18 lipca 2018

Zdunienie

Zdun zduni cierpliwie od 7 rano do 7 wieczorem. Z kilkoma przerwami na kawę i papierosa oraz obiad. Anna miesza z nim glinę, kopie piasek, nosi cegły i kafle. Sporo materiału trzeba było dokupić, cegły i kafle na okap. Hydraulik zamontował cegiełkę i zabrał się za uzupełnianie kaloryferów c.o. Teraz będzie więcej w sieni i w ostatnim pokoju, gdzie okazało się być najzimniej z powodu sporych szczelin między belkami, zatkanych byle jak przez majstrów i nasze niezdarne wysiłki, kędy wieje w czas mrozów. Zmienił się rozkład rur w kuchni, mniej rzucają się w oczy. Piec kuchenny dostał dużą ilość tego, czego nie miał w pierwszej wersji. I liczymy, że będzie grzał lepiej i szybciej, niż poprzedni. Ma mieć także szyber letni i zimowy, aby niepotrzebnie nie podgrzewać mieszkania latem.
Zatem pracujemy jak mróweczki od świtu do nocy. W międzyczasie przetwarzam pierwsze dary natury. Powstało ponad 30 słoiczków dżemów i galaretki porzeczkowej, z czarnych, czerwonych i białych, balon wina, kilka słojów cukinii na słodko-kwaśno i trzy słoiczki jagód pasteryzowanych z cukrem (na lekarstwo). Wino z kwiatów bzu i akacji zostało zlane z osadu i czeka na butelkowanie. Sypią się już pierwsze dojrzałe jabłka. Przymierzam się do soków, ale na razie głównie kozy korzystają z sadu.
Pogoda niestraszna, a nawet sprzyja, bo częste opady sprawiają, że kozy przesiadują w oborze przy pełnych żłobach chętniej, niż na mokrym dworze. W ten parny i wilgotny czas trawa rośnie i pastwisko nieźle odbiło i zazieleniło się. W nocy leje iście po azjatycku. I grzmi.

12 lipca 2018

Rozkład lipcowy

I nadeszły dni krytycznej mobilizacji sił. Zapowiedziane mi już na ten miesiąc na początku tego roku przez wróżebny układ kart w rocznej mandali. Odwrócona dziesiątka kijów.


Trzeba powiedzieć, że najcięższe kwestie, wymagające pomocy rozwiązały się same przy pomocy zbiegu okoliczności. Traf chciał, że pojawił się wreszcie Jary, i miał chęć i czas, aby odpracować dług, który zaciągnął rok temu. A także kolega, jak i klient na indyczęta, który w zamian za zniżkę pomógł chłopakom przenieść nowy piec c.o. do mieszkania. Podobnie było z wyniesieniem starego, udało się bez problemu. Jary przez dwa dni wraz z Anną rozebrali kuchnię, okap i ściankę grzewczą, wynosząc na dwór i starannie segregując materiał. Cegła, szamotówka, kafle takie, śmakie, glina, lepsza, gorsza, kamienie wypełniające, gruz i popiół. Trzeba to było zgrać z wizytą hydraulika, który musiał odłączyć cegiełkę i wylać wodę z bojlera i instalacji. Potem należało większość materiału umyć i oskrobać z gliny, co udało się przy pomocy karczera w jeden dzień. Znów zjawił się hydraulik i podłączył nowy piec do instalacji i komina. Oczekujemy teraz zduna.
Mieszkanie jest w chaosie, gotuję i warzę ser na kuchni w chatce dziadka. Wymaga to dźwigania ciężkich naczyń w tę i z powrotem, ponieważ w chatce nie ma dopływu wody i zmywanie odbywa się w domu. Wieczorem, po tych "zwykłych" czynnościach, do których dochodzi wypas kóz poza pastwiskiem, jestem tak zmęczona, że po godzinie odpoczynku przy jakimś filmie oglądanym na komputerze, zasypiam głęboko do samego ranka.
Aby, jak dziś, obudzić się w deszczu walącym o dach i zerwać się mimo wszystko wcześnie, bo mleko dla sezonowych klientów musi być na określony czas. I nie ma to tamto. Nawet, gdy kozy muszą pozostawać w oborze i dają nam pewien czas na oddech od codziennych obowiązków.

