16 stycznia 2020

Dziwna zima i naczynia

Zima już dawno zwinęła skrzydełka. Z wilgotnego niżu zrobił się suchy słoneczny wyż, ale aura jest przedwiosenna właściwie. Moim ptakom grzebiącym i kwaczącym to się jak najbardziej podoba, kury buszują po okolicy nader aktywnie wyszukując każdą trawkę czy zielony mech, aby urozmaicić sobie menu. Słychać też od czasu do czasu głośne krzyki i skrzeczenia dziwnych przelatujących ptaków, których gatunków nie umiem nazwać. W każdym bądź razie ta zima dziwna jest. Miejscowy owczarz swoje stado owiec co i rusz na pastwę wypuszcza. Nasze kozy co najwyżej po podwórku się przechadzają i zielone igły sosnowe z gałęzi ogryzają wraz z korą. Już wysokokotne są i raczej nie przejawiają ochoty na dłuższe spacery i wysiłek.

Czas poświęcamy na hobby. Ja czytam, uczę się, piszę horoskopy i czasem jakieś artykuliki, niekiedy uprawiam qigong wedle tarasu w ogródku przydomowym, żeby się dotlenić i rozciągnąć stawy i mięśnie. To dobry sposób na bezsenność, która mi się zdarza w porze krótkich dni i długich nocy.

Anna mydła warzy, czasem coś ulepi, albo bierze udział w imprezach zbiorowych. Jak na przykład w otwarciu pracowni ceramicznej w Miejskim Domu Kultury w Kleszczelach, w sąsiedniej gminie. Miał tam miejsce pokaz toczenia na kole tradycyjnym, uruchamianym nogami garncarza. Przy okazji urządzono wystawę naczyń ceramicznych, z których to miasteczko słynęło od przynajmniej XIV wieku, a ostatni warsztat garncarski zniknął w nim w latach 70-tych. Znalazły się jeszcze w domach mieszkańców gminy. Przywiozła kilka zdjęć tych dawnych prac. Dzbany na mleko zwano hładyszkami, dwojaki i inne, wszystkie znane pod nazwą siwaków.


Nie były szkliwione, lecz wypalane w specjalny sposób, przez co uzyskiwano tę charakterystyczną ciemną barwę.


Taki wypał nazywa się redukcyjny, gdy pod koniec wypału uszczelniano wnętrze pieca, spalając w środku smolne drewno. Dym pokrywał biskwitowe naczynia nadając im ten niepowtarzalny wygląd.


Hładyszki używano przeważnie jako naczynia na mleko, bądź śmietanę.


I jeszcze...


5 stycznia 2020

Zimowy wczas

W nocy niepostrzeżenie cichcem spadł śnieg. Wpuściłam wtedy Kocieja do domu i wydało mi się, że świat świeci w promieniach księżyca, ale brak okularów na nosie wszystko zamazał. Kociej prędko położył się koło mnie na poduszce, mrucząc. Dotknęłam go i odkryłam, że jest mokry bardziej, niż tylko od zwykłej rosy, a przecież pośród mżawki nigdy by nie wysiadywał, jak to sucholubny kot. Pachniał lasem, liśćmi i wilgocią.


Poranne słońce wpadające przez uwolnione od zasłony drzew okno, kazało mi otworzyć oczy w dobrym, jak rzadko o tej porze dnia, humorze.
- Ech, biegnij zrobić zdjęcia zimie, bo pewnie jutro już jej nie będzie! - powiedziałam. I o dziwo, Anna chwyciła za aparat i poszła cyknąć to i owo.

Pierwszy wpadł jej w oko kaczy dołek, pusty, chroniony przez drzewa, lasek samosiejek sosnowych, dębów i klonów. Zwierzęcy wybieg, nazywany kaczym dołkiem, bo w dołku leży. Teraz pusty, gdyż drób nie skory brnąć po kolana w świeżym śniegu.


Na dworze pierwsze powitały ją oczywiście Balbiny, czyli naczelna małżeńska straż obejścia, Balbin (drugi w rzędzie) i Pulcheria, vel w skrócie Pulcia.


W pewnej odległości stało stadko gęgusi, albo gęgułek lub gęgolinek, czyli tegoroczny wylęg z zakupionych jaj gęsi kubańskiej. Bardzo wrzeszczące to stadko, zwłaszcza, gdy się wyjdzie na dwór, podnoszą od razu wielkie głosy, aż pewnie w całej wsi słychać. Na szczęście wioska rolnicza i zwierzęce krzyki i ryki nikomu nie obce, nie dziwne i nie tylko nie przeszkadzają, ale poprawiają humor mieszkańcom, którym dzięki temu wydaje się, że wciąż jest tak, jak dawniej bywało...


W ich pobliżu stał nowy, młodziutki jeszcze, tegoroczny czarny indorek, który nie ma dotąd imienia. Ale szybko wtopił się w stado indyczek i jest już jednym z nich. Nie gulga jeszcze ostrzegawczo, ani się nie stroszy, przyjmując barwy bojowe lub ochronne, nieśmiały nastolatek.


