3 lipca 2015

Festiwal już się kręci

Tegoroczny XX festiwal muzyki folkowej w Czeremsze odbędzie się jak najbardziej. Początkowe niebezpieczeństwo braku odpowiednich funduszy zostało szczęśliwie przezwyciężone. Dom Kultury pracuje już pełną parą, co odczuwam dość często na swojej skórze, bo Anna spieszy na zajęcia, albo pracowicie szyje całymi godzinami, i tylko na moich barkach spoczywa odpowiedzialność za gospodarstwo.

Dla zainteresowanych wklejam link do omówienia programu całej imprezy.

2 lipca 2015

Co dzień

Teraz, kiedy nadchodzą upały, a już je można wyczuć w rozwoju dnia i palącym słońcu w okolicach wczesnego popołudnia, mimo, że temperatura nie sięga jeszcze ekstremalnych wartości, miłe mi się nagle zrobiły wczesne poranki. To prawda, że do zerwania się z łóżka skoro świt zmusiło mnie życie. Wyjazd Anny, samodzielny obrządek, ale przede wszystkim muchy. Które teraz dopiero mają swój czas. Swój festiwal, można powiedzieć!
Wstaję zatem przed szóstą, wykonuję szybciutko konieczne poranne czynności przygotowawcze, łącznie ze zjedzeniem nieśmiertelnej zupki na płatkach ryżowych bądź jaglanych, z niewielką dolewką surowego mleka, soloną i pieprzoną oczywiście (jakie to śniadanko, popite po obrządku jedynie naturalną kawą bez cukru starcza mi spokojnie do obiadu) i ruszam obarczona wiadrami, cedzakiem i garnkiem udojowym do obory. Jest to pora, gdy w obejściu zalega jeszcze długi i chłodny, orzeźwiający świeżością cień lasu, zajmującego u nas północną i wschodnią stronę. Muchy w tym oświetleniu są niemrawe i nie pojawiają się przede wszystkim straszliwe potwory, czyli perszingi, czyli muchole ślepakami zwane, których boję się i silnie nerwowo na nie reaguję, ku uciesze przypadkowej gawiedzi, jeśli się trafi.
Zanim udój się skończy słońce przesuwa się na niebie wyraźnie i cień kurczy się dość szybko, omiatając już stanowisko udojowe, co budzi muchy i zachęca je do jakże upierdliwej aktywności. Z prawdziwą ulgą zmykam z pełnym mleka wiadrem do domu, zostawiając Ani resztę prac przy kozach i drobiu (no, chyba, że jej akurat nie ma). Wprawnymi ruchami przelewam mleko, nastawiam na gazie gar do kąpieli wodnej i drugi z chustami i formami, które wyparzam starannie i systematycznie, zakwaszam mleko odrobiną zsiadłego z poprzedniego dnia. I starannie odliczam kroplomierzem ilość podpuszczki na odpowiednią akurat ilość onego, a codziennie ona inna jest, niestety przy upałach i słabnącym pastwisku już nieco zmniejszająca się, raz większa, raz mniejsza. Zaczym mierzę mleku temperaturę specjalnym termometrem (wiem, są tacy, co uważają, że to niepotrzebne i sprawdzają odpowiedniość palcem, ale z praktyki wiem, że jednak do wytworzenia produktu o mniej więcej stałych parametrach smakowych liczy się różnica 1-2 stopni, czego palcem się nie wychwyci) i zadaję podpuszczkę, energicznie mieszając tajemną ilość razy. Powstrzymuję na koniec mleko, nakrywam i czekam.
Dzieje się serowa alchemia, a tymczasem kozy pasą się już na teraz nowym bogatszym w trawę pastwisku, które do południa pokrywa chłodny cień lasku brzozowego i czeremchowego, a gęsi z szumem skrzydeł wybiegają z radosnym gęganiem z nowego kurnika, skupiają się na chwilę przy wiadrze ze świeżą wodą, moczą zespołowo gardła i z zapałem biegną na trawę. Przy drodze, na kaczym dołku albo w sadzie.
W południe zaś, gdy słońce wznosi się najwyżej i wszędzie panuje jego skwar, a w powietrzu stały dźwięk brzęczących much, muszek i innych bzyków zalega nad naszym światem wielka cisza... Podobnie jak ludzie, inni mieszkańcy wioski także zwierzęta zaszywają się w niewiadomych miejscach, nieruchomieją. Dolewam im jedynie wody w wiadomych im miejscach i wierzę mocno, że wrócą szczęśliwie, gdy świecąca kula przesunie się ku zachodowi i pieczenie zelżeje.

