6 lutego 2016

Dzień jajożercy

No, więc była zima, nawet z lekkim przytupem, biała, śliczna, i nie ma zimy. Zmyło ją szybko, stopiła się, wsiąkła w glebę. Sikorki i sójki, które dokarmiałam na tarasie i często patrzyłam na nie przez szybę, jak dziobią zawieszoną wysoko słoninkę, przestały się zlatywać i zaglądać w okno, przypominając o swoich pustych brzuszkach. Ziarno dojadały w pobliżu kurnika, bo zawsze coś kozy po obrządku zostawiają i czuwały zawsze w pobliżu pilnie, czekając  skończę obrządek. 
Teraz jest na tyle ciepło w nocy, że nawet ciepłolubnej Kici zdarza się spać w drewutni w sobie tylko znanym zakamarku, osłoniętym od wiatru i deszczu, aż do rana. Zadowolona i wyspana bez stresu, który zawsze budzi w niej w domu potrzeba odzywająca się w środku nocy, przybiega na śniadanie często dopiero w porze obiadu!  

Koźlęta rosną zdrowo, są bardzo żywe i wesołe. Wypuszczamy je w ciągu dnia całą gromadką, aby się wybiegały, na swobodzie i hasają po obejściu, skacząc wysoko jak pchły. 
Kury i gęsi niosą się na potęgę. Indyczki zaczynają szukać gniazda. Jaj nie brakuje. Wręcz przelewają się na półkach lodówki. Jedząc co rano po jednym jaju na głowę niewiele ich zużywamy. 
W takim razie zarządziłam dzisiaj dzień jajożerczy.

Anna z ostatniej głowy twarogu przechowanej dotąd w zamrażarce od późnego gorącego lata zeszłego roku upiekła sernik. To jedyne ciasto, które jadam ze smakiem, dno z ciasta pszennego oddając psom, które je uwielbiają. 
No, i zrobiła makaron na czterech jajach gęsich. Tutaj wyciągnęła ze schowka moją odwieczną maszynkę do robienia cienkiego makaronu-nitek i z zachwytem ukręciła na niej prawdziwie włoski makaron, do rosołu, który akurat uwarzył się w wolnowarze na gęsim korpusie i koźlęcej kości. Podobno wyszedł pyszny, muszę wierzyć na słowo. Bo sama jadam rosół z dodatkiem makaronu ryżowego, albo wręcz z ryżem. 
Pozostałość cieniutkich długich klusek trafiła na brytfannę i schnie przy piecu.
A że był rosół, to i warzywa z rosołu wyjęte poszły na sałatkę. Więc znowu kilka jaj trzeba było na twardo ugotować. W sumie padło dziś ich około dwudziestu sztuk.

A na zakończenie dnia jajo gęsie na surowo także i psom się trafiło, zaś ugotowane na twardo Kluseczkowi, który od kociaka jest ich wielkim miłośnikiem. Podobno dobre na sierść dla czworonogów.

20 stycznia 2016

Ważny zakup

Trochę śnieży, trochę ziębi, świat jest biały, czysty i piękny. Ptactwo trzyma się kurników, stroszy pióra. Wczoraj padła ze starości jedna z zielonych nóżek emerytek. Miała jakieś 6-7 lat.
Kilka dni temu Anna podjęła wreszcie decyzję, że już grymasić ani zwlekać z zakupem samochodu nie będzie. Trudno w taki czas jeździć do miasteczka na rowerze, po zakupy, albo na warsztaty w GOKu. Tym bardziej wracać po ciemaku przez las. W niedzielę namierzyła egzemplarz wybranej firmy, typu i ceny, sprzedawany w mieście, do którego mamy dobry dojazd pociągiem. Następnego dnia podjechała na dworzec porannym autobusem szkolnym, który zabiera trójkę dzieci z naszej wioski i po półtorej godzinie była na miejscu.

