26 sierpnia 2016

Jesienne upłynnienia

Wróciły ciepłe słoneczne dnie. Choć czuć już jesień, po żniwach zawsze tak się dzieje. Bociany odleciały, o świcie słychać jeszcze klangor żurawi mieszkających za lasem. Im jeszcze nie śpieszno.
Lecą jabłka. Z dnia na dzień większe, słodsze i mniej robaczywe. Zaczynają się antonówki, choć jeszcze kwaśnawe. Mimo to, sok nabrał charakterystycznego aromatu. W większości zapełniłam już nim posiadane zakręcane butelki. Jest tego... muszę policzyć kiedyś przy okazji, ale kilkadziesiąt na pewno. W każdym razie tyle, ile nam dwóm starcza na dwa lata. Anna próbowała dokupić butelek w sklepie z opakowaniami, ale ich cena jest... dwukrotnie wyższa, niż takiej samej butelki z sokiem w sklepie. Odpuściła sobie. Zapełniam teraz resztę gąsiorów, będzie cydr.
W skupie siemiatyckim cena 1 kg jabłek wynosi 24 grosze na teraz. Czyli 100 kg (dwa duże worki) to raptem 24 złote.  Żeby opłaciło się pojechać z przyczepką i zarobić więcej, niż potrzebne na jazdę w tę i z powrotem paliwo, trzeba by zebrać najmniej pół tony. Kilka lat temu zdarzyło się, i owszem, ale był skup w miasteczku i nie trzeba było daleko jeździć. Na razie się nie zanosi na takie ilości.
Drzewa w sadzie starzeją się, mimo przycięcia i mimo własnych pszczół, w tym roku miały za krótki czas na zapylenie, czas kwitnienia przypadł na pogorszenie pogody.
Mimo to, na nasze potrzeby mamy owoców wystarczająco, aż nadto, więc się nie martwię wcale. Kozy również są zadowolone. Znajomi i potrzebujący mogą podjechać i nazbierać ich sobie ile chcą, za przysłowiową złotówkę, albo jakąś wymianę.

Na drzewach dojrzewają jeszcze śliwki węgierki. Dochodzą tu późno, bo we wrześniu, ale są wtedy najsłodsze. Warzę z nich pyszną konfiturę bez cukru.

Anna co rusz przynosi z ogrodu cukinię, patisony, albo dynię hokaido. W kuchni trwa sezon na leczo, które z dodatkiem tej dyni jest wyjątkowo smaczne.

Octowe nastawy buzują z zapałem. Zostało jeszcze trochę octu z dwóch poprzednich lat, dojrzewa w piwnicy i jest z czasem coraz mocniejszy i lepszy. Naprawdę warto go potrzymać. Zaczynamy je dosmaczać. Na pierwszy rzut poszły płatki z dzikiej róży, która jeszcze kwitnie.
Co do właściwości octu jabłkowego w skórnych przypadłościach muszę je potwierdzić, a nawet zadziwić się skutecznością. Odkąd używam go do płukania włosów wzmocniły się, a przede wszystkim wrodzony łupież przestał być tak dokuczliwy, jak do tej pory. Mało tego. Wyleczyłam się nim też z kilku brodawkowatych pypci, które wyskoczyły mi na skórze, po prostu zmniejszyły się i szybko znikły.
Ponadto marynuję w occie ząbki czosnku i pojadam do kanapek, albo sałatek. To tytułem wzmacniania odporności i prewencji przeciwrobaczej, którą od lat co roku uskuteczniam, wraz z sezonowymi dawkami jagód.Ocet z takiej zalewy, rozcieńczony wodą można śmiało pić, jest tylko trochę kwaskowaty i ma właściwości odkwaszające żołądek i anty-zgagowe.

Wracając do tematu płatków różanych to dają się też zastosować w dosmaczaniu cukru pudru. Który z kolei dodany do lodów z koziego mleka i jogurtu domowego, jakie systematycznie robię całe lato, tworzy niespotykane i wykwintne - lody różane. Mniam!
Jakiś czas temu Anna nastawiła wino na płatkach róż, właśnie żem je odcedziła i postawiła na dalsze dojrzewanie. Po pierwszym wrażeniu (podobnie jak przy piciu wina z kwiatu bzu) perfumeryjnym, kubki smakowe wpadają w stały zachwyt.
Takoż wina z czarnej porzeczki, całkiem na swoich dzikich drożdżach pędzone, mają się świetnie, dosłodziłam już je i drugi raz buzują, zanim je w końcu odcedzę z resztek owoców i pozlewam do butelek. Niechaj stoją. Nawet więcej, niż rok. Nie ma nic smaczniejszego, niż stare porzeczkowe wino, dwu-trzyletnie! W smaku wtedy wręcz trudno je odróżnić od wina gronowego.

