26 marca 2015

Hodowanie gęsi

Pierwszy dzień astronomicznej wiosny przywitał nas śniegiem i dość sporym ochłodzeniem. Wiał silny i lodowato zimny wiatr ze wschodu (ha, czyżby wróżba roczna?). W nocy było kilka stopni na minusie. Trzeba było dbać o gąski, aby się nie wychłodziły. Podobno przez pierwsze dwa tygodnie życia optymalna dla nich temperatura to 30 stopni! Jezusie, nie znoszę takiego gorąca, nawet w najgorętsze dni lata tyle w mieszkaniu nie ma. Pod kwoką mają co najwyżej, jak pokazuje bałwanek, 25-26 stopni. W nocy nie palę, bo szło by oszaleć z przegrzania. Zatem muszą zadowolić się niższą temperaturą, średnią 25, no, w nocy nieco spada, bo grzeje je głównie lampa kwoka.
Każde większe przechłodzenie, o czym przekonałam się w zeszłym roku, grozi gąsiętom "pokręceniem". Przeziębienie chwyta je szybko, kręci im nóżki, stawy, w końcu na ogół zdychają. Czasem nie. I taka kulawka kulga się potem pracowicie aż do końca żywota, ledwie nadążając za stadem.
Zatem grzeję w dzień c.o. tak, że pot po plecach spływa. Gąsięta zaś, jak świeżo wyjęte z pieca bułeczki rozciągają się w skrzyni na świeżej słomie, jak na plaży. Piją jak smoki. Co rusz dolewam im wody. Musi być przegotowana. Dodaję kilka kropel witaminy C, tyle.
Jedzą też stale. W przerwach śpią, cichutko kwiląc do siebie. Podwajają swoje gabaryty co tydzień, można powiedzieć, rosną w oczach, rano budzą się większe, niż zasnęły...
Tymczasem czwórka dorosłych gęsi (trzy kubańskie i jedna biała) zabrała się za niesienie jaj. Każdego dnia jedna, albo druga balbina siada w koziarni na gnieździe i znosi jajo. Zbieramy, a co. Podłożymy pod gęś, gdy usiądzie, albo pod indyczkę. Bo te też w miłosnym nastroju stroszą się i gulgają całe dnie.

Na szczęście pogoda się zmienia na cieplejszą. Czynne c.o. zamienia pobyt w chacie w małe piekiełko, więc radośnie jest popracować na dworze. Wożę i układam na ścianie kurnika drewno, albo maluję części do balustrady tarasu, jaką zaczynamy wreszcie robić. Może się uda do świąt choć częściowo chatę przyozdobić.

Dziś obudziłam się skoro świt. Przegrzane mieszkanie to sprawiło. Nie mogąc uleżeć, wstałam, ubrałam nowe adidaski i pobiegłam truchcikiem, razem z trzema szalejącymi ze szczęścia psami drogą przy lesie. Jakieś 400 metrów w jedną, 400 metrów w drugą stronę. No, nie zawsze biegnąc, ale oddychając z ulgą wiosennym powietrzem, napełnionym śpiewem pierwszych wiosennych ptaków. Ach, to jest szczęście, tak zacząć dzień!

18 marca 2015

Wiosenne gęsi

Wzielim się za kończenie tarasu przy domu. Długo czekał, ale się doczekał. Trzeba wyheblować słupy, co powoli się posuwa do przodu, a potem pomalować drewnochronem. Deseczki dostały już ozdobne wycięcia w ciągu zimy. Są na ten sam wzór co w altanie. Teraz je pomalowałam. Korzystając z ciepłej pogody. I tego, że obiad w wolnowarze sam się gotuje.
Na obiad zupa z soczewicy, z dodatkiem domowego koncentratu pomidorowego z zeszłorocznych zbiorów, na koźlęcej kości.
Przelotów dzikich gęsi jak dotąd nie widziałam. Anna warczy godzinami piłą albo inną machiną na dworze, nie słychać gęgania, a więc i w niebo się nie patrzy.
Jednak dzisiaj po południu przyjechały gąsięta. Z Bielska. Nomen omen trzynaście sztuk. Żółciutkie jednodniówki. I znów w domu znajome kwilenie i lampa-kwoka świeci non-stop.