I dosłownie ostatnia to chwila na zdjęcia dobra się okazała, bo zaraz po powrocie do domu słońce zaszło i niebo zasnuły bure chmury.

31 grudnia 2019

Doroczne wnioski

Zimy brak. Zadałam to pytanie gwiazdom i nawet przepowiedziały mi pogodę na rok, ale czy moja metoda się sprawdzi, ocenię w praniu. Nie będę na razie wieszczyć z niej publicznie. Na krótszą metę widać, że jeśli ma się oziębić stosownie do pory roku, to po pełni Księżyca, która wypadnie 10 stycznia. Roku przyszłego, który zacznie się już za kilka godzin.

Tuż przed świętami zjawiła się wreszcie zamówiona ekipa drwalska i drzewa ocieniające nam ogródek od strony drogi zostały ścięte. Zmieniło się feng shui przestrzeni, blokujące przeszkody znikły, więc spodziewam się jakichś pozytywnych zmian w funkcjonowaniu, zobaczymy.

Święta przeszły niepostrzeżenie. Okna zostały umyte, więc do piekła nie trafimy. Obżarstwa nie było (na nie mamy cały boży rok). Od Wigilii przez całe Boże Narodzenie trwało śledziożerstwo łyskaczem popijane (w niewielkich ilościach). Obejrzałam także "Wiedźmina", z którego to serialu raptem jeden, no, dwa odcinki mi się spodobały. Piąty i następny, ten ze złotym smokiem, ale to smok mi wpadł w oko. Historia o strzydze, z opowiadania, które dawno temu zrobiło na mnie wielkie wrażenie swoim zaćmieniowym klimatem, została kompletnie popsuta, acz trafiło mi się ją właśnie w dzień zaćmienia oglądać. Taki traf symboliczny.

Na poprawę humoru zaraz po zakończeniu serii wróciłam do nieśmiertelnego "Kingsajza". Dawno-dawno temu, przed potopem, po raz pierwszy oglądałam go z Adasiem, który sławny się w moim domu zrobił jako bajarz o krasnoludkach. Aż pewnego ranka moja kilkuletnia wtedy siostrzenica przyszła do niego, gdy jeszcze spał, z małym koszyczkiem, żeby go - kiedy się w nocy w krasnoludka  przemienia - schować pod kołderką. Niestety, nie zdążyła, już wziął i urósł, bo słońce wstało i rzuciło na niego promienie przez okno. Od tamtej pory, gdy oglądam ów film (zazwyczaj raz na rok w okolicach Świąt) i słyszę pierwsze dwa zdania budzącego się Olgierda Jedliny: "Adaś? Adaś!" I: "Ewa? Muszę ci coś powiedzieć..." - to zawsze łączę się telepatycznie z Adasiem. Właśnie mi na nasze imieniny doroczne przysłał wiadomość, że się za pisanie bajek o krasnoludkach na Księżycu zabiera. Ja też głównie w niebo patrzę, acz krasnoludków tam nie wypatruję.

Zrobiłam doroczne podsumowanie. Powiem tak. Radzimy sobie, ale dzięki pozarolniczym działaniom. Jednak po raz pierwszy gospodarstwo nie zarobiło na siebie i nie wyszło na zero. Mimo dotacji. Oczywiście nie wliczam żywności, którą nam stale daje i mamy duże zapasy jadła, oraz opału, jednak kozy ledwie zarobiły na siano i owies. Winny jest spadek cen koźląt, nawet po haniebnej obniżce popyt był nijaki. Najlepszy w świecie twaróg, który wytwarzam, przeważnie zjadamy osobiście wraz z dalszą rodziną i w zespole z drobiem. Żółty daje się dojrzewać przez zimę, więc służy nam w okresie bez-mlecznym, jako przekąska do wina i oczywiście dodatek do ulubionej pizzy. Miejscowym kozie mleko rzadko w smak, i drogie się wydaje, choć w porównaniu z cenami w Polsce sprzedaję naprawdę najtaniej, a co dopiero ser. Który naklejek nie ma, nie jest zapakowany próżniowo i opieczętowany biurokratycznie, niektórym capi kozą, choć nawet nie spróbowali itp. itd. Jak widać teraz z obrachunku rocznego powinnam te produkty wycenić razy dwa, aby hodowla zaczęła przynosić jakikolwiek zysk! A to już kompletny strzał w stopę przy obecnym braku zainteresowania. Jednym słowem trzeba będzie przeorganizować się rolnie, chyba, że jakiś cud się wydarzy i ludzie zmądrzeją, uświadomią sobie, że nie opłaca się taniochy sklepowej kupować, a potem chorować ze śmiertelnym skutkiem. Ewentualnie ceny sklepowego szajsu pójdą tak w górę, że się klientela obudzi i na swojskie najlepsze żarło zwróci znowu oko.