Ponadto sprzedały się wszystkie indyczęta, które miały być sprzedane. Trafił się chętny nawet na te późne, przyjechał z daleka. Choć już straciłyśmy nadzieję i przygotowałam się na zimowy chów całej gromadki (przed Wielkanocą na pewno by poszły za dobrą kasę).
Okazało się, że od wiosny hodował białe indyki brojlery i niedawno wzięły mu i padły (co się im zdarza na otłuszczenie albo choroby gastryczne). No, zwyczajna indycza rasa z pewnością takiej niespodzianki mu nie sprawi. Czyli z zadowoleniem stwierdzam, że indyki zarobiły nie tylko na swój wikt i utrzymanie całoroczne, ale i na przyszłoroczną zagrodę dla drobiu, którą mamy w planie.

21 sierpnia 2016

Wyplatanie ze słomy od zaplecza

Nauka wyplatania ze słomy niekiedy odbywa się w naszym gospodarstwie. Choćby dlatego, że szkoli się w tym rzadkim już rzemiośle także Anna. Dla ciekawych Czytelników przedstawiam zbiór zdjęć z czynności przygotowawczych do samego wyplatania, które trzeba wykonać zanim w ogóle przystąpi się do głównej pracy. 
Po pierwsze i najważniejsze trzeba skosić i zebrać słomę żytnią, jak widać w klasyczny sposób, kosą i w snopach. Ta została zebrana przy pomocy sierpa.


Następne jest dosuszanie. Tegoroczne mokre lato sprawiło, że było to konieczne. Dosuszanie zapobiega pleśnieniu, rozjaśnia też kolor słomy. Wybrać trzeba, oczywiście odpowiednio słoneczny i gorący dzień.


Poniżej prezentuję prosty przyrząd do czesania słomy. Zrobiony ze zwykłych metalowych grabi i kilku gwoździ.



A tak wygląda czesanie słomy na owym przyrządzie. Dzięki tej czynności usuwa się liście i chwasty z żyta, pozostają tylko łodygi zboża. Najpierw czesze się na grabiach, potem na gwoździach.




Następnie trzeba wyrównać wyczesany pęk zboża w prosty sposób...




I jeszcze obciąć kłosy sekatorem.


No, i po całej tej pracy można już przystąpić do twórczości...



7 sierpnia 2016

Chleb i ser

Wczoraj wieczór pieczenia chleba, palenie w piecu chlebowym, żar, zakwas, lepienie bułeczek z jagodami, rumienienie, chrupienie, wszechogarniający zapach świeżego pieczywa. 
Na dziś wydana wielka bitwa z duchem rośnięcia, czyli z dzikimi drożdżami w chacie. 
Inaczej nie da się zrobić sera.

5 sierpnia 2016

Humory, brzęczenia i smaki

Pogoda wilgotna i pochmurna tego lata, czasem przynosi dzień, albo kilka ciepłych, i bardzo ciepłych, jak nie przymierzając dzisiaj, gdy temperatura bliska jest 30 stopni. W rezultacie pastwisko, które obrodziło nam wszystkim, ale nie posianą trawą wciąż się jeszcze ździebko zieleni i kozy mogą tam spędzać swój dzionek. Trza tylko od czasu do czasu kolejne przejście wynalezione przez nie w ogrodzeniu (przeważnie kładą się na siatce i obniżają ją tak, że mogą przeskoczyć na zewnątrz) załatać, przybijając poprzeczną żerdź między słupkami mocującą siatkę od góry.

W takie duszne i parne dnie, które trafiły się ostatnio, powietrze zrodziło dziwne humory, jakby powiedział dawny medyk. Czyli złapałyśmy retrowirusa, pewnikiem od dzieciaków, które biorą u nas mleko, albo od tych, z którymi Anna ma styczność na warsztatach ceramicznych. Kilka dni osłabienia, a najpierw mdłości i różnych brzusznych niedomagań już za nami. W sumie szybko i sprawnie udało się nam to zakażenie przejść, w porównaniu z opisami dolegliwości innych dorosłych, którzy zapadli na żołądkową grypę. Dla mnie to było pierwsze takie zakażenie w życiu. Wspomagam się przetworzonymi jagodami, mieszanymi z kefirem, boski smak i moc zasysania i bezpiecznego usuwania wirusowych toksyn z organizmu. Obyło się bez innych lekarstw.

