4 kwietnia 2017

Zupa burakowa à la barszcz ukraiński

Zaczęły się z wolna prace ogródkowe, na razie przy domu. Poprawiamy stare grządki, siejemy pierwsze nowalijki, zakrywając je przed drapieżnym drobiem włókniną. Dzisiaj Księżyc w znaku Raka, więc liściaste. Sałata, roszponka, naciowa pietruszka, szpinak, szczypiorek. Bez pośpiechu. Jedna, dwie grządki dziennie. W zgodzie z rytmem kosmosu.

Pisklaczki też dzisiaj wylądowały w ogródeczku, na słoneczku. W skrzyni wybiegowej. Po raz pierwszy widziały ziemię, świat. Zawsze patrzę z zadziwieniem, jak w tych maleńkich istotkach budzi się pamięć genetyczna, niezawodnie. Już po paru minutach wiedziały do czego służy piasek, jak robić sobie kąpiel piaskową, jak wygrzewać skrzydła w promieniach, jak polować na przelatujące muszki. Po godzinie takiego hartunku wróciły do pudełka w ciepłym domu. Jutro, jeśli tylko pogoda pozwoli, zostaną na powietrzu dłużej.

Ja tymczasem ugotowałam jedną z moim ulubionych zup. Burakową mianowicie. Nie jest to barszcz burakowy, ani też ukraiński, choć podobieństwo smakowe zachowuje. Przyrządza się ją w jednym garnku, bez zawracania sobie głowy gotowaniem tego i owego osobno.

Zupa burakowa à la barszcz ukraiński

Składniki: 
1/5 kg czerwonych buraczków
1 cebula
1-2 marchewki
1/2 selera
1 pietruszka
Kilka ziemniaków
Kilka suszonych grzybków
Kawałek mięsa na kości, jeśli chcemy by potrawa była treściwsza
Trochę słoniny na skwarki
Przyprawy: liść laurowy, ziele angielskie, pieprz w ziarnkach, pieprz mielony, majeranek, sól

Najpierw stawiamy na ogniu kość zalaną odpowiednią ilością posolonej wody, można już dorzucić grzybki i liść laurowy. Pogotować do wstępnej miękkości mięsa.
Następnie wrzucamy do garnka pokrojone w cienkie plastry buraczki i gotujemy je do wstępnej miękkości. Dopiero wtedy dodajemy resztę pokrojonych dość drobno warzyw, pieprz i ziele angielskie. Cebulkę przekrojoną na pół podpiekamy na gorącej płycie kuchennej i dorzucamy do wywaru, gdy zacznie upajająco pachnieć. Na koniec dodajemy ziemniaki, krojone w plasterki, albo słupki. Kiedy zmiękną zupa jest już przeważnie gotowa.
Tuż przed zdjęciem z ognia można dodać do niej odrobinę kiszonego barszczu burakowego (wtedy zupa nabierze stylu ukraińskiego), albo - co właściwie równie skutecznie poprawia smak i kolor - łyżkę octu jabłkowego. Podajemy z dodatkiem skwarków na talerzu, przyprawione majerankiem bądź pieprzem mielonym, według własnego gustu.
Uwaga, zjadamy wszystkie warzywka! Bez wybrzydzania!

Wersja wegetariańska jak najbardziej możliwa. Podpowiem, że jeśli buraczki pokroimy kilka godzin wcześniej i posypiemy je łyżeczką cukru, to puszczą sok i nabiorą pięknego koloru już przed gotowaniem. Zamiast skwarków można upuścić na gotową już zupę odrobinę oleju, doda mu to trochę apetycznej tłustości.

W domu moich dziadków po kądzieli podawano czasem taką zupę, ugotowaną bez ziemniaków, jako barszcz czerwony. Na środek talerza kładziono kupkę ziemniaków puree, czyli tłuczonych, gotowanych osobno, polanych tłuszczem ze skwarkami i przysmażoną cebulką, i dookoła niej lano zupę bez warzyw. W rodzinie żartowano, że babcia znów podała "kopiec ziemniaków i bruzdę barszczu"...