I tak co dzień.

30 czerwca 2015

Letnie sprawy

Przy pomocy Wani powstał wewnętrzny płot z siatki leśnej przegradzający ogród permakulturowy na pół. W jednej części rosną szpalery porzeczek i kilka obsianych wałów, a w drugiej trawsko, jak na nasze warunki całkiem bujne. Wpuszczone tam kozy nieomal oszalały z radości, nurzając się w trawie po pas i po grzbiet. I rwąc ochoczo źdźbła i liście ziół rozmaitych.
Anna, ubrana odpowiednio otworzyła ul. Pszczoły były bardzo spokojne, kilka dmuchnięć odymiacza wystarczyło. Sprawdziła zawartość ramek i dołożyła nowe. Jest trochę miodu. Spróbowała oderwany kawałek plastra. Mnnnniammmm!
Ja zadowoliłam się garścią niewielkich, ale za to słodkich truskawek. I zebrałam kolejny pęk rzodkiewek.

A poza tym królują muchy.

27 czerwca 2015

Rzodkiewkowy wysyp

A jednak nie ma się na suche lato. Deszcze bywają w normie. Zbytnie upały nie doskwierają. Dla mnie jest w sam raz. I dla kóz także, które w nazbyt gorący czas wcale się nie pasą, dręczone przez ślepaki i gzy i mleczność wyraźnie im wtedy spada. Nasze pseudo-pastwisko jeszcze jakimś cudem się trzyma, choć zgryzione do ziemi, nie żółknie. Piszę pseudo-, bo tak naprawdę jest to po prostu nieobsiane pole, na którym w zeszłym roku wyrosła trawa samosiejka w niezbyt wielkiej ilości. W tym roku koniecznie trzeba je przyorać, nawieźć i obsiać trawą. Bo nasze mleczarnie dają mleka na pół gwizdka. Gdy jest czas idziemy z nimi na spacer po nieużytku (ugorem zwanym) i po przydrożnych krzakach, wtedy najadają się liści po pachy i mleka wyraźnie przybywa, o kilka litrów nawet.
Gminne służby przycinały niedawno krzewy i drzewa w przydrożnych rowach. Za ich zgodą wszystkie gałęzie wylądowały w naszej zagrodzie. Ania ze mną, albo z Wanią pracowicie je zwiozła na przyczepce i dała kozom do gryzienia. Zeżarły w dwa dni, korując do gołej gałęzi. Potem takie resztki leżą jakiś czas na słońcu i powietrzu, schną, łamiemy je i rąbiemy siekierą, a co grubsze tniemy na krajzedze i palę nimi przez cały ciepły sezon pod płytą. Za darmo mając codziennie ugotowany obiad, karmę dla zwierząt, uwarzony twaróg i gorącą wodę do zmywania i kąpieli wieczornej. Czasem także grill.

Ale właściwie nie o tym chciałam napisać.
Najważniejsza teraz jest drobna pierwsza radość z ogrodu permakulturowego. Dająca nadzieję na przyszłość. Otóż w porównaniu z ogródeczkiem przydomowym, który w końcu też ma grządki permakulturowo robione od kilku lat, ale jest zacieniony z dwóch stron i rośliny mają w nim chyba zbyt krótką wystawę słoneczną, urodziły się na nim, tym nowym, dopiero co robionym, jeszcze nie skończonym, raptem zaczętym, dorodne duże soczyste, zdrowiutkie... rzodkiewki! o wiele wspanialsze i smaczniejsze, niż koło domu, gdzie było ich niewiele i zaraz zdrewniały.

