Kilka dni temu wylęgły się pisklęta. Niestety, z siedmiu podłożonych jaj tylko jedno perliczę, dwa dni po terminie. Reszta to siedem, jak jeden mąż, z naszych siedmiu jaj, zielononóżek, w ciągu jednego dnia. 100 % wylęgalności osiągnęły jaja lęgowe od naszych kurek, u kilku osób, które się zaopatrzyły, i u nas też jak się okazało.
Pisklaczki są silne i aktywne. Zaakceptowały jedynego odmieńca, który na razie niewiele się od nich różni. Jest tak samo w paseczki, w podobnych kolorach i układzie, tylko nieco mniejszy i wydaje z siebie inny głos.
Natomiast Felicja to prawdziwa mutacja, może zabawna dla miłośnika zwierząt (tzw. wegetarianina i ekologa na wzniesionej chorągwi ideowej), rozczulająca dla sentymentalnych panienek i starszych pań oraz niedopieszczonych starych kawalerów, ale... denerwuje mnie to, co jej ludzie zrobili. Bo zrobili jej prawdziwe kuku.
Uczeni człowiekowaci trzymają bydło kozie w wielkiej hali podzielonej na partycje. I zarządzają po swojemu tym, co Matka Natura obmyśliła najdoskonalej. Kiedy koza rodzi koźlę pozwalają jej karmić je przez dni kilka siarą, po czym zabierają je do osobnego działu, gdzie wiele takich maleństw przebywa i ludzie zaczynają je codziennie pocieszać sztucznym preparatem mlekowym (krowim), potem jeszcze sianem, paszą treściwą (nie wiadomo co zawierającą...), owsem i kiszonką. Koźlęta rosną we własnym otoczeniu, zamknięte w boksach i hali i nie widzą ani matek ani ciotek, ani samców, ani świata. Bo nie wypuszcza się ich na pastwisko, nawet, gdy majem trawa bujna i zielona, bo podobno gdzieś na zachodzie Europy komary zakażają kozy śmiertelnym wirusem i prewencja obowiązuje także u nas. Stoją więc, jedzą z rąk ludzkich (pracowników najemnych), i nabywają szczególnych nawyków (u ludzi powiedzielibyśmy: przekonań).
Tę szczególność widać szczególnie dopiero, gdy skonfrontować owo koźlątko z życiem prawdziwym i zdrowo rosnącym i rozwijającym się od lat stadem.
W efekcie żyje ono na uboczu tego stada, nie łączy się w ogóle z kozami i innymi dziećmi kozimi, ani nawet nie wykazuje żadnego tym zainteresowania. Jest flegmatyczne, powolne, istny Tadek Niejadek, przez kilka dni początkowych nie ciekawiło go pastwisko, wąchało jedynie trawę i kichało.
Trzyma się nóg pasterza/rki, i nieważne właściwie kogo, byle miał/a on/a dwie nogi. Po tygodniu o tyle się poprawiło, że Fela zaczęła rozróżniać smaki traw i ziół i zjadać niektóre z widocznym zadowoleniem. I ćwiczę ją przy pomocy Koli w reaktywności na bodźce. Jest bowiem nieposłuszna i uparta, jak rozwydrzony jedynak ludzki. Włazi w szkodę i żadne ostrzeżenia, a nawet uderzenia kijkiem w zadek nie pomagają. Wystarczy jednak, aby Kola pobiegła z impetem za nią (na rozkaz), zaczyna się żwawiej ruszać i nawet biegnie, dołączając prędko (a jednak to potrafi!) do stada. Nie bryka, nie podskakuje, nie biega radośnie, jak inne koźlęta, chowane z matkami i na koźlim mleku.
Najlepiej czuje się z Anią, która ją rozpieszcza w wolnej chwili (obecnie bardzo mało, albo i wcale jej nie ma...). Inne kozy w zagrodzeniu, w sadzie albo za oborą, a Felicja w ogródku, na tarasie, tup tup, zajada sianko, popija wodą, pcha się do mieszkania, gdzie obwąchuje miski psów i kotów, po czym zawiesza się na koszu z drewnem. Pcha się też do domu sąsiadów, to nie śmiech. Trzyma się także ich nogi. Stado pędzę gdzie indziej, a ona spokojnie zostaje przy obcych. Ludziach. Oni są jej stadem. Niestety. Bo najwięksi naturalni wrogowie przecież.
Jej instynkt jest przeinaczony, spaczony, i odłącza ją od wspólnego umysłu i mocy stada, którym kierują się tworzące je kozy. Biegnie gdzieś w krzywą przestrzeń bez celu, bo przecież - te wyrwane naturze z objęć dzieci rosną, dojrzewają, rodzą własne dzieci, pozwalają je sobie odebrać, i tak w koło macieju. I co mamy? Kozę z wielkim cycem, wiecznie zapalnym, ze słabym instynktem macierzyńskim, inteligentną, konktaktową wobec ludzi, ale wrogo nastawioną do innych kóz, nawet z własnego klanu (patrz historia naszych białasek, ich trudnego macierzyństwa, i osobisctego konfliktu Zofiji i Misi).
Co do kaczek, mają się świetnie. Rosną z dnia na dzień. Co rano oglądam nowe zmiany w kształcie i charakterze. Bawią mnie. Choć jedzą jak najęte i z rasą francuską nie mają nic wspólnego (jak na razie żadnego czarnego piórka). Zabawne stworzonka. Brudzące, owszem, z wielkim apetytem, ale z charakterem i swoistą inteligencją. Gusia je pilnie strzeże przed kurami i innymi zagrożeniami, pokazuje nowe drogi i czuwa jak anioł stróż. Widzę, że się dziewczyna realizuje jako matka-opiekunka, całkowicie. Zarzuciła także znoszenie własnych jaj.
Kresowa Zagroda
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, dążące do samowystarczalności. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
29 maja 2012
24 maja 2012
Urzędowa bomba z opóźnionym zapłonem albo niewybuch
Urząd przysłał papier. Ale wysłał go dokładnie 18 (miało być w terminie do 18, ale nie będziem się spierać z urzędowym umysłem) i dokument dotarł 21, bo w trakcie był oczywiście łykend. No, powiedzmy, że się załapał na nów khttp://www.blogger.com/img/blank.gifsiężyca i zaćmienie, widoczne na szczęście-nieszczęście tylko w Azji, co zaowocowało niesamowitym spotem reklamowym hongkongowskiej telewizji, promującym igrzyska Euro2012 w nastroju drugiej wojny światowej (niektórzy twierdzą, że trzeciej) rozgrywanej na Stadionie w Warszawie przez drużynę polską, a może raczej chińską, sądząc po rysach twarzy, do wtóru melodii "Rozszumiały się wierzby płaczące" z chińskim tekstem. Słowami nie wiadomo jakimi, ale może tylko odpowiednikiem naszych lubelskich babuszek "koko koko", kto to wie?
I co w tym dokumencie? Ano, że mamy w ciągu 2 tygodni nanieść zaznaczone poprawki w naszym wniosku. Ok, jakie one są? Ano, adres korespondencyjny w nieodpowiedniej rubryce, kod pocztowy itp. duperele. Po owych 2 tygodniach urząd zapewne w trybie jakichś swoich kolejnych proceduralnych okresów określi się względem onych i przyśle odpowiedź. Na tak albo i nie.
Tymczasem w takim razie Euro-Spoko dotrwamy i przekonamy się, czy będą te zamachy, na które wsie czekają, czy też nie. A potem zadecydujem. Czy ryzykować współpracę z tak kapryśnym, nieprzewidywalnym, flegmatycznym i nieodpowiedzialnym partnerem, czy może onże sam się załamie. Pod naporem chińskiej mądrości, która gola w bramkę wkopnęła najwcześniej ze wszystkich i bomba wzięła i wybuchła.
