19 sierpnia 2014

Stwory, twory i przetwory

Pogoda siadła i dobrze, upały się skończyły, mogłam wrócić do robienia serów podpuszczkowych (które nie wychodzą, gdy temperatura na zewnątrz przekracza 25 stopni). Kilka nieudanych prób przekonało mnie o tej zasadzie, sery rosły w oczach, pełne oczek takich i owakich, mimo zachowywania wszelkich zasad higieny. Na szczęście trafili się letnicy chętni jeść twarogi i pić mleko, więc straty dużej nie było. Teraz nadrabiam stracony okres, aby zrobić zapas żółtych serów na jesień i zimę.
Poza tym sadowe nadmiary też już dają w kość. A to dopiero pierwsze spady, większość jabłoni dopiero dochodzi do dojrzałości owoców, które w większości wiszą jeszcze na drzewach. Codziennie muszę zanieść do ziemianki kolejne, wyprodukowane przetwory. Nie spieszę się, nie pędzę, nie dramatyzuję. Ot, pięć-sześć słoiczków dżemu, albo 2,5 litra soku, albo baniaczek świeżego soku ukręconego w sokowirówce na cydr, lub butla z nastawem octowym. Jeśli tylko codziennie coś z tego powstaje, to do końca jesieni będzie wszystkiego w bród (niektóre zapasy mają nam starczyć na dwa lata, bo co tyle owocuje nasz stary sad).
Dwa lata temu zrobiłyśmy 15 litrów octu, który właśnie się skończył. Używałam go do wszystkiego, mycia, sałatek i przetworów i muszę stwierdzić, że jego moc tylko z czasem wzrastała w pozytywnym sensie, a smak był wyśmienity. W każdym razie wszelkie octy sklepowe, nawet jabłkowe szkodziły mojej wątrobie, po naszym nie czułam żadnych skutków ubocznych. Zatem teraz trzeba zrobić więcej, tyle wiem.
Anna specjalizuje się w sałatkach warzywnych, i sekunduje mi w wytwarzaniu. Trwają zbiory pomidorów w folii. Część już poszła na sok pomidorowy (bo trudno go nazwać koncentratem), który zużywam zimą do zupy pomidorowej na rosole, albo wypijam duszkiem z odrobiną soli. Dar od sąsiadów, torbę ogórków gruntowych też trzeba było zagospodarować. Idzie czas buraczków, naszych i dyni. Pierwsze leczo na naszych cukiniach trafiło już do zamrażarki.

Poza tym znów była strata i zysk. Zamieniłyśmy się ze znanym nam już hodowcą spod Bielska na indyki, on wziął dwa nasze, czarnej rasy, my dostałyśmy za nie dwa z rasy czerwonej. Niestety, reszta naszych indycząt nie zważała na żadne zakazy i perswazje, zabrnęła w łąki za daleko, gdzie dopadły je drapieżniki. Tylko jeden z piątki wrócił następnego dnia w południe do domu i matki.
Poza tym Anna dokupiła naszemu Kubie, który rozwija się znakomicie i jest już prawie cały opierzony, dwie młode siodłate gęsi. Nie są to pełnej krwi kubanki, bo i zresztą, jak nam nasz hodowca wyłożył, także i Kuba wcale w pełni kubański nie jest. To krzyżówki z białą gęsią hodowlaną, co można poznać po jasnych nogach i częściowo jasnym dziobie. Zaletą krzyżówek jest jednak to, że znoszą o wiele większe jaja, niż inne gęsi. Ich mięso jest mniej tłuste i bardzo smaczne.
Balbinki, jak je nazwałam (choć to podobno parka, samiec i samica) adaptują się właśnie do stada białych gęsi i drepczą za nimi z pokorą, choć śpią jeszcze osobno, w miejscu, które zwolniły tuczone koguty, przechodząc w inny stan skupienia i w ręce klienta.

No, a budowa wciąż trwa. Nie chce mi się o tym szczegółowo opowiadać, bo to nic nowego... Coś co miało trwać trzy dni właśnie trwa już miesiąc i końca nie widać pierwszego etapu, czyli postawienia ścian i sufitu. Ot, efekty podlaskiej maniany.

