30 października 2014

Zimne ciepło

No, więc przemija kilkudniowy okres nocnych mrozów na Podlasiu. Spadały do minus 8 w porywach. Dnie są pogodne, słoneczne, acz proporcjonalne co do temperatury. Dzięki prognozie zdążyłyśmy w przeddzień zakręcić kran zewnętrzny. Przeprosiłam się z c.o. i nawet to polubiłam. Gotuję na piecokuchni o wiele szybciej, niż na kuchni, ciepło w całym domu, Anna może szyć i lepić z gliny w swoim najchłodniejszym pokoju, woda jest gorąca w bojlerze i można się śmiało kąpać w ogrzanej łazience. Młode kozy po pierwszej zimnej nocy były nastroszone i roztrzęsione, ale już nabrały przyzwyczajenia i nie panikują.
Przez te chłodne, ale przecież pogodne dnie Anna zdołała, częściowo ze mną, a częściowo z Jarym wyczyścić oborę z gnoju i wywieźć go naszą furmanką do permakulturowego ogrodu. Wczoraj wpadł Wania ze swoją piłą i ściął starą, nie dającą już owoców gruszę rosnącą na kaczym dołku. Drewno posłuży oczywiście do wędzenia.
Z wolna porządkujemy podwórko z zalegających na nim po budowie kup starych desek i odrzuconych belek. Część zdatnego materiału została starannie ułożona na przekładkach i nakryta starą blachą. Część pocięta na drobne, a reszta czeka na pocięcie i spalenie w piecu. Bo nie ma to jak drewno z rozbiórki do palenia. Tak samo pod płytą, w ścianowym jak i w c.o. Piece szybko się rozgrzewają i oddają ciepło z nawiązką.

Zwierzęta mają się dobrze. Białe gęsi zaczęły się nieść, a ponieważ nie wiemy które to robią, na razie mają wyrok odroczony. Zielononóżki jesiennie wypierzają się, niestety coś wykasowało nam wszystkie młode kurki (oprócz jedynego kuraczka) i stado jest do renowacji na przyszły rok, bo w większości są to nioski już trzy- i czteroletnie. Niesie się głównie biała stara leghornka i jarzębiatka, która jedna przeżyła ze stada tucznych kogutów tegorocznych, właśnie dlatego, że okazała się kurką.
Kubuś okazał się gąską i świetnie się zgrał z balbinami. Niestety obu stad nie daje się połączyć, są ulokowane w osobnych budynkach. Nawet nie dlatego, że białe gęsi tego by nie zechciały (po wykasowaniu najagresywniejszych samców są spokojne i uległe wobec najsilniejszego balbina), ale balbiny są dziksze od hodowlanych i za nic nie dają się wgonić do kurnika. Same wchodzą do swojej zagrody w stodółce o właściwej porze, i tak już zostanie, aż do przyszłorocznej przeprowadzki do nowego budynku. Są dziksze, czyli trzymają się zawsze w dystansie, co dla mnie jest zaletą. Bo już jestem ścigana przez białego gąsiora, gdy stado pojawia się na podwórku przy wodopoju. I nieraz muszę ruszyć biegiem, aby mu umknąć spod dzioba.
Balbiny potrafią także wysoko fruwać, o czym przekonałam się wczoraj na własne oczy. Balbinka pogoniona przez nadgorliwą w zaganianiu zwierzyny Paszę uciekając wzbiła się w powietrze jak prawdziwa dzika gęś i przefrunęła na drogę przez płot wysoko nad nim. Wylądowała w sadzie bez uszczerbku. Po czym drąc dzioba na pół wioski przymaszerowała okrężną drogą, aby połączyć się ze stadkiem.

21 października 2014

Letnie pląsania

Na osłodę mojego braku natchnienia do pisania na blogu, daję link do filmiku, który fajnie pokazuje atmosferę panującą na czeremszańskim festiwalu. Nagranie z tego roku 2014.

https://www.youtube.com/watch?v=Qd3sXFpYrSY&feature=youtu.be

Rolę całkiem niemałą gra w nim niespodziewanie nasz Jary Smok! uch, cały w pląsach.

