17 stycznia 2018

Zimny czas

Kilka ostatnich dni było trudne do zniesienia. Dokuczało przeszywające zimno. Wiatr zwiększał odczucie zimowego chłodu wielokrotnie. Wyjście do obrządku wymagało poświęcenia. Grabiały dłonie, szczypały policzki, kapało z nosa, marzły kolana i stopy w kaloszach. Kacze i indycze towarzystwo wypuszczane było tylko na dwie godziny w ciągu dnia, bo przykro było patrzeć jak ptaki kulą się z zimna, przysiadają na zmarzniętych bosych łapkach i stroszą pióra.
W domu wcale nie szło szybko poczuć się komfortowo. Dom w nocy wychładzał się na tyle, że piec napalony przed południem długo się rozgrzewał, a wiatr, wiejący z południowego wschodu nie ułatwiał tego procesu. Nawet rozpalenie ścianowego na noc nie przynosiło wielkiej ulgi, budziłam się z zimnym nosem.
W taką pogodę wykociła się Fela. Mimo, że po wielkości jej brzucha nastawiłyśmy się na parkę, to okazało się, że urodziła jedynaczkę, dorodną kózkę z kłapciatymi uszami przekazanymi przez Gucia, po części mającego anglonubijską krew. Szybko stanęła na nóżki, zassała, nie trzeba było nawet przynosić do domu. Dzisiaj już zwyczajem wszystkich zdrowych koźląt próbuje podskoków. Zowie się Fruzia, bo jest z klanu na F.

W nocy wiatr wreszcie ustał. Za to zaczął padać śnieg. Szybko pokrył ziemię i las grubą mokrą kołdrą. Zaczęła się kolejna zimowa zabawa. Odśnieżanie. Pięćdziesiąt metrów od garażu do drogi to nie w kij dmuchał. Zwłaszcza, że zawiewa właściwie ciągle i końca nie widać. Anna wyskakuje raz na jakiś czas, aby przelecieć szuflą mimo wszystko i ułatwić sobie końcową robotę, gdy już padać przestanie. Jedynie, co lepsze, to w domu zrobiło się od razu ciepło i przytulnie.

5 stycznia 2018

Podsumowanie bez postanowień

Przyznaję, że wpisy na tym blogu stały się rzadsze od jakiegoś czasu. Wpływa na to kilka powodów. Po pierwsze i najważniejsze: szczegóły z osiedlania się, budowania, hodowania i zagospodarowywania przestrzeni zostały już tu wielokrotnie opisane pod różnymi kątami. W tym nowym roku minie 9 lat od chwili przeprowadzki do Kresowej Zagrody. Nastawienie zdążyło się zmienić. Pewnie najbardziej to dojrzeć i ustabilizować się na jednym poziomie, i dlatego brak koniecznej ekscytacji codziennymi zdarzeniami czy osiągnięciami, osiąganymi co rusz w podobny sposób. Ot, przyzwyczajenie.
Jesteśmy teraz na etapie każdego, nieomal każdego rolnika gospodarującego z roku na rok niezmiennie z dziada pradziada. Chyba trochę tak. W takim razie, o czym tu pisać więcej? W większości sytuacje powtarzają się podobnie, rok po roku.

Mimo, że staramy się wprowadzać zmiany, inwestycje (drobne), urozmaicać hodowle (dla własnej przyjemności, nie dla pieniędzy, których jest ni mniej ni więcej podobnie od lat), to wciąż na wiosnę trzeba siać i sadzić, potem wciąż łatać ogrodzenie, rąbać i układać drwa, jesienią ganiać z kozami, lub za kozami, które urywają się z nudnego pastwiska w ciekawsze leśne gęstwy sąsiednie, w tym czasie serowarzyć, dbać o pszczoły, miód odciągać, owoce zbierać i przetwarzać, aby na koniec roku móc odpoczywać przy ciepłym piecu, karmiąc dobytek dwa razy na dzień i spokojnie oczekiwać kolejnego przychówku.

