17 kwietnia 2015

Czerwone i czarne

Było ich dwóch. Czarny i czerwony. Dwie wielkie nadęte piłki, a raczej piły samonadmuchujące się i parskające jak dawne parowozy, gdy wypuszczano z nich nadmiar pary przed odjazdem z peronu (może ktoś jeszcze pamięta? ja pamiętam, bo taki stawał zawsze na torze koło boiska piłkarskiego w mojej rodzinnej miejscowości i dawał różne sygnały dźwiękowe, gdy nasi gola wbili), a potem gulgające namiętnie wokół siebie. Skąd Indianie pólnocnoamerykańscy z pewnością swoje indiańskie okrzyki wzięli, tudzież puszenie się w ptasich piórach, przez naśladownictwo. W ogóle nawiasem mówiąc najczęściej spotykany drób miejscowy bywał często natchnieniem dla rdzennej ludności, co do zwyczajów, muzyki, dźwięków i strojów. Nie na darmo zielononóżka była swego czasu oznaką polskiego patrioty.
Od dzisiaj jest jeden. Czerwony.
Czarny musiał odejść. Gdy jest dwóch, to nawet, gdy są dwie panny do wzięcia, to bardziej pilnują siebie nawzajem, żeby blokować swoje wobec nich posunięcia, niż zajmują się sprawami właściwymi na wiosnę.
Na razie daleko nie wylądował. Bo w zamrażarce. Ponad pięć kilo, tyle wiem, bo więcej moja elektryczna waga nie obsługuje. A taki wydawał się mikrus jeszcze w zimie!
Chyba tytułem wyrównania energii, jedna z jenduszek jajo dziś po południu uroczyście zniosła. Duże, kropkowane.

16 kwietnia 2015

Zgnojny kurz

Dość mazgajenia się i depresyi twórczej. Dziś od rana zajebiście jest. Trzy fury gnoju załadowane i rozładowane w ogrodzie, mającym się kiedyś stać permakulturowym. We 2. Mimo, że pod wiatr. Który gnojnym kurzem prosto w twarz zawiał nie raz. Jutro będę liczyć kości, ale na razie jeszcze stukam zgrabnie w klawisze. Przed nami jeszcze z 15-16 takich fur, lekko licząc. Ot, wiosnę czuć!

14 kwietnia 2015

Ciągle to samo

Pogoda chłodna, dość wietrzna. Na wiosce nieskończone wielikoje świato. Marazm jakiś taki przed-wiosenny ogarnia. Kulturalnego człowieka. Oczy bolą od ślepienia w ekran monitora. W głowie pustka, natchnienie zdaje się może nie tyle wyczerpane, co zmęczone. Sam rozum podpowiada, że lepiej odziać adidasy i polatać po lesie, niż dłubać w niewidzialnym i nieprzekazywalnym. Ale co, jeśli rozum nie ma siły ich włożyć, ruszyć z miejsca? Zapada się w siebie razem z rozleniwionym ciałem. To wszystko wina pogody - słyszę. No, nie wiem.
Jednostajność bodźców codziennych od lat. Te same zajęcia, w kółko. Te same emocje, powtarzane jak katarynka. Trwanie.
Dziś dzieciaki zostały odstawione od matek do osobnego boksu. Dla nich to traumatyczna chwila. Bek zbiorowy unosił się jeszcze dość długo z obory. Dorosłe kozy próbowały je trochę pocieszać, ale na głos matek płacz wzbierał do nieba. Potem umilkł. Tak będzie ze trzy dni z rzędu. Potem się przyzwyczają, a nawet polubią swoją dziecięcą wspólnotę i małe stadko wewnątrz dorosłego stada. Mnie to już nie wzrusza.
Co to dla mnie znaczy?
Ano, właśnie zaczyna się sezon. Dojenia. Jutro wstaję skoro świt. I tak będzie ciągle...
De-pressss-ja....