Anna pilnie uczy się pszczelarstwa. I co rusz biega do swoich uli coś tam robić, i podkarmiać roje. Robimy to syropem z cukru. Syrop fruktozowo-glukozowy pędzony z pszenicy wykluczony, choćby ze względu na moją alergię na gluten, ale ogólnie to cholerne chemiczne świństwo, którego nie powinno się używać.
Przy okazji przynosi na sobie liczne ślady ukąszeń, na rękach, na szyi, głowie, a i na brzuchu i nogach też, i muszę z nich nieraz żądło wyciągać końcami paznokci. Smaruje je potem octem jabłkowym i opuchlizna ani swędzenie się nie pojawia. Ogólnie całkiem nieźle znosi taką szkołę od swoich nowych pszczółek, które o niebo są agresywniejsze od pierwszych, leniwych i mało-miodnych.
- Wiesz, jak się tak stanie przy otwartym ulu i one się podnoszą i buczą wokół ciebie, to pojawia się takie szczególne wrażenie, wibracji, drżenia, które cię ogarnia. To niesamowita energia, chmura żywej energii. Od razu podnosi adrenalinę i ciśnienie... Ja po przyjściu od uli mogłabym nieźle zawalczyć.
- Zatem pewnie wielu pszczelarzy jest od niej uzależnionych?
- Sądząc po moim mistrzu to tak...
Na razie skończyło się na dwóch słojach pysznego miodu i trzeciego, uzyskanego od mistrza z jego pasieki w odwiecznej zamianie na towar.
Kanapka z kozim twarożkiem i miodem, nie do opisania posiłek wspomagający i mój ulubiony to jest.
Bo, tak jak zawsze letnią porą przeszło się naturalnie na warzywno-owocowe jedzenie. I na razie nic mięszejszego nie jest potrzebne do życia.
Zebrałam w ogródku przy domu pełną skrzynkę zielonej fasolki. Część zjadłyśmy, a resztę zblanszowałam i zamroziłam w kilku sporych porcjach. Powoli zaczynają dojrzewać pomidory. Bywają cukinie i patisony, uformowało się kilka dyniek. Zaczyna się pora leczomanii.

Ogród, dzięki wilgotnemu latu wygląda okazale, dynie utworzyły wielką wysoką gęstwę i kwitną na wyścigi. Całość takimi dniami jak dzisiejszy brzęczy i huczy od uwijających się w kwiatach pszczelich robotnic.

Spadają już pierwsze jabłka. Anna zbiera je co drugi dzień, spiesząc się rano przed kozami, które od świeżych spadów potem rozpoczynają pastwiskowy dzień. Robię z nich sok, codziennie, w sokowniku. Wychodzi jakoś 3,5 litra za każdym razem. A to oznacza, że jabłka są o 1/3 bardziej soczyste, niż dwa lata temu, gdy zrobiłam takie zapasy sokowe, że starczyło nam właściwie do teraz. I z pewnością zabraknie posiadanych butelek, trzeba będzie się postarać o dodatkowe.
Z resztek, gniazd jabłkowych i gorszych spadów nastawiamy ocet. Też już się kończy ten sprzed dwóch lat, a używałam go do wszystkiego, potraw, przetworów i przede wszystkim do mycia włosów. W tym roku zrobimy zatem jeszcze więcej, bo dopiero teraz ostatnie butelki stojące w piwniczce pokazują, jaki skarb zaczął się w nich wytwarzać po dwóch latach, mocny i smakowity.

27 lipca 2016

Działania ludne

Czas letnich imprez okolicznych i spotkań z ludźmi. Nie powiem, troszkę się rozruszałam.
Najpierw święto kupałowe na Iwana w Dubiczach Cerkiewnych, które bardzo lubię i staram się bywać. Rzecz odbywa się w przyjemnym otoczeniu, nad zalewem wodnym, blisko lasu. Są stoiska ze sprzedażą różności, w tym także rzemieślników z Białorusi i Ukrainy. Można się zaopatrzyć w autentyczne wyszywanki, czyli soroczki haftowane ręcznie, lub maszynowo, w ceramikę i inne ozdobne gadżety. Gwoździem programu jest obrzęd rzucania wianków, urządzany przez ludowy zespół młodzieżowy. Ogień nad wodą, dziewczęta pięknie ubrane po słowiańsku, śpiew, okrążanie ognia, wejście w wodę, rzucanie wianków, na co czekają pilnie chłopcy stojący na brzegu. Rzucają się z takim impetem do wody, biegnąc i płynąc różnymi sposobami, także na łódkach czy kajakach, żeby na wyścigi zebrać wianki, że publiczność krzyczy i klaszcze z zachwytu. Jest w tym energia, pierwotna magia, ciągle. Na zakończenie pokaz sztucznych ogni nad wodą dopełnia półrocznicę małanki, czyli nowego roku w kalendarzu juliańskim.

