19 czerwca 2019

Zalęgi

Upały nieco zelżały, był jeden dzień wręcz chłodny, dzięki czemu oziębiłam dom, wietrząc w nocy i o poranku. Teraz znów rosną, choć zachowują pewien umiar. Za to całkowity brak deszczu. W ogrodzie permakulturowym posucha. Nasionka dyni, które nawet skiełkowały, uschły. Zatem przez dwa ostatnie dni dosiewałyśmy ubytki, robiąc dołki w starych wałach, nasypując do nich wilgotnego przerobionego kompostu i siejąc nasiona z kilku ostatnich dyń zeszłorocznych, które nam dotrwały do teraz. Jeśli jednak deszcz nas ominie, mimo zapowiedzi na najbliższe dni, rzecz się nie uda.
Za to dynie i ogórki posiane na grządkach w obejściu, gdzie jest możliwość podlewania, rosną bardzo dobrze, więc jest pewne pocieszenie.

A na koniec niespodzianka. Indyczka jednak wysiedziała. Trzeba było im pomóc wyjść z jajek, bowiem inna gatunkowa mama nie daje stuprocentowego komfortu. W tym wypadku odpowiedniej wilgotności, którą zapewnia gęś, często kąpiąca się w wodzie. Indyki jeśli się kąpią, to zawsze w piasku. Trzeba było nawilżyć nieco nadklute jaja, co sprawiło, że gruba błonka pod skorupką łatwiej pękała i pisklę mogło samo ją rozerwać od środka. Gdybyśmy tego nie uczyniły, pewnie nie poradziłyby sobie same. Najpierw pojawiała się mała dziurka, zrobiona maleńkim dzióbkiem od środka i rozlegało się popiskiwanie. Gdy nie powiększała się w dostatecznym tempie do akcji ratunkowej przystępowała Anna, delikatnie odłupując skorupkę wokół. Ostatecznie z siedmiu podłożonych jaj, wyszło na świat sześć mięciutkich kuleczek. Jedno jajo niestety uległo rozbiciu na początku wysiadywania.


Tak, garbonose.

15 czerwca 2019

Dlaczego nie chcę ratować świata

Znów po jednodniowej uldze i niewielkim deszczu, praży. Przeglądając internet wyraźnie widzę, że do ludzi zaczyna docierać fakt ocieplenia klimatu i zagrożeń z tego płynących. Ukazuje się dużo wypowiedzi, mniej lub bardziej depresyjnych i sfrustrowanych. Osób zatroskanych o stan przyrody i zaangażowanych w odkręcanie zniszczeń, jakie czyni ludzka cywilizacja. Ciekawy wpis na ten temat popełniła Krysia Cornuet na swoim blogu, pt. "Uspokajacze sumienia", do którego odsyłam, a także do artykułu w nim zareklamowanego. Warte przemyślenia.

Żyję z uczuciem lęku i bezradności jako jednostka świadomie przynajmniej od 20 lat, a tak naprawdę od dziecka. Kwestia "końca świata" zawsze była mi bliska. Z tym się urodziłam, może po to, aby coś z tym zrobić na ostatek. Apokaliptyczne koszmary trapiły mnie przez całe lata. Chcę pomóc zrozumieć ludziom, że to się naprawdę stanie i to nieodwołalnie. Nie po to, aby popadli w przygnębienie, ale stanęli oko w oko z prawdą, bo tylko prawda rzeczywiście wyzwala.

Powiem tak, moje wieszczenia zawsze się nie podobały, nikt tego nie trawił i nie trawi, jestem z tym samotna, ale żyję tak, aby jak najbardziej opóźnić zmianę, równoważyć nieuchronne zniszczenia i ignorancję społeczną, zmniejszyć ostateczny szok. Trendy uzdrawiające ziemię nieco mnie śmieszą, bo widzę jak młodzi są naiwni i coraz bardziej odrealnieni. Moje pokolenie jest ostatnie z tych, które rozumieją, co się dzieje. Późniejsze wpadną w wir szybko narastających zmian i albo wymrą szybko i nieporadnie (nie łudzę się), albo dostosują się do zmienionych/zmieniających się gwałtownie warunków, z gotowością transmigracji na wschód włącznie. Bo na wschodzie, nawet nie w Polsce, lecz dalej ludzie przetrwają. 
Nie mam z tego powodu depresji, tylko stały smutek w sobie, (choć podszyty radością, bo wiem czemu to służy). Także dlatego, że ciągle innym buczę za nisko, za ponuro, przygnębiająco, ale przecież znam prawdę i jej się trzymam. Żadnych iluzji. Jest jeszcze Bóg, metafizyka, cele, o których niewielu ma pojęcie. Może się ujawnią większej ilości ludzi właśnie pod wpływem szokowych zmian, od których najlepsi złapią wiatr w żagle. 
Zmiany nie będą z dnia na dzień. Jest czas, aby się dostosować do nich, porzucić przyzwyczajenia, lęk przed samodzielnością, okowy mentalne. Te najtrudniejsze do zniesienia są tuż przed nami. Im większa ignorancja i wypieranie, typu "jakoś to będzie", albo "tyle razy już to słyszałem i nic", albo "to się da zaleczyć, poprawić, lepiej zorganizować, uświadomić ludzi itp." tym będzie większy szok i dzikie przerażenie, gdy nagle, z dnia na dzień stabilne filary naszego świata po prostu znikną. 
Późniejsze zmiany obejmą dwa trzy pokolenia, wszystko co najgorsze dopełni się do końca tego stulecia. W sensie takim: najpierw wojny o przestrzeń dla uciekinierów z krajów zbyt gorących, o dominację kulturowo-religijną, o wodę i pokarm, epidemie zwierząt i ludzi, potem zniknięcie granic, enklawy przetrwaniowe i utopijne oraz swobodne przemieszczania się tam, gdzie da się żyć. 
Będą pojawiały się ostre katastrofy pchające szybciej procesy zmian do przodu, np. pustoszące tornada, pożary lasów, deszcz meteorów, jałowienie ziemi, upały, wymieranie gatunków, po 40 latach suszy 40 lat deszczowych, ogromne powodzie i podniesienie się poziomów mórz, większość Europy zalana, trzeba będzie przesunąć się ku północy i na wschód. Tak, porzucić nawet polskie tereny, które w latach 30 i 40 będą jeszcze dość sprawnie funkcjonowały. Przy okazji wszystkie zgromadzone wirusy i bakcyle w tajnych laboratoriach wyjdą na zewnątrz i zrobią co swoje, znikając tym samym. Podobnie z reaktorami atomowymi... Życie przetrwa, obecna cywilizacja nie. 
Jeśli zobaczymy, że matrix to nie tylko system niewolniczy, w którym tkwimy, ale ogólnie cały materialny świat, biologii i natury, kultury, nauki, ot, niedoskonałe i spłaszczone, uwięzione odbicie świata boskiej świadomości, to wspólnie możemy go porzucić bez żalu, i bez powrotu. Ziemia ma w sobie moc, aby się odrodzić i robi to od milionów lat. 
Ci, którzy chcą doskonalić ten niedoskonały świat pewnie będą mieli następną szansę, i pewnie na wyższym poziomie. Aby mogli dojść do tych wniosków sami. W każdym razie procesy, które się zaczynają ujawniać posłużą udoskonaleniu ludzkiego ducha, wykasowaniu wszystkiego, co nim nie jest. Spójrzmy na to w ten sposób, a nie będziemy źli, ani się bać.