Na pocieszenie makaronu narobiłam wczoraj. Z kilograma mąki z biedronki i 5 jaj i szklanki wody i szczypty soli. Nie mamy co robić z jajami, więc wpadłam na pomysł makaronowy. Krojenie jeszcze mi nie wychodzi, ale co tam, to tylko wygląd. Smak za to wreszcie taki, jaki pamiętam z dzieciństwa. Moja mama długo makaron sama robiła i nauczyła mnie tego. Zarzuciła tę sztukę w latach 90-tych. Zjadłyśmy zatem na kolację świeżutki makaron z zeszłorocznymi jagodami. Nie da się opowiedzieć satysfakcji.
I co w tym dokumencie? Ano, że mamy w ciągu 2 tygodni nanieść zaznaczone poprawki w naszym wniosku. Ok, jakie one są? Ano, adres korespondencyjny w nieodpowiedniej rubryce, kod pocztowy itp. duperele. Po owych 2 tygodniach urząd zapewne w trybie jakichś swoich kolejnych proceduralnych okresów określi się względem onych i przyśle odpowiedź. Na tak albo i nie.
Tymczasem w takim razie Euro-Spoko dotrwamy i przekonamy się, czy będą te zamachy, na które wsie czekają, czy też nie. A potem zadecydujem. Czy ryzykować współpracę z tak kapryśnym, nieprzewidywalnym, flegmatycznym i nieodpowiedzialnym partnerem, czy może onże sam się załamie. Pod naporem chińskiej mądrości, która gola w bramkę wkopnęła najwcześniej ze wszystkich i bomba wzięła i wybuchła.
Na pocieszenie makaronu narobiłam wczoraj. Z kilograma mąki z biedronki i 5 jaj i szklanki wody i szczypty soli. Nie mamy co robić z jajami, więc wpadłam na pomysł makaronowy. Krojenie jeszcze mi nie wychodzi, ale co tam, to tylko wygląd. Smak za to wreszcie taki, jaki pamiętam z dzieciństwa. Moja mama długo makaron sama robiła i nauczyła mnie tego. Zarzuciła tę sztukę w latach 90-tych. Zjadłyśmy zatem na kolację świeżutki makaron z zeszłorocznymi jagodami. Nie da się opowiedzieć satysfakcji.
17 maja 2012
Barania niespodzianka
Wczoraj zaczęło się chmurzyć. Ale pogoda wytrwała do popołudnia. Choć Ania już rano, jadąc z naszą znajomą Martą od Kóz, osiedleńcem z trzeciej wsi, za Wisłę, do Jastrzębca donosiła mi, że leje i minęła burzę gdzieś w okolicach Sokołowa Podlaskiego.
Dzień był przez ten wczesny poranny wyjazd mocno poszarpany i stresujący dla mnie. Dużo fizycznej pracy. Zajrzałam w efemerydy, no, tak, Księżyc paradował przez początek znaku Barana (fizyczność, waleczność, samodzielność) w kwadraturze do mojej planetarnej obsady Koziorożca. Obliczyłam też szybko, że w okolicach czasu planowanego powrotu Ani będzie przechodził na tle Urana. - "Ho, szykuje się niespodzianka!" - pomyślałam. Ale nic innego nie przyszło mi do głowy, niż owa burza i deszcz, które szły z Polski i szły i widać ich nie było. A czekaliśmy z sąsiadami z utęsknieniem tego dżdżu, bo wszystko już akurat zostało posiane, przedwczoraj także fasola jaś i dynie, nasze i pani Wiery, na spółkę, na jej poletku za chatą.
Poradziłam sobie metodycznie i spokojnie, bez pośpiechu z karmieniem kaczek, dojeniem, mlekiem, nastawiłam ser i poszłam z kozami na trawę do pani Ziny. Zgodnie z charakterem znaku Barana jej syn właśnie zjechał z miasta i odpalił kosiarkę, aby ściąć ów trawnik, na którym kozy tak pięknie się pasły. Cóż, przeniosły się na inny nieużytek wioskowy i tam dojadły, aż nas lekki deszczyk do obejścia z powrotem zagnał.
Zapakowałam kozy do obory, nakarmiłam kaczki, z trudem usuwając z drogi Gusię, która jest w nich po prostu zakochana i je adoptowała. Mały kaczy inwalida zdechł w końcu i pochowałam go w lesie.
Nareszcie zjechała Ania. Z owego Jastrzębca, gdzie z Martą na spółkę kupowały tegorocznego koziołka alpejskiego z hodowli Instytutu Genetyki i Hodowli Zwierząt Polskiej Akademii Nauk . Wyszłam z domu i oczom nie mogłam uwierzyć. Stała, śmiejąc się i trzymając jakieś drobniutkie brązowe stworzenie z pomarańczowymi kolczykami w uszkach.
- A co to? Wzięłaś koziołka do nas? Coś się stało? - zdumiałam się i nagle zajarzyłam, że właśnie dzieje się owa planowana przez niebo niespodzianka.
- Nie - śmiała się dalej Ania.
- No, więc co to jest?
- Przyjrzyj się lepiej, patrz!
- Dziewczynka! Dokupiłaś kózkę!
- No, wreszcie zgadłaś!
I tak Felicja zjawiła się w naszej zagrodzie. Jest ponad miesiąc młodsza od naszych trzebieńców, ale miesiąc starsza od Żuczków. Mimo to Żuki jej dorównują posturą. Koźlę nie widziało nigdy pastwiska, było wcześnie odstawione od matki i karmione sztucznie, mlekowym preparatem i paszą. Co czuć, bo pachnie chemicznie.
Powstał problem gdzie ją umieścić. Koziołki zaczęły ją obwąchiwać i bombardować rogami w zbyt dużej liczbie. Zatem zdecydowałyśmy się przenieść Tynkę do boksu białasek i zostawić nabytek wespół z Melą, naszą księżniczką. Która przy rasowej urodzie nowej kózki stała się momentalnie wice-księżniczką. Dostała też imię Fela. Aby zadość się stało pewnemu mojemu twórczemu pomysłowi z lat młodzieńczych, gdy popełniłam pewne psychodeliczne opowiadanie o dwóch "siostrach" Feli i Meli.
No, i także przywiozła ze sobą deszcz. Który zasnuł niebo chmurami na dłużej. I tak mamy teraz angielską pogodę, dzięki czemu mogę cokolwiek posiedzieć przy komputerze i wszystko wam opowiedzieć.
14 maja 2012
Schrony przy okazji
Przerwa w notatkach, bo i nie ma o czym specjalnie pisać. Ochłodziło się na Ogrodników. Ania okryła sadzonki pomidorów w folii kapturkami z gazety i dobrze je podlała wieczorem. Przetrwały bez problemu. Mówiono o przymrozkach, ale do nas jakoś nie dotarły.
Urząd odwlekł proceduralny termin decyzji wiążącej jeszcze do 18. Jesteśmy właściwie na progu rezygnacji z całości projektu. Bo co, jeśli decyzja będzie jedynie wskazaniem błędów do poprawki i wejdą w życie kolejne tygodnie, a może miesiące procedur zatwierdzających? Ktoś kogoś robi na szaro, ewidentnie.
Póki co zaczęłyśmy to, na co nas stać osobiście i na co mamy już zezwolenia załatwione lub po prostu ich nie trzeba. Czyli naprawiamy podłogę w dawnym śpichlerzyku. Powstała wylewka pod kuchnię z piecem chlebowym i pod komin. Przy okazji zasklepiona została betonowa dziura odwiecznego silosa na podwórzu, w którą notorycznie wskakiwały kozy i gęś i trzeba je było wydostawać sposobem. W ten sposób powstała niechcący kolejna piwniczka zewnętrzna.
Niedawno dowiedziałam się w rozmowie z byłą właścicielką, że na siedlisku w czasie wojny były wykopane dwie dziury w ziemi zakryte deskami przysypanymi ziemią, które służyły za schron rodzinie podczas przechodzenia wojsk, raz niemieckich, raz ruskich. I okolicznych potyczek niemiecko-rosyjskich. ("Nas nie zaczepiali", no, ale raz pocisk wybuchł na tyle blisko, że podmuch wywalił okno od wschodniej strony, które zostało z grubsza załatane, ale dopiero my ubytek naprawiłyśmy porządnie). Właśnie potem zrobiono w jednej ów silos, a w drugiej w latach 60-tych sklep, czyli ziemiankę, czyli piwnicę zewnętrzną. W razie czego zatem mamy dwa schrony...
