkanoc. Nasze koziołki wielkanocne wciąż czekają na kupca, a mimo, że miałyby pójść nawet po tańszej cenie, nie ma chętnego. Pewnie po świętach się znajdzie. Gdy trawa ruszy. I cena także skoczy. Bo trzeba będzie zapłacić za ich przedłużoną hodowlę i skarmianie sianem i owsem.
No, dobra, przystępuję do wyjaśnień szczegółowych.

Zastrzegam, że kucharką wybitną nie jestem. Korzystam z przepisów, czasem coś wyjdzie, innym razem nie. Próbuję tego i owego. Ale przez 10 lat bez mała hodowli kóz co nieco doświadczeń i wiedzy uzbierałam. Zapewne mieszczuchom nie na wiele ona, a może właśnie na wiele, bo informacji konkretnej nie mają, jedynie tę z polowań w sklepach urządzanych.

Mięso kozie powolutku zdobywa sobie miłośników i to widzę ja ze swojej wioski, bez żadnych liczników internetowych. Ot, po prostu więcej ludzi się pyta w sezonie o mięso, albo kupuje chętnie koziołki na odchowanie z przeznaczeniem na pieczyste. W 2006, gdy zaczynałam hodować kozy najpierw trudno je było w ogóle kupić, bo na znacznym obszarze powiatu było ledwie kilku (2-3?)  hodowców maleńkich przydomowych stad, a potem sprzedać nadwyżkę młodzieży, bo mało kto z apetytem patrzył na kozie mięso. I na mleko też większość się tylko krzywiła. Choć baraninę ze smakiem jedli i płacili za nią dużo więcej, nie kojarząc jej w ogóle z koźlęciną.
Po dziesięciu latach popyt wyraźnie się zwiększył, choć wciąż baranina wiedzie prym. Ten i ów spróbował u sąsiada na grillu i zachwycił się i chce też tak.

Zacznę od tego, że koźlęcina koźlęcinie nierówna. Czym innym jest mięso z dwumiesięcznego oseska, który (teoretycznie) nie jadł jeszcze innej paszy, niż mleko matki, a czym innym mięso z półrocznego koźlaka, który pasł się do jesieni na łące i osiągnął wagę od 15 do 20 kg dochodzącą. Pierwsze jest bardzo delikatne, nie wymaga wielkiej obróbki termicznej, no, i ma posmak i zapach mleka (czego osobiście nie lubię). Przyrządza się je tak, jak jagnięcinę i nie będę się nad tym rozwodzić, bo przepisy można łatwo znaleźć w internecie. Dodam jedynie, że naukowcy wytropili, iż młoda koźlęcina jest nawet bogatsza w składniki odżywcze od jagnięciny, tradycyjnie uważanej za potrawę wzmacniającą i podawaną dzieciom i chorym, podobnie jak rosół.

Jeśli ktoś ma dostęp do całej tuszki, to oczywiście pierwszą sprawą jest właściwy podział mięsa. Gdyż nie każde nadaje się do wszystkiego. Na pieczeń nadają się udka i łopatki takiego podrostka. Z karku i kręgosłupa można wyciąć kotlety, jeśli ktoś potrafi, to z kością (można podejrzeć w internecie jak to się robi), a jeśli nie - to wyciąć delikatnie schab i polędwicę nożem. Nie jest ona imponująca, to dość cienkie wałki mięsa, które nadaje się i na tatar i na malutki befsztyczek. To drugie polecam jako szybkie, smaczne i wzmacniające danie na patelnię.

Befsztyk koźlęcy
Trzeba pociąć schab na kotlety grubości najmniej 2-2,5 cm, po czym delikatnie je zbić, skropić octem jabłkowym (który bardzo się lubi z koźlęciną), posypać ulubionym ziołem (są różne szkoły, ze świeżych polecany jest siekany zielony lubczyk, z suszonych jakieś zioła myśliwskie, typu tymianek, rozmaryn, z ostrych pieprz prawdziwy lub cayenne). Skropić olejem i chwilę pomacerować. Wrzucić na dobrze rozgrzany tłuszcz, na którym nieco wcześniej podsmażyło się cebulkę. Smażyć z każdego boku ok. minuty-dwóch i dawać na talerz, z cebulką oczywiście. Może być jeszcze lekko zaróżowione w środku. Trzeba wiedzieć, że dłuższe smażenie powoduje twardnienie mięsa i jeśli przegapić odpowiedni moment, czeka nas już tylko długie duszenie pod przykryciem, aby je móc zjeść bez gubienia zębów.
Soli się zawsze na talerzu, nigdy wcześniej. Zresztą mięso kozie zazwyczaj jest słone samo w sobie (kozy lubią pasjami sól lizawkę, co daje się potem odczuć) i dla kogoś, kto nie używa dużo soli może nawet takie wystarczyć bez specjalnego przyprawiania. Pasuje do niego jakaś surówka. I chleb. Najlepiej domowy z pieca.