Przy okazji zapraszam na inny mój blog "Nostradamus po polsku", gdzie zamieszczam ostatnio artykuły o odczytanych datach w przepowiedniach tego wielkiego jasnowidza, który naprawdę nigdy się nie pomylił.

12 czerwca 2019

Upał w wiejskich opłotkach

Jak znosicie ten wzmożony upał?


U nas na razie odczuwalna 31-32, choć ma być większa, nieco orzeźwiające podmuchy wiatru, piasek wydmy rozgrzany bucha w południe gorącem jak plaża, pastwisko żółknie w oczach. Kozy pasą się jedynie wczesnym rankiem, przedwczoraj o 9, a wczoraj już o 8 wołały do obory. Kąśliwe i krwiopijcze bąki i gzy, podjarane słońcem nie dają im w ciągu dnia spokoju. Nawet na zacienionym zapleczu w zagrodzie. 
Z tego powodu wstaję, o zgrozo, jak Pan Bóg rolnikowi przykazał, o świcie, aby mogły coś skubnąć choćby trochę. W sadzie, albo jak na zdjęciu powyższym, w cienistym lesie opodal.
Po południu dopiero w okolicach 18, gdy powietrze staje się znośniejsze, wyskakują na chwilę na łąkę, pasą się w wielkim pośpiechu, biegiem albo na leżąco/siedząco, pobekując, po czym galopem całe stado wbiega do obory, uciekając przed muszą zarazą. Zadyszane, utrapione upałem. 
Jednym słowem sianko, woda, cień, i mało mleka. Ale już mi nawet o to mleko wcale nie chodzi, bo w taki czas jedynie twaróg, jogurt i kefir się udają. Tylko, aby miały chociaż trochę ulgi. 
Dodam, chemiczne środki odstraszające zostały zastosowane. Nic nie wnoszą, albo tak niewiele, że tego wcale nie widać. Dzisiaj jednak użyty olejek herbaciany w widoczny sposób ulżył tym najbardziej atakowanym. Czyli jest jakiś sposób.
Oby udało się przeżyć ten tydzień. I następny, który też niewiele ma być lżejszy. 
Poza tym zielenina w ogródku krzaczy w oczach, pomidory wznoszą się szybko do góry, papryka ma już owoce, dynie wypuszczają liść za liściem. W mieszkaniu, mimo krótkiego palenia w południe pod płytą, ze względu na robienie twarogu, temperatura jest niższa, niż na zewnątrz, zasługa cienistych drzew wokół, z pewnością. Które także okazują się dobrą przesiewającą światło zasłoną dla roślin ogródkowych. 
Drób chowa się w cieniu w najgorsze godziny. Trzeba dbać o wodę, aby była zawsze w potrzebie. I dokarmiać co rusz najmłodszych. Pisklęta indycze i kurze, pod jenduszką prowadzącą i kwoką, mają się świetnie i zdrowo. Z zapałem polują na muchy. Taka temperatura akurat im w tym wieku bardzo sprzyja.

Ku pamięci zamieszczam zdjęcie jeszcze niedawno bujnie kwitnących akacji (robinii) za domem. Ich zapach był oszałamiający i popołudniu i wieczorami pchał się do pokoju przez drzwi na taras zachwycającą chmurą. Od wczesnego rana huczały w koronach drzew przeróżne owady (och, nie tylko pszczoły żywią się pyłkiem, pełno tam przeróżnego bzyczącego tałatajstwa, pszczółek dzikich, os, osek, trzmieli, szerszeni leśnych, chrząszczyków i muchowatych też). Któregoś dnia zawiał wiatr i w ogródku przydomowym spadł śnieg z płatków akacjowych. Pozostało nam po tym przełomowym czasie winko kwiatowe, które bulgocze w gąsiorze.