2 sierpnia 2014

Skwarne zajęcia

Upał doskwiera. Każdorazowe wyjście na dwór to akt bohaterski. Zwierzyna pochowała się gdzie mogła przed słońcem,w obejściu panuje bezruch i cisza. Nie palę pod płytą, tylko robię co potrzeba na kuchence gazowej, aby nie dodawać w mieszkaniu temperatury. I tak wewnątrz, przy otwartych na poddaszu oknach i kilku zasłoniętych żaluzjami od słonecznej strony na dole, udaje się zachować 24-25 stopni.
Powstają przetwory, także z ostatnich jagód, które kupiłyśmy od młodszej siostry Jarego, wielkiej zbieraczki. Sprzedaje po kosztach skupu, a że skup już przestał skupować jagody, bo sezon na nie się skończył, to po ostatniej cenie skupowej, tj. 10 zł za kilogram. Robię z nich dżemy jagodowe, będzie jakieś 7-8 słoiczków, a resztę na surowo żeśmy zeżarły ze śmietaną i cukrem. Zresztą nie pierwszy raz w tym roku taka uczta jagodowa. A raczej kuracja. Bo w sumie zaliczyłam kilka kilogramów jako leczniczy coroczny przysmak, nie robiąc żadnych przetworów.
Nastawiłam także pierwszy baniaczek cydru oraz octu (na wytłokach jabłkowych zmieszanych z wodą).
Obierki zjadają ze smakiem gęsi i kozy, kury także nimi nie gardzą.

Budowa stanęła. Majster pracuje, a poza tym nie może znaleźć chętnych do pomocy. Wszyscy odmawiają, bo "za gorąco". Jak majster ma wolne to wypada akurat wielikoje świato (np. Eliasza), albo żniwa albo inne metafizyczne przeszkody i tak się wlecze. Maniana.

30 lipca 2014

Jabłeczne doświadczenie

Zaczyna się z wolna sezon na jabłka. Codziennie obieram wanienkę papierówek i spadów z innych jabłoni i wrzucam do gara, albo sokownika. Powstają pierwsze jabłkowe dżemy i musy do szarlotek, dziś po raz pierwszy sokownik dał 2 litry soku (papierówki nie są zbyt soczyste same z siebie, a do tego ostatnie upały nieco już wpłynęły na owoce). Tak będzie przez co najmniej dwa miesiące. Dojdzie zbieranie jabłek, gdy zaczną się sypać i odwożenie do skupu. W planie jest jeszcze susz, cydr, ocet i oczywiście wina, które po dłuższym przechowywaniu (co najmniej półtora roku i więcej) stają się pijalne i nie trącą już "jabcokiem".
Mamy już doświadczenie z lat ubiegłych co do ilości potrzebnej nam dwu i czasem gościom do spożycia na 2 lata, dżemy jabłkowe z ubiegłego roku teraz są na wykończeniu, ale przecież są nadal, soki dopiero niedawno wyszły wszystkie po dwóch latach od ich zrobienia (jakościowo były bez zarzutu, przechowały się bezbłędnie w ziemiance). Winko też już się skończyło (przy czym nie tylko z samych jabłek, ale i dosmaczane innymi owocami). Cydr starczył tylko na samą jesień, a bo jego pije się najlepiej jako sok musujący w upały letnio-wczesnojesienne. Octu mam jeszcze kilka litrów, a używam go też do mycia, nie tylko kulinarnie. Przez dwa lata zwiększył jedynie moc.

24 lipca 2014

Wokół festiwalu

Zawiesiłam wpisywanie ze względu na nadmiar zdarzeń i notorycznie inny stan świadomości, w który mnie one wprawiły. Powoli wracam do normalności, ale zdaje się, już będzie odrobinę inaczej. Zwyczajnie się zmieniam.
Przed festiwalem, klasycznie, było mnóstwo pracy. Trafiły się fuchy, chociaż Anna zarzekała się, że już żadnej nigdy nie weźmie. Przyszło co do czego, nie odmówiła.
Potem był festiwal, trzydniówka. Anna jeździła na wiele godzin w ciągu dnia, gdyż razem z Jurkiem Fiedorukiem prowadziła warsztaty z gliny, a potem stoisko z wyrobami ceramicznymi dzieciaków z koła garncarskiego przy domu kultury. Przy okazji też wystawiła swoje mydła, które cieszyły się dużą popularnością. Ja w tym czasie pilnowałam gospodarstwa, rozmawiałam z gośćmi, wszystko na sporym rauszu, w który wprawiło mnie mocne roczne winko jabłkowe, w pewnym nadmiarze wypite pierwszego wieczoru.
Apogeum festiwalowe było w sobotę. Koncert okazał się po prostu i jednym słowem WSPANIAŁY. I nie do opisania. Ludzie na widowni również. Panowała ogólna atmosfera przyjaźni i bratania się. Ktoś poczęstował mnie szklaneczką śliwowicy (dostępnej legalnie u zaprzyjaźnionego Słowaka, który od kilku lat zjeżdża ze swoimi wyrobami na festiwal). Ktoś wyściskał przechodząc obok. Co rusz natykałam się na dawnych znajomych i trzeba było się witać. Wystąpiły po sobie same dobre i coraz to lepsze zespoły. Od ukraińskiego Kozak System, przez angielski The Ukrainians, rumuński Taraf de Haidouks po Czeremszynę. Która wystąpiła w zwiększonym składzie śpiewaczym i dała taki popis białego śpiewu chóralnego, że znajomi Ślązacy, którzy po części przeżywali to po raz pierwszy popadli w zachwyt (choć już i tak byli w euforii po występie rumuńskiej orkiestry cygańskiej).
- W jakim języku oni śpiewają? - pytali mnie później i trzeba było objaśniać podlaskie oczywistości.
- Te kilka wolnych utworów na początku to było coś zajebistego. Czemu nikt w Polsce tego nie zna, nie wie? Tu wszyscy śpiewają na widowni razem z zespołem, znają słowa, rozumieją!
Ano tak. 
Niedziela była spokojna, poświęcona bardziej imprezom towarzyszącym, warsztatom tego i owego, konkursom, niż muzyce. Skończyło się wszystko o zmierzchu dyskoteką prowadzoną przez DJ Wojcia i pożegnaniami. 
Pogoda dopisała, było wręcz skwarnie. 
Potem należało festiwal odespać i otrzeźwieć. 