Pieczeń koźlęca
Tu są różne szkoły. Ważne jest z jak wiekowego kozła, bądź kozy mamy mięso. Im bowiem zwierzę starsze, tym dłuższej obróbki termicznej wymaga. Co do kozy to problemu nie ma, lecz kozły, te starsze, mające około roku, a tym bardziej więcej, bywa, że capią. Jeśli są jednak właściwie ubite i sprawione nie powinno być z tym problemu większego, niż przy baraninie (która moim zdaniem bardziej wonieje). Najważniejsze, aby w takim wypadku dokładnie pozbawić mięso błony i przerostów tłuszczu, gdyż w nich ukrywa się ewentualny "smaczek". Wyczyszczone mięso dobrze jest skropić octem jabłkowym i dać mu tak poleżeć przez noc. Dodatkowo zmniejsza to "samczy aromat". I wreszcie przy pomocy czubka ostrego noża ponadziewać je ząbkami czosnku gdzie się da. I nasmarować ulubionymi przyprawami.
Mówi się, że do koźlęciny, jak i do baraniny pasują zioła używane do dziczyzny.
Z pewnością także Arabowie mają swoje patenty przyprawowe, i jeśli ktoś ma dostęp do sklepu z przyprawami arabskimi warto chyba podpytać sprzedawcę w tej sprawie. Podobno (tylko słyszałam, nie próbowałam) mają takie, które nawet największego i najstarszego capa rozbroją w ciągu dwóch godzin.

Mięso koźlęce jest chude, dlatego pieczeń można śmiało obłożyć plastrem słoniny czy boczku. Najlepiej zapakować je w rękaw, albo jeszcze lepiej piec w naczyniu glinianym, tzw. rzymskim. Świetnie sprawia się także wolnowar. W innym przypadku, na brytfannie trzeba je podlać wodą i nakryć kawałkiem folii aluminiowej. W piekarniku piec w jak najniższej temperaturze najdłużej jak się da. Generalnie wysoka temperatura 170 stopni daje jakieś 2,5-3 godziny pieczenia (to jeszcze zależy od wielkości pieczystego). Obniżona nawet do 100 stopni - wymaga odpowiednio dłuższej obróbki. Zbyt wcześnie wyciągnięta pieczeń jest łykowata i trudno ją pogryźć. Dlatego lepiej przedobrzyć, niż nie dopiec.
Gotową kroić na grube plastry, podawać z warzywami i pieczonymi ziemniakami, surówką, winem. Na zimno też jest pyszna i starcza na kilka dni do kanapek.

Polecam grilla z dość grubo krojonych kawałków mięsa z udźca albo łopatki, odpowiednio i długo wcześniej macerowanego w różny sposób co najmniej przez noc. Moim zdaniem nie ma nic lepszego!

Inne potrawy
Zostają żeberka i różne kości, np. giczki czy te z karku. Te świetnie nadają się do gęstych zup, krupniku, grochówki, fasolowej, kapuśniaku, bigosu. Albo dodatek do mięsa drobiowego w pożywnym rosole.
Jeśli je uwędzić, jeszcze lepiej. Fasolka po bretońsku, mmm!
Sos na żeberkach polecam. Najlepiej robić go z dodatkiem suszonych grzybów, a żeberka najpierw podsmażyć na patelni do zrumienienia. Ostatnio testujemy w domu żeberka w miodzie. Pychotka!
Przepisy są do znalezienia w internecie. Tu jeszcze raz namawiam do używania wolnowara (odpowiedni wpis na blogu). To idealne naczynie do potraw z koźlęciny, wymagających stosunkowo niskiej temperatury i długiego przyrządzania. Jeśli gotować mięso na kuchni, to czasem (zależnie od wiekowości zwierza) trzeba i dwie, do trzech godzin pitrasić taki gulasz, uważając, aby nie odparował za bardzo, albo się nie przypalił. Wolnowar załatwia sprawę idealnie.

