23 marca 2020

Zdrowe podejście

Nie było nowych postów, bo u nas zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że nie bardzo jest o czym pisać. Trwa wieczne przedwiośnie. Zatem wypadło zabrać się do wstępnych prac gospodarskich. Bozia zesłała Jarego w niezłej formie po tej zimie-nie-zimie i w dwa dni obornik został wydobyty z otchłani koziarni i wyjechał na pole, oczekujące teraz kultywacji. Mało tego, Jary zjawił się dnia trzeciego i wraz z Anną i jej piłą uporządkowali teren przy drodze za płotem, usiany gałęziami i pniami ściętych jesienią robinii. Oczywiście kolczasta była to praca, zatem dość niebezpieczna w dotyku. Mam już jednak opał do kuchni na sezon letni. W postaci gałęziowego chrustu.

Dobytek ma się dobrze, Pulcheria i Helenka od czasu do czasu znoszą po jaju, dużym i smacznym, zaś stado młodzieży płaskodziobej okazuje się być na moje oko płci męskiej i głównie zajmuje się darciem dziobów na mój widok. Jak nikt nie kupi, trudno, będą rosoły, pieczenie i oczywiście genialny smalec gęsi. Lekarstwo. Póki co dotuczam, bo gęsi późno obrastają w tłuszcz.
Kury niosą się bezkrytycznie, dobrze, że jest komu sprzedać jaja, tym sposobem zarabiamy tygodniowo jakieś 15 złotych. To wieść dla mieszczuchów, nie mających pojęcia jakimi kwotami operuje małorolnik miesięcznie. I żyje!
I to jak, zważywszy zasoby, które można przeliczyć na zdatne do jedzenia i trwania tym samym tygodniami, miesiącami, bez chodzenia do sklepu.

Oczywiście wpłynęła na konto jakaś niewielka dotacja zeszłoroczna, Agencja wisi jeszcze zwrot kosztów suszy i nie widać, aby ten zwis miał się zmienić. Jest zatem czym zapłacić za prąd, telefon, śmiecie i internet. Tak będzie aż do pierwszego mleka i sprzedaży koźlej młodzieży. Oto jak wygląda gospodarowanie na skraju systemu, w przestrzeni, w której wszyscy się od niego uzależnili i teraz kwilą ze strachu, gdy widmo zarazy przelatuje nad głową wsadzoną w ekran telewizora czy komputera. To tylko widmo. A życie jest życiem. Dotykiem, sensem.
Ciekawe, ilu ludzi, przekonanych dotąd, że są pępkiem świata, stanie nad przepaścią finansową i filozoficzną jednocześnie, bo utrata sensu bytu i iluzji to nie byle jakie przeżycie duchowe. I jak sobie te śmieszno-tragiczne postaci z tym poradzą. Bo świat już nie wróci do starych paradygmatów. Mimo, że pewnie uparte jednostki będą chciały zamknąć oczy i śnić dalej dawny kolorowy sen o niczym przebranym w szatki błazeńskie. Jak nasi jeszcze-rządzący.

Ogród czeka stosownej pory na działanie. Niektóre nasionka wysiane do skrzyneczek. Zeszłoroczny tunel już gotowy. Lato ma być o zmiennej pogodzie, deszcze i upały, wiatry, lepiej wrażliwe uprawy zawczasu ochronić.

Zapasów zeszłorocznych ubywa w piwniczce, kończą się żółte sery, dynie i patisony (trzymane na poddaszu) oraz ogórki, idą teraz ostatnie słoiki kiszonych i sałatkowych, soku pomidorowego i keczupu domowego. Soków owocowych też już wyraźnie mniej, ale przy umiejętnym gospodarowaniu starczy jeszcze do wymiany na nowe. Ziemniaków mniej, niż połowa. Te głównie zjada drób, ale i nam służą. Jest jeszcze mnóstwo dżemów, marmolad i galaretek owocowych, które zjadamy najwolniej, a przez to żelazny prowiant pozostaje mało naruszony. Widzę z tego, ile czego potrzebne jest zgromadzić na jesieni, aby starczyło dla nas dwóch plus czasem kogoś jeszcze, z nawiązką. I daje to poczucie sensu działania, pracy, codziennego wysiłku na cały kolejny rok.

