29 listopada 2016

Maciej kot, czyli spadanie na cztery łapy

Co nowego? Ano długie jesienne wieczory i noce, podczas których spać się nie chce, bo ileż można?!
Wczoraj znów spadł śnieg, spadła też temperatura, woda zamarzła w zwierzęcych poidłach. W domu ciepło. Drewna mamy dostatek, więc strachu przed zimą nie ma.
Z innych nowin to ta, że zamieszkał z nami nowy domowik

Zacząć historię należy od smutnej wiadomości. Mianowicie Kluseczka zachorował śmiertelnie (prawdopodobnie zatruł się padłą myszką) i odszedł od nas. Wkrótce potem przysłał zastępstwo.


Nie pochwalę sposobu i z góry zastrzegam, że gdyby nie fakt, że akurat - zrządzeniem losu - zabrakło u nas kota, nie przyjęłabym podrzutka pod dach. Zresztą dbają o to psy.

Było to w dniu wywózki gnoju z obory, gdy podczas pracy Anna zauważyła samochód, który przystanął opodal na drodze i stał tam dość długo. Po czym w końcu zawrócił i odjechał, nie wjeżdżając nigdzie dalej na wioskę. Potem pojawił się na Manchatanie mały bezdomnik. Usiłował przymilać się do sąsiadów, ale bez skutku. Nie wzruszył niczyjego serca. Kilka dni później mignęła mi czarna kitka, umykająca pośród sprzętów w altanie. Nawoływanie nie pomogło. Stworzenie zaszyło się w swojej skrytce. Zresztą słusznie, bo po podwórzu biegały "cięte na koty" psy.
Dwa dni później jednak, już przymuszone zapewne głodem, stworzonko nagle pojawiło się całkiem blisko i podeszło na zawołanie, miaucząc. Wzięłam do ręki, kocurek. Najwyżej kilkutygodniowy. Czarny, z białymi skarpetkami i muszką, elegant. Przyniosłam mu mleczko i dałam trochę chrupek, które zostały po Kluseczce. Mleko wypił, chrupki spróbował i zostawił, nienawykły. Po czym uciekł w swoją stronę, postraszony przez psy.
Jak się okazało sypiał w garażu, a dożywiał się w oborze, zjadając resztki kurzej karmy z naczyń. Miał po niej bolesną biegunkę.

Najpierw przeprowadziłam rozmowę wstępną z Anną, która jest psiarą i do nowego kota nigdy jej nie tęskno. I gdy już delikatnie zmiękczyłam grunt, nagle doszło do bliskiego spotkania.

Wypuszczone na dwór psice dopadły kociaka, który ufnie czekał na progu na dostawę mleczka. Pierwsza była przy nim Laba. Przycisnęła go do ziemi i zdawało się, że za chwilę pożre go żywcem. Anna wszczęła alarm. Wielkim krzykiem udało jej się odgonić sukę. Kotek uciekł i skrył się w stosie bali niedaleko domu.

Laba dostała wielką reprymendę, bura trwała bez końca. Ja wyszłam poszukać kotka i sprawdzić, czy nie jest ranny. Przyszedł na moje wołanie bardzo szybko. Nic mu nie było, oprócz tego, że był bardzo wystraszony i  cały mokry od psiej śliny.

Skracając opowieść: kotek spał jeszcze kilka dni w oborze, z kozami, co mu się nawet podobało. Dnie spędzał w domu, karmiony, i oswajany z psami i Kicią, która trochę z początku fukała na obcego. Odrobaczyłam go w tym czasie i reaktywowałam kuwetę. Kociak okazał się pojętny, natychmiast załatwił się gdzie trzeba. Systematyczne dokarmianie świeżym kozim mlekiem, twarożkiem, jajkiem na twardo, makaronem, słoninką, kawałkami mięsa i podrobów uregulowało szybko trawienie. Teraz już potrafi nawet zawołać, że chce wyjść, choć jeszcze nie zmuszam go do tego. Psy (i Kicia) go zaakceptowały, a Laba (i jej pani) wręcz uwielbia.

Ma na imię Maciuś.