9 czerwca 2019

Sienne zbiory

Sianokosy przez trzy pierwsze dni szły jak po grudzie.
Kośba poszła szybko i sprawnie. Pogoda dopisywała. Chciałyśmy zmieścić się w kilku prognozowanych dniach słonecznych, po których miało zacząć solidniej padać. Jednak, gdy siano wyschło i można już je było zbierać, 2 razy padła maszyna do kostkowania na łące. Kilku innych właścicieli kostkarek odmówiło z różnych przyczyn. Akurat pracowali, mieli nieprzygotowane maszyny, albo tłumaczyli, że właśnie jest wielikoje świato prawosławne. Tymczasem czas naglił. Kolejnego dnia Anna, po wysłuchaniu kolejnej odmowy ruszyła sama na łąkę i kilka razy przywiozła na przyczepce i pace samochodu siano luzem. Ale umęczyła się tylko, względem niewielkich efektów. Do tego siano owo zajęło całe pomieszczenie w budynku. W kostkach zmieściłoby się tam wielokrotnie więcej. Na szczęście nagle trafił się katolik ze sprawną i zadbaną maszyną z dalszej wsi. Anna zmobilizowała znajomych, którzy przypominali sobie kto gdzie co ma i w ten sposób dostała odpowiedni namiar.
Przyjechał punktualnie na łąkę, skostkował wały szybko i sprawnie. Po raz pierwszy, odkąd robię sianokosy widziałam tak dobrze ściśnięte i związane kostki. Znalazł się także pomocnik, Andrij, w całkiem dobrej formie, pracujący w niesamowitym tempie i z ogromną wytrwałością, której już u młodych mężczyzn się nie spotyka. Siano zostało zwiezione w kilku obrotach samochodem z przyczepką. Pomagałam ile mogłam, raz spadła większość kostek na zakręcie przy chacie, trzeba było zwieźć taczką. Potem donosiłam kostki Andriuszy, który je widłami wrzucał na stryszek.
To właśnie dlatego, że nie mamy dużej stodoły, a miejsca do gromadzenia zapasów są pod dachem, nie możemy skorzystać z belarki, która weszła w modę wśród rolników od jakiegoś czasu. I stąd kostkarek jest coraz mniej, są w coraz gorszym stanie i psują się łatwo.
Prognozy tego dnia były burzowe, ale jak zazwyczaj okazały się przesadzone. Było gorąco i wiał orzeźwiający wiatr. Dopiero po zmierzchu raz czy dwa zamruczało za horyzontem, i nie spadła ani jedna kropla deszczu. Jedynie nieco zelżała temperatura. Udało się bez problemu umieścić zapasy pod dachem.
Ostatnie reklamy prognostyczne, którymi bombarduje internet, a czasem nawet ostrzeżenia rozsyłane telefonami uczą ludzi paniki i strachu przed przyrodą. To nowy wynalazek, żeby straszyć zbiorowo pod płaszczem ostrzegania. Nie ma nic bardziej denerwującego, gdy co chwila brzęczy któryś z kilku telefonów, dostający SMSa przed burzą. Która wcale nie nadchodzi, albo okazuje się zwykłą przymiarką do czegoś w rodzaju burzy. Bo przecież zapowiadane opady wcale nie nadeszły...

30 maja 2019

Na zdrowie

Ogródki zostały jako tako ogarnięte, nawet obszar permakulturowy odnowiony, skoszony i obsiany dynią, gdy znienacka pojawiła się duża przeszkoda. Ankę Warszawiankę podczas pilnej pracy na naszym nieużytku, gdzie ścięła kilka samosiejek, żeby zrobić drogę przez gąszcz, a przy okazji trochę zielonych gałęzi kozom dać do zjedzenia - zawiało. Zwyczajnie, było gorąco, ona zbyt ciepło ubrana, jak to każdy urodzony wielkoblokowy Warszawiak źle oceniający zmiany zewnętrznej temperatury, zdjęła wierzchnie okrycie, zerwał się chłodny wiosenny wiaterek i "złapała wiatr", mówiąc językiem podlaskich babek. Efekt? Silny ból gardła i głowy, zbyt niska temperatura ciała. Szło z pewnością na coroczną anginę.
Nie przymierzając, znów muszę się pochwalić. Zaaplikowałam jej lekarstwo. To samo, które stosuję od kilku lat na sobie i na niej, z całkowitym powodzeniem, opisanym na tym blogu tu, tu i tu. 12 kropelek, już z rana następnego dnia, widząc, że sprawy szybko idą ku kompletnej rozwałce. I kazałam leżeć w łóżku, biorąc na siebie obrządki.
Pojawiła się lekka gorączka i katar, ale ból gardła nie ustępował. Powtórzyłam zatem dawkę, naprawdę niewielką w stosunku do stosowanych ilości, wieczorem. W nocy przyszła nieco większa gorączka, w dopuszczalnych granicach do 38 stopni, i katar się wzmógł. I rano okazało się, że ból gardła całkiem znikł. Zostawiając jeno chrypkę.
Nie będę przedłużać opisu objawów stopniowego ustępowania choroby, które jeszcze trwają, ale mogę powiedzieć, że po dwóch dniach od zachorowania przypadłość zaczęła się cofać, po trzech Anna mogła mi już pomóc w tym i owym na dworze, a dzisiaj już tylko czasem odrywający kaszel pożegnalny ją męczy.
Zaiste, pełen sukces domowego leczenia.