2 kwietnia 2017

Przymiarki

Kolejny, nie wiem już który wielki słój kapusty wespół z burakami, zakiszony do schrupania. Lubię tę mieszankę, bo czerwony kolor działa mi na apetyt, wiadomo.

Od jakiegoś czasu jest trochę mleka, nieco ponad litr dziennie, bo Lubą odstawiamy na noc od dzieci do osobnego boksu. Czyli jeden, poranny udój jest nasz. Trawy ani liści jeszcze nie ma, kozy co najwyżej ogryzają świeżą korę z gałęzi sosnowych, przyciągniętych z leśnej wycinki, więc i mleka dają jeszcze niewiele.
Niemniej codziennie nastawiamy na nim jogurt, ze specjalnych bakterii w sklepie mleczarskim kupionych (z jogurtów pseudo-naturalnych ze sklepu wychodzi takie gó..no, że tylko dla piskląt lub psów się nadaje), i wypijamy go po pół litra na głowę z ogromną wiosenną chęcią.

Pisklęta rosną zdrowo, karmione w dzień co 2 godziny, prużoną kaszą z domieszką siekanego jaja na twardo, pszennej osypki, tartej marchewki i siekanej drobno pokrzywy.

Po naradzie z mistrzem pszczelarstwa Anna dokarmiła nieco nasze pszczółki, przy okazji sprawdzając stan rojów. Jeden wydaje się być słabszy i mniej liczny od reszty, ale wszystkie czerwią.

Jedna z wylężonych zeszłej jesieni mini-kurek zniosła dziś pierwsze jajeczko, zielone. Będzie do wielkanocnego koszyka.
Niesie się jedna z jenduszek. Zbieram jaja.

Przymierzamy się do ważnej na wiosnę operacji, wydobycia i wywózki gnoju. Do ogrodu oczywiście, który mamy zamiar nieco rozszerzyć. To jedna z trzech najważniejszych prac w ciągu roku, dwa razy gnój, raz sianokosy.

