3 listopada 2019

Wystawki ciąg dalszy

Za oknami już przez większość dnia pochmurno, chłodny wiatr. Kozy plączą się po pastwisku, skubiąc resztki zgryzionej trawy i nawet nie dążą do ucieczki. Wszędzie wokół taki sam brak paszy, liście opadły i butwieją, trawy w zaniku, sterczą jedynie gołe gałązki krzewów. Nie ma więc po co się wyrywać. Są już dokarmiane sianem.
Mleka coraz mniej. Robię z niego jedynie twaróg, którym częściowo dokarmiam drób oraz gęsią i indyczą młodzież, częściowo go zjadamy, a resztki zamrażam na czas, gdy nie będzie już mleka.

Tymczasem pozostały jeszcze nieopublikowane zdjęcia z sesji słonecznej, ceramiki wyciągniętej z pieca. Spieszę je zatem dodać, nim się pora roku zdezaktualizuje.

Poniżej naczynie na kłębek wełny lub nici, przydatne do robótek, bo nić snuje się równo i wełna nie plącze...


I kubki, takie, siakie...


Ten np. zdobiony odbitką liścia paproci. Przy naczyńku służącym do stworzenia kaganka, świecy zapachowej bądź znicza.


I znów kubek.

24 października 2019

Kluski leniwe z kozim twarogiem

Wraz z wejściem słońca w znak Skorpiona nadeszła iście listopadowa pogoda. Mimo, że nadal jest ciepło i deszcz nie pada, poranki do późna są otulone gęstą mgłą, wznoszącą się na łąkach i drogach, która skrapla się z hałasem, opadając w postaci para-deszczu z drzew i dachów. Lubię taki czas, choć niedługo się skończy i przyroda wejdzie bardziej otwarcie w fazę gnicia i butwienia. Na razie jeszcze brodzimy w czerwono-żółtych liściach po kolana, a kozy spędzają całe godziny w zagajnikach żywiąc się nimi, ewentualnie ogryzając gałązki. Kurza brać grzebie w miękkiej pożywnej glebie zapamiętale.
Grzybów brak, choć widać tu i ówdzie grzybiarzy. Coś tam niosą z lasu, gdy znają "miejsca grzybne", ale wchodząc w gąszcz z doskoku raczej nic się nie znajdzie. Poza kaniami, które rosną na łąkach i skrajach dróg, jak chwasty. Tych jednakże od lat nie jadam, bo moja wątroba powiedziała stanowcze nie wszelkim smażonym grzybom. Mogę jedynie jeść bez sensacji gotowane, w zupie lub sosie. Trudno, już się z tym pogodziłam. W tym sezonie latem najadłam się kurek, więc nie było tak do końca bezgrzybnie. Poza tym mamy duże zapasy suszonych jeszcze zeszłorocznych, które starczą do kapusty, sosów i bigosu nawet więcej, niż do przyszłego roku.

A właśnie, kapusta. Nie wiem jak u was, ale u nas już zakiszona, w dużej beczułce kamionkowej i już ją jemy. Jakoś sam minął apetyt na pomidory i wszelkie surowizny, teraz jest czas kiszonek i fermentacji. Taki to już rytm naszej przyrody i z nim się zgadza całe moje ciało i instynkt.

Dawno nie było kulinariów na blogu. A jak zawsze, coś się w kuchni smacznego przydarza. Jak choćby domowa czekolada, którą robię od niedawna i nie mogę przestać, tak mi smakuje. To trochę też leczniczo, aby sobie humor poprawić i nie dać się jesienno-bagiennym smętkom zaświatowym, bo jak wiadomo czekolada, a raczej kakao zawiera hormon szczęścia. Ponieważ przyrządzam ją na bazie oleju kokosowego z dodatkiem miodu, z ulubionymi bakaliami, to jeszcze dochodzi pozytywny wpływ tychże, a zwłaszcza owego oleju, który świetnie odżywia mózg, poprawia pamięć, wzrok, pracę wątroby. Warto stosować często od pewnego wieku, zapewniam, bo widzę po sobie dobry skutek. Co do wzroku, którego od dziecka nie mam najlepszego, a ostatnio zaczynam odczuwać większe zmęczenie krótkimi dniami i pracą przy komputerze, dodaję jeszcze codzienne, to znaczy, gdy tylko na to pozwoli aura, wpatrywanie się z zamkniętymi powiekami prosto w słońce. Tak 10-15 minut. Po prostu siadam sobie na ławeczce i wystawiam twarz do słońca tak, aby umieścić je w miejscu środka czoła. Powieki zapobiegają oślepieniu, ale pozwalają pobierać wraz z ciepłem i żółtym zdrowym światłem także witaminę D, niezbędną do dobrej pracy oczu i zapobiegającą ich przemęczeniu.