16 marca 2015

Ciepło

Przy niedzieli zajęłam się robieniem pasztetu z podrobów koźlęcych. Trochę zeszło, bo wyszła ilość na trzy brytfanki średniej wielkości. Upiekłam jedną z nich, reszta - bez dodatków i przypraw - poszła do zamrażarki. W ten sposób radzimy sobie bez kupowania wędlin. Na tyle już się od nich odzwyczaiłam, że nawet nie chce mi się ich ostatnio robić samej i wędzić (bądź nie wędzić, tylko parzyć).

Pogoda się zrobiła, ciepło w dzień i w nocy, nie trza już dokładać za długo do pieca. Ot, tyle, żeby karmę ugotować psom, kurom i wodę zagrzać w bojlerze. Anna ostatnio zawzięcie tnie drewno sprowadzone z lasu. Dzisiaj wkopywałyśmy słupki mocujące na ostatniej wolnej ścianie nowego kurnika. Część zwożę pod tylko częściowo opróżniony zimą daszek. Zapasów nie ubyło zatem, a przybyło.

Pszczoły żyją, mają się dobrze, w takie dni jak dzisiejszy, słoneczne i bezwietrzne oblatują.

10 marca 2015

Pochwała wolnowara

Jednym z ostatnich nowych wynalazków w naszym domu jest wolnowar. Dla niewiedzących, jest to elektryczny garnek z ceramicznym wkładem, w którym potrawa kitrasi się co najmniej kilka godzin w temperaturze niższej, niż 100 stopni.


Wersja prosta ma tylko włącz i wyłącz. Bardziej skomplikowana ma dwie różne temperatury, wysoką i niską, oraz włączające się automatycznie co jakiś czas podgrzewanie. Prądu podobno czerpie to minimalną ilość, choć jeszcze nie widziałam rachunku elektrycznego, więc nie mam dowodu. W każdym razie wynalazek okazuje się rewelacyjny dla ludzi, którzy lubią dobre domowe jedzenie, a jednocześnie pracują i nie mają czasu na przygotowywanie obiadu po pracy. W praktyce bowiem wystarczy włożyć z samego rana potrzebne składniki potrawy (preferowane są te jednogarnkowe) do wolnowara, włączyć go i zapomnieć. Po powrocie z pracy do domu wita nas apetyczny zapach gorącego gotowego dania. Można zajadać ze smakiem.
Po zakupie tego cuda Anna nagle przypomniała sobie, że lubi gotować. Zaczęły się eksperymenty smakowe i kucharskie. Jak na razie mogę powiedzieć, że świetne z wolnowara są rosoły, buliony, gulasze, gołąbki, bigos i kapusta na gęsto (tak, kapustne to prawdziwa rewelka). Pewnie leczo jest takie również.
Poza tym podobno można w wolnowarze piec i zapiekać, co jeszcze przez nas nie było próbowane, choć jest taki zamiar.
No, i wychodzi świetnie jogurt.
Którym właśnie często się zajadamy, z racji tego, że codziennie kozy użyczają nam jakiś litr mleka. I trzeba je zagospodarować dla siebie. Mała Rozalka jest dokarmiana już tylko raz dziennie, dla porządku i pewności.
Można spytać, po co nam wolnowar, jeśli cały czas przebywamy w domu. Otóż, niekoniecznie jest latem czas na gotowanie. Choć gotować trzeba, przede wszystkim dla zwierząt. Wolnowar ułatwia życie rolnikowi tak samo jak mieszczuchowi spędzającemu 8-10 godzin poza domem. Jest więcej czasu na inne zajęcia w gospodarstwie, albo choćby pogadanie z sąsiadami, a nie stanie murem przy garach i piecu. Latem zajęć naprawdę nie brakuje.