7 lipca 2018

Pod-zbiory

Pierwsze zbiory ogródkowe.W tym roku krzewy porzeczek dały po raz pierwszy pewną ilość. Na razie pięć kilogramów czarnych i kilogram czerwonych. Czekają na zerwanie białe. Niektóre krzaczki były tak obsypane, że ich gałęzie uginały się do ziemi. Były jednak i takie, które nic nie dały, bo wciąż są marnej wielkości. To czwarty sezon od zasadzenia.
Cieszmy się! Wyszło około dwudziestu słoiczków galaretki przecieranej na surowo (ogromny zastrzyk witamin na zimę) i duży balon wina.

Poza tym remont w toku. Głęboki do trzewi. Oprócz wykańczania pokoju wymieniamy piece. Nie dlatego, że jakoś przestały działać, ale teraz wiemy, czego chcemy i jak ma być. Czyli mobilizacja resztek sił w środku sezonu. Tymczasem Jana i Piotra i Pawła wg wschodniego kalendarza przed nami. Wraz z imieninami świętych na wiosce (co wpływa na brak rąk do pracy) zaćmienie słońca 13 w piątek, potem folki czeremszańskie i kolejny zawrót głowy, po czym znów zaćmienie, tym razem księżyca (widoczne nad Polską).
Ukułam przy okazji swoją nową mantrę.
Brak nadziei gwarancją pełni szczęścia.

5 lipca 2018

Zapaście

W życiu bywa różnie. Po upałach przyszły deszcze, i to nawet intensywne. Z nimi ochłodzenie. Dzisiaj znów idzie na upał. Podobnie w psychice. Niby wciąż te same okoliczności, a odnoszę wrażenie, że wszystko się zmienia.
Remont w toku. Nawet głębszy, niż było zamierzone. Rzeczy posuwają się do przodu, ale zrywami. Pomiędzy nimi zapaście.
Takie, że nie zdziwię się, kiedy zniknę.

21 czerwca 2018

Praca i zabawa

Sianokosów tura druga, kiedy to piszę, trwa jeszcze w sprzyjającym upale. Nieco okulawiona, niczym słynny prezes, odpoczywam właśnie swoje kolanko przy komputerze. Anna walczy znowu sama na łące. Siano zjeżdża powoli z łąki, każdy transport naszym starym sianowozem, czyli Santa Clausem, trzeba gdzieś upakować, a miejsce już się kończy. Trzeba układać ściśle, z głową, upychając rękami i nogami. Skóra pokłuta ostrymi suchymi trawami, nos pełen pyłku, ciało lepi się od potu już z samego rana, Jednocześnie trzeba pamiętać o karmieniu drobiu, kurcząt i piskląt, nakarmieniu kotów i psów, wydojeniu kóz, przetworzeniu mleka, nakarmieniu pomocnika, przyniesieniu drewna, rozpaleniu ognia pod kuchnią, by zagrzać wodę na mycie itp.
Taki czas. Zaczyna się dla mnie o 6 rano (Anna wstaje godzinę wcześniej), kończy - jak wczoraj o 21. Ledwie jest czas przysiąść na chwilę, wypić herbatę, zaglądając do internetu, aby zregenerować siły do kolejnej batalii. W necie zaś wszyscy - jak się zdaje - na luzie. Przejmują się jakimiś głupotami, meczami (coś takiego ponoć było, jak donoszą znajomi z fejsa), polityką zagraniczną, suszą pustoszącą zbiory w kraju (oj, idzie pewnikiem podwyżka)... można się oderwać od przyziemnych fizyczności, roześmiać się nawet. Wieczorem ma być ponoć burza. Kolejna zabawa.