Pogoda nieco się ochłodziła i znów przyniosła wilgoć i deszcze, przeważnie nocne lub poranne. Kozy zatem mogą iść na pastwisko.
Indyczęta stopniowo trafiają w ręce innych hodowców. Zatem mam chwilowo nieco mniej pracy z opieką nad nimi. W kolejce są jeszcze inne lęgi.

Ogródek przydomowy ostatecznie wygląda z powietrza teraz tak:


A od strony wnętrza takie przynosi rezultaty codzienne. (Szpinak już był, i jest jeszcze, więc się nie chcę powtarzać. Do tego dorodny szczypior).


Co oczywiście zjadamy z wdzięcznością dla matki ziemi w różnych formach sałatkowych, ze szpinakiem, albo z jajem, ogórkiem i majonezem. Ewentualnie tak:


Zalane solanką, z dodatkiem przypraw zwykłych do kiszonek, jeden słój samych rzodkiewek, drugi z liśćmi. Pyszny wiosenny dodatek do śniadania, obiadu, czy jako przekąska.

22 maja 2019

Szpinakożerstwo

Ogródkowych zatrudnień ciąg dalszy trwa. Trzeba było pojechać do sąsiedniej gminy i powiatu, więc na targu kupione zostały stosowne sadzonki. Także włóknina i rurki plastikowe pod kolejne ochronki na grządki, gdzie roślinki już szybko kiełkują i chcą mieć więcej przestrzeni nad sobą.

Następnego dnia trwało sadzenie. Pomidory i papryka w nowym tunelu, wraz z bazylią, którą bardzo lubię i do pomidorów i do serów dodawać.
Na spirali znalazły się inne zioła: majeranek, oregano, kolendra, czarnuszka, melisa, tymianek. Cząber wylądował w donicy na tarasie. Posadzony wcześniej czosnek niedźwiedzi przyjął się, co cieszy.
Anna także urozmaiciła kącik kwiatowy o nowe rodzaje kwiatów.
Zaczęło się także zasiewanie dyń w ogródku permakulturowym. Przejrzałam warunki. Ostatnie deszcze pięknie namoczyły zwały obornika zeszłorocznego i tegorocznego. Można trafić na żyjące tam dżdżownice, nasze polskie, czyli proces naturalnego tworzenia się gleby próchniczej jest w toku. Porzeczki trzymają się i podrosły, mają dużo zawiązków. Także rozwijają się dobrze: posadzony kilka lat temu i nikły do tej pory dereń, wiśnia syberyjska i pigwowce.
W ogródkach przydomowych (a mamy ich dwa, a nawet trzy, na wygospodarowanych przestrzeniach między ogrodzeniem a innymi budynkami gospodarczymi) dynia i cukinia już kiełkują.


Kontynuujemy zbiory nowalijek. Poszła pod żniwa druga grządka szpinaku. I zaczynają się zbiory rzodkiewki, jest zdrowa, duża i bardzo smaczna. Pierwszy słoik rzodkiewki już się kisi. Jest pyszna w tej formie, polecam jako sałatkę!
Na ogołoconych grządkach rośnie już bób, oraz selery, pory, kalarepka i pomidorki koktajlowe.

Szpinak oczywiście idzie albo na patelnię z czosnkiem i odrobiną białego serka oraz jajkiem. Albo przyrządzam ulubioną sałatkę, którą się codziennie ostatnio zajadamy. Oto przepis:

Sałatka ze szpinaku

Szpinak - w ilości dostępnej, u mnie to miska dobrze umytych liści prosto z ogródka, rozdrobnionych w palcach. Posolić je lekko i skropić octem jabłkowym lub innym owocowym na początek. Ocet można zastąpić sokiem z cytryny. U mnie ostatnio robi furorę słabiutki, ale aromatyczny ocet melisowy.
3 ząbki czosnku - zmiażdżyć
Szczypiorek wedle upodobania posiekać
Garść orzechów włoskich - posiekać na drobno
Trochę białego świeżego serka koziego, może być twaróg albo bundz
2-3 rzodkiewki zetrzeć na tarce
Dodać pieprzu czarnego i szczyptę chili
Dodać łyżkę miodu, kapkę oleju słonecznikowego albo świeżego lnianego
Wszystkie składniki wymieszać.
Smacznego!

A poza tym przywitała nas rano niespodzianka. Kolejne zajęcie. Trwają lęgi.


 Pierwsza piętnastka indycząt. Czeka już na wyjazd do klienta.

18 maja 2019

Nowalijki

W okolicy ludzie odprawili korowaj na świętego Jurię i deszcz się pojawił, nawet w obfitości. Zimna zośka przeminęła i robi się teraz ciepło, parno i burzowo w planie. Trawa na pastwisku ruszyła, kozy mają większy apetyt, bo dotąd ledwie coś na łące skubnęły już chciały wracać na siano. Pewnie była mało soczysta i niesmaczna.
My zaś stopniowo organizujemy ogródek. Dziś odbył się pierwszy zbiór nowalijek. Anna zebrała szpinak z grządki pod niewielką folijką, w kolejce czekają rzodkiewki. Szczypior też pięknie się prezentuje i jest w stałym użytku. Wyszła miedniczka liści szpinakowych, łodygi także zjadamy, w postaci szejka, zimny i zielony kozi kefirek, mniam!
W ogóle owe nakrycia włókniną albo folią rozciągniętą na pałąkach to świetny pomysł na taką mokrą porę w warzywniku. Roślinki są bezpieczne od nadmiernego zalania i stłuczenia silnym deszczem, czy nie daj Boże gradem.
Poza tym dawno już funkcjonuje spirala ziołowa przy domu, a na niej dorodny lubczyk, żywokost, szczypior i mięta. W tle permakulturowe grządki obornikowe z wysianą dynią, która - mam nadzieję - obrodzi i zakryje nieciekawy widok swoimi szerokimi liśćmi.


