22 maja 2019

Szpinakożerstwo

Ogródkowych zatrudnień ciąg dalszy trwa. Trzeba było pojechać do sąsiedniej gminy i powiatu, więc na targu kupione zostały stosowne sadzonki. Także włóknina i rurki plastikowe pod kolejne ochronki na grządki, gdzie roślinki już szybko kiełkują i chcą mieć więcej przestrzeni nad sobą.

Następnego dnia trwało sadzenie. Pomidory i papryka w nowym tunelu, wraz z bazylią, którą bardzo lubię i do pomidorów i do serów dodawać.
Na spirali znalazły się inne zioła: majeranek, oregano, kolendra, czarnuszka, melisa, tymianek. Cząber wylądował w donicy na tarasie. Posadzony wcześniej czosnek niedźwiedzi przyjął się, co cieszy.
Anna także urozmaiciła kącik kwiatowy o nowe rodzaje kwiatów.
Zaczęło się także zasiewanie dyń w ogródku permakulturowym. Przejrzałam warunki. Ostatnie deszcze pięknie namoczyły zwały obornika zeszłorocznego i tegorocznego. Można trafić na żyjące tam dżdżownice, nasze polskie, czyli proces naturalnego tworzenia się gleby próchniczej jest w toku. Porzeczki trzymają się i podrosły, mają dużo zawiązków. Także rozwijają się dobrze: posadzony kilka lat temu i nikły do tej pory dereń, wiśnia syberyjska i pigwowce.
W ogródkach przydomowych (a mamy ich dwa, a nawet trzy, na wygospodarowanych przestrzeniach między ogrodzeniem a innymi budynkami gospodarczymi) dynia i cukinia już kiełkują.


Kontynuujemy zbiory nowalijek. Poszła pod żniwa druga grządka szpinaku. I zaczynają się zbiory rzodkiewki, jest zdrowa, duża i bardzo smaczna. Pierwszy słoik rzodkiewki już się kisi. Jest pyszna w tej formie, polecam jako sałatkę!
Na ogołoconych grządkach rośnie już bób, oraz selery, pory, kalarepka i pomidorki koktajlowe.

Szpinak oczywiście idzie albo na patelnię z czosnkiem i odrobiną białego serka oraz jajkiem. Albo przyrządzam ulubioną sałatkę, którą się codziennie ostatnio zajadamy. Oto przepis:

Sałatka ze szpinaku

Szpinak - w ilości dostępnej, u mnie to miska dobrze umytych liści prosto z ogródka, rozdrobnionych w palcach. Posolić je lekko i skropić octem jabłkowym lub innym owocowym na początek. Ocet można zastąpić sokiem z cytryny. U mnie ostatnio robi furorę słabiutki, ale aromatyczny ocet melisowy.
3 ząbki czosnku - zmiażdżyć
Szczypiorek wedle upodobania posiekać
Garść orzechów włoskich - posiekać na drobno
Trochę białego świeżego serka koziego, może być twaróg albo bundz
2-3 rzodkiewki zetrzeć na tarce
Dodać pieprzu czarnego i szczyptę chili
Dodać łyżkę miodu, kapkę oleju słonecznikowego albo świeżego lnianego
Wszystkie składniki wymieszać.
Smacznego!

A poza tym przywitała nas rano niespodzianka. Kolejne zajęcie. Trwają lęgi.


 Pierwsza piętnastka indycząt. Czeka już na wyjazd do klienta.

18 maja 2019

Nowalijki

W okolicy ludzie odprawili korowaj na świętego Jurię i deszcz się pojawił, nawet w obfitości. Zimna zośka przeminęła i robi się teraz ciepło, parno i burzowo w planie. Trawa na pastwisku ruszyła, kozy mają większy apetyt, bo dotąd ledwie coś na łące skubnęły już chciały wracać na siano. Pewnie była mało soczysta i niesmaczna.
My zaś stopniowo organizujemy ogródek. Dziś odbył się pierwszy zbiór nowalijek. Anna zebrała szpinak z grządki pod niewielką folijką, w kolejce czekają rzodkiewki. Szczypior też pięknie się prezentuje i jest w stałym użytku. Wyszła miedniczka liści szpinakowych, łodygi także zjadamy, w postaci szejka, zimny i zielony kozi kefirek, mniam!
W ogóle owe nakrycia włókniną albo folią rozciągniętą na pałąkach to świetny pomysł na taką mokrą porę w warzywniku. Roślinki są bezpieczne od nadmiernego zalania i stłuczenia silnym deszczem, czy nie daj Boże gradem.
Poza tym dawno już funkcjonuje spirala ziołowa przy domu, a na niej dorodny lubczyk, żywokost, szczypior i mięta. W tle permakulturowe grządki obornikowe z wysianą dynią, która - mam nadzieję - obrodzi i zakryje nieciekawy widok swoimi szerokimi liśćmi.