28 marca 2017

Cudowne rozwiązanie

Wiosna, a raczej wiosenne wiatry, na które wystawiała się (moim zdaniem bezmyślnie, bo ostrzegałam byłam) Anna, pracująca godzinami na dworze spowodowała, że w końcu zaniemogła. Ból gardła i głowy, katar. Namówiłam ją do rzeczy, która później doprowadziła ją do istnej paniki. Choć akurat, jak uważam, bezsensownej.
Rzecz ową usłyszałam dawno temu z ust mojego ojca, wiejskiego felczera, który czytał trochę materiałów naukowych z doświadczeń lekarzy rosyjskich, jeszcze z czasów pierwszej wojny, a i wcześniejszych, bo na Syberii w trudnych warunkach musieli sobie czasem bez dostatecznej ilości lekarstw radzić. Otóż to wtajemniczenie przypomniał mi niedawno internet, gdzie odnalazłam książkę pewnego człowieka, Polaka, który zachwalał rzeczoną metodę, wiele razy ją wypróbowawszy na sobie i ludziach. I ja ją na sobie zaraz zastosowałam, i powiększone węzły chłonne i bolesne migdałki po dwóch dniach cudownie znikły. W takim razie zareklamowałam teraz ów sposób także Annie. I zaaplikowałam jej odpowiednią ilość kropelek środka dostępnego za grosze w aptece. Choć jak potem dokładniej rzecz przemyślałam, była ona o wiele mniejsza, niż zalecana przez praktyków dawka. Z tego powodu, że dawniej stosowano 10-procentowy roztwór, a dzisiaj można dostać zaledwie 3-procentowy.
Dobra nasza. Anna dostała średniej gorączki i potów, prawidłowy objaw. I w nocy wzmożonego łupania w kościach i bólu kiszek, które ją doprowadziły do paniki. Jak to osobę nieoświeconą i rozpieszczoną.
- Otrułaś mnie! Już nigdy więcej czegoś takiego nie wezmę! - słyszałam, choć jednocześnie w dzień gorączka spadła, znikł także ból gardła i głowy! Utrzymywało się osłabienie, lekki ból brzucha, ale na tyle niewielkie, że już na drugi dzień nie tylko obrządek poranny zrobiła, jak zawsze, ale i warsztaty ceramiczne, jak co tydzień odbyła, a następnego ranka do brzeziny ją pognało, żeby wreszcie baniaczek na gałęzi brzozowej zawiesić i oskoły nazbierać, bo pora najwyższa! I wtedy dmuchnął zimny wiaterek i owiał ją. Już tego wieczoru znów gorzej się zrobiło...
Ponieważ cudownego środka syberyjskich lekarzy nie dało się już zastosować, pozostała jedynie zwiększona dawka witaminy C 3 razy dziennie, rozgrzewająca herbatka z lipy, soki owocowe, czosnek, mleko z miodem i krople propolisowe, które z apteczki wygrzebałam. I oczywiście ciepłe łóżko. Bo wróciła gorączka, kaszel i ból gardła.
- Jedź do lekarza - stwierdziłam, obrażona. - On cię na pewno uleczy antybiotykiem i za niedługo znowu gardło cię rozboli.
- Już tyle wytrzymałam bez antybiotyku, poczekam jeszcze - stwierdziła, tym razem mądrze, Anna.
Na mnie spadły oba obrządki i wszelkie sprawy poza domem wykonywane, sprawy zwierząt, palenie w piecu i gotowanie. Zwyczajne. Zaczęłam rozważać także kwestię ewentualnego leczenia "wiatru" sposobem miejscowych szeptunek, mając stosowne akcesoria w szafie, odziedziczone po siedliskowych przodkach, czyli święty len, gromnicę, można by też zastosować przykładanie do głowy szklanki z rozgrzanym popiołem z pieca, który potem na cztery wiatry się rozsypuje. Jednak obyło się bez tego eksperymentu.
Bo dzisiaj, dnia krytycznego, wyznaczonego na decyzję co do ewentualnego leczenia, Anna tak ni stąd ni zowąd do pracy się wzięła.

Rozlałyśmy z gąsiora i zakapslowałyśmy jakieś 40 buteleczek domowego piwa, które właśnie doszło swego czasu. Zbudowałyśmy z dwóch pudełek jedno, większe, dla gromadki kupionych niedawno w wylęgarni piskląt, w liczbie ponad dwudziestu sztuk. I nawet po uzbieraną oskołę do brzeziny się wybrała, okazało się, że 5-litrowy baniaczek jest pełen, zatem zawiesiła kolejny do zbioru.
- Wiesz co? Już mi lepiej. Dam sobie spokój z lekarzem - usłyszałam miłe mi słowa.

16 marca 2017

Przygoda dnia

Grunt to zacząć pracę w odpowiednim czasie i tempie. Jeśli ruszasz razem z wiosną w odpowiednim rytmie, czyli wolnym krokiem, bo ona tak zaczyna, to można mieć pewność, że do końca sezonu wszystko zostanie zapięte właściwie na ostatni guzik.
Oto kupa drewna do zagospodarowania. Porżnięta już latoś, choć zeszłoroczna. Układam codziennie po kilka taczek, porąbanych w ścianki do przeschnięcia w ciągu lata. Na zimę będzie suchutkie, doskonałe.


Czuby sosen przywiezione z okolicznej działki w lesie (zawsze pytamy najpierw leśniczego, więc mogę pisać oficjalnie na blogu). Inaczej skończyłyby na gnijącej z wolna kupie na brzegu lasu. A tu proszę, kózki nakarmione witaminkami, a chrust przyda się do palenia pod kuchnią i w chlebówce w nadchodzącej ciepłej porze.


Młodzież rośnie.