Jak zawsze zrobiłam podliczenie roczne dochodów i wydatków i jak zawsze bilans wyszedł na zero. To dobrze, bo było kilka nagłych wypadków w tamtym sezonie i jakiś chochlik kazał nam wymienić podstawowe sprzęty agd, które uległy awarii, przede wszystkim kuchenkę gazową i lodówkę, w którą piorun strzelił. Na dokładkę mój komputer zaczął chodzić jak czołg i też się doprosił wymiany na nowszy i szybszy  model. Jakoś starczyło, Bogu dzięki.

Obecnie zimujemy. Zdrowo się odżywiając i zjadając zapasy starannie jak co roku zrobione i podarowane nam przez gospodarstwo i pracę własnych rąk. Wystarczy na pewno do wiosny, a może i dłużej. Oczywiście, nie wszystko da się samemu wyprodukować. W zasadzie trzeba używać pieniądza, gdy chce się pić kawę naturalną i czarną herbatę, upiec chleb czy ciasto z mąki, której nie mamy swojej, posmarować ten chleb masłem, ugotować ryż czy kaszę. Kupujemy także makaron dla psów i podroby dla kotów i to jest właściwie największy stały wydatek na żywność. Bo domownicy są karmieni z garnka, żadnej sztucznej karmy nie dostają.  Mleko już się w praktyce kończy, jest tyle co do kawy i dla kocieja Macieja, pozostało w zapasie kilka serów, i w zamrażarce zamrożonego twarogu na sernik, oraz mleka w razie potrzeby dla jakiegoś koźlątka na początek. Jaj nie brakuje świeżych, ani mięsa drobiowego i koziego, nieco wędliny domowej, do tego soki, dżemy i powidła, keczup domowy i marynaty grzybowe, ogórkowe i buraczane. Kapusta zakiszona, jak i zawsze jakaś świeża kiszonka z kapusty, buraczków, nawet kalafiora oraz kim-ći stoi w słojach. Zioła zebrane, można w razie chęci jakiś napar herbatopodobny czy leczniczy uskutecznić. Miód w dostatecznej dla nas ilości także do użytku w każdej chwili. Na popitkę jest też piwo domowe i wino.

Właściwie skłamałam pisząc, że nic nie robimy oprócz podstaw. No, tak. Anna szaleje z siekierką w lesie prawie każdego dnia dwie godziny, bo działkę wzięła z leśnictwa i drewno składa na kolejny zapas doroczny. Ja zaś staram się uczyć, zwiększać swoją wiedzę na różne tematy, poznawać nowe dziedziny, udoskonalać to, co już umiem. Myśleć, pisać, rozumować. Ot, jak zawsze.

Co do domowników mają się świetnie. Kola, a właściwie babcia Kola ("babciu, babciu, a dlaczego masz takie wielkie zęby?") ma się dobrze, a nawet jak na swój zaawansowany wiek 13 lat bardzo dobrze. Operacja okazała się udana i potrzebna. Pies jest odrodzony, ma dobry nastrój, interesuje się światem i towarzystwem, to najważniejsze. Nawet jakby milsza się zrobiła, mniej "kolczasta" i warkliwa, z chęcią pozwala się przytulać, czego do tej pory nie lubiła.
Kociej Maciej jest już dorosłym kocurem. I jest piękny. Puszysty, kosmaty, z wielką kitą, znać, że ma w genach jakiegoś rasowego przodka. Być może uda mi się odnaleźć w jakiejś szafie zdjęcioroba, to unaocznię.

Podsumowując: oby nam się (i Wam oczywiście jako nam) wiodło podobnie i po równym także i w tym 2018 roku!