Kaczęta rosną i są teraz w fazie brzydactw. Chłodne dni spędzają w zagródce w koziarni, na ściółce z siana i słomy. Bardzo nie lubią, gdy jest brudno i mokro wokół nich, krzyczą wtedy razem wniebogłosy. A paskudzą i wychlapują wodę wyjątkowo prędko.
A poza tym na sąsiednim blogu koniarskim pan Jacek zamieścił wpis, do którego i ja się nieco przyczyniłam, oddając się wspomnieniom.
Urząd odwlekł proceduralny termin decyzji wiążącej jeszcze do 18. Jesteśmy właściwie na progu rezygnacji z całości projektu. Bo co, jeśli decyzja będzie jedynie wskazaniem błędów do poprawki i wejdą w życie kolejne tygodnie, a może miesiące procedur zatwierdzających? Ktoś kogoś robi na szaro, ewidentnie.
Póki co zaczęłyśmy to, na co nas stać osobiście i na co mamy już zezwolenia załatwione lub po prostu ich nie trzeba. Czyli naprawiamy podłogę w dawnym śpichlerzyku. Powstała wylewka pod kuchnię z piecem chlebowym i pod komin. Przy okazji zasklepiona została betonowa dziura odwiecznego silosa na podwórzu, w którą notorycznie wskakiwały kozy i gęś i trzeba je było wydostawać sposobem. W ten sposób powstała niechcący kolejna piwniczka zewnętrzna.
Niedawno dowiedziałam się w rozmowie z byłą właścicielką, że na siedlisku w czasie wojny były wykopane dwie dziury w ziemi zakryte deskami przysypanymi ziemią, które służyły za schron rodzinie podczas przechodzenia wojsk, raz niemieckich, raz ruskich. I okolicznych potyczek niemiecko-rosyjskich. ("Nas nie zaczepiali", no, ale raz pocisk wybuchł na tyle blisko, że podmuch wywalił okno od wschodniej strony, które zostało z grubsza załatane, ale dopiero my ubytek naprawiłyśmy porządnie). Właśnie potem zrobiono w jednej ów silos, a w drugiej w latach 60-tych sklep, czyli ziemiankę, czyli piwnicę zewnętrzną. W razie czego zatem mamy dwa schrony...
Kaczęta rosną i są teraz w fazie brzydactw. Chłodne dni spędzają w zagródce w koziarni, na ściółce z siana i słomy. Bardzo nie lubią, gdy jest brudno i mokro wokół nich, krzyczą wtedy razem wniebogłosy. A paskudzą i wychlapują wodę wyjątkowo prędko.
A poza tym na sąsiednim blogu koniarskim pan Jacek zamieścił wpis, do którego i ja się nieco przyczyniłam, oddając się wspomnieniom.
9 maja 2012
Schłodzenie
Tuż po pełni 6 maja 30-stopniowy upał zelżał i pojawiło się ochłodzenie. I nieco deszczu spadło, i troszeczkę zagrzmiało, tak symbolicznie bardziej, niż burzowo. W nocy zapowiadano przymrozki, więc przetrzymałyśmy kupione sadzonki pomidorów w łazience. Dziś zaczęło robić się cieplej, więc Ania umieściła je już w ziemi pod folią.
Jedna kaczuszka nie rośnie. Dostaje czasem drgawek. Reszta ma się świetnie, rośnie w oczach i domaga się jedzenia dosłownie co pół godziny (w dzień, w nocy na szczęście już śpi). Z kaszy przeszły na ziemniaki, tłuczone z dodatkiem paszy dla małego drobiu i czasem dodatkami w rodzaju gotowanego jajka, twarogu, serwatki lub zsiadłego mleka.
Dokupiłyśmy zatem dwa worki ziemniaków-sadzeniaków, które na targu chodzą po 20 groszy za kilogram i rolnicy proszą się, aby kupić. Mają nadmiar, bo w zeszłym roku obrodziły.
Kozy pasą się od rana do zmierzchu na świeżutkiej bujnej trawie i mleczu. Sprzyja to kontaktom sąsiedzkim i rozmowom przy drodze i ogrodzeniach. O zdrowiu (nasi staruszkowie mają jakby coraz więcej dolegliwości, ale trzymają się dzielnie) i o zwierzętach. I o różnych rolniczych doświadczeniach, w hodowli i uprawie tego i owego. I o przetworach tego i owego. I smakach, apetytach, przepisach. O polityce nie. Ani o końcu świata też.
Jedna kaczuszka nie rośnie. Dostaje czasem drgawek. Reszta ma się świetnie, rośnie w oczach i domaga się jedzenia dosłownie co pół godziny (w dzień, w nocy na szczęście już śpi). Z kaszy przeszły na ziemniaki, tłuczone z dodatkiem paszy dla małego drobiu i czasem dodatkami w rodzaju gotowanego jajka, twarogu, serwatki lub zsiadłego mleka.
Dokupiłyśmy zatem dwa worki ziemniaków-sadzeniaków, które na targu chodzą po 20 groszy za kilogram i rolnicy proszą się, aby kupić. Mają nadmiar, bo w zeszłym roku obrodziły.
Kozy pasą się od rana do zmierzchu na świeżutkiej bujnej trawie i mleczu. Sprzyja to kontaktom sąsiedzkim i rozmowom przy drodze i ogrodzeniach. O zdrowiu (nasi staruszkowie mają jakby coraz więcej dolegliwości, ale trzymają się dzielnie) i o zwierzętach. I o różnych rolniczych doświadczeniach, w hodowli i uprawie tego i owego. I o przetworach tego i owego. I smakach, apetytach, przepisach. O polityce nie. Ani o końcu świata też.
6 maja 2012
Krótko o długim łykendzie
Długi łykend za nami, choć nie nasz. Było nieco towarzyskiego zawirowania dzień po dniu, nakładającego się na tradycyjne 1-majowe sadzenie ziemniaków oraz codzienne serowarzenie i pasienie kóz. W upale. Z napojów tequila, czerwone wino, piwo i nalewka zmiękczały serca. Ale i pokazywały słabości, głównie u śpiochów. A z mięs grillowanych najlepsza okazuje się, jak na mój gust koźlęcina.
Kwitnie sad jabłoniowy. Nie ma nic szczęśliwszego, niż pogadać z sąsiadką przy płocie pod gałęziami białych kwiatów huczącymi od pszczół.
Kaczusie rosną równie szczęśliwie.
Kwitnie sad jabłoniowy. Nie ma nic szczęśliwszego, niż pogadać z sąsiadką przy płocie pod gałęziami białych kwiatów huczącymi od pszczół.
Kaczusie rosną równie szczęśliwie.
30 kwietnia 2012
Praca widzialna i nie
Zdecydowanie nie lubię upałów. Większość czasu spędzam teraz w zacienionym i chłodnym domu, przy gospodarskich zajęciach (oprócz dojenia sprzątanie, karmienie kotów i psów, zmywanie, praca z mlekiem i serowarzenie, wynoszenie popiołu, przynoszenie opału, palenie w piecu, gotowanie, znów zmywanie, zamiatanie, mopowanie itp.). Są one tego typu, że ich "nie widać". Tzn. gdy nie widać, że coś było robione, to właśnie jest posprzątane i zagrzane i mnóstwo czynności zostało włożonych w ów chwiejny stan oczyszczenia. Niestety, zazwyczaj reszta domowników, tzn. ci którzy tego nie robią, uważają, że ktoś, kto siedzi w domu i pilnuje porządku właśnie "nic nie robi", leni się, wypoczywa. No, bo nic nie widać zrobionego. Oj, mieliby się z pyszna, gdyby tak zastrajkować! i naprawdę przestać wykonywać to, co zwykle.