4 października 2014

Blues & rok

Znikają z obejścia zwierzaki. Najpierw znikła Pikolinka, która utopiła się w pojemniku na wodę deszczową (opłakałam ją najprawdziwszymi łzami, za co odwdzięczyła mi się na drugi dzień rano, wskakując mi jak zawsze na ramię przy szykowaniu porannej karmy, takie było pożegnanie), potem jeden z muszkieterów, wczoraj druga muszkieterka (jedyna kureczka z tegorocznych piskląt). Coś te malce szatkuje w lesie opodal podczas żerowania, i to pewnikiem znany już dobrze krogulec, polujący na mniejsze, młode ptaszki.
Odlatują też do nieba z wolna białe gęsi. Dzisiaj poszedł na pieniek drugi (zapasowy) kogut, będzie rosół. Na coraz zimniejszą porę (zwłaszcza w nocy i o poranku) będzie w sam raz.
Swoją drogą wczoraj i przedwczoraj leciały klucze dzikich gęsi wprost na Górę, czyli na zachód, co według starego Mikołaja wróży jeszcze ocieplenie, bo gęsi nie odlatują na Ukrainę, tylko nad Wisłę, aby tam jeszcze przed zimą pobuszować w Polsce.
No, a potem, przy sobocie po robocie znalazłam się na koncercie w naszym domu kultury. Grała "Kasa Chorych", przy wtórze wiwatów gromadki fanów spod miejscowego sklepu z piwem i innych, przeważnie z mojego pokolenia. Grała fajnie, choć przyznaję, że jakąś ogromną miłośniczką bluesa nigdy nie byłam. Jednak przypomniały mi się lata 80-te, gdy jeździło się stopem na różne koncerty, typu Rawa Blues, na Śląsk, do Łodzi czy do Warszawy, na których grywał i ten zespół.

3 października 2014

Dwa w jednym

Ekipa kończy robotę. Powstają ostatnie, czwarte drzwi w budynku, który dla jakiegoś porządku zgodziłyśmy się wspólnie nazywać Kurnikiem. W obejściu jest już stodółka, obora, lamus, garaż, spichlerz, zatem czas na kurnik. Tak naprawdę jednak są to dwa budynki w jednym, łącznie mające długość 14 metrów.
Przywieziony budynek był jednolity i dłuższy, 17-metrowy. W urzędzie jednak poradzono nam zgłosić dwa budynki, aby nie przekraczać dozwolonej powierzchni bez projektu. Rolnik może w ten sposób postawić u siebie dowolną ilość budynków, szopek, komórek na rok.
Powstały zatem dwa osobne budynki, w jednej linii, odsunięte od siebie o 80 cm i mające jeden sufit i dach. Zadaszona przerwa między nimi będzie służyć za drewutnię. W każdym są po dwa pomieszczenia i tylko w jednym z nich będzie kurnik. Wykończenie go, uszczelnienie, zrobienie przegród, grzęd, gniazd i odstawników dla wysiadujących kwok pozostaje już wykonać na wiosnę. Drób przezimuje jeszcze w starym miejscu. Obok kurnika ma być paszarnia, czyli pomieszczenie na siano lub słomę. Podobnie wysokie poddasze ma służyć za skład siana. Wciąż się ono nie mieści tylko na strychach stodółki i obory. Mamy jeszcze zeszłoroczny zapas schowany w stodole znajomego ze wsi.
Pozostają zatem do zagospodarowania dwa pomieszczenia w drugim budynku, jedno ze stylowym oknem, które zostało zamówione specjalnie u stolarza. Być może powstanie w jednym jakaś pracownia, to ustali się w praniu.
Na razie jednak pracy przy budowie jeszcze nie koniec. Trzeba zrobić dwie ściany działowe i ułożyć z desek sufit. To już częściowo w naszych, a częściowo w innego majstra rękach będzie.