Z innych, już rolniczych spraw to ważna jest historia kubanek. Zdechły prawie wszystkie, po kolei na zarazę wirusową (nasz weterynarz nie jest specjalista od gęsi, a inny, którego nam polecił jako znawcę, obsługuje jedynie wielkie fermy). Został tylko największy gąsiorek, który zresztą wykluł się pierwszy. Dostał imię, Kubuś. Oraz towarzystwo trzech zielononóżek, które się wykluły pod indyczką (z 15 jaj pozostało 7, których nie zgniotła, a z 5 wyklutych piskląt przeżyła trójka, którą odebrałyśmy nerwowej niani, aby dać im szansę odchowania się). Dzięki słonecznej pogodzie Kubuś dnie spędza w zagródce w ogródku przy tarasie, co bardzo sobie chwali. Uspokoił się już po stracie stadka i oswoił ze mną, a nawet złapaliśmy ze sobą dobry kontakt.

No, a brojlery poszły pod nóż, a raczej pod siekierę. Jednego już zjadłyśmy, oj, smakowity. Miały wagę od 1,5 do 2 kg. Kartoflami, osypką, twarogiem, zielonym i serwatką karmione.

7 lipca 2014

Sianokosów czas

Bozia wysłuchała rolniczych potrzeb i zesłała cztery dni bez deszczu ładnej pogody. No, nie były to jakieś potworne upały, ale ciepło wystarczające. Nastała ogólna mobilizacja na łąkach, u nas też. Jeden dzień trwało obracanie siana, a przez trzy następne trwało kostkowanie i zwózka. Tym razem Anna zwoziła sama użyczoną przyczepką i na pace, co taniej wyszło, niż zwózka rozrzutnikiem. Nic, że jeździła dwa razy więcej. Pomagał jej Wańka i Andriusza. Przez dwa dni pracowali po 11-12 godzin.
W sumie przyjechało do zagrody 550 kostek siana, poddasze obory jest zapełnione po brzegi, a reszta znalazła się w altanie pod dachem i czeka na wybudowanie paszarni. Na koniec jeszcze zebrałyśmy razem, we dwie, klasycznie widłami i grabiami kopki siana, skoszonego na naszej wiosce, które nam dano do zabrania z półhektarowej łączki. Jest tego pełen garaż. Przy okazji jego tam magazynowania kichnęło mi się zamaszyście cztery razy. Tyle zostało z mojej dawnej alergii na siano.
I wtedy nadeszła bura chmura i zaczęło padać.
Czyli jest już po sianokosach, uch!
Dzisiaj kozy stoją z racji ulewy w oborze i chcąc nie chcąc wciągają siano, dane im obficie w żłobach.

2 lipca 2014

Zaległości

Udało się wreszcie ściągnąć zaległe zdjęcia z aparatu. Nadrabiam zatem zaległości obrazkowe. Na poniższym trzeba patrzeć na dwa zawieszone kwiaty w altanie, efekt zakupów na targu.


Poniżej świeżo przybyłe na świat gusie kubanki. Jeszcze wtedy dwie. Dwie dalsze doszły z czasem.


No, i Paszka, czyli Pasia. W altanie. Jeśli by ktoś pytał o znaczenie imienia to dla mnie, oprócz ruskiego skrótu od imienia Paulina, lub Paweł, oraz związku z pasterstwem, oznacza także i przede wszystkim... dobrą karmę.