9 marca 2015

Przedwiośnie

Pierwszy naprawdę wiosenny i słoneczny dzień oczywiście pogonił do pracy na dworze. Kozy korowały żerdzie, zwiezione zimą z lasu. Mimo, że ścięte dawno wiele z nich ruszyło, jak żywe i przy cięciu zalewało się świeżym sokiem. Powoziłam trochę ściółki zgromadzonej w stodółce po dorastających tam w zeszłym roku gęsiach i kogutach, na kompostownik. To przygotowania do nowego otwarcia. Przedwczoraj właśnie ruszył inkubator z 30 jajami od naszych zielonych nóżek. Pierwsza próba.
A kur nam ubywa. Już druga źle się poczuła. Ze starości. Sama nie wiem już która ile ma lat. Ta mogła mieć około 5. Od dwóch dni prawie nie wychodziła z kurnika i siedziała nastroszona na grzędzie. Poprzednia też tak się kryła, a potem nagle znalazłam ją padłą w gnieździe. Oddała ducha samodzielnie. Nauczona tym przykładem, że nie ma co czekać, Anna dzisiaj z rana pomogła staruszce odejść. Jutro będzie rosół.
Jeśli ktoś jeszcze wierzy twierdzeniom niektórych kuromaniaków z internetu, że kura żyje do 30 lat, to oto ma przykład. Najstarsza, jaka za mojego długawego już życia odeszła nie poganiana na tamten świat miała 6 lat.
W tym roku zginął nam też już perlik i drugi, zeszłoroczny kogutek. W zębach lisa. Który gdzieś w pobliżu grasuje. Od tamtej pory puszczam często psy, aby szczekały co rusz po lesie w pobliżu i na razie, odpukać, jest spokój. Lis przeniósł się nieco dalej na wioskę, bo sąsiedzi miewają jednak dalej straty.
Perliczka dołączyła do indyków i przestała krzyczeć charakterystycznym głosem. Zrobiło się cicho.

6 marca 2015

Dziecinne problemy

Udało się uratować życie jednemu z koźląt. A było tak. Na kilka dni przed wykotem Amelka, jedna z pierwiastek dostała łupnia od którejś kozy w boksie. W efekcie pojawiła się ranka na nabrzmiałym już wymieniu.
(Amelka to ta sama kózka, którą kiedyś leczyłyśmy na złamanie nóżki, co można zobaczyć i przeczytać na blogu. Wyzdrowiała całkowicie, nie ma śladu po urazie i w tym roku powiła po raz pierwszy jedno dzieciątko.)
Mimo dezynfekcji i stosowania antybakteryjnego aerozolu, który zazwyczaj mamy na takie przypadki w pogotowiu, wymię obrzmiało i wykazywało objawy zapalenia. Stwierdziłyśmy to niedługo po wykocie. Koźlątko zdążyło napić się siary i zaczęło niedomagać.
W te pędy do weterynarza. Amelka dostała antybiotyk w 4 zastrzykach. I karencję na mleko 6-dniową. Koźlątko przeszło na dokarmianie ręczne mlekiem innej kozy, a mleko Amelki było dojone i wylewane. Tymczasem jednak dziecko najwyraźniej chorowało. Słabo jadło, ciągle spało i chwiało się na nóżkach, przewracało się z osłabienia. Z doświadczenia wiemy, że nie dojadając pożyje najwyżej 3 dni. W końcu zauważyłam, że ma powiększony brzuszek i może to być wzdęcie. Nie tylko zwykła u koźląt obstrukcja po napiciu się gęstej i tłustej siary, przy której nieco stękają i wykazują przejściowy spadek humoru. Była niedziela, do weterynarza nijak. Trzeba było szybko decydować samemu. Maleństwo dostało kusztyczek wódki. Skutek był nieomal natychmiastowy. Poleciała rzadka kupa, gazy odeszły. Wkrótce zaczęło lepiej jeść. Choć słaniało się na nogach jeszcze dwa dni, to w tej chwili (wciąż jeszcze dokarmiane ręcznie dla pewności) już biega i skacze razem z innymi koźlętami całkiem zdrowe. Zaczyna też ssać matkę.