25 lutego 2020

Na przednówku

Jakby bliżej wiosny, choć zmian w pogodzie nie ma wyraźnych, zatem czuję ją jedynie patrząc na szybko kiełkującą cebulkę posianą w skrzynce stojącej przy kuchennym oknie. Bywa, że pojawia się na krótko śnieg, szybko ginący. Pączki na niektórych krzewach czy gałęziach wydają się nabrzmiałe, ale wciąż czekają, bo nocami są przymrozki.

Tymczasem dzieciarnia, która wyszła na świat nie jest już w stanie wytrzymać w zamknięciu z dorosłymi kozami. Zatem w ciągu dnia pozwalamy młodzieży pohasać na swobodzie i nałapać witaminy D, o ile słońce wyjrzy zza chmur.


To, co na zdjęciach powyżej i poniżej to Florki i Flądry z boksu na F. Największe wiercipięty sprawiają wrażenie, jakby było ich całe mnóstwo, a przecież babcia Fela jeszcze z brzuchem chodzi.


Bywa, że z radości rozbrykanej przychodzą za nami do domu i zwiedzają mieszkanie stukając raciczkami po podłodze.


A poza tym zjadamy resztę żółtych serów, przechowywanych w piwniczce domowej. Hit tej zimy to pizza z serem, domowym keczupem i różnymi dodatkami. Dla mnie bezglutenowa oczywiście.


21 lutego 2020

Bezglutenowe pączki serowe

Po raz pierwszy w życiu usmażyłam wczoraj pączki. Zawsze to było dzieło mamy, ciotek, albo siostry. Od prawie 7 lat jestem na diecie bezglutenowej i tyle samo nie jadłam pączków. Pewnie dlatego, gdy uświadomiłam sobie po południu, że właśnie mija Tłusty Czwartek, dostałam kopa motywacyjnego. I wyszły, szybko, sprawnie, nader smaczne, kruche i delikatne. Były przepyszne, bez żadnego dziwnego posmaku innej mąki, niż pszenna.
Uwieczniłam resztkę, bo błyskawicznie znikły. Nie utyłam po nich, ale spuchłam z dumy, i owszem. 


Oto przepis:

Bezglutenowe pączki serowe.


Składniki:
Szklanka mąki bezglutenowej, sprawdziła mi się wyśmienicie mieszanka: 1/3 mąki ziemniaczanej, 1/3 mąki kukurydzianej i 1/3 mąki ryżowej.
2 jajka
200 gramów twarogu koziego (mam jeszcze końcówkę zapasów zeszłorocznych, przechowanych w zamrażarce, twaróg w ten sposób przechowywany traci swoją konsystencję i z czasem nieco wysycha, ale do różnych potraw typu pierogi, kluski leniwe, awanturka absolutnie się nadaje)
3 łyżeczki cukru
Paczuszka cukru waniliowego
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
Szczypta soli
Cukier puder do posypania
Olej do smażenia

Wykonanie:
Do miski wbijamy jaja, roztrzepujemy, dodajemy pokruszony na drobno twaróg (jeśli jest zbyt suchy można dodać kapkę mleka), dosładzamy wedle upodobania (radzę niewiele), dosypujemy cukier waniliowy, proszek do pieczenia i odrobinę soli, i wszystko ucieramy na gładko. Po czym dodajemy stopniowo mąkę, mieszając ciasto. Gdy składniki się połączą, a ciasto będzie wyrobione i na tyle gęste, by nie traciło kształtu, stawiamy na ogniu wąski rondelek. Lejemy oleju tyle, aby kładzione pączki nie przywierały do dna. Nie są duże, więc i nie trzeba do tego zbyt wiele oleju.
Gdy tłuszcz jest już odpowiednio rozgrzany kładziemy na nim łyżką wybierane ciasto, podobnie jak przy kluskach kładzionych. Maczając przedtem łyżkę w oleju, aby nie przywierało. Smażymy do zrumienienia po każdej stronie, wybieramy łyżką cedzakową na kratkę, aby pączki spokojnie obkapały z tłuszczu (można na talerz wyłożony papierem kuchennym, ale to tylko trochę pomaga). Na koniec posypujemy cukrem pudrem. Gotowe!