I na koniec dnia pracy niesamowita przygoda Kocieja Macieja. Otóż, przestraszony nachalnością wielkiego psa, przyjeżdżającego do sąsiadów, który przybiegł bliżej, niż można i obległ Macieja, kłapiąc wielkimi zębami w ogromnej paszczy, Kociej nic nie myśląc ruszył w górę. Zręcznie wdrapał się tak wysoko, że aż mi się w głowie zakręciło, jak spojrzałam! Lekko licząc 11 metrów nad ziemią. Na czubku akacji za domem zawiesił się.


Chwiał się tam na cieniutkiej gałązce jakaś godzinę, może i więcej. W rytm powiewów wiatru. Zdecydował się zejść dopiero, gdy miał pewność, że obce złe i głupie psisko odjechało.

12 marca 2017

Przedwiosenne zawieszenie

Zawieszam się czasem. Po niebie suną klucze dzikich gęsi, gęgając z oddali. Balbiny, zafascynowane stoją z wyciągniętymi szyjami, nasłuchując, niekiedy odzywając się ze swojej strony podobnym głosem. Kubańskie pochodzą ze skrzyżowania gęsi hodowlanej i dzikiej, atawizmy są w nich żywe.

Kury niosą się w stu procentach. Lodówka osypuje się jajami. Mimo, że jemy je codziennie na śniadanie i kolację, dostają je także psy, czasem Anna piecze ciasto lub robi makaron. Niekiedy udaje się trochę sprzedać, nawet dwa-trzy kilogramy na miesiąc, to i tak dużo, w porównaniu z ubiegłymi latami. Jak obliczyłam daje to nam rocznie jakieś trzysta złotych zarobku, co po odliczeniu ceny karmy, którą musimy kupić w ciągu roku dla ptaków (ziemniaki, ziarno, osypka, a także  kreda pastewna) przynosi nawet trochę zysku gotówkowego. Jednym słowem kury (podobnie jak inny drób w swoim zakresie) zarabiają na swój wikt i opierunek, zasilając do tego kurzeńcem kompostownik i ogródkowe uprawy.
Oczywiście, nie jest to kwota, z której gospodarz może się utrzymać, ale powtarzam, nie dokładamy do drobiu ani złotówki. A zyskujemy całoroczne świeże, idealnie zdrowe wyżywienie (jaja i mięso) oraz poczucie bezpieczeństwa, bo zawsze jest co do przysłowiowego garnka włożyć.

Indory dosiadają indyczki, pewnie niedługo zaczną się nieść. W takim razie trzeba się było wziąć za przygotowanie nowego kurnika. W zeszłym roku urzędowała tam jedna indyczka z indyczętami, do czasu, gdy zwęszyła sprawę kuna. Wdarła się pewnej nocy przez niezabudowaną jeszcze szparę pod sufitem, udusiła dwa spore już młode indyki (trafiły do psiego garnka, więc się nie zmarnowały) oraz zabrała kurczaka. Teraz zatem wiemy, że nie można więcej ryzykować. I trzeba najpierw dziury zlikwidować, wszystko co się da uszczelnić oraz zamontować oszklone okienko, żeby dostęp światła we wnętrzu zwiększyć.
Niesie się także co dwa dni gęś, Kubą zwana, żona Balbina. Jaja idą do placków, ciasta, makaronu, albo na psią kolację.

Anna wzięła się najpierw za prace drwalskie. W kilka dni wytężonej pracy porżnęła piłą kupę zalegającego jeszcze z poprzedniego roku drewna. A ja odrzuciłam owe klocki na dalszą odległość, z boku, gdzie mają przeschnąć i poczekać na jakiegoś wioskowego rębajłę. Na uwolnionym miejscu ma powstać ptaszarnia, czyli ogrodzony i zadaszony wybieg dla drobiu. Niewielki, ale wysoki, z grzędami, żeby indyki miały gdzie wysiadywać i nie robić tłoku na dole. Wszystko dlatego, że znudził się już nam widok drapieżnych kur w ogródku i na pastwisku. Robią w nim takie szkody, że nie możemy się dochować żadnego trawnika, grządki też cierpią w swoim czasie. Będą zatem w najbardziej niebezpiecznej dla upraw porze trzymane "za dziób" i kropka.