Zajadamy się zatem codziennie sałatką rzodkiewkową, którą przyrządzam różnie. Na bogato wersja wygląda tak: rzodkiewki utarte na tarce, ogórek słodki utarty, albo pokrojony na drobno, cebulka pokrojona, szczypiorek, nać, albo jak teraz posiekany zielony liść lubczyku, posiekane jajo na twardo od zielonej nóżki. Do smaku sól, pieprz cayenne, łyżka majonezu albo oleju.
Czasem słodkiego ogórka zamieniam na kwaszony, jeśli akurat są małosolne gotowe. Albo nie dodaję jajka, może być szczypta twarożku dla odmiany smaku.

21 czerwca 2015

Sztywny kręgosłup w przesilenie letnie

Nagle wracam do podstaw. Nie wiem na ile ma to związek z letnim przesileniem. Ale chyba jakiś ma. Bo jak zawsze w ten magiczny dzień roku przyroda zrobiła się żywiołowa. Pogrzmiewało, przelotnie padało, w końcu spadła rzęsista ulewa, która przemyła kurz i rozświetliła wraz ze słońcem, które zaraz wyszło na niebo, zieleń lasu. 
Ponieważ codzienne bieganie wyszło mi kolanem, a potem nastała zima, i powrót do sportu zaczęłam odwlekać w nieskończoność, sięgnęłam po sprawdzoną już przez siebie metodę. I sztukę. Sztukę sztuk. Naprawdę stworzoną dla takich stacjonarnych typów jak ja. 
Kilka miesięcy chodziłam na cotygodniowe zajęcia z tego starożytnego kunsztu w Warszawie, co pozwoliło mi nie poddać się potężnej depresji, jaka na mnie wtedy spadła. Stąd znam moc równoważącą tych ćwiczeń i nie muszę przyjmować jej na wiarę. Idą mi na najbliższe dwa lata kwadratury Saturna, już mi sztywnieje kręgosłup. Trzeba coś z tym zrobić. Mam piękne okoliczności przyrody na co dzień, czemu nie korzystać?


19 czerwca 2015

Samojedzenie

Garstka rzodkiewek. Kilka dojrzałych truskawek. Stałe dojście do liści lubczyku, mięty, czarnej porzeczki (do małosolnych ogórków). A dzisiaj cała patelnia świeżego szpinaku, z dodatkiem twarożku i jajka (także produktów z gospodarstwa) na obiad. Na razie tyle ogródkowych i obejściowych sukcesów.

17 czerwca 2015

Koniec sianokosów

Poprzednia zwózka wcale nie była ostatnia. Skoszona została jeszcze jedna łąka, obok poprzedniej, nieco mniejsza, prawie hektarowa. Siano trochę dłużej leżało, bo i pogoda przestała być paląca. Choć jednocześnie wszyscy mówią, że co do deszczu, to go nie będzie na razie. Mimo chłodnych nocy i niezbyt ciepłych dni, owiewanych lekkim wiatrem. Wczoraj Anna razem z wyjątkowo słownym i niepijącym Wanią zgrabiała i wałkowała siano od późnego rana do siedemnastej godziny. Do siana wychodzi się później, gdy już rosa odparuje, więc wypada co najmniej do 10 poczekać, albo i dłużej, gdy dzień pochmurny.
Dzisiaj przyjechała kostkarka i siano zamieniło się w poręczne pakunki. Maszyna trochę się spóźniła, więc zwózka trwała dłużej, ale i tak krócej, niż poprzednia. Z racji mniejszej ilości siana. Wystarczyła pomoc jednego Wani. Skończyli przed obrządkiem i do sutego obiadu oraz wieńczącego robotę nieodzownego piwa zasiedli na altanie.
Przeliczyłam koszty. Koszenie, kostkowanie, pracownicy, paliwo do samochodu podzieliłam przez ilość kostek. Wychodzi jedna za 50 groszy. Jest zatem naprawdę spora oszczędność, kilkakrotna do ceny siana na rynku.
Uff, kulminacja roku za nami. Podobna chyba jedynie w ważności do wiosennych wykotów. Jeszcze teraz dotrwać do festiwalu (który odbędzie się, pani dyrektor udało się uzyskać jednak wsparcie z ministerstwa) i skończyć coroczne krawieckie zamówienie, i będzie z górki, jeśli chodzi o napięcia emocjonalne związane z czasem, pogodą i pracą do wykonania w tym roku. Jest trochę rzeczy do zbudowania lub ukończenia budowy, więc na laurach nikt nie zasiądzie, o, nie. Zniknie jedynie sezonowy "nerw". A ja kocham spokojne, wręcz flegmatyczne podejście do rzeczywistości.