Wcześniej oczywiście musiałam powróżyć. I to wiele razy, zawsze, gdy znalazła wśród ogłoszeń jakieś interesujące auto. Za każdym razem Księga odpowiadała, że to jeszcze nie teraz, że nawet nie wyjedzie po nie, że idzie o coś innego, żeby czekać. Do tego też układy gwiazd nie były najlepsze na horoskop zakupu, który potem przecież ma działać przez całą eksploatację sprzętu. Czyli czekałyśmy, zabrawszy się powoli za robienie ściany w głównym pokoju.
Tym razem jednak karty zapowiedziały, że znajdzie rzeczony sprzęt poprzez internet w ciągu trzech dni, najpewniej w niedzielę. I tak się stało. Znalazła ogłoszenie, świeżo wstawione, dokładnie w niedzielę i zaraz nawiązała kontakt telefoniczny z właścicielem. Umówili się. W poniedziałek Księga (jak i gwiazdy) była przychylna. Kupi i samochód będzie jeździł, nie rozkraczy się po starcie, jak to bywa z takimi zakupami. Co do gwiazd podałam jej przedział czasu, od którego ma zacząć rozliczenie i wszelkie podpisywanie. Wcześniej, jak stwierdziła moja znajoma, silnik może się zatrzeć, albo co, bo Mars przez Descendent przechodził.

Tego dnia wszelkie obowiązki domowe, obrządki, przywóz drewna, palenie w dwóch piecach, gotowanie spoczęły na mnie. Doszło jeszcze odśnieżanie, bo zapuściłyśmy tę kwestię, nie mając potrzeby.

- Uwaga, jadę! Otwórz bramę - dostałam telefon.

Zdążyła zrobić zakupy po drodze i wrócić przed zmierzchem. Nasz nowy stary niemiecki czołg, poradził sobie z podjazdem pod ośnieżoną górkę bez problemu. Stanął przed garażem.
Oczywiście wsiadłam, żeby zobaczyć, jak mi się będzie siedziało i jeździło na moim miejscu przy kierowcy.
- Jakiej jest płci? - spytałam.
- On, zdecydowanie to samiec - stwierdziła po chwili namysłu Anna.
- Jak się nim jechało?
- Dobrze. Choć trochę dziwnie. I nie szalałam, bo ślisko. Warczy, jak to stary diesel.

Volksvagen Passat kombi, ciemnoniebieski, dwudziestolatek.

Tego dnia, a raczej nocy, jak się okazało zmarł w swoim domu stary Mikołaj... Niech mu ziemia lekką będzie.

Na pamiątkę którego nasze nowe stare auto dostało imię Santa Claus, czyli świętego Mikołaja.

10 stycznia 2016

Nowi w oborze

Chłopcy ruszyli już jednak w szranki z dziewczynami. Nów tej nocy pchnął na świat najpierw koziołka pierwiastki Frani. Było ciepło, świat zaczął tajać akurat. Więc koźlątko szybko wyschło, przetarte dla pewności do sucha. Frania okazała się tak przerażona i zaskoczona całym zajściem, że nie wydała jak dotąd z siebie głosu, tego charakterystycznego pomrukiwania, jakim kozy matki mówią do swych dzieci, nawet gdy te dopiero szykują się wyjrzeć na świat. Mały też jest wyjątkowo cichutki i trudno stwierdzić w takim razie jak się ma, czy głodny, czy najedzony. Wylizała go pracowicie babcia, czyli Fela, której strzyki nabrzmiały od wczorajszego wieczora tak obficie, że dzisiejszy ranek powitał jeszcze jednego narodzonego franusia. Drugi koziołek większy i żwawszy jest od pierwiastkowego, zaraz się napił i bez ceremonii przypiął do Frani, zamiast do matki. Póki co pierwszego dokarmiamy w domu, dla pewności, udojoną siarą matczyną. Lepiej przekarmić, niż nie dokarmić, to już wiemy na pewno, zwłaszcza w ciągu najważniejszych pierwszych dwóch-trzech dni życia koźlęcia.