4 listopada 2017

Dyniowe placuszki na jesienne pocieszenie

Jesień już zaawansowana. Mgła, zimna rosa, mżawki. Z rzadka pokazuje się słońce, na krótko. Kozy wykorzystują każdą taką pogodną chwilę, aby zajadać jeszcze ostatki z pastwiska, a jak się da uciec, albo wypuszczą łaskawie, to buszować po lesie za liśćmi i gałązkami poszycia. Takiego dnia dają wyraźnie więcej mleka. Kiedy w deszczowy czas stoją tylko na sianie i owsie, ilość urobku maleje znacznie. Od jakiegoś czasu doimy jedynie raz dziennie, rano. Przeszłam już zatem tylko na twarogi (częściowo skarmiam je młodzieży indyczej i czupurkom oraz kotu, który go uwielbia, częściowo przyrządzamy z niego od czasu do czasu sernik, a częściowo idzie do zamrażarki na zimową porę, gdy mleka już nie będzie), twarożek podpuszczkowy, który przyprawiam wedle aktualnej fantazji smakowej i zjadamy na bieżąco, kefir albo jogurt, a z rzadka serki świeże podpuszczkowe, które w nadmiarze dojrzewam do kilku tygodni, na smakołyk.
I choć Anna przeszła na częste robienie swego ulubionego rosołu z wolnowara z kawałków wyhodowanych przez nas latem kuraków, kaczek albo indyków z dodatkiem kości koźlęcych, to muszę zaznaczyć, że jakoś specjalnie mięsożernie się nie odżywiamy, o co nas pewnie wielu mieszczuchów podejrzewa. Można powiedzieć, że utrzymujemy równowagę mięsno-warzywną i lubimy robić sobie dni wegetariańskie. W naszym domu nie uświadcza się sklepowych wędlin, chyba, że weźmie nas ochota i same takową przyrządzamy, co wypada jakieś dwa razy w roku. Poza tym posiłki, wierzę, że dlatego, iż z produktów naprawdę naturalnych, świeżych i pełnowartościowych są dla mnie całkowicie sycące i często wystarczają mi dwa dziennie. Nie licząc wieczornego napitku, takiego czy siakiego, ale na bazie soków owocowych własnej roboty, czy nazbieranych i ususzonych ziół.

Z tej okazji podrzucam przepisy na dwa rodzaje placków, które ostatnio bywają na naszym stole w porze obiadu.

Placuszki bezglutenowe z dynią, na słodko

Składniki:
Szklanka mąki bezglutenowej dowolnie wybranej lub pomieszanej z różnych rodzajów, w tym także z odrobiną kokosowej
Szklanka startej na średniej tarce dyni, ulubionego rodzaju
(Zaczęłam eksperymentować z proporcjami i doszłam do wniosku, że wolę, gdy jest nieco więcej dyni, niż mąki)
Kilka łyżek kefiru domowego albo zsiadłego mleka
3-4 jaja
Łyżeczka cukru, szczypta soli, odrobina sody oczyszczonej do spulchnienia

Składniki trzeba wymieszać na jednolitą lejącą się naleśnikową masę i smażyć, najlepiej na oleju kokosowym. Lać z łyżki na gorący olej i smażyć do zrumienienia, krótko po obu stronach niewielkie placuszki.

Podawać z twarożkiem zrobionym na słodko (z żółtkiem jaja i cukrem), z ulubionym dżemem albo pasteryzowanymi jagodami z odrobiną śmietanki, przyprószonymi lekko cukrem pudrem.

Placuszki ziemniaczano-dyniowe

Składniki:
Kilka startych na średniej tarce ziemniaków
Taka sama ilość startej dyni
Posiekana cebula
3-4 jaja
Odrobina soli i pieprzu mielonego, dla koloru można dodać kurkumy
Jeśli masa jest zbyt rzadka można ją zagęścić odrobiną mąki ziemniaczanej

Łączymy wszystkie składniki, mieszamy na jednolitą masę i smażymy nieduże placuszki na rozgrzanym smalcu, z obu stron.

Te placki smakują podobnie do ziemniaczanych, ale są od nich delikatniejsze i szybciej się je przyrządza. Podaje się tak, jak ziemniaczane. Czyli albo w wersji na słodko, ze śmietanką i cukrem, albo z sosem grzybowym czy keczupem, popijając kefirem, jogurtem lub nawet zimnym słodkim mlekiem (co osobiście przedkładam nad wszystko).

27 października 2017

Jesienne kotlety z opieniek

Zdarza się jeszcze tego listopadowego października, że wśród wilgoci i mgieł pokrywających kolorowe paździerze i usychające trawy wzrok padnie na jakąś brązową kupkę liści, a one okazują się kryć w sobie smaczną tajemnicę. Opieńki. Łatwe do nazbierania, bo rosną gromadkami na starych pniach. Tak, więc należy coś z nich przyrządzić, aby łup się nie zmarnował.