26 lutego 2015

Żłobek

- Malwinę dzisiaj sparło. Pobekuje, strzyki napuszczone. Zdążę wrócić, jak myślisz? Tylko na pocztę muszę i do sklepu.
- Zdążysz.
- Zajdź do niej za piętnaście minut i spójrz jak sprawy się mają, dobrze? Zadzwoń w razie czego.
- Ok.
Zajrzałam. Malwina przejęta, pobekuje raczej ze zdziwienia, że coś się z nią dzieje innego, niż zawsze. Ta nasza dwulatka, najdorodniejsza z całego stada, córa Gwiazdy przepuściła jeden sezon, bo zwyczajnie nie zaszła w ciążę. Była tak wysoka, że nasz niewyrośnięty jeszcze wtedy koziołek nie sięgał. I żadne próby postawienia go wyżej nie skutkowały. Ostatniej jesieni też sprawa dobrze nie wyglądała. I zakocenie nie było pewne prawie do końca. Malwina jest tak wysoka i dobrze zbudowana, że brzuch prawie wcale się nie powiększył, i dopiero od niedawna obsunął się nieco i po tym poznałam, że jednak jest. To dobrze, bo miała zapowiedziane, że jak i tym razem nie będzie miała dzieci to ją zjemy. Chyba wzięła sobie sprawę do serca.
I proszę. Popanikowała z godzinę, położyła się i za następną wizytą w oborze okazało się, że już liże swoje koźlątko. Po piętnastu minutach okazało się, że jest i drugie! Parka.

I tak jest co dzień od jakiegoś czasu. Jedna, dwie, a nawet trzy kozy potrafią pęknąć jednego dnia. Jeszcze nie koniec, ale wszystko idzie ku dobremu efektowi. Lekka przewaga koziołków się utrzymuje.

Obórka przypomina teraz żłobek, słychać pobekiwanie mam i cienkie głosiki koźląt, do złudzenia przypominające płacz ludzkich niemowląt. Zbieramy siarę na mydło. Jest mleko do kawy i na zupę mleczną. Piją je koty i psy. Nowy sezon u progu...

22 lutego 2015

Kultura na przednówku

No, i zaczęło sypać koźlętami. Zdrowe, rezolutne. Pogoda sprzyjająca.
Podobno już żurawie i bociany ludzie widzieli.
Ja wciąż dokarmiam sikorki i zawieszam im słoninkę pod dachem tarasu. Przylatują.
Gęsi i indyki mają godowe nastroje. I często słychać ich wielkie głosy na podwórzu. Potrafią podreptać daleko, ale kochać się przychodzą zawsze w obejściu.
Robimy porządki w domowych piwniczkach, korzystając z tego, że sery się skończyły. Co nieco trzeba połatać, przemyć, zalepić. Zbudować więcej półek. Żeby przygotować się dobrze do kolejnego sezonu.
Anna uczęszcza na różne zajęcia w GOKu, nie tylko te, które sama prowadzi (z ceramiki i tkania). Malowanie witraży i szycie ze słomy na razie się skończyło, trwa zaś filcowanie. Także sama robi sobie różne narzędzia z drewna pomocne do wyrobu przedmiotów z gliny.
Ja zasię robię to, co zawsze: piszę, czytam, gotuję, sprzątam, obrządzam zwierzęta i oglądam filmy w internecie, podciągając się z zaległości. Rzadko widuję ludzi i chyba mi do nich nietęskno.

