22 lipca 2015

Z wolna

Z wolna zaczyna się ruja. Wraz z niedawnym nowiem. I kozłem, który doszedł do stada.

20 lipca 2015

Stan klęski żywiołowej

Zacząć muszę ten wpis górnolotnie i dalekosiężnie. A także filozoficznie, było nie było. Sami się za chwilę przekonacie, dlaczego.
Od jakiegoś czasu sięgnęłam z powrotem do tłumaczenia czekających na mnie cierpliwie pism Nostradamusa. Powrót po przerwie odświeżył stare lęki. Trudno się nie bać, czytając niektóre opisy i wiedząc, że dotyczą tego, co zapewne zobaczymy sami na własne oczy jeszcze w tym życiu, albo nasze dzieci czy wnuki. Nie różnią się one zbytnio od zwykłych prognoz robionych ostatnio przez specjalistów od ekonomii, socjologii, technologii, tudzież wojskowych czy politycznych strategów. Wiele z tych opisów już jest ożywionych i rozwijanych w praktyce i w Internecie przez miłośników teorii spiskowych, pisarzy i filmowców, ekologów czy preppersów itp. Wiadome to jest każdemu myślącemu trzeźwo i logicznie człowiekowi. Że obecny stan rzeczy nie może utrzymać się długo, z takich, czy innych względów. A w zamian nic dobrego nas nie czeka. Jeśli zabrać naszemu obecnemu społeczeństwu kilka podstawowych rzeczy, na których osiadło, tuczy się i rozkwita od stu lat, np. prąd, gaz, ropę naftową, środki czystości, wodę i jedzenie z pewnością oszalałoby bardzo prędko. I właśnie takie szaleństwa, ogarniające ten nasz zbytkowny świat opisuje Nostradamus. Nie okiem współczesnego prognostyka, a podglądacza tych wydarzeń żyjącego pół tysiąca lat wcześniej! To świat wstrząsany od rewolucji, zamieszek i konfliktów wewnętrznych, przeniknięty przez „nowego rodzaju wroga”, tj. Arabów i innowierczych uchodźców z trzeciego świata, okrutnych zamachów dokonywanych przez ludzkie roboty, świat oszalały od dżumy, gorączek krwotocznych, które rozłażą się mimo kwarantann i zamkniętych obszarów i sięgają coraz dalej i wyżej w głąb Europy, zdziesiątkowany zarazą kładącą pokotem zwierzęta czteronożne, bydło małe, duże i konie, a potem ludzi, pełen bandytów, złodziei i snujących się po świecie żołdaków z rozpuszczonych luzem wojsk, uderzany bezlitośnie pociskami wojennymi i w ich wyniku rozpętanymi katastrofami klimatycznymi, śmiercionośnymi upałami, całkowitym wyjałowieniem ziemi (na obszarach, gdzie uprawia się teraz rośliny GMO) żywiącej już tylko panoszące się robactwo, rozległymi pożarami, huraganami, trzęsieniami ziemi, wybuchami wulkanów, niesamowitymi burzami i wyładowaniami, wylewami rzek i ogromnymi falami morskimi wdzierającymi się w głąb wybrzeży. Oraz skażeniem radioaktywnym. Wszystko to ma się wydarzyć w obecnym stuleciu i zaprawdę, powiadam wam, cieszmy się ostatnimi chwilami szczęścia i spokoju... Bo nigdy już nie wrócą. Przynajmniej w formie, którą znamy.
O ile człowiek urodzony w 1895 roku, gdyby dane mu było spotkać się ze swoim przodkiem z 1815, nie byłby specjalnie niczym zdziwiony, bo niewiele w sposobie życia codziennego wtedy zdążyło się zmienić, a nawet człowiek z 1995 roku dogadałby się jeszcze z tym z 1915 całkiem do rzeczy, to człowiek z 2095 będzie już zupełnie kimś innym, niż my teraz. Jakby stojącym po drugiej stronie bezdennej przepaści.
No, dobrze, powiecie, po co to opowiadam, po co straszę?
Ten blog jest od spraw gospodarskich, obyczajowych, budowlanych, a nie od straszenia. Tymczasem nie mogę się z tym zgodzić. Powstał on z chęci zapisywania doświadczeń osoby, która zdecydowała się sama zmienić swoje wygodne miejskie bytowanie na wiejski prymityw, żyć w prosty i w miarę bezpieczny sposób, by właśnie owe lęki i przeczucia zbiorowe, które nie tylko ja miewam od dziecka, jakoś zrównoważyć i przerobić w aktywnym działaniu. Nieważne, czy sensownie, czy może nie. Los tym rządzi.
A teraz najnowsze wypadki poniekąd wpisały się w koloryt tych moich uruchomionych świeżo lęków i wyobrażeń. I muszę zdać z nich relację opierając się na owych przyszłych wydarzeniach, które mają się do tych wczorajszych i przedwczorajszych może nijak, choć jednak cokolwiek jakoś tak, chyba…