10 listopada 2016

Stan butelkowy

Biały opad wczoraj opadł na ziemię, w nocy dołożył się jeszcze, i oto mamy zimę w listopadzie. Dawno już tak nie było, człowiek odzwyczaił się. Być może trzeba się gotować na śnieżną pierzynę już do wiosny?

Nie jestem przeciw, byle nie mroziło za bardzo. Najmłodsze kurczęta jeszcze nie dorosły, jeszcze chodzą pod opieką kwoki.

Tym niemniej pewne przyjemności takiej sytuacji już dostrzegam.
Przeszłam na robienie twarogów i udój raz dziennie. Kozy oborują.
Kolejny gąsior cydrowy przechodzi w stan butelkowy. W dalszej kolejności czekają na przelanie wina, winogronowe, bzowe, aroniowe i czarnoporzeczkowe. Degustowanie tychże przy okazji, w formie dobrze przyprawionego korzeniami grzańca, to sama przyjemność, nieprawdaż?

Zaczyna się też czas kiszonej kapusty, bigosów i rosołów. Oraz nieustająco zupy dyniowej, na ostro, dla rozgrzania organizmu.
Kończy się zaś pora lodów.

6 listopada 2016

Cydrowy raj

Wnioski po pierwszym smakowaniu cydru po miesiącu ziemiankowania od zakapslowania w butelkach:

1) trzeba uważać przy otwieraniu, powoli uwalniać ciśnienie. O ile ono jest. Nieostrożny wybuch traci jakąś połowę zawartości butelki. Bo w niektórych butelkach nie ma ciśnienia. Wina kapslownicy zapewne.
2) Generalnie warto na wstępie sok rozcieńczyć wodą. Tak w proporcji 1 do 4. Lub 1 do 3.
Cydr robiony na samym soku jest mocno esencjonalny. To mu dodaje pałeru, ale jednocześnie wrażliwa wątroba może to odczuwać. I nie da się za dużo wypić.
3) Lepszy słodszy, niż kwaśniejszy. Ale oby nie przesadnie.
4) Sok tłoczony na surowo (lub z sokowirówki) niezbyt dobrze wpływa na woreczek żółciowy (surowizna). Poza tym gorzej się klaruje. Dlatego zdecydowanie opowiadam się za wersją 1/2 soku tłoczonego i 1/2 soku z sokownika. Mam też wersję 100 procentową. Do tego dodać 1/4 wody. Dosłodzić do smaku, ale nie lukrować.
5) Dodawać kapkę drożdży winnych do fermentacji. Choć same drożdże dzikie z jabłek, po dodaniu skórki z jabłka też mogą wystarczyć. I jakże to naturalne! Ale skutek jest nieco słabszy.

Poza tym raj na ziemi. Czyli rozkosz w gębie. I przyjemny rausz już po jednej małej buteleczce.

24 października 2016

Słodki specjał z dojrzałych antonówek

Mgli i mży. Choć co kilka dni pojawia się trochę słońca i kozy wychodzą na kilkugodzinny wypas. Łażą wtedy w okolicy pastwiska, umykając również wędrującym owcom sołtysowym, w wysokie krzewy i w las. A najmłodsze kurczęta mogą nałapać trochę jakże im teraz w fazie wzrostu potrzebnej witaminy D.

Szybkim krokiem nadchodzą wakacje rolnika, upragnione. Pozostaje jeszcze tylko jeden boks w koziarni do wyczyszczenia i wywiezienie nawozu do ogrodu na pryzmę kompostową. Trzy dni temu zakisiłam 15 kg kapusty, w beczułce kamionkowej. Nastawiłam też wino na czerwonych aromatycznych winogronach podarowanych nam przez znajomą.

Ostatnie jabłka Antonowa posłużyły mi jeszcze do usmażenia konfitur z zamrożoną porcją owoców dzikiej róży, zapełnienia sokiem uwolnionych wypiciem butelek, nastawienia jednego gąsiorka soku na cydr, a resztę zużytkowała Anna na soko-kostkę jabłkową, której podaję przepis, bo ciekawy efekt jest.