19 lutego 2015

Koło

Ciężarówki wciąż się trzymają, choć wyglądają, jakby miały pęknąć.
Brak mleka doskwiera już. Ale to ostatnie chwile zimowego spokoju. Już jutro, pojutrze może  się on skończyć.
Poza tym udało się zrobić wreszcie ważną rzecz w domu. Majster zimową porą wolny od pracy chętnie przyjął fuchę w mieszkaniu. Powstała profesjonalna klatka schodowa na poddasze, zostały wstawione drzwi i oszklona ścianka. W tym momencie skończyły się kocie ucieczki przez dziurę między prymitywną zasuwaną klapą, jaką stosowałyśmy, aby zamknąć wyjście na strych zimą, a brzegiem podłogi. Są teraz łatwe do namierzenia w kuchni albo jadalni. I żadnych kocich buntów nie mogą uskutecznić. A poddasze zachowuje swoją integralność jako izolowane od reszty domu pomieszczenie. Co ważne jest dla gości.

No, a dzisiaj przyjechał nowy zakup, ważny dla Ani. Koło garncarskie. Samoróbka, solidna robota. Prawdziwa cenowa okazja. Na silnik elektryczny. Stanęło w chatce dziadka, gdzie pewnie powstanie z czasem mała pracownia.

5 lutego 2015

XX festiwal w Czeremsze ma kłopoty

Festiwal folkowy w Czeremsze, odbywający się od prawie 20 lat popadł nagle w finansowe tarapaty. Nie dostał corocznej dotacji z Ministerstwa Kultury. Piszemy odwołanie, ślemy petycje. My, fani festiwalu.
Z problemem i sposobami pomocy można się zapoznać tutaj.

27 stycznia 2015

Rada

Było styczniowe świętowanie na Podlasiu. Można zerknąć tutaj jak to czasem wygląda i poświętować razem. Tak, to też Polska, jakby ktoś nie wiedział.

26 stycznia 2015

Zimowe świętowanie

Przesuwa się już styczeń kolejnego roku w kalendarzu w tempie niezauważalnie prędkim. Niedawno skończył się prawosławny okres świąteczny, świętem Jordanu, a w naszym domu kultury dorocznym koncertem kolęd. Śpiewanych przez miejscowe siły, począwszy od przedszkolaków, przez podstawówkę, gimnazjalistów, uczniów pobierających naukę gry albo śpiewu, tudzież orkiestrę dętą, ludowe zespoły śpiewacze z okolicznych wiosek i chóry, dziewcząt oraz cerkiewny i kościelny. Poza tym każdy dzień podobny do siebie. Bezśnieżna zima pozwala na codzienne rozluźnienie w temacie grzania chaty i opieki nad dobytkiem. Drób się niesie już prawie jak na wiosnę. Mimo, że kury nioski wiekowe, od dwóch do czterech sezonów mają. Zdarzają się też pojedyncze jaja gęsie. Kilka dni temu narodził się pierwszy koziołek z tegorocznej serii. Z mamy pierwiastki. Wyszedł bez problemu, choć najpierw wysunął główkę. Anna wsadziła mu palec do pyszczka, żeby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, mimo tego odwrócenia. Zassał od razu. I zaraz był cały na tym świecie. Spokojny z niego, czyli niepłaczliwy gość. Z babki Baby Luby, z matki Ludmiły, Ludek mu na imię, bo jak inaczej. Vel Ludzik.
Anna od początku miesiąca, wykorzystując ciepłą aurę znowu bawi się w drwala leśnego. Andriusza podzielił się z nią swoją działką w lesie za wsią. Drewno słabe, same sosnowe cienkie żerdzie, ale dobre i to. Poza tym robią się mydła, z pierwszej koziej siary. Bo mleka trochę z naszej pierwiastki już i dla nas jest, starcza do porannej kawy i do mojej śniadaniowej zupy na płatkach ryżowych. To tyci tyci daje już sporo radości. Mleko sklepowe było nie do przełknięcia! Nawet kot od niego odwracał głowę i zostawiał psom do wypicia.