7 stycznia 2016

Jak to jest utknąć

Święta przelatują swoim trybem. Mówię w czasie teraźniejszym, bo na Podlasiu właśnie trwa Boże Narodzenie. Wczoraj na Wigilię spadł malowniczy śnieg, który nieco ocieplił mroźną atmosferę w ostatnim tygodniu. W nocy temperatura spadała do ok. minus 15 stopni, u nas w lesie pewnie bywało chłodniej. Nie udowodnię, bo już dawno termometru nie używam. Jedno wiem, gdy wilgotne dłonie przywierają do metalowej klamki na mrozie, znaczy jest co najmniej -6. Im niżej tym bardziej szczypie w nosie i w policzki. No, to trochę poszczypało i poprzymarzało. 
Tuż przed ochłodzeniem majster zdążył szczęśliwie wstawić okno, dawno już przygotowane i pomalowane, w ścianę szczytową "sklepu", i pięknie oszalować wokół deskami z dawna przygotowanymi i właśnie w ostatniej chwili pomalowanymi drewnochronem przez Annę.

Brak samochodu daje się we znaki o tyle, że skończyło się wino w gąsiorku i nie ma jak zaopatrzyć się w więcej. Grzaniec był hitem w mroźne wieczory przy huczącym ogniu w piecach. Wszystkiego innego wciąż nie brakuje. Znaczy, zapasy umiejętnie zrobione. No, i musiałam odmówić dwóm zaproszeniom na imprę, na sylwestra i na prawosławne Boże Narodzenie. Za to w Nowy Rok narodziła się jeszcze jedna zdrowa kózka, co daje sporą ponad dwukrotną przewagę liczebną dziewczynkom nad chłopakami jak dotąd. Na wykoty czeka nadal połowa kóz, więc stosunek może się jeszcze zmienić.

26 grudnia 2015

Postne święta

Tak ciepło i jednocześnie wilgotno, bo i często dżdży i mgli, że drób od rana z pasją grzebie w ziemi, zostawiając karmę nieruszoną. Jakoś tak się najada glebą, korzonkami traw i pewnie jakimś robactwem także, że zmuszona zostałam do oszczędzania ziarna i osypki na cięższy czas. Jednocześnie cały czas od lata kury się niosą, do czego doszły już wreszcie na nowo opierzone dwie emerytki, oraz gęsi (które z tego powodu dostały odroczenie), więc jaj naprawdę nam nie brakuje, a przychodzi też częstować znajomych, żeby miejsce na nowe w lodówce zrobić.
Jeden z trzech kogutów poszedł na swoje, w podarunku świątecznym dla pewnej pani, do kurnika, nie do rosołu, więc miał szczęście.

Dzisiaj wykociła się kolejna koza, szybko i bez problemów, przyprowadzając na ten świat dwa dorodne, zdrowe koziołeczki maści srebrzystoszarej. Dorwały się do cyca prawie natychmiast po urodzeniu. Z powodu wykotów od jakiegoś czasu mamy trochę mleka dla siebie, nie tylko do kawy, ale i na zsiadłe stawiam, bez którego głupio się czuję i jak się przekonałam, czegoś wyraźnie mi brakuje, jeśli nie wypiję choćby jednego, a najlepiej dwóch kubków dziennie. Po poszpitalnych sensacjach jelitowych nie ma już śladu, ale nie czuję, że wszystko wróciło do zupełnej normy. O czym przekonuję się właśnie wtedy, gdy przerywam picie kwaśnego mleka.
Anna zbiera zapas siary na kolejne mydło (zamraża je w plastikowych butelkach w zamrażarce). Zostaje też trochę dla psów i kotów. Poza tym pasjami, czyli godzinami, rozpaliwszy sobie pierwej w spichlerzyku, tudzież chatce dziadka na pracownię przerobionej, aby nie marznąć, kręci z gliny na kole garncarskim kubki, kufelki, miseczki, cukiernice z przykrywkami, ćwicząc pilnie rękę. W takt nastawionego głośno radia. Bo bez codziennego ćwiczenia nie ma co mówić o sztuce garncarskiej, co najwyżej o mniej lub bardziej udanych próbach ulepienia garnka takiego, czy owakiego. Muszę przyznać, że wychodzi jej wszystko coraz lepiej. I ja się do podobnego zajęcia także po cichutku przymierzam.