Pasztet, podroby i kiełbasa
Oprócz powyższych części zostają jeszcze płaty boczne, podroby i tłuszcz (najmłodsze koźlęta są go pozbawione, ale kilkumiesięczne już miewają go trochę).
Otóż płaty nie nadają się ani do pieczeni, ani do sosu, ani do kiełbasy, są poprzerastane błonami, magazynującymi kozi smaczek, nie dla każdego przyjemny. Za to świetnie sprawdzają się, wraz z płuckami, sercem, nerkami i wątrobą w pasztecie! Przepis na pasztet z koźlęciny sposobem chłopskim znajduje się na tym blogu, proszę sobie zajrzeć.

Wątróbka jest jak najbardziej zjadliwa w formie smażonej w cebulce, choć wchodzi kwestia indywidualnej aromatyczności  kozła i jego wieku. Żołądek nadaje się na flaczki. Lub jakiś salcesonowy wynalazek. Jak najbardziej.

Kiełbasa warta jest zachodu, zwłaszcza, gdy koza była starsza, niż półtora roku. O takiej kiełbasie można sobie poczytać na moim blogu. Można ją przyrządzać na kilka sposobów. Ponieważ mięso jest chude, przeważnie dodaje się do niego jakiś procent słoniny oraz kawałek wieprzowiny, klasycznie łopatkę. Słoninę kroić, nie mielić, bo wypłynie z kiełbasy podczas wędzenia. Przyprawy najprostsze: dużo, dużo czosnku, majeranek, świeżo utłuczony pieprz czarny, kminek w ziarnkach, całkowicie wystarczą.
Kiełbasa z czystego mięsa koźlęcego, bez tłuszczu wymaga dodania pewnej ilości kaszy manny, dla lepszego zlepienia masy. Wędzona w zimnym dymie przez kilka dni, podsuszana potem ma swoje bardzo ciekawe walory. I specjalny smak.

Mięso ze starszych sztuk generalnie nadaje się głównie na mielone, gołąbki, pasztety i kiełbasę, ewentualnie do długiego gotowania w kapuście. Pieczenie można sobie odpuścić.

Tłuszcz, a właściwie łój koźlęcy ma duże wartości odżywcze, należy do tłuszczy omega-3, świetnie i długo się przechowuje. Ma swój specyficzny aromat, do którego można się przyzwyczaić. A koty i psy wręcz go uwielbiają! Dawniej gospodynie używały go, wraz z łojem baranim do smażenia pączków.

To, co tu opisałam nie jest oczywiście wszystkim, co się da o tym mięsie powiedzieć. Ale niech w inne szczegóły bawią się kucharze.

2 marca 2016

Menu małorolne

Zwykły obiad polskiego małorolnika, któremu się chce. Sobie, rodzinie, bo innym przecież prawem zabronione. Tydzień trwa w pełni. Słuchajta, mieszczuchy. Wczorajsze menu: kluski ziemniaczane kładzione z wody, żeberka koźlęce macerowane w miodzie w sosie warzywnym, surówka z rzepy i domowego majonezu. Tylko mąka gryczana tutaj pochodzi ze sklepu. No, i sól i pieprz.
Chcecie wiedzieć co było na śniadanie? Ano jajo sadzone, od zielonej nóżki, jak najbardziej prywatnej, na cebulce.
Na kolację ser kozi się uśmiecha. I winko własnej roboty.
Dzisiaj: rosół na gęsim korpusie z dodatkiem podrobów z makaronem własnej roboty (ja bezglutenowy muszę więc z mąki ryżowej i gryczanej), na jajach od naszych kur.
I tak coś ciekawego co dzień. Wyobrażacie to sobie? Fajne. I nawet wywalanie gnoju dwa razy do roku i sianokosy mi niestraszne. Za codzienne to.

23 lutego 2016

Przy pełni księżyca

Schodząc wczoraj przy pełni Księżyca wieczorową porą na ziemię znalazłam na YT taki kwiatek
Obejrzyjta, mieszczuchy!
Co do mnie, zgadzam się z pełnym pasji mówcą, acz w szczegółach niekoniecznie. Z kilku co najmniej względów.