Ponadto przez kilka dni montowałyśmy własnoręcznie zakupioną przez internet konstrukcję pod tunel foliowy z rurek aluminiowych, z przeznaczeniem pod pomidory. Nie było to trudne i spokojnie się wszystko udało. Przypomniały mi się czasy dzieciństwa, gdy z pasją budowałam modele samolotów. Dzisiaj okopałam stelaż dookoła, naciągnęłyśmy folię i zasypałam dolne krawędzie ziemią dla zabezpieczenia przed odfrunięciem.
Rzecz gotowa prezentuje się z przodu tak:


A z boku tak:


Kazałam od razu zrobić zdjęcie, bo w prognozie jest burza na wieczór i konstrukcja dopiero przejdzie test wiatrowy. Być może zdjęcia okażą się jedyną pamiątką po jej istnieniu...

Przejrzałam krzewy i drzewa, czarne i czerwone porzeczki zawiązały się pięknie, mniej jest zawiązków śliwek, ale są. Będzie też, jak Bóg pozwoli, trochę jabłek z dwóch czy trzech jabłoni.
Póki co niedawno nastawione wino z kwiatów mniszka lekarskiego miło dla ucha bulgocze w gąsiorze.

14 maja 2019

Ceramiczne hobby

Zimowe hobby Anny. Ceramiczne kolczyki na sztyftach. 


Powstało tego więcej rodzajów. W różnych kształtach i kolorach.


Do wyboru, do koloru.


Nasza przyjaciółka zajmuje się podobną sztuką w szerszym zakresie. Dlatego przy okazji zareklamuję jej blog VintageEve. Nasze elementy ceramiczne zyskały nową oprawę  stając się unikatowe.

12 maja 2019

Grządki

Deszcz zaczął padać, choć nie jest to nic nadzwyczajnego. Ziemia potrzebuje więcej. Niemniej kurz został zmyty, a trawa nie rudzieje. oszczędzamy wciąż jeszcze pastwisko, w nadziei, że jednak ruszy, bo prognozy są dżdżyste na ten tydzień.  Kozy wędrują po okolicznych łączkach, rowach, nieużytkach, oczywiście pod kontrolą, która musi pędzić za nimi nieraz z całych sił. Młodzież rośnie.


Inne zajęcia w gospodarstwie, to ogródek przydomowy. Permakulturowy, dopóki deszcz go solidnie nie zmoczy musi stać nietknięty. Czeka na obsianie dynią, klasycznie. Przydomowy zaś wymaga zabezpieczeń przed drapieznymi kurami, wiadomo. W tym roku używamy po raz pierwszy sposobu podpatrzonego w internecie. Kilka rurek pcv kupionych w sklepie elektrycznym - pierwotnie służą do kabli, wetkniętych odpowiednio (na pręt stalowy zbrojeniowy lub w wersji ekonomicznej na wycięta gałąź leszczyn) i obciągniętych włókniną. Solidnie przyciśniętą na brzegach, aby uniemożliwić odfrunięcie w razie większego wiatru.


Grządki zostały obsiane, roślinki już kiełkują i rosną. Przez folię prześwituje szpinak i szczypiorek. Gleba na niektórych grządkach pozostaje od dwóch trzech lat ta sama, bez specjalnego wzruszania. Na innych została na nowo zasilona dawką obornika, i dobrze nasączona wodą. Taka grządka jest ciepła, dlatego przymrozki, które miały miejsce w naszym regionie przez dwie noce z rzędu nie zrobiły u nas szkody. Może też przez bliskość domu, zakrzaczeń, ogrodzeń.


Podlewanie nadal z kranu, o czym świadczy wąż. 


8 maja 2019

Zimny maj

U was pewnie padało. U nas nic, bo tych kilku kropel rosy przez 10 minut pewnego poranka nie ma co liczyć, nawet śladu na piasku nie zostawiły. Czyli od ponad miesiąca susza. Dobrze, że się ochłodziło, wiatr ucichł i często chmury zasłaniają słońce. Dzięki temu bliskość lasu utrzymuje dłużej wokół mokrą rosę, która odżywia trawę i roślinność. Niemniej pastwisko wygląda żałośnie i wciąż czeka na zmiłowanie. Trawa wegetuje zaledwie i nie ma stosownej porcji dżdżu, który by napoił korzenie.
Śliwy, dzikie grusze, czeremcha i porzeczki już przekwitły. W sadzie kwitną dwie jabłonie, które to robią co roku, nawet obficie.