Kozy nie wytrzymują już w oborze. W ciągu dnia, na dwie-trzy godziny są wypuszczane, razem z bandą rozbieganych bachorów i zajmują się ogryzaniem kory z porżniętego drewna. Anna przyciąga im też sosnowe czuby z okolicznej leśnej działki, w której chłopaki ostatnio ostro tną. Wszystkie igły i soczysta kora znika w oka mgnieniu. Gałęzie okorowane szybko schną, pójdą pod siekierkę i będzie zapas na letnie palenie pod płytą oraz grilla.
Mleko niestety wypijane jest do ostatniej kropelki. Czasem Anna przyczaja się rano z kubeczkiem i odganiając niezaspokojone przyssawki ściąga z cyców Gwiazdy, Malwy i Kropki tyle zaledwie, co do kawy dla siebie.

Kończy się z wolna zapas dyń. A taki był raban i krzyk, że nie przejemy, że się zmarnuje! Przez całą jesień i zimę jadły je ptaki, kozy i my, codziennie jedna głowa szła, czasem pół, gdy trafiała się większa. Zostało jeszcze kilka niewielkich hokkaido, dla nas. I Anna stwierdza:
- Więcej też by poszło! W tym roku posieję ile się da.
Według moich wyliczeń zebrałyśmy z dwóch ogródków, przydomowego i permakulturowego jakieś 240 sztuk dyń różnej maści, smaku i wielkości. Trochę rozdałyśmy, resztę udało się zjeść ze smakiem. Zwierzęta wchłonęłyby i więcej. To świetna pasza, mleko i jajo-pędna.
Nasiona zostały skrzętnie zebrane, przesuszone i czekają na czas wiosennego odrodzenia.

28 lutego 2017

Wychodne

Śnieg zeszedł już miejmy nadzieję ostatecznie. Wyjrzało słoneczko, zachęcając do podejmowania pierwszych aktywności na dworze. Na razie drobnych i krótkich, bo na przedwiośniu ciało jeszcze mdłe, człowiek musi się wdrożyć w fizyczne prace, nic na siłę. 
Taki czas kusi zwierzęta. Koźlęta z ciekawością wychylają się na świat boży. 


Zazdrosne oczy Feli i jej małej Bezy. Ona też tak chce!


Tym razem jednak wychodne miała Luba, z naczelnym kozłem gustownym Guciem i tegoroczną młódką, która już trzeci miesiąc zalicza.


Czyje to dzieci, przyznaję, nie rozpoznaję. Wszystkie podobne do siebie.


I jednakowo rozbrykane.


27 lutego 2017

Sezonowy sen

Od ostatniego razu przybyła w oborze jeszcze jedna para gąb do wykarmienia, znowu koziołki. Są w dużej przewadze w tym roku. Ostatnia koza już nie zdoła wyrównać stosunku liczbowego dziewczynek do chłopców, nawet gdyby się postarała.

Dzieciaczki mają się dobrze. Niektóre już z zapałem biegają po dworze.

Dzisiaj intensywne słońce sprawiło, że po raz pierwszy na poważnie wyległy na świeże powietrze pszczoły. Podejrzałam, wybrawszy się do permakulturowego ogródka. Wszystkie ule ożyły, więc jest dobrze.
Tak samo, po zimie krzaczki porzeczek, malin i truskawek gotowe są do wskrzeszenia.

Anna miała niedawno sen. Była w nim prognoza pogody na ten sezon. Dostała ostrzeżenie, że wiosna ruszy szybko, a późnym latem i jesienią będzie mocna susza. Dlatego trzeba wcześnie siać, aby roślinki zdołały urosnąć, zakwitnąć i wydać owoce.
Sen odnotowuję, będzie można sprawdzić w swojej porze, czy się spełnił.