No, tak, małorolne gospodarstwo to jest gospodarcza nisza, niereklamowana, nieznana, można się nią zająć i zarabiać na reklamie i pośrednictwie, sprowadzając ludzi wracających z zagranicy z kasą, pracowitych i przedsiębiorczych, osadzając, dając im przestrzeń prosperowania i życia. Można, ale w praktyce tak nie jest. I nikt poważny nie chce się tym zająć. Czemu? W Polsce istnieje cała góra przeszkód prawnych, biurokratycznych, przepisów skarbowych, sanitarnych, weterynaryjnych, agencyjnych często od czapy. Wchodzą teraz na przykład w życie nowe przeszkody dla obcych, z miasta chcących kupić ziemię. I niby możesz już, rolniku sprzedawać sławetny dżem, kiełbasę i ser w swoim gospodarstwie (lecz nie poza nim, ani nie przez pośredników), ale na ten przykład na spirytusie na pewno nigdzie daleko nie zajedziesz, chyba, że do więzienia.
Jeśli na takiej gospodarce człek osiądzie, to go cieszy nawet jeszcze po kilku latach ciężkiej pracy, gdy zarobi 10 albo i 20 tysięcy, ale na ROK, a nie na miesiąc, jak się narratorowi wydaje, (a może tylko pomyliło przy przeliczaniu euro na złotówki). Mniejsza o to jednak. Bo w końcu chodzi o gotówkę w papierkach, a nie fakt, że wydatki miesięczne i roczne rzeczywiście mocno potrafią spaść i tu nie ma bezpośredniego przełożenia na zarobki i wydatki miejskie. W podliczeniu zaś notorycznie zysków nie masz, ponieważ, aby wypracować ów „zysk” gotówkowy musisz zainwestować, zapłacić za maszyny rolne, pomocników, materiał budowlany, zwierzęta, weterynarza, karmę dla zwierząt, potrzebne do przerobu akcesoria i energię. Ponadto opłacić podatek, rachunki za prąd, wodę, gaz, benzynę czy ropę, internet i telefon (tu można sobie z czasem przyoszczędzić na tym i owym, wprowadzając wynalazki alternatywne, ale panowie i panie, NIE ŁUDŹMY SIĘ! to są groszowe oszczędności). W sumie naprawdę świetnie jest, a wiem, co mówię, gdy gospodarstwo kilkuhektarowe, bez maszyn, na lichej podlaskiej ziemi pozwoli, mieszkając i żywiąc się gospodarzom, wyjść w rocznym bilansie na ZERO.
Dlatego rodziny z dziećmi w wieku szkolnym muszą podwójnie główkować i pracować, aby zarobić jeszcze na potrzeby latorośli. Co niektórym udaje się, gdy mąż i ojciec potrafi sprostać zadaniom, jest przedsiębiorczy, obrotny, ma zmysł do handlu i żadnej pracy się nie boi. Najlepiej jednak, gdy oboje małżonkowie opanują jakiś fach rzemieślniczy, który pomaga im dorobić. A na wsi są takie możliwości. Znam takich, co choć z miasta przyszli, to nauczyli się zduństwa, tkactwa, garncarstwa, stolarki, ciesielki czy plecionkarstwa, szyją, haftują, lub chociaż drwa rąbią, jagody i zioła zbierają, albo pomagają na budowach. I jakoś ciągną swój wózek, choć wcale nielekki.

Jeśli nie jesteś wegetarianinem (sic!) i zdecydujesz się na jakąkolwiek hodowlę zwierząt, oprócz uprawy ogrodu czy szklarni, możesz siebie i bliskich wykarmić i napoić nawet w 70-80 procentach „za darmo” (w istocie nic nie jest za darmo, bo za twoją ciężką codzienną pracę i dbałość). Ponadto płacisz niższy KRUS, a nie ZUS, a jak prąd sobie odłączysz to jeszcze więcej zaoszczędzisz. Pszczółki wyhodujesz i świeczki sobie zrobisz sam z własnego wosku. Gotować i grzać się możesz wrzucając do pieca chrust z lasu i gałęzie, prawie za darmo, jeśli masz własne zakrzaczenia, lub nawet, jeśli je kupujesz, to za grosze (w porównaniu z tymi, którzy, aby ogrzać zimą murowany dom jednorodzinny wydają ponad 3 tysiące na sezon, to wychodzi nawet 8-10 razy mniej). Wcale się nie podśmiewam.
Ale trochę mi śmieszno i trochę straszno, że są ludzie, którzy myślą, że wystarczy w takim zrujnowanym gospodarstwie na końcu świata zamieszkać i już wszystko samo im da kasę. A oni tylko kupony będą odcinać. Bo przecież klienci w Polsce pchają się drzwiami i oknami po produkty gospodarskie!