28 września 2014

Koniec sezonu

W czasie nowiu pogoda, w zgodzie z prawem niebiańskim załamała się i zrobiło się chłodno, wręcz zimno. Przez kilka dni obficie padało. Teraz znów uspokoiła się, choć rano mgła osiada na ziemi drobnymi kroplami dżdżu, imitującymi siąpiący deszczyk. No, i noce wciąż są chłodne. W każdym razie Anka Warszawianka już narzeka, ja tylko wciągam katankę, gdy wychodzę z domu na dwór.
Stary Mikołaj, obserwujący świat w pogodne dni ze swej ławeczki przed domem, stwierdził dzisiaj, że tego roku żurawie wcześniej odleciały, a to zapowiada wczesny atak zimy.
Myślę, że zdążymy mimo wszystko z zakończeniem budowy, przynajmniej najważniejszych elementów (dach, sufit, okna, drzwi, ściany działowe i wylewka). Drewno na zimę już dawno pocięte i składowane, nabiera suchej mocy.
A mnie się już marzy koniec sezonu. Uch, po prostu jestem zmęczona.
Jabłka spadają w coraz to mniejszej ilości. Robię jeszcze soki, gromadząc je w ostatnich posiadanych butelkach, nastawiam jabłkowo-aroniowe napojki, wczoraj powstał dżem jabłkowo-śliwkowy (ostatnie śliwki z naszej jedynej śliwy na niego poszły), suszymy sukcesywnie jabłka na kuchni w chatce dziadka i w piecu chlebowym, co rusz powstają jakieś racuchy z jabłkami albo szarlotka. Resztki oraz zgniłe spady zjadają gęsi i kozy. Niezjedzone lądują na kompoście. Nic się nie ma prawa zmarnować.
Kozy wciąż są w dobrej formie mlecznej, ale już się zaczynają nudzić na pastwisku. Snują się bez celu, uciekają z zagrody w sadzie na wioskę, albo na Górę, wracają do obory wcześnie same i już o 16 warują grzecznie w swoich boksach.
Jasiek jakiś czas temu nie wrócił do domu. Zginął bez wieści. Gdzieś na wiosce, gdzie zawsze chodził, w pogoni za kocicami. Może padł w zębach wioskowych psów, może wpadł pod samochód, nie wiem. Żal. To było jedyne żywe wspomnienie po mojej ukochanej kici-Czarnej Dzikiej i Łatku, który też tak przepadł bez wieści któregoś dnia.
Zaś Kicia-Czarna i Klusek spędzają większość zimnych już nocy w domowych pieleszach. Klusek nad moją głową, Kicia w nogach. Przed świtem miauczą pod drzwiami, aby je wypuścić, więc obowiązkowo się budzę. A potem zasypiam i głowę mam pełną dziwnych snów. Nie, nie mają nic wspólnego z polityką.

20 września 2014

Wykańczanie

Trwa pogodna i sucha jesień.
Najpierw były wyjazdy, do powiatowych miast okolicznych, w sprawach urzędowych i samochodowych. Przy okazji trochę wyjrzałam na świat, który przez większość roku spędzam "w domu i zagrodzie". Głównie komunikując się ze zwierzyną, od większego dzwonu z sąsiadami, a od największego z gośćmi i znajomymi. Droga do Hajnówki, budowana chyba ze dwa lata, wreszcie jest na ukończeniu i można już nią śmigać, choć uroczyste otwarcie trasy będzie w październiku. Robione są ostatnie pucowania, plantowanie hałd, malowanie. Przyjemnie się teraz jedzie, szeroką dwupasmówką, z trasą rowerową obok, biegnącą do samej Hajnówki. Wreszcie jakiś standard, bo stara droga była za wąska, powybijana i w zimie groziła wypadkami przy wymijaniu się. Nie mówiąc o rowerzystach zawsze o zmierzchu bez odblasków i świateł jeżdżących, a często po podlechicku pijanych.
Poza tym w ogrodzie powstają wzniesione grządki, buduje je Ania z Jarym. Pójdą pod truskawki i czosnek.
No, i zjawiła się ekipa i zaczął się etap drugi budowy. Dzisiaj stanęły wszystkie krokwie.
Poza tym trwa codzienne suszenie w piecu chlebowym antonówek, bo zaczęły sypać. Oprócz sera robię też zawsze sok w sokowniku (wychodzi jakieś 2,5 litra), od czasu do czasu dżem, powstało kilkadziesiąt słoiczków keczupu, no, i nastawiam napojkę w 5-litrowych baniaczkach. Trzeba było też rozlać do butelek zalegające wciąż w największym gąsiorze wino z mniszka, poszło do piwnicy. Dla mnie jest jeszcze za słodkie. W zamian powstanie kolejne, z jabłek oczywiście z dodatkami innych jesiennych owoców, jarzębiny, aronii, winogron. Tak w ogóle to już 3/4 miejsca na półkach w ziemiance jest zapełnione przetworami różnego rodzaju. Butelki na sok, wino i ocet są na wykończeniu, skończyły się też słoiki i trzeba było dokupić. Cydr ma być rozlany do butelek po piwie i zakapslowany.
Czeka tona ziemniaków do przebrania, pozostawionych w garażu w tym celu, a potem trzeba je jeszcze wtaszczyć w workach do ziemianki.
Jednym słowem, na brak nudy nie narzekam.
Kozy z wolna wchodzą w ruję.