Wybitnie nadaje się do tego specjału właśnie antonówka, i to owe ostatnie dojrzale owoce, wiszące najdłużej na drzewie, które zbiera się przed jesiennymi przymrozkami. Są najsłodsze, najsmaczniejsze, a ich sok ma wiele charakterystycznego tylko dla tego gatunku aromatu. Może ktoś ma jeszcze takie owoce i nie wie, co z nich zrobić. Polecam.

Antonówkowy specjał

Składniki:
1 kg dojrzałych jabłek antonówek
0,5 kg cukru (można nieco mniej, gdyż efekt jest jak dla mnie ciut za słodki)

Obieramy jabłka ze skórki, kroimy na drobną kostkę, środki odrzucamy. Mogą posłużyć, razem ze skórką do nastawienia octu jabłkowego. Kostkę zasypujemy cukrem, mieszamy i pozostawiamy pod nakryciem lnianej ściereczki gdzieś w zaciszu i w miarę chłodnym miejscu na przeciąg 36 godzin. Owoce pod wpływem cukru wypuszczają sok, który po upływie podanego czasu zlewamy do garnka, zagotowujemy, wrzucamy do niego drobno pokrojone owoce i mieszając co jakiś czas gotujemy pod przykryciem na wolnym ogniu do tzw. zeszklenia. Pod koniec można dorzucić kilka goździków.
Gorący wywar wlewamy do wyparzonych słoików tak, aby sok przykrył pokrojone owoce. Nie trzeba już pasteryzować.

Taki specjał przechowuje się bardzo dobrze w warunkach piwniczki, nawet kilka lat. Sok po otwarciu jest niezwykle smakowity, trzeba go oczywiście rozcieńczyć wodą i podawać jak kompot do picia. Naprawdę polecam! Natomiast treść owocowa może posłużyć do różnych wypieków, bądź dodatków do słodkich deserów.

15 października 2016

Pierwsze chłody

Ochłodziło się znacznie. Najpierw mocno padało przez kilka dni i nocy, a teraz bywa też w nocy mroźno. Wczorajszej temperatura spadła do minus 7, jak nam donieśli znajomi, posiadający czynny termometr zewnętrzny (nasz padł jakiś czas temu i nie mam zamiaru go reaktywować). Rano zalegała wszędy piękna bielutka szadź, woda zamarzła w wiadrze i w kranie zewnętrznym, przez co został w końcu zakręcony kurkiem w piwnicy. Dzień był na szczęście słoneczny i młodzież indycza i kurza zdołała się rozgrzać w ciepłych promieniach w południe.
Kozy skracają żerowanie, po trzech-czterech godzinach wracają same do obory, gdzie wolą w zacisznym cieple przeżuwać siano. Oczywiście ilość mleka zmniejszyła się już więcej o połowę, bo zresztą dwóch kóz już nie doję wcale. Jedna jest za młoda i jeszcze rośnie, a ponieważ jest już po rui i zapewne zakocona, nie zabieramy jej i dziecku siły. Druga zaś jest już stara i zaciążyła zdaje się o wiele wcześniej, niż reszta stada. Ja mówię, że miesiąc wcześniej, Ania, że dwa. Nie mając pewności zasuszam ją więc profilaktycznie. To mocna, mleczna koza, która w tym roku została sama, bo jej córa zeszłoroczna i tegoroczne koźlęta poszły na sprzedaż, zatem nie dziwi mnie, że postanowiła urodzić najwcześniej ze wszystkich. Taki numer, gdy jeszcze będzie to kozioł, gwarantuje dziecku przewodnictwo w stadzie i szacunek matce od reszty kóz. Jak zauważyłam, pierwsze koźlę jest prawie na 100 procent potem alfą wśród młodych.