Widziałam ludzi, którzy tak jak z wielkim życiowym hukiem zjechali na wieś odmieniać swoje życie na proste i oczywiście lepsze, tak szybko z niej uciekli, zostawiając zwierzątka, kwiatki i ogień w piecu na rzecz zwykłego życia w mieście i stałych zarobków. Oprócz gospodarstwa, na którym trzeba dopiero nauczyć się pracować i rozumieć je jako przestrzeń dającą pracę i zarobek, a nie tylko przyjemność (takie jest zwyczajne myślenie miejskie o wsi), co zajmuje sporo czasu i pożera oszczędności zgromadzone na początek, bo człowiek w radosnej młodzieńczej wierze, że „jakoś to będzie” zużywa posiadane zasoby na sprawienie sobie tego, o czym marzył w mieście, czyli kotka, pieska, konika, kózkę, kurkę, nie biorąc pod uwagę ekonomii takich nabytków. Czyli nie umie, a czasem uwaga! nie chce (z powodu swych zagruntowanych przekonań ideologicznych) na hodowli zarabiać w jakikolwiek sposób. Czyli okazuje się, wciąż myśli po miejsku i musi dorabiać poza gospodarstwem, aby na nie zarobić! Wykarmić swoją inną pracą inwentarz, wykarmić siebie, bo inwentarz nie służy mu z zasady do żywienia się nim.
Istnieje także inna wielka sprawa, nieporuszona w takich reklamach filmowych, jak powyżej przedstawiona, tj. obszar życia społecznego wokół owego gospodarstwa, czyli konieczność dostosowania się do nowego dla mieszczucha życia wiejskiego. A to też bywa w praktyce spory problem do przeskoczenia dla „niekumatych” miejskich odmieńców.

Podsumowując, co mogę powiedzieć?
Nie zamieniłabym życia na dalekiej wiosce w drewnianej chacie wśród zwierząt z żadnym mieszczuchem na jego wymuskane lśniące i zdezynfekowane wnętrze, sute zarobki co miesiąc i miejskie przyjemności (z których dawno wyrosłam), tudzież wyjazdy zagraniczne i inne spędy. Wybieram ciągle ciężką pracę rąk, obcowanie z prawdziwym życiem i śmiercią, porami roku, ludźmi, którzy są różni, ale na pewno nie sztampowi (albo sztampowi inaczej, a to już coś), jak w mieście, zwierzętami i całym majdanem ich radości i smutków.

Pomimo, że znam prawdę i radosne młodzieńcze reklamy życia na wsi nie są w stanie mnie wzruszyć. 

6 lutego 2016

Dzień jajożercy

No, więc była zima, nawet z lekkim przytupem, biała, śliczna, i nie ma zimy. Zmyło ją szybko, stopiła się, wsiąkła w glebę. Sikorki i sójki, które dokarmiałam na tarasie i często patrzyłam na nie przez szybę, jak dziobią zawieszoną wysoko słoninkę, przestały się zlatywać i zaglądać w okno, przypominając o swoich pustych brzuszkach. Ziarno dojadały w pobliżu kurnika, bo zawsze coś kozy po obrządku zostawiają i czuwały zawsze w pobliżu pilnie, czekając aż skończę obrządek. 
Teraz jest na tyle ciepło w nocy, że nawet ciepłolubnej Kici zdarza się spać w drewutni w sobie tylko znanym zakamarku, osłoniętym od wiatru i deszczu, aż do rana. Zadowolona i wyspana bez stresu, który zawsze budzi w niej w domu potrzeba odzywająca się w środku nocy, przybiega na śniadanie często dopiero w porze obiadu!  

Koźlęta rosną zdrowo, są bardzo żywe i wesołe. Wypuszczamy je w ciągu dnia całą gromadką, aby się wybiegały, na swobodzie i hasają po obejściu, skacząc wysoko jak pchły. 
Anna z ostatniej głowy twarogu przechowanej dotąd w zamrażarce od późnego gorącego lata zeszłego roku upiekła sernik. To jedyne ciasto, które jadam ze smakiem, dno z ciasta pszennego oddając psom, które je uwielbiają. 
A na zakończenie dnia jajo gęsie na surowo także i psom się trafiło, zaś ugotowane na twardo Kluseczkowi, który od kociaka jest ich wielkim miłośnikiem. Podobno dobre na sierść dla czworonogów.

Kury i gęsi niosą się na potęgę. Indyczki zaczynają szukać gniazda. Jaj nie brakuje. Wręcz przelewają się na półkach lodówki. Jedząc co rano po jednym jaju na głowę niewiele ich zużywamy. 
W takim razie zarządziłam dzisiaj dzień jajożerczy.