Z okazji Świąt, jak co roku o tej porze pościmy, czyli przez trzy dni zajadamy się potrawami na kolację wigilijną przygotowanymi. Barszczem z buraków, sałatką warzywną, śledziami z cebulką i sernikiem. Odkryłam zapomniany gąsiorek z winem z naszych tegorocznych pierwszych czarnych porzeczek. Mniam! Grzaniec z niego na piecu, z dodatkiem goździków, kardamonu, cynamonu, wanilii i imbiru, a na koniec odrobiny miodu, cudowny jest na wieczorną popitkę w kubku własnej roboty.

24 grudnia 2015

Świąteczne bekania

Wszystkim Czytelnikom i Czytelniczkom tego bloga, naszym bliskim i dalszym znajomym, którzy tu zaglądają, życzymy niniejszym wszystkiego dobrego, szczodrych  Świąt i bezpiecznego całego nowego roku 2016. 

Ewa i Ania z Kresowej Zagrody

w towarzystwie grupki psów, pary kotów, stada kóz oraz drobiu: gęsi, kur i indyków
(które beczą i szczekają, miauczą i gęgają, gdaczą i gulgają: Hosanna na wysokościach!, Alleluja! i co tam jeszcze Bozia wymyśliła)

Poniżej prezentują swoje wigilijne wdzięki najnowsze dzieciaki w koziej zagrodzie, Mała Me


oraz Plamka i Mysza.


Świąteczny luz

Ciepło, słonecznie. Temperatura w nocy prawie taka sama, jak w ciągu dnia, czyli w okolicach 10 stopni, sprawia, że można wysiadywać na poddaszu w najlepsze, bo dom kumuluje ciepło. To plus.
Przed samymi świętami wzięło nas na budowanie. To taki nastrój zbliżającego się własnego znaku zodiaku, który już jest u władzy w tej chwili. W tym celu w pokoju sypialnym wszystko stanęło na głowie, szafy i szafki nieomal fruwały w powietrzu, aby odsłonić ścianę. Co do której nagle ogarnęło nas zwątpienie i niewiedza, co z nią zrobić i jak. Czy zwykły gipsokarton, a potem zabudowa z półek po całości, czy może tynk gliniany własnoręcznie położyć? I tak jakoś szafy wróciły na miejsce, a Anna przerzuciła się na deski szalunkowe do "sklepu" (to nazwa robocza i całkiem bezpodstawna dla jednej części kurniko-paszarni), zalegające we wnętrzu od roku bez żadnego ruchu z naszej strony. Deski pojechały do stolarza, aby je odpowiednio obrobić w maszynie, dojechały szczęśliwie i ta część planu została pomyślnie zrealizowana. W dalszą część zaingerował jednak los.
Coś zafurkotało pod maską samochodu i nie ruszył już. Spod sklepu w miasteczku (szczęście w nieszczęściu), gdzie w drodze od stolarza Anna zatrzymała się ostatnie przed świętami zakupy uskutecznić.
Wróciła okazją do domu, po czym na drugi dzień zamówiła lawetę u mechanika z Bielska, który ostatnio samochód naprawiał. Ten podjechał, zabrał mechaniczne zwłoki i dziś zawiadomił telefonicznie, że śruba od silnika się urwała i samochód jest do kasacji.
To żadna niespodzianka. Ale jaki wkurw na myśl, ile forsy poszło na niepotrzebne ostatnie naprawy, gdy mechanicy, jeden po drugim zwodzili nas, że to może trzeba wymienić, a może tamto, a może jeszcze tamto i kasiora warta polowy nowego starego samochodu wyleciała bez sensu z kieszeni.
W każdym razie jest o czym myśleć w święta. Jaki samochód będzie następny?