25 lutego 2017

Trudne narodziny

Tynia dała nam jednak popalić Zaczęło się przed południem. Porykiwała boleśnie przy każdym skurczu. Długo szło. Zostawiona w zamkniętej oborze i boksie, dla spokoju. Anna chodziła tylko co jakiś czas posłuchać, czy jeszcze jęczy, czy już cisza. 
- Powróż, co będzie.
- Ty rzuć monetami. Jesteś bardziej przejęta.
- I co wyszło?
- 43 na 1.
- To znaczy?
- Hm... Ryk będzie trwał dotąd, aż trzeba będzie użyć siły do pomocy. Ale sprawy idą już do rozwiązania i dobrze się zakończą.
Rozłożyłam też karty. Piątka pik i Królowa kier.
- Ból, krzyk i szczęśliwa mama na koniec.
W końcu nastała cisza. I z nią urodzona samodzielnie brązowa córcia.
- Zapasłam kozuchę - robiłam sobie wyrzuty - za dużo owsa dostawała. I stąd problem.
- Niekoniecznie - uznała Anna - Dziecko jest duże, a Tynia miała jakiś czas temu kłopot z kośćmi miednicy, pamiętasz?
Nie był to jednak koniec kłopotu, co była zapowiedziała Księga I-Cing, a raczej tylko jego lekki zwiastun. Po kilkunastu minutach zaczęło się znowu parcie. Na świat chciało wyjść kolejne koźlątko. Znów zaczęły się ekspresyjne jęki. Tym razem dość szybko pokazała się na zewnątrz nóżka i pyszczek. Co robić?
Ano, Bozia telefon po coś stworzyła. Najpierw kontakt ze znajomą hodowczynią, która też taki przypadek już kiedyś rozwiązywała. Wniosek: ciągnąć! Nie ociągać się.
Poszłam do pomocy. Kozę trzeba było unieruchomić i mocno trzymać za rogi. Bardzo prędko jednak Anna straciła pewność siebie. I w tej niepewności swojej zadzwoniła do weterynarza. Akcja była już zaawansowana, zanim by dojechał ze swojej gminy upłynęłoby dużo cennego czasu. Dał więc kilka ważnych instrukcji przez telefon. Ciągnąć, ale nie za głowę i nogę, ale za dwie nóżki. Głowę trzeba wepchnąć z powrotem i znaleźć drugą nóżkę.

Na umyte i odkażone jak do operacji ręce, Anna wylała sobie nieco oleju jadalnego i zabrała się do zabiegu, nie zwlekając. Trzymałam kozę za rogi z całej siły, aby nie odbiegła. Ryczała wniebogłosy. Po dłuższej chwili udało się przeprowadzić całą rzecz, znalazła się druga nóżka. Nie mając pewności, czy właściwa, przednia, bo może tylna, Anna rozpoczęła ciągnięcie płodu. 
Koza zwijała się z bólu. Parła w skurczach, Anna ciągnęła, choć w ferworze pierwszego razu trudno było poznać kiedy przebiega skurcz, a kiedy rozkurcz. W końcu biedna koza upadła na kolana, i położyła się na boku. Rycząc oczywiście. Paradoksalnie ułatwiło to nagle sytuację. Anna zaparła się mocniej i przy użyciu całej swej siły wyciągnęła koźlątko na świat. 
Ryk umilkł. 
Obrane z błonki porodowej dziecko okazało się żywe, więcej, nawet nieuszkodzone! Wkrótce zaczęło wstawać na nóżki i zostało podstawione do zassania. Bo Tynia natychmiast po porodzie podniosła się na nogi i zajęła ogarnianiem swoich matczynych spraw.
Dostała gar posłodzonej wody na wzmocnienie, którą wypiła ze smakiem. Nadstawiła wymię nowonarodzonym córeczkom, bo druga też się okazała córcią, i można było wreszcie odetchnąć od nadmiaru emocji.
Gdzie tam!
- Patrz! Kropa zaraz urodzi...

Na szczęście nie było z nią problemów. W ciągu pół godziny w sąsiednim boksie pojawili się na świecie dwaj brązowi żwawi malcy. 