Ponadto przez kilka dni montowałyśmy własnoręcznie zakupioną przez internet konstrukcję pod tunel foliowy z rurek aluminiowych, z przeznaczeniem pod pomidory. Nie było to trudne i spokojnie się wszystko udało. Przypomniały mi się czasy dzieciństwa, gdy z pasją budowałam modele samolotów. Dzisiaj okopałam stelaż dookoła, naciągnęłyśmy folię i zasypałam dolne krawędzie ziemią dla zabezpieczenia przed odfrunięciem.
Rzecz gotowa prezentuje się z przodu tak:


A z boku tak:


Kazałam od razu zrobić zdjęcie, bo w prognozie jest burza na wieczór i konstrukcja dopiero przejdzie test wiatrowy. Być może zdjęcia okażą się jedyną pamiątką po jej istnieniu...

Przejrzałam krzewy i drzewa, czarne i czerwone porzeczki zawiązały się pięknie, mniej jest zawiązków śliwek, ale są. Będzie też, jak Bóg pozwoli, trochę jabłek z dwóch czy trzech jabłoni.
Póki co niedawno nastawione wino z kwiatów mniszka lekarskiego miło dla ucha bulgocze w gąsiorze.

14 maja 2019

Ceramiczne hobby

Zimowe hobby Anny. Ceramiczne kolczyki na sztyftach. 


Powstało tego więcej rodzajów. W różnych kształtach i kolorach.


Do wyboru, do koloru.


Nasza przyjaciółka zajmuje się podobną sztuką w szerszym zakresie. Dlatego przy okazji zareklamuję jej blog VintageEve. Nasze elementy ceramiczne zyskały nową oprawę  stając się unikatowe.

12 maja 2019

Grządki

Deszcz zaczął padać, choć nie jest to nic nadzwyczajnego. Ziemia potrzebuje więcej. Niemniej kurz został zmyty, a trawa nie rudzieje. oszczędzamy wciąż jeszcze pastwisko, w nadziei, że jednak ruszy, bo prognozy są dżdżyste na ten tydzień.  Kozy wędrują po okolicznych łączkach, rowach, nieużytkach, oczywiście pod kontrolą, która musi pędzić za nimi nieraz z całych sił. Młodzież rośnie.


Inne zajęcia w gospodarstwie, to ogródek przydomowy. Permakulturowy, dopóki deszcz go solidnie nie zmoczy musi stać nietknięty. Czeka na obsianie dynią, klasycznie. Przydomowy zaś wymaga zabezpieczeń przed drapieznymi kurami, wiadomo. W tym roku używamy po raz pierwszy sposobu podpatrzonego w internecie. Kilka rurek pcv kupionych w sklepie elektrycznym - pierwotnie służą do kabli, wetkniętych odpowiednio (na pręt stalowy zbrojeniowy lub w wersji ekonomicznej na wycięta gałąź leszczyn) i obciągniętych włókniną. Solidnie przyciśniętą na brzegach, aby uniemożliwić odfrunięcie w razie większego wiatru.


Grządki zostały obsiane, roślinki już kiełkują i rosną. Przez folię prześwituje szpinak i szczypiorek. Gleba na niektórych grządkach pozostaje od dwóch trzech lat ta sama, bez specjalnego wzruszania. Na innych została na nowo zasilona dawką obornika, i dobrze nasączona wodą. Taka grządka jest ciepła, dlatego przymrozki, które miały miejsce w naszym regionie przez dwie noce z rzędu nie zrobiły u nas szkody. Może też przez bliskość domu, zakrzaczeń, ogrodzeń.


Podlewanie nadal z kranu, o czym świadczy wąż. 


8 maja 2019

Zimny maj

U was pewnie padało. U nas nic, bo tych kilku kropel rosy przez 10 minut pewnego poranka nie ma co liczyć, nawet śladu na piasku nie zostawiły. Czyli od ponad miesiąca susza. Dobrze, że się ochłodziło, wiatr ucichł i często chmury zasłaniają słońce. Dzięki temu bliskość lasu utrzymuje dłużej wokół mokrą rosę, która odżywia trawę i roślinność. Niemniej pastwisko wygląda żałośnie i wciąż czeka na zmiłowanie. Trawa wegetuje zaledwie i nie ma stosownej porcji dżdżu, który by napoił korzenie.
Śliwy, dzikie grusze, czeremcha i porzeczki już przekwitły. W sadzie kwitną dwie jabłonie, które to robią co roku, nawet obficie.

Codziennie spędzamy trochę czasu w ogródku przydomowym, organizując grządki. Większość już zasianych. Kilka przykrytych włókniną, a nad kilkoma zbudowałyśmy z wygiętych rurek pcv rusztowanie, nakryte włókniną imitują tunele foliowe. Dzięki temu to, co już kiełkuje i wzrasta, ma przestrzeń do rozwinięcia liści i łodyg. Na razie co prawda to dopiero szczypior, szpinak i powolutku rzodkiewka, ale już pierwsza sałatka z użyciem szczypioru miała miejsce. Jako dodatek do twarożku koziego z olejem lnianym.