Odchodząc od tematu czekolady, zanotuję teraz przepis na przepyszne kluski leniwe, przez niektórych zwane pierogami leniwymi, którymi się często zajadamy. W naszym przypadku przyrządzane są z dodatkiem twarogu koziego, który stale wytwarzam w sezonie i codziennie jest świeży. Przy okazji pochwalę się, że ten mój twaróg jest naprawdę doskonały w smaku. Nic lepszego jak dotąd, niż produkt moich rąk z mleka od moich kóz nie jadłam! Ale wracam do tematu.



Bezglutenowe kluski leniwe z twarogiem kozim

Składniki:
3/4 szklanki mąki bezglutenowej  - tworzę mieszankę mąk z tych, które akurat mam w domu, a więc mieszam ze sobą mąkę kukurydzianą, ryżową, gryczaną, jaglaną i ziemniaczaną w dość przypadkowych, mniej więcej równych proporcjach. Gdy którejś z nich nie ma, żaden problem. Może być nawet jeden rodzaj, byleby nie zapomnieć dodać ziemniaczanej, która robi za klej. Oczywiście dla glutenowców nie ma problemu użyć w to miejsce tylko mąki pszennej.
220 gram twarogu - mój jest kozi, świeży, nieodciskany, zatem niezbyt suchy i niezbyt kruchy, tworzy zwartą miazgę i daje się rozsmarowywać. Nie umiem przełożyć go na jakiś zastępnik ze sklepu, bo nie jem twarogów sklepowych od lat. To już kwestia własnych eksperymentów, choć z tego, co wiem, kozich twarogów raczej się nie dostanie w sklepie, muszą wystarczyć te z krowiego mleka, czyli smaku mojej potrawy nie oddadzą.
1 lub 2 jaja od szczęśliwej kury podwórkowo-leśnej.
szczypta soli
1 płaska łyżka cukru

Do polewy:
paczuszka cukru waniliowego
2-3 łyżki masła
1 łyżka cukru do posypania potrawy, ewentualnie, dla słodkolubnych.

Przyrządzenie:
Składniki wymieszać dokładnie w misce, ręcznie ugniatać, po czym ulepić na stolnicy długi wałek. Spłaszczyć go i kroić nożem, dokładnie tak, jak kopytka. Wrzucać na wrzącą osoloną wodę i od chwili wypłynięcia na powierzchnię gotować około 3-4 minut. Wyciągnąć prosto na talerz łyżką cedzakową.
Na talerzu polać kluski roztopionym masłem z dodatkiem cukru waniliowego. Jeśli go brak można posypać kluseczki cynamonem, polać masłem i posłodzić łyżeczką cukru.

Smacznego!
Podana porcja starcza na pożywny obiad dla dwóch osób. Może dodam, że odgrzewane kluseczki już nie są takie miękkie i rozpływające się w ustach, jak prosto z wody, dlatego nie warto robić na zapas.

Można jednak potraktować je jak kopytka i jeść nie na słodko, ale np. z gulaszem, czy innym sosem z dodatkiem surówki. Równie pyszne.

16 października 2019

Poszkliwiona złota jesień

Ponieważ obiecałam prezentację efektów szkliwienia wyciągniętych już z pieca biskwitowych wyrobów glinianych, pokazanych w uprzednim wpisie, zaczęłam naciskać na wiecznie zapracowaną Annę, aby zrobiła stosowne zdjęcia. Zeszło mi kilka dni. Ale ostatnia słoneczna pogoda, sprzyjająca plenerowi przemówiła dosadniej i skuteczniej. Podejmowane wcześniej próby fotografowania w pochmurne dni okazały się całkiem nieudane. Wreszcie wczoraj doszło do pełnej mobilizacji.