Oczywiście, ma się to jakoś do schematu, że mężczyzna przynosi "ciężko zarobione" pieniądze do domu, za które jego żona wypoczywa w czyściutkim domu. Owa czystość spada z nieba, posiłki gotują się i podają same, kurze same się ścierają, statki zmywają, ubrania piorą, suszą i prasują, dzieci nakarmione i umyte, z odrobionymi lekcjami wychodzą do szkoły i wracają z niej pod opieką, itd. itp. W dzisiejszych czasach trochę ten schemat się rozluźnił i pozmieniał, zwłaszcza w Mieście, często zależny jest od temperamentu, a nie od płci. Na wsi tradycyjne role wymusza sama przyroda i fizyka ciała. Ale główna zasada jakoś nie zmienia się. Domownicy zewnętrzni, czyli ci nastawieni ekstrawertycznie ku światu i pracujący w widoczny i wyczuwalny (na koncie bankowym i prestiżowo) sposób, bardzo rzadko zajmują się sprawami wewnętrznymi, choćby dla oddechu. Lekceważą też pracę tych drugich-wewnętrznych, często też skłonni są wytykać mankamenty ich codziennej krzątaniny. W stylu: "Nie pracujesz, nie zarabiasz, nic nie robisz, choćbyś kurz z lampy starł/a!"...
Tak nawiasem mówiąc, tego rodzaju tekst najczęstszy jest w ustach mężczyzny-pedanta-dominanta (to typ, którego osobiście nie cierpię i nie ma go wśród moich bliskich męskich znajomych wcale) oraz w ustach... teściowych, gloryfikujących w oczach swych utraconych synów własną osobę jako wzór super-kobiety (te znam z opowieści koleżanek i kobiet z rodziny).
Ja mam lepiej, ale czy tak bardzo?
Krótki wzrok sprawia, że nie do-widzę kurzu w różnych zakamarkach, tak samo na lampie jak na podłodze (na czworakach nie chodzę). Wprawia mnie to w okropny stres, gdy nagle spojrzę, a dzieje się to np. w trakcie wizyty jakiegoś gościa. A poza tym i ja, choć introwertyczka z natury, mam swoje zewnętrzne zajęcia i zainteresowania, które czasu wymagają. A że nie biegam wtedy po ludziach, nie załatwiam setki spraw, nie dźwigam ton ciężarów, nie wbijam gwoździ, niczego nie reprezentuję, to już nie moja "wina". Z mokrymi od ciągłego maczania w różnych płynach rękami zasiadam do komputera (przed laty była to maszyna do pisania) w biegu, z jakąś myślą, pomysłem rozwiązania Tajemnicy Wszechświata albo Istotnym zapytaniem, na kilka albo kilkanaście minut w ciągu dnia pracy. Skupiona na jednym, zapominam o drugim i trzecim. No, należę do roztargnionych. Mogłabym czasem pomylić kapelusz z parasolem. To sprawia, że moje główne domowe zajęcie mimo wszystko nie jest wykonywane z powołaniem i odpowiednią atencją, ot, na odwal się. Przykro mi, wstyd mi, ale to prawda i już, fakt.
Ania, która należy do ekstrawertyków, i większość czasu zajmuje się najpilniejszymi sprawami poza domem (pole, pasienie kóz, remonty, organizowanie, zakupy, urzędy, interesy różnego typu i zajęcia kulturalne) czasem miewa natchnienie domowe, czyli introwertyczne. A to coś upichci, upiecze (moja bardzo słaba strona), a nawet posprząta szybko i sprawnie. Nie traci jednak czasu na rozmyślania inne, niż rozgryzanie tajemnicy jakiegoś ściegu czy splotu, albo kroju. Działamy w różnych kierunkach, choć z podobnym temperamentem. Bo i ona bywa roztargniona i zapomina, zwłaszcza, gdzie coś ważnego ukryła, aby nie zgubić.
Z innych faktów: kozy w miarę rośnięcia trawy, dają coraz więcej mleka. Żuczki od Gwiazdy zostały odstawione właśnie do boksu młodzieżowego. Wczoraj, w oka mgnieniu zakwitły śliwy i czeremchy w naszym przydomowym ogródku, po dwie. Grillujemy (zamiast gotowania obiadu) pośród aromatu drzew i brzęczenia pyłkolubnych owadów. Kaczęta rosną przy nas szczęśliwie, wyzbywając się anielskiego puchu i wyglądają już jak mało zgrabne wyskubki.
I tyle relacji z codzienności na wsi.
Oczywiście, ma się to jakoś do schematu, że mężczyzna przynosi "ciężko zarobione" pieniądze do domu, za które jego żona wypoczywa w czyściutkim domu. Owa czystość spada z nieba, posiłki gotują się i podają same, kurze same się ścierają, statki zmywają, ubrania piorą, suszą i prasują, dzieci nakarmione i umyte, z odrobionymi lekcjami wychodzą do szkoły i wracają z niej pod opieką, itd. itp. W dzisiejszych czasach trochę ten schemat się rozluźnił i pozmieniał, zwłaszcza w Mieście, często zależny jest od temperamentu, a nie od płci. Na wsi tradycyjne role wymusza sama przyroda i fizyka ciała. Ale główna zasada jakoś nie zmienia się. Domownicy zewnętrzni, czyli ci nastawieni ekstrawertycznie ku światu i pracujący w widoczny i wyczuwalny (na koncie bankowym i prestiżowo) sposób, bardzo rzadko zajmują się sprawami wewnętrznymi, choćby dla oddechu. Lekceważą też pracę tych drugich-wewnętrznych, często też skłonni są wytykać mankamenty ich codziennej krzątaniny. W stylu: "Nie pracujesz, nie zarabiasz, nic nie robisz, choćbyś kurz z lampy starł/a!"...
Tak nawiasem mówiąc, tego rodzaju tekst najczęstszy jest w ustach mężczyzny-pedanta-dominanta (to typ, którego osobiście nie cierpię i nie ma go wśród moich bliskich męskich znajomych wcale) oraz w ustach... teściowych, gloryfikujących w oczach swych utraconych synów własną osobę jako wzór super-kobiety (te znam z opowieści koleżanek i kobiet z rodziny).
Ja mam lepiej, ale czy tak bardzo?
Krótki wzrok sprawia, że nie do-widzę kurzu w różnych zakamarkach, tak samo na lampie jak na podłodze (na czworakach nie chodzę). Wprawia mnie to w okropny stres, gdy nagle spojrzę, a dzieje się to np. w trakcie wizyty jakiegoś gościa. A poza tym i ja, choć introwertyczka z natury, mam swoje zewnętrzne zajęcia i zainteresowania, które czasu wymagają. A że nie biegam wtedy po ludziach, nie załatwiam setki spraw, nie dźwigam ton ciężarów, nie wbijam gwoździ, niczego nie reprezentuję, to już nie moja "wina". Z mokrymi od ciągłego maczania w różnych płynach rękami zasiadam do komputera (przed laty była to maszyna do pisania) w biegu, z jakąś myślą, pomysłem rozwiązania Tajemnicy Wszechświata albo Istotnym zapytaniem, na kilka albo kilkanaście minut w ciągu dnia pracy. Skupiona na jednym, zapominam o drugim i trzecim. No, należę do roztargnionych. Mogłabym czasem pomylić kapelusz z parasolem. To sprawia, że moje główne domowe zajęcie mimo wszystko nie jest wykonywane z powołaniem i odpowiednią atencją, ot, na odwal się. Przykro mi, wstyd mi, ale to prawda i już, fakt.
Ania, która należy do ekstrawertyków, i większość czasu zajmuje się najpilniejszymi sprawami poza domem (pole, pasienie kóz, remonty, organizowanie, zakupy, urzędy, interesy różnego typu i zajęcia kulturalne) czasem miewa natchnienie domowe, czyli introwertyczne. A to coś upichci, upiecze (moja bardzo słaba strona), a nawet posprząta szybko i sprawnie. Nie traci jednak czasu na rozmyślania inne, niż rozgryzanie tajemnicy jakiegoś ściegu czy splotu, albo kroju. Działamy w różnych kierunkach, choć z podobnym temperamentem. Bo i ona bywa roztargniona i zapomina, zwłaszcza, gdzie coś ważnego ukryła, aby nie zgubić.