Całość przygotowania i smażenia zajęła mi ledwie kwadrans!
Pozostałość oleju użytego do smażenia zlałam do słoiczka i będzie z niego mydło do prania. Nic się nie może zmarnować...

17 lutego 2020

Chlebek żytni prosto z pieca

Czasem zabraknie w domu pieczywa, a szkoda odpalać auto, aby gnać w tym celu do sklepu i zwiększać koszty zakupu czegoś, co chleb jedynie przypomina z nazwy. Sama chleba nie jem od kilku ładnych lat, ale zimą jedzą go psy na kolację, z omastą, i czasem Anna do kanapek.

Zaczynienie ciasta nie jest problemem. Zapas mąki, żytniej i pszennej zawsze czeka w zanadrzu domowego kredensu. Ciasto jakiś czas rośnie pod przykryciem i dojrzewa do chwili wypieku.

W ten czas zimy-nie-zimy rozpalamy raz na dobę piec ścianowy, w godzinach zmierzchu, aby podtrzymywał ciepło w nocy i rano, nim w południe napalę w piecu c.o. (w taka pogodę wychodzi jeden wkład drewna dziennie, czyli kopcimy w niebo słabym dymkiem ledwie 3 godziny wszystkiego), by ogrzać wodę w bojlerze, ogrzać łazienkę do umycia się w komforcie, ugotować karmę zwierzynie i wodę w czajniku oraz zaparzyć herbatę w glinianym czajniczku. Ot, cała robota.

Piec ścianowy (tj. kaflówka, jeśli ktoś nie rozumie po podlasku) przyjmuje jedną naręcz drewna, która wypala się dość szybko, (mniej więcej w godzinę). Gdy żar zacznie opadać można do pieca, jak do piekarnika, albo pieca chlebowego wsunąć odpowiednio wąską brytfankę z tym i owym do upieczenia. Tak to wygląda w praktyce.


Potem trzeba zamknąć szczelnie drzwiczki i poczekać stosowny czas. W takim piecu temperatura jest wyższa, niż w piekarniku, więc i pieczenie idzie szybciej.


Tym razem powstał chleb żytni, wymagający gorąca i czasu. Udało się, jak widać po wyjęciu, wyśmienicie. Oczywiście trzeba jeszcze odczekać przynajmniej dobę, aby odparował, przestał był gliniasty i nabrał smaku.

12 lutego 2020

Biała porodówka

Wykoty wystartowały. Pierwsze beebeee w koziarni. I śnieg. Który stopił się do końca dnia.
Kolejny wykot po kilku dniach, z komplikacjami. Nieduża pierwiastka z dwojgiem dużych koźląt w brzuchu. Pierwsze zaczęło wychodzić główką, niedobrze. Weterynarz niedostępny, dał tylko wskazówkę telefonicznie. Trzeba było główkę wepchnąć z powrotem do środka, włożyć rękę, znaleźć nóżki i wyciągnąć na zewnątrz. Udało się i koźlątko nawet nie uszkodzone, choć lekko podduszone było. Wyczyszczone, nakarmione, stanęło na nóżki. Zaraz potem wypadło kozie spod ogona drugie, już samodzielnie. Koza zmęczona, ale jadła i piła bez oporu, a to znak, że wszystko w porządku. Syte i zmęczone dzieci posnęły spokojnie. Teraz to już prawdziwe rozrabiaki.
Wczoraj nowa parka wypadła kozie spod ogona. Stara doświadczona matka, kilka godzin wcześniej pobekiwała do nich w brzuchu, spokojnie żując siano i zachęcając do wyjścia. To takie specjalne czułe ciche beczenie, raz usłyszysz i wiesz, że się szykuje nowe życie na świat. I wypadły, w mgnieniu oka. Bez niczyjej pomocy. Wylizane wyschły i najadły się samodzielnie. I znów spadł śnieg.
Dzisiaj niespodzianka. Pół godziny po wizycie w koziarni przychodzę na obrządek. Z dala słychać płacz jak z porodówki. Zaglądam do każdego boksu i odkrywam, że Malwina własnie wylizuje drugie ze świeżo narodzonych koźląt, czarne. Wyskoczyły oba na świat błyskawicznie. I tak zaskoczyły matkę, że nie zdążyła jeszcze nawet odpowiedniej ilości siary napuścić do strzyków. Pewna bieda jest. Trzeba maleństwa póki co przystawiać do innych matek, albo odmrozić jesienne mleko i dokarmić, póki matka nie będzie w pełni dojna. Zaczął padać śnieg z deszczem, zmywając resztki bieli.