14 czerwca 2015

Sianokosy

Sianokosy udane. Z cudzej 1,6 hektarowej łąki, bo nasza tak zryta, że nie nadaje się do koszenia, tylko zbicia. Tak swoją drogą koniec świata bliski, bo wszyscy na wiosce bobrowej tylko siedzą i patrzą. Prawie nikt nie kosi, nie zbiera. Trudno też o jakąkolwiek usługę. Z roku na rok jest gorzej. Rolnicy przestają dbać o ziemię i gospodarować. Biorą kasę unijną, czasem zasieją unijne żytko, które idzie pod pług i w następnym roku samo odrasta, trawę skoszą, a potem leży niezebrana, bo do niczego niepotrzebna. Krowy i konie wyprzedane, traktory i maszyny rdzewieją na podwórkach, co najwyżej drób biega po obejściu, a i to nie wszędzie. Bo sra i w ogródkach grzebie.
Na naszej wiosce Ania zmobilizowała młodego Miraska i Wanię do pomocy przy zwózce. Drugiego dnia po skoszeniu cały dzień przewracała i wałkowała siano z Mirkiem, który niestety do prędkich pracowników nie należy. Po południu dostała sms-a od naszej dzielnej rowerzystki, że właśnie jest w pobliżu. Tak jej się Podlasie spodobało, że korzystając z urlopu znowu ruszyła w trasę, tym razem przez Janów Podlaski i promem w Wasilkowie przez Bug ku naszym stronom. Tym cudownym sposobem trafił się dodatkowy pomocnik. I miły wieczór potem przy pogaduszkach. Bo rowerzystka jest starą przyjaciółką Ani ze studiów i niejedno mają sobie do opowiadania, gdy się spotkają. Następnego dnia rano niespodziewany gość został za pomoc wynagrodzony podwózką do Orli, do szeptunki rzecz jasna. I zaczął się pracowity dzionek z Miraskiem i Wanią.
O świcie trochę popadało, ale tak krótko, że zaraz woda wsiąkła w suchą glebę i nie było żadnego śladu. Rozważałyśmy jednak opóźnienie sianokosów, gdyby jednak w dzień znów były opady. Dość długo zresztą się chmurzyło. Rzuciłam wróżebne monety. Księga I-Cing jednak jasno powiedziała, że pogoda wytrzyma i zwózka odbędzie się z sukcesem. Anna umocniona w ten sposób w działaniu ściągnęła rolnika z maszyną i kazała mu skostkować całe siano.
Zeszłoroczny przywóz siana traktorem wyniósł tak dużo, i czasu i pieniędzy, że w tym roku postanowiła sama sobie poradzić. Wykorzystując fakt, że rzeczona łąka ma łatwy dojazd i jest wyjątkowo równa. W rezultacie zaoszczędziła, już po odliczeniu kosztów paliwa, 150 złotych.
Z chłopakami ładowała kostki na pakę samochodu oraz na przyczepkę i w ten sposób przywoziła do domu. Tu rozładowywała kostki, a ja wnosiłam je i układałam w nowej paszarni koło kurnika. Za jednym razem mieściło się wszystkiego ok. 30 kostek, więc miałam chwile odpoczynku. Obracała w ten sposób do samej nocy. Gdy paszarnia została napełniona przywiozła Miraska z pola i ten ładował kostki na poddasze obory. W końcu przybył także Wania i razem poszło im dość sprawnie w tej czynności. Chłopcy rozeszli się już po ciemku.
A dzisiaj Anna zerwała się o bladym świcie, kawkę wypiła i pojechała zwozić sama to, co jeszcze zostało na łące. Jakieś 70 kostek. Znowu tak jakoś się chmurzy, nie ma co zwlekać. O, już trochę kropi...