Z innych faktów: kozy w miarę rośnięcia trawy, dają coraz więcej mleka. Żuczki od Gwiazdy zostały odstawione właśnie do boksu młodzieżowego. Wczoraj, w oka mgnieniu zakwitły śliwy i czeremchy w naszym przydomowym ogródku, po dwie. Grillujemy (zamiast gotowania obiadu) pośród aromatu drzew i brzęczenia pyłkolubnych owadów. Kaczęta rosną przy nas szczęśliwie, wyzbywając się anielskiego puchu i wyglądają już jak mało zgrabne wyskubki.
I tyle relacji z codzienności na wsi.
28 kwietnia 2012
Wiosenne koktanie
Zaczynają się upały. Owady jak oszalałe latają w słońcu brzęcząc wielkimi głosami. Bąki, pszczoły i szerszenie zbierają pyłek z zakwitłej olchy i klonu koło chaty. Przy okazji zdarza się, że błądzą do wnętrza domu. Wypuszczam je ofiarnie uchylając okna.
Kaczuszki poszły dziś pierwszy raz na dwór. Dłuższy czas opalały się w pudle, potem, na koniec wypuściłyśmy je na krótko, przy zmienianiu podściółki. Poruszały się prześmiesznie zwartą żółtą i ciekawską gromadką. Apetyt im po tej wycieczce wzrósł w dwójnasób.
Obiad był na tarasie. Koźlęcina z grilla. Przepyszna sprawa. W przyprawie tybetańskiej, którąśmy od naszych czeremszańskich gwiazd folkowych, które podbiły Nepal niedawno, dostały w prezencie.
Całe popołudnie potem szalałyśmy w stodole, wyciągając na zewnątrz stos gratów i samych najniezbędniejszych narzędzi, aby urządzić miejsce dla kwoki. Połowa z tych niezbędności wyląduje wreszcie na śmietniku. Właścicielka dojrzała do tej ostatecznej decyzji. W czym ją wspieram z całej siły.
I o przedwieczornej godzinie nasadziłyśmy w drewnianej skrzynce nakrytej koszem kwokę na 8 jajach... perliczych. To wszystko "z winy" Marty z trzeciej wsi, która chciała nam odsprzedać zbędnego jej już perlika. Po namyśle stwierdziłyśmy, że byłby samotny i nie wiadomo jak by go kury w kurniku przyjęły, w tym przede wszystkim koguty. Ale pomysł na urozmaicenie drobiazgu nam się ostał. I zaraz się okazało, że pani Nina nazbierała już jajek od szarych perliczek ze swojego stadka i akurat usiadła jej kura. Pożyczyła nam ową kwokę, dała jaj, za co odwdzięczamy się wymianą innych wartości. No, to siedzi. Odnotowuję datę dla pamięci. Perliczki wysiadują jaja tydzień dłużej, niż kury, 27 dni, prawie pełny miesiąc księżycowy.
Zaś nasze zielononożne wciąż ani myślą zasiąść. Niosą się jednak w 100 procentach. Być może długa przerwa zimowa w nieśności sprawiła, że teraz muszą nadrobić tamten czas i znieść określoną ilość jaj, zanim instynkt się odezwie. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę.
Kaczuszki poszły dziś pierwszy raz na dwór. Dłuższy czas opalały się w pudle, potem, na koniec wypuściłyśmy je na krótko, przy zmienianiu podściółki. Poruszały się prześmiesznie zwartą żółtą i ciekawską gromadką. Apetyt im po tej wycieczce wzrósł w dwójnasób.
Obiad był na tarasie. Koźlęcina z grilla. Przepyszna sprawa. W przyprawie tybetańskiej, którąśmy od naszych czeremszańskich gwiazd folkowych, które podbiły Nepal niedawno, dostały w prezencie.
Całe popołudnie potem szalałyśmy w stodole, wyciągając na zewnątrz stos gratów i samych najniezbędniejszych narzędzi, aby urządzić miejsce dla kwoki. Połowa z tych niezbędności wyląduje wreszcie na śmietniku. Właścicielka dojrzała do tej ostatecznej decyzji. W czym ją wspieram z całej siły.
I o przedwieczornej godzinie nasadziłyśmy w drewnianej skrzynce nakrytej koszem kwokę na 8 jajach... perliczych. To wszystko "z winy" Marty z trzeciej wsi, która chciała nam odsprzedać zbędnego jej już perlika. Po namyśle stwierdziłyśmy, że byłby samotny i nie wiadomo jak by go kury w kurniku przyjęły, w tym przede wszystkim koguty. Ale pomysł na urozmaicenie drobiazgu nam się ostał. I zaraz się okazało, że pani Nina nazbierała już jajek od szarych perliczek ze swojego stadka i akurat usiadła jej kura. Pożyczyła nam ową kwokę, dała jaj, za co odwdzięczamy się wymianą innych wartości. No, to siedzi. Odnotowuję datę dla pamięci. Perliczki wysiadują jaja tydzień dłużej, niż kury, 27 dni, prawie pełny miesiąc księżycowy.
Zaś nasze zielononożne wciąż ani myślą zasiąść. Niosą się jednak w 100 procentach. Być może długa przerwa zimowa w nieśności sprawiła, że teraz muszą nadrobić tamten czas i znieść określoną ilość jaj, zanim instynkt się odezwie. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę.
24 kwietnia 2012
Pusty bieg Księżyca
Wczoraj od rana do 19 godziny Księżyc szedł po niebie w tzw. pustym biegu. Astrologowie przestrzegają wtedy przed rozpoczynaniem czegokolwiek, gdyż nie ma owo działanie szans na szczęśliwe zakończenie. Tymczasem czekałyśmy na ważne pismo kończące procedurę czekania, z urzędu, po którym można by zacząć remont ostatniego budynku w naszym obejściu. Czekając rozpoczęłyśmy opróżnianie z gratów pracowni, przewożąc je pracowicie taczką do lamusa. Na koniec nadjechał listonosz, pismo dostarczył i okazało się, że urząd działa teraz na pustym biegu i wiążącą odpowiedź przyśle dopiero po długim weekendzie, nie wyrobił się bowiem w czasie... Jakoś to bardziej urzędowo ujęto, ale sens przekazuję taki, jak jest naprawdę.
I niedługo potem pojawiła się mocno zaaferowana pani Marusia, mająca problemy językowe z dogadaniem się przez telefon z kierownikiem wylęgarni, w której zamówiła wcześniej partię gąsiątek. Bardzo jej zależało na gąskach. Hoduje je co roku, zostawiając parkę na zimę, która odradza stado na wiosnę. Jednak w zeszłym roku nic z tego nie wyszło, mimo, że zostawiła trzy "huski" i jednego "husaka". Husak wielki gieroj był, "ha, ha, ha!" - głośno krzyczał i syczał, ale co do husek, nie grał z nimi. Nie interesowały go w ogóle. Kiedy jedna huska usiadła na jajach okazało się, że są puste. Husak poszedł pod nóż. I wtedy okazało się, że miał "jajiczka malienkije kak zierno boba"...
- Da, ja nie znała pacziemu niekataryje nie choczut żeniatsa, no, tiepier uże znaju - uśmiechnęła się pani Marusia.
I w narzekania, że na Białorusi w inkubatorze (oni tak wylęgarnię nazywają) mnogo husok, ale przewieźć przez granicę nie można. A w Polsce husok mało, drogie (11 złotych sztuka) i nie można dostać, nawet, gdy zadatek się dało, tak jak ona. Dogadała się jednak z kierownikiem, że zamiast husok kaczki jej sprzeda, tuczne, francuskie. Po 8. Tylko źle zrozumiała i zamiast na 18 pojechała wczoraj z samego rana do miasta, gdy kaczek jeszcze nie było. Na pusto wróciła i teraz po pomoc w porozumieniu się przyszła.