Bo już kilkoro dzieciaków zostało odstawionych od matek i co rano doimy kilka kóz. Daje to raptem 4-5 litrów mleka, ale to całkowicie starcza na nasze prywatne potrzeby wiosenne: twaróg, serek podpuszczkowo-twarogowy, jogurt. Niewielkie ilości serwatki idą czasem do szejków owocowych albo warzywnych, które jakiś czas temu wdrożyłyśmy w codzienną dietę. W rezultacie brakuje nam gąb do jedzenia! Bo ile można zmieścić.
Mnie wystarczają dwa posiłki dziennie, z odpowiednią ilością białka (teraz głównie to jaja, albo serki i kwaśne mleko, choć czasem zastępuje je rosół kolagenowy), tłuszczu (masło, olej lniany, oliwa z oliwek albo smalec ze słoniny) i węglowodanów czerpanych z warzyw (czyli dojadam ostatnie dynie w różnej postaci, czasem ziemniak, marchew, rzepka, buraki, ogórki, cebula i czosnek). Ryż, jagły albo kasza gryczana są rzadkością na stole. Dodatkowy szejk ze świeżej zielonej pokrzywy i jabłka na wodzie, albo z zeszłorocznych jagód lub porzeczek na serwatce to już niekiedy przesada dla brzucha. Prawdą jest, że dieta optymalna powoduje stałą sytość, rzadką potrzebę jedzenia i niezawracanie sobie nim głowy w ciągu dnia.

Poza tym na podwórze zjechały wczoraj dwie fury drewna. Po raz pierwszy kupionego. Zwiększa to koszty opałowe, ale do sumy, która i tak dla przeciętnego mieszkańca Polski może wydać się śmiesznie niska, wręcz nieprawdopodobna. I tak oszczędzamy na samodzielnym cięciu, bo to dodatkowy spory koszt, liczący się właściwie w dwójnasób.

Noce są zimne, czasem przepalamy jeszcze w piecu ścianowym wieczorem, choć zazwyczaj starcza ogrzanie ścianki grzewczej od kuchni kaflowej, podczas gotowania obiadu. Na szczęście przymrozki, jak na razie nas omijają.

Ponadto koziarnia została wreszcie oczyszczona z obornika całkowicie, urobek wywieziony do ogrodu permakulturowego, gdzie czeka na solidny deszcz, bo w takim stanie nie nadaje się do zasiewu. Trudno, zaczekamy. Nie ma innego wyjścia.

25 kwietnia 2019

Sucho i kwaśno

Wiosna rozwija u nas dopiero pąki. Suchy wiatr saharyjski wzniecił miejscowe kurze i pyły z polnych dróg i z wydmy, na której mieszkamy. I z której kury pracowicie wydziobały wszelki listeczek, stąd pustynia wcale mi nie obca, nawet w pobliżu białowieskiej puszczy. Piasek zgrzytał w zębach, a jakże, zwłaszcza, że nas na pierwsze prace w obejściu wzięło. Wywózkę obornika, na razie o własnych siłach głównie do ogródka przy domu, sadzanie indyczek na jajach i łatanie ogrodzeń.
Rozkwita śliwa węgierka i czeremcha przy domu. Z wolna budujemy grządki i systematycznie je zasiewamy tym i owym, okrywając je potem włókniną, chroniąca przed drapieżnymi kurami.
Chińska numerologia, do której nieco wróciłam ostatnio, twierdzi, że obecny rok jest rokiem żywiołu ognia. Co nieco się w tym względzie wydarzyło w Europie, jak wiemy z mediów, a nasz rząd radośnie rozgłasza, że właśnie ma powód wycinki starodrzewia i puszcz, w tym znów ostrzy sobie zęby na naszą Puszczę. Trzeba modlić się o deszcz. Niniejszym mobilizuję wszelkie nieliczne już niestety potomstwo dawnych słowiańskich płanetników, ponieważ moc sterowania pogodą przechodzi ponoć genetycznie w rodzinie. Przypomnijcie sobie swoją sztukę tajemną i działajcie w skupieniu! Niech moc będzie z wami.

Wielkanoc dzięki Bogu przeszła spokojnie. Kapkę wcześniej udało nam się przygotować z zapasów zeszłorocznego mięsiwa kiełbasę, jakieś 7 kilogramów. Nie wędzimy jej, ot, zaparzam ją najwyżej i zjadamy w białej postaci.
Przyrządziłam także zakwas na barszcz, jak mi poradziła Czytelniczka niniejszego bloga, z mąki gryczanej, a nie pszennej czy żytniej. Co istotne jest dla bezglutenowców takich, jak ja. Udał się jak najbardziej. Zupa wyszła i smakowała. Więc za dobrą radę serdecznie dziękuję!

Bezglutenowy zakwas do zalewajki

Składniki:
5 łyżek mąki gryczanej
szklanka wody przegotowanej (jeśli ktoś wierzy, że ma w kranie zdrojową wodę, to może być kranowa)
liść laurowy (chroni od pleśni)
2 łyżki wody z ogórków bądź łyżka naturalnie kwaśnego mleka (jak ktoś taki szczęśliwy i bogaty, że takim dysponuje)

Składniki mieszamy najlepiej w glinianym garnuszku, pozostawiając je na kilka dni pod nieścisłym przykryciem w ciepłym miejscu kuchni. Klasycznie stawia się taki garnuszek na ciepłym piecu kuchennym, którego kafle trzymają długo temperaturę.