5 czerwca 2015

Przedpołudnie na wsi

Mój dzień zaczyna się o późnej godzinie, którą wymieniać na wsi wstyd. Przyznaję się. Jestem śpiochem nieuleczalnym. Wstaję o 7.30. Obudzona marudzeniem Ani, która przeważnie od 6 jest już na nogach. I od razu, gdy wstanę lecę do roboty!
Trzeba: nakarmić i napoić kurczęta, pisklęta indycząt i gęsi. Nakarmić koty (psy przynależą do swojej pani o poranku). Ugotować i zjeść zupkę na płatkach ryżowych, żeby w trakcie obrządku w brzuchu nie ssało. Odwinąć wczorajsze sery i nasolić je. Starsze wsadzić do dojrzewalni i przewrócić wszystkie na odwyrtkę.
Potem wypad na dwór do obrządku kóz. Dojenie, karmienie i pojenie. Trwa to dość długawo, bo kozy się nie spieszą. Anna w tym czasie rąbie suche gałęzie pod kuchnię.
Potem znoszę dwa wiadra mleka do domu. Daję poranną dawkę psom i kotom. Odlewam tyle, co trzeba, a to dla kogoś, a to na kwaśne, a to do kubka do kawy. Resztę wlewam do gara i stawiam na ser. Czyli zakwaszam, podgrzewam, zadaję podpuszczkę itd. itp.
Gdy już to zrobię pomagam w wyprowadzeniu stada na pastwisko (jedna osoba prowadzi, druga musi pilnować maruderek, żeby do lasu nie skręciły). I wyniesieniu kurcząt do klateczki w ogródku (nakarmić i napoić przy okazji). Wypuścić gęsi do sadu.
Dopiero wtedy mam chwilę, żeby usiąść przy własnoręcznie zmielonej w ręcznym młynku kawie parzonej tradycyjnie po turecku do komputera. Jak łącze pozwala, to przeglądam mejle, blogi, fejsbók i chwilę poprawiam własne teksty. Trwa to godzinę, półtorej, nie więcej.
Potem znów wracam do robienia sera, trzeba go pokroić, pomieszać, zapakować do foremek. A potem pilnować czasu przewijania aż do wieczora.
Gdy już obcieka zabieram się za gotowanie. Czyli najpierw trzeba nazbierać i przynieść węglarkę stosownego drewna pod płytę. Potem przynieść z ziemianki porcję ziemniaków, obrać je z kiełków, które już puszczają i nastawić w garze dla drobiu. Czasem dochodzi jeszcze gar karmy dla psów, jak dziś. No, coś na obiad dla nas. Podpalam pod płytą i pilnuję ognia. Cienkie gałązki szybko się spalają, trzeba nieustannie pilnować, żeby nie wygasło. Przy okazji grzeje się woda w bojlerze na zmywanie i wieczorny prysznic.
Zarządzam obiad i potem, zanim ziemniaki się ugotują i proces grzania zakończy przysiadam na sofie, aby poczytać z doskoku (od miesięcy niezmiennie czytam "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk), albo, gdy jakieś pytanie mi się w duszy uformuje, wyciągam tarota lub monety do I-Cing. I gadam sobie z wyrocznią.
No, a potem następuje popołudnie na wsi, opisane w poprzednim poście.

Generalnie dzień pracy kończy się mniej więcej o 20 wieczorem, czyli łatwo sobie przedstawić ile trwa.

