17 stycznia 2019

Zapiekanka z ziemniaków i koziego mięsa

Zima się plecie. Kilka dni śnieżnych i mroźnych w stylu nie-polskim (czyli krótko najwyżej 12 na minusie, a średnio -3), przeplatanych odwilżą, deszczem zrodziły już grudę śnieżną, która przy idących znowu przymrozkach zaczyna nieźle utrudniać poruszanie się. Łopata z plastiku do śniegu już połamana, najtrwalsze są jednak te własnoręcznie klecone z kija, gwoździków i kawałka sklejki.
Kury jak zaczarowane przestały się nieść dokumentnie już jakiś miesiąc temu. Świąteczne i codzienne zapotrzebowanie na jajka pokrywa gąska Pulcheria, która za to - w prawdziwym natchnieniu - zaczęła znosić co dwa dni po swoim dużym gęsim jaju, jakie za dwa kurze robi. W ten sposób jakoś obywamy się bez sklepowych. Starcza do ciasta i placków co jakiś czas.
Tydzień temu Mucia wydała na świat dwójkę dorodnych koziołków. Ale ponieważ sama jest młodziutka i nierozdojona, bliźnięta dokarmiamy tym, co daje się jeszcze wysączyć z cyca ostatniej dojnej kozy Malwiny. Anna od ust sobie odjęła ulubione mleczko do kawy i nawet Maciuś musi pić mleko sklepowe, absolutnie nam wstrętne. Chłopcy codziennie wypijają oprócz maminego jeszcze kwaterkę mleka ciotuchy. Dudląc z butelki przez specjalny smoczek dla koźląt, zakupiony w Chinach. Są zdrowi, weseli i zabawni. Reszta dzieci nadal w brzuchach matek.
Długie wieczory zapełniamy rozrywką masową. Broń Boże telewizją publiczną, bo od niej i od radia rodzi się we mnie wisielczy humor. Ot, każdy wieczór spędzamy oglądając stare, publiczności dawno znane, a nam nie, z racji zajęć wielorakich i długiego odcięcia od mediów. W tej chwili leci piąty sezon serialu "Gry o tron", który mnie nieco bawi, nieco rozśmiesza, w każdym razie nie zasypiam przy nim od razu, co mi się zdarza nierzadko. Popijając w trakcie herbatę zaparzaną w glinianym czajniku, stojącym na gorącym piecu c.o. - taka jest najsmaczniejsza, rozgrzewająca i daje się zalewać wodą dwa-trzy razy z podobnie smacznym efektem. Zakąszaną latem i jesienią przyrządzonymi konfiturami ze śliwek, oraz jabłkowo-różanymi. Sposobem rosyjskim, łyżeczką ze spodeczka, własnoręcznie ulepionego i wypalonego.
Zajęcia zimowe, pisanie, czytanie, oglądanie, przyswajanie nowej wiedzy urozmaica też gra w scrabble, odkopana podczas poremontowych porządków. I gotowanie.

Dzisiaj uskuteczniłam prostą zapiekankę na bazie greckiego przepisu. Zapamiętuję przepis, bo smaczna wyszła.

Zapiekanka z ziemniaków i koźlęciny

Składniki:
0,7-0,8 kg ziemniaków
Kilka łyżek smalcu
0,4 kg zmielonego mięsa koziego
Dwie cebule
3 ząbki czosnku
3 łyżeczki koncentratu pomidorowego
Szklanka wody
Sól, pieprz, kozieradka, kurkuma, kumin rzymski, tymianek, chili do smaku

Przyrządzenie:
na rozgrzanym smalcu zasmażyć króciutko drobno posiekane ząbki czosnku. Gdy wydzielą zapach wyjąć je z tłuszczu na talerz, a na patelnię wrzucić pokrojone w talarki ziemniaki. Podsmażyć do zarumienienia po każdej stronie, soląc lekko i mieszając je z jakąś ulubioną przyprawą do ziemniaków. Zależnie od patelni trzeba to zrobić przynajmniej w dwóch turach. Następnie wyjąć ziemniaki, a na tłuszcz wrzucić pokrojoną cebulę, podsmażyć lekko, dodać czosnek i mięso. Przyprawić do smaku. Ułożyć w naczyniu żaroodpornym warstwę ziemniaków, na niej warstwę mięsa, potem znów ziemniaki, i znów mięso. Na wierzchu pozostawić ziemniaki. Polać zaprawką pomidorową, zrobioną z koncentratu pomidorowego i wody. I wstawić do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni. Piec bez przykrycia, może być z termoobiegiem, lub góra i dół, około godziny (w praktyce nieco mniej).
Podawać z surówką z kapusty lub kiszonkami.