"Uwaga Podlasie, nadciąga czarny szkwał!" Takie ostrzeżenie, wysłane na fejsie przez znajomego meteorologa amatora dotarło do nas już po ptokach. Czyli po południu wczorajszego dnia. A dziwny burzowy żywioł rozszalał się przedwczoraj mniej więcej koło 18 godziny. Szczęściem zdążyłam zamknąć właśnie wszelkie ptactwo. I kozy już zeszły z pastwiska. Towarzyszyła temu niezmierna i nienaturalna duchota, w której nagle ożywiły się zwykłe muchy. Nagle pojawiły się całymi chmarami, rojąc się z lasu. Poprzednia generacja została przez nas bardzo skutecznie zmniejszona w oborze i kurniku dzięki chemicznemu środkowi, smarowanemu na framugach okien i drzwi. Teraz obsiadły mnie jak nigdy dotąd namolnie w wielkich ilościach, pchając mi się do twarzy i uszu niczym zwariowane. Chwilę potem silny wiatr przywiał wielkie chmury. Zrobiło się prawie ciemno. No, i oczywiście momentalnie zabrakło wody w kranie i zgasło światło.  
Drzewa tańczyły wokół, las kłaniał się i powstawał, a wiatr nosił liście i gałązki w dół i w górę, wśród błysków i w sumie niegroźnych grzmotów i pomruków niebieskich. Trwało to kilka godzin. Spędzonych przy ostatniej znalezionej w domu świeczce. Po kilku godzinach wodę włączono. Światła nie.
Kozy trzeba było wydoić już po burzy, o zmierzchu, bo nauczona doświadczeniem odłożyłam tę czynność w czasie. Mleko dojone w czas wzbierającej duchoty i błyskawic, warzy się i nie nadaje się nawet na twaróg. Zmienia smak w niemiły sposób. Podobnie działa także bliskie uderzenie pioruna na świeże mleko nawet zamknięte w zbiorniku. Ale tym razem piorunów nie było.
Rano wciąż trwał brak prądu. Trudno. Nasza chata jest całkowicie dostosowana do takiego wariantu funkcjonowania. Gorzej byłoby z wodą. W razie dłuższego jej braku trzeba by było pójść po prośbie do sąsiadów, zasobnych w studnie. Wodę na kawę ugotowałam w czajniku na gazie. Gdyby nie było gazu, wystarczyłoby skoczyć do lasu, nazbierać koszyk szyszek i napalić pod płytą. Niemniej pojawił się pewien niepokój o stan zamrożonego mięsiwa w zamrażarce. Wolałam nie otwierać i nie sprawdzać jego stanu, aby nie wypuścić na zewnątrz ducha mrozu. O dziesiątej rano miało minąć gwarantowane w instrukcji 16 godzin, gdy lód się ma trzymać. 
Jak niepokój, to najlepiej spytać się wyroczni. Rzuciłam monetami, pytając o to, co z prądem. 
- Wieczorem dopiero będzie? - zdumiałam się.
Trudno. Tak miało być. Przestałam się martwić. Zapasy w zamrażarce nie są zbyt pokaźne, jak to latem. Indora się najwyżej rozmrozi i upiecze jutro czy pojutrze. Resztę też jakoś przetworzy i znowu zamrozi. Nie problem. (Gdyby nie było prądu i piekarnika można przecież napalić w piecu chlebowym). 
Telefon 911 w elektrowni powiadomił nas kobiecym głosem, że nasza wioska jest na liście awarii nie sprawdzałam jak długiej, bo do końca wysłuchiwania szeregu miejscowości w siemiatyckiem, bielskiem i hajnowskiem nie dotrwałam i włączenia prądu należy się spodziewać za cztery godziny. To mi jednak uświadomiło rozmiar klęski żywiołowej, która padła wczoraj na łącza elektryczne w całym regionie.
Rano, mimo poburzowego cienia i lekkiego ochłodzenia wciąż było parno i muchy nie odpuszczały nawet przed siódmą. Było ich całe mnóstwo, wyroiły się i zasiedliły oborę na całość. Teraz nie dziwi mnie opis plag egipskich. Owe legendarne rojące się muchy i żaby musiały towarzyszyć jakimś zjawiskom elektryczno-magnetycznym w atmosferze, które oddziałują na ich psyche (o ile takową mają), czy też instynkt przetrwania.
Prąd włączyli rzeczywiście o 14. Ledwie jednak zasiadłam do komputera i przeczytałam owo spóźnione ostrzeżenie meteorologiczne znów zniknął. Po kilku próbach zamigotania pojawił się o 19. Ale też jeszcze nie na dobre. Tak miało być. I-Cing nie myli się nigdy.