Co do świąt, to umyłam i wyszorowałam wszystko w kuchni, Anna na zajęciach w domu kultury zrobiła stroik świąteczny w miejsce choinki, której od lat nie stawiamy w domu, mając je rosnące pięknie na działce, i moczę śledzie. Tyle. I aż tyle. Nie mając blisko rodziny, która mogłaby przybyć, lub my do niej, nie musimy się wysilać. Daję sobie na luz. Świąteczny oczywiście.

16 grudnia 2015

Wieczór w wieczór

Ostatnie obniżone nastroje przezwyciężyłam, dzięki wizytom towarzyskim, tu i ówdzie. W urzędzie miejskim, u znajomych osiedleńców i miejscowych znajomych, trafiły się wręcz dzień po dniu, wieczór po wieczorze. Wreszcie mogłam pogadać w dowolnej obfitości, posłuchać cudzych opowieści i doszłam do wniosku, że winna smętkowi była przedłużająca się samotność i przepracowanie przy pisaniu. 
Klują się pewne zamierzenia, konkretyzują plany na cały przyszły rok, mimo, że temperatura nieco spadła i znowu pojawił się nocny mróz, choć niewielki. Jakoś nas ten zbliżający się czas urodzin i naszego urodzeniowego znaku Koziorożca zawsze nastraja pozytywnie względem przyszłości.
Muszę stwierdzić, że wraz z grupą owych znajomych, rozrzuconych po różnych wioskach i miejscowościach, tworzymy jakiś taki ciekawy zaprzyjaźniony światek, w którym dzieją się sprawy wolno, statecznie, zależnie od osoby i jej przedsięwzięć lub przechodzonych właśnie kłopotów, ale także tworzą się jakieś zręby, wyręby, podpory i otwory na dalsze takie wspólne funkcjonowanie, w oparciu o wzajemną obecność, czasem drobną pomoc, radę, posiadane kontakty i wiedzę albo bieżące potrzeby.
To jest jak najbardziej lokalne zjawisko, można się spotkać od czasu do czasu, odwiedzić w wolniejszej chwili, pogadać nawet o głupstwach, powspominać albo podyskutować o polityce, czy dalekim świecie. Bez jakichś sąsiedzkich niesnasek, podejrzeń, krytykanctwa czy rywalizacji.
Nasze umiejętności potrafią dodawać się do siebie, albo pomóc komuś znaleźć nowy sposób, przepis, drogę. Zmobilizować do działania, mimo biedy. Choć przecież jesteśmy zgoła mocno różni i różnie nieraz do tych samych zagadnień podchodzimy i je urzeczywistniamy.
Każde inaczej traktuje swoje zwierzęta, gospodarstwo, ogródek, uprawy, sprawę zarabiania i prosperowania, tak samo jak i zdrowego odżywiania się. Każde interesuje się czym innym i w czym innym jest dobre.
Ale właśnie, gdy choćby raz czy dwa do roku jest okazja w wakacje rolnika się spotkać i pogwarzyć o codzienności (w ciągu roku kontakty przeważnie zachodzą stale, lecz najczęściej drogą internetową i telefoniczną), poza interesami, albo w ich sprawie, to jest to miłe i ma swój poufały klimat.
Dla siebie jesteśmy już miejscowi, tutejsi, choć autochtoni oczywiście tak tego nie widzą. I nigdy pewnie nie zobaczą. Taka jest zasada. Jednak lata mieszkania tutaj, blisko lub dalej stąd, czynią nas powinowatymi w duchu.
Ktoś mieszka od lat 16, ktoś - jak my - od dziesięciu, inny od 7 albo tylko 4 czy 3. Są różnice w doświadczeniu, bo ci najmłodsi stażem jeszcze mogą się wykruszyć, zrejterować, dlatego "starsi" są bardziej tutejsi, niż oni i mniej się ciskają, mądrzą, nie opowiadają dyrdymałów o tym, jak się powinno żyć, jeść i pić, zarabiać i prosperować. Życie codzienne na Podlasiu, zmiany pogody, stanu zdrowia, wydarzenia zwykłe i niebywałe, dłuższe, niż krótsze relacje z sąsiadami i tubylcami z dziada pradziada dodaje do siebie rok po roku cierpliwość, spokój, wyciszenie, pewną nawet obojętność na wyzwania i zadania do wykonania, wyniki pracy, jej jakość, przemijające zawsze sukcesy i klęski.
To jest dobre.