Później coroczny nasz czeremszański festiwal, trzydniówka. Jak zawsze wylądowali u nas goście, prowadzący pracownię ceramiczną "Lipowa", całą gromadką. Anna spędzała większość dnia pod domem kultury, prowadząc stoisko z wyrobami ceramicznymi dzieciaków z koła garncarskiego (zarobek będzie przeznaczony na rzecz koła), oraz zajęcia ceramiczne dla chętnych gości festiwalu wraz z Jerzym Fiedorukiem. Trochę jej w tym pomagałam w sobotę i niedzielę. Spotykając przy okazji wielu znajomych.
Pogoda wbrew prognozom dopisała. Muzyka też (oprócz występu gospodarzy podobały się nadzwyczaj bułgarska Oratnica i dynamiczny afrykański zespół z Zimbabwe Mokoomba).

Goście odjechali, odpoczywam, dokarmiając kolejne dzieciaki, jakie się narodziły w naszym gospodarstwie. Mianowicie jenduszka wysiedziała 13 indycząt (wszystkie jaja) i 3 kurczaczków zielononożnych.
Tuż przed festiwalem wydarzyła się tragedia w grupie najstarszej induszki, która została zaatakowana w sadzie przez lisa. Przeżyła atak, lis spłoszony czymś umknął, ale z uszkodzonym gardłem, co uniemożliwiało jej jedzenie i picie. Po dwóch dniach zdecydowałyśmy się ją ubić, bo wyraźnie się męczyła i przestała już reagować nawet na dzieci. Zostawiła zatem 9 pikolących sierotek, które dołączyłyśmy do piątki niesprzedanych starszaków. Po kilku dniach pod wspólnym dachem zintegrowały się z nimi na tyle, że nie rozbiegają się chaotycznie, jak dotąd, tylko trzymają się stada i dwóch indyczek prowadzących.

13 lipca 2016

Słodko i parno

Pogoda, wbrew prognozom, zwilgotniała, zburzowiała i wciąż trwa przy zmienności. W tym sensie, że trzeba czuwać i wypatrywać niespodzianek cały dzień, aby utrafić we właściwy moment, by kozy wypuścić na pastwisko, drób z jego skrytek, a potem w razie nagłego deszczu i często burzy szybko zebrać z pola i obejścia z powrotem pod dach. Bywa, że kilka razy na dzień.
Jednak wolę takie rozwiązanie, od narastającego parnego i dusznego upału, którego przedsmak też mieliśmy kilka dni temu. I który pobudził do aktywności mnożenia się muchy. Na szczęście gzy i ślepaki już sobie odpuszczają i zdarzają się rzadko, dużo rzadziej, niż w czerwcu.
W ogóle jednak przyznaję, choć sezon jeszcze się nie skończył, że są zmiany w populacji owadów, widoczne bardzo, zwłaszcza zadziwia od kilku lat (czterech?) prawie całkowity brak komarów, które na wiosnę zastąpiły trochę meszki, ale nie w jakichś kosmicznych ilościach. Ślepaki, czyli końskie muchy są aktywne tylko w czerwcu, może dwa-trzy tygodnie w roku. Potem gdzieś znikają. Czy raczej zanikają.
W tym roku widzę mniejszą ilość much, których zawsze o tej porze było nieznośne zatrzęsienie. Owszem, zaczęły teraz trochę dawać do wiwatu, ale wyraźnie słabiej, niż jeszcze w zeszłym roku. Jaskółki, które jak co roku osiedliły się w koziarni, muszą się chyba nieźle napracować, żeby wykarmić niedawno wyklute pisklęta.

W każdym razie wieczory spędzane na tarasie, już w połowie wykończonym, przy palącej się świeczce własnej roboty z wosku nalanego do glinianego naczyńka, czasem z szumem wiatru, lub deszczu, lub błyskawicami w tle, należą do przyjemnych. Bez konieczności nakładania długich spodni i koszuli z rękawami, aby się od nieznośnych krwiopijców zabezpieczyć. Nie trzeba. Ot, czasem jakiś chrząszcz przeleci z charakterystycznym buczącym chrzęstem skrzydełek, błyśnie w świetle ognia ćma albo inny świetlik, i wsio. Śpiewają w buszu wieczorne ptaszęta, ręka podnosi do ust szklaneczkę z domowym winem z dodatkiem wody sposobem greckim pitym, i dusza syci się światem bez przeszkód.