8 czerwca 2018

Sianokosów czas

Po kilku mokrych i zachmurzonych dniach po skoszeniu siana, które cierpliwie przeczekać trzeba było, przyszła murowana pogoda. Suchutkie siano zostało skostkowane i zwiezione wczoraj i dzisiaj do gospodarstwa. Umówieni chłopacy oczywiście nie byliby sobą, żeby numeru nie wywinąć. Andriusza z samego rana kielicha wychylił z Iwankiem pod chatą i przy sianie zaczął się słaniać i bełkotać. Trzeba było go przekonać, że do roboty się nie nadaje i odwieźć z łąki do domku, z nagrodą pocieszenia za fatygę, butelką piwa rzecz jasna. Na szczęście zjawił się za niego Kościk, w miarę trzeźwy. Któremu sen przedziwny trzy razy z rzędu się przyśnił i dalejże mnie molestować, co on znaczy. Hurysy niebiańskie widział i rozmarzył się, jak całkiem nie on, że dobrze by mu było do takich się przytulić i szczerej miłości zaznawać. Tylko, gdzie je znaleźć? I jak? Nie przeszkodziło mu owo rozmarzenie jednak podrzucić i ułożyć na poddaszu obory kilka transportów kostek siana, które Ania pracowicie wykonywała stareńkim, naprawionym już Santa Klausem z przyczepką. Zainkasowawszy wczoraj wieczorem zapłatę, oczywiście dzisiaj nawet nie zajrzał. Zresztą okazało się, że nie ma po co.
Anna z samego bladego i chłodnego świtu wyruszyła na łąkę i zwiozła na podwórze dwa ostatnie transporty. Wrzuciłyśmy je same na drugie poddasze, ja podawałam ręcznie kostki (ciuki, albo po tutejszemu tiuki) na balkonik i całkiem nieźle mi poszło. W podsumowaniu były to najtańsze sianokosy, jakie dotąd przyszło nam wykonać, nie licząc pieniędzy, a brak zwykłego potu i łez. Uff.
Spiekota tymczasem prędko wzrasta. Pastwisko wygląda coraz gorzej. Kozy "na szczęście" pasą się tylko z rana i po południu raptem kilka godzin w ciągu dnia. W czasie, gdy ślepaki i gzy są najmniej napastliwe. Resztę czasu, tak od 11 do 15/16 przesiadują głęboko ukryte w oborze.

6 czerwca 2018

Tak, jak miało być



Dwa dni temu odeszła. Zostawiła swoje ziemskie ubranko. Pod koniec 13 roku życia. Zwolniłyśmy ją ze służby. Ku nowym doświadczeniom. Była z nami dokładnie tyle czasu, ile mieszkamy na Podlasiu.

1 czerwca 2018

Żywe poranki

Skwarne upały i wszelka upierdliwość muchowatych i krwiopijczych stworzeń powietrznych (jak przystało w znaku żywiołu Powietrza, Bliźniętach) zmusiła nas do wstawania kapkę wcześniej, niż 7 rano, by zdążyć wydoić kozy przed ich aktywnością. W praktyce wstaję o 6, co dla mojej natury zawodowego spacza (bo czymże nazwać śnienie i wyciągane z niego urzeczywistniające się w postać książki czy zapisów blogowych treści?) jest dość ekstremalnym doznaniem. Na szczęście już się nieco przyzwyczaiłam, a poza tym mój strach przez latającymi wokół głowy ślepakami jest większy, niż potrzeba snu rano.