22 grudnia 2018

Gyros domowy prawie po grecku

Dawno nie pisałam. Od czasu, gdy gospodarstwo zimuje życie codzienne stało się monotonne i skupione wokół ciepłego pieca. Trudno znaleźć w tym temat, którego bym już nie poruszała na tym blogu w ubiegłe zimy. Wreszcie dzisiaj coś się znalazło. Witajcie!
Mając tak wiele czasu dla siebie zajęłam się rozwijaniem swoich hobby. Piszę horoskopy chętnym poznać swój indywidualny charakter i trochę los, uczę się astrologii pytaniowej, to mocno pasjonująca mnie dziedzina, analizuję swoje sny i pracuję ze śnieniem (tak, że nie nudzę się nawet w nocy), ponadto podciągam się w sztuce kucharskiej. I właśnie to ostatnie natchnęło mnie do dzisiejszego wpisu.

Zdecydowałam się przyrządzić po raz pierwszy w życiu gyrosa prawie po grecku, w wersji zimowej, mocno własnej. W tym celu najpierw przestudiowałam kilka filmików jutubowych, na których każdy z prezenterów przyrządzał tę potrawę po swojemu, zapewniając, że ta właśnie jest najoryginalniejsza z oryginalnych. I zgromadziłam dane, co i jak robić.
Na to, jak w końcu rzecz całą wykonałam wpłynęły zasoby przyprawowe i lodówki. Zrezygnowałam z sosu tzatziki ponieważ zimą nie jadam świeżych ogórków (choć kusiło mnie spróbować z kwaszonym) ani pomidorów, a także z powodu wahań temperatur dziennych i nocnych jogurt przestał się dobrze warzyć, więc go nie nastawiam. Tę część gyrosowego wtajemniczenia zostawiam sobie na czas letniego sezonu, gdy jogurt jest u nas codziennością.

Zamiast chlebka pita wybrałam tortille, te same, których nauczyłam się z książki kucharskiej. Nie mogę jeść mąki pszennej, jednak tortille są całkowicie dopuszczalnym zastępnikiem pity. Mięso wzięłam koźlęce, z łopatki, wychodząc z założenia, że to jest bardziej Grekom podobne, niż kurczak z fermy (którego też nie jadam). Zamiast sosu tzaziki użyłam zwykłej kapusty podsmażanej (nie cierpię pekińskiej) i keczupu domowego swojej roboty. A oto, co z tego wyszło:



Gyros prawie po grecku, wersja zimowa

Składniki:
Ok. 0,4-0,5 kg mięsa koźlęcego z łopatki
Łyżka octu jabłkowego
2 łyżki kwaśnego mleka (jogurtu)
1 cebulka
2 ząbki czosnku
Łyżeczka zmielonej gałki muszkatołowej
Łyżka czerwonej papryki słodkiej
Łyżeczka kurkumy
Łyżeczka kminu rzymskiego
Szczypta tymianku (oryginalnie powinno być oregano, ale nie miałam na podorędziu)

Składniki i sposób przyrządzania tortilli znajduje się tutaj;

Ponadto do farszu:
Cienko pokrojona kapusta zwykła w ilości zapełniającej patelnię
Szczypta soli
Szczypta pieprzu czarnego mielonego
Kapka pomidorowego koncentratu
Keczup domowy
1 cebula pokrojona w cienkie płatki

Przyrządzenie:
Mięso kroimy na bardzo cienkie i nieduże płatki, wcześniej usuwając błony. Marynujemy je z octem jabłkowym, dwiema łyżkami jogurtu (ja użyłam mleka kwaśnego, bo tylko to było w domu, potrawa się nie pogniewała), papryką, kminem rzymskim, gałką muszkatołową, kurkumą i oregano (lub tymiankiem albo zielem prowansalskim), dokładamy drobno posiekaną cebulę i zmiażdżone 2 ząbki czosnku i tak pozostawiamy. Najlepiej zrobić to na kilka godzin przed przystąpieniem do kucharzenia.

Następnie zajmujemy się usmażeniem tortilli. Z podanej na tym blogu ilości składników wychodzi 10 placków ze średniej patelni. Staramy się je lepiej usmażyć po jednej stronie, drugą pozostawiamy bladą (do czasu).

Mięso wstawiamy w nakrytym naczyniu żaroodpornym do rozgrzanego piekarnika w temperaturze 165 stopni na pół godziny. Czas pieczenia jest zależny oczywiście od rodzaju mięsa, którego używamy. Po tym czasie odkrywamy naczynie i pieczemy drugie pół (albo nieco więcej) godziny w temperaturze 200 stopni. Powinno się zrumienić na wierzchu i odparować cały sok, no, i nabrać stosownej miękkości, zatem jest to sprawa zależna od rodzaju mięsa, wieku zwierzęcia i własnych upodobań. W każdym razie warto zaglądać i próbować, czy już doszło.
Kiedy mięso się piecze, a tortille już zostały usmażone bierzemy się za kapustkę. Cienko poszatkowana, leciutko posolona i popieprzona idzie na patelnię z łyżką smalcu. Podsmażona i podduszona lekko, pod koniec z dodatkiem kapki koncentratu pomidorowego i oregano (ja dodałam w to miejsce majeranku, ponieważ kapusta lubi takie zioła, nie wzdyma po zjedzeniu) posłuży do wypełnienia farszu placków.