Zdarzyło się to nieco późno względem najlepiej położonego słońca w południe, co widać jako długie cienie oraz zbytnie naświetlenie przedmiotu, zmieniające kolor na zdjęciu, rozjaśniając go. Ale trudno. Uczymy się.


Poniżej pojemniczki na sos i patera, albo podstawka do dowolnego użytku, w zamiarze te i to pod suschi.


Kubek. Glina najlepiej wypada na naturalnym tle.


Liść służy ku ozdobie najbardziej, obok podstawka pod łyżkę, przydatne przy gotowaniu, gdy trzeba mieszać i odkładać kapiące mieszadło.


Samotna mydelniczka.


Zestaw kubków w naturze.


I efekt największej jak dotąd pracy, ceramiczna umywalka. Kolor nieco przekłamany przez słońce. W rzeczywistości jest nieco ciemniejszy.


Oczywiście to nie są wszystkie gotowe wyroby. Ciąg dalszy nastąpi.

10 października 2019

Kiszone zielone pomidory

Jesień jest jak dotąd zadowalająca, jeśli chodzi o wilgotność. W bezdeszczowe dnie kozy pasą się na zieleniejącym się jako tako pastwisku, lub zmykają w gąszcze przyleśne, nie ścigane, bo ogródki już zostały wyzbierane przez właścicieli. Deszcze padają w nocy, nad ranem, czasem w ciągu dnia, ale nie są uporczywe i nadmiarowe. Gleba chłonie wodę, a rośliny rosę z wielką chęcią. Po kilku dniach i nocach nader chłodnych znów wraca ciepło, acz chmurność na niebie trwa, z krótkotrwałymi przejaśnieniami.

Palę już nie tylko pod płytą (nieco dłużej, aby dobrze nagrzać ściankę kaflową, ogrzewającą kuchnię i pokój), ale i w piecu ścianowym na noc. Daje to kulturalne poranki, bez wstrząsów temperaturowych, a w mieszkaniu można w krótkim rękawku chodzić, zwłaszcza wieczory są przyjemne.

Kozy doję już tylko raz dziennie, rano. Daje to jakieś 6 litrów mleka, które nadal przerabiam na sery. Gdy ilość zmniejszy się do 4, będą szły już tylko twarogi, czasem świeże miękkie na ząb do wina. Twarogi postaram się zamrozić i zmagazynować na dłużej dla dobra zimującego drobiu. Ale i swojego, bo sernik bardzo lubię.

Żółte twarde dojrzewają już w większości w piwniczce, stanowiąc codzienne menu do kanapek lub zapiekanek. Na zimę wystarczy w zupełności.

Przed nami jeszcze kiszenie kapusty. Na razie zadowalamy się bieżącymi kiszonkami. Różnego autoramentu i z różnych składników. Najbardziej lubię czerwone buraczki kiszone z kapustą i dodatkiem papryki i czosnku. Ostatnio jednak trzeba było coś zrobić ze sporą ilością maleńkich zielonych pomidorków, które nie miały już szans dojść odpowiedniego wzrostu ani koloru na krzakach.

Anna wpakowała je do słoika, dodając trochę ogródkowej papryczki, pokrojonej kapusty, buraczków i kilka ząbków czosnku, nakrywając z wierzchu liściem kapusty dla zabezpieczenia przed pleśniami. I oto co wyszło.


Po kilku dniach sięgnęłam do nich z ciekawością i smak mnie zaskoczył. Naprawdę dają się zjeść.
Wszelkie tego typu kiszonki przyrządza się jednym prostym sposobem.