11 kwietnia 2015

Przepis na chorobę

Święta przeszły migiem. Anna przeleżała je w łóżku. Jak się przeziębić, oto przepis warszawski. Chodzisz cały boży dzień w ubraniu na cebulkę, co najmniej potrójna warstwa na sobie koszulek, sweterków i na wierzch jeszcze bluza. W mieszkaniu masz (nie)stałą temperaturę od 20 w nocy i rano, przez 25 w południe i 30 stopni wieczorem. Wyskakujesz na dwór, bo coś tam. Jak to w rolnictwie. A to drewna przywieźć, narąbać, a to kozy wypuścić, a to wpuścić, rozgonić indory bo się biją, odebrać jajo gęsi, żeby pies nie znalazł pierwszy itd. itp. I te twoje poty mieszkaniowe zawiewa chłodny wiosenny wietrzyk. I jesteś gotów/gotowa.

Na szczęście nie była to angina, choć zaczęło się bólem gardła. Przyszedł katar i wyrównał. Tym niemniej "grożenie bliską śmiercią" już się zaczęło. Witaminy C starczyło na pierwsze mocne uderzenie i to ustabilizowało postęp spraw, jak myślę. Cofnął się ból gardła. Potem poszły do walki syropki naturalne, sok malinowy do herbaty, herbata napotna z kwiatu lipy własnoręcznie zrobiona w zeszłym roku, sok z czarnego bzu i mikstura na occie jabłkowym, którą sobie przyrządziłam byłam niedawno (ocet plus czosnek, imbir, chrzan, papryczka chili, pieprz cayenne, kurkuma), mocna jak ogień. No, i gorący rosół z gęsiny. Chora jęczała, wzdychała, spała i w sieci buszowała, leżąc w pościeli oczywiście, smarkając i łzawiąc obficie. Co rano wstawała jednak, słaniając się i robiła z poświęceniem obrządek, bo rolnik nie ma zastępstwa w chorobie. Popołudniowy był mój. A także cała reszta domowych obowiązków. Po świętach zdołała wsiąść do samochodu i pojechać do apteki. Kupiła nowy zapas witaminy  i rutinoscorbinu. I uderzyła natychmiast w chorobę znowu. Wykaraskała się potem w półtora dnia. Uff.
Mnie nic nie wzięło. Choć odgrażam się, że chętnie przy pierwszej lepszej okazji się rozłożę. Bo mnie ciągnie do łóżka nieprzespany sen. Całe życie. Tymczasem jednak nie stosuję warszawskiego przepisu i na nic nie choruję. Od dawna biegam po dworze w samej koszulce z krótkim rękawkiem, nierzadko bez skarpetek nawet.
Teraz zaczynają się kolejne święta. Właśnie mamy Wielką Sobotę. Anna odbiera życzenia od dzieciaków i znajomych, bez zmrużenia oka. Wywalanie gnoju musi poczekać najmniej tydzień. Nikogo przecież nie znajdzie się do pomocy. Oj, bycie mniejszością to czasem kłopot, czasem przywilej, zależy od której strony patrzeć.

30 marca 2015

Żmij przy drodze

Po raz pierwszy, odkąd mieszkam na Podlasiu poczułam groźną bliskość lasu. I po raz pierwszy zobaczyłam żmiję. Wygrzewała się na słońcu, zwinięta w kłębek, w resztkach zeszłorocznej trawy przy drodze koło pastwiska. Kozy przebiegły obok szczęśliwie, zainteresował się nią pies. Kola mianowicie. Wilczur. Który lubi przeganiać gryzonie i krety z okolic, rozkopując im norki. Ale to nie był kret. Dziabnęła. Kola odskoczyła. 
Przyjrzałam się gadzinie dokładnie. Trzeba było wrócić z kozami do obejścia i pozamykać w oborze, dopiero potem zajrzałam do internetu. Kola siedziała na swoim posłaniu z dziwnie sztywno trzymaną głową. Rzuciłam jej chleb, zjadła, dobry objaw. Poczytałam o żmijach i jadzie. Spojrzałam jeszcze raz, pies wyraźnie powiększył się na pysku, zaczął puchnąć. 
Za telefon. Niedziela, ale prywatnie do weterynarza, jeśli tylko jest w domu, zawsze można podjechać. Był (czyli gwiazdy sprzyjały), rozpytał o objawy. Kazał przyjechać. Pies pojechał, w przeciągu 40 minut. Dostał jakiś steryd i witaminy, oraz wapno. Potem w domu zimny okład na pysk. Który spuchł jak bania.