Gdy wszystko jest już gotowe bierzemy się za nadziewanie gyrosów. Kładziemy każdy placek lepiej usmażoną stroną do środka, wykładamy na niego łyżkę-dwie mięsa, potem na nie idzie duszona kapusta, kilka plasterków cebuli i łyżka keczupu domowego. Zawijamy w sposób, którego wam niestety, nie oddam w opisie. Podejrzałam go na jednym z filmików, gdzie prezenter rodem z Kaukazu popisywał się właśnie zawijaniem farszu w tortille.W każdym razie wychodzi z tego paczuszka z zawiniętymi wszystkimi bokami tak, że farsz nie ma prawa wypłynąć.
Takie zawijaski wkładamy na patelnię i przysmażamy do zrumienienia placków z każdej strony.
I gotowe!

Podawać na talerzu, z dodatkiem jakiejś kiszonki lub kwaszonki (to już będzie po polsku), a ponieważ potrawa wychodzi całkiem ostra użyłam do popicia kwaśnego mleka koziego. Zamiast tzatziki.

Po spróbowaniu jestem podekscytowana swoją nową umiejętnością. I obiecuję sobie przyrządzić na wiosnę wersję wiosenną, potem letnią, ze stosownym sosem jogurtowym. A także - jak przystało - użyć do tego grilla, zamiast patelni.

Z potrawą, która z racji długiego przyrządzania wypadła w porze mocno poobiedniej nie pokłóci się lampka wina. Nie jestem snobką, ani nie udaję Greka na tej mojej podlaskiej wioseczce. Ot, winko aroniowe, właśnie świeżo zlane do drugiego dojrzewania fajnie się skomponowało.

11 listopada 2018

Cydrowy dzień niepodległości

Święto listopadowe, mgliste, jak Pan Bóg przykazał, w ochładzającym się klimacie (trzeba będzie na dniach zakręcić kran zewnętrzny, aby nie przemarzł w nocy) spędzamy domowo, w ciepełku (c.o. chodzi od południa już od pół miesiąca, a wieczorem na noc i poranek piec ścianowy), przy ulubionych zajęciach.
Anna szlifuje i dopieszcza ostatnie swoje wypały ceramiczne, maleńkie ozdoby, w różnych kolorach, z których powstaną kolczyki. Uruchomiła wreszcie kupiony dawno, ale nieczynny z pewnych drobnych przyczyn nieduży, ale własny piec ceramiczny. Udało się naprawić awarię i pomyślnie przeszedł proces pierwszego próbnego palenia. Powstającej pracowni brakuje jeszcze tylko terakoty na podłodze (pod koło garncarskie i piec) i kafelków na ścianie w miejscu, gdzie piec stanie, dla bezpieczeństwa p/poż. To już są plany na wiosnę.


Ja z kolei oglądam ulubione stare filmy, w których nie ma grama agresji i popijam cydr, nasz narodowy trunek własnymi rękami przyrządzony i z jabłek z własnego sadu pochodzący. Mamy tego sporo, ale od nadmiaru głowa nie boli, o nie!
Napój wyszedł boski w smaku. O wiele lepszy, niż w latach zeszłych. I różni się nieco pośród siebie, zależnie od gatunków jabłek, akurat przerabianych. Szły na sok po kolei i stopniowo wedle dojrzewania swego na drzewach. Jeden jest bardziej kwaśny, inny słodszy. Jeden trochę dosłodzony (Anna nie lubi wytrawnych trunków, niestety), inny mniej, albo miodem, lub wcale. Jeden z mieszanek soków różnymi sposobami pozyskanych. A to z sokownika, a to z tłoczni ręcznej, a to z pulpy zmiażdżonych jabłek zasypanej pektoenzymami i drożdżami cydrowymi odlanych i odciśniętych. W każdym razie zrezygnowałyśmy z pomocy sokowirówki, która do tej pory była często w użyciu. Daje ona sok kwaśny, mętny i zalatujący długo surowizną.
W efekcie zapełnione zostały wszystkie gąsiory, gąsiorki i zbiorniki plastikowe, jakie były w domu sokiem 100-procentowym, bez najmniejszego dodatku wody. Dlatego można go pić także w formie rozcieńczonej wodą, na wzór wina greckiego. Pewnie niedługo jakąś część zabutelkujemy, aby uzyskać cydr musujący. Osobiście lubię się jednak na co dzień raczyć cydrem z niewielkim dodatkiem wody, którą dolewam już w kufelku.
Niektórym mija już dwa miesiące, a to czas pierwszego próbunku. Aczkolwiek cydr dojrzewający nawet pół roku staje się mocno pyszny, to i takiego niemowlaczka można już pić.
Co czynię właśnie z przyjemnością i dumą.
Na zdrowie!