W efekcie, niespodziewanie, gdy Księżyc właśnie z pustego biegu wszedł w pełny, tj. w aspekt planetarny na niebie w nowym znaku zodiaku, ok. 19 (bośmy się jeszcze zajęły przenoszeniem reszty gratów), Ania dogadała się z kierownikiem wylęgarni, że można dziś przyjechać jeszcze, bo urzęduje do 20, kaczki są i czekają. Niewiele myśląc, wsiadły obie z panią Marusią w samochód i w nieco ponad godzinę przywiozły "ciplonki" do domów. I tak niespodziewanie karmimy od wczoraj 10 kaczek francuskich. W wielkim nie-pustym pudle, ustawionym na ciepłej kuchni.
I niedługo potem pojawiła się mocno zaaferowana pani Marusia, mająca problemy językowe z dogadaniem się przez telefon z kierownikiem wylęgarni, w której zamówiła wcześniej partię gąsiątek. Bardzo jej zależało na gąskach. Hoduje je co roku, zostawiając parkę na zimę, która odradza stado na wiosnę. Jednak w zeszłym roku nic z tego nie wyszło, mimo, że zostawiła trzy "huski" i jednego "husaka". Husak wielki gieroj był, "ha, ha, ha!" - głośno krzyczał i syczał, ale co do husek, nie grał z nimi. Nie interesowały go w ogóle. Kiedy jedna huska usiadła na jajach okazało się, że są puste. Husak poszedł pod nóż. I wtedy okazało się, że miał "jajiczka malienkije kak zierno boba"...
- Da, ja nie znała pacziemu niekataryje nie choczut żeniatsa, no, tiepier uże znaju - uśmiechnęła się pani Marusia.
I w narzekania, że na Białorusi w inkubatorze (oni tak wylęgarnię nazywają) mnogo husok, ale przewieźć przez granicę nie można. A w Polsce husok mało, drogie (11 złotych sztuka) i nie można dostać, nawet, gdy zadatek się dało, tak jak ona. Dogadała się jednak z kierownikiem, że zamiast husok kaczki jej sprzeda, tuczne, francuskie. Po 8. Tylko źle zrozumiała i zamiast na 18 pojechała wczoraj z samego rana do miasta, gdy kaczek jeszcze nie było. Na pusto wróciła i teraz po pomoc w porozumieniu się przyszła.
W efekcie, niespodziewanie, gdy Księżyc właśnie z pustego biegu wszedł w pełny, tj. w aspekt planetarny na niebie w nowym znaku zodiaku, ok. 19 (bośmy się jeszcze zajęły przenoszeniem reszty gratów), Ania dogadała się z kierownikiem wylęgarni, że można dziś przyjechać jeszcze, bo urzęduje do 20, kaczki są i czekają. Niewiele myśląc, wsiadły obie z panią Marusią w samochód i w nieco ponad godzinę przywiozły "ciplonki" do domów. I tak niespodziewanie karmimy od wczoraj 10 kaczek francuskich. W wielkim nie-pustym pudle, ustawionym na ciepłej kuchni.
22 kwietnia 2012
Zawalona niedziela
Prazdnikowa niedziela, ciepła, słoneczna, o tyle okazała się niebywała, że wsiąknęłyśmy na wiosce już zaraz po dojeniu i południe nas wypluło z objęć Starszyzny już w całkiem dobrze podkręconym humorze. Dobrze, że wczoraj Ania upiekła ciasto przekładane kremem i było z czym wyjść do ludzi.
A zaraz po południu nasz sąsiad zza lasa się pojawił i tak całe popołudnie zbiegło na miłym tarasowaniu przy cebulowej zupie i herbacie tybetańskiej w czajniczku parzonej, polewanej do pozostałej części owego słodkiego przekładańca. Oraz na rozważaniach osiedleńczych. Czyli dyskusjach o remontach, majstrach, metodach, celach, targetach i sposobach okiełznania po swojemu dzikiej bestii zwanej Zarabianiem na Wsi.
Niewiele żeśmy wymyślili, co najwyżej podzieliśmy się własnymi wnioskami już wyciągniętymi z rozmaitych konfrontacji marzeń i życzeń z rzeczywistością.Naszym wnioskiem jest: zarabiać na czym się da i co tylko się umie robić. Fantazjować i przekazywać fantazje dalej. Radzić sobie samemu w czym się da. Umieć cieszyć się małym. Nie liczyć na wielki zysk. Dobrze, jeśli nakład się zwróci. Wykorzystywać dary ziemi, sadzić, hodować, zbierać, to daje jedzenie i opał, czyli konkretne oszczędności. Pracować, nie lenić się. Wcielać w życie co się akurat pozwala wcielić. Uczyć się nowych rzeczy. Mieć otwarte spojrzenie i szeroki rozmach. To sprawia, że się jakoś kręci i nie zawala.
A zaraz po południu nasz sąsiad zza lasa się pojawił i tak całe popołudnie zbiegło na miłym tarasowaniu przy cebulowej zupie i herbacie tybetańskiej w czajniczku parzonej, polewanej do pozostałej części owego słodkiego przekładańca. Oraz na rozważaniach osiedleńczych. Czyli dyskusjach o remontach, majstrach, metodach, celach, targetach i sposobach okiełznania po swojemu dzikiej bestii zwanej Zarabianiem na Wsi.
Niewiele żeśmy wymyślili, co najwyżej podzieliśmy się własnymi wnioskami już wyciągniętymi z rozmaitych konfrontacji marzeń i życzeń z rzeczywistością.Naszym wnioskiem jest: zarabiać na czym się da i co tylko się umie robić. Fantazjować i przekazywać fantazje dalej. Radzić sobie samemu w czym się da. Umieć cieszyć się małym. Nie liczyć na wielki zysk. Dobrze, jeśli nakład się zwróci. Wykorzystywać dary ziemi, sadzić, hodować, zbierać, to daje jedzenie i opał, czyli konkretne oszczędności. Pracować, nie lenić się. Wcielać w życie co się akurat pozwala wcielić. Uczyć się nowych rzeczy. Mieć otwarte spojrzenie i szeroki rozmach. To sprawia, że się jakoś kręci i nie zawala.
19 kwietnia 2012
Prazdnik trwa
Jest dość chłodno, w dzień jakieś 12, w nocy 2-3 stopnie, ale za to często wilgotno i rosi wiosenny deszcz. Sprzyja to zielenieniu się pierwszej trawy i liści na niektórych drzewach i krzewach (czeremcha, bez). Ku radości drobiu i kóz. Inspekt, w dzień otwarty, chłonie niebiańską wodę.
Wciąż budujemy warzywniak. Powstaje spora, okrągła wzniesiona grządka blisko spirali, na którą wczoraj zwiozłyśmy z innego miejsca w obejściu mnóstwo spróchniałego drewna, odrzutów z rozbiórki starej chaty i obory. Przez dwa sezony drewno pięknie zmiękło i zbutwiało, a nawet zaczęło się rozsypywać w rekach, super wkład na grządkę.
Spróbowałyśmy także pierwszych liści czosnku niedźwiedziego, na surowo to coś wspaniale aromatycznego, z ostrym czosnkowym posmakiem, który ginie przy suszeniu.
Truskawki posadzone przed zimą przyjęły się jak jeden mąż. Dorobiłam jeszcze drugą grządkę i Ania wysadziła tam resztę sadzonek, które przetrwały zimę w lamusie. Posiałam także trochę poziomek. Poziomki to fajna sprawa w przydomowym ogródku. Owocują cały sezon, do jesieni, są odporne na różną pogodę, zatem codziennie można sobie zerwać kubeczek i zjeść świeże witaminki.
Poza tym prazdnik na wiosce wciąż trwa, tradycyjnie cały tydzień wielkanocny to święto. Co prawda nie ma już specjalnych liturgii, przynajmniej w naszej cerkwi, ale ludzie starają się nie pracować. Dawniej także zaczynali każdy z siedmiu dni zjedzeniem cząstki święconki wielkanocnej, aby podkreślić świąteczny czas.
Wczoraj zostałyśmy z tej okazji ugoszczone przez Starszyznę przesmacznymi świątecznymi wypiekami z pieca chlebowego i swojską wędliną. Stąd wiem, że u pani Marusi już sałata w folii wzeszła. Tymczasem u nas folia wciąż jeszcze nietknięta stoi. Ale spokojnie, spokojnie, jak mawia nasz sąsiad: TO NIE WYŚCIGI, zawtra toż bude den`.