27 stycznia 2020

Trwanie

Już się pogodziłam, że w tym roku zimy po prostu nie ma i nie będzie. Z perspektywy widzę, jak czasy się zmieniają. Pamiętam zwłaszcza pierwszą zimę na Podlasiu, w roku 2005, którą spędzałyśmy w starej przewiewnej chacie z nieczyszczonymi od lat piecami... Była najzimniejsza i najdłuższa ze wszystkich, jakie tu przeżyłam. Temperatura kilka razy spadła do blisko minus 40 stopni, długo trzymała w granicach 30, a kiedy wreszcie podniosła się do minus 18 to cieszyłam się, że wiosna idzie. W kwietniu jeszcze szusowałam na nartach po polach. Woda zamarzała w kuchni w wiadrze i psiej misce. Trzeba było rąbać siekierą, żeby do czajnika nalać. W sypialni przy piecu rano bywało zaledwie kilka stopni na plusie. Pisałam  książkę rozgrzewając palce od kubka szybko stygnącej kawy lub herbaty. Ku naszemu zdumieniu, żadna z nas nie zachorowała wtedy, nawet kataru nie było! Gdzie te czasy?
Miejscowi mówili, że jak ta zima nas nie wystraszy, to już nic nas nie wystraszy. I tak się stało. Choć nie wiem, czy nie wystraszy nas upał i susza, każąc bliżej Syberii się kiedyś przenieść... kiedyś, to w przyszłym życiu oczywiście, bo w tym nie mam już zapału do pionierstwa. To nastrój właściwy ludziom młodym i w średnim wieku. Na starość człowiek się okopuje.

Usiłuję się nie lękać. Majowie opisywali nadzwyczajne ciepło poprzedzające cudowne wydarzenie cykliczne, przelot czegoś na niebie blisko Ziemi, na co czekali setkami i tysiącami lat. Podejrzewam, że jesteśmy blisko tego nadzwyczajnego wydarzenia. Choć nie będzie to jutro, czy za miesiąc, ale niektórzy z nas je pewnie zobaczą na własne oczy.

Póki co szaleją przedwiosenne zarazki. Anna przyniosła z zajęć w domu kultury, od dzieciaków, ból gardła. Dała się już bez oporu namówić na leczenie jodem. Po jednej porcyjce na noc ból minął, a rozwinął się katar. Grzeje go teraz w łóżku, z nogami na termoforze. Popijając herbatę z sokiem z czarnego bzu, latem przygotowanym. I głowę zajmując szwedzkim serialem z Netfliksa, pokazującym świat bonusowych rodzin, gdzie małżonkowie rozmawiają ze sobą w obecności terapeutów, co jakiś czas zmieniają się rolami, zdrowy wkurw jest zakazany, a niewyrażoną agresję leczy się masażem lub u lekarza, ewentualnie pijąc łyskacza. Albo rozwodzą się uprzejmie za obopólną zgodą i wchodzą w nowy związek, wychowując swoje i cudze dzieci w wielkim zgodnym lub raczej ciągle godzącym się - plemieniu. W którym inny kolor skóry, oczu, włosów, język czy wyznanie jest zabawnym urozmaiceniem, wprowadzającym resztę w przymus nieustannego rozwoju świadomości i rozszerzania serca ku wiecznie niedosięgłej tolerancji, akceptacji bliźniego i wyrozumiałości, sięgającej całkowitej unifikacji cech. Tak, coś takiego nas by czekało, gdyby Szwecja rozszerzyła swój zasięg.