14 września 2014

Niedziela na wsi

Co się robi w niedzielę na wsi?
Ano najpierw obrządek i karmienie wszelkiej zwierzyny, od kotów , psów poczynając, na sobie kończąc. Potem chwila na internet, dosłownie półgodzinne zerknięcie. Ale bywa i tak, jak dzisiaj, że łącze pada i nie ma co zaglądać. Chyba, że pisze się własną książkę i łącze niepotrzebne. Po tej chwili (przy okazji jakaś kawa, czy ziółka zostają wypite) trzeba ruszyć do koniecznej pracy. Wyzbierać świeżo spadłe w sadzie jabłka i obrać je do sokownika, na dżem, na ocet lub na susz. Przejść się do lasu po chrust do kuchni. Przygotować obiad, nastawić ser na twaróg na płycie. I podpalić pod nią ogień. Po czym cierpliwie dokładać. Przejść się do ziemianki, zanieść tam zrobione wczoraj przetwory i przynieść naczynia na kolejne. Wymyć je i wyparzyć odpowiednio. Ugotować obiad, zjeść go. Obrać przyniesione z lasu grzyby, napalić pod drugą płytą kuchenną w chatce dziadka i przygotować rozpałkę w chlebówce. Zaczynić ciasto na chleb, na pizzę i utrzeć ziemniaki na babkę ziemniaczaną. Napalić w chlebowym, potem z niego wygarnąć. Wsadzić chleb, pizzę i babkę, upiec je, a potem wsunąć do pieca brytfanki z pokrojonymi jabłkami na susz oraz siatkę z grzybami do suszenia.
Przyjąć niezapowiedzianą wizytę jakiegoś starszego człowieka, któremu zachciało się pogadać.
Zlać sok z sokownika, zebrać twaróg do rożka i zawiesić do odcieknięcia, utłuc ugotowane obierki kartoflane dla drobiu. Wyjąć chleb i pizzę z pieca. Także babkę. Zjeść, popić.
Na przykład siedząc na dworze pod chatką w towarzystwie stada białych gęsi, zajadle syczących na psy, które się ich boją jak zarazy. Czyli jeszcze jedząc chronić psy przed atakiem dziobatych. I oganiać się od ostatnich much, a czasem skuszonych zapachem pigwówki pszczółek.
- To nasze? - pytam.
- Tak jakby...
Po chwilce wypoczynku i pogwarek z gęsiami oraz wypiciu pewnej dawki rozluźniającej nalewki trzeba wracać do pracy. Słońce się chyli. Gęsi przebierają nogami, kozy ryczą na pastwisku.
Szykuję kolejny obrządek. Zaczynając od gęsi, balbinek, potem kur, indyków i perliczek, następnie kozy, aż do psów i kotów. Zlewam mleko, zmywam naczynia.
Na kolację rzadko mam ochotę. Jeśli już, to sięgam po jakąś sałatkę pomidorowo-czosnkową. Wolę szklaneczkę domowego winka, np. z dzikiego bzu.
I klap! u komputera. Mejle, FB, jakiś film z jutuba albo online. Umyć się i spać.
Jutro będzie to samo, a nawet więcej!

6 września 2014

Karma karmiczna

Dnie pełne pracy. Pociesza mnie fakt, że to już bliżej, niż dalej do zimy, czyli czasu rolniczych wakacji.
Pszczoły zostały nakarmione po raz ostatni przed zimą, niedługo po ich ustawieniu w ogrodzie. Po raz pierwszy przez Anię. Ubraną stosownie w kapelusz, rękawice i szczelne ciuchy, z odymiaczem w ręku. Tuż przed wieczorem, aby spokojniejsze były. Żadna jej nie użądliła i przywitały ją przyjaźnie oba roje. Gdzie się tego nauczyła? spytacie. W internecie, na filmikach z jutuba, w przeddzień starannie obejrzanych.