Anna pojechała na całe popołudnie do Hajnówki. Na Jarmarku Żubra wystawiła się ze swoimi rękodziełami. Prażąc się w dusznym słońcu, które dość późno tego dnia, ale skutecznie wyjrzało zza chmur. Wróciła około 18. Gdy poszła przygonić kozy z zarośli zauważyła dziwne zachowanie naszych pszczół. 
- Roją się, albo co. Kurdę, trzeba chyba coś zrobić.
Kozy wróciły do obory, a ona wzięła pszczelarski sprzęt i poszła je obejrzeć. Pszczoły wielką gromadą kłębiły się u progu swojego ula. Odymiła je, ale nie znalazła wśród nich królowej. Na wszelki wypadek dołożyła im nową ramkę do ula, gdyby się okazało, że nie mają miejsca. Jedna pszczoła użądliła ją w nogę. Ale dym uspokoił wszystkie. Zaczęły kolejno wchodzić do ula i kłąb zniknął.  
Zaś niedługo potem znów rozpętało się osobliwe zjawisko burzowe. To żaden przypadek, że o podobnej godzinie, bo właśnie pora dnia uruchamiała w horoskopie opozycję Plutona  do Marsa i Merkurego. Ledwie włączony prąd wyłączono, chyba tym razem jednak profilaktycznie. Burza była spektakularna, choć odrobinę inaczej, niż poprzedniego wieczora. Błyskom i grzmotom nie było końca. Spadło sporo deszczu. Poszła cała butelka wina bzowego ze świeżego nastawu. Oraz żarówka w żyrandolu przy próbie włączenia światła, którego nie było już dłuższy czas. 
Po burzy, już po 22 godzinie, czyli po ponad dobie od awarii, prąd wrócił. Zajrzałam do zamrażarki. Włączyło się już czerwone światełko alarmowe (o 14 jeszcze go nie było, choć gwarantowane 16 godzin minęło z zapasem, pewnie to zasługa tego, że trzymamy w niej także stale wkłady do lodówki przewoźnej). Mięsiwa pozostały skamieniałe. Podobnie siara zamarznięta w butelkach, odłożona do mydeł, ani drgnęła. Czyli dobra jest. 
Jednak, gdy Anna pojechała dzisiaj rano do Czeremchy (po drodze mijając trochę połamanych wichurą drzew przy drodze), aby między innymi wysłać list polecony powitała ją stanowcza odmowa pani zza lady.
- Nie mamy prądu od wczoraj. Nie działa sprzęt i komputer. Nie przyjmę przesyłki, bo nie wiadomo ile to potrwa. Nie mam jak wpisać, zważyć ani zarejestrować.
Nie dała się ubłagać. Mój nieboszczyk dziadek,  jeszcze przedwojenny naczelnik poczty, w grobie się przewraca. Stan klęski trwa nadal. No, i nadchodzi codzienna niebezpieczna godzina...

13 lipca 2015

Zbawcze ochłodzenie

Po skwarnym upale, gdy południce w południe bydło z pola przepędzały w cień obory, nagle zrobiło się chłodno, z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Najpierw spadł lekki deszczyk, a teraz od chyba trzech dni miewamy deszcz codziennie, nawet kilka razy, a jeśli nie, jak wczoraj, to w nocy pada. Gadam trochę telefonicznie z rodziną z środkowej Polski i tam tego nie mają. Sucho. Z tego powodu nie tracimy nadziei, że trawa zdoła się odnowić do końca lata. Kozy potrafią się jeszcze pracowicie paść na wyjedzonym do cna i spalonym miejscami pastwisku. Podobnie gęsi. Które w części sadu dla siebie przeznaczonej tak trawę przystrzygły, że nie było wcale potrzeby jej kosić, jak w zeszłym roku.
Tym niemniej nagły chłód sprawił, że tak jakby coś w gardło mi weszło i śladowe bóle zatok czołowych się pojawiły. Zadziałałam ochronnie, skarpetki przywołując na stopy i jakieś kapcie po domu nosząc, bo do tej pory na bosaka wszędzie i zawsze biegałam. Na gardło kieliszeczek bimberku pomógł. Za to Annę sparło mocniej i już w lament uderzyła, że znowu angina będzie. Kazałam jej zaaplikować sobie zwiększoną dawkę witaminy C. I od wczorajszego ataku przeziębienia dzisiaj wygląda na to, że katarem się skończy.
Jest jeszcze jedna zaleta owego ochłodzenia.
Wreszcie mogę się wyspać! Ślepaki sobie odpuściły w taką pogodę. Wstaję po dawnemu, przed ósmą rano obrządek szykując, a wieczorny najdalej o 19.
Zabieramy się powolutku do kończenia tarasu przy domu. Na razie przygotowane pole do działania zostało.