Codziennie spędzamy trochę czasu w ogródku przydomowym, organizując grządki. Większość już zasianych. Kilka przykrytych włókniną, a nad kilkoma zbudowałyśmy z wygiętych rurek pcv rusztowanie, nakryte włókniną imitują tunele foliowe. Dzięki temu to, co już kiełkuje i wzrasta, ma przestrzeń do rozwinięcia liści i łodyg. Na razie co prawda to dopiero szczypior, szpinak i powolutku rzodkiewka, ale już pierwsza sałatka z użyciem szczypioru miała miejsce. Jako dodatek do twarożku koziego z olejem lnianym.

Bo już kilkoro dzieciaków zostało odstawionych od matek i co rano doimy kilka kóz. Daje to raptem 4-5 litrów mleka, ale to całkowicie starcza na nasze prywatne potrzeby wiosenne: twaróg, serek podpuszczkowo-twarogowy, jogurt. Niewielkie ilości serwatki idą czasem do szejków owocowych albo warzywnych, które jakiś czas temu wdrożyłyśmy w codzienną dietę. W rezultacie brakuje nam gąb do jedzenia! Bo ile można zmieścić.
Mnie wystarczają dwa posiłki dziennie, z odpowiednią ilością białka (teraz głównie to jaja, albo serki i kwaśne mleko, choć czasem zastępuje je rosół kolagenowy), tłuszczu (masło, olej lniany, oliwa z oliwek albo smalec ze słoniny) i węglowodanów czerpanych z warzyw (czyli dojadam ostatnie dynie w różnej postaci, czasem ziemniak, marchew, rzepka, buraki, ogórki, cebula i czosnek). Ryż, jagły albo kasza gryczana są rzadkością na stole. Dodatkowy szejk ze świeżej zielonej pokrzywy i jabłka na wodzie, albo z zeszłorocznych jagód lub porzeczek na serwatce to już niekiedy przesada dla brzucha. Prawdą jest, że dieta optymalna powoduje stałą sytość, rzadką potrzebę jedzenia i niezawracanie sobie nim głowy w ciągu dnia.

Poza tym na podwórze zjechały wczoraj dwie fury drewna. Po raz pierwszy kupionego. Zwiększa to koszty opałowe, ale do sumy, która i tak dla przeciętnego mieszkańca Polski może wydać się śmiesznie niska, wręcz nieprawdopodobna. I tak oszczędzamy na samodzielnym cięciu, bo to dodatkowy spory koszt, liczący się właściwie w dwójnasób.

Noce są zimne, czasem przepalamy jeszcze w piecu ścianowym wieczorem, choć zazwyczaj starcza ogrzanie ścianki grzewczej od kuchni kaflowej, podczas gotowania obiadu. Na szczęście przymrozki, jak na razie nas omijają.

Ponadto koziarnia została wreszcie oczyszczona z obornika całkowicie, urobek wywieziony do ogrodu permakulturowego, gdzie czeka na solidny deszcz, bo w takim stanie nie nadaje się do zasiewu. Trudno, zaczekamy. Nie ma innego wyjścia.

25 kwietnia 2019

Sucho i kwaśno

Wiosna rozwija u nas dopiero pąki. Suchy wiatr saharyjski wzniecił miejscowe kurze i pyły z polnych dróg i z wydmy, na której mieszkamy. I z której kury pracowicie wydziobały wszelki listeczek, stąd pustynia wcale mi nie obca, nawet w pobliżu białowieskiej puszczy. Piasek zgrzytał w zębach, a jakże, zwłaszcza, że nas na pierwsze prace w obejściu wzięło. Wywózkę obornika, na razie o własnych siłach głównie do ogródka przy domu, sadzanie indyczek na jajach i łatanie ogrodzeń.
Rozkwita śliwa węgierka i czeremcha przy domu. Z wolna budujemy grządki i systematycznie je zasiewamy tym i owym, okrywając je potem włókniną, chroniąca przed drapieżnymi kurami.
Chińska numerologia, do której nieco wróciłam ostatnio, twierdzi, że obecny rok jest rokiem żywiołu ognia. Co nieco się w tym względzie wydarzyło w Europie, jak wiemy z mediów, a nasz rząd radośnie rozgłasza, że właśnie ma powód wycinki starodrzewia i puszcz, w tym znów ostrzy sobie zęby na naszą Puszczę. Trzeba modlić się o deszcz. Niniejszym mobilizuję wszelkie nieliczne już niestety potomstwo dawnych słowiańskich płanetników, ponieważ moc sterowania pogodą przechodzi ponoć genetycznie w rodzinie. Przypomnijcie sobie swoją sztukę tajemną i działajcie w skupieniu! Niech moc będzie z wami.

Wielkanoc dzięki Bogu przeszła spokojnie. Kapkę wcześniej udało nam się przygotować z zapasów zeszłorocznego mięsiwa kiełbasę, jakieś 7 kilogramów. Nie wędzimy jej, ot, zaparzam ją najwyżej i zjadamy w białej postaci.
Przyrządziłam także zakwas na barszcz, jak mi poradziła Czytelniczka niniejszego bloga, z mąki gryczanej, a nie pszennej czy żytniej. Co istotne jest dla bezglutenowców takich, jak ja. Udał się jak najbardziej. Zupa wyszła i smakowała. Więc za dobrą radę serdecznie dziękuję!