17 grudnia 2019

Wieczorne hobby

Długie późnojesienne wieczory wymagają zagospodarowania. Zwierzyna pokładziona spać już o 15, obiad ugotowany, w piecu napalone, naczynia pozmywane, pokoje zamiecione, coś trzeba robić, aby się nie zanudzić.
Co prawda miewam swoje zajęcia astrologiczne i wróżbiarskie, bo czasem ktoś chce poznać swój horoskop, albo co mówią karty na kolejny rok, i zajmuje mi to do kilku godzin dziennie. Poza tym czytam mądre księgi, i wałkuję podręczniki astrologiczne, bo wiedzy nigdy dość. To nauka obfita i skomplikowana na tyle, że stałe przypominanie sobie podstaw i różnych technik prognostycznych jest nader wskazane. Zawsze jest coś do przypomnienia sobie, poznania i wypróbowania w obliczeniach. Niemniej oczy się od tego męczą, zwłaszcza, że światła dziennego mało i pisać muszę w większości przy żarówce, co męczy mój nienajlepszy wzrok. Do tego muszę też odpocząć od pracy umysłowej i zaangażować bardziej inne zmysły. Jest awaryjne wyjście.

Anna sprowadziła potrzebne akcesoria z pracowni do domu, bo glina w nieogrzewanym stale budynku twardnieje i przymarza, wyroby słabo i nierównomiernie schną. Zatem trzeci pokój robi za mini-pracownię i suszarnię, małe akcesoria, np. ozdoby można lepić zwyczajnie przy stole w głównym pokoju, oglądając seriale, a naczynia toczyć na elektrycznym kole postawionym w kuchni.
Zabrałam się i ja za glinianą zabawę, choć na razie więcej mam w głowie, jako projekt. To tytułem wypełnienia twórczo i interesująco wolnego czasu.

Na razie nie mam się czym pochwalić, zatem pokazuję inne wyroby rąk Aninych. Zdjęcia robione komórką, więc oświetlenie i jakość pozostawia do życzenia, za co przepraszamy. Do wiosny raczej lepiej nie będzie.






Ubiegając pytania powiem: tak, czasem te i inne wyroby bywają dostępne na kiermaszach lokalnych, stąd wiem, że kolczyki ceramiczne mają spore wzięcie u dziewczynek, dziewcząt i pań. Oraz wszelkie inne drobiazgi, typu patery, miseczki, podstawki pod łyżkę wazową, mydelniczki, kubki, ozdobne kafelki i zawieszki na choinkę również u reszty zainteresowanej klienteli.

12 grudnia 2019

Późna jesień, czyli myślał indor...

Późna jesień, gdy temperatury chodzą około zera i są w przeważającym procencie na plusie, nie jest zła. Kociej Maciej co prawda dawno już zmienił letnie nawyki i większość nocy przesypia w domu, wychodząc dopiero nad ranem i wracając wkrótce na śniadanie, ale zdarza mu się jeszcze zabalować.

Prace w gospodarstwie przystopowały na tyle, na ile mogą. Kozy spędzają czas w koziarni przy otwartych na ścieżaj wrotach w dzień, na sianku i owsie, z dodatkami warzywnych smakołyków od czasu do czasu. W praktyce nie są już dojone oprócz jednej, najpóźniej zakoconej i najwięcej dającej, raz dziennie, co pozwala mieć jeszcze codzienne świeże mleczko do kawy, wkład do szejka owocowego i zabielinkę do porannej zupki ryżowej albo jaglanej.

Czas przedświąteczny i przedzimowy każe także przejrzeć stado drobiu pod kątem zbiorów i oszczędności. Właśnie dorosły tegoroczne kogutki, trochę ich za dużo na podwórku, robią raban w kurniku, wyjadają nioskom karmę. Z pięciu zrobiło się dwa. Podobnie pod nóż poszedł dwuletni indor, tłusty, ledwie toczący się i posiadający największy apetyt w swoim stadzie. Nie wiem ile ważył, bo nie dorobiłam się jeszcze wagi mierzącej powyżej 3 kilogramów. Na oko przynajmniej 6 kilogramów miał, jeśli nie więcej, już po oporządzeniu. Wstępne sortowanie kawałków przyniosło wniosek, że na samych rosołach z niego i najlepszych kąskach mięsnych mogłybyśmy spokojnie żywić się suto ze dwa miesiące. Oczywiście nie pazernie i na bogato, lecz gospodarnie, nie marnując żadnego kęska.
W dodatku właśnie pokroiłam wszelkie tłustości z niego wzięte i utoczyłam z nich prawie 2 litry smalcu i słoik skwarków dla piesków i kota. Skończyło się dla nich mleko, ale są inne smakołyki.

Szybko jego ważne miejsce w stadzie zapełniło się. Dzisiaj przyjechał następca, maści czarnej, tegoroczny samiec, kupiony w powiecie w rolniczej wymianie barterowej. Czyli żadna to oszczędność na karmie, jednak w kolejce do nieba stoją jeszcze starsze indyczki.