Następny dzień Kola przywitała normalnie. Popiskując i poszczekując zachęcająco pod drzwiami, na znak, że chce wyjść. Zjadła śniadanie z apetytem. I tak cały dzień. Dostała jeszcze raz dawkę wapna (zwykłe rozpuszczalne tabletki w wodzie, wstrzykiwane w roztworze prosto do pyska). 
Będzie żyć.
Ja mam za to zagwozdkę. Co z tą cholerną żmiją przy pastwisku?
Flet sobie zmajstrować i grać, żeby ją zahipnotyzować i wyprowadzić gdzieś dalej?

26 marca 2015

Hodowanie gęsi

Pierwszy dzień astronomicznej wiosny przywitał nas śniegiem i dość sporym ochłodzeniem. Wiał silny i lodowato zimny wiatr ze wschodu (ha, czyżby wróżba roczna?). W nocy było kilka stopni na minusie. Trzeba było dbać o gąski, aby się nie wychłodziły. Podobno przez pierwsze dwa tygodnie życia optymalna dla nich temperatura to 30 stopni! Jezusie, nie znoszę takiego gorąca, nawet w najgorętsze dni lata tyle w mieszkaniu nie ma. Pod kwoką mają co najwyżej, jak pokazuje bałwanek, 25-26 stopni. W nocy nie palę, bo szło by oszaleć z przegrzania. Zatem muszą zadowolić się niższą temperaturą, średnią 25, no, w nocy nieco spada, bo grzeje je głównie lampa kwoka.
Każde większe przechłodzenie, o czym przekonałam się w zeszłym roku, grozi gąsiętom "pokręceniem". Przeziębienie chwyta je szybko, kręci im nóżki, stawy, w końcu na ogół zdychają. Czasem nie. I taka kulawka kulga się potem pracowicie aż do końca żywota, ledwie nadążając za stadem.
Zatem grzeję w dzień c.o. tak, że pot po plecach spływa. Gąsięta zaś, jak świeżo wyjęte z pieca bułeczki rozciągają się w skrzyni na świeżej słomie, jak na plaży. Piją jak smoki. Co rusz dolewam im wody. Musi być przegotowana. Dodaję kilka kropel witaminy C, tyle.
Jedzą też stale. W przerwach śpią, cichutko kwiląc do siebie. Podwajają swoje gabaryty co tydzień, można powiedzieć, rosną w oczach, rano budzą się większe, niż zasnęły...
Tymczasem czwórka dorosłych gęsi (trzy kubańskie i jedna biała) zabrała się za niesienie jaj. Każdego dnia jedna, albo druga balbina siada w koziarni na gnieździe i znosi jajo. Zbieramy, a co. Podłożymy pod gęś, gdy usiądzie, albo pod indyczkę. Bo te też w miłosnym nastroju stroszą się i gulgają całe dnie.

Na szczęście pogoda się zmienia na cieplejszą. Czynne c.o. zamienia pobyt w chacie w małe piekiełko, więc radośnie jest popracować na dworze. Wożę i układam na ścianie kurnika drewno, albo maluję części do balustrady tarasu, jaką zaczynamy wreszcie robić. Może się uda do świąt choć częściowo chatę przyozdobić.