Sezon jabłkowy rozkręca się w naszym sadzie i jest bliski pełni. Co rano Anna zbiera w nim kilka skrzynek jabłek, zanim wpuści tam kozy, które zjadają z zapałem odpadowe resztki i przeszukują trawę cały poranek w poszukiwaniu nadgniłych okazów, które łatwo się gryzą i są słodkie.
Obdarowujemy jabłkami kogo się da ze znajomych i chętnie zamieniamy na inne dobroci. Nina wpadła sobie nazbierać i przywiozła pyszny keczup własnej roboty. Dała przepis, składniki mam w zasięgu ręki, więc jutro do roboty. Ktoś dał dorodne cukinie, inny skrzyneczkę malin. Powędrowały do kilkulitrowego słoja na sok rozgrzewający, a z reszty, która się nie zmieściła usmażyłam pyszny dżem jabłkowo-malinowy. Jabłka świetnie przyjmują inne smaki, tak w winie, jak w innych przetworach. Robię więc dżemy jabłkowo-śliwkowe, jabłkowo-różane i jabłkowo-aroniowe, sok jabłkowo-czeremchowy, idzie też czas na jarzębinę. Cydru chodzi już ze 30 litrów, szykujemy większy gąsior 20-litrowy, bo pierwsze próby wykazują, że jest bardzo smaczny. Octu jest z 10 litrów nastawionych, ale to nic. Nastawiamy beczkę. Jest gdzie go przechowywać, w przyszłym roku drzewa będą odpoczywały, zatem zapas musi być większy, poza tym im dłużej ocet stoi, tym lepszy, więc straty nie będzie.
Antonówki jeszcze się nie zaczęły. A z nich najsmaczniejsze są soki, susz i wino, zatem największa praca dopiero przede mną. Także na suszu daje się nastawić wino i jest pyszne, gdy podojrzewa przez co najmniej rok. Osobiście nie cierpię smaku jabcoka, więc wiem co mówię. To jest jeden ze sposobów na uniknięcie jabolowego kwachu w gębie.

Co do budowy, to została ukończona w fazie pierwszej, czyli stanęły ściany zewnętrzne po belki stropowe. Brakuje jeszcze wylewki, ścian wewnętrznych i wprawienia okien i drzwi (to będzie faza trzecia). Do dachu ma być inna ekipa.

30 sierpnia 2014

Doroczna obfitość

Nasz ogródeczek przydomowy dał jak zawsze niewielki plon. Winą jest drób, urzędujący w nim notorycznie, który rozkopuje posiane grządki w poszukiwaniu dżdżownic i robaczków, a przy okazji nasionek i kiełków. Drugi ogród, w zamiarze permakulturowy, a oddalony na tyle od obejścia, że kury tam rzadko trafiają, na razie jest w powijakach. Rośnie na nim plantacyjka posadzonych w tym roku czarnych porzeczek (które przyjęły się wszystkie) i spora grządka kartofli (dziki się nie wdarły, dzięki zabezpieczonemu żerdziami zagrodzeniu). No, i stanęły dwa ule. Reszta to jeszcze niezagospodarowana dzicz, z którą niedługo będziemy walczyć, bo idzie pora jesiennych nasadzeń. Na razie Ania pracowicie wykosiła podkaszarką spalinową trawsko, które obrosło całą połać.
Tym niemniej ów mały plon zawsze starannie zagospodarowujemy i zawsze jesienią daje dużo przyjemności. Buraczki wszystkie poszły na sałatkę i wylądowały w słoikach. Ogórki zostały zjedzone jako małosolne (co do zapasu kiszonych zasiliła nas kilkoma kilogramami swoich gruntowych Mikołajowa). Pomidory dały trochę soku pomidorowego (vel "koncentratu") na zimę, trochę sałatek i na razie zielenią się na krzakach, schłodzone brakiem pogody. Lubię je zjadać w formie smażonej, bez panierki, do porannego sadzonego jajka od zielonej nóżki. Lubię ich kwaskowaty smak.
Dzisiaj Anna zerwała wszystkie pozostałe cukinie i przyniosła jedną sporą dynię, napoczętą przedwcześnie przez kozy. Co z tym zrobić? Ano zaczął się sezon na leczo. Robię z niego zapasy w zamrażarce. Zimą zjedzenie takiej warzywnej potrawy, w której duża część składu jest własnego chowu, to coś wspaniałego.