Prace postępują do przodu, choć już dawno straciłam poczucie, gdzie jest ten przód, a gdzie tył. Po prostu prace się pracują, jak należy w tym letnim, sprzyjającym pracom czasie, i co tu dużo gadać.
Kupa drewna już w połowie jest porżnięta i porąbana, ja z wolna zwożę je pod różne dachy i daszki. Których jednak może zabraknąć ostatecznie, dlatego trzeba w razie czego rozważyć wariant postawienia nowego. Pewnie krytego odzyskaną z zakupionego chlewika dwa czy trzy lata temu dachówką, którąśmy złożyły na zapleczu w razie takiej potrzeby.

Nasze leniwe pszczoły dostały nową matkę, aby je trochę może rozruszać, a wolny ul - nowy żywotny odkład pszczeli. Anna z zapałem uczy się pszczelarstwa, bo udało jej się trafić na pszczelarza-emeryta, który takiej nauki chętnie się podjął. Co rusz teraz biega do swoich rojów, dymić, oglądać plastry, matkę, czerwie, trutnie, i obserwować przyjęcie się rojów, obloty i co tam jeszcze Dusza Roju wymyśliła.

Z racji dużej ilości wody, której niebo nie skąpi w tym roku, ogród trzeba było drugi raz wykosić, aby zrobić miejsce sadzonkom do oddychania i życia, bo mikre są jeszcze i łatwo trawsku byłoby je zagłuszyć. Bób został zjedzony. Teraz zaczyna się epoka botwinki. Na dojrzenie czekają pomidory, wzrasta nowa sałata, dynia, bujna i szeroko rozkołysana kwitnie chętnie.

Z porzeczek zerwanych z naszych dwóch owocujących krzewów udało się nastawić mały gąsiorek wina. W tamtym roku starczyło tylko pod nalewkę. Ilość przyrasta, choć bardzo powoli, jak widać. Zatem Anna popytała, pojechała gdzieś i przywiozła pełną skrzynię czarnych porzeczek prosto z kombajnu usypanych. 20 kilogramów. Trzy dni trwała skrzętna praca, żeby je zagospodarować, ale udało się je przerobić. Na 11 litrów czystego soku z sokownika, dwa litry galaretki, 8 słoiczków dżemu i nastawić kilka gąsiorków wina, mojego ulubionego.
Do tego udało się zjeść i przerobić 6-7 kilogramów jagód, przez wioskowych zbieraczy dostarczanych w cenie skupu. I trochę ogórków na sałatki zimowe. Zatem zapasów coraz więcej.
Grzybów tylko wciąż nie ma, co przy takiej parnej wilgotności dziwnym jest, podobnie jak brak komarów.

26 czerwca 2016

Miodne sianokosy i inne sprawy

Wraz z wakacjami nastały upalne dnie. Pojawili się także goście, dwie kajakarki, pragnące zrobić sobie wycieczkę po Bugu, od jego krańca granicznego w Niemirowie do Warszawy, skąd przybyły. Do Bugu nam dość daleko, ale nie aż tak, żeby rzecz nie miała sensu. Ot, został się u nas samochód, a kajaki popłynęły wraz z załogą przez kraj.
Była tego dobra strona dla nas. Mianowicie nocleg i użytkowanie grilla przyniósł nam pomoc na łące i w ogrodzie, i to bardzo realną i potrzebną. Bo właśnie człowiek z bobrowej wioski doniósł był nam, że druga łąka jest skoszona, kilka dni ciepłych i bezdeszczowych się szykuje i można sprzątać siano. Niewiele myśląc Anna wyruszyła na nowe zbiory. Przerzuciła jednego dnia siano na połowie owej łąki, bo drugą Sąsiad z Polesia wziął sobie, który w hodowlę kóz się dawno wdał, a kolejnego dnia załatwiła kostkarkę i zwiozła. I to właśnie był dzień wizyty naszej pomocnej kajakarki i przydała się i do grabienia, i do ładowania kostek na przyczepę i do rozładowywania i pakowania w paszarni. Było tego trzy i pół obrócenia, czyli około 120-130 kostek. No, już naprawdę nam chwacit na ten rok.
Kajakarka następnego dnia wypieliła nam pięknie grządki w ogrodzie permakulturowym i pomogła do ula zajrzeć, bo się kiedyś pszczołami zajmowała i wykształcenie ma owadologiczne. Anna nową wiedzę zdobyła, przejrzała wszystkie ramki, miodu będzie tylko dla nas, ze dwie-trzy ramki, bo nasz rój leniwy jest i niewiele zbiera. Dobrze wiedzieć i za nowym odkładem się obejrzeć. Do drugiego pustego ula.
Następnego dnia kajakarki zgrupiły się, wraz z pierwszym dniem wakacji i wyruszyły w swoją drogę wodną, Anna pojechała z nimi nad rzekę i wróciła ich samochodem, gdy już się w kajakach znalazły. Późnym wieczorem dotarł do nas sms, że mimo upału i późnego wyruszenia zdołały kilometrowy plan dzienny wyrobić i właśnie rozbiły się szczęśliwie obozem na brzegu. 
No, cóż, hobby jak każde inne, prawda?