Bezglutenowy zakwas do zalewajki

Składniki:
5 łyżek mąki gryczanej
szklanka wody przegotowanej (jeśli ktoś wierzy, że ma w kranie zdrojową wodę, to może być kranowa)
liść laurowy (chroni od pleśni)
2 łyżki wody z ogórków bądź łyżka naturalnie kwaśnego mleka (jak ktoś taki szczęśliwy i bogaty, że takim dysponuje)

Składniki mieszamy najlepiej w glinianym garnuszku, pozostawiając je na kilka dni pod nieścisłym przykryciem w ciepłym miejscu kuchni. Klasycznie stawia się taki garnuszek na ciepłym piecu kuchennym, którego kafle trzymają długo temperaturę.

Po trzech czterech dniach, a gdy ciepło sezonowe wzrośnie to i częściej, mamy odpowiednią ilość do ugotowania zalewajki. Z kilkoma grzybkami suszonymi i ziemniaczkami, z zapieczoną na płycie połówką cebuli i posiekanym drobno ząbkiem czosnku. Z dodatkiem białej kiełbaski domowej roboty i połówki jaja na twardo miałam wreszcie prawdziwie wielkanocny posiłek.

Po zużyciu porcji nie myjemy garnuszka, ale zaprawiamy kolejną dawkę mąki gryczanej z wodą. Co prawda, potrzeba częściej sztucznego zakwaszacza, czyli wody z kiszonki czy mleka kwaśnego, ale na drugi raz wystarczą jeszcze resztki z poprzedniego nastawu.

28 marca 2019

Dieta diet

Dieta dietę dietą pogania. Taki mam wniosek po spędzeniu wielu godzin na poszukiwaniu miarodajnych informacji o wymienionej tematyce. Dietetyk dietetykowi wrogiem. Nauka (a raczej naukowcy) służy koncernom żywieniowym do naganiania sobie klientów, skutecznie otumanionych propagandą internetową i nie tylko. Każda sroczka swój ogonek chwali.
Lekarze recytują jedno. Dietetycy co innego. A dietetyczne sekty jeszcze co innego. Każdy za dowód mając doświadczenia na szczurach i myszach robione. I ponoć na ludziach też, tylko w żadnym artykule propagandowym nie znajdzie się informacji jakim kryteriom poddawane były owe doświadczalne króliki. Jeśli smalec wg wielu powoduje sklerozę, to czy badano to na ludziach, którzy tylko tłuszcze i białko jedli, unikając węglowodanów, czy może wpierdzielali i tłuste i słodko-mączyste (co na logikę biorąc, tak własnie miało miejsce). I z tego klątwa padła na tłuszcz, a nie na słodkie. A poza tym ile czasu poświęcono na taki eksperyment.
Albo, czy badani pod kątem szkodliwości mleka spożywali mleko od krów pasionych na łące, czy z ferm zamkniętych i ras modyfikowanych, pasteryzowane czy niepasteryzowane, albo czy sprawdzano skutki picia mleka krowiego tak samo jak koziego, owczego czy bawolego chociażby? I czy byli to ludzie wychowani na mlecznej diecie z tradycyjnej wioski, cz\y może mieszkańcy Nowego Jorku, którzy krowy często na oczy nie widzieli.
Jakakolwiek próba rzeczowej rozmowy z ludźmi np. na fejsie od razu burzy krew. Każdy ma swoją dietę za jedyną cudowną i najwłaściwszą. Weganie są zdrowi, nie chorują na raka, szczęśliwi, łagodni i dobrzy. Wszystko ponoć, albo do czasu. Wszelkie zaprzeczające informacje ostro cenzurują i bombardują krzykiem zbiorowego oburzenia wobec każdego, kto publicznie przyzna, że mu ta dieta w dłuższym okresie czasu zaszkodziła, i to poważnie. A może zaszkodzić. Nie tylko powodując to, co każdy widzi. Weganina poznasz po beztłuszczowym chudym ciałku, pałających dziwnym blaskiem oczach i ziemistej cerze, skórze podatnej na alergiczne wypryski, oraz wątpliwym pięknie resztek mięśni w skórzanym woreczku obkurczonym na szkielecie jak na wieszaku. Jedzenie nisko tłuszczowe grozi także zmianami w mózgu, przyspieszeniem czy ujawnieniem się takich schorzeń jak stwardnienie rozsiane chociażby. Ale tu już głos oponentów się podnosi, którzy uważają, że paliwem dla mózgu jest glukoza (a zatem cukier i węglowodany), a nie tłuszcz.
Z kolei zwolennicy diety ketogenicznej są podjarani, mocno wysportowani, często umięśnieni i gadają jak najęci. Miast alkoholu podkręcają się kawą kuloodporną, czyli z dodatkiem masła i oleju kokosowego. Przynajmniej na filmikach propagujących tę dietę tak się prezentują, bo w życiu żadnego ketomaniaka nie spotkałam. Z trudem przebija się informacja, że to dieta lecznicza dla osób mających padaczkę i podobne problemy neuronalne. Czyli jednak tłuszcze poprawiają pracę mózgu, a nie osłabiają.
Chorym na Haschimoto i problemy tarczycowe zaleca się dietę niskotłuszczową i najlepiej wegańską, lub zbliżoną. Z podkreśleniem produktów nieprzetworzonych i ekologicznie wyrosłych.