Bo, dodać muszę w nawiasie, że tendencje mojej wątroby do wytwarzania kamieni żółciowych (ach, ta zgryźliwość moich przodków!) dają się zdrowo kontrolować między innymi codzienną szklenicą tego wspaniałego napoju. W roku, gdy nie ma u nas cydru (sad rodzi co dwa lata) pomagam sobie piciem wody z dodatkiem octu jabłkowego domowej roboty. Wyśmienity napój i lekarstwo! Już odnotowuję spadek nadmiernego apetytu, wystarczają mi dwa, albo i jeden posiłki dziennie.
Ocet wyleczył mnie także z przypadłości skórnych oraz wzmocnił włosy, i nigdy nie przestanę go chwalić. Jabłka nade wszystko!

Czyli podsumowując: da się zdrowo pić i żyć!

6 listopada 2018

Kapusta na słodko kwaśno

Pogoda nieco się ociepliła, bywa nawet czasem słonecznie. W każdym razie jest mglisto, żółto-brązowe liście szeleszczą pod nogami, noce ciepłe, bo koty śpią jak zwykle na dworze. W taki czas zdarzyło się Annie przynieść z lasu naręcz opieniek, które teraz mają swój wysyp. I wiadereczko podgrzybków, częściowo napoczętych przez ślimaki, ale zdrowych. Te poszły na susz. Szkoda, aby zbiór się zmarnował, w końcu to darmowe jedzenie. Wczoraj zatem przyrządziłam z połowy opieńkowego zbioru kotlety grzybowo-mięsne. Przepis taki jak dla kotletów z opieniek, ale zamiast ziemniaków użyłam mielonego mięsa indyczego. Bo niedawno staruszek indor już tak się posunął, że trzeba było zrobić egzekucję. Na pieczyste się nie nadaje, ale na kotlety i owszem.
Reszta kotletów, przynajmniej na dwa kolejne obiady dla nas dwóch poszła do zamrażarki. A dzisiaj ma być gulasz z pozostawionych grzybów.
Do tych obiadów nadaje się znakomicie jako dodatek, uwaga, surówka, której przepis sobie zostawię na tym blogu. Przystosowałam go z książki pani Pośpieszyńskiej w oryginale do nieco zmienionej zawartości. Wypróbowałam po swojemu i jest wspaniale. Na ten kapuściany czas przysmak jak znalazł.

Anna nieco za późno zaczęła myśleć o kiszeniu kapusty w tym roku. Przeszkodziły różne zajęcia wcześniejsze. I na targu miejscowym kupiła już tylko dwie ostatnie główki kapuściane. Trudno. Jedną zakisiła w słoiku klasycznym sposobem, z solą i kminkiem. A drugą ja wzięłam w obroty.

Kapusta na słodko-kwaśno

Składniki:
1 kg poszatkowanej kapusty
2 łyżki soli kamiennej
3 papryczki chili, albo gdy nie ma papryka ostra w proszku lub pieprz cayenne w ilości wg własnego uznania, ale polecam zrobić na ostro
4 i 1/2 łyżeczki zmiażdżonego czosnku
5 łyżeczek octu owocowego mocy przynajmniej 6% (ja używam swojego z czarnej porzeczki, z zeszłorocznego nastawu, odstał swoje w piwnicy i jest bosko smaczny i mocny)
1/2 szklanki cukru

Przyrządzenie:
Kapustę poszatkować na cienkie paski. Zasypać solą, dokładnie wymieszać i odstawić najlepiej na cały dzień (albo noc).
Następnie dodać czosnek i paprykę. Ocet zagotować i zalać gorącym kapustę. Posypać cukrem, wymieszać. Całość zapakować do 2-litrowego słoika i dobrze ubić. Trzymać w lodówce jeszcze 24 godziny, do solidnego przegryzienia się.

Po tym czasie smacznego! Dla mnie bomba.

29 października 2018

Kurczak pieczony w sosie pomidorowym

Od chwili, gdy pokój został w jakiś sposób urządzony, na podłodze znalazły się panele, stanęły nowe meble, regały, szafa, dwa biurka pod komputery, telewizor i kanapa, a na ścianie zawisł zakupiony z przeceny zegar w kolorze czerwonym i nadrukiem z plakatu reklamującego paryskie bistro nowe feng-szuei zaczęło błyskawicznie działać. Mianowicie jakiś duszek sprawił, że już pierwszego dnia postanowiłam zacząć uczyć się gotować bardziej wyszukane potrawy, niż do tej pory! Ot, nowe hobby sobie znalazłam.
Kilka już zaliczyłam, ale nie wszystkie nam smakują tak na sto procent, zatem nie chwalę się tym na blogu. To znaczy chwalę się, jak widzicie, ale nie zamieszczam przepisu, bo go używać już nie będę.