Dziś obudziłam się skoro świt. Przegrzane mieszkanie to sprawiło. Nie mogąc uleżeć, wstałam, ubrałam nowe adidaski i pobiegłam truchcikiem, razem z trzema szalejącymi ze szczęścia psami drogą przy lesie. Jakieś 400 metrów w jedną, 400 metrów w drugą stronę. No, nie zawsze biegnąc, ale oddychając z ulgą wiosennym powietrzem, napełnionym śpiewem pierwszych wiosennych ptaków. Ach, to jest szczęście, tak zacząć dzień!

18 marca 2015

Wiosenne gęsi

Wzielim się za kończenie tarasu przy domu. Długo czekał, ale się doczekał. Trzeba wyheblować słupy, co powoli się posuwa do przodu, a potem pomalować drewnochronem. Deseczki dostały już ozdobne wycięcia w ciągu zimy. Są na ten sam wzór co w altanie. Teraz je pomalowałam. Korzystając z ciepłej pogody. I tego, że obiad w wolnowarze sam się gotuje.
Na obiad zupa z soczewicy, z dodatkiem domowego koncentratu pomidorowego z zeszłorocznych zbiorów, na koźlęcej kości.
Przelotów dzikich gęsi jak dotąd nie widziałam. Anna warczy godzinami piłą albo inną machiną na dworze, nie słychać gęgania, a więc i w niebo się nie patrzy.
Jednak dzisiaj po południu przyjechały gąsięta. Z Bielska. Nomen omen trzynaście sztuk. Żółciutkie jednodniówki. I znów w domu znajome kwilenie i lampa-kwoka świeci non-stop.

16 marca 2015

Ciepło

Przy niedzieli zajęłam się robieniem pasztetu z podrobów koźlęcych. Trochę zeszło, bo wyszła ilość na trzy brytfanki średniej wielkości. Upiekłam jedną z nich, reszta - bez dodatków i przypraw - poszła do zamrażarki. W ten sposób radzimy sobie bez kupowania wędlin. Na tyle już się od nich odzwyczaiłam, że nawet nie chce mi się ich ostatnio robić samej i wędzić (bądź nie wędzić, tylko parzyć).

Pogoda się zrobiła, ciepło w dzień i w nocy, nie trza już dokładać za długo do pieca. Ot, tyle, żeby karmę ugotować psom, kurom i wodę zagrzać w bojlerze. Anna ostatnio zawzięcie tnie drewno sprowadzone z lasu. Dzisiaj wkopywałyśmy słupki mocujące na ostatniej wolnej ścianie nowego kurnika. Część zwożę pod tylko częściowo opróżniony zimą daszek. Zapasów nie ubyło zatem, a przybyło.

Pszczoły żyją, mają się dobrze, w takie dni jak dzisiejszy, słoneczne i bezwietrzne oblatują.

10 marca 2015

Pochwała wolnowara

Jednym z ostatnich nowych wynalazków w naszym domu jest wolnowar. Dla niewiedzących, jest to elektryczny garnek z ceramicznym wkładem, w którym potrawa kitrasi się co najmniej kilka godzin w temperaturze niższej, niż 100 stopni.