No, i trzeba było z tego wszystkiego reaktywować piec c.o. Pierwsze palenie jest zawsze trochę stresujące. Bo nie wiadomo jak tam woda w kaloryferach, czy jakiś bąbel powietrza czegoś nie zatyka, co z ciśnieniem itd. Wszystko okazało się w porządku akurat w tych sprawach. Za to trzeba było wybrać popiół z wlotu pieca do komina, bo całkiem był zatkany. Anna zakasała rękaw i wybrała szufelką i ręcznie pół węglarki. Cug wrócił i potem już nie było żadnych kłopotów. Niemniej myślimy o sprowadzeniu kominiarza, aby komin przeczyścił fachowo. Kilka dni temu, z okazji ochłodzenia był pożar w okolicy, spłonęła chata w lesie, w nocy, z trzech osób tam mieszkających nikt się nie uratował. Dopiero rano syreny strażackie zawyły, znaczy nikt nie zauważył, że się pali. Takie tu u nas bywają często warunki. Zaludnienie rzadkie, duże odległości między-ludzkie. A takie pożary właśnie co roku w czas pierwszych oziębień powtarzają się uporczywie. Nikt kominów i pieców nie czyści, pieczki i kominy sypią się ze starości, pękają od przegrzania, iskry lecą na drewniane belki i poszycie, wiadomo. I jest efekt.

Zatem robię jeszcze codziennie sery, miękkie podpuszczkowe i od czasu do czasu twaróg, którym karmię kurczęta.
Bo jakkolwiek w tym roku kozy ruję opóźniały prawie do niemożliwości, co im się od kilku ładnych lat nie zdarzyło, bo parło je już w środku lata, co dawało wykoty bożonarodzeniowe i sylwestrowe, i co może w takim razie... zapowiadać zimną zimę, to jednak kwoka powiedziała tej koziej prognozie stanowcze nie! I wyprowadziła nam szósteczkę kurcząt w połowie września. Nie dała sobie przetłumaczyć, że to już nie czas na koktanie. Anna nawet się postarała i kupiła pod Grabarką od pewnego kurzego hobbysty 20 jaj od kur przeróżnych ras, pan sam nie wiedział jakich. Na szczęście wylęgła się tylko szósteczka piskląt. Dwie gołoszyjki (na taki zimny czas brrr! ale jakimś cudem dają radę!), jeden kochin olbrzymi i jeden miniaturowy, oraz dwa jeszcze, szare i czarne, rasy nadal nieodkrytej, może silki. Gromadka z kwoką mieszka teraz w wolnym boksie w oborze, bo tam najcieplej ze wszystkich pomieszczeń. Karmię je często i smacznie (osypka, twaróg, gotowane jajo, ziemniaki tłuczone, kasza), apetyt mają wielki, są żwawe i rozświergotane, ale przyznaję, że to - przy takim chłodnym październiku - doprawdy było szaleństwo sprowadzać je na świat. Będą musiały chować się bez słońca i zielonej trawy, czyli bez witamin naturalnych. Trudno. Przetrwają najsilniejsi.

2 października 2016

Szybka zupa dyniowa bez mleka

Nie lubię gotowanego mleka. W moim wieku już dawno powinno się przestać je pić. Jeśli już, to przyrządzam sobie na śniadanie szybką zupkę, z kaszką jaglaną na wodzie, którą już po ugotowaniu, na talerzu zabielam odrobiną świeżego mleka. Do tego wszystko solę i pieprzę. Słodkości nie lubię i jadam rzadko, na pewno nie w zupnej postaci.

Podobnie jest z zupą dyniową, której nie znoszę z mlekiem. Przyrządzam ją jako szybki lekki obiad następująco.

Warzywna zupa dyniowa z czosnkiem

Składniki:
Ok. 1 kg dyni hokkaido, lub prowansalskiej, lub pół na pół.
1 marchew
1 cebula
1 nieduży seler
1 pietruszka
Kilka centymetrów pora
3-4 ziemniaki
1 nieduża główka czosnku
1 ostra papryczka

Przyprawy:
Sól, ziele angielskie, liść laurowy, pieprz czarny, szczypta czubrzycy, pieprz cayenne, ćwierć startej gałki muszkatołowej, jakaś suszona zielenina z własnego ogródka do posypania na talerzu, może być lubczyk, bazylia, czosnek niedźwiedzi, pietruszka, tp. Kapka dobrego oleju (w żadnym razie sklepowego, najlepiej rozejrzeć się za najbliższym rolnikiem tłoczącym oleje i systematycznie go odwiedzać). Ser podpuszczkowy, własnej roboty.