Ja sama eksperymentuję z dietami od kilku lat. I nieco się miotam w odkrywaniu tego, co mi szkodzi, a co sprzyja. Nie dowierzam żadnym twierdzeniom, o ile nie odczuję poprawy. Fakt jest taki, że gdy człowiek przekracza pięćdziesiątkę winien zmienić sposób odżywiania się dość radykalnie. Wtedy wegetarianizm czy nawet weganizm powinien wesprzeć siły żywotne i zdjąć z organizmu ciężar przetwarzania substancji potrzebnych już w o wiele mniejszych ilościach. A takimi najczęściej są dania mączne i słodkie. Tworzące zbędny balast kilogramów i blokujące system krwionośny, a zatem powodujące zatory, zawały i miażdżycę. Przy okazji rezygnacji z ciast, makaronów, pierogów, pączków, kremów, chleba i bułeczek u kobiet zaczyna lepiej pracować tarczyca, a to bardzo ważne w okresie przejściowym. Diametralna zmiana diety  (na jakąkolwiek inną!) powoduje zbawienny szok dla organizmu, który przechodzi na inny tryb pracy i często usuwa przy okazji wieloletnie przyczyny różnych chronicznych przypadłości.
Właśnie, co do owej tarczycy, odkryłam wreszcie wszystko, co powodowało moje dolegliwości, także brzuszne. Bo mało kto wie, że niepokoje hormonów tarczycowych prowadzą do silnych zaburzeń trawiennych. I dlatego też odpowiednią dietą można je uspokoić.
Metodą eliminacji produktów, niczym innym, doszłam do tego sama.
Szkodliwy okazał się nie tylko gluten. Po jego całkowitej eliminacji okazało się, że reaguję źle także na produkty zawierające syrop glukozowo-fruktozowy, wytwór technologii żywieniowej, całkowicie nienaturalny. Po rezygnacji także z lodów, keczupów i sklepowych napojów, gdzie jest ów syrop radośnie dodawany poczułam się o wiele lepiej. Wtedy jednak okazało się, że dolegliwości powracają co jakiś czas i musi być jeszcze jakiś powód. W tym roku wreszcie odkryłam, że szkodzą mi również strączkowe. Precz poszedł więc zielony groszek, groch i fasola.
Zafundowałam sobie dwa tygodnie beztłuszczowej wegańskiej diety, z jednym posiłkiem dziennie, zakończonej czyszczeniem wątroby metodą Moritza. Przy której odkryłam, że moja wątroba już wcześniej rozpoczęła usuwanie kamieni żółciowych, a to dzięki piciu codziennie soku jabłkowego, od jesieni. I co jakiś czas to robi, nawet bez zażywania soli gorzkiej, przez co pod tym kątem czuję się znacznie lepiej.
Poszukiwania w internecie odkryły mi także informację, że przy zaburzeniach typu Haschimoto szkodzi własnie gluten, strączkowe i olej rzepakowy! A tu cię mam zatem, ostatnia moja zmoro!

Na czym więc stanęłam? Przesłuchując różnych dieto-guru natknęłam się na wypowiedzi dra Kwaśniewskiego. Który swoich zaleceń wcale z sufitu nie wyciągnął, lecz oparł był na badaniach radzieckich lekarzy z czasów wojenno-powojennych. I tu mi się lampka zapaliła. Lekarze owi bowiem mieli dostęp do ludzi, którzy przeżyli długotrwały głód, czy to podczas oblężenia Leningradu, czy wyzwolonych z obozów koncentracyjnych, czy - choć tego oficjalnie nie przyznawano, bo po cóż - więzionych w gułagach. Nie robili zatem wątpliwych eksperymentów na szczurach i myszkach laboratoryjnych, jak współcześni lekarze, lecz obserwowali różne i konkretne skutki działania pokarmów na ludziach stojących praktycznie na krawędzi śmierci. Obserwacje na dużej ilości ofiar, którym podawano różnego rodzaju pokarm, przy wychodzeniu z wygłodzenia, zgromadzono i z pewnością dokładnie przeanalizowano. Cała współczesna reszta, dostępna w sieci, głosząca to i tamto wydaje się przy tej wiedzy twórczością fantastyczno-naukową. Niestety.