Starsze gusie, w liczbie ośmiu są już większe, niż na zdjęciu, ale w końcu trzeba od czegoś zacząć pokazywać. Pasące się pod płotem przy drodze, na jednym ze swoich ulubionych miejsc.


A poniżej opowiastka o tym, jak to kupa gałęziówki w zeszłym roku zwiezionej z lasu w rękach Ani (piła) i Jarego zamienia się w eleganckie ścianki (są podwójnie stawiane), w których drewno ma przeschnąć do zimy. Jeśli nie tej, to następnej.


Gałęzie owe zupełnie zniknęły, ścianek przyrosło, a w tym miejscu, gdzie leżały staje teraz budynek gospodarczy, ba, nawet dwa w jednym. Ale o tym będzie później, jak już stanie. Na razie zostały wylane fundamenty i dojrzewają do kolejnej fazy budowy.

30 czerwca 2014

Znowu pada

Anna, która stara się zachowywać dystans wobec moich poglądów na rolę chemtrails, tj. chemicznych smug na niebie sprowadzających deszcz, niedawno wpadła w determinację i zaprzeczyła sama sobie:
- Zaczynam mieć taką teorię spiskową, że "oni" specjalnie nie chcą, aby ludzie zebrali siano. I żeby było drogie i zmniejszyła się hodowla. No, patrz co się dzieje! Znowu pada!
A tu co rusz ktoś podjeżdża pod nasz płot i oferuje ściętą trawę na swojej łące do zebrania. Bo akurat był dzień pogody i można było to zrobić.
- Bierzcie, suszcie, zabierajcie sobie - serdeczny uśmiech na twarzach.
Tylko nerwy są z tego większe. Bo Anna nakręca się na sianokosy, gdy tymczasem na drugi dzień niebo zachodzi chemicznym klejem i po kilku godzinach zaczyna padać. Nie są to jakieś ogromne ulewy przeważnie (właśnie dopiero jedna się zdarzyła dzisiaj taka, jaką opisuje w swoim świeżym wpisie pan Jacek mieszkający w środkowej Polsce), ale siano wymaga przesuszenia, a tu pogoda nie chce z tą potrzebą współpracować. Wręcz złośliwie staje na przeszkodzie wszelkim planom. Trzech dni pogody pod rząd nie przewiduje żadna dostępna prognoza, także te dłużej dystansowe wróżą taki mokry cały lipiec (w czym zaczęły sobie przeczyć, bo niedawno głosiły inaczej).
No, jak ma być inaczej, jeśli zima była ciepła i bezśnieżna? Ciepła zima to mokre lato, taki jest mój sposób prognozowania, który mi się zawsze sprawdza.
Co prawda spotkałam się jeszcze z inną ludową przepowiednią pogody na tegoroczne lato. Nasz młynarz (nasz, bo już u niego się głównie zaopatrujemy w mąkę i osypkę) zdradził swoją metodę następującą:
- Patrzę co pierwsze liście wypuszcza. Brzoza czy olcha. Jak brzoza to będzie sucho, gdy olcha - będzie mokro. W tym roku ruszyły jednocześnie. Wróżę, że będzie to i to na przemian, po równo.
Hm. Może i tak po trosze jest. Na dwa dni słońca, lub chociaż wietrznego bezdeszczu przypadają dwa dni mokre. I klops. Jednego dnia skosisz, drugiego przewracasz, a trzeciego dnia nie ma, żeby zebrać. Wdaje się deszcz i siano nie nadaje się do zebrania. Przez dwa dni nasiąknie tak dalece, że potrzebowałoby co najmniej dwóch dni wielkiego upału (którego nie ma) i wiatru, aby wyschnąć i dać się zebrać dnia trzeciego. I tego właśnie brak. Ludzie czekają jeszcze z sianokosami, ale ile można? Trawa przerosła, zakwitła, traci na wartości. To i co, że bujnie wyrosła dzięki wilgoci. Jeśli ścięta gnije na łące.
- Nie ma co! Ty w niedzielę do kościoła idź i proś Boga o pogodę na sianokosy - orzekł Wania, który też się na nie szykuje, ale w roli pomagiera.
No, właśnie, może by jakiś rytuał przywołujący słońce zrobić na wiosce? Znam jedynie korowody, którymi przywoływano deszcz, niestety.

Zamiast u siana zatem, Anna spędziła dzień szyjąc i doglądając ekipy, która się zjawiła, aby dokończyć budowanie szalunków z desek pod fundament budynku, który ma stanąć. Chłopcy zrobili, co mieli zrobić, moknąc w dużej części, ale dzielnie nie przejmując się deszczem, który wtedy nie był jeszcze zbyt obfity. Lunęło sporawo po kilku godzinach, późnym popołudniem. Aż mnie na mocny sen zebrało. I zalewania betonem nie było. Przeniesione na inny dzień.
O, i znowu pada...