A propos dżdżownic, to zauważam od jakiegoś czasu nasilenie ich obecności na naszej wydmie, w rejonie pod oborą, gdzie zalega wciąż czysty lity piasek. Piasek okala także chatę, do czego przyczyniły się rozkopy budowlane, które zniszczyły cieniutką warstwę humusu. Jest do tego stopnia piaszczysty, że wizytujące nas czasem małe dzieci z zapałem bawią się w nim, jak w piaskownicy, stawiają babki, kopią dołki łopatką, podobnie zresztą jak Pasza, tylko ta robi to własnymi pazurkami. Widok dżdżownic po deszczu i pozostawianych przez nie śladów bardzo mnie cieszy. Mają widocznie dość stałego pokarmu dzięki zwierzętom, że nie lękają się zasuszenia i śmierci głodowej na tej naszej jałowiźnie. W takim razie mogę chyba mieć nadzieję, że obejrzę jeszcze przed śmiercią nasze obejście całe pokryte zieloną darnią. Bo dżdżownice bez wątpienia pracują nad glebą. Ponadto najwyraźniej świetnie się mają i mnożą (a wcale nie są amerykańskie tylko nasze, swojskie), nawet w pobliżu kurnika!

Poza tym mnożymy cydr, już pijalny, choć jeszcze niezbyt mocny, niedługo stawiam wino jabłkowo-czermchowo-aroniowe. I czekamy na łaskawość antonówki, która wciąż dojrzewa. Co prawda wieść jest taka, że nie będzie w tym roku skupu jabłek. Cena oferowana przez przetwórnię, 10 gr za kilogram jest za mała, aby opłaciło się to właścicielom skupów. No, ale trudno. Jakoś sobie poradzimy, jak nie my i nasi znajomi, to nasze kozy i gęsi, z zapałem żerujące na spadach. Trzeba zwiększyć moce przerobowe i robić zapasy w różnych formach. Ciekłych, gęstych, suchych i mniej gęstych, a nawet uduchowionych.

27 sierpnia 2014

Dodawanie

Trochę popadało, oziębiło się, ale nadal chadzam bez skarpetek i na boso, gdzie się da. Budowa posuwa się w tempie ślimaczym. Jutro znowu wielikoje świato, czyli przerwa. Tuż przed zakończeniem pierwszego etapu.
Kubuś został szczęśliwie dodany do balbinek, wraz z Pikolinką. Szybko się z nimi zespolił i zjednoczył i już za mną nie biega uporczywie na podwórku, jak to było pierwszego dnia. Pikolinka także, choć sypia tam gdzie balbiny, to w dzień przyznaje się już bardziej do trzech muszkieterów, czyli trójki wcześniejszych kurczaków, wysiedzianych przez białą kurę.
Popróbowałam pierwszego cydru. Jeszcze słabizna, jabłka wszak pierwsze, czyli kwaśne, dodałam cukru, nastawiłam matkę drożdżową, żeby podpędzić proces, bo na skórce jabłkowej jakoś ruszyło tylko symbolicznie. No, ale smakowity! Wypiłam dwie szklaneczki, które napełniły mnie radością i poczuciem spełnienia. I wzmogłam obieranie kolejnych jabłek na sok do kolejnych gąsiorków. Taa, ma to sens.

22 sierpnia 2014

Letnie obrazki

Jabłoń z naszego sadu, pełna tegorocznego dobra. Antonówka, jedna z kilku. Jeszcze czekamy na dojrzałe owoce.


Rosnący Kubuś w ogródeczku, w tle jego przyboczna, zielona nóżka Pikolinka. Oboje stanowią nierozłączna parę. 


I balbiny, wcale już nie najnowsze mieszkanki gospodarstwa. Przy ich udziale przybyło nowych głosów w obejściu. Gdyż nieco inaczej krzyczą, niż gęsi białe. Ich głos przypomina bardziej kwakanie dzikiej kaczki, albo nieudolne próby śpiewu misia Koralgola, gdy połknął gwizdek. 


Najnowszymi mieszkankami są bowiem... pszczoły. Które zjechały przedwczoraj rano i zostały ustawione w swoich ulach w zaplanowanym miejscu, w przyszłym permakulturowym ogrodzie. Dzień był wtedy ciepły i słoneczny, więc od razu przystąpiły do oblotów otoczenia. W całkowitym pobliżu mają teraz kwitnący wrzos.