Po dwóch tygodniach żałowania sobie tłuszczu i białka oraz akcji oczyszczającej, zastosowałam radę rosyjskiego uzdrawiacza, osiadłego w Polsce, pana Haretskiego, który uważa, że po takim oczyszczeniu zjeść należy tłusty bulion na nóżkach wieprzowych. Zaaplikowałam sobie zatem rosół z domowego indyka, w wolnowarze wiele godzin warzony, z którego wypłynęła prawie centymetrowa warstwa tłuszczu. I dopiero poczułam ulgę. Żadnych rewelacji ani buntów ze strony pęcherzyka żółciowego naprawdę nie było!
A co mówią lekarze? Cytuję:

Z diety należy całkowicie wyeliminować: smalec, słoninę, boczek. Wyklucza się także żółtko jaj, które może powodować silne skurcze pęcherzyka żółciowego.

Boczek pieczony był następnym moim wymarzonym daniem, którego sobie nie poskąpiłam. Co do żółtka, to uwielbiam, na śniadanie albo na obiad jajko sadzone (na słonince) albo jajko gotowane w koszulce. Żadnych sensacji nie ma.
Być może jeszcze się przejadę, i rację będą mieli wrogowie diety optymalnej. Trudno, odszczekam. Na razie jednak czuję się lepiej, niż wcześniej. Co prawda do końca ona optymalna nie jest, bo jej twórca obrzydzeniem pała do jabłek i soków owocowych, jak również do miodu. Otóż od czasu do czasu, tak raz na miesiąc zjadam łyżeczkę miodu. A z dobroczynnych właściwości jabłek w każdej postaci skwapliwie korzystam. Niemniej większość zaleceń całkiem bezwiednie stosuję. Po prostu kierując się instynktem (apetytem) i tym, co mi nie szkodzi.
Choć wiem także, że to nie koniec dążenia do zachowania zdrowia. Czas na leczniczą gimnastykę i ruch na świeżym powietrzu!

22 marca 2019

Zalewajka, królowa zup


Co prawda, jeść już nie mogę z racji alergii na gluten. Ale śnić i wspominać tak. Zamieszczam z tego powodu przepis na zalewajkę, taki, jaki znam z domu, gdzie jadło się ją często.

Zalewajka

Ukiś barszcz z dwóch-trzech łyżek mąki żytniej i ciepłej wody. Identycznie do zakwasu chlebowego. W glinianym garnuszku, postaw z boku płyty kuchennej, gdzie ma zawsze ciepło i odpowiednio.
Pierwszy barszcz najtrudniej zrobić, bo brak odpowiednich bakterii. To może trwać nawet kilka dni. Na początek więc najlepiej wrzucić kawałek chleba razowego lub żytniego na zakwasie, albo odrobinę kwaśnego zwykłego (sic!) mleka (broń boże kefiru ze sklepu). Gdy skiśnie, poznasz to nieomylnie po zmienionym kwaśnym zapachu. 
Uwaga, barszcz z sinym wykwitem na powierzchni, specyficznie cuchnący jest nie do użytku, dostały się doń niejadalne bakterie. Może się to zdarzyć właśnie na początku procesu, potem już raczej nie.

Kolejnymi razami postępuj tak: zużywając barszcz do zupy pamiętaj o pozostawieniu odrobiny na dnie. Na tym ukisisz następny barszcz, przy czym może się sprawdzać już mąka pszenna. Ideałem jest, że ma się zawsze "chodzący" barszcz w garnuszku na kuchni, który można zużyć na zalewajkę w dowolnej chwili dnia lub nocy.

Gdy już podstawa istnieje zabieramy się do gotowania. Zupa to wtedy najprostsza i najszybsza w świecie. 