Wersja prosta ma tylko włącz i wyłącz. Bardziej skomplikowana ma dwie różne temperatury, wysoką i niską, oraz włączające się automatycznie co jakiś czas podgrzewanie. Prądu podobno czerpie to minimalną ilość, choć jeszcze nie widziałam rachunku elektrycznego, więc nie mam dowodu. W każdym razie wynalazek okazuje się rewelacyjny dla ludzi, którzy lubią dobre domowe jedzenie, a jednocześnie pracują i nie mają czasu na przygotowywanie obiadu po pracy. W praktyce bowiem wystarczy włożyć z samego rana potrzebne składniki potrawy (preferowane są te jednogarnkowe) do wolnowara, włączyć go i zapomnieć. Po powrocie z pracy do domu wita nas apetyczny zapach gorącego gotowego dania. Można zajadać ze smakiem.
Po zakupie tego cuda Anna nagle przypomniała sobie, że lubi gotować. Zaczęły się eksperymenty smakowe i kucharskie. Jak na razie mogę powiedzieć, że świetne z wolnowara są rosoły, buliony, gulasze, gołąbki, bigos i kapusta na gęsto (tak, kapustne to prawdziwa rewelka). Pewnie leczo jest takie również.
Poza tym podobno można w wolnowarze piec i zapiekać, co jeszcze przez nas nie było próbowane, choć jest taki zamiar.
No, i wychodzi świetnie jogurt.
Którym właśnie często się zajadamy, z racji tego, że codziennie kozy użyczają nam jakiś litr mleka. I trzeba je zagospodarować dla siebie. Mała Rozalka jest dokarmiana już tylko raz dziennie, dla porządku i pewności.
Można spytać, po co nam wolnowar, jeśli cały czas przebywamy w domu. Otóż, niekoniecznie jest latem czas na gotowanie. Choć gotować trzeba, przede wszystkim dla zwierząt. Wolnowar ułatwia życie rolnikowi tak samo jak mieszczuchowi spędzającemu 8-10 godzin poza domem. Jest więcej czasu na inne zajęcia w gospodarstwie, albo choćby pogadanie z sąsiadami, a nie stanie murem przy garach i piecu. Latem zajęć naprawdę nie brakuje.

9 marca 2015

Przedwiośnie

Pierwszy naprawdę wiosenny i słoneczny dzień oczywiście pogonił do pracy na dworze. Kozy korowały żerdzie, zwiezione zimą z lasu. Mimo, że ścięte dawno wiele z nich ruszyło, jak żywe i przy cięciu zalewało się świeżym sokiem. Powoziłam trochę ściółki zgromadzonej w stodółce po dorastających tam w zeszłym roku gęsiach i kogutach, na kompostownik. To przygotowania do nowego otwarcia. Przedwczoraj właśnie ruszył inkubator z 30 jajami od naszych zielonych nóżek. Pierwsza próba.
A kur nam ubywa. Już druga źle się poczuła. Ze starości. Sama nie wiem już która ile ma lat. Ta mogła mieć około 5. Od dwóch dni prawie nie wychodziła z kurnika i siedziała nastroszona na grzędzie. Poprzednia też tak się kryła, a potem nagle znalazłam ją padłą w gnieździe. Oddała ducha samodzielnie. Nauczona tym przykładem, że nie ma co czekać, Anna dzisiaj z rana pomogła staruszce odejść. Jutro będzie rosół.
Jeśli ktoś jeszcze wierzy twierdzeniom niektórych kuromaniaków z internetu, że kura żyje do 30 lat, to oto ma przykład. Najstarsza, jaka za mojego długawego już życia odeszła nie poganiana na tamten świat miała 6 lat.
W tym roku zginął nam też już perlik i drugi, zeszłoroczny kogutek. W zębach lisa. Który gdzieś w pobliżu grasuje. Od tamtej pory puszczam często psy, aby szczekały co rusz po lesie w pobliżu i na razie, odpukać, jest spokój. Lis przeniósł się nieco dalej na wioskę, bo sąsiedzi miewają jednak dalej straty.
Perliczka dołączyła do indyków i przestała krzyczeć charakterystycznym głosem. Zrobiło się cicho.