Nareszcie trafiłam coś, co warto pamiętać, żeby do tego wrócić kiedyś. Pieczony kurczak w sosie z pomidorów.

Co do kurczaków, wiadomo, nie kupujemy ich mięsa w sklepie. Co roku hodujemy kilkanaście brojlerów i kogutków tucznych, które wystarczają nam w tej sprawie na pieczyste. Z drobiu bywa jeszcze przecież na stole indyczyzna (tak się chyba powinno nazwać mięso z indyka) i kaczyzna (tj. mięso z kaczki). Oraz stare kury "rosołowe".

Wczoraj nadszedł czas na kurczaka brojlera. Nie był tak dorodny, jak ten ze sklepu, bo trzeba wiedzieć, że tuczenie brojlerów zwykłą paszą jest dość mało wydajne. Nasze jedzą osypkę pszenną, kartofle, twaróg i ziarno pszenicy i owsa, oraz siekaną zieleninę i serwatkę. Nie dostają mieszanek paszowych z dodatkami witaminowymi, hormonalnymi i ziarnem soi i kukurydzy modyfikowanej, od czego na ogół jest szybki przyrost i większość rolników je stosuje, co najwyżej przerywając takie dokarmianie na dwa tygodnie przed ubiciem, żeby "mięso nie śmierdziało paszą". Wspominam o tym, bo niektórzy "ekologiczni zjadacze" kurczaków, czy innego tucznego drobiu są dumni, że kupują takie brojlery od rolnika, a nie z fermy, nie zdając sobie sprawy, że jeśli mają one podobne gabaryty, co te ze sklepu, to i jadły podobnie jak tamte.
Do tego nie mam serca trzymać ich w ciasnym zamknięciu, w pogodne dni korzystają z niewielkiego wybiegu, a wiadomo, bieganie i swobodne grzebanie odchudza. Ale za to wprawia je w dobry humor, a to najważniejsze. Żyją krótko, 3-4 miesiące, zatem niechaj chociaż nie będą smutne. Hodujemy je dla siebie, zatem nie muszę się stosować do grymasów rozkapryszonych klientów, żądnych tłustości i kilogramów.

Nadeszła więc pora, po próbach przyrządzenia koźlęciny w sosie chińskim sojowym, oraz serii zup, serowej i dyniowych z czosnkiem, na pieczyste. Udało się. Kurczak dał z siebie cztery sute porcje obiadowe i dwie mniejsze potrawki z ryżem.

Kurczak pieczony w sosie pomidorowym

Składniki: 
Kurczak średniej wielkości
Szklanka pomidorów z puszki
1/4 kostki masła
1,5 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki pieprzu
1 łyżeczka tymianku lub prowansalskiej mieszanki ziołowej
łyżka octu owocowego, jabłkowego lub innego domowej roboty
4 łyżki oleju lub oliwy

Przyrządzenie:
Przygotować namaszczenie dla kurczaka, czyli zmieszać ze sobą olej, ocet rozcieńczony z łyżką wody, łyżeczkę soli i tym namaścić go starannie z każdej strony, od zewnątrz i od wewnątrz. Wstawić w naczyniu żaroodpornym do piekarnika w temperaturze 190 stopni, albo nieco mniejszej z termoobiegiem i piec przez godzinę.
Pod koniec tego czasu w rondelku rozpuścić masło, dodać pomidory w kawałkach lub pomidorowy przecier, pół łyżeczki soli, pieprz i tymianek i gotować przez 5 minut.
Po godzinie zdjąć przykrycie z naczynia, polać kurczaka połową sosu i piec w temperaturze 180 lub niższej, gdy z termoobiegiem, przez 15 minut. Potem odwrócić kurczaka, polać go drugą połową sosu i piec kolejne 20 minut. Jeśli jest większy, to można 30 minut dla pewnej miękkości. Pod koniec na kilka minut włączyć podpiekanie skórki, czyli grillowanie w piekarniku.

Potrawa ma piękny maślany zapach, w smaku jest łagodna i przyjemna.

Podawać z ryżem, albo puree ziemniaczanym z ząbkiem czosnku, gdyż wariant z frytkami jest zbyt tłusty. I surówką bądź kiszonką, wedle własnego gustu.