Obieramy kilka ziemniaków i kroimy w zupne drobne kawałki. Cięcie na plastry przyjęło się później. Polski lud zawszeć kroił kartofle na ćwierci bądź na ćwierci ćwierci, gdy "wielgie" były. Wrzucamy je na wodę, tyle wody ile zupy potrzebujemy.
Dodajemy liść laurowy, kilka ziaren pieprzu i tyle soli, ile lubimy.
Można wrzucić grzyb suszony oraz koniecznie połówki cebuli podpieczone na płycie kuchennej wcześniej. Kiedy wszystko się zagotuje i kartofle miękkie być zaczną zalewamy je przygotowanym wcześniej barszczem. Wtedy można wrzucić ząbek-dwa czosnku i pogotować jeszcze chwilkę.
Pamiętać należy, aby nie dodać barszczu wtedy, gdy ziemniaki jeszcze są twarde. Wtedy już nie zmiękną bowiem wcale.
Zalewajkę krasi się skwarkami ze słoniny, czasem z przysmażoną przy okazji pokrojoną cebulką. Z przypraw lubi pieprz i majeranek, wiosną nać pietruszki.
Niektórzy do kartofli dodają jeszcze seler, pietruszkę i marchewkę (bez pora), ale dla mnie to już udziwnienie.
Zalewajka na bogato to z dodatkiem roztrzepanego w barszczu bądź ugotowanego na twardo jajka (wersja wielkanocna), albo dodanej do zupy kiełbasy, najlepiej białej albo starodawnych parówek (serdelków). Można ją zabielić śmietaną, ale już w talerzu. Podaje się do niej chleb, najlepiej rwąc na kawałki wrzucać go najpierw do zupy i tak zjadać. Wersja absolutnie przepyszna zalewajki może być nazwana zalewajką jesienną. Dodaje się do gotowanych ziemniaków świeże pokrojone na plastry grzyby prosto z lasu (najwspanialej wypadają kurki). Dalej postępuje się jak wyżej.

Na koniec dodam, że zalewajka zaliczana jest w moich stronach (wraz z gęstym krupnikiem, w którym łyżka staje i rosołem z wiejskiej kury) do sprawdzonych zup leczących grypę i przeziębienie. Gorąca, gęsta zalewajka z dużej ilości barszczu ogrzewa dłuższy czas żołądek i zabija buszujące po nim wirusy. Wzmacnia siły, rozgrzewa. O tym pisałam już kiedyś na blogu tutaj.

5 marca 2019

Kamykami w oczy


Problem narastał u mnie od lat. Raz było lepiej, raz gorzej. W tych gorszych okresach zaczęłam sobie radzić piciem octu, soku i kompotu jabłkowego. Oraz wyeliminowaniem z jadłospisu rzeczy mi najbardziej szkodzących. Których jednak z biegiem czasu zaczęło przybywać, a nie ubywać. Najpierw tylko kiwi i gluten, potem doszedł syrop glukozowo-fruktozowy, potem większość grochu i fasoli, w tym zielony groszek, wreszcie nawet ogórki okazały się podstępne.
 Gdy ból pod żebrem nie znikał, a pojawiał się na całe godziny i dni uznałam, że dość tego, muszę coś zrobić. Pozytywne myślenie i eliminacja przyczyn psychologicznych owej przypadłości, czyli tłumiony latami gniew, złośliwość i zgryźliwość przodków, nieprzebaczenie wymagają jeszcze wsparcia fizycznego.
Od czego internet? Doktor Gógle szybko znalazł receptę.


Zastosowałam, choć z pewną modyfikacją.
Przedwiosenna dieta od pełni do nowiu księżyca, tj. 2 tygodnie, a nie tydzień. Czyli jeden posiłek wegański beztłuszczowy dziennie i sok jabłkowy z własnego sadu w poprzednim sezonie przyrządzony pity bez ograniczeń, czasem z domieszką bezcukrowego cydru domowego (nie ze sklepu) dla lekkości bytu. Do tego 2-3 razy dziennie szklaneczka przegotowanej wody z octem jabłkowym własnej roboty.
Jak widać, opłaca się mieć swój sad i przetwarzać owoce! Na koniec gorzka sól, wieczorem i rano zaaplikowana można powiedzieć „w końskiej dawce”. I na osłodę sok z różowego grejpfruta.
I powiem tyle: to naprawdę działa!
Przy dłuższej, niż zalecana diecie i spożywaniu jabłkowych przetworów bez ograniczeń kamienie zaczęły uchodzić już na 3 dni wcześniej same, co wyraźnie dało się odczuć. A na koniec zobaczyć.

22 lutego 2019

Sterowanie pogodą

I nastał koniec wiosny w zimie. To wszystko moja sprawka, a tak naprawdę znajomej płanetnicy. Przedwczoraj zahaczyła mnie na fejsie pytaniem o pogodę. I czy mi się podoba to słońce ostatnio, bo ona ciągle myśli o słońcu i wiośnie, dlatego nadeszło. Śnieg stopniał i zniknął, pojawiły się pierwiosnki, pierwsze żurawie i dzikie gęsi. Wytłumaczyłam nieświadomej, że suche przedwiośnie to brak wody w glebie i kiepskie plony. Poza tym ruszą pąki zbyt wcześnie i mrozy, które są jeszcze zapowiadane na pewno je zetną. Wzięła pod uwagę. I wczoraj zagadnęła znowu, mówiąc:
- U mnie już pada. A u was?
- Pada śnieg.
- Ok. Myślę.
I dzisiaj powitała nas biała polać śniegu na polu, w lesie i w obejściu. Kury, gęsi i indyki rozczarowane, kozy również. Ale przynajmniej uspokoiły się na ten widok, bo poprzedni przedwiosenny i słoneczny kazał im łomotać rogami w zamknięcia boksów, wydostawać się na podwórze i wszczynać co rusz wzajemne niesnaski.