Napełnić trzeba słoik tym, co pragniemy ukisić, a tu fantazja i możliwości są dowolne. Praktycznie każde warzywko daje się zakwasić, a mieszając ze sobą kilka różnych otrzymujemy różne smaki. Dodajemy to nich zioła zwyczajowo dodawane do kwaszonek, czyli liść laurowy, gorczyca, koper (dla ułatwienia można posługiwać się zestawami gotowych ziół dostępnymi w sklepie), garstkę, aby nie przesadzić. I całość zalewamy przegotowaną wcześniej i przestudzoną wodą osoloną solą do przetworów w proporcji na 1 litr wody 1 łyżka soli.
Słoik zamykamy szczelnie na kilka dni i raczej nie otwieramy go przed użyciem zbyt wcześnie, aby nie wpuścić do środka pleśni. Po otwarciu zjadamy w przeciągu dwóch-trzech dni do obiadu i jako przekąskę sałatkową.

7 października 2019

Rzemieślnicze inspiracje

Jesień przyspieszyła, noce zimne, około 1 stopnia (u nas jeszcze przymrozków nie było). Woda zewnętrzna profilaktycznie zakręcona, trzeba nosić wiadra z domu, trudno się mówi. Na szczęście młode gusie już wyrosły, w pełni upierzone, dają radę. Indyczęta gorzej od nich rosną, są wrażliwsze, zatem zimne albo mokre poranki spędzają z matką pod dachem, dopiero później wychodzą na wybieg.

Dzięki chętnemu pomocnikowi z wioski, który otworzył się na pracę i zarabianie, został zreperowany i nieco przestawiony płot ogrodzenia od frontu, od początku zbyt skromnie postawiony. Dzięki temu obejście nieco się poszerzyło i zyskałyśmy miejsce na dodatkowe grządki w przyszłym roku. W tym udało się nam tam wyhodować, na dwóch wzniesionych grządkach zbudowanych z obornika koziego i kompostu, ponad 20 kilogramów ogórków i kilka dyni. Przypomnę, że  na czystym żywym piasku wydmowym ów eksperyment trwa. I jak widać, ma się dobrze.

Anna wczoraj zebrała z ogródka resztki wszystkiego, co mogłoby zmarznąć. Zatem znalazło się jeszcze trochę zielonych pomidorków, które kisimy z papryką i czosnkiem (pycha!), liści buraka liściowego i pakczoja (też pójdą do słoja), ostatek fasolki szparagowej, kilka rzodkiewek i rzepek oraz liści selera naciowego.

Poza tym zaliczyła wycieczkę kulturoznawczą po Podlasiu, urządzaną przez domy kultury z dwóch sąsiadujących ze sobą gmin. I oto co na niej zobaczyła.

W Janowie jest miejsce, gdzie tkają jeszcze starsze panie. Piękne tradycyjne kilimy, w których swoją drogą zakochali się Japończycy. Przedstawiam dwa zdjęcia ręką Małgosi Klemens robionych.



Prawda, że jest co podziwiać? Wzory proste, stare, tradycyjne. Przekazywane sobie w specjalnych zapisach z babki na matkę, z matki na córkę od wieków. Poniżej już zdjęcia Anny z komórki.





Największą atrakcją oczywiście była wizyta u podlaskiego garncarza z dziada pradziada, mieszkającego w Czarnej Białostockiej. Ten jest zawodowcem całą gębą, uczony przez ojca, dziedzic dwóch tradycyjnych pieców z cegły, kopacz miejscowej gliny, którą sam przystosowuje do wyrobu.


Oto jego piec, jeden z dwóch, stosunkowo młody, bo dwudziestoletni. Starszy ma już wiek.


I bardziej od środka, w tajemne wnętrze zerknąwszy okiem kamery Gosi Klemens:


Pracownia pełna jest też efektów swego działania. Które można było sobie wybrać i kupić.


Lub takie:


Anna przyjechała zainspirowana, co prawda nie mamy aż tyle możliwości, co Paweł Garncarz, ale zawsze zobaczenie mistrza w miejscu pracy jest budujące pod każdym względem.

21 września 2019

Ceramiczne wypieki

Zaczęło nareszcie jesiennie padać. A nawet mglić, co oko o poranku cieszy, gdy się nim rzuci przez okno ku pastwisku i lasom za nim.

W domu chłodek kazał mi się sprowadzić z poddasza na dół. Gdzie w piecu codziennie palę i ściankę kaflową nagrzewam. Przeprosiłam się też ze skórą z kozła, którą kolana ogrzewam, wysiadując wieczorem przed komputerem.