Wszystkie składniki pokroić w drobną kostkę, czosnek zmiażdżyć, zalać wodą do ich wysokości, nie przesadzać. W gęstości jest siła tej zupy. Posolić do smaku, dodać ziele angielskie, liść laurowy, gałkę muszkatołową, łyżkę dobrego oleju i gotować do miękkości. Przyprawić według swojego smaku (ja lubię ostro, świetnie się sprawdza). Na sam koniec zblenderować, choć to niekonieczne, gdy ktoś ma swoje zęby i lubi ich używać.
Na nalaną do talerza zupę utrzeć świeży podpuszczkowy ser kozi, najlepiej z kozieradką, albo dojrzały żółty (w żadnym razie serową podróbkę ze sklepu!). Posypać lekko zieleninką.
Smacznego!

Oczywiście ta zupa ma też wariant mięsny. Ugotować ją można np. na kości, wcześniej obgotowanej, lub bulionie, albo dodać duże lekko podsmażone skwarki z boczku. Wtedy dodatek sera  nie jest konieczny.

29 września 2016

Nów za pasem

Nadchodzi odnowienie Księżyca, a więc czas podsumowań mijającego miesiąca. Takie dni lubię. Gdy widać pracy efekty.
Dwa kuraki ubite, z tych 10 hodowanych od wiosny, oprawione, w zamrażarce na zapas umieszczone.
Wina porzeczkowe odcedzone i dosłodzone. Dojrzewają dalej.
Sery jak co dzień zrobione. Pyszne, zwłaszcza ten z kozieradką.
Jogurt nastawiony. Lody się kręcą.
2 litry soku z aronii, uzyskanej w wymianie za jabłka, od Wani, zlane do butelek. Jutro nastawię z resztek wino aroniowe w małym gąsiorku. Nie wyrzucam, jak widać resztek po soku, na kompost. Dają się jak najbardziej spożytkować jeszcze w ten sposób.
25 litrów cydru, z dodatkiem syropu z mięty, zabutelkowane (w butelkach po piwie, cierpliwie zbieranych przez lata) i zakapslowane. Idzie rządkami do piwnicy. Za miesiąc degustacja. Oj, już trochę szumi w głowie, ale poczekam cierpliwie. Jako bezglutenowa musiałam zrezygnować z picia piwa. Cydr jak najbardziej podoba mi się w zamian.

26 września 2016

Małmazja paprykowo-dyniowa

Zmodyfikowałam przepis na małmazję czosnkową. Z tego powodu, że sprzedawca na targu miał już naprawdę końcówkę papryki do sprzedania, tj. 2 kg.
W takim razie zastosowałam owe 2 kg papryki i dodałam 2 kg dyni, którą tak samo zmieliłam przez maszynkę. Miazga wyszła dużo bardziej gęsta, więc dodałam nieco więcej oleju, oraz szklankę wody dla rozrzedzenia. O jedną więcej główkę czosnku, bo dynia jest słodsza od papryki, poza tym kocha się z czosnkiem. Zrezygnowałam z dodania mąki ziemniaczanej na koniec, bo sos był tak zwarty, że nie wymagał zagęszczania.
I rewelacja. Efekt jest smaczny, sos gęsty, a poza tym, mimo, że waga zgadzała się z przepisem, to wyszło więcej masy zasadniczej, bo 10 słoików po dżemie.

24 września 2016

Klęska urodzaju, czyli placki ziemniaczane bez glutenu

Dynie z naszego dyniowego pola zostały pewnego niedawnego wieczora pracowicie przez nas zgarnięte pod dach. Straszono przymrozkiem, znajomi już swoje profilaktycznie pościągali. To i my. A że czas na to zorganizował się dopiero wieczorem, trudno. Przy latarce w ciemności Anna zerwała wielkie i mniejsze kolorowe kule i ułożyła je w kilka stosów, które ja z kolei ładowałam na taczkę i tą taczką wędrowały do samochodu na drodze. Dwa razy pełny bagażnik Santa Klausa razem z tylnym i przednim siedzeniem, załadowany po dach pojechał do zagrody, gdzie z kolei odbywało się rozpakowywanie plonu. Te najlepsze do sieni, reszta do chatki dziadka, do przebrania i spokojnego rozpracowania.
Trudno plon policzyć, ale jakieś 150-200 okazów może być. A jeszcze wczoraj ściągnęłam taczkę z pola, tych niezauważonych po nocy.