Anna przyniosła zasobnik opieniek, nazbieranych w naszym ogródku, daleko nie trzeba było chodzić. A zostawić żal. Zatem na obiad były dzisiaj kotlety opieńkowe.

Kotlety z opieniek

Składniki:
Opieńki
Gotowane uprzednio ziemniaki
1 spora cebula
2-3 jaja
Przyprawy
Trochę mąki, ja stosuję bezglutenową i tego się trzymam.
Tłuszcz do smażenia.

Opieńki należy najpierw obgotować przez kilka minut i odsączyć.
Następnie mielimy grzyby, cebulę i ugotowane ziemniaki w maszynce na równą masę. Jeśli brak maszynki, żaden problem. Można grzyby i cebulę drobno posiekać nożem, a ziemniaki utłuc.
Proporcje grzybów do ziemniaków powinny być 1:1, ale gdy grzybów jest nieco więcej można dodać mąki, aby masa była bardziej zwarta.
Wbijamy jaja. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem prawdziwym oraz dla lepszego i zdrowszego trawienia (w końcu to grzyby!) kurkumę z solidną garścią majeranku.
Na koniec formujemy z masy kotlety, które obtaczamy w mące (komu się chce, może zrobić na bogato w panierce, której ja ze względu na gluten nie przyrządzam) i smażymy na rozgrzanym tłuszczu, najlepiej smalcu z obu stron. Gotowe!

Podajemy ciepłe, z dodatkiem jesiennych sałatek i domowego keczupu. Pasują do nich świetnie ćwikła z chrzanem, świeża kwaszonka, kiszona kapusta albo kiszony ogórek.
Na popitkę świeży domowy kefir z koziego mleka schłodzony w lodówce.

22 października 2017

Nieoczekiwana zmiana płci

Zdarzają się takie historie w chłopskich zagrodach od wieków, tysiącleci. Rzadko, bo rzadko, jednak nie można powiedzieć, że to rzeczy niespotykane. Dziwne o tyle, że rzadkie. Niemniej natura tego wydaje się naturalna i w jakiś sposób wpisana w ewolucję stad i gatunków.
W naszej bywały już podobne historyjki. U kóz, ale i u drobiu również. Pewnego razu kogut zmienił się z piejącego czupurnego kukuryka w opiekuńczą kurę, która młode kurczęta, po odstawieniu przez kwokę pod swoimi skrzydłami długo jeszcze hołubiła. Bywały kogutki, które w wyniku jakiejś choroby traciły wigor, i służyły za kochanki dla prawdziwych samców. Czasem jakiś młody koziołek zakochiwał się na zabój w dominującym samcu w stadzie i przez jakiś czas obaj stanowili nieodłączną parę. Co nie przeszkadzało mu później we zwrocie ku płci przeciwnej, gdy dorósł.
Teraz jednak owa historia wydarzyła się kaczkom.


Są trzy kaki, kupione latem u rolnika, jako kaczor z dwiema żoneczkami. Na rozmnożenie w przyszłym roku. Kaczor rzeczywiście umaszczony inaczej, z zieloną szyją, dwie kaczki w kolorze jasnego brązu, wyraźnie inne. Jak dotąd nic się nie działo. Kaczor adorował obie kaczusie, a one jego, jak Pan Bóg przykazał. A jednak, nastąpiła nieoczekiwana zmiana płci.
Najpierw zauważyłam, że kaczki są dziwnie rozgadane i dyskusjom między nimi końca nie było. Gwarzyły ze sobą głośno i namiętnie nawet późnym wieczorem i wczesnym rankiem, przed wypuszczeniem z kaczarni, za którą stodółka robi. Jak nigdy.
Potem jedna kaczka zaczęła wyraźnie odstawać. Zawieruszała się to tu, to tam. Krzycząc po kaczemu za stadem, ale bezowocnie. A gdy udało mi się je połączyć, ku swojemu zdumieniu zobaczyłam, że kaczor z zawziętością odpędza drugą kaczkę.
- Porąbało go, czy co? - zaczęłam się zastanawiać, i dalejże obserwować ptaki, co zamierzają.
Kaczor oprócz tego, że zaczął paradować tylko z jedną żonką, odpędzać drugą, to jeszcze zrobił się agresywniejszy w stosunku do innego drobiu. Walczył z kogutem zieloną nóżką i młodą indyczką, aż go dorosła indyczka przepędziła, ciągnąc mocno za kuper.
W końcu wczoraj, przy zapędzaniu wszystkich trzech kak do kaczarni oświeciło mnie. Druga kaczusia bowiem wydała mi się nagle jakaś inna. Jakby nieco większa, kolory jej się wyostrzyły, szyja wydłużyła...
- To są dwa kaczory! - odkryłam zagadkę niezgody.
Choć... tak do końca nie wiem. Bo może po prostu kaczusia jest innej orientacji, taka kaczka dziwaczka. Jakiś czas starała się być kaczką, jak należy, ale jej natura stała się inna i nie wytrzymała. Dokonała commin-outu i została Kakiem. Jest więc teraz Kaczor, Kaka i Kak. Całą sprawę jednak da się chyba ustalić dopiero przy przemianie na pieczyste.