29 czerwca 2014

Pełen zwój

Niektórzy stawiają na rozwój, zapewne duchowy mając na myśli, choć nikt tak naprawdę nie ma pojęcia co to ów duch, dopiero jak nim sam się stanie. Niemniej rozwój jest w modzie. Przeważnie łączy się z nim dietę wyniszczającą tkankę tłuszczową i robactwo w organizmie, uczęszczanie na kursy i warsztaty do rozmaitych guru, terapie i autoterapie, medytowanie z mantrą lub liczeniem baranów do przodu i do tyłu, twarzą do ściany lub ikony, wyginanie ciała według mody azjatyckiej, rzadziej zachodniej, czytanie samych pozytywnych książek i świętych historii, aby w trakcie takich właśnie oczyszczań ciała i ducha (czymkolwiek on jest) wyczyścić także swoje życie prywatne od toksycznych związków z przykrymi ludźmi, stwarzającymi tylko problemy. W zamian włącza się takim oczyszczonym jakiś rodzaj programatora i szybciochem taksują i kasują wszelkich nowych znajomych, oceniając ich błyskawicznie pod kątem nieprzerobionych kompleksów, niskich emocji, złych nawyków i ciężkiej do udźwignięcia karmy. Bywałam i ja tak taksowana i bywam wciąż, choć sama nikomu szansy nie odbieram, choćby najbardziej dziwnemu typowi charakteru i umysłu. Przypomina to dokładnie to samo zakręcenie, które mają fanatycy, także polityczni, którzy zadają się tylko "ze swoimi". A więc prawicowiec z prawicowcami, lewicowiec z lewicowcami, katolik z katolikami, buddysta z buddystami itd. itp. Rozwojowiec z rozwojowcami także, a jakże.
W języku polskim słowo rozwój pochodzi od zwoju. Coś co jest zwinięte rozwija się i ukazuje, jak kolorowa wstążka. Jeśli przyjmiemy, że chodzi o coś podobnego do programu rozwoju, który uruchamia się w czasie samodzielnie, tylko pod wpływem zaprogramowanych w przyszłości punktów krytycznych, tik-tik, bije dzwon i nagle rozwija się jakaś zwinięta do tej pory taśma w mózgu i człowiek zmienia się (pozornie, ponieważ czyni tylko to, co musi i co w nim samo zaczyna wołać, no, zawsze wołało o zaistnienie), to tak naprawdę "świadomy rozwój" to jakieś kulturowe kuriozum!
Moje doświadczenie wewnętrzne i zewnętrzne (na podstawie obserwacji ludzi i zjawisk życiowych) mówi mi jasno: człowiek nie zaprogramowany ku przemianie duchowej nigdy się w tę stronę nie rozwinie, będzie tylko co najwyżej małpował modne zachowania, słówka, miny. Ducha w sobie za cholerę nie obudzi. Lepiej by zrobił, gdyby został kimś zwyczajnym, osadzonym w rzeczywistości i czynił rzeczy zwykłe. No, ale - tu paradoks jest też dla mnie oczywisty (dla mnie, jako astrologa, który widzi szkielet indywidualnej psychiki narysowany w horoskopie), taki ktoś, biegający "świadomie za rozwojem" także jest na owo bieganie zaprogramowany i rozwija owo właśnie, bieganie, nic innego. Więc niechaj biega sobie, z Bogiem! Co mi tam. Byle nie zmylił mi pojęć co jest co.
Jestem człowiekiem introwertycznym i flegmatycznym. Aktywnym przede wszystkim w głowie i sercu, wewnątrz. Nie pobudzającym wnętrza zewnętrzem i sztucznie wytworzonymi bodźcami. Dlatego w moim życiu były okresy długiej nudy i trwania (przetrwania) w trudnych i nierozwojowych warunkach, które nagle i diametralnie kończyły się czyszczeniem wcale nie przeze mnie zainicjowanym. Ot, zmiany spadały na mnie z woli losu, przemian ustrojowych, śmierci bliskich i trzeba się było do nich dostosować. Wręcz, powiem tyle, że żadne z podjętych przeze mnie świadomych prób zmienienia siebie i życia nie przyniosły rezultatu, grzęzły w błocie codziennym i udupionym przez różne uwarunkowania. Dlatego nauczona doświadczeniem nie podejmuję już żadnych akcji przyspieszających ów legendarny rozwój, o którym wszyscy mówią. A czort z nim!
To, co teraz robię, to głównie zwijanie, a nie rozwijanie (się). Tak z pewnością by orzekli niektórzy rozwojowcy. Nie szukam kontaktu z uduchowionymi ludźmi, a raczej przeciwnie, cieszą mnie jak najprostsze przypadki, bo najwięcej mi dają do myślenia. O duchu, przyrodzie, świecie, Bogu, jak zwał tak zwał. Są bowiem jego (ich) cząstką najczystszą i nieskażoną żadną modą i sztucznością, ani zadufaniem.
Nie cierpię uduchowionej mowy, czy to kościółkowej, czy ezoterycznej, tak samo jak nie cierpię politycznych i ideologicznych przemówień.
Dlatego, tak, dlatego przebywam na co dzień ze zwierzętami i im poświęcam wiele swojego czasu i pracy. Przyroda potrzebuje teraz o wiele więcej uwagi, niż dawniej. Bo zanika, także się zwija. Zwijamy się zatem razem. Nie uważam tego czasu za stracony. Wystarcza mi go na wszystko inne, to kwestia organizacji dnia i czynności. I nie uważam, że konieczna do wykonania w gospodarstwie praca, ciężka i mozolna, bezwzględnie codzienna odbiera mi szansę na "rozwój". Niczego mi nie zabiera, a daje.
Ostatnio na przykład uczę się gęsiego języka i wydaję z siebie dziwne dźwięki, aby dogadać się z kubankami. Ale nie tylko z nimi. Bo i z resztą drobiu także. I powiem wam coś. One to rozumieją i reagują odpowiednio! A zatem jak to nazwać? Rozwijam się czy zwijam?