Kilka dni temu zaś, nieco wcześniej, w ramach robienia miejsca w zamrażarce, wyprodukowałyśmy jakieś 7-8 kilogramów kiełbasy z zalegających mięsiw kozich. Było drugie tyle, bo pomagała nam miejscowa koleżanka, dokładając nieco swoich materiałów, a przy okazji ucząc nas poglądowo, jak robią kiełbasę tutejsi. Przyniosła ze sobą własne zioła, które wyhodowała i zmieliła na domowy pieprz ziołowy, o wiele bardziej aromatyczne, niż sklepowy. Przyprawiłyśmy zatem obficie i smakowicie, także czosnkiem. Kiełbasa wyszła nad podziw smaczna i o wiele lepiej nabita, niż nam się to udawało (a raczej nie udawało) zrobić. Tajemnica jest prosta. Po pierwsze trzeba mięso mielić przez specjalne grube sitko i nabijać kiszkę przez maszynkę ręczną, a nie elektryczną.
Urobku nie wędziłyśmy. Poszedł do zamrażarki w całości.

Wyciągam pęto co jakiś czas i zaparzam je w garnku. Przepis prosty: zagotować wodę, tyle, aby zanurzyć całość kiełbasy, dodać kilka liści laurowych, ziaren pieprzu i ziela angielskiego oraz łyżkę soli. Wrzucić surową kiełbasę na wrzątek, zdjąć z ognia i poczekać 30-40 minut, aż się zaparzy. Ja stawiam garnek na piecu c.o., woda nie ma szans się gotować, ale też nie stygnie zbyt szybko, o co chodzi w tym wszystkim. Potem wyjąć kiełbasę i schłodzić.
Można też inaczej: biała kiełbasa wpada do zupy typu żurek, czy zalewajka, albo krupnik. Mimo, że jestem bezglutenowa, to czasem robię barszcz na mące gryczanej, albo krupnik z niepalonej kaszy gryczanej.
Ewentualnie, co wypraktykowałyśmy zaraz tego samego dnia, świetnie sprawdza się jako

szybka podlaska kolacja. 

Obieram 2-3 ziemniaki, kroję na cienkie plastry, wrzucam do małej brytfanki z kawałkami słoninki, lekko solę i posypuję ziołami, dodaję też kawałek surowej kiełbasy. I wstawiam na kwadrans do pieca... kaflowego, gdy już żar się w nim wypali przy wieczornym paleniu. Tak, zwykły kaflowy piec ścianowy (pokojowy) może służyć świetnie jako piec chlebowy, czyli piekarnik. Jeśli tylko pali się w nim drewnem, a nie węglem! Udają się w nim w ten sposób także ciasta i chleb. Kto ma, niech próbuje. Duża oszczędność energii, bo dwie funkcje w jednym.

3 listopada 2019

Wystawki ciąg dalszy

Za oknami już przez większość dnia pochmurno, chłodny wiatr. Kozy plączą się po pastwisku, skubiąc resztki zgryzionej trawy i nawet nie dążą do ucieczki. Wszędzie wokół taki sam brak paszy, liście opadły i butwieją, trawy w zaniku, sterczą jedynie gołe gałązki krzewów. Nie ma więc po co się wyrywać. Są już dokarmiane sianem.
Mleka coraz mniej. Robię z niego jedynie twaróg, którym częściowo dokarmiam drób oraz gęsią i indyczą młodzież, częściowo go zjadamy, a resztki zamrażam na czas, gdy nie będzie już mleka.

Tymczasem pozostały jeszcze nieopublikowane zdjęcia z sesji słonecznej, ceramiki wyciągniętej z pieca. Spieszę je zatem dodać, nim się pora roku zdezaktualizuje.

Poniżej naczynie na kłębek wełny lub nici, przydatne do robótek, bo nić snuje się równo i wełna nie plącze...


I kubki, takie, siakie...


Ten np. zdobiony odbitką liścia paproci. Przy naczyńku służącym do stworzenia kaganka, świecy zapachowej bądź znicza.


I znów kubek.

24 października 2019

Kluski leniwe z kozim twarogiem

Wraz z wejściem słońca w znak Skorpiona nadeszła iście listopadowa pogoda. Mimo, że nadal jest ciepło i deszcz nie pada, poranki do późna są otulone gęstą mgłą, wznoszącą się na łąkach i drogach, która skrapla się z hałasem, opadając w postaci para-deszczu z drzew i dachów. Lubię taki czas, choć niedługo się skończy i przyroda wejdzie bardziej otwarcie w fazę gnicia i butwienia. Na razie jeszcze brodzimy w czerwono-żółtych liściach po kolana, a kozy spędzają całe godziny w zagajnikach żywiąc się nimi, ewentualnie ogryzając gałązki. Kurza brać grzebie w miękkiej pożywnej glebie zapamiętale.
Grzybów brak, choć widać tu i ówdzie grzybiarzy. Coś tam niosą z lasu, gdy znają "miejsca grzybne", ale wchodząc w gąszcz z doskoku raczej nic się nie znajdzie. Poza kaniami, które rosną na łąkach i skrajach dróg, jak chwasty. Tych jednakże od lat nie jadam, bo moja wątroba powiedziała stanowcze nie wszelkim smażonym grzybom. Mogę jedynie jeść bez sensacji gotowane, w zupie lub sosie. Trudno, już się z tym pogodziłam. W tym sezonie latem najadłam się kurek, więc nie było tak do końca bezgrzybnie. Poza tym mamy duże zapasy suszonych jeszcze zeszłorocznych, które starczą do kapusty, sosów i bigosu nawet więcej, niż do przyszłego roku.