23 października 2018

Droga w głąb

I słońce  równym kroczkiem wemknęło się w wodny znak Skorpiona, co od razu pokazała aura na dworze. Pogoda, właściwa dla zrównoważonej i estetycznej Wagi, złocisto ruda i w miarę słoneczna jesień w jeden dzień stała się wietrzna, zimna i deszczowa. Mgły bywały wcześniej, ale teraz zrobiło się mało-miło i brzydko. Taka kolej rzeczy wiedzie ku refleksjom wewnętrznym i intensywnemu odkrywaniu tego co zakryte. Już czuję powiew inspiracji, która spada na mnie w snach, a potem zbieram do niej szczegóły w internecie, przy ciepłych kaloryferach, kartach i lekturze.
Anna chyba też, bo każdą wolną chwilę spędza w swojej urządzanej dopiero pracowni. Pali w piecu, przy okazji parzy dzbanek herbaty, który cały wypija dla rozgrzewki, oraz suszy resztki nazbieranych antonówek, które potem zjadamy w formie musli, albo kompotu,  następnie zasiada do koła i kręci. Lepi i szkliwi. Własnie odbyła pierwszą część kursu szkliwienia, jaki sobie zafundowała i przyswaja zyskane informacje.Nawet w nocy, gdy spać nie może parzy sobie zieloną albo białą herbatę i czyta z zapałem książki o ceramice.

Poza tym odbyły się wybory samorządowe. Stiopa i Sąsiad z Polesia oraz ich grupa zrywno-inicjatywna - mimo tak brawurowej akcji lokalno-medialnej i użycia nowoczesnych technik propagandowo-marketingowych, poległa z kretesem. Mobilizacja staruszków oraz ludzi statecznych w całym regionie zachowała stary porządek rzeczywistości. Choć jeszcze w naszej gminie do końca nie wiadomo, bo będzie dogrywka w kwestii wyboru wójta. Będzie albo ten z przed-poprzedniej kadencji, albo całkiem nowy.

I tak spokojnie, wśród wiatru dyskusji, które może jednak trochę wpłyną na jakieś zmiany w formach rządzenia, w każdym razie pewnie niektórym odsłoniły to i owo w zrutynizowanych umysłach, szykujemy się wraz z kozami i drobiem do zimy.

17 października 2018

Po Sąsiedzku

Nie dlatego, że chcę siać propagandę polityczną przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi, daję ten filmik. O nie! Ale wiem, że czytelnicy mojego bloga ciekawi są otoczenia, w jakim mieszkamy. Oto Sąsiadowi z Polesia udało się w piękny październikowy dzień sfilmować bobrową wieś, z której pochodzi Stiopa. A my mamy w niej łąkę pod samą granicą, o czym można poczytać niejedną historyjkę tutaj.
Filmik uwiecznia podlaską wioskę, jedną z wielu takich, które można spotkać zjeżdżając z głównych dróg. I przyrodę. I poniekąd życie na niej.
Mn.w. w 3.50 minucie mowa jest o Ani z Kresowej. Tak, poświęciła się pewnego wieczoru, aby przewieźć ul pełen pszczół do gospodarstwa Stiopy, zakupiony w dalszej wiosce. Była przygoda, bo pogranicznikom wpadło do głowy, aby ją zatrzymać i kontrolować. Wywiązała się nawet dyskusja, gdy zażądali otwarcia paki, na temat tego, co mogą żądać, o co prosić, a czego nie oczekiwać, względem przepisów prawnych. Pszczoły już zaczynały brzęczeć i kto wie, do czego by mogło dojść, gdyby chłopcy mundurowi uparli się jednak tam zajrzeć... Na także swoje szczęście odstąpili. A potem zaglądała do nich chyba nie raz. ;)

Film "Stefan pokazuje swoją wieś Bobrówkę"...

12 października 2018

Meksykańskie tortille w zastępstwie naleśników

Wczorajszy obiad był tak doskonały smakowo, że trudno było pozostawić sprawy bez kolejnego eksperymentu. Ponieważ gulasz ostał się na dzisiejszy posiłek, a ryż "wyszedł" postanowiłam spróbować swoich sił do zrobienia czegoś, czego jeszcze nie próbowałam, mianowicie meksykańskich tortilli.
Jest to jeden z wielu rodzajów takich placków, wcale nie najzwyklejszy.



Tortille z kaszki kukurydzianej i mleka

Składniki:
Szklanka mleka
5 łyżek kaszki kukurydzianej
3/4 szklanki mąki ziemniaczanej
2 jaja
1/2 łyżeczki soli
2 łyżki masła

Przyrządzenie:
5 łyżek kaszki kukurydzianej zalać świeżo ugotowanym mlekiem i pozostawić do wystygnięcia. Potem dodać mąkę ziemniaczaną, jaja, sól i roztopione masło, wymieszać na jednolitą konsystencję. Smażyć na rozgrzanej patelni bez tłuszczu (wystarcza masło zawarte w cieście) cienkie placki rumieniąc je po obu stronach.