Mnie zaś przyszło strzec naszego ptactwa przed powtarzającymi się atakami krogulczycy. Pierwszego razu trafem wyszłam akurat z domu po chrust pod płytę i pomogłam indyczkom i indorowi agresorkę odpędzić, bo do wnętrza obory przez otwarte drzwi wzięła wefrunęła. Trzeba przyznać, że dorosłe indyki wykazały się prędką reakcją i szaloną odwagą, a indor, stacjonujący za progiem na podwórzu jak rakieta wystrzelił z miejsca w górę na ponad dwa metry, aby ptaszysko przestraszyć. Bezczelne usiadło na dachu i czyhało dalej, więc je spłoszyłam rzutami kamieniem.
Dzisiaj zaś alarm podniosły gęsi, balbiny. Krogulczyca cichaczem siadła w lesie za domem na kuraku, żerującym w krzakach. Wrzask ptactwa wywołał mnie natychmiast z domu razem z psami, które już wiedzą doskonale co wtedy robić. Pobiegły ze szczekaniem w odpowiednią stronę i drapieżnica zwiała, zostawiając łup, który na szczęście żył i umknął na swoich nogach pod kupę gałęzi się schronić. Wylazł spod niej dopiero po kilku godzinach, tak się wystraszył.
No, cóż, krogulce najwyraźniej karmią swoje młode gdzieś w gnieździe w pobliżu i trzeba się strzec.
Z innych spraw: dzisiaj została posadzona na jajach kolejna indyczka, która robi to już po raz drugi w tym sezonie. Zniosła następną partię jaj i właśnie wczoraj ją sparło na twarde siedzenie. Ponieważ już miejsca nam brakuje dla matek z dziećmi, wylądowała w drugiej paszarni przy nowym kurniku, w której graty trzeba było trochę przesunąć, by miejsce zrobić i skrzynkę wymościć.

Poza tym truskawki i rzodkiewki się skończyły, jak i sałata i szpinak wyjedzone zostały, a zaczęły się jagody. Były już lody z pierwszymi świeżymi z lasu, uzbieranymi przez siostrę Sławka i dżemik jagodowy też powstał.

21 czerwca 2016

Przesilenie

No, i proszę, przesilenie roku, wraz z pełnią księżyca, dokonało się bez większych atrakcji pogodowych, jak to bywało w ostatnich latach. Co prawda pogoda ostatnio była mocno zmienna nawet na przeciąg jednego dnia, poranki witały rześkie, pochmurne i wietrzne, w południe zaczynało przygrzewać mocno słońce, by zaciągnąć niebo jakąś deszczową albo burzową chmurą, po czym wieczór łagodniał i uspokajał się. Albo przedpołudnie deszczowe, popołudnie parne i gorące.

W obejściu życie toczy się w zgodzie z rytmem rocznym. Na świat przyszły kolejne indyczęta, w liczbie dziewięciu sztuk (na 15 jaj podłożonych). Zamieszkały z matką w stodółce, gdzie dokarmiam je co dwie godziny i mają bezpieczną przestrzeń, wyścieloną świeżą słomą, zdatną do przedszkolnych nauk życiowych. Kwoka z trójką kurcząt przeniosła się w zamian do lamusa, skąd w pogodne dnie wychodzi z nimi na podwórko. Kurczaki kupione w wylęgarni są już spore, samodzielne, mieszkają w osobnej przegrodzie kurnika, gdzie są bezpieczne od zakusów dorosłych zazdrosnych kur. Karmię je trzy razy dziennie, poza tym żerują swobodnie na skraju lasu za domem.
Indyczki-matki zostały już na początku przerzedzone. Jedną z nich przymusem oddzieliłam od piskląt, ponieważ kłóciły się wszystkie trzy ze sobą o miejsce, i cierpiały od tego małe, dziobane albo deptane (kilka sztuk padło w takich wypadkach, niestety). Po nocy spędzonej w kurniku otrzeźwiała z macierzyńskiego czaru hormonalnego i wróciła pod opiekuńcze skrzydła indora. Mało tego, wkrótce zaczęła się nieść i znowu zbieram jaja, bo może zechce jeszcze raz zasiąść na nich. Dwie zaś pozostałe matki z dziećmi przeniesione zostały do obory, do jednego wolnego boksu, gdzie miały cieplej i swobodny dostęp do światła słonecznego, którego już im w zamknięciu stodolnianym, w czas chłodów nocnych i deszczów dziennych, zaczynało brakować i podupadały na nóżki. Słońce uczyniło cud i wróciły do pełni zdrowych sił, jak nie przymierzając mały Collin z "Tajemniczego ogrodu". Wypuszczamy już je na kilka przedpołudniowych godzin do sadu, gdzie pod okiem gulgających matek z zapałem polują wśród trawy na drobne owady. Rosnąc do wieku i wielkości zdatnych do sprzedaży.