A właśnie, kapusta. Nie wiem jak u was, ale u nas już zakiszona, w dużej beczułce kamionkowej i już ją jemy. Jakoś sam minął apetyt na pomidory i wszelkie surowizny, teraz jest czas kiszonek i fermentacji. Taki to już rytm naszej przyrody i z nim się zgadza całe moje ciało i instynkt.

Dawno nie było kulinariów na blogu. A jak zawsze, coś się w kuchni smacznego przydarza. Jak choćby domowa czekolada, którą robię od niedawna i nie mogę przestać, tak mi smakuje. To trochę też leczniczo, aby sobie humor poprawić i nie dać się jesienno-bagiennym smętkom zaświatowym, bo jak wiadomo czekolada, a raczej kakao zawiera hormon szczęścia. Ponieważ przyrządzam ją na bazie oleju kokosowego z dodatkiem miodu, z ulubionymi bakaliami, to jeszcze dochodzi pozytywny wpływ tychże, a zwłaszcza owego oleju, który świetnie odżywia mózg, poprawia pamięć, wzrok, pracę wątroby. Warto stosować często od pewnego wieku, zapewniam, bo widzę po sobie dobry skutek. Co do wzroku, którego od dziecka nie mam najlepszego, a ostatnio zaczynam odczuwać większe zmęczenie krótkimi dniami i pracą przy komputerze, dodaję jeszcze codzienne, to znaczy, gdy tylko na to pozwoli aura, wpatrywanie się z zamkniętymi powiekami prosto w słońce. Tak 10-15 minut. Po prostu siadam sobie na ławeczce i wystawiam twarz do słońca tak, aby umieścić je w miejscu środka czoła. Powieki zapobiegają oślepieniu, ale pozwalają pobierać wraz z ciepłem i żółtym zdrowym światłem także witaminę D, niezbędną do dobrej pracy oczu i zapobiegającą ich przemęczeniu.

Odchodząc od tematu czekolady, zanotuję teraz przepis na przepyszne kluski leniwe, przez niektórych zwane pierogami leniwymi, którymi się często zajadamy. W naszym przypadku przyrządzane są z dodatkiem twarogu koziego, który stale wytwarzam w sezonie i codziennie jest świeży. Przy okazji pochwalę się, że ten mój twaróg jest naprawdę doskonały w smaku. Nic lepszego jak dotąd, niż produkt moich rąk z mleka od moich kóz nie jadłam! Ale wracam do tematu.



Bezglutenowe kluski leniwe z twarogiem kozim

Składniki:
3/4 szklanki mąki bezglutenowej  - tworzę mieszankę mąk z tych, które akurat mam w domu, a więc mieszam ze sobą mąkę kukurydzianą, ryżową, gryczaną, jaglaną i ziemniaczaną w dość przypadkowych, mniej więcej równych proporcjach. Gdy którejś z nich nie ma, żaden problem. Może być nawet jeden rodzaj, byleby nie zapomnieć dodać ziemniaczanej, która robi za klej. Oczywiście dla glutenowców nie ma problemu użyć w to miejsce tylko mąki pszennej.
220 gram twarogu - mój jest kozi, świeży, nieodciskany, zatem niezbyt suchy i niezbyt kruchy, tworzy zwartą miazgę i daje się rozsmarowywać. Nie umiem przełożyć go na jakiś zastępnik ze sklepu, bo nie jem twarogów sklepowych od lat. To już kwestia własnych eksperymentów, choć z tego, co wiem, kozich twarogów raczej się nie dostanie w sklepie, muszą wystarczyć te z krowiego mleka, czyli smaku mojej potrawy nie oddadzą.
1 lub 2 jaja od szczęśliwej kury podwórkowo-leśnej.
szczypta soli
1 płaska łyżka cukru

Do polewy:
paczuszka cukru waniliowego
2-3 łyżki masła
1 łyżka cukru do posypania potrawy, ewentualnie, dla słodkolubnych.

Przyrządzenie:
Składniki wymieszać dokładnie w misce, ręcznie ugniatać, po czym ulepić na stolnicy długi wałek. Spłaszczyć go i kroić nożem, dokładnie tak, jak kopytka. Wrzucać na wrzącą osoloną wodę i od chwili wypłynięcia na powierzchnię gotować około 3-4 minut. Wyciągnąć prosto na talerz łyżką cedzakową.
Na talerzu polać kluski roztopionym masłem z dodatkiem cukru waniliowego. Jeśli go brak można posypać kluseczki cynamonem, polać masłem i posłodzić łyżeczką cukru.

Smacznego!
Podana porcja starcza na pożywny obiad dla dwóch osób. Może dodam, że odgrzewane kluseczki już nie są takie miękkie i rozpływające się w ustach, jak prosto z wody, dlatego nie warto robić na zapas.