25 czerwca 2014

Psia obsada

Dawno nie opowiadałam o psach. Nadrabiam temat.
Laba jest już prawie dorosłą, roczną suką. Jeszcze do niedawna zachowywała się po szczeniacku i trudno było ją okiełznać. Jest żywiołowa, uwielbia biegać i ścigać kozy. Robiła to po swojemu. To znaczy ja goniłam kozy przed sobą, ona wyprzedzała stado i zaganiała je od drugiej strony na mnie z powrotem...
Jej relacja z Kolą zbudowała się z czasem. Kola długo była obrażona i stroiła fochy jedynaczki, właściwie do czasu, gdy Laba zaczęła wyglądać jak dorosły pies. Jednym słowem Kola nie znosi dzieci. Laba zachowała wobec niej pokorę i cześć, składa jej hołdy kilka razy dziennie. Nie ma i nie było jednak między nimi zażyłości siostrzanej, jest twarda hierarchia, szefowa i sługa. Zatem nie było nigdy psiej zabawy.
Kola mimo to bardzo widocznie zmieniła się przy Labie, dzięki jej obecności. Dopiero wtedy, gdy się zmieniła, zrozumiałam w jakiej depresji i osamotnieniu była po śmierci Miłki. Najważniejsze, skończyły się ciągle powtarzające się kontuzje tylnej łapy i kulenie przez kilka miesięcy z rzędu! Odmłodniała wyraźnie. Jest pełna zapału, energii, czuje się silna i ważna. Subtelnie także pilnuje porządku i posłuszeństwa wobec nas u reszty psów, nie na darmo nosi ksywę Policja.
Kiedy nastała Paszka, powstała już mini-wataha. Laba nagle, z dnia na dzień wydoroślała i spoważniała. Wzięła pod opiekę szczeniaka i jest najlepszą towarzyszką i nauczycielką Pasi, jaką można by jej wymarzyć. Nagle zrozumiała w którą stronę goni się kozy, słucha rozkazów, potrafi zagonić kozią młodzież do obory i trzymać ją w szachu tak, że można wszystkie kozy spokojnie poutykać w swoich boksach i żadne się nie rozlezie. Ponadto całe godziny spędza na zabawach z Paszką. Tu zauważam wielką inwencję w wymyślaniu zabaw u obu, psy bawią się ze sobą w podobne zabawy co ludzkie dzieci pozostawione samotnie na podwórku. A więc jest gonitwa i wyścigi, zabawa w chowanego, w berka, wspólne gonienie kota lub koguta dla postrachu, nie żeby skrzywdzić (kot się nie obraża, a czasem sam zaczyna zabawę, po czym sprowokowawszy psy wskakuje na daszek i stamtąd śmieje się z nich), dzisiaj było coś w rodzaju piłki nożnej, w której rolę piłki pełniła plastikowa doniczka skradziona z ogródka, podrzucana i "kopana" przednimi łapami i wyrywana sobie zębami. No, i oczywiście psie zapasy, nieustanna tarzanina po piasku i trawie, gryzienie sobie uszu i straszliwe warczenie i szczekanie na siebie nawzajem.
Laba ma też dużą czujność, choć jeszcze nie wychyla się przed szereg i zazwyczaj czeka na pierwszą reakcję Koli. Bo Kola reaguje natychmiast na rozkaz, gdy trzeba pobiec w las i postraszyć nie wiadomo co, a czego wystraszyły się kury. Biegnie wtedy w stronę kurzych gdakań i szczeka bardzo głośno i groźnie. Zazwyczaj to pomaga spłoszyć polującego drapieżnika, choć bywa, że niekiedy za późno. Laba biegnie tuż za nią i czasem się odzywa, czasem nie, zostawiając pole do popisu szefowej. Kiedy jednak Koli nie ma na podwórku, a ona coś zauważy zrywa się z alarmem bez czekania. Na ludzi tylko ujada przy płocie, niegroźnie, ale gdy chodzi o zwierzę zrywa się błyskawicznie do biegu. Od jakiegoś czasu bywało, że wybiegała z zagrody i obszczekiwała dramatycznie brzeg lasu na Górze po drugiej stronie drogi. Nie wchodziła jednak w głąb. Kombinowałam, że to może na jakiegoś grzybiarza szczeka, albo wioskowego partyzanta ukrywającego się przed policją, ale wczoraj okazało się wreszcie, że nie szło jej o człowieka. Z lasu bowiem wychylił się na chwilę lis. I Laba ruszyła z pazura błyskawicznie i tak odruchowo w jego stronę, że lis ledwie ogona w jej pysku nie zostawił. Tym sposobem uratowała życie kurom sąsiada Mikołaja, na które lisisko się zasadziło w krzakach przy drodze.
Paszka jest jeszcze maleńka, więc jej przydatność pasterska jest żadna. Zwłaszcza, że wciąż jeszcze zajmuje z góry upatrzoną pozycję w razie jakiegokolwiek hałasu czy zamieszania na podwórku. Ale widać stopniowe postępy. Przede wszystkim uwielbia zaganiać kurczaki i koguta, bo są jej wzrostu. Potrafi tak się zapamiętać, że  wgania całe kurze stado na ziemiankę albo daszek, gdzie oczekują zmiłowania pańskiego, czyli mojego. Ona biega wokół i szczeka piskliwym szczeniackim głosikiem calutka szczęśliwa. Teraz zauważam, że ośmiela się towarzyszyć Labie przy zaganianiu kóz do obory, nie odstępuje jej boku, choć jeszcze sama się nie wychyla. Ale już wykazuje aktywność, a nie strategiczne chowanie się przed biegnącym stadem.
Od samego początku codziennie i bez wyjątku zabieramy ją do każdego obrządku, aby oswoiła się z kozami, a one z nią. Uwielbia te wyjścia, bo może się wtedy swobodnie bawić z Labą przy nas. Gdy raz zaspała i spóźniła się, zaalarmowała nas ogromnym wyciem i piskiem dobiegającymi zza drzwi domu, tak histerycznymi, że trzeba było czym prędzej ją wypuścić na dwór.