19 sierpnia 2014

Stwory, twory i przetwory

Pogoda siadła i dobrze, upały się skończyły, mogłam wrócić do robienia serów podpuszczkowych (które nie wychodzą, gdy temperatura na zewnątrz przekracza 25 stopni). Kilka nieudanych prób przekonało mnie o tej zasadzie, sery rosły w oczach, pełne oczek takich i owakich, mimo zachowywania wszelkich zasad higieny. Na szczęście trafili się letnicy chętni jeść twarogi i pić mleko, więc straty dużej nie było. Teraz nadrabiam stracony okres, aby zrobić zapas żółtych serów na jesień i zimę.
Poza tym sadowe nadmiary też już dają w kość. A to dopiero pierwsze spady, większość jabłoni dopiero dochodzi do dojrzałości owoców, które w większości wiszą jeszcze na drzewach. Codziennie muszę zanieść do ziemianki kolejne, wyprodukowane przetwory. Nie spieszę się, nie pędzę, nie dramatyzuję. Ot, pięć-sześć słoiczków dżemu, albo 2,5 litra soku, albo baniaczek świeżego soku ukręconego w sokowirówce na cydr, lub butla z nastawem octowym. Jeśli tylko codziennie coś z tego powstaje, to do końca jesieni będzie wszystkiego w bród (niektóre zapasy mają nam starczyć na dwa lata, bo co tyle owocuje nasz stary sad).
Dwa lata temu zrobiłyśmy 15 litrów octu, który właśnie się skończył. Używałam go do wszystkiego, mycia, sałatek i przetworów i muszę stwierdzić, że jego moc tylko z czasem wzrastała w pozytywnym sensie, a smak był wyśmienity. W każdym razie wszelkie octy sklepowe, nawet jabłkowe szkodziły mojej wątrobie, po naszym nie czułam żadnych skutków ubocznych. Zatem teraz trzeba zrobić więcej, tyle wiem.
Anna specjalizuje się w sałatkach warzywnych, i sekunduje mi w wytwarzaniu. Trwają zbiory pomidorów w folii. Część już poszła na sok pomidorowy (bo trudno go nazwać koncentratem), który zużywam zimą do zupy pomidorowej na rosole, albo wypijam duszkiem z odrobiną soli. Dar od sąsiadów, torbę ogórków gruntowych też trzeba było zagospodarować. Idzie czas buraczków, naszych i dyni. Pierwsze leczo na naszych cukiniach trafiło już do zamrażarki.

Poza tym znów była strata i zysk. Zamieniłyśmy się ze znanym nam już hodowcą spod Bielska na indyki, on wziął dwa nasze, czarnej rasy, my dostałyśmy za nie dwa z rasy czerwonej. Niestety, reszta naszych indycząt nie zważała na żadne zakazy i perswazje, zabrnęła w łąki za daleko, gdzie dopadły je drapieżniki. Tylko jeden z piątki wrócił następnego dnia w południe do domu i matki.
Poza tym Anna dokupiła naszemu Kubie, który rozwija się znakomicie i jest już prawie cały opierzony, dwie młode siodłate gęsi. Nie są to pełnej krwi kubanki, bo i zresztą, jak nam nasz hodowca wyłożył, także i Kuba wcale w pełni kubański nie jest. To krzyżówki z białą gęsią hodowlaną, co można poznać po jasnych nogach i częściowo jasnym dziobie. Zaletą krzyżówek jest jednak to, że znoszą o wiele większe jaja, niż inne gęsi. Ich mięso jest mniej tłuste i bardzo smaczne.
Balbinki, jak je nazwałam (choć to podobno parka, samiec i samica) adaptują się właśnie do stada białych gęsi i drepczą za nimi z pokorą, choć śpią jeszcze osobno, w miejscu, które zwolniły tuczone koguty, przechodząc w inny stan skupienia i w ręce klienta.

No, a budowa wciąż trwa. Nie chce mi się o tym szczegółowo opowiadać, bo to nic nowego... Coś co miało trwać trzy dni właśnie trwa już miesiąc i końca nie widać pierwszego etapu, czyli postawienia ścian i sufitu. Ot, efekty podlaskiej maniany.