Wciąż budujemy warzywniak. Powstaje spora, okrągła wzniesiona grządka blisko spirali, na którą wczoraj zwiozłyśmy z innego miejsca w obejściu mnóstwo spróchniałego drewna, odrzutów z rozbiórki starej chaty i obory. Przez dwa sezony drewno pięknie zmiękło i zbutwiało, a nawet zaczęło się rozsypywać w rekach, super wkład na grządkę.
Spróbowałyśmy także pierwszych liści czosnku niedźwiedziego, na surowo to coś wspaniale aromatycznego, z ostrym czosnkowym posmakiem, który ginie przy suszeniu.
Truskawki posadzone przed zimą przyjęły się jak jeden mąż. Dorobiłam jeszcze drugą grządkę i Ania wysadziła tam resztę sadzonek, które przetrwały zimę w lamusie. Posiałam także trochę poziomek. Poziomki to fajna sprawa w przydomowym ogródku. Owocują cały sezon, do jesieni, są odporne na różną pogodę, zatem codziennie można sobie zerwać kubeczek i zjeść świeże witaminki.
Poza tym prazdnik na wiosce wciąż trwa, tradycyjnie cały tydzień wielkanocny to święto. Co prawda nie ma już specjalnych liturgii, przynajmniej w naszej cerkwi, ale ludzie starają się nie pracować. Dawniej także zaczynali każdy z siedmiu dni zjedzeniem cząstki święconki wielkanocnej, aby podkreślić świąteczny czas.
Wczoraj zostałyśmy z tej okazji ugoszczone przez Starszyznę przesmacznymi świątecznymi wypiekami z pieca chlebowego i swojską wędliną. Stąd wiem, że u pani Marusi już sałata w folii wzeszła. Tymczasem u nas folia wciąż jeszcze nietknięta stoi. Ale spokojnie, spokojnie, jak mawia nasz sąsiad: TO NIE WYŚCIGI, zawtra toż bude den`.
16 kwietnia 2012
Kilka uwag o integracji Mieszczucha ze Wsią
Na Wiosce wytrzymują tylko ci z Miast, którym samotność nie jest straszna. Którzy sobie radzą, umieją pracować i są szczerzy wobec otoczenia (czyt. prostolinijni). Prostolinijność to chyba trudny temat, skomplikowany, w każdym razie w umyśle Mieszczucha. Tzn. nie zdaje on sobie sprawy, że ma problem, dopóki nie stanie wobec Wioskowych, pytających go o podstawowe rzeczy i zagadnienia, najważniejsze dla nich. Tak ważne, że na ich podstawie klasyfikuje się człowieka, wsadza w odpowiednią szufladkę i od tej chwili ma się z głowy trudność rozróżnienia.
Nie wiem dokładnie jak jest teraz na wioskach w zachodniej Polsce. Na Podlasiu najważniejszym (pierwszym) pytaniem jest: Jakiej jesteś wiary? Czy katolik? Czy prawosławny? A może jehowiec?
Dopiero po ustaleniu przynależności religijnej (he, a zatem podlegania takiemu czy innemu KALENDARZOWI ŚWIĄT, tj. pory liturgii i potem biesiad towarzyskich) Wioskowi zaczynają ciekawić się wszystkim innym. Czyli skąd, dlaczego, a po co, jaki stan cywilny, kto znaczny w rodzinie itd. itp.
Kiedy już się te podstawowe informacje puści w obieg powszechny na Wiosce, można odetchnąć i zacząć czekać na jakieś towarzyskie akcje zwrotne od strony miejscowych. Jeśli ktoś ich nie puści (bo w Mieście nie jest to wymagane, więc naturalnym odruchem wielu Mieszczuchów jest wzruszenie ramion i zamilknięcie na taką bezczelną ciekawość), albo poda sfałszowane, np. ze względu na wnioski wyciągnięte z dawno temu przeczytanych "Chłopów" Reymonta, tj. z obawy przed wywiezieniem jak Jagny na taczce gnoju za obręb wioski z powodu przekroczenia różnych pierwotnych obyczajowych tabu i gorszenia innych we wspólnocie, to musi się liczyć, że prędzej czy później sprawy się rypną i prawda (tj. ta uwieczniona w papierach) wyjdzie na jaw. Łoj, łatwo to przychodzi na Wsi. Swój swego zna, urzędy są dostępne od prywatnej strony i informacje tamtędy przepływają z czasem bez trudu w kierunku osobistym. A jak już raz ruszą, to nie ma zatrzymania innego, niż znudzenie tematem...
Ale o czym to ja? A, o pracy i pracowitości...
Otóż, dawno temu mawiało się, że cnotą duchownego jest miłosierdzie, rycerza - waleczność, mieszczanina - oszczędność, a chłopa - pracowitość. Otóż jest to nadal prawda, choć rozróżnienie stanów społecznych, w umysłach zwłaszcza współczesnej młodzieży mocno zanikło. Jeśli Mieszczuch, i do tego najczęściej inteligent (o zgrozo!) pojawia się na Wsi, zamieszkuje na niej i pośród wioskowych ludzi to musi wiedzieć, że będzie oceniany przede wszystkim pod kątem pracowitości. Nie, wcale nie bogactwa (to też, ale całkiem inaczej, niż się kasiasty Mieszczuch spodziewa), ale wydajności fizycznej, spędzania wielu godzin przy własnoręcznym budowaniu i organizowaniu swojej przestrzeni, a potem jej eksploatowaniu codziennym.
Coś wiem o tym, bo wstaję (z wielkim trudem!) o ósmej rano do dojenia kóz. Gdy miejscowi już od wielu godzin są na nogach i do przodu z wieloma czynnościami, które ja potem gonię dramatycznie w ciągu dnia. I chyba nigdy, niestety nie dogonię.
Takie zajęcia jak siedzenie przy komputerze, pisanie, i inne "sr... w banię" budzi w tutejszych tylko wzruszenie ramion. To nie jest praca, proszę państwa!
Lenisz się człowieku z Miasta, hodując hemoroidy w uciśnionym siedzeniem odbycie, podczas gdy cały świat, całe życie czeka na ciebie, daremnie! Żywioły wokół ciebie pracują na twoją rzecz bez wytchnienia, a ty je lekceważysz! a lekceważąc - grzeszysz!
Nie ma cię w powietrzu, gdy Powietrze dmucha z któregoś z czterech kierunków, nie ma cię w Ogniu, gdy ciepło rozprzestrzenia się na świat, nie ma cię w Wodzie, gdy niebo zrasza zasiane pola i rosnące samoistnie lasy, nie ma cię w Ziemi, gdy wymaga przewrócenia, wzruszenia i posiania. Wysiadujesz, mózg zapełniasz sprawami mglistymi, iluzyjnymi, nietutejszymi, spoza, których nigdy nie dotkniesz, ani one ciebie nie ujrzą. Sąsiadów nie doceniasz, nie znasz, nie chcesz ich poznać. Nie widzisz tego, komu pomoc mógłbyś udzielić, albo tego, kto mógłby tobie pomóc w potrzebie. Nie istniejesz.
Ale jak to wytłumaczyć Mieszczuchowi ogarniętemu marzeniem zamieszkania na Wsi, bez uwzględnienia owej Wsi wokół siebie?
Nie da się. Każdy musi przez to przejść po swojemu, sam. Nie da się też opatulić znajomymi z Miasta, zbudować ekowioski wokół siebie, czyli ochronnego płaszczyka swojaków rozumiejących sprawy po miejsku, a nie po wiejsku, broniącego przed konfrontacją...