W taki czas łatwiej się skupić na ostatnich koniecznych pracach do wykonania w gospodarstwie. Dzisiaj zjechały na ten przykład ziemniaki, kupione u znajomego rolnika. W cenie 80 groszy za kilogram, czyli dwukrotnie wyższej, niż w roku zeszłym. Takoż Anna klei terakotę na podłodze pracowni ceramicznej, w jaką zmienia się "chatka dziadka". Nieduży piecyk, uruchomiony w tym roku zaczyna powoli wspierać nasze prace. Tak to wygląda tuż po otwarciu klapy.


I piętro niżej...


Po wystygnięciu biskwit czeka na dalszą pracę, czyli szkliwienie. Wszystko w swoim czasie!


Zdarzają się też miski...


I kubki oczywiście też...


Gdy już zdobędą kolory i wzory, oczywiście nie omieszkam się pochwalić.

15 września 2019

Domowe żywienie

Pogoda niepostrzeżenie jesienna się robi. Mimo słońca w dzień i suchych wietrzyków noce są już chłodne, a poranki mocno rześkie. Bywa, że nocami pada, ale to nie umniejsza ogólnej suszy, jaka panuje nawet w lesie.
Grzybów brak.
Kozy muszą się nachodzić, aby zejść do zagrody z pełnymi brzuchami. Paradoksalnie jednak to teraz mamy najwięcej w sezonie mleka. Późno zrodzone dzieciaki już nie spijają matek. Właśnie zresztą odbyła się, z wielkim ambarasem, fukaniem, cmokaniem, beczeniem, porykiwaniem i brykaniem doroczna ruja. Na dwa dni przed pełnią księżyca, więc w zgodzie z naturą bydląt wszelakich (wspominam, bo bywało inaczej, wcześniej lub nawet trochę później, co zawsze wpływa na porę wykotów i jakość sezonu mlekodajnego). Kozioł o imieniu Baran sprawił się jak trzeba.

W ogródku już się łyso zrobiło. Na dynie przy domu spadła jakaś zaraza. Trzeba było zebrać owoce nieco wcześniej. Nie wszystkie, bo dojrzewają jeszcze w innych wydzielonych ogródeczkach na terenie gospodarstwa. Garść jesiennych rzodkiewek (resztę pożarły drapieżne kury, niestety), jarmuż, seler naciowy, pory, papryka, pomidory, zioła, buraki wciąż jeszcze rosną. Trochę dorodnych patisonów, dynie, cukinie i większe buraki znalazły się na stole, gotowe do przeróbki i zmagazynowania. Ogórki już w całości zostały przerobione na sałatki i kiszonki. Podobnie częściowo buraki zamieniły się w sałatkę. Oraz fasolka wylądowała w porcjach w zamrażarce. Teraz rozprawiam się z pomidorami, gromadząc je w postaci pasteryzowanych przecierów.


Lubię ten czas. Zjadamy głównie własnoręcznie wyhodowane produkty.

Oto nasz przykładowy jadłospis dzienny:

Śniadanie: owsianka lub płatki ryżowe zabielane świeżym mlekiem kozim. Albo jajo sadzone z kwaszonką, buraczano-ogórkową lub kapuścianą. Bądź sałatką pomidorowo-ogórkowo-cebulową. Chleba nie jemy, nawet Anna robi to od wielkiego dzwonu.

Obiad: leczo cygańskie lub zupa dyniowa, burakowa, czy zalewajka na gryczanym zakwasie, albo rosół z nadmiarowego koguta, albo pomidorowa z domowego przecieru, albo kluski leniwe z twarogiem kozim, albo placki dyniowo-ziemniaczane, albo dynia i buraczki zapiekane, popijane zimnym kefirem kozim. Bywa zapiekanka ziemniaczano-cukiniowo-serowa, babka ziemniaczana ze słoninką, bądź boczkiem, albo pizza bezglutenowa z serem żółtym (kozim). Jak widać, mimo możliwości, mięsa jest w tym stosunkowo niewiele. Jego ilość oczywiście zwiększy się w zimie, gdy jest mniej nabiału (kury się nie niosą, nie ma mleka i twarogu), ale nie wykracza poza kilka obiadów w tygodniu. Sklepowych przetworów, czyli kiełbas i konserw nie jadamy, chyba, że awaryjnie, co zdarza się raptem kilka razy w roku np. podczas prac polowych, gdy nie ma czasu na gotowanie. Jeśli powstaje domowa kiełbasa, to oczywiście jest składnikiem obiadu, dodatkiem do zalewajki lub drugiego dania w formie smażonej z cebulką.