Idzie na sianokosy, już się w praktyce dzieją. Zapowiedzi deszczu wciąż się zmieniają. Na razie jednak pogoda trzyma.
Wykluły się pisklęta kurze, w liczbie sześciu, pod kwoką, która uparta nie dała się otrzeźwić z "koktania" i dostała kilka jajek na odczepnego. Wygląda na to, że do ich zrodzenia się przyłożył swoją mini-miarkę Kochaś, czyli kogut z rasy miniaturowych kochinów. I będzie więcej cudaków na podwórku, niż dotąd. Trudno. Las pochłonął już nam dużą część kurzego stada, i pewnie jeszcze to zrobi do końca sezonu, więc nie narzekam na zwiększoną ilość ptaków. Przynajmniej niektóre z nich przeżyją i zwiększą żywe zasoby gospodarstwa do przyszłego roku.
Klują się następne indyczęta. Poprzednie sprzedały się na pniu.

Poza tym Kola czuje się gorzej i w pogodzonym spokojnym smutku przygotowujemy się na jej odejście.

25 maja 2018

Pierwsze lęgi

Zaczęły się lęgi. W dwóch gniazdach narodziło się 25 pisklątek. W różnych odcieniach, od czarnego, przez czerwony do lawendowego i białego. Na razie na dzień lądują w pudle pod lampą, gdzie jedzą i piją i zyskują siły. Matki siedzą jeszcze na niewyklutych jajach.

Zainteresowanie indykami w rejonie zwiększyło się w tym roku, z powodu wybicia przez unię chrumkających mieszkańców chlewni i przydomowych chlewików. W zamian drobni rolnicy chcący coś robić i jeść własnego, przerzucają się na indyki. Nie tylko te hodowlane, białe brojlery-tłuściochy, które sporo kosztują w wylęgarni, są na nie wiosną zapisy, a potem nie ma się gwarancji, że dożyją swego przeznaczenia na jesień, bo wrażliwe na wszystko są. Oraz dostosowane do pasz wysokobiałkowych (czyt. GMO!), które także są drogie. I ktoś, kto ich nigdy nie hodował może się przejechać finansowo, gdy mu stado, czy pół stada padnie, nawet na serce z otłuszczenia.
Toteż właśnie małorolni, ci od jednej-dwóch świnek do tej pory, rozglądają się za zwykłymi kolorowymi indykami, które owszem, mniejsze są, ale za to smaczniejsze, poza tym mniej jedzą, wystarcza im zwykła karma i nieco zielonej łączki, gdzie mogą polować na owady i dożywiać się same pełnowartościowym białkiem, rzadko chorują, można je łatwo rozmnażać i zawsze w gospodarstwie się przydają. Jako inkubatory i troskliwe nianie-kwoki dla innych ptaków, kur, gęsi, kaczek, choćby. A nadmiar jaj też jest mile widziany, bo są większe, niż kurze, pożywne i nader smaczne.

23 maja 2018

Musza pogoda

Pogoda szczęściem przestała być sucha i nadal jeszcze podlewa deszczem nasze rzadkie pastwisko i ogródek permakulturowy, przez co nadzieja wstąpiła w nasze serca, że nie będzie bardzo źle.
Trawa rośnie i pozieleniała tam, gdzie zaczynała już żółknąć. Kozy pasą się z chęcią.
Zakończyłyśmy tworzenie nowych wałów i wałków (a raczej wzgórków) pod dynię na całej połaci ogrodu. Do tej pory uruchomiona była tylko połowa. Po prostu z roku na rok przybywa tam naturalnego nawozu od kóz i drobiu oraz kompostu, starej słomy, siana, albo i świeżo skoszonej trawy, jak się ostatnio trafiło. Znajomy rolnik wziął się nagle do koszenia swego podwórka, nie konsultując się z pogodynką. Lunęło jeszcze tego samego dnia. Dał sygnał, Anna zebrała dwie przyczepki świetnej żyznej paszy, ale niewiele kozy skorzystały. Lunęło ponownie. Całość wiosennego zbioru wylądowała więc w ogródku jako cenny nawóz użyźniający pod porzeczki, i insze roślinki.
Zatem właśnie kończąc zapasy dyniowe zeszłoroczne (wczoraj były kruche placuszki z dyni i mąk bezglutenowych na obiad) zakończyłyśmy także siew tejże smacznej bani różnych rodzajów. Tudzież cukinii. Wyszło na zakładkę.
Przy domu zaś, pod włókniną, zabezpieczającą grządki przed kurzymi zakusami, pięknie urosła już rzodkiew, którą raczymy się codziennie w postaci tartej sałatki do wszystkiego oraz skubię pierwsze liście szpinaku.
W kąciku ziołowym góruje lubczyk, wzrasta żywokost, szałwia i mięta.