13 lutego 2019

Gra w pieska i liska

Śniegi tają z dnia na dzień. Trzeba uważać na lodowisko na dworze, bo zdarza się nagły fikołek, gdy poruszać się zbyt pewnie siebie.

Kury ruszyły na żer do lasu, grzebią, wyszukując korzonki spod śniegu, ale i jedząc glebę, która jest im potrzebna do budowy skorupek jaj. W efekcie od dwóch tygodni zamiast jednego dziennie mamy już  6-8 świeżych jajeczek. Gąska Pulcheria przestała się nieść w momencie, gdy zaczęły kury. To się nazywa równowaga w przyrodzie. Całą zimę nie trzeba było kupować.
Kury zwęszył oczywiście lis. Kury są czujne, kogut ostrzega, puszczam wtedy psa. Laba rusza biegiem w pogoń za przecherą, który potrafi nawet na drodze przy domu w środku dnia buszować i polować na drób. Na razie wszystko wydaje się w porządku. Lis ucieka, Laba wraca zziajana i wybiegana, co uwielbia. Lis co jakiś czas pojawia się za to w nocy i stojąc za ogrodzeniem od strony lasu, dwa metry od domu, ujada szczekliwie. Pewnie odgraża się psom i obiecuje kurom, że kiedyś na pewno je dopadnie.
Pasza ma cieczkę, więc odbywa na razie kwarantannę domową. Towarzyszy jej zakochany Pikuś, mały jak pięść, wysiadując godzinami na tarasie, a w nocy długo i melodyjnie wyjąc tęskne miłosne pieśni.

5 lutego 2019

Zdrowe kwasy

Zima, wygląda na to, że powoli odpuszcza. Kilka odwilżowych dni i w miarę ciepłych nocy rozpuściły śniegi do warstwy zmarzniętej grudy na podwórku, na której łatwo się pośliznąć, zatem stąpamy ostrożnie. 
W ostatnim czasie zawitała do nas choroba. Anna złapała katar w miasteczku pośród ludzi, po czym zaczęła narzekać na ból gardła. Tym razem dała się namówić na leczenie moim sposobem, pamiętając zeszłoroczne boleści. Przechorowała sprawę w 2 dni. Niestety zarazek przeszedł na mnie. I ruszył kłopot z szybko postępującym zapaleniem zatok. Ból głowy, katar, dreszcze. Czym prędzej zaaplikowałam sobie lekarstwo, jakże niedoceniane przez masową klientelę, bo pani w aptece musiała je sprowadzać specjalnie dla nas. Po pierwszej nocy dreszcze i gorączka ustały jak ręką odjął. Wzięłam jeszcze poprawkę na drugą noc i dzisiaj już wyszłam śmiało na obrządek. Czyli przeszło.
Z tej radości uzdrowienia, ale też mocno zainspirowana treścią grubej księgi, którą sobie sprawiła na długie zimowe wieczory pt. Sztuka fermentacji, Anna zabrała się z wielką mocą do kwaszenia i kiszenia (co w jej wykonaniu na jedno wychodzi).
Zaznaczam, że kiszonki różnego rodzaju są u nas zawsze od jesieni, szybko się kończą, więc co rusz trzeba zapasy uzupełniać, a menu urozmaicać.  Dzisiaj nastawiła kapustę białą szatkowaną z buraczkami w solance, kim-ći z dynią, oraz kapustę białą drobno szatkowaną z gotowanymi ziemniakami. Kiszona kapusta czerwona z tartym jabłkiem dzisiaj właśnie wyszła, była pyszna. Jednak przebojem okazała się kiszona cebula, świetny dodatek na kanapkę, do sałatek, czy jako zakąska. Znikła tak szybko, że kisi się już następna, tym razem do śledzi przeznaczona.


Cebula kiszona

Składniki:
Cebula czerwona
Przyprawy: gorczyca, suszony koper, czosnek, liść laurowy, garść na 1 litr.
1 łyżka soli kamiennej na 1 litr przegotowanej wody

Przyrządzenie:
Pokroić cebulę w ćwiartki lub półćwiartki, zależnie od wielkości. Włożyć do zamykanego słoika, zasypać garścią przypraw. Przygotować wodę z solą. Przegotowaną wystudzić do ok. 40 stopni, rozpuścić w niej odpowiednią ilość soli i zalać cebulę. Zamknąć szczelnie słoik i nie otwierać przez ok. 5-6 dni. Trzymać w ciepłej kuchni.