11 października 2017

Cukinia na słodko-kwaśno

Spełniam obietnicę. Na dworze siąpi, czasem mocniej pada, lecą z hukiem żołędzie z dębów, w piecu napalone, więc można zająć się przyjemnościami. Oto przepis na przetwór z cukinii.



Cukinia na słodko-kwaśno

Składniki:
2 kg cukinii, najlepiej takiej wąskiej długiej, ale z grubszej też się da coś wykrzesać.
2 łyżki soli.
1 szklanka octu jabłkowego, w tym z dodatkiem 1/4 spirytusowego, dla wzmocnienia kwaśności. Sam jabłkowy też jest fajny, daje jednak słodszy i łagodniejszy smak, poza tym przetwór może gorzej się przechowywać.
2 szklanki cukru. Jeśli ktoś chce na samym occie jabłkowym przyrządzić cukinię, to radzę nieco mniej cukru.
1 łyżeczka mielonego pieprzu czarnego.
Kilka ziarenek ziela angielskiego i liści laurowych.

Przyrządzenie:
Cukinię kroimy na cienkie plastry, ok. 3 mm grubości, podobnie jak się kroi ogórki do mizerii. Jeśli cukinia jest grubsza i starsza radzę zetrzeć ją na grubej tarce, takiej do kapusty. Wychodzą cienkie płatki, które też fajnie się zjada. Mieszamy je z solą i pozostawiamy w misce na 12 godzin w chłodnym miejscu, albo w lodówce.
Gdy ten czas minie gotujemy w garnuszku zalewę ze szklanki octu, z cukrem i przyprawami. Gorącą zalewamy cukinię (która puściła już miły soczek) i pozostawiamy całość na 2 godziny, aby się przegryzła. Potem przekładamy wszystko do garnka i zagotowujemy na 5 minut.
Gorące rozkładamy do wyparzonych słoiczków dowolnej wielkości. I pasteryzujemy przez 5 minut.

Aby sobie pracę usprawnić, najlepiej skroić i zasolić cukinię wieczorem, a resztę dokończyć rano następnego dnia.

Smacznego!

9 października 2017

Dyniowe indorkowo

Zaległe zdjęcia. Najpierw ostatnie zbiory ogrodowe. Latoś dynia mniej obrodziła, niż w zeszłym roku. Wpłynęła na to zimna wiosna, potem susza, która spowolniła owocowanie. Niemniej sztuk ponad setkę udało się zmagazynować na poddaszu, reszta w postaci niewielkich i niedojrzałych jeszcze kulek i piłeczek skarmiana jest na bieżąco ptakom i kozom.


Cukinia, jeszcze nieprzerobiona. O przepisie na cukinię słodko-kwaśną pamiętam, w przeciwieństwie do Anny, która go właśnie zapodziała. Myślę, że zdążę go odnaleźć i wam podać, nim te smaczne warzywka się skończą..


Na koniec nasz indor lawendowy. Obiecałam i pokazuję. Ma krawat, choć nie chciał, uparciuch zapozować bardziej malowniczo i wyraźnie.