7 lipca 2015

Podlaskie grzanie

Kontynentalny upał, który ogarnął Podlasie nie jest aż tak okropny, jak by się zdawało. Wczoraj mieliśmy ponad 35 stopni w cieniu, co na szczęście zmniejszył wieczorny deszczyk. Noce są także zaskakująco chłodne, temperatura spada 50-70 procent w stosunku do dziennej. Otwarte okno pozwala wtedy wystudzić wnętrze i ochłonąć od żaru. Przynajmniej tak się dzieje u nas na wsi i w naszej zagrodzie. Z trzech stron otoczonej lasami. Trzeba było tylko zreorganizować czynności codzienne.
Czyli przede wszystkim zmienić rytm dojenia i wypasu kóz. Widmo atakujących perszingów czyli bąków, czyli ślepaków jest dla mnie tak straszliwe, że bez szemrania, ani żadnego przysypiania zrywam się codziennie o 5.30. Aby wykonać konieczny poranny obrządek w spokoju chłodnego cienia. Las zachowuje wilgoć i rześkość, która przy okazji skłania mnie do wykonywania w przerwach między kozami (doimy na zmianę) wstępnych ćwiczeń do tai-chi, rozluźniających stawy. Tu muszę dodać, że sztywność kręgosłupa po tak krótkim czasie wygibasów prawie znikła i przestało mnie boleć przy siedzeniu, co mnie cieszy. Na ćwiczeniach cotygodniowych w Warszawie poznałam starsze kobiety, które opowiadały cuda, jak to wyszły z ciężkich stanów zrostowych i zniekształceń kręgosłupa tylko ćwicząc systematycznie tai-chi. Ta chińska sztuka, czy raczej gimnastyka (posiadająca także metafizyczne właściwości, ale to do innych opowieści się nadaje) oparta jest na bardzo łagodnych i naturalnych ruchach rozciągających, nie lubi forsowania, ruch nie musi być z początku perfekcyjny, ot, taki, na ile pozwala ciało, jego rozciągliwość i giętkość. Powtarzany systematycznie jednak uelastycznia wszystkie stawy i sprawia, że osiemdziesięciolatkowie poruszają się jak młode osoby!
Potem natychmiast, czyli przed siódmą kozy maszerują na pastwisko. Wtedy są jeszcze zainteresowane jedzeniem trawy i temperatura jest znośna. Około dziesiątej Anna wyprowadza je z pastwiska na spacer po pobliskim lesie i nieużytkach, tak do południa.
W południe wraca z nimi do zagrody i pakujemy stado do obory. Kryją się chętnie przed uprzykrzonymi muchami. Siedzą tam bez szemrania do 17 godziny. I wtedy wypuszczamy je do sadu, albo idą znowu na przechadzkę między drzewa.
Anna przynosi z niej czasem garść jagód, a na ogół przechadza się z laptopem, na którym zainstalowała sobie program do nauki angielskiego. I odsłuchuje go, dozorując stado.
Najgorętsze godziny spędzamy w domu, przy różnych koniecznych czynnościach. Wszelkie forsowne prace i działania na zewnątrz są ograniczone do minimum. Zdarza mi się nawet odwalić sobie prawdziwą sjestę i odespać budzenie o świcie.
Obywamy się świetnie bez klimatyzacji i wiatraczków, a nawet i chłodzące prysznice bierzemy tylko po jakichś dłuższych i pot rodzących czynnościach na zewnątrz, żeby szybciej się ostudzić.
Wieczorny udój zaczynamy o 20 albo 21, gdy słońce już się schowało za lasem i muchole odleciały. W ten sposób tak się porobiło, że mleka z wieczornego udoju jest teraz tyle, co dawniej z porannego i vice versa.
Radzę sobie z nadmiarem w ten sposób, że połowę przelewam do garnka i wstawiam do lodówki, a rano dolewam do świeżego mleka. Mieszanie wieczornego z porannym jest nawet zalecane przy niektórych serach. Wykształca się bowiem wtedy w odstałym mleku dojrzała śmietanka i zakwas już może być albo zmniejszony, albo słabszy dodany. Czasem nawet wcale.
Nie mamy niestety studni, w której najlepiej chłodzi się mleko, wpuszczając zbiornik zawieszony na łańcuchu na sporą głębokość, gdzie panuje zawsze piwniczny chłód. To sposób praktykowany jeszcze ciągle w małych gospodarstwach, trzymających jedną, dwie krowy.
W mieszkaniu do południa jest znośnie. Niestety, ze względu na wyrób twarogu i gotowanie karmy, tudzież nagrzanie wody w bojlerze muszę palić pod płytą przez co najmniej półtorej godziny dziennie. W sumie kuchnia jest tak oszczędnie zbudowana, że nagrzewa się tylko symbolicznie, ale i tak po południu uwalnia nieco dodatkowego i odczuwalnego ciepła, co sprawia, że temperatura w samej kuchni staje się na jakiś czas porównywalna z tą na dworze. Nigdy jednak nie jest przesadnie, i także dzięki temu, że podłoga jest wyłożona terakotą (na której z lubością wylegują się w taki czas psy) dość szybko wraca do znośnego poziomu. Nadmiar ciepła wędruje na poddasze, skąd wydostaje się oknami na zewnątrz. Dwa okna na dole, zaopatrzone w w moskitierę i dwa na poddaszu są stale otwarte albo uchylone, jest przewiew. Okna od wschodu są w ciągłym cieniu lasu, słońce tędy nigdy nie zagląda, od południa są ocienione dachem tarasu, więc nie ma żadnego problemu przegrzania pokoi południowych. Tu się kryjemy w najgorsze godziny dnia. Najbardziej nagrzewają się okna od zachodu, stale są więc zasłonięte żaluzjami. Na poddaszu jest duszno tylko wtedy, gdy drzwi do niego są zamknięte. Stały przewiew, żaluzje w oknach i fakt, że połowa domu stoi w cieniu wysokich akacjowych drzew od wschodu, a druga polowa jest wystawiona na słońce, już zniżające się dopiero od 16 godziny do najwyżej 18 (słońce kryje się wtedy za zachodnim lasem obrastającym Górę przed zagrodą), sprawia, że daje się tam wytrzymać nawet w wielki upał. Co nie na wszystkich poddaszach, jak wiadomo jest możliwe w taki czas.