A poza tym rano przywitały nas w oborze dwie świeżo narodzone córeczki Luby.

12 grudnia 2015

Długie wieczory

Było kilka nocy z temperaturą około zera, rano witała nas malownicza szadź na polu i drzewach. Teraz znów pada. Niech pada. Ziemia przyjmuje wodę z radością po tak upalnym i suchym lecie.
Anna odbyła dwudniowe szkolenie u zawodowego ceramika z Warszawy i jest z niego bardzo zadowolona. Wreszcie udało jej się utoczyć glinianą butelkę i dzbanek. Pilnie ćwiczy na swoim kole, choć najpierw trzeba mocno przepalić w piecu, aby móc w pracowni wytrzymać kilka godzin. 
W tym czasie w wolnowarze warzy się przeważnie jakaś zupa na kościach koźlęcych bądź gęsich. Pożywne rosoły, warzywne, fasolowe, cebulowe. 
Długie popołudnio-wieczory skłoniły mnie do pisania. Walczę przy jego pomocy z odzywającą się od czasu do czasu depresją, niechybnie jesienną.

21 listopada 2015

Mydlane impresje

Osiedleńcze życie rozwija się powoli, z różnymi wspólnotowymi skutkami. Staramy się wspomagać, lub chociaż wysłuchiwać nawzajem. To chyba potrzeba każdego zwykłego człowieka, prawda?
Czasem nasze talenty dodają się do siebie i starają uderzyć we wspólny ton. Na przykład mydlano-fotograficzny. Aby uderzyć nim i przekazać go dalej. Zademonstrować, dać poczuć.


Podziwiajcie fantazję Małgosi Klemens, mieszkającej kilka dobrych rzutów beretem od nas w leśnym Wygonie, która ją oddała swoim aparatem pewnego wieczoru.


Tematem sesji była oczywiście umiłowana twórczość Ani, gliniano-mydlana.


Czarno, biało, brązowo, zielono...


Mydelniczkowo...


Rozmaita.


Autor fotografii M. Klemens - Galeria Leśna Wygon

19 listopada 2015

Ofiara z balbiny, tudzież ochrona wzmocniona

Kilka dni temu lis nam porwał Balbinę. Stało się to w sadzie i w zagrodzeniu. Pod naszą i psów, z racji deszczowej pory przesiadujących dnie całe w domu, nieuważność. Przyparł biedaczkę do siatki i schwytał, jeno kilka piórek zostało. Reszta stada uciekła. Balbin widocznie smutny chodzi, choć mu jeszcze Kuba została. Z imieniem Kuba jest u nas tak jak z Kolą od Coli, a nie od Mikołaja. Miał być gąsiorek, wyrosła gąska, a imię zostało. No, to od wyspy Kuby jest nazwana, a nie od Jakuba, czy też Kubania. Balbina jednak była jego żoną-siostrą od samego pisklęcia znaną. I Kuba ledwie mu serce zajmuje. Mam nadzieję, że jakoś sobie poradzi z tęsknotą. Białe gęsi zupełnie go nie interesują i właściwie kubańskie i owsiane osobno chodzą.
Na białe zresztą kryska jesienna nadeszła i stado zmniejszyło się już do połowy. Anna uskutecznia metodę skubania gęsi na rozgrzanym parniku z kartoflami i coraz szybciej jej to idzie.

To nie z powodu straty Balbiny, ale przy okazji, tudzież innych też, bo z 12 młodych niosek już tylko 7 zostało, nasza posesja zyskała wreszcie, po wielu miesiącach oczekiwania, tylną bramę i w tej chwili psy oraz ptactwo blaszkodziobe nie może już wędrówek niebezpiecznych uskuteczniać. Co do kur i indyków mam poważne wątpliwości, ich nic nie powstrzyma od przedzierania się przez płoty i grzebania w lesie. Choć nabrały czujności po kilku atakach i koguty na alarm biją, nawet, gdy obcego człowieka nagle na podwórzu zobaczą.