28 września 2017

Zrównoważony czwartek

Słońce w znaku Wagi, jak widać i czuć niesie bardziej suchą i ciepłą pogodę, niż przyniosła była Panna. Przyglądałam się owej kwadraturze Merkurego do Saturna, która tak nam namieszała mechanicznie, pod względem pogody, ale nie spowodowała klimatycznej awarii, oprócz tego, że dzień wtedy spochmurniał i ochłódł, ale znośnie. Niemniej już Mars szykuje się następny do kwadratury z Saturnem, kulminacja będzie od 10-11-12 października i spodziewam się wtedy przymrozków nocnych i ogólnie spadku temperatury, bo to planeta ekstremalna. Pożywjom obaczym.
W każdym razie oprócz ćwiczeń z astrologii staram się (wespół zespół) jeszcze przetworzyć na zapasy to, co się da przetworzyć. Najpierw poszły do gara buraki z ogródka, wyszła pyszna sałatka i wylądowała w piwniczce. Ostatnia porcja keczupu, dość spora. Oraz cukinia na słodko-kwaśno, pyszna. Postaram się dać wkrótce szczegółowy przepis, bo dziś po raz pierwszy spróbowałam przy obiedzie i rzeczywiście, rewelka.

Na koniec spodziewana niespodzianka. Santa Klaus zajechał dziś na stację i został zdiagnozowany. Nie obyło się bez wskazówek, co koniecznie trzeba w nim zrobić, aby przeszedł egzamin na drugi rok, ale szef podbił kartę. Niemniej, wiedząc już, że dni naszego auta są krótsze, niż dłuższe musimy się sprężyć z zakupem nowego. I o tym Księga również wspomniała.
- Patrz, jak to miło załatwiać sprawy w dniu, gdy ma się harmonijny Księżyc. Nawet w kłopotach znajdzie się rozwiązanie i dobra rada, a urzędnicy są mili - stwierdziłam, wsiadając do samochodu.
- Niby tak - odpowiedź. Zawsze nie do końca przekonanej sceptyczki.

26 września 2017

Dziwna radość wróżbity

Taka wczoraj rozmowa.
- Mam tydzień czasu, żeby załatwić przegląd samochodu. Powróż mi, jak pójdzie. I kiedy najlepiej jechać na przegląd.
Zaglądam w uczoną księgę, czyli efemerydy planetarne i widać tego dnia kwadraturę Merkurego do Saturna, następnego Księżyc w Strzelcu w kwadraturowych układach prywatnych.
- Dziś i jutro odpada. Same kłopoty. Wstrzymaj się do czwartku.
- Dobrze, ale czy się uda. Od tego zależy kilka rzeczy.
- Rzuć monetami.
Rzut, sześciokrotny, trzema.
- Hm. 35.1.2 na 38. Dziwne. Pojedziesz, ale nie dojedziesz? Jakaś stara babcia ci pomoże.
- Gadasz od rzeczy.
- To rzuć jeszcze raz. Przegląd się uda, czy nie. Konkretnie.
Rzut znowu trzema, sześciokrotnie.
- O, pięknie, 21.4.5 na 42. Przegryziesz się pomyślnie przez procedury i będzie można zainwestować... Ale o czym w takim razie była pierwsza wróżba? Pierwsza linia się zmienia, pewnie dowiemy się bardzo szybko.
- Uff, dzięki. Od tego zależy, czy włożę pieniądze w tego grata, czy w nowego. A teraz jadę do skupu z grzybami.
Wyjeżdża z garażu, staje za bramą, aby ją zamknąć. Ale widzę przez okno, że wysiada i zagląda pod maskę. Wyskakuję z domu. Co się stało?
- Pasek poszedł, patrz, jak wiruje. Zawracam.
Wjechała z powrotem do garażu. Wypakowała skrzynię grzybów. Zapakowała do torby. Wyciągnęła stary rower, przymocowała torbę do bagażnika.
Radość wróżbity w nieszczęściu taka oto:
- Wniosek taki, że przy kwadraturze Merkurego do Saturna nie należy w ogóle wyjeżdżać z garażu. Oraz to, że nasze wioskowe babcie mają najlepsze rozwiązanie w takim wypadku, gdy trzeba do skupu. Wielocyped!
Co pokazała jeszcze Księga? Jakim cudem nasz stary rzęch przejdzie egzamin w czwartek?
Jednak wszystko ma się rzeczywiście ku dobremu. Miejscowy mechanik, dzięki tej samej kwadraturze miał przestój z braku klientów. Zreperował Santa Klausa w ciągu kilku godzin. Poszedł pasek rowkowy, nic strasznego na szczęście...