Kolacja: jeśli już, bo nie zawsze mamy ochotę, często wystarczają dwa posiłki (to cud wysokowartościowych produktów i odpowiedniego zestawienia białek, tłuszczu i węglowodanów przy niskim poziomie słodzenia) np. budyń na świeżym kozim mleku polany sokiem z czeremchy, porzeczek, lub czarnego bzu. Czasem awanturka, czyli twarożek kozi wymieszany z rybą wędzoną i cebulką, z domieszką oleju słonecznikowego albo lnianego. Albo śledziki w oleju lub zalewie octowo-olejowej.

Dla urozmaicenia wieczornego humoru: szklaneczka wina domowego owocowego dosłodzonego słodzikiem miętowym albo sokiem owocowym, rozcieńczonego dla większej radości picia - wodą. Albo nawet od święta: krwista maryś, z domowego pomidorowego przecieru z odrobiną soli i prawdziwego pieprzu, z naprawdę niewielkim dodatkiem wódki. W latach, gdy owocuje sad dominuje oczywiście cydr.

Kupowanych w sklepie produktów jest tu, jak widać mało, trochę bezglutenowej mąki, kaszy gryczanej, sól i pieprz oraz przyprawy, cukier, płatki ryżowe, olej. Pijam jeszcze kawę (mieloną z ziaren), parzoną w kawiarce, z dodatkiem goździków i cynamonu i łyżeczką tłuszczu kokosowego, na poprawę pamięci (naprawdę skuteczne), raz dziennie.

I wsio.

30 sierpnia 2019

Pokaż pokaz

Pieczenie chleba zaczęło się od... dojenia. Ot, kubek mleka do ciasta ciastkowego przy okazji.


Potem rozpalenie pieca.


Zgromadzoną energię społeczną należało zatrudnić, najpierw objaśniając co...



 i jak...

I do czego...


Następnie pomóc kozom przemieścić się. Tak całkiem przy okazji. Stąd...


Tędy...


Po czym trzeba było wrócić do pieca i ognia, i chleba. Czyli do tematu.


I tadam!


Było do niego masełko, i tak przy okazji trochę żółtego domowego sera.

22 sierpnia 2019

Rytualnie

Pogoda zmienna latoś, ale znośna. Najpierw idzie na upał, który pojawia się na jedno popołudnie tak solidnie, jak ostatnio do 33 stopni, a potem w nocy leje jak z cebra i temperatura spada do 17 w dzień, po czym znowu z wolna przyrasta, wraz ze słońcem wychylającym się zza chmur.

Jak co roku o tej porze, 18 sierpnia udałyśmy się na wielikoje świato Spasa na górę Grabarkę. To już mamy we krwi, trzeba odbyć cały rytuał. Wejść na górę, wrzucić grosik na ofiarę, pomodlić się, posłuchać chóru cerkiewnego i śpiewnej liturgii w języku starosłowiańskim, naszym, zapalić świeczki woskowe w intencji pod cerkwią, napełnić wzięte ze sobą baniaczki kryniczną wodą, obmyć się w świętej strudze i zostawić tam swoje boleści. Na koniec obejść stragany z dewocjonaliami i jarmarcznymi zabawkami, zjeść loda, i wrócić późnym wieczorem do domu, mając wschodzącą kulę księżyca w pełni za przewodniczkę.