Ja sama nie rozumiem tych obaw do końca, choć je wyczuwam u bliskich mi Mieszczuchów od zawsze. Pochodzę ze światów pomiędzy, czuję i pojmuję wszystkie strony. Dla mnie to proste wiedzieć: każdy "lokalus", czy ze Wsi czy ten z Miasta ma swoje standardy i schematy, w których czuje się bezpieczny. Wieśniak w Mieście to przysłowiowa kupa śmiechu dla Mieszczuchów wszakże, nieprawdaż? Tak samo jest na odwrót. Mieszczuch na Wsi budzi zadziwienie, a czasem rechot równie mocny, a może i dla zainteresowanego dotkliwszy, bo nie da się wtedy wsiąść w samochód czy autobus do swojej dzielnicy, uciec od wspólnoty, zamknąć drzwi, włączyć telewizora i zniknąć na zawsze za drzwiami mieszkania w bloku, jednym z tysięcy takich samych. Na Wsi ma się imię i nazwisko, adres, wyznanie, stan cywilny, rodzinę (lub jej nie ma), znajomych bliższych i dalszych. Oraz opinię, kłamczuch, krętacz, pijak, dziwak, dobry człowiek, pomocny, naiwny, pracowity, głupi, mądry itp. I jest to powszechna informacja, zawsze uaktualniana i dostępna, niczym w góglach.
No, a jeśli już o pracy mowa... klejenie glazury i fugowanie zakończone na górze. Pięć grządek wzniesionych posianych zostało uroczyście podlanych przez łaskawe wiosenne Niebo w nocy i w dzień. Odbieram to zawsze jak błogosławieństwo Najwyższego, gdy posieję i zaraz spada deszcz...
Drzewa i krzewy wypuszczają wreszcie listki i gotują się do ekspansji. Wyczekujemy z radością.
Nie wiem dokładnie jak jest teraz na wioskach w zachodniej Polsce. Na Podlasiu najważniejszym (pierwszym) pytaniem jest: Jakiej jesteś wiary? Czy katolik? Czy prawosławny? A może jehowiec?
Dopiero po ustaleniu przynależności religijnej (he, a zatem podlegania takiemu czy innemu KALENDARZOWI ŚWIĄT, tj. pory liturgii i potem biesiad towarzyskich) Wioskowi zaczynają ciekawić się wszystkim innym. Czyli skąd, dlaczego, a po co, jaki stan cywilny, kto znaczny w rodzinie itd. itp.
Kiedy już się te podstawowe informacje puści w obieg powszechny na Wiosce, można odetchnąć i zacząć czekać na jakieś towarzyskie akcje zwrotne od strony miejscowych. Jeśli ktoś ich nie puści (bo w Mieście nie jest to wymagane, więc naturalnym odruchem wielu Mieszczuchów jest wzruszenie ramion i zamilknięcie na taką bezczelną ciekawość), albo poda sfałszowane, np. ze względu na wnioski wyciągnięte z dawno temu przeczytanych "Chłopów" Reymonta, tj. z obawy przed wywiezieniem jak Jagny na taczce gnoju za obręb wioski z powodu przekroczenia różnych pierwotnych obyczajowych tabu i gorszenia innych we wspólnocie, to musi się liczyć, że prędzej czy później sprawy się rypną i prawda (tj. ta uwieczniona w papierach) wyjdzie na jaw. Łoj, łatwo to przychodzi na Wsi. Swój swego zna, urzędy są dostępne od prywatnej strony i informacje tamtędy przepływają z czasem bez trudu w kierunku osobistym. A jak już raz ruszą, to nie ma zatrzymania innego, niż znudzenie tematem...
Ale o czym to ja? A, o pracy i pracowitości...
Otóż, dawno temu mawiało się, że cnotą duchownego jest miłosierdzie, rycerza - waleczność, mieszczanina - oszczędność, a chłopa - pracowitość. Otóż jest to nadal prawda, choć rozróżnienie stanów społecznych, w umysłach zwłaszcza współczesnej młodzieży mocno zanikło. Jeśli Mieszczuch, i do tego najczęściej inteligent (o zgrozo!) pojawia się na Wsi, zamieszkuje na niej i pośród wioskowych ludzi to musi wiedzieć, że będzie oceniany przede wszystkim pod kątem pracowitości. Nie, wcale nie bogactwa (to też, ale całkiem inaczej, niż się kasiasty Mieszczuch spodziewa), ale wydajności fizycznej, spędzania wielu godzin przy własnoręcznym budowaniu i organizowaniu swojej przestrzeni, a potem jej eksploatowaniu codziennym.
Coś wiem o tym, bo wstaję (z wielkim trudem!) o ósmej rano do dojenia kóz. Gdy miejscowi już od wielu godzin są na nogach i do przodu z wieloma czynnościami, które ja potem gonię dramatycznie w ciągu dnia. I chyba nigdy, niestety nie dogonię.
Takie zajęcia jak siedzenie przy komputerze, pisanie, i inne "sr... w banię" budzi w tutejszych tylko wzruszenie ramion. To nie jest praca, proszę państwa!
Lenisz się człowieku z Miasta, hodując hemoroidy w uciśnionym siedzeniem odbycie, podczas gdy cały świat, całe życie czeka na ciebie, daremnie! Żywioły wokół ciebie pracują na twoją rzecz bez wytchnienia, a ty je lekceważysz! a lekceważąc - grzeszysz!
Nie ma cię w powietrzu, gdy Powietrze dmucha z któregoś z czterech kierunków, nie ma cię w Ogniu, gdy ciepło rozprzestrzenia się na świat, nie ma cię w Wodzie, gdy niebo zrasza zasiane pola i rosnące samoistnie lasy, nie ma cię w Ziemi, gdy wymaga przewrócenia, wzruszenia i posiania. Wysiadujesz, mózg zapełniasz sprawami mglistymi, iluzyjnymi, nietutejszymi, spoza, których nigdy nie dotkniesz, ani one ciebie nie ujrzą. Sąsiadów nie doceniasz, nie znasz, nie chcesz ich poznać. Nie widzisz tego, komu pomoc mógłbyś udzielić, albo tego, kto mógłby tobie pomóc w potrzebie. Nie istniejesz.
Ale jak to wytłumaczyć Mieszczuchowi ogarniętemu marzeniem zamieszkania na Wsi, bez uwzględnienia owej Wsi wokół siebie?
Nie da się. Każdy musi przez to przejść po swojemu, sam. Nie da się też opatulić znajomymi z Miasta, zbudować ekowioski wokół siebie, czyli ochronnego płaszczyka swojaków rozumiejących sprawy po miejsku, a nie po wiejsku, broniącego przed konfrontacją...
Ja sama nie rozumiem tych obaw do końca, choć je wyczuwam u bliskich mi Mieszczuchów od zawsze. Pochodzę ze światów pomiędzy, czuję i pojmuję wszystkie strony. Dla mnie to proste wiedzieć: każdy "lokalus", czy ze Wsi czy ten z Miasta ma swoje standardy i schematy, w których czuje się bezpieczny. Wieśniak w Mieście to przysłowiowa kupa śmiechu dla Mieszczuchów wszakże, nieprawdaż? Tak samo jest na odwrót. Mieszczuch na Wsi budzi zadziwienie, a czasem rechot równie mocny, a może i dla zainteresowanego dotkliwszy, bo nie da się wtedy wsiąść w samochód czy autobus do swojej dzielnicy, uciec od wspólnoty, zamknąć drzwi, włączyć telewizora i zniknąć na zawsze za drzwiami mieszkania w bloku, jednym z tysięcy takich samych. Na Wsi ma się imię i nazwisko, adres, wyznanie, stan cywilny, rodzinę (lub jej nie ma), znajomych bliższych i dalszych. Oraz opinię, kłamczuch, krętacz, pijak, dziwak, dobry człowiek, pomocny, naiwny, pracowity, głupi, mądry itp. I jest to powszechna informacja, zawsze uaktualniana i dostępna, niczym w góglach.
No, a jeśli już o pracy mowa... klejenie glazury i fugowanie zakończone na górze. Pięć grządek wzniesionych posianych zostało uroczyście podlanych przez łaskawe wiosenne Niebo w nocy i w dzień. Odbieram to zawsze jak błogosławieństwo Najwyższego, gdy posieję i zaraz spada deszcz...
Drzewa i krzewy wypuszczają wreszcie listki i gotują się do ekspansji. Wyczekujemy z radością.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