Mają giętkość i wygląd naleśników, łatwo jest więc posmarować je farszem i zwinąć w rulon.
W ten sposób gulasz został dzisiaj farszem do tortilli i zniknął w oka mgnieniu.

Do popicia był kubeczek jogurtu naturalnego z koziego mleka.

11 października 2018

Gulasz koźlęcy egzotyczny

Wypróbowałam dzisiaj swoje siły z potrawą nader egzotyczną, którą przystosowałam do posiadanych warunków i okoliczności. I udało się! Na bazie przepisu na Barani gulasz z książki pani Pospieszyńskiej, która została moją kulinarną guru ostatnio. Ku uciesze podniebienia upichciłam coś, co bardzo nam zasmakowało. Uwaga, podaję przepis (przystosowany do naszych warunków). Oryginał pochodzi z Południowej Afryki.

Gulasz koźlęcy z fasolą

Składniki:
ok. 1/2 kg koźlęciny lub koziny. Wiek zwierza zadecyduje o długości przyrządzania potrawy i trzeba być tego świadomym.
Olej
4 pomidory
2 cebule
Puszka fasoli czerwonej lub białej
Jabłko
Garść rodzynków
Przyprawy: garam masala (lub curry), sól, chili lub pieprz cayenne, ocet jabłkowy lub inny fikuśny, mnie się sprawdził ocet porzeczkowy, cukier

Przyrządzenie:
Można robić wszystko od początku w odpowiednim rondelku, albo zacząć na patelni i całość przenieść do rondla/garnka pod koniec.
Drobno siekaną cebulę smażymy 5 minut na oleju, po czym dodajemy mięso pokrojone w małe kostki (im mniejsze, tym szybciej potrawa dojdzie). Smażymy wszystko do zrumienienia. Po czym wrzucamy pokrojone drobno, obrane ze skórki pomidory i dodajemy łyżeczkę soli i 1/4 łyżeczki chili lub pieprzu cayenne. Przykrywamy całość i dusimy na maleńkim ogniu przez pół godziny.
Po tym czasie przygotowujemy zestaw przypraw: łyżka garam masala (lub curry) z dodatkiem półtorej łyżeczki cukru wymieszana z 1/4 szklanki wody i łyżką octu owocowego.
Przekładamy mięso z patelni do garnka, dodajemy do niego odsączoną fasolę z puszki, przygotowany zestaw przyprawowy oraz pokrojone na kawałeczki jabłko z garścią rodzynków i w tej postaci dusimy jeszcze na małym ogniu  przez czas potrzebny do miękkości wszystkich składników. Im starsze było mięso tym dłużej, jasna sprawa. Także jabłko i rodzynki muszą się znacznie "rozpuścić". Mnie ta faza duszenia potrawy z drobno posiekanym kawałkiem młodej koźlęciny zajęła pół godziny, ale biorę pod uwagę, że mogłaby potrwać i godzinę w trudniejszym przypadku.Oryginalny przepis na baraninę zaleca 2,5 godziny pyrkotania na słabym ogniu (w takim przypadku pewnie dobrze sprawdziłby się wolnowar).

Gulasz podaje się z ryżem. Pasują do niego polskie kiszonki, ale i cukinia na słodko-kwaśno wpisuje się świetnie w aromat i smak.

30 września 2018

Dyniowe żniwo

Gruntowanie i malowanie ścian i sufitu w toku.
Samochód sprawny, choć falowania silnika przy największych szybkościach nie dało się usunąć.
Zebrałyśmy jedną pakę dyni z ogrodu permakulturowego. Nie urodziło się w tym roku zbyt wiele, ani zbyt dużych. Winne były chłody i susza na początku wiosny, które sprawiły, że rośliny późno zaczęły się rozwijać, później kwitnąć i zawiązywać owoce. Niemniej i tak zmęczyłam się setnie wnosząc urobek ogrodowy na poddasze. Starczy na zimę.
Część dyniek, tych najmniej dojrzałych, zmieszczone w dwóch dużych skrzyniach, przeznaczone są na skarmianie kozom i kurom. Zwierzęta zatem także zadowolone.
Pierwsza zupa dyniowa wyszła przepyszna. Co nastroiło nas przyjaźniej do dalszej pracy.

24 września 2018

Codzienne przygody

Deszcz jesienny, deszcz. Wali o dach z hałasem całą noc i poranek i gada, gada, gada różnymi jakby na poły znanymi głosami, wprawiając w senny półtrans. Zimno szybko się robi. Nowy piec kuchenny sprawdza się w taki czas bardzo dobrze. Gotuję karmę dla zwierząt, sokownik, czajnik wody, warzę twaróg około południowej godziny i robi się miłe ciepełko, które pozostaje do rana.