Następnego dnia zjechał mój najdawniejszy przyjaciel, Adaś i kolejne dwa wieczory spędzone zostały na gadaniu, gadaniu, gadaniu i dyskusjach różnorakich, o życiu, świecie, muzyce, polityce, przepowiedniach, książkach, serialach i planach na przyszłość. Znikło trochę piwa i cienkusza domowego (ja pijam już tylko własnej roboty winko z dolewką soku i rozcieńczone wodą) i wypaliło się trochę gałązek na grillu, ocieplając klimat wieczorny.
Przydało się też łażenie za kozami, które już ledwie wytrzymują na pastwisku, bo Anna nazbierała koszyczek kurek, a my z Adamem wiadereczko owoców czeremchy. Z kurek powstał sos-rewelacja do klusek leniwych z domieszką twarogu koziego i pysznej świeżej kwaszonki, mieszanej z ogórków i liści buraczanych. A z owoców czeremchy kilka buteleczek soku i gąsiorek nowego wina. Piąteczka.

Ogórki już się kończą. W większości przerobione na sałatki, głównie z domieszką domowego octu jabłkowego i różnorakich przypraw i zakiszone. Ruszają pomidory i papryka. Także są już cukinie i patisony, zatem sezon leczo cygańskiego przed nami. Ponieważ temperatura sprzyja domowemu serowarstwu, to i zapas żółtych serów rośnie, z mleka niepasteryzowanego, na domowym zakwasie. Jest jak trzeba.

3 sierpnia 2019

Robimy swoje

Lato nabrało jakiejś takiej jesiennej atmosfery. Pewnie dlatego, że noce są stosunkowo zimne, podobnie poranki rześkie, a niebo często zasnuwają chmury. Deszcz pada co kilka dni, choć bardziej nocy i to czasem rzęsiście, więc pastwisko ma się dobrze. Kozy korzystają z niego całe dnie.
Kiedy słońce czasem wyjrzy od razu robi się ciepło i bardzo ciepło, ale upały 30-stopniowe są rzadko i występują pojedynczo, jednego dnia przedbieg, drugiego odbieg.
W sumie lubię taką pogodę i nie narzekam.
Owady gryzące prawie znikły.
Ogródek nas żywi cały czas, zaczynają się już powolutku pomidory. Jest fasolka i ogórki, zioła wszelakie. Robię co rusz sałatki z ogórków już na zimę, w różnych smakach i zalewach. Oraz małosolne jako stałą przekąskę.
Dzięki zapanowaniu umiarkowanej temperatury mogę wreszcie robić sery dojrzewające, żółte. To już stopniowo zapasy na dłużej.
Generalnie odżywiamy się prawie wegetariańsko, ale tak zawsze jest o tej porze roku.

Dynie i cukinie oraz patisony rozkrzewiły się bujnie i przyrastają w owocach. Tylko patrzeć.
Śliwki latoś słabo, bo susza wiosenna przetrzebiła zawiązki. Trudno. Mam jeszcze zeszłoroczne słoiki, więc żadna bieda.

Podobnie z innymi rzeczami. Owies już kupiony i zmagazynowany, siano zebrane, dzisiaj zwozimy i pakujemy w paszarni kostki słomy na ściółkę, kupione u znajomego rolnika. Trzeba będzie jeszcze ziarno dla drobiu uzupełnić, osypki zmielić, ziemniaków kupić jesienią i to wszystko.

Piec nastawiony i pieką się w nim niejadalne wytwory rąk, ceramiczne naczynia.  Trzeba będzie trochę zdjęć zrobić na dowód, że pracownia jest i powoli robi swoje.

26 lipca 2019

Letnia codzienność

Był festiwal, trochę dorocznych spotkań, muzyki, handlu jarmarkowego.
Pogoda dopisała, było ciepło, raz krótko padało, nie nazbyt gorąco, kulturalnie.
Pastwisko odrasta, kozy pasą się na nim wygodnie póki co.
Sąsiednie pola stają się wolne od zboża, bo już są żniwa, zatem i stres, że pójdą w szkodę znika.
Ogórki, ogórki, ogórki.
Na razie idą głównie na sałatki w słoikach i małosolne. Dziś doszedł też syrop z mięty, którą trzeba było zebrać, tak się rozrosła. Już drugi raz w tym roku taki zbiór. Anna stosuje go namiętnie do napojów i drinków. Dla mnie za słodki, wolę soki owocowe.