Klęska urodzaju, bo przecież kto tu na wsi dynie by od rolnika kupował. Każdy, kto ma kawałek działki przy domu, ma też swoją dynię, albo znajomych, którzy go obdarzą jesiennym specjałem za darmo. Jednak trzymam spokój.
Od nadmiaru głowa nie boli, jak to mówią. Grunt, to dyniom dać odpowiednie miejsce do zimowania. Byle nie przemarzły. Wylądują zatem w odpowiednich warunkach, a przy naszym tempie zużycia w końcu przecież się skończą.
Zużywamy zaś co najmniej jedną, albo dwie dziennie, z tych mniejszych. Najpierw w pierwszym rzędzie przecież trzeba posmakować każdej odmiany i stwierdzić do czego się najlepiej nadaje. Ja jestem niereformowalna, pasi mi hokkaido, zwłaszcza pieczona, z rozmarynem i małmazją czosnkową, popijana schłodzonym jogurtem. No, i od czasu zjedzenie ziaren z dyni bezłuskowej. Zupy, gulasze itd. owszem, ale bez przesady. Annie jednak podchodzi bardziej, podobna w smaku i kartoflanej konsystencji odmiana muszkatołowa prowansalska, a także nieco lżejsza francuska spłaszczona Rouge Vif d`Etampes.
Resztę skarmiamy kozom, które dynię uwielbiają, a o tej porze roku spore dawki miąższu razem z nasionami po prostu pomagają je odrobaczyć. No, i drobiowi, któremu gotuję resztki i obierki z dyń. A nawet psy uwielbiają chrupać surowe kawałki, więc niech mają. Poza tym nada się także jako składnik mydła (zawiera dużo karotenu i cynku).

Podobna sprawa, urodzaju dotyczy także ziemniaków. Choć nas akurat nie dotknęła, bo nie sadziłam w tym roku nic. Rolnicy prześcigają się w szukaniu klientów na zimowe zakupy. Można też wybierać przebierać w różnych odmianach i wielkościach. Już kilka worków tych drobniejszych dla zwierząt wylądowały w ziemiance. Reszta pewnie niedługo dołączy do zimowych zapasów.
Dzień Ziemniaka zaczął się dziś u nas mokro, a nawet chwilami ulewnie. Dobrze. Bo ziemia całkowicie sucha, przynajmniej na naszych piaskach. Jednak może z jego właśnie okazji, i aby odetchnąć od kwestii dyniowej, warto mi podać ziemniaczany przepis?

Placki ziemniaczane bezglutenowe

Składniki:
1 kg ziemniaków
1 średnia cebula
1 średnia marchew
Plaska łyżka soli
Pieprz czarny
3 jaja (przy większej ilości ziemniaków zwiększyć ilość, spełniają one rolę lepiszcza z braku dodatku mąki)
Smalec lub olej do smażenia.

Ziemniaki utrzeć na durszlaku na średnio grubej tarce, czyli nie bawić się w ucieranie na drobną miazgę, które najbardziej przy tej potrawie denerwuje. Posolić miazgę, bo wtedy wydziela szybciej wodę. Odsączyć kilkanaście minut. Wodę odlać, pozostawiając na dnie miski odłożony krochmal, czyli mąkę ziemniaczaną. Utrzeć jeszcze marchew na podobnie grubej tarce, dodać do utartych ziemniaków pokrojoną drobno cebulę i wbić jajka. Dokładnie wymieszać. Sypnąć pieprzem według uznania.
Rozgrzać dobrze tłuszcz na patelni i smażyć placki po obu stronach, dowolnej wielkości. Widziałam, że Gieno Mientkiewicz, chłop wielki, nie bawi się w dyrdymały, tylko smaży plaki po całości patelni. To radykalne rozwiązanie dla wygłodzonych mężczyzn.