Można jednak potraktować je jak kopytka i jeść nie na słodko, ale np. z gulaszem, czy innym sosem z dodatkiem surówki. Równie pyszne.

16 października 2019

Poszkliwiona złota jesień

Ponieważ obiecałam prezentację efektów szkliwienia wyciągniętych już z pieca biskwitowych wyrobów glinianych, pokazanych w uprzednim wpisie, zaczęłam naciskać na wiecznie zapracowaną Annę, aby zrobiła stosowne zdjęcia. Zeszło mi kilka dni. Ale ostatnia słoneczna pogoda, sprzyjająca plenerowi przemówiła dosadniej i skuteczniej. Podejmowane wcześniej próby fotografowania w pochmurne dni okazały się całkiem nieudane. Wreszcie wczoraj doszło do pełnej mobilizacji.

Zdarzyło się to nieco późno względem najlepiej położonego słońca w południe, co widać jako długie cienie oraz zbytnie naświetlenie przedmiotu, zmieniające kolor na zdjęciu, rozjaśniając go. Ale trudno. Uczymy się.


Poniżej pojemniczki na sos i patera, albo podstawka do dowolnego użytku, w zamiarze te i to pod suschi.


Kubek. Glina najlepiej wypada na naturalnym tle.


Liść służy ku ozdobie najbardziej, obok podstawka pod łyżkę, przydatne przy gotowaniu, gdy trzeba mieszać i odkładać kapiące mieszadło.


Samotna mydelniczka.


Zestaw kubków w naturze.


I efekt największej jak dotąd pracy, ceramiczna umywalka. Kolor nieco przekłamany przez słońce. W rzeczywistości jest nieco ciemniejszy.


Oczywiście to nie są wszystkie gotowe wyroby. Ciąg dalszy nastąpi.

10 października 2019

Kiszone zielone pomidory

Jesień jest jak dotąd zadowalająca, jeśli chodzi o wilgotność. W bezdeszczowe dnie kozy pasą się na zieleniejącym się jako tako pastwisku, lub zmykają w gąszcze przyleśne, nie ścigane, bo ogródki już zostały wyzbierane przez właścicieli. Deszcze padają w nocy, nad ranem, czasem w ciągu dnia, ale nie są uporczywe i nadmiarowe. Gleba chłonie wodę, a rośliny rosę z wielką chęcią. Po kilku dniach i nocach nader chłodnych znów wraca ciepło, acz chmurność na niebie trwa, z krótkotrwałymi przejaśnieniami.

Palę już nie tylko pod płytą (nieco dłużej, aby dobrze nagrzać ściankę kaflową, ogrzewającą kuchnię i pokój), ale i w piecu ścianowym na noc. Daje to kulturalne poranki, bez wstrząsów temperaturowych, a w mieszkaniu można w krótkim rękawku chodzić, zwłaszcza wieczory są przyjemne.

Kozy doję już tylko raz dziennie, rano. Daje to jakieś 6 litrów mleka, które nadal przerabiam na sery. Gdy ilość zmniejszy się do 4, będą szły już tylko twarogi, czasem świeże miękkie na ząb do wina. Twarogi postaram się zamrozić i zmagazynować na dłużej dla dobra zimującego drobiu. Ale i swojego, bo sernik bardzo lubię.

Żółte twarde dojrzewają już w większości w piwniczce, stanowiąc codzienne menu do kanapek lub zapiekanek. Na zimę wystarczy w zupełności.

Przed nami jeszcze kiszenie kapusty. Na razie zadowalamy się bieżącymi kiszonkami. Różnego autoramentu i z różnych składników. Najbardziej lubię czerwone buraczki kiszone z kapustą i dodatkiem papryki i czosnku. Ostatnio jednak trzeba było coś zrobić ze sporą ilością maleńkich zielonych pomidorków, które nie miały już szans dojść odpowiedniego wzrostu ani koloru na krzakach.

Anna wpakowała je do słoika, dodając trochę ogródkowej papryczki, pokrojonej kapusty, buraczków i kilka ząbków czosnku, nakrywając z wierzchu liściem kapusty dla zabezpieczenia przed pleśniami. I oto co wyszło.


Po kilku dniach sięgnęłam do nich z ciekawością i smak mnie zaskoczył. Naprawdę dają się zjeść.
Wszelkie tego typu kiszonki przyrządza się jednym prostym sposobem.

Napełnić trzeba słoik tym, co pragniemy ukisić, a tu fantazja i możliwości są dowolne. Praktycznie każde warzywko daje się zakwasić, a mieszając ze sobą kilka różnych otrzymujemy różne smaki. Dodajemy to nich zioła zwyczajowo dodawane do kwaszonek, czyli liść laurowy, gorczyca, koper (dla ułatwienia można posługiwać się zestawami gotowych ziół dostępnymi w sklepie), garstkę, aby nie przesadzić. I całość zalewamy przegotowaną wcześniej i przestudzoną wodą osoloną solą do przetworów w proporcji na 1 litr wody 1 łyżka soli.
Słoik zamykamy szczelnie na kilka dni i raczej nie otwieramy go przed użyciem zbyt wcześnie, aby nie wpuścić do środka pleśni. Po otwarciu zjadamy w przeciągu dwóch-trzech dni do obiadu i jako przekąskę sałatkową.