Na odreagowanie można obejrzeć inny skandynawski, szwedzki czy norweski serial, kryminalny, gdzie trup ściele się gęsto i okrutnie pośród tych grzecznych i wybaczających ludzi. Skrywających w swych duszach głębie polarnego mroku.

Mnie trochę głowa boli, ale katar się nie rozwija, więc mam nadzieję, że przetrwam bez większych kłopotów.

16 stycznia 2020

Dziwna zima i naczynia

Zima już dawno zwinęła skrzydełka. Z wilgotnego niżu zrobił się suchy słoneczny wyż, ale aura jest przedwiosenna właściwie. Moim ptakom grzebiącym i kwaczącym to się jak najbardziej podoba, kury buszują po okolicy nader aktywnie wyszukując każdą trawkę czy zielony mech, aby urozmaicić sobie menu. Słychać też od czasu do czasu głośne krzyki i skrzeczenia dziwnych przelatujących ptaków, których gatunków nie umiem nazwać. W każdym bądź razie ta zima dziwna jest. Miejscowy owczarz swoje stado owiec co i rusz na pastwę wypuszcza. Nasze kozy co najwyżej po podwórku się przechadzają i zielone igły sosnowe z gałęzi ogryzają wraz z korą. Już wysokokotne są i raczej nie przejawiają ochoty na dłuższe spacery i wysiłek.

Czas poświęcamy na hobby. Ja czytam, uczę się, piszę horoskopy i czasem jakieś artykuliki, niekiedy uprawiam qigong wedle tarasu w ogródku przydomowym, żeby się dotlenić i rozciągnąć stawy i mięśnie. To dobry sposób na bezsenność, która mi się zdarza w porze krótkich dni i długich nocy.

Anna mydła warzy, czasem coś ulepi, albo bierze udział w imprezach zbiorowych. Jak na przykład w otwarciu pracowni ceramicznej w Miejskim Domu Kultury w Kleszczelach, w sąsiedniej gminie. Miał tam miejsce pokaz toczenia na kole tradycyjnym, uruchamianym nogami garncarza. Przy okazji urządzono wystawę naczyń ceramicznych, z których to miasteczko słynęło od przynajmniej XIV wieku, a ostatni warsztat garncarski zniknął w nim w latach 70-tych. Znalazły się jeszcze w domach mieszkańców gminy. Przywiozła kilka zdjęć tych dawnych prac. Dzbany na mleko zwano hładyszkami, dwojaki i inne, wszystkie znane pod nazwą siwaków.


Nie były szkliwione, lecz wypalane w specjalny sposób, przez co uzyskiwano tę charakterystyczną ciemną barwę.


Taki wypał nazywa się redukcyjny, gdy pod koniec wypału uszczelniano wnętrze pieca, spalając w środku smolne drewno. Dym pokrywał biskwitowe naczynia nadając im ten niepowtarzalny wygląd.


Hładyszki używano przeważnie jako naczynia na mleko, bądź śmietanę.


I jeszcze...


5 stycznia 2020

Zimowy wczas

W nocy niepostrzeżenie cichcem spadł śnieg. Wpuściłam wtedy Kocieja do domu i wydało mi się, że świat świeci w promieniach księżyca, ale brak okularów na nosie wszystko zamazał. Kociej prędko położył się koło mnie na poduszce, mrucząc. Dotknęłam go i odkryłam, że jest mokry bardziej, niż tylko od zwykłej rosy, a przecież pośród mżawki nigdy by nie wysiadywał, jak to sucholubny kot. Pachniał lasem, liśćmi i wilgocią.