22 września 2017

Gustowny Gucio

Mży i mgli oraz dżdży na przemian. W przerwach między robieniem przetworów i serów oraz dokarmiania gadziny domowej i przydomowej, studiuję astrometeorologię. Dzisiaj równonoc jesienna o 22.02 wypada, wypada więc zacząć szczegółowe obserwacje pogodowo-planetarne, aby choć na tym w życiu dobrze się poznać. Jeśli uda mi się coś odkryć na przyszłość w dziedzinie pogody nie omieszkam dać znać.

Tymczasem kozom wsio rawno, byle można było się dobrze najeść. Ich pani wciąż uskutecznia namiętne grzybobranie przy okazji ich wypasu, nie mają źle, snując się po opłotkach i okolicznych gęstwach leśnych. Spadają już liście, jeszcze zielone, a kozy bardzo to lubią, bo wystarczy się schylić, żeby brzuch wypełnić. Na pastwisku zaś gromadnie kanie i prawdziwki wyległy...


Oto i Gustowny Gucio, szefunio, półtoraroczny kozioł. Grzeczny, dobrze wychowany, uległy i łagodny w obejściu. Można spokojnie go kiełnać, nawet taka słaba baba jak ja to potrafi. Bezrogi, z domieszką rasy anglonubijskiej i alpejskiej. Nie skacze na człowieka i nie bodzie bez sensu. Choć muskularny i przepychać się przysłowiowymi łokciami potrafi. Kozy go szanują.


Z tej perspektywy lepiej widać jego reproduktorskie walory. Gdyby ktoś chciał kupić, niech daje znać. Jeszcze ma szansę ma przedłużenie żywota. Jako ojciec sprawdził się już dwukrotnie w całym stadzie, radzi sobie i dzieci zabawne powołuje. Raz rogate, raz bezrogie, uchate a jakże też.

17 września 2017

Grzybne hobby

Okres wzmożonego grzybobrania trwa już od dłuższego czasu. Pogoda mokra i maksymalnie wilgotna, sprzyja wysypowi. Wygląda to tak, że opuszczone przez dotychczasowych masowych zbieraczy lasy okoliczne pełne są grzybnego dobra różnego rodzaju wręcz bez ograniczeń. Anna wychodzi codziennie przed południem niby paść kozy przy lesie, a sama daje się wciągnąć przez duszki leśne tak mocno, że po dwóch godzinach wraca dźwigając wiadro pełne grzybów. Albo wpada w międzyczasie po drugie wiadro, bo jej się zbiory nie mieszczą.


Po co nam to? Ano zdecydowanie po nic. Pewien zapas marynat grzybowych został zrobiony, kilka potraw zjedzonych, chwacit, chciałoby się rzec.
Jednak dusza leśnego człowieka, która się w Annie obudziła nie chce odpuścić.
- To grzech grzyba nie podnieść, jak staje ci na drodze! I sam się pcha do wiadra! - tłumaczy, widząc moją minę.

Zatem czyści i suszy swe zbiory pracowicie w piecu chlebowym i na blasze. A resztę sprzedaje w skupie za grosik. Bo ceny grzybów już mocno spadły. Podgrzybek dwa dni temu był po 5, kurka po 6 złotych za kilogram. Mimo to uzbierała już ponad stówkę oszczędności. Przynajmniej na tyle owo grzybiarskie hobby się opłaca.

12 września 2017

Czuby i kaki

Jedno z czupurków. Prawda, że zabawne czupiradełko? Z błękitnymi nóżkami.


Podobnie zabawne są na podwórku kaczki. Kaki. Ich wygląd na zdjęciu oczywiście niczego nie oddaje, i widz nie pojmie dlaczego uśmiech sam na twarz wypływa, gdy wychodzą ze swojego kaczyńca na dwór i kołysząc się z nóżki na nóżkę i kwacząc ochryple do siebie, niczym kaczor Donald poganiający siostrzeńców drepczą przed siebie gęsiego.