22 lutego 2017

Przednówek

Deszcz zmywa ostatki śniegu. Wybieram i wybieram wodę gromadzącą się przed progiem ziemianki.
Drób jakby mniej karmy wołał. Kury niosą się świetnie, całą zimę nie odpuszczają, choć miały w okresie największych mrozów pewne przystopowanie. Jednak nawet wtedy coś w gnieździe zostawiały dla nas. Teraz bywa i do 10 jaj dziennie. Niesie się także co drugi dzień gąska Kuba[nka], zawsze strzeżona przez drepczącego u jej boku wiernie Balbina.
Główny indor ogląda się już za jenduszkami i odstrasza od nich zamaszyście młodszych rywali. 
Tylko patrzeć wiosny.

Dzisiaj wykociła się córa Gwiazdy, pierwiastka, Zorka. Bezproblemowo. Ku naszemu zaskoczeniu przyprowadziła dwójkę chłopaków. Zorra i sierżanta Garsiję. Silni, przysadziści, od razu wypili cały zapas siary i czekają na następny.

21 lutego 2017

Ciąg

Wypadło. Z rana. Ale trzeba było pociągnąć.

20 lutego 2017

Czekanie, aż wypadnie

Kapie, odmarza, pod białą pierzynką mokro. Kiedy buty gumowe straciły z latami szczelność, jak moje, wraca się z wypadu na podwórze w mokrych skarpetkach. Zawieszam je zaraz na kaloryferze, żeby zdążyły przeschnąć przed następnym wyjściem. W ruch idzie głęboka plastikowa szufla, co kilka godzin wylewam nią wodę, która zbiera się w dołku przed drzwiami do ziemianki i przesącza się szczelinami kiepsko zrobionego progu i pod owym progiem, po schodkach w dół, czyniąc kałuże w pierwszym pomieszczeniu (sklepiona głębina, gdzie trzymam ziemniaki i warzywa jest niżej, chroniona wyższym progiem i tam woda nigdy na szczęście nie dociera).

Dzisiaj sparło córkę Felicji, Franię. Dość łatwo i bez niczyjej pomocy wypuściła spod ogonka na świat maleńką Florę. Maści alpejskiej, ładniutką, dużą, silną, grubiutką i z miejsca samodzielną. Anna biega co kilka godzin do obory patrzeć, jak się sprawy mają. Bo wciąż są opóźnienia z wydaleniem łożyska po porodzie. A przypomnę, że właśnie z Franią był ten kłopot za pierwszym jej porodem w zeszłym roku. Bez weterynarza wtedy się nie obyło (co było jak na razie jedynym ewenementem w dziejach naszej hodowli, bo nasze kozy kocą się zazwyczaj bezproblemowo). Jak na razie wieści są pocieszające: łożysko ruszyło i powoli jest wydalane samodzielnie. Czekamy zatem z nadzieją na pomyślny rezultat. Popijając winko winogronowo-aroniowo-cydrowe na pocieszenie.

15 lutego 2017

Słodkości

Nocne mrozy zelżały, śnieg mokry pod nogami, opadł z hukiem ze wszystkich dachów już rano. Czas na brzuchate kozuchy nadszedł. Pierwsza rozpoczęła sezon wykotów Felicja.
Dwójeczką, obu płci. Torcik i Beza.
Jak zawsze dokarmiamy słabsze, czyli tym razem koziołka. Mlekiem matki. Felicja to koza z długim obwisłym cycem, maleństwu trudno jest klękać i nie tracić równowagi. Poza tym matka pochodzi z chowu nowoczesnego, sama odstawiona od matki w drugim dniu życia, z charakteru nie jest zbyt macierzyńska. Choć na szczęście również nie odrzuca dzieci. Ot, nie martwi się o nie. Trzeba to robić za nią. Dzieciaki zatem, dzięki naszej trosce mają się dobrze. Dzisiaj, czyli w drugiej dobie życia, podjęły już próby brykania.