Ogródek daje także na co dzień jarmuż (zjadamy z patelni z jajkiem albo serem, podobnie jak szpinak), sałatę, rzodkiewkę z drugiej tury, fasolkę, koper, liściasty seler i liście buraka, zioła w wielkiej liczbie. Właśnie był drugi dosiew po zebranych i zjedzonych już dobrach, nowy rzut jesiennej rzodkiewki, szpinaku i sałaty.
Pomidory w cieniu akacji mają jednak zbyt mało światła w ciągu dnia, aby się zaczerwienić. Czekamy na upały, może wtedy dojdą. Ale upałów, wbrew zapowiedziom, nie ma. Najwyżej dojrzeją na parapecie okien od strony południowej.
Te kilka drzewek przy płocie od południa już zostało obejrzanych przez urząd i jest pozwolenie na ich wycięcie. Ponieważ jednak rosną na granicy ogródka, drogi i mogą zahaczyć przy wycince o druty elektryczne konieczna jest specjalistyczna firma z odpowiednim sprzętem do wykonania tego. Poza tym poczekamy na zbiór pomidorów, rozkręcimy stelaż tunelu i dopiero wtedy będzie można wziąć się za to zbyt długo odkładane działanie w miarę bezpiecznie.
Miłośników drzew uprzedzam, że mamy ich wokół domu i w obejściu całe mnóstwo, nie zamierzamy ich wycinać, są zbawieniem dla domu w upały i mrozy, dla nas i zwierząt, które mają gdzie się kryć. Niemniej te kilka robinii robi od kilku lat zbyt wielki cień w miejscu grożącym awarią, i konieczność jest nieodwołalna.

Do tego Jary doznał wreszcie natchnienia i zaczął przychodzić do pomocy. Można było ruszyć stary wychodek z miejsca, znaleźć mu nowe, rozebrać go też z daszka, aby wyremontować go, uszczelnić i pomalować. Trwa rżnięcie drewna na zimę i układanie w drewutni oraz naprawa ogrodzenia.

18 lipca 2019

Sezon ogórkowy

Były trudne chwile przez upały i suszę, która całkowicie wypaliła pastwisko. Kozy, wściekłe z niezaspokojonego apetytu dawały się we znaki, znikając w buszu, i wymuszając wielogodzinne spacery z nimi, w celu kontroli, aby gdzieś w szkodę nie weszły. Bo przecież zboża i uprawy na polach jeszcze.
Od czasu jednak, gdy zaczęło wreszcie padać, zrazu słabowicie, ale ostatnio całkiem porządnie, ziemia dostała odpowiednią ilość pomocy z nieba i trawa w zagrodzie zaczyna powolutku odrastać. Na tyle, że kozy spędzają tam kilka godzin dziennie bez ucieczek. Niemniej na spacer też trzeba się od czasu do czasu wybrać, aby pragnienie zielonego zaspokoić.

Były już zbiory porzeczek. Mimo suchej wiosny jakoś okazało się, że nawet w sumie obrodziły kapkę lepiej, niż w zeszłym roku. Jednak czarnych było mniej, za to rezultat podbiły porzeczki czerwone, i przede wszystkim białe. Które uginały się do ziemi pod ciężarem owoców. Rosną w ogródku przy domu, gdzie mają cień w razie upału i są systematycznie podlewane.
Zrobiłam trochę galaretki porzeczkowej, soków i reszta poszła na wino. Kilka gąsiorków pyrka pracowicie. Czyli zapasy witaminek zostały uzupełnione.

W ogródku zielenina rośnie bujnie, dynie kwitną i rozrastają się wszerz i wzdłuż. Zioła również. Bób już został zjedzony, zaczęła się fasolka jako przystawka. Jarmuż i sałata w zamian za szpinak. Pomidory spowolniły dojrzewanie z racji chłodów i zachmurzenia. Za to dojrzewają systematycznie ogórki i mamy ich do woli. Sezon ogórkowy rozpoczęty zatem.

Poza tym były nowe lęgi. Kolejna partia indycząt poszła na swoje. Gąsięta mają się dobrze i zaczynają obrastać w pierwsze piórka. Kurczaki dawno samodzielne.