W ogrodzie permakulturowym, oprócz rzodkiewek, jak w zeszłym roku, które były naszym pierwszym większym plonem, obrodziły też nieźle truskawki. Dały kilka łubianek owoców, które poszły do lodów, do słodkich deserów i na niewielką ilość dżemu truskawkowego. Dla kogoś to pewnie żaden powód do dumy, ale mnie satysfakcjonuje, bo ewidentnie z roku na rok ten nasz jałowy skrawek ziemi, wyśmiewany przez okolicznych rolników, że na nic nie zdatny, tylko żeby las posadzić, zaczyna przynosić plony. Niewielkie, drobne, ale słodkie, zdrowe, pyszne. Własne!

11 czerwca 2016

Samowystarczalność na co dzień

Dzisiejszy obiad: ziemniaki z koprem, sadzone jajo, sałata z bundzem kozim, rzodkiewką i olejem lnianym, popijane kefirem domowym. Na deser lody domowe na kozim mleku i jogurcie domowym, truskawkowe. Oprócz odrobiny cukru wszystko wzięte z gospodarstwa. 
Lubię, gdy pytają mnie: 
- Będę w sklepie. Coś może kupić? 
A ja odpowiadam: zapałki. 
Albo: nic nie trzeba.

Wielki gąsior wina na kwiatach czarnego bzu już chodzi.

10 czerwca 2016

Czerwcowe zatrudnienia

No, więc już po sianokosach. Odbyły się o miesiąc wcześniej, iż w zeszłych latach, ale nie obyło się bez stresów. Pogodowych oczywiście. Dwa razy były odkładane przez rolnika kosiarza, ze względu na prognozy, które się nie sprawdziły. Było wtedy słonecznie, a obfity deszcz spadł akurat na drugi dzień po pokosie, wtedy, gdy miało być ciepło i sucho. Na szczęście nie wyrządził szkód. Dwa kolejne dni były może nie najbardziej upalne, ale za to z wietrzykiem, który szybko wysuszył siano. Chłopacy z wioski, Sławko i Jary sprawdzili się. Byli w umówionych dniach o umówionych godzinach i pracowali pilnie, zwłaszcza przy zwózce od rana do ciemnej nocy, a potem jeszcze kończąc robotę rano.
Przydały się zapasy kiełbasy, którąśmy pracowicie zrobiły jakiś czas temu w sporej ilości tytułem letniego grillowania. Nie wędziłam jej, tylko w porcjach zamroziłam. Jest zawsze w razie potrzeby, czy nadmiaru innych zajęć, gdy nie ma czasu gotować obiadu.
Anna zwiozła całe siano Santa Klausem z przyczepką, jednorazowo mieściło się w samochodzie i na niej ok. 40 kostek. Obróciła wszystkiego 11 razy, czyli łatwo sobie policzyć, ile zostało zebrane. Trawa majowa, zielona, soczysta, ładnie przesuszona. Zajęła całe poddasze nad oborą i jedno z pomieszczeń paszarni. Zapasy na zimę zatem zrobione, można się rozluźnić.

Nowe pastwisko obsiane mieszanką traw zakwitło żółtymi kwiatkami, trawy niewiele wzeszło. Niemniej kozy ruszyły na podbój i na razie są zadowolone z paszy. My też, bo póki starcza im tego, co w zagrodzeniu, nie trzeba ich prowadzać po sąsiadach i pilnować, aby w szkodę nie weszły.

Indyczęta opierzyły się i zaczęłam je wynosić na świat boży, w południe, gdy słońce pięknie grzeje, aby naładowały się ciepłem i światłem, no, i niezbędnymi do wzrostu witaminami.
Kwoka wysiedziała raptem trzy pisklęta, reszta jaj zamarła. W sumie się cieszę, że tak mało, bo kurczęta z wylęgarni ładnie rosną i mają się dobrze, mieszkają już z resztą stada drobiowego w kurniku.