Listopad w pełnej krasie. Pada, rosi, tumani. Noce jednak zaskakująco są ciepłe i niewiele chłodniejsze od dnia. Kluseczka zjawia się tylko na śniadanie i kolację, resztę czasu spędzając pod licznymi dachami w obejściu, a to na tarasie, a to w altanie, a to pod okapami obory, kurnika i spichlerza, albo daszkiem drewutni. Najwyraźniej lubi senną słotę.
Długie wieczory przy rozgrzanym kaloryferze skłaniają mnie do twórczości takiej i owakiej. Pracuję nad książką, opisującą moje dzieje osiedlenia się w starej podlaskiej chatce, do czego namówił mnie zaprzyjaźniony pisarz, Alef Stern. Teraz już też mój szef na portalu pressmix.eu, na którym od niedawna zaczęłam się udzielać z felietonami. Także z tematami branymi z Kresowej.
Nostradamus o Arabach w Europie.
Okiem kozy.
Dlaczego kozy.

12 listopada 2015

Tryb awaryjny

Trudny dzień bez samochodu. Bez samochodu życie na wsi podlaskiej jest niełatwe do opowiedzenia i do przeżycia.
Z powodu terminu urzędowego zaznałam najpierw jazdy starym rowerem z niewyregulowanym, przeskakującym z trybu na tryb łańcuchem do miasteczka (3 kilometry), potem podróż autobusem do miasta, następnie kilkugodzinne podążanie piechotą tu i ówdzie, aby zdążyć, nie spóźnić się i jeszcze nie przegapić powrotnego autobusu. Sprawy urzędowe poszły podle, zdołałam jednak uzyskać jakoś przedłużenie terminu i zorganizować sobie kolejne dni awaryjne. Dźwiganie ciężarów (w tym paczkę 9-kilogramową) wzięła litościwie na swoje barki Anna.  Na chwiejących się nogach (niestety wciąż odczuwam dolegliwości po chorobie i każde przemęczenie pada mi przede wszystkim na nogi, ruszają parestezje w stopach i dłoniach, czasem ból czaszki i kręgosłupa, a brak sił po nadwyrężeniu utrzymuje się kilka dni) wsiadłam z powrotem do autobusu, z lekkim przerażeniem myśląc o czekającej mnie jeszcze drodze rowerem do domu. Wnętrze autobusu było niemożebnie przegrzane, może z powodu jakiejś awarii. Kierowca jechał przy otwartym szeroko oknie, a i tak pasażerowie tłoczący się z tyłu krzyczeli o litość. Po drodze trafiła się także, jak NIGDY kontrola biletów! W moim wieku nie jeździ się już na gapę, więc stresu nie ma, ale odnotowuję to jako kolejne kuriozum, dokładające się do nastroju chwili. Anna zlitowała się wtedy nade mną, uruchomiła tymczasowo podreperowany samochód u mechanika i wróciłyśmy nim do chaty, z rowerami na pace.
Stacyjka doszła dzisiaj, reklamacja się należy kurierowi za opóźnienie i kłamstwo (zgłosił firmie, że był przedwczoraj i awizował przesyłkę, bo nikogo nie zastał, tymczasem byłam, czekałam i nawet pies nie zaszczekał, nie mówiąc o braku jakiegokolwiek zawiadomienia o bytności).
Trudności to jeszcze nie koniec, bo sprawy urzędowe wciąż nade mną wiszą. Ale może jakoś się rozejdzie po kościach, przy odpowiednich staraniach, mam nadzieję.
Póki co upiekłam młodego indora, którego trzeba było awaryjnie wczoraj zaciąć, aby nas nie uprzedził. I wysmażyłam w wolnowarze gęsi smalec z ostatnio ubitej gąski. Wyszło z niej pół litra żółtego klarownego specyjału.