Wczesnym wieczorem, po udoju albo czekając na udój przesiadujemy na tarasie. Popijając różne rzeczy. Zimne piwo, drinka z miętą i cytryną, sok jabłkowy rozcieńczony wodą z lodem. Takiego spokoju i relaksu w otoczeniu przyrody życzę każdemu z was!

3 lipca 2015

Festiwal już się kręci

Tegoroczny XX festiwal muzyki folkowej w Czeremsze odbędzie się jak najbardziej. Początkowe niebezpieczeństwo braku odpowiednich funduszy zostało szczęśliwie przezwyciężone. Dom Kultury pracuje już pełną parą, co odczuwam dość często na swojej skórze, bo Anna spieszy na zajęcia, albo pracowicie szyje całymi godzinami, i tylko na moich barkach spoczywa odpowiedzialność za gospodarstwo.

Dla zainteresowanych wklejam link do omówienia programu całej imprezy.

2 lipca 2015

Co dzień

Teraz, kiedy nadchodzą upały, a już je można wyczuć w rozwoju dnia i palącym słońcu w okolicach wczesnego popołudnia, mimo, że temperatura nie sięga jeszcze ekstremalnych wartości, miłe mi się nagle zrobiły wczesne poranki. To prawda, że do zerwania się z łóżka skoro świt zmusiło mnie życie. Wyjazd Anny, samodzielny obrządek, ale przede wszystkim muchy. Które teraz dopiero mają swój czas. Swój festiwal, można powiedzieć!
Wstaję zatem przed szóstą, wykonuję szybciutko konieczne poranne czynności przygotowawcze, łącznie ze zjedzeniem nieśmiertelnej zupki na płatkach ryżowych bądź jaglanych, z niewielką dolewką surowego mleka, soloną i pieprzoną oczywiście (jakie to śniadanko, popite po obrządku jedynie naturalną kawą bez cukru starcza mi spokojnie do obiadu) i ruszam obarczona wiadrami, cedzakiem i garnkiem udojowym do obory. Jest to pora, gdy w obejściu zalega jeszcze długi i chłodny, orzeźwiający świeżością cień lasu, zajmującego u nas północną i wschodnią stronę. Muchy w tym oświetleniu są niemrawe i nie pojawiają się przede wszystkim straszliwe potwory, czyli perszingi, czyli muchole ślepakami zwane, których boję się i silnie nerwowo na nie reaguję, ku uciesze przypadkowej gawiedzi, jeśli się trafi.
Zanim udój się skończy słońce przesuwa się na niebie wyraźnie i cień kurczy się dość szybko, omiatając już stanowisko udojowe, co budzi muchy i zachęca je do jakże upierdliwej aktywności. Z prawdziwą ulgą zmykam z pełnym mleka wiadrem do domu, zostawiając Ani resztę prac przy kozach i drobiu (no, chyba, że jej akurat nie ma). Wprawnymi ruchami przelewam mleko, nastawiam na gazie gar do kąpieli wodnej i drugi z chustami i formami, które wyparzam starannie i systematycznie, zakwaszam mleko odrobiną zsiadłego z poprzedniego dnia. I starannie odliczam kroplomierzem ilość podpuszczki na odpowiednią akurat ilość onego, a codziennie ona inna jest, niestety przy upałach i słabnącym pastwisku już nieco zmniejszająca się, raz większa, raz mniejsza. Zaczym mierzę mleku temperaturę specjalnym termometrem (wiem, są tacy, co uważają, że to niepotrzebne i sprawdzają odpowiedniość palcem, ale z praktyki wiem, że jednak do wytworzenia produktu o mniej więcej stałych parametrach smakowych liczy się różnica 1-2 stopni, czego palcem się nie wychwyci) i zadaję podpuszczkę, energicznie mieszając tajemną ilość razy. Powstrzymuję na koniec mleko, nakrywam i czekam.