6 marca 2015

Dziecinne problemy

Udało się uratować życie jednemu z koźląt. A było tak. Na kilka dni przed wykotem Amelka, jedna z pierwiastek dostała łupnia od którejś kozy w boksie. W efekcie pojawiła się ranka na nabrzmiałym już wymieniu.
(Amelka to ta sama kózka, którą kiedyś leczyłyśmy na złamanie nóżki, co można zobaczyć i przeczytać na blogu. Wyzdrowiała całkowicie, nie ma śladu po urazie i w tym roku powiła po raz pierwszy jedno dzieciątko.)
Mimo dezynfekcji i stosowania antybakteryjnego aerozolu, który zazwyczaj mamy na takie przypadki w pogotowiu, wymię obrzmiało i wykazywało objawy zapalenia. Stwierdziłyśmy to niedługo po wykocie. Koźlątko zdążyło napić się siary i zaczęło niedomagać.
W te pędy do weterynarza. Amelka dostała antybiotyk w 4 zastrzykach. I karencję na mleko 6-dniową. Koźlątko przeszło na dokarmianie ręczne mlekiem innej kozy, a mleko Amelki było dojone i wylewane. Tymczasem jednak dziecko najwyraźniej chorowało. Słabo jadło, ciągle spało i chwiało się na nóżkach, przewracało się z osłabienia. Z doświadczenia wiemy, że nie dojadając pożyje najwyżej 3 dni. W końcu zauważyłam, że ma powiększony brzuszek i może to być wzdęcie. Nie tylko zwykła u koźląt obstrukcja po napiciu się gęstej i tłustej siary, przy której nieco stękają i wykazują przejściowy spadek humoru. Była niedziela, do weterynarza nijak. Trzeba było szybko decydować samemu. Maleństwo dostało kusztyczek wódki. Skutek był nieomal natychmiastowy. Poleciała rzadka kupa, gazy odeszły. Wkrótce zaczęło lepiej jeść. Choć słaniało się na nogach jeszcze dwa dni, to w tej chwili (wciąż jeszcze dokarmiane ręcznie dla pewności) już biega i skacze razem z innymi koźlętami całkiem zdrowe. Zaczyna też ssać matkę.

26 lutego 2015

Żłobek

- Malwinę dzisiaj sparło. Pobekuje, strzyki napuszczone. Zdążę wrócić, jak myślisz? Tylko na pocztę muszę i do sklepu.
- Zdążysz.
- Zajdź do niej za piętnaście minut i spójrz jak sprawy się mają, dobrze? Zadzwoń w razie czego.
- Ok.
Zajrzałam. Malwina przejęta, pobekuje raczej ze zdziwienia, że coś się z nią dzieje innego, niż zawsze. Ta nasza dwulatka, najdorodniejsza z całego stada, córa Gwiazdy przepuściła jeden sezon, bo zwyczajnie nie zaszła w ciążę. Była tak wysoka, że nasz niewyrośnięty jeszcze wtedy koziołek nie sięgał. I żadne próby postawienia go wyżej nie skutkowały. Ostatniej jesieni też sprawa dobrze nie wyglądała. I zakocenie nie było pewne prawie do końca. Malwina jest tak wysoka i dobrze zbudowana, że brzuch prawie wcale się nie powiększył, i dopiero od niedawna obsunął się nieco i po tym poznałam, że jednak jest. To dobrze, bo miała zapowiedziane, że jak i tym razem nie będzie miała dzieci to ją zjemy. Chyba wzięła sobie sprawę do serca.
I proszę. Popanikowała z godzinę, położyła się i za następną wizytą w oborze okazało się, że już liże swoje koźlątko. Po piętnastu minutach okazało się, że jest i drugie! Parka.

I tak jest co dzień od jakiegoś czasu. Jedna, dwie, a nawet trzy kozy potrafią pęknąć jednego dnia. Jeszcze nie koniec, ale wszystko idzie ku dobremu efektowi. Lekka przewaga koziołków się utrzymuje.

Obórka przypomina teraz żłobek, słychać pobekiwanie mam i cienkie głosiki koźląt, do złudzenia przypominające płacz ludzkich niemowląt. Zbieramy siarę na mydło. Jest mleko do kawy i na zupę mleczną. Piją je koty i psy. Nowy sezon u progu...