Zmieniając na koniec temat wspomnę, że z gusiami stanęło na czterech żywych kubankach, reszta jaj była martwa, być może częściowo niezalężona. Anna wyrzuciła je i zgoniła indyczkę z gniazda, aby rozprostowała mięśnie. Rzeczywiście, chodziła z przykurczem jakiś czas. A my deliberowałyśmy co zrobić. Czy oddać jej czwóreczkę cennych dla nas gąsiąt pod opiekę i ryzykować, że coś się z nimi może stać z różnych powodów, czy nasadzić na kolejnych jajach zielonych nóżek, aby wysiedziała i wyprowadziła kurczęta w kurniku, a nie obce sobie i kurom gąsięta. Po południu decyzja zapadła. Gusie zostają w pudle pod elektryczną kwoką na kilka tygodni, zanim się nie opierzą, potem dołączą do stada starszych gęsi. A indyczka zasiadła na 15 jajach zielonych nóżek na kolejne trzy tygodnie.

22 czerwca 2014

Niedzielny opad, czyli nie szwedzki potop

Ta sama pogoda co wczoraj, przelotne opady. Goście zebrali się do powrotu, więc i nas wzięło na jakąś niedzielną wycieczkę. Zadzwonił niespodziewanie kolega i ustaliliśmy znowu spotkanie w Mielniku. Kończył się tam dzisiaj trzydniowy zlot wojowników Słowian, Bałtów i Wikingów. Miało być jeszcze gędźbowanie. Czemu nie posłuchać? Pojechałyśmy. Kilka kilometrów przed Mielnikiem złapał nas deszcz.
- Pewnie zaraz skończy padać, zobacz widać koniec chmury - stwierdziłam.
Nie było jednak tak łatwo. Kolega ukrył się ze znajomymi w restauracji, aby przeczekać opad. Wymieniliśmy wartości i poszłyśmy w tym samym celu zrobić zakupy do marketu. Lało jak z cebra. Z wzrastającym impetem. Istne oberwanie chmury.
W końcu ustało.
I natychmiast wyszło piękne słońce, niebo błękitne, niewinne. Zostawiłyśmy samochód przy cerkwi i zeszłyśmy drogą w dół ku stadionowi, gdzie wyżej wzmiankowany zlot się odbywał, według jedynego plakatu reklamowego, jaki udało nam się znaleźć.
Na dole okazało się, że umiejscowiony u stóp góry zamkowej teren obozowiska wojów został dokładnie zalany, zrobiło się grząsko i nie raz trzeba było skakać przez kałuże i szybko przebierać nogami, żeby do butów się nie nalało.
Wojowie byli w rozsypce i najwyraźniej gotowi na ewakuację. Nikt nie myślał o gędźbowaniu, tylko ogarniał dobytek. W trawsku można było znaleźć porzucone bezładnie dzidy i młoty Tora. Paliło się jedno ognisko i ktoś coś pitrasił na ruszcie. Tyle.
Zawróciłyśmy. Przy skoku przez kałużę stąpnęłam w trawę podstępnie nasiąkniętą wodą, woda wlała się do buta. 