Ostatnie spadające antonówki w sadzie zjadają kozy. Podobnie ze śliwkami. Przerób właściwie skończony. Cydr bąbelkuje już wolniej, dochodząc do swego właściwego czasu. Podobnie beczułka octu. Butelki soku stoją w równych rządkach w piwnicy. Jak i słoiki dżemu i powideł.

Wciąż jeszcze mieszkamy na poddaszu, bo remont niedokończony. Właśnie szybko wprowadzająca się jesień pobudziła w nas chęć do czynu w tej materii.
Przeszkadzały dokończeniu i wciąż jeszcze to robią usterki w nowym samochodzie, Słoniątku. I notoryczne całodzienne wizyty u różnych mechaników w okolicznych miastach, którzy próbują ustalić, czemu zapala się lampka ostrzegawcza. Jeden mówi to, sprawdza, coś wymienia i każe płacić, inny mówi, że to co innego, zmienia i każe płacić, ostrzegając, że jak nie to, to trzeba będzie coś droższego uskutecznić. Jeszcze inny każe jeździć dotąd, aż się coś zepsuje i będzie wiadomo co. W takim nastawieniu Anna wybrała się na kurs szkliwienia do stolicy, ale dojechała zaledwie do Siemiatycz, gdzie ją bogi zaprowadziły do dawno znanego i przyjaznego zakładu mechanicznego. Chłopaki mieli wolny czas, posprawdzali, coś wymienili. Ale trzeba było samochód zostawić na weekend i teraz trzeba odebrać. Czyli jechać pociągiem i rowerem ze stacji do miasta, albo autobusem z sąsiedniej gminy. Lekko nie jest.
Wszystko to zabrało i jeszcze zabiera mnóstwo czasu, który należy wreszcie nadrobić.

Jednak gładzie zostały już położone, szlifowanie w toku. Jeszcze czeka malowanie. Potem położenie paneli podłogowych i wstawienie nowych mebli. Trochę przed nami przygód stoi.

19 września 2018

Przedwyborcze poruszenie na dole

Wybory samorządowe przed nami. W naszej gminie ferment jak nigdy. Wszyscy ożywieni, poruszeni. Możliwościami, jakie ujawniły się spontanicznie. Były od dawna, ale dopiero teraz jakiś duch zmiany tchnął w głowy ludzi twórczych, ktoś kogoś do kogoś skierował, rzucił pomysł, ktoś go podłapał i szybko się rozkręciło i kręci. Jak to się mawia: ten ma władzę, kto ma media.
Otóż media znalazły się już od dawna gotowe, od lat działające w internecie w postaci prywatnej telewizyjki kręconej internetową kamerką przez Sąsiada z Polesia. Znalazł się kandydat na wójta, sprytny, wygadany i na tyle nie bojący się wystąpień przed publicznością, że to zaczęło mieć ręce i nogi. Spotkali się, a nie powiem w kogo tchnęło.

Sąsiad z Polesia, namiętny politykier i człowiek-legenda internetowa, można rzec człowiek biografii, anarchista i katolik w jednym, absolwent prawa i bywały na Harwardach i salonach ministerialnych emigracyjny ober-śmieciarz, od kilku lat pasie swoje kozy na łąkach wioskowych, ku uciesze albo i zgrzytaniu zębów swych sąsiadów. Urodzony w znaku Barana, niedźwiedź, nie do zagadania i nie do zdarcia, bo walkę na gębę po prostu kocha, (czego inni starannie unikają) wrzuca teraz filmiki, wywiady, wypowiedzi tak samo mieszkańców gminy, jak i własne przemyślenia na swój kanał jutubowy i zaczął się ruch. Zrazu maleńki, jakieś śmieszki, krytyki, oburzenia, zdziwienia, ale widać, że włączają się ludzie, dotąd stojący z boku i obserwujący życie gminy krytycznie, acz w milczeniu. Chodzą słuchy, że dwaj panowie, Stiopa i sąsiad z Polesia wraz z komitetem wyborców, który został wcześniej założony z planem startu w wyborach mają szanse wygrać. Czemu? Bo nikt dotąd nie gadał z ludźmi, mieszkańcami tak jak oni. Żaden z kandydatów na wójta czy radnego nie wychylił się nigdy poza zwyczajowe zbieranie podpisów po domach i grzeczne przedstawienie swej kandydatury.

Wrzucam jeden z przykładowych filmików, aby unaocznić reszcie świata, że w Polsce są oddolne możliwości działania i mobilizowania ludzkiej energii, tylko potrzeba pomysłu, fantazji i chęci rozruszania nas, malkontentów, kręcących się w codziennym trudzie wokół swoich spraw z niewielką nadzieją, a może i brakiem nadziei, że ktoś to doceni.

Przykładowo, wypowiedź Sąsiada z Polesia uświadamiająca pewne prawa obywatelskie zwykłym mieszkańcom:
Samorząd, a dostęp do informacji