Po trzech czterech dniach, a gdy ciepło sezonowe wzrośnie to i częściej, mamy odpowiednią ilość do ugotowania zalewajki. Z kilkoma grzybkami suszonymi i ziemniaczkami, z zapieczoną na płycie połówką cebuli i posiekanym drobno ząbkiem czosnku. Z dodatkiem białej kiełbaski domowej roboty i połówki jaja na twardo miałam wreszcie prawdziwie wielkanocny posiłek.

Po zużyciu porcji nie myjemy garnuszka, ale zaprawiamy kolejną dawkę mąki gryczanej z wodą. Co prawda, potrzeba częściej sztucznego zakwaszacza, czyli wody z kiszonki czy mleka kwaśnego, ale na drugi raz wystarczą jeszcze resztki z poprzedniego nastawu.

28 marca 2019

Dieta diet

Dieta dietę dietą pogania. Taki mam wniosek po spędzeniu wielu godzin na poszukiwaniu miarodajnych informacji o wymienionej tematyce. Dietetyk dietetykowi wrogiem. Nauka (a raczej naukowcy) służy koncernom żywieniowym do naganiania sobie klientów, skutecznie otumanionych propagandą internetową i nie tylko. Każda sroczka swój ogonek chwali.
Lekarze recytują jedno. Dietetycy co innego. A dietetyczne sekty jeszcze co innego. Każdy za dowód mając doświadczenia na szczurach i myszach robione. I ponoć na ludziach też, tylko w żadnym artykule propagandowym nie znajdzie się informacji jakim kryteriom poddawane były owe doświadczalne króliki. Jeśli smalec wg wielu powoduje sklerozę, to czy badano to na ludziach, którzy tylko tłuszcze i białko jedli, unikając węglowodanów, czy może wpierdzielali i tłuste i słodko-mączyste (co na logikę biorąc, tak własnie miało miejsce). I z tego klątwa padła na tłuszcz, a nie na słodkie. A poza tym ile czasu poświęcono na taki eksperyment.
Albo, czy badani pod kątem szkodliwości mleka spożywali mleko od krów pasionych na łące, czy z ferm zamkniętych i ras modyfikowanych, pasteryzowane czy niepasteryzowane, albo czy sprawdzano skutki picia mleka krowiego tak samo jak koziego, owczego czy bawolego chociażby? I czy byli to ludzie wychowani na mlecznej diecie z tradycyjnej wioski, cz\y może mieszkańcy Nowego Jorku, którzy krowy często na oczy nie widzieli.
Jakakolwiek próba rzeczowej rozmowy z ludźmi np. na fejsie od razu burzy krew. Każdy ma swoją dietę za jedyną cudowną i najwłaściwszą. Weganie są zdrowi, nie chorują na raka, szczęśliwi, łagodni i dobrzy. Wszystko ponoć, albo do czasu. Wszelkie zaprzeczające informacje ostro cenzurują i bombardują krzykiem zbiorowego oburzenia wobec każdego, kto publicznie przyzna, że mu ta dieta w dłuższym okresie czasu zaszkodziła, i to poważnie. A może zaszkodzić. Nie tylko powodując to, co każdy widzi. Weganina poznasz po beztłuszczowym chudym ciałku, pałających dziwnym blaskiem oczach i ziemistej cerze, skórze podatnej na alergiczne wypryski, oraz wątpliwym pięknie resztek mięśni w skórzanym woreczku obkurczonym na szkielecie jak na wieszaku. Jedzenie nisko tłuszczowe grozi także zmianami w mózgu, przyspieszeniem czy ujawnieniem się takich schorzeń jak stwardnienie rozsiane chociażby. Ale tu już głos oponentów się podnosi, którzy uważają, że paliwem dla mózgu jest glukoza (a zatem cukier i węglowodany), a nie tłuszcz.
Z kolei zwolennicy diety ketogenicznej są podjarani, mocno wysportowani, często umięśnieni i gadają jak najęci. Miast alkoholu podkręcają się kawą kuloodporną, czyli z dodatkiem masła i oleju kokosowego. Przynajmniej na filmikach propagujących tę dietę tak się prezentują, bo w życiu żadnego ketomaniaka nie spotkałam. Z trudem przebija się informacja, że to dieta lecznicza dla osób mających padaczkę i podobne problemy neuronalne. Czyli jednak tłuszcze poprawiają pracę mózgu, a nie osłabiają.
Chorym na Haschimoto i problemy tarczycowe zaleca się dietę niskotłuszczową i najlepiej wegańską, lub zbliżoną. Z podkreśleniem produktów nieprzetworzonych i ekologicznie wyrosłych.