Dzieje się serowa alchemia, a tymczasem kozy pasą się już na teraz nowym bogatszym w trawę pastwisku, które do południa pokrywa chłodny cień lasku brzozowego i czeremchowego, a gęsi z szumem skrzydeł wybiegają z radosnym gęganiem z nowego kurnika, skupiają się na chwilę przy wiadrze ze świeżą wodą, moczą zespołowo gardła i z zapałem biegną na trawę. Przy drodze, na kaczym dołku albo w sadzie.
W południe zaś, gdy słońce wznosi się najwyżej i wszędzie panuje jego skwar, a w powietrzu stały dźwięk brzęczących much, muszek i innych bzyków zalega nad naszym światem wielka cisza... Podobnie jak ludzie, inni mieszkańcy wioski także zwierzęta zaszywają się w niewiadomych miejscach, nieruchomieją. Dolewam im jedynie wody w wiadomych im miejscach i wierzę mocno, że wrócą szczęśliwie, gdy świecąca kula przesunie się ku zachodowi i pieczenie zelżeje.

I tak co dzień.

30 czerwca 2015

Letnie sprawy

Przy pomocy Wani powstał wewnętrzny płot z siatki leśnej przegradzający ogród permakulturowy na pół. W jednej części rosną szpalery porzeczek i kilka obsianych wałów, a w drugiej trawsko, jak na nasze warunki całkiem bujne. Wpuszczone tam kozy nieomal oszalały z radości, nurzając się w trawie po pas i po grzbiet. I rwąc ochoczo źdźbła i liście ziół rozmaitych.
Anna, ubrana odpowiednio otworzyła ul. Pszczoły były bardzo spokojne, kilka dmuchnięć odymiacza wystarczyło. Sprawdziła zawartość ramek i dołożyła nowe. Jest trochę miodu. Spróbowała oderwany kawałek plastra. Mnnnniammmm!
Ja zadowoliłam się garścią niewielkich, ale za to słodkich truskawek. I zebrałam kolejny pęk rzodkiewek.

A poza tym królują muchy.

27 czerwca 2015

Rzodkiewkowy wysyp

A jednak nie ma się na suche lato. Deszcze bywają w normie. Zbytnie upały nie doskwierają. Dla mnie jest w sam raz. I dla kóz także, które w nazbyt gorący czas wcale się nie pasą, dręczone przez ślepaki i gzy i mleczność wyraźnie im wtedy spada. Nasze pseudo-pastwisko jeszcze jakimś cudem się trzyma, choć zgryzione do ziemi, nie żółknie. Piszę pseudo-, bo tak naprawdę jest to po prostu nieobsiane pole, na którym w zeszłym roku wyrosła trawa samosiejka w niezbyt wielkiej ilości. W tym roku koniecznie trzeba je przyorać, nawieźć i obsiać trawą. Bo nasze mleczarnie dają mleka na pół gwizdka. Gdy jest czas idziemy z nimi na spacer po nieużytku (ugorem zwanym) i po przydrożnych krzakach, wtedy najadają się liści po pachy i mleka wyraźnie przybywa, o kilka litrów nawet.
Gminne służby przycinały niedawno krzewy i drzewa w przydrożnych rowach. Za ich zgodą wszystkie gałęzie wylądowały w naszej zagrodzie. Ania ze mną, albo z Wanią pracowicie je zwiozła na przyczepce i dała kozom do gryzienia. Zeżarły w dwa dni, korując do gołej gałęzi. Potem takie resztki leżą jakiś czas na słońcu i powietrzu, schną, łamiemy je i rąbiemy siekierą, a co grubsze tniemy na krajzedze i palę nimi przez cały ciepły sezon pod płytą. Za darmo mając codziennie ugotowany obiad, karmę dla zwierząt, uwarzony twaróg i gorącą wodę do zmywania i kąpieli wieczornej. Czasem także grill.