7 października 2019

Rzemieślnicze inspiracje

Jesień przyspieszyła, noce zimne, około 1 stopnia (u nas jeszcze przymrozków nie było). Woda zewnętrzna profilaktycznie zakręcona, trzeba nosić wiadra z domu, trudno się mówi. Na szczęście młode gusie już wyrosły, w pełni upierzone, dają radę. Indyczęta gorzej od nich rosną, są wrażliwsze, zatem zimne albo mokre poranki spędzają z matką pod dachem, dopiero później wychodzą na wybieg.

Dzięki chętnemu pomocnikowi z wioski, który otworzył się na pracę i zarabianie, został zreperowany i nieco przestawiony płot ogrodzenia od frontu, od początku zbyt skromnie postawiony. Dzięki temu obejście nieco się poszerzyło i zyskałyśmy miejsce na dodatkowe grządki w przyszłym roku. W tym udało się nam tam wyhodować, na dwóch wzniesionych grządkach zbudowanych z obornika koziego i kompostu, ponad 20 kilogramów ogórków i kilka dyni. Przypomnę, że  na czystym żywym piasku wydmowym ów eksperyment trwa. I jak widać, ma się dobrze.

Anna wczoraj zebrała z ogródka resztki wszystkiego, co mogłoby zmarznąć. Zatem znalazło się jeszcze trochę zielonych pomidorków, które kisimy z papryką i czosnkiem (pycha!), liści buraka liściowego i pakczoja (też pójdą do słoja), ostatek fasolki szparagowej, kilka rzodkiewek i rzepek oraz liści selera naciowego.

Poza tym zaliczyła wycieczkę kulturoznawczą po Podlasiu, urządzaną przez domy kultury z dwóch sąsiadujących ze sobą gmin. I oto co na niej zobaczyła.

W Janowie jest miejsce, gdzie tkają jeszcze starsze panie. Piękne tradycyjne kilimy, w których swoją drogą zakochali się Japończycy. Przedstawiam dwa zdjęcia ręką Małgosi Klemens robionych.



Prawda, że jest co podziwiać? Wzory proste, stare, tradycyjne. Przekazywane sobie w specjalnych zapisach z babki na matkę, z matki na córkę od wieków. Poniżej już zdjęcia Anny z komórki.





Największą atrakcją oczywiście była wizyta u podlaskiego garncarza z dziada pradziada, mieszkającego w Czarnej Białostockiej. Ten jest zawodowcem całą gębą, uczony przez ojca, dziedzic dwóch tradycyjnych pieców z cegły, kopacz miejscowej gliny, którą sam przystosowuje do wyrobu.


Oto jego piec, jeden z dwóch, stosunkowo młody, bo dwudziestoletni. Starszy ma już wiek.


I bardziej od środka, w tajemne wnętrze zerknąwszy okiem kamery Gosi Klemens:


Pracownia pełna jest też efektów swego działania. Które można było sobie wybrać i kupić.


Lub takie:


Anna przyjechała zainspirowana, co prawda nie mamy aż tyle możliwości, co Paweł Garncarz, ale zawsze zobaczenie mistrza w miejscu pracy jest budujące pod każdym względem.

21 września 2019

Ceramiczne wypieki

Zaczęło nareszcie jesiennie padać. A nawet mglić, co oko o poranku cieszy, gdy się nim rzuci przez okno ku pastwisku i lasom za nim.

W domu chłodek kazał mi się sprowadzić z poddasza na dół. Gdzie w piecu codziennie palę i ściankę kaflową nagrzewam. Przeprosiłam się też ze skórą z kozła, którą kolana ogrzewam, wysiadując wieczorem przed komputerem.

W taki czas łatwiej się skupić na ostatnich koniecznych pracach do wykonania w gospodarstwie. Dzisiaj zjechały na ten przykład ziemniaki, kupione u znajomego rolnika. W cenie 80 groszy za kilogram, czyli dwukrotnie wyższej, niż w roku zeszłym. Takoż Anna klei terakotę na podłodze pracowni ceramicznej, w jaką zmienia się "chatka dziadka". Nieduży piecyk, uruchomiony w tym roku zaczyna powoli wspierać nasze prace. Tak to wygląda tuż po otwarciu klapy.


I piętro niżej...


Po wystygnięciu biskwit czeka na dalszą pracę, czyli szkliwienie. Wszystko w swoim czasie!


Zdarzają się też miski...


I kubki oczywiście też...


Gdy już zdobędą kolory i wzory, oczywiście nie omieszkam się pochwalić.