Ja sama eksperymentuję z dietami od kilku lat. I nieco się miotam w odkrywaniu tego, co mi szkodzi, a co sprzyja. Nie dowierzam żadnym twierdzeniom, o ile nie odczuję poprawy. Fakt jest taki, że gdy człowiek przekracza pięćdziesiątkę winien zmienić sposób odżywiania się dość radykalnie. Wtedy wegetarianizm czy nawet weganizm powinien wesprzeć siły żywotne i zdjąć z organizmu ciężar przetwarzania substancji potrzebnych już w o wiele mniejszych ilościach. A takimi najczęściej są dania mączne i słodkie. Tworzące zbędny balast kilogramów i blokujące system krwionośny, a zatem powodujące zatory, zawały i miażdżycę. Przy okazji rezygnacji z ciast, makaronów, pierogów, pączków, kremów, chleba i bułeczek u kobiet zaczyna lepiej pracować tarczyca, a to bardzo ważne w okresie przejściowym. Diametralna zmiana diety  (na jakąkolwiek inną!) powoduje zbawienny szok dla organizmu, który przechodzi na inny tryb pracy i często usuwa przy okazji wieloletnie przyczyny różnych chronicznych przypadłości.
Właśnie, co do owej tarczycy, odkryłam wreszcie wszystko, co powodowało moje dolegliwości, także brzuszne. Bo mało kto wie, że niepokoje hormonów tarczycowych prowadzą do silnych zaburzeń trawiennych. I dlatego też odpowiednią dietą można je uspokoić.
Metodą eliminacji produktów, niczym innym, doszłam do tego sama.
Szkodliwy okazał się nie tylko gluten. Po jego całkowitej eliminacji okazało się, że reaguję źle także na produkty zawierające syrop glukozowo-fruktozowy, wytwór technologii żywieniowej, całkowicie nienaturalny. Po rezygnacji także z lodów, keczupów i sklepowych napojów, gdzie jest ów syrop radośnie dodawany poczułam się o wiele lepiej. Wtedy jednak okazało się, że dolegliwości powracają co jakiś czas i musi być jeszcze jakiś powód. W tym roku wreszcie odkryłam, że szkodzą mi również strączkowe. Precz poszedł więc zielony groszek, groch i fasola.
Zafundowałam sobie dwa tygodnie beztłuszczowej wegańskiej diety, z jednym posiłkiem dziennie, zakończonej czyszczeniem wątroby metodą Moritza. Przy której odkryłam, że moja wątroba już wcześniej rozpoczęła usuwanie kamieni żółciowych, a to dzięki piciu codziennie soku jabłkowego, od jesieni. I co jakiś czas to robi, nawet bez zażywania soli gorzkiej, przez co pod tym kątem czuję się znacznie lepiej.
Poszukiwania w internecie odkryły mi także informację, że przy zaburzeniach typu Haschimoto szkodzi własnie gluten, strączkowe i olej rzepakowy! A tu cię mam zatem, ostatnia moja zmoro!

Na czym więc stanęłam? Przesłuchując różnych dieto-guru natknęłam się na wypowiedzi dra Kwaśniewskiego. Który swoich zaleceń wcale z sufitu nie wyciągnął, lecz oparł był na badaniach radzieckich lekarzy z czasów wojenno-powojennych. I tu mi się lampka zapaliła. Lekarze owi bowiem mieli dostęp do ludzi, którzy przeżyli długotrwały głód, czy to podczas oblężenia Leningradu, czy wyzwolonych z obozów koncentracyjnych, czy - choć tego oficjalnie nie przyznawano, bo po cóż - więzionych w gułagach. Nie robili zatem wątpliwych eksperymentów na szczurach i myszkach laboratoryjnych, jak współcześni lekarze, lecz obserwowali różne i konkretne skutki działania pokarmów na ludziach stojących praktycznie na krawędzi śmierci. Obserwacje na dużej ilości ofiar, którym podawano różnego rodzaju pokarm, przy wychodzeniu z wygłodzenia, zgromadzono i z pewnością dokładnie przeanalizowano. Cała współczesna reszta, dostępna w sieci, głosząca to i tamto wydaje się przy tej wiedzy twórczością fantastyczno-naukową. Niestety.

Po dwóch tygodniach żałowania sobie tłuszczu i białka oraz akcji oczyszczającej, zastosowałam radę rosyjskiego uzdrawiacza, osiadłego w Polsce, pana Haretskiego, który uważa, że po takim oczyszczeniu zjeść należy tłusty bulion na nóżkach wieprzowych. Zaaplikowałam sobie zatem rosół z domowego indyka, w wolnowarze wiele godzin warzony, z którego wypłynęła prawie centymetrowa warstwa tłuszczu. I dopiero poczułam ulgę. Żadnych rewelacji ani buntów ze strony pęcherzyka żółciowego naprawdę nie było!
A co mówią lekarze? Cytuję:

Z diety należy całkowicie wyeliminować: smalec, słoninę, boczek. Wyklucza się także żółtko jaj, które może powodować silne skurcze pęcherzyka żółciowego.

Boczek pieczony był następnym moim wymarzonym daniem, którego sobie nie poskąpiłam. Co do żółtka, to uwielbiam, na śniadanie albo na obiad jajko sadzone (na słonince) albo jajko gotowane w koszulce. Żadnych sensacji nie ma.
Być może jeszcze się przejadę, i rację będą mieli wrogowie diety optymalnej. Trudno, odszczekam. Na razie jednak czuję się lepiej, niż wcześniej. Co prawda do końca ona optymalna nie jest, bo jej twórca obrzydzeniem pała do jabłek i soków owocowych, jak również do miodu. Otóż od czasu do czasu, tak raz na miesiąc zjadam łyżeczkę miodu. A z dobroczynnych właściwości jabłek w każdej postaci skwapliwie korzystam. Niemniej większość zaleceń całkiem bezwiednie stosuję. Po prostu kierując się instynktem (apetytem) i tym, co mi nie szkodzi.
Choć wiem także, że to nie koniec dążenia do zachowania zdrowia. Czas na leczniczą gimnastykę i ruch na świeżym powietrzu!