Zaczął się własnie znak Bliźniąt i od razu to widać w przyrodzie. Przede wszystkim w postaci większej upierdliwości owadów, much i gzów ze ślepakami, które się pokazały jak na zawołanie.

15 maja 2018

Trochę kolorów

Czasem, z rzadka aparat trafia do rąk. I coś rejestruje. Chwile.


Chodnik własnoręcznie tkany na tle...


Jeden z dwóch ocalałych od zeszłego roku, z pazurów drapieżnego lasu czupurów. Kogut czubatki polskiej bez grzebienia, zwykłe kury czegoś takiego nie potrafią zaakceptować. Próbujemy je sprzedać, lub zamienić jednego na kurkę. Stoi (by zapiać) na szczycie góry centralnej.

14 maja 2018

Sucho i mokro

Gonimy czas, hehe.
Kwitnie robinia, pospolicie zwana akacją, miesiąc wcześniej, niż zwykle. Do rozkwitu szykuje się też lipa. Pożytki pszczele skończą się zatem wcześniej, niż zwykle.
Wreszcie dzisiaj dopiero dotarł do nas deszcz. Wciąż tylko słyszało się, tam oberwanie chmury, tam zatopiło miasta, tam grzmiało, tam lało, całkiem nawet blisko, a u nas najwyżej chłodniejszy wiatr zawiał i kilka ostatnich kropel resztki chmury przyniosły. Na pustyni i deszcz nie pada. Tymczasem mikra trawa w sadzie, ogryziona na początek wypasania przez kozy, zaczęła już miejscami przysychać. W maju! A co będzie w lecie?
Przypominają się słowa starego Mikołaja. "Suchy maj, nieurodzaj".
Anna posiała ogródek przy domu, nasionami dyni i cukinii, oraz fasolki. Szpinak i rzodkiewka wzeszły. Krzewy porzeczkowe zawiązały nawet sporo owoców. Te przy domu da się podlać, ale w ogródku permakulturowym już nie, za daleko. Podobnie jabłonie, owszem, kwitły w piękną pogodę, jest dużo zawiązków, ale czy przetrwają suszę? Ot, zmartwienia rolnika.

Mimo dotąd zgoła upalnej pogody obrodziły też w tym roku meszki, a i komarów jakby więcej się pojawia. Nie są to ilości, które pamiętam z pierwszych majów na tej wiosce, gdy porą o zmierzchu nie dało się wyjść na dwór, bo do nosa i oczu się rzucały, jak na Syberii nieomal. Ale bywa męcząco akurat przy porannym i wieczornym dojeniu. Kozy też tego nie lubią. Schodzą z pastwiska wcześniej, beczą, wierzgają nogami, zrywają się nagle i biegną jak szalone przed siebie, lub kładą się na brzuchu, aby najczulsze miejsca osłonić przed ukąszeniami. Gdy wracają do obory za nimi ciągnie chmura mikroskopijnych owadów, których ukąszenie boli wielokrotnie bardziej, niż komara. Z roku na rok ich ilość wzrasta.

Poza tym kolejne indyczki zasiadły, w tym na jajach gęsich. Kurczęta z wylęgarni mają się dobrze. Kury się niosą. Jutro pierwsze lody.