15 września 2019

Domowe żywienie

Pogoda niepostrzeżenie jesienna się robi. Mimo słońca w dzień i suchych wietrzyków noce są już chłodne, a poranki mocno rześkie. Bywa, że nocami pada, ale to nie umniejsza ogólnej suszy, jaka panuje nawet w lesie.
Grzybów brak.
Kozy muszą się nachodzić, aby zejść do zagrody z pełnymi brzuchami. Paradoksalnie jednak to teraz mamy najwięcej w sezonie mleka. Późno zrodzone dzieciaki już nie spijają matek. Właśnie zresztą odbyła się, z wielkim ambarasem, fukaniem, cmokaniem, beczeniem, porykiwaniem i brykaniem doroczna ruja. Na dwa dni przed pełnią księżyca, więc w zgodzie z naturą bydląt wszelakich (wspominam, bo bywało inaczej, wcześniej lub nawet trochę później, co zawsze wpływa na porę wykotów i jakość sezonu mlekodajnego). Kozioł o imieniu Baran sprawił się jak trzeba.

W ogródku już się łyso zrobiło. Na dynie przy domu spadła jakaś zaraza. Trzeba było zebrać owoce nieco wcześniej. Nie wszystkie, bo dojrzewają jeszcze w innych wydzielonych ogródeczkach na terenie gospodarstwa. Garść jesiennych rzodkiewek (resztę pożarły drapieżne kury, niestety), jarmuż, seler naciowy, pory, papryka, pomidory, zioła, buraki wciąż jeszcze rosną. Trochę dorodnych patisonów, dynie, cukinie i większe buraki znalazły się na stole, gotowe do przeróbki i zmagazynowania. Ogórki już w całości zostały przerobione na sałatki i kiszonki. Podobnie częściowo buraki zamieniły się w sałatkę. Oraz fasolka wylądowała w porcjach w zamrażarce. Teraz rozprawiam się z pomidorami, gromadząc je w postaci pasteryzowanych przecierów.


Lubię ten czas. Zjadamy głównie własnoręcznie wyhodowane produkty.

Oto nasz przykładowy jadłospis dzienny:

Śniadanie: owsianka lub płatki ryżowe zabielane świeżym mlekiem kozim. Albo jajo sadzone z kwaszonką, buraczano-ogórkową lub kapuścianą. Bądź sałatką pomidorowo-ogórkowo-cebulową. Chleba nie jemy, nawet Anna robi to od wielkiego dzwonu.

Obiad: leczo cygańskie lub zupa dyniowa, burakowa, czy zalewajka na gryczanym zakwasie, albo rosół z nadmiarowego koguta, albo pomidorowa z domowego przecieru, albo kluski leniwe z twarogiem kozim, albo placki dyniowo-ziemniaczane, albo dynia i buraczki zapiekane, popijane zimnym kefirem kozim. Bywa zapiekanka ziemniaczano-cukiniowo-serowa, babka ziemniaczana ze słoninką, bądź boczkiem, albo pizza bezglutenowa z serem żółtym (kozim). Jak widać, mimo możliwości, mięsa jest w tym stosunkowo niewiele. Jego ilość oczywiście zwiększy się w zimie, gdy jest mniej nabiału (kury się nie niosą, nie ma mleka i twarogu), ale nie wykracza poza kilka obiadów w tygodniu. Sklepowych przetworów, czyli kiełbas i konserw nie jadamy, chyba, że awaryjnie, co zdarza się raptem kilka razy w roku np. podczas prac polowych, gdy nie ma czasu na gotowanie. Jeśli powstaje domowa kiełbasa, to oczywiście jest składnikiem obiadu, dodatkiem do zalewajki lub drugiego dania w formie smażonej z cebulką.

Kolacja: jeśli już, bo nie zawsze mamy ochotę, często wystarczają dwa posiłki (to cud wysokowartościowych produktów i odpowiedniego zestawienia białek, tłuszczu i węglowodanów przy niskim poziomie słodzenia) np. budyń na świeżym kozim mleku polany sokiem z czeremchy, porzeczek, lub czarnego bzu. Czasem awanturka, czyli twarożek kozi wymieszany z rybą wędzoną i cebulką, z domieszką oleju słonecznikowego albo lnianego. Albo śledziki w oleju lub zalewie octowo-olejowej.

Dla urozmaicenia wieczornego humoru: szklaneczka wina domowego owocowego dosłodzonego słodzikiem miętowym albo sokiem owocowym, rozcieńczonego dla większej radości picia - wodą. Albo nawet od święta: krwista maryś, z domowego pomidorowego przecieru z odrobiną soli i prawdziwego pieprzu, z naprawdę niewielkim dodatkiem wódki. W latach, gdy owocuje sad dominuje oczywiście cydr.

Kupowanych w sklepie produktów jest tu, jak widać mało, trochę bezglutenowej mąki, kaszy gryczanej, sól i pieprz oraz przyprawy, cukier, płatki ryżowe, olej. Pijam jeszcze kawę (mieloną z ziaren), parzoną w kawiarce, z dodatkiem goździków i cynamonu i łyżeczką tłuszczu kokosowego, na poprawę pamięci (naprawdę skuteczne), raz dziennie.

I wsio.