Podawać według gustu. Ze śmietanką lub cukrem, czyli na słodko to dla mnie nieciekawe rozwiązanie.
Lubię placki, posmarowane domowym keczupem albo małmazją czosnkową popijać zimnym słodkim mlekiem lub jogurtem. Spróbujcie. Pyszne.
Ponadto świetnie komponują się z węgierskim gulaszem, bądź sosem z suszonych grzybów.

19 września 2016

Bezcenne lody domowe ze świeżego mleka

Kalendarzowy i astronomiczny koniec lata za pasem. Pewnie to już nie czas po temu, ale w końcu, może komuś jeszcze się przyda. Podaję mój wypraktykowany tego lata przepis na lody domowe.

Na wstępie jednak zastrzegam, że bardzo niewielu może sobie na nie pozwolić. Tylko ci, którzy mają dostęp do świeżego mleka od krowy, bądź od kozy (moje lody oczywiście zawsze są z koziego kręcone). No, i praktykują także codzienny, lub przynajmniej systematycznie częsty wyrób domowego jogurtu bądź kefiru na owym świeżym, niepasteryzowanym mleku. Poza tym, aby ekonomiczność miała sens, najlepiej mieć też do dyspozycji ogień pod kuchnią, najtańszy, czyli z drewnianego chrustu.
Jednym słowem jest to przepis dla gospodyń wiejskich, lub ludzi mających stały jedzeniowy kontakt ze wsią.
Można go oczywiście jakoś uskutecznić i w mieście, ale właśnie ekonomiczność takich lodów może być wątpliwa (pomijając oczywiście ich bezcenne walory odżywcze).
Sami posłuchajcie!

Lody domowe z koziego mleka

Składniki:
1-1,3 l świeżego mleka od  kozy (oczywiście wersja z mlekiem krowim też jest możliwa)
0,5 l jogurtu domowego naturalnego na świeżym niepasteryzowanym kozim mleku (może być domowy kefir, ale na Boga, nigdy ten ze sklepu!)
10-20 dag cukru (ja preferuję 10-15 dag, przepisy dostępne w sieci zalecające o wiele większą dawkę są chyba dla uzależnionych od cukru, istny ulepek wychodzi)

Dodatki: 
zależnie od apetytu, takie jak do lodów kawowych, lub kakaowych, czy owocowych albo waniliowych.

Wykonanie:
Wieczorem nastawiamy jogurt naturalny na naturalnych bakteriach (mnie najbardziej smakuje jogurt probiotyczny) według przepisów na jogurt. W jogurtownicy bądź wolnowarze, w odpowiedniej temperaturze startowej. Rano powinien mieć gęstość śmietany. Wstawiamy do lodówki do schłodzenia.

Podczas gotowania obiadu na kuchni wlewamy do garnka ok. 1,3 litra mleka świeżego i gotujemy je na ogniu bez pokrywki, żeby odparować mleko do chwili, gdy zrobi się go ok. 0,5 litra. Po zdjęciu z ognia dodajemy cukier (nie należy cukru gotować, gdy nie trzeba, wydziela wtedy jakieś chemiczne kwasy, powstałe przy jego wytwarzaniu). Uzyskujemy w ten sposób mleko skondensowane. Po wystygnięciu wstawiamy je do lodówki do schłodzenia.

Jeszcze tego samego wieczoru, lub następnego poranka mieszamy ze sobą skondensowane mleko z jogurtem naturalnym. Dodajemy to, na co akurat mamy ochotę. Ja lubię na przykład - gdy nie ma owoców - dodać garść rodzynek, 2 łyżki wiórków kokosowych, zetrzeć kilka tafelków gorzkiej czekolady. Gdy ktoś zadbał o to wcześniej można dodać cukru pudru nasączonego wanilią albo płatkami róży, uzyska się wtedy smak waniliowy lub różany (wtedy wcześniej mniej słodzimy mleko).
Wlewamy do maszynki do lodów i mieszamy jakieś 40 minut.

Smacznego!