3 czerwca 2015

Popołudnie na wsi

Zaczęło się upalne lato. Trzeba już siana pilnować. Pojawiły się pierwsze ślepaki. Lęgną się indyczęta. Ściółkuję grządki w ogrodzie prawie-permakulturowym, dziś truskawek. W pryzmie zeszłorocznej słomy mieszka czarna ropucha. Znaczy, wilgoć wewnątrz pryzmy odpowiednia. I obecność ropuch (to nie jest pierwsza, którą spotykam) cieszy, bo to było pierwotnie bardzo suche i dość jałowe miejsce.
Część posianych nasion kiełkuje nieźle. Bób, fasola, rzodkiewka, buraczki, szpinak. Sadzonki w większości przyjęły się. Cebulka, selery, pory. Niestety, wcale nie wschodzą dyniowate! To jakaś klątwa czy co? Z własnych nasion i kupnych też. Anna skosiła podkaszarką trawę w międzyrzędziach krzaków porzeczek. Musiałam zgrabić ją, zebrać na taczkę i przywieźć do obory, kozom do żłobów nałożyć. Na koniec zaraz potem obrządek.
Czyli trzeba wyłapać w zagródce 20 plażujących kurcząt. Zamknąć w kurniku kubanki, indora i dwie ostatnie kury nioski (szara kurka wczoraj nie wróciła na noc, znaczy, coś ją pożarło). Przyprowadzić z sadu i nakarmić stado tegorocznych gąsek białych. Odebrać spod indyczki wylęgłe świeżo pisklęta, aby siedziała spokojnie na reszcie jaj. Urządzić im pudełko, zapalić lampę kwokę. Ugotować jajko, spróbować nakarmić. Następnie nakarmić, napoić i wydoić kozy, przygonione z pastwiska po całym dniu wypasu. Lekko podkurzone ślepakami i upałem. Nastawić mleko z udoju w kamionce na twaróg. Nakarmić psy i koty. Samej coś zjeść. Wziąć prysznic.
To zaledwie kilka popołudniowych godzin z życia na wsi i prowadzenia gospodarstwa. Ktoś z miasta mnie ostatnio pytał, co się w ogóle na wsi robi.  No, to daję mały przykładowy opis zajęć.

26 maja 2015

Dialog ogrodowy

Na wiosce nic się nie dzieje, dni biegną po sobie podobnie. A jednak czasem dochodzi do spotkań w pewnym sensie konfrontacyjnych, od których potem może co nieco się zmienić. Lub nie.
Co zmienić? spytacie. Ano, świadomość, bo cóż by innego.

Oto pracujemy w ogrodzie (w planie) permakulturowym. Ja sypię wał, kryjąc kupę obornika humusem, za pomocą szpadla. Anna sadzi i sieje. Drogą obok jedzie traktor ciągnąc jakąś machinę. Zatrzymuje się, wyłącza silnik. Z kabiny wychyla się znajoma twarz Piet`ki.
- Dzień dobry! A co tam nowego? - pyta.
- To co widać - odpowiada Anna.
- A co wy robicie?
- Sadzimy, siejemy...
- A te wały to po co?
Następuje krótkie wyjaśnienie.
- A woda nie będzie spływać po nich? Nie za sucho będzie?
Znów wyjaśnienie, teoretyczne oczywiście, bo praktyki większej nie mamy. Wybrany przez nas kawałek pola pod ogród znany jest wszystkim miejscowym jako suchy i piaszczysty, na którym jedynie las dałoby się posadzić.
- O, truskawki widzę. Będzie gdzie przyjść! - żartuje Piet`ka. - Zaściółkowane, widzę.
- Jeszcze nie do końca, ale tak, ściółkujemy przeciw chwastom. A ty gdzie jedziesz? Pryskać będziesz swoje pole?
- Nie, nawozy siać.
- To powodzenia!
I tak się ma sprawa nowych technologii na wiosce. Wszyscy uczą się przez naśladowanie tego, co innym już wyszło. Póki co trwa przyglądanie się i ocenianie. Teraz pytanie, czy nam wyjdzie!? Dużo zależeć będzie od pogody i odpowiedniej ilości deszczu. Grządki jeszcze nie zaczęły pracować w sobie, więc pierwszy rok może być nie za ciekawy w efekcie. Niemniej od czegoś trzeba zacząć.

24 maja 2015

Przedwyborczy sen

- Miałam dzisiaj sen!
- Jaki? Opowiedz.
- Ktoś ukradł mi wszystkie cztery kola od samochodu.
- Kto?
- Wioskowy złodziej, który właśnie wyszedł z więzienia. Co to może znaczyć?
Zamyśliłam się na jakiś czas.
- Samochód to najczęściej biznes, samodzielne prosperowanie, jazda do przodu, awans życiowy. Uniemożliwiony przez jakąś nieuczciwą przestępczą konkurencję.
- Hm.
Pomyślałam jeszcze trochę i zawieszczylam:
- Wiem. Wybory wygra jeden, ale zostaną sfałszowane i ogłoszą drugiego prezydentem.