No, i zrobiła makaron na czterech jajach gęsich. Tutaj wyciągnęła ze schowka moją odwieczną maszynkę do robienia cienkiego makaronu-nitek i z zachwytem ukręciła na niej prawdziwie włoski makaron, do rosołu, który akurat uwarzył się w wolnowarze na gęsim korpusie i koźlęcej kości. Podobno wyszedł pyszny, muszę wierzyć na słowo. Bo sama jadam rosół z dodatkiem makaronu ryżowego, albo wręcz z ryżem. 

Pozostałość cieniutkich długich klusek trafiła na brytfannę i schnie przy piecu.

A że był rosół, to i warzywa z rosołu wyjęte poszły na sałatkę. Więc znowu kilka jaj trzeba było na twardo ugotować. W sumie padło dziś ich około dwudziestu sztuk.

20 stycznia 2016

Ważny zakup

Trochę śnieży, trochę ziębi, świat jest biały, czysty i piękny. Ptactwo trzyma się kurników, stroszy pióra. Wczoraj padła ze starości jedna z zielonych nóżek emerytek. Miała jakieś 6-7 lat.
Kilka dni temu Anna podjęła wreszcie decyzję, że już grymasić ani zwlekać z zakupem samochodu nie będzie. Trudno w taki czas jeździć do miasteczka na rowerze, po zakupy, albo na warsztaty w GOKu. Tym bardziej wracać po ciemaku przez las. W niedzielę namierzyła egzemplarz wybranej firmy, typu i ceny, sprzedawany w mieście, do którego mamy dobry dojazd pociągiem. Następnego dnia podjechała na dworzec porannym autobusem szkolnym, który zabiera trójkę dzieci z naszej wioski i po półtorej godzinie była na miejscu.

Wcześniej oczywiście musiałam powróżyć. I to wiele razy, zawsze, gdy znalazła wśród ogłoszeń jakieś interesujące auto. Za każdym razem Księga odpowiadała, że to jeszcze nie teraz, że nawet nie wyjedzie po nie, że idzie o coś innego, żeby czekać. Do tego też układy gwiazd nie były najlepsze na horoskop zakupu, który potem przecież ma działać przez całą eksploatację sprzętu. Czyli czekałyśmy, zabrawszy się powoli za robienie ściany w głównym pokoju.
Tym razem jednak karty zapowiedziały, że znajdzie rzeczony sprzęt poprzez internet w ciągu trzech dni, najpewniej w niedzielę. I tak się stało. Znalazła ogłoszenie, świeżo wstawione, dokładnie w niedzielę i zaraz nawiązała kontakt telefoniczny z właścicielem. Umówili się. W poniedziałek Księga (jak i gwiazdy) była przychylna. Kupi i samochód będzie jeździł, nie rozkraczy się po starcie, jak to bywa z takimi zakupami. Co do gwiazd podałam jej przedział czasu, od którego ma zacząć rozliczenie i wszelkie podpisywanie. Wcześniej, jak stwierdziła moja znajoma, silnik może się zatrzeć, albo co, bo Mars przez Descendent przechodził.

Tego dnia wszelkie obowiązki domowe, obrządki, przywóz drewna, palenie w dwóch piecach, gotowanie spoczęły na mnie. Doszło jeszcze odśnieżanie, bo zapuściłyśmy tę kwestię, nie mając potrzeby.

- Uwaga, jadę! Otwórz bramę - dostałam telefon.

Zdążyła zrobić zakupy po drodze i wrócić przed zmierzchem. Nasz nowy stary niemiecki czołg, poradził sobie z podjazdem pod ośnieżoną górkę bez problemu. Stanął przed garażem.
Oczywiście wsiadłam, żeby zobaczyć, jak mi się będzie siedziało i jeździło na moim miejscu przy kierowcy.
- Jakiej jest płci? - spytałam.
- On, zdecydowanie to samiec - stwierdziła po chwili namysłu Anna.
- Jak się nim jechało?
- Dobrze. Choć trochę dziwnie. I nie szalałam, bo ślisko. Warczy, jak to stary diesel.

Volksvagen Passat kombi, ciemnoniebieski, dwudziestolatek.

Tego dnia, a raczej nocy, jak się okazało zmarł w swoim domu stary Mikołaj... Niech mu ziemia lekką będzie.

Na pamiątkę którego nasze nowe stare auto dostało imię Santa Claus, czyli świętego Mikołaja.