18 września 2016

Dyniowy plon

Temperatura w nocy spada już od pewnego czasu nawet do 3 stopni, poranki są rześkie i coraz rzeźwiejsze. Anna zdecydowała się powoli zbierać swoje ukochane tegoroczne plony.
Nasz permakulturowy ogródek na całkowicie nieużytecznym nieużytku, gdzie tylko perz i łan wrzosu dotąd rosły, obficie nawożony przez dwa lata obornikiem kozim oraz skoszoną trawą, starym sianem i zwałami starej słomy, uzyskanej za darmo od rolników, w tym dostatecznie wilgotnym roku pokazał klasę. Sami zobaczcie.


Jak widać, posiane zostały na gnojno-słomianych wałach różne rodzaje dyń. Banana, bezłuskowa, delicata, same już nie pamiętamy jakie.


No, i jedna z naszych ulubieńszych odmian, hokkaido.


To raptem jedna taczka, z trzech jak dotąd zebranych. Oczywiście to jeszcze nie wszystko.
W tle Paszka pilnuje ogołoconego ogródka przed pazernymi kurami.

13 września 2016

Leczo cygańskie, ogródkowy hit jesienny

Rozpędziłam się z przepisami na przetwory. Jesienne cygańskie leczo omawiałam już byłam historycznie i obyczajowo na tym blogu niniej. Jednak teraz podam przepis jak się patrzy na tę świetną jednogarnkową potrawę. Króluje u mnie w kuchni o tej porze roku od kilku lat. Nie nudzi się. Przepis podał prawdziwy węgierski Cygan.

Leczo cygańskie

Składniki: 
(ilość podaję symbolicznie, należy ją raczej traktować jako proporcje do całości, bo apetyt, potrzeby i garnek bywają różne, jak i zasoby ogródka również)

Dwie garście słoniny grubo pokrojonej na skwarki, można dodać garstkę boczku w kawałkach
1 kg cukinii, bądź dyni (świetnie wychodzi z dynią hokkaido), bądź pół na pół
3-4 duże ziemniaki
2 duże cebule
1/2 kg pomidorów, bądź paczka koncentratu pomidorowego, ilość można zwiększyć, gdy innym warzywom brakuje soczystości
1/2 kg, albo i więcej papryki słodkiej, różnego koloru
1-3 ostre papryczki
3 marchewki
2 pietruszki
1 średni seler
Można dorzucić w ten sposób jeszcze trochę kalafiora, patisona, zieloną fasolkę, garść świeżych grzybów leśnych, najlepiej kurek, mogą być pieczarki lub boczniak, zależnie co tam urodziło się w naszym ogródku i znaleźliśmy na spacerze. Generalnie nie dodaje się tylko warzyw kapustnych.

Wszystko skroić w kosteczkę i wrzucić do gara, na którego dnie lekko już smażą się skwarki słoniny. Pomidory obrać przedtem ze skórki, żeby nie pływała na koniec w potrawie i nie trzeba jej było nieelegancko wyciągać. Zjedzona może przykleić się do żołądka i popsuć radość z jedzenia.
Gotować do miękkości we własnym sosie. Gdyby się za bardzo wygotował, lub warzywa były zbyt mało soczyste, można dodać trochę wytrawnego czerwonego wina (najtradycyjniej węgierskiego). Dolewanie wody nie jest praktykowane i zapewniam, że się to udaje. Gotować na wolnym ogniu, bez pośpiechu, mieszając od czasu do czasu, aby nie przywarło. Do miękkości wszystkich składników.

Na koniec przyprawiamy potrawę według własnego gustu, tradycyjnie jest to łyżka soli, pieprz czarny, kilka ziaren ziela angielskiego, 2-3 listki laurowe, sproszkowana ostra papryka (najlepiej węgierska) chili albo pieprz cayenne.

Potrawa, która ma dość gęstą i sycącą konsystencję, (i nie wymaga żadnych innych dodatków praktykowanych w innych przepisach, typu ryż, ziemniaki czy chleb) nadaje się do mrożenia i raczę się nią zimową porą, zmagazynowanymi jesienią w zamrażarce porcjami. Nie traci na smaku nawet po kilku miesiącach.

Oczywiście nadaje się do kociołka nad ogniskiem! Taki jest zresztą jej cygański korzeń i źródło.