I taka to była nasza wycieczka niedzielna. Po-kupalna. Żywioł wody jednak się zamanifestował w znacznej obfitości. W drodze powrotnej oceniłyśmy siano, już skoszone na kolejnej łące bobrowej, z której można by je zwieźć. Od wczoraj wlało się w pokos już sporo deszczów. Tyle, że jest prawie stale wiatr i po deszczu słońce, więc przesycha po każdej zlewce. Wzięłyśmy po garści, aby sprezentować kozom i sprawdzić, czy jedzą. Wianków już nie było gdzie puścić, bo u nas w tym czasie wcale nie padało. Za to, na poprawę nastroju, zajęłam się dosładzaniem wina z mniszka i przy okazji zlałam z gąsiora buteleczkę do konsumpcji.
Oj, kupała, kupałła!

21 czerwca 2014

Podejrzliwość

Nikt na wsi teraz nie rozmawia o polityce, ta sprawa nie istnieje. Ważne są sianokosy i inne prace sezonowe. Politykują jedynie staruszkowie na ławeczkach pod płotem przy drodze, z racji emerytury nie mający rolniczych obowiązków i z zainteresowaniem śledzący media. Nie bezkrytycznie, to jednak stare pokolenie. Nauczone podejrzliwości i znające ludzką naturę. Doskonale wiedzą, że góra zajmuje się zawsze korytem, a doły ciężką pracą i nigdy nie było inaczej.

Tak i u nas. Wylęgła się jeszcze piąta gąska, ale nie wiemy czy przeżyje. Ma dość spore zranienie na szyjce, nabawiła się go przy wychodzeniu z jaja. Jaja gęsie mają twardą skorupę i to częsta przypadłość u piskląt. Jutro zobaczymy jak przeszła noc pod indyczką.
Pani sprzedająca jaja zachwalała je, że wszystkie zalężone i z każdego wyskakuje gąska. Trudno mi było w to uwierzyć, bo znam realia. Poza tym było już jednak późno, jak na wylęgi. No, i tak zdaje się jest. Ech, dobra teraz i połowa narodzonych.
Nakryłam Kicię. Pod moją nieobecność wskoczyła na stół i wlazła do pudła gąsiątek. Usadowiła się w kąciku pod lampą-kwoką, niczym w solarium, a gąsięta, ufnie i spokojnie siedziały tuż obok niej, zadowolone z towarzystwa.

Pogoda zmienna. W ciągu dnia przeszły trzy chmury i trzy deszcze. Po nich wychodziło słońce. Anna z Jarym porządkowali teren budowy, po czym zwieźli przyczepkę zalegających jeszcze w miejscu zakupu budynku starych dachówek.
Nasi goście nazbierali w tym czasie w lesie prawdziwków i raczyli się jajecznicą z grzybami na obiad. Sprawdziłam, rzeczywiście były to prawdziwki. Po czym poszli gdzieś na leśnej polanie świętojańskiej paproci szukać.

20 czerwca 2014

Dochodzenie

Przez noc doszły jeszcze dwie kolejne kubanki. Stacjonują w czwóreczkę pod lampą, czekają na dalszy rozwój wydarzeń. Na razie nie daje się wyczuć żadnego poruszenia w reszcie jaj, ale dajemy im szansę.

Z rana zjawiła się ekipa z betoniarką, Anna zwiozła pożyczoną przyczepką gruz rozbiórkowy, który wszedł w skład fundamentów. Zostały dzisiaj zalane.