Anna dołożyła nowe ramki do ula, bo wszystkie zostały już zapełnione, a właśnie kwitnie robinia akacjowa i szykuje się lipa, pszczoły uwijają się z robotą. Muszę przyznać, że polubiła pszczelarstwo i ma do tego rękę. Nie boi się swoich owadów, a i one - mieszkając na spokojnym uboczu w otoczeniu przyrody i nie niepokojone przez nikogo - są bardzo spokojne i nieagresywne. Niekiedy zagląda do nich po prostu z marszu, bez odpowiedniego ochronnego stroju, i żadnych zdenerwowań, ani użądleń jak dotąd nie było.

Z innych sukcesów: przeszłyśmy na letnie odżywianie wegetariańskie. W ruchu są lody domowe w różnych smakach, przetestowałam już z jagodami, brzoskwiniami, waniliowe z czekoladą i truskawkowe. Chłodniki na kefirze, sałatki z ogródkowego szpinaku i sera, z miodem. Twarożki z rzodkiewką, także z ogródka. Truskawki z jogurtem. Bo właśnie zaczęły rodzić (wreszcie!) krzaczki truskawkowe posadzone dwa lata temu i jest pysznie. Oraz zapiekanki z pomidorów i sera. Jogurt domowy w stałym użyciu, zużywamy około litra dziennie. Jak trzeba się wzmocnić po większej pracy, zawsze świeże jajo - w różnych formach - jest na podorędziu.

3 czerwca 2016

Pamięć fotograficzna

Przypomniałam sobie, że istnieje coś takiego jak aparat fotograficzny. Wyciągnięty z głębi szafy znów posłużył do notatek bezpośrednich.
Te zdjęcia mają już trochę czasu. Niemniej sprawy trwają.
Oto nasze tegoroczne stado na malowniczym wiosennym wypasie. W obejściu. 


Ta wielka kupa drewna na zdjęciu poniżej przybyła kilkoma wielkimi furami z lasu opodal. Wykosztowałyśmy się, bo nieco ponad 200 złotych kosztowało w leśnictwie. 5 metrów przestrzennych, przeważnie sosny. Jeśli ciepłe zimy potrwają dłużej, to starczy z powodzeniem na co najmniej dwie, jeśli nie więcej. Teraz trzeba główkować, żeby to pociąć na mniejsze, co niektóre grubsze kawałki rozczłonkować siekierą i ułożyć pod daszkiem w ściankach. Praca do jesieni. Praktycznie coroczna.


Poniżej zaś świadectwo stolarskich zatrudnień Ani. Własnoręcznie zrobiona drewniana balustrada na tarasie przy domu, wymaga jeszcze paru muśnięć, ale jest. Teraz kleimy już z wolna płytki na tarasowej betonowej podłodze. Kupione tak dawno temu, że nie pamiętam już kiedy. 


Balustradę ozdabia własnoręcznie pleciony przez Anię koszyk z przeznaczeniem dla wysiadującej kwoki.

21 maja 2016

Lęgi

Wychodzimy szczęśliwie z okresu zimnej Zośki, a raczej zimnych zosiek, bo zimne przenikliwe wiatry w dzień, zimne deszcze, zachmurzenie, nawet grad, no, i niska temperatura nocą trwały coś około tygodnia. Nie było przymrozków, roślinność ogródkowa przetrwała zatem bez problemów, choć zapewne spowolniła swój wzrost.

Sad jabłoniowy przekwitł, ale zdążył się załapać na dwa czy trzy dni dobrej pogody, podczas której pszczoły i bąki nie próżnowały.
Sadzonki i kwiaty przyjęły się.

Kurczaki poszły na swoje, pięknie rosną, opierzyły się i zamieszkały w odgrodzonej części kurnika. W ich miejsce jednak stanęło kolejne pudło i lampa kwoka dalej świeci. Zaczęły kluć się indyczęta. Te już narodzone i wyschnięte pod matką wybieramy spod jej skrzydeł i na dzień idą pod lampę, gdzie są dokarmiane i pojone, a indyczka (no, w rzeczy samej jest ich trzy sztuki) w tym czasie spokojnie dosiaduje resztę jaj. Na noc wracają pod skrzydła. Jest ich około czterdziestu, procent wylęgalności prawie sto! Wszystkie zdrowe i silne, z apetytem na życie.

Dziś powstała jeszcze mała grządka przy stodółce, na sadzonki pomidorów. Głównie zbudowana z gnoju i kompostu.