Ale właściwie nie o tym chciałam napisać.
Najważniejsza teraz jest drobna pierwsza radość z ogrodu permakulturowego. Dająca nadzieję na przyszłość. Otóż w porównaniu z ogródeczkiem przydomowym, który w końcu też ma grządki permakulturowo robione od kilku lat, ale jest zacieniony z dwóch stron i rośliny mają w nim chyba zbyt krótką wystawę słoneczną, urodziły się na nim, tym nowym, dopiero co robionym, jeszcze nie skończonym, raptem zaczętym, dorodne duże soczyste, zdrowiutkie... rzodkiewki! o wiele wspanialsze i smaczniejsze, niż koło domu, gdzie było ich niewiele i zaraz zdrewniały.

Zajadamy się zatem codziennie sałatką rzodkiewkową, którą przyrządzam różnie. Na bogato wersja wygląda tak: rzodkiewki utarte na tarce, ogórek słodki utarty, albo pokrojony na drobno, cebulka pokrojona, szczypiorek, nać, albo jak teraz posiekany zielony liść lubczyku, posiekane jajo na twardo od zielonej nóżki. Do smaku sól, pieprz cayenne, łyżka majonezu albo oleju.
Czasem słodkiego ogórka zamieniam na kwaszony, jeśli akurat są małosolne gotowe. Albo nie dodaję jajka, może być szczypta twarożku dla odmiany smaku.

21 czerwca 2015

Sztywny kręgosłup w przesilenie letnie

Nagle wracam do podstaw. Nie wiem na ile ma to związek z letnim przesileniem. Ale chyba jakiś ma. Bo jak zawsze w ten magiczny dzień roku przyroda zrobiła się żywiołowa. Pogrzmiewało, przelotnie padało, w końcu spadła rzęsista ulewa, która przemyła kurz i rozświetliła wraz ze słońcem, które zaraz wyszło na niebo, zieleń lasu. 
Ponieważ codzienne bieganie wyszło mi kolanem, a potem nastała zima, i powrót do sportu zaczęłam odwlekać w nieskończoność, sięgnęłam po sprawdzoną już przez siebie metodę. I sztukę. Sztukę sztuk. Naprawdę stworzoną dla takich stacjonarnych typów jak ja. 
Kilka miesięcy chodziłam na cotygodniowe zajęcia z tego starożytnego kunsztu w Warszawie, co pozwoliło mi nie poddać się potężnej depresji, jaka na mnie wtedy spadła. Stąd znam moc równoważącą tych ćwiczeń i nie muszę przyjmować jej na wiarę. Idą mi na najbliższe dwa lata kwadratury Saturna, już mi sztywnieje kręgosłup. Trzeba coś z tym zrobić. Mam piękne okoliczności przyrody na co dzień, czemu nie korzystać?


19 czerwca 2015

Samojedzenie

Garstka rzodkiewek. Kilka dojrzałych truskawek. Stałe dojście do liści lubczyku, mięty, czarnej porzeczki (do małosolnych ogórków). A dzisiaj cała patelnia świeżego szpinaku, z dodatkiem twarożku i jajka (także produktów z gospodarstwa) na obiad. Na razie tyle ogródkowych i obejściowych sukcesów.

17 czerwca 2015

Koniec sianokosów

Poprzednia zwózka wcale nie była ostatnia. Skoszona została jeszcze jedna łąka, obok poprzedniej, nieco mniejsza, prawie hektarowa. Siano trochę dłużej leżało, bo i pogoda przestała być paląca. Choć jednocześnie wszyscy mówią, że co do deszczu, to go nie będzie na razie. Mimo chłodnych nocy i niezbyt ciepłych dni, owiewanych lekkim wiatrem. Wczoraj Anna razem z wyjątkowo słownym i niepijącym Wanią zgrabiała i wałkowała siano od późnego rana do siedemnastej godziny. Do siana wychodzi się później, gdy już rosa odparuje, więc wypada co najmniej do 10 poczekać, albo i dłużej, gdy dzień pochmurny.
Dzisiaj przyjechała kostkarka i siano zamieniło się w poręczne pakunki. Maszyna trochę się spóźniła, więc zwózka trwała dłużej, ale i tak krócej, niż poprzednia. Z racji mniejszej ilości siana. Wystarczyła pomoc jednego Wani. Skończyli przed obrządkiem i do sutego obiadu oraz wieńczącego robotę nieodzownego piwa zasiedli na altanie.
Przeliczyłam koszty. Koszenie, kostkowanie, pracownicy, paliwo do samochodu podzieliłam przez ilość kostek. Wychodzi jedna za 50 groszy. Jest zatem naprawdę spora oszczędność, kilkakrotna do ceny siana na rynku.
Uff, kulminacja roku za nami. Podobna chyba jedynie w ważności do wiosennych wykotów. Jeszcze teraz dotrwać do festiwalu (który odbędzie się, pani dyrektor udało się uzyskać jednak wsparcie z ministerstwa) i skończyć coroczne krawieckie zamówienie, i będzie z górki, jeśli chodzi o napięcia emocjonalne związane z czasem, pogodą i pracą do wykonania w tym roku. Jest trochę rzeczy do zbudowania lub ukończenia budowy, więc na laurach nikt nie zasiądzie, o, nie. Zniknie jedynie sezonowy "nerw". A ja kocham spokojne, wręcz flegmatyczne podejście do rzeczywistości.

14 czerwca 2015

Sianokosy

Sianokosy udane. Z cudzej 1,6 hektarowej łąki, bo nasza tak zryta, że nie nadaje się do koszenia, tylko zbicia. Tak swoją drogą koniec świata bliski, bo wszyscy na wiosce bobrowej tylko siedzą i patrzą. Prawie nikt nie kosi, nie zbiera. Trudno też o jakąkolwiek usługę. Z roku na rok jest gorzej. Rolnicy przestają dbać o ziemię i gospodarować. Biorą kasę unijną, czasem zasieją unijne żytko, które idzie pod pług i w następnym roku samo odrasta, trawę skoszą, a potem leży niezebrana, bo do niczego niepotrzebna. Krowy i konie wyprzedane, traktory i maszyny rdzewieją na podwórkach, co najwyżej drób biega po obejściu, a i to nie wszędzie. Bo sra i w ogródkach grzebie.
Na naszej wiosce Ania zmobilizowała młodego Miraska i Wanię do pomocy przy zwózce. Drugiego dnia po skoszeniu cały dzień przewracała i wałkowała siano z Mirkiem, który niestety do prędkich pracowników nie należy. Po południu dostała sms-a od naszej dzielnej rowerzystki, że właśnie jest w pobliżu. Tak jej się Podlasie spodobało, że korzystając z urlopu znowu ruszyła w trasę, tym razem przez Janów Podlaski i promem w Wasilkowie przez Bug ku naszym stronom. Tym cudownym sposobem trafił się dodatkowy pomocnik. I miły wieczór potem przy pogaduszkach. Bo rowerzystka jest starą przyjaciółką Ani ze studiów i niejedno mają sobie do opowiadania, gdy się spotkają. Następnego dnia rano niespodziewany gość został za pomoc wynagrodzony podwózką do Orli, do szeptunki rzecz jasna. I zaczął się pracowity dzionek z Miraskiem i Wanią.
O świcie trochę popadało, ale tak krótko, że zaraz woda wsiąkła w suchą glebę i nie było żadnego śladu. Rozważałyśmy jednak opóźnienie sianokosów, gdyby jednak w dzień znów były opady. Dość długo zresztą się chmurzyło. Rzuciłam wróżebne monety. Księga I-Cing jednak jasno powiedziała, że pogoda wytrzyma i zwózka odbędzie się z sukcesem. Anna umocniona w ten sposób w działaniu ściągnęła rolnika z maszyną i kazała mu skostkować całe siano.
Zeszłoroczny przywóz siana traktorem wyniósł tak dużo, i czasu i pieniędzy, że w tym roku postanowiła sama sobie poradzić. Wykorzystując fakt, że rzeczona łąka ma łatwy dojazd i jest wyjątkowo równa. W rezultacie zaoszczędziła, już po odliczeniu kosztów paliwa, 150 złotych.
Z chłopakami ładowała kostki na pakę samochodu oraz na przyczepkę i w ten sposób przywoziła do domu. Tu rozładowywała kostki, a ja wnosiłam je i układałam w nowej paszarni koło kurnika. Za jednym razem mieściło się wszystkiego ok. 30 kostek, więc miałam chwile odpoczynku. Obracała w ten sposób do samej nocy. Gdy paszarnia została napełniona przywiozła Miraska z pola i ten ładował kostki na poddasze obory. W końcu przybył także Wania i razem poszło im dość sprawnie w tej czynności. Chłopcy rozeszli się już po ciemku.
A dzisiaj Anna zerwała się o bladym świcie, kawkę wypiła i pojechała zwozić sama to, co jeszcze zostało na łące. Jakieś 70 kostek. Znowu tak jakoś się chmurzy, nie ma co zwlekać. O, już trochę kropi...