Poranne słońce wpadające przez uwolnione od zasłony drzew okno, kazało mi otworzyć oczy w dobrym, jak rzadko o tej porze dnia, humorze.
- Ech, biegnij zrobić zdjęcia zimie, bo pewnie jutro już jej nie będzie! - powiedziałam. I o dziwo, Anna chwyciła za aparat i poszła cyknąć to i owo.

Pierwszy wpadł jej w oko kaczy dołek, pusty, chroniony przez drzewa, lasek samosiejek sosnowych, dębów i klonów. Zwierzęcy wybieg, nazywany kaczym dołkiem, bo w dołku leży. Teraz pusty, gdyż drób nie skory brnąć po kolana w świeżym śniegu.


Na dworze pierwsze powitały ją oczywiście Balbiny, czyli naczelna małżeńska straż obejścia, Balbin (drugi w rzędzie) i Pulcheria, vel w skrócie Pulcia.


W pewnej odległości stało stadko gęgusi, albo gęgułek lub gęgolinek, czyli tegoroczny wylęg z zakupionych jaj gęsi kubańskiej. Bardzo wrzeszczące to stadko, zwłaszcza, gdy się wyjdzie na dwór, podnoszą od razu wielkie głosy, aż pewnie w całej wsi słychać. Na szczęście wioska rolnicza i zwierzęce krzyki i ryki nikomu nie obce, nie dziwne i nie tylko nie przeszkadzają, ale poprawiają humor mieszkańcom, którym dzięki temu wydaje się, że wciąż jest tak, jak dawniej bywało...


W ich pobliżu stał nowy, młodziutki jeszcze, tegoroczny czarny indorek, który nie ma dotąd imienia. Ale szybko wtopił się w stado indyczek i jest już jednym z nich. Nie gulga jeszcze ostrzegawczo, ani się nie stroszy, przyjmując barwy bojowe lub ochronne, nieśmiały nastolatek.


I dosłownie ostatnia to chwila na zdjęcia dobra się okazała, bo zaraz po powrocie do domu słońce zaszło i niebo zasnuły bure chmury.

31 grudnia 2019

Doroczne wnioski

Zimy brak. Zadałam to pytanie gwiazdom i nawet przepowiedziały mi pogodę na rok, ale czy moja metoda się sprawdzi, ocenię w praniu. Nie będę na razie wieszczyć z niej publicznie. Na krótszą metę widać, że jeśli ma się oziębić stosownie do pory roku, to po pełni Księżyca, która wypadnie 10 stycznia. Roku przyszłego, który zacznie się już za kilka godzin.

Tuż przed świętami zjawiła się wreszcie zamówiona ekipa drwalska i drzewa ocieniające nam ogródek od strony drogi zostały ścięte. Zmieniło się feng shui przestrzeni, blokujące przeszkody znikły, więc spodziewam się jakichś pozytywnych zmian w funkcjonowaniu, zobaczymy.

Święta przeszły niepostrzeżenie. Okna zostały umyte, więc do piekła nie trafimy. Obżarstwa nie było (na nie mamy cały boży rok). Od Wigilii przez całe Boże Narodzenie trwało śledziożerstwo łyskaczem popijane (w niewielkich ilościach). Obejrzałam także "Wiedźmina", z którego to serialu raptem jeden, no, dwa odcinki mi się spodobały. Piąty i następny, ten ze złotym smokiem, ale to smok mi wpadł w oko. Historia o strzydze, z opowiadania, które dawno temu zrobiło na mnie wielkie wrażenie swoim zaćmieniowym klimatem, została kompletnie popsuta, acz trafiło mi się ją właśnie w dzień zaćmienia oglądać. Taki traf symboliczny.

Na poprawę humoru zaraz po zakończeniu serii wróciłam do nieśmiertelnego "Kingsajza". Dawno-dawno temu, przed potopem, po raz pierwszy oglądałam go z Adasiem, który sławny się w moim domu zrobił jako bajarz o krasnoludkach. Aż pewnego ranka moja kilkuletnia wtedy siostrzenica przyszła do niego, gdy jeszcze spał, z małym koszyczkiem, żeby go - kiedy się w nocy w krasnoludka  przemienia - schować pod kołderką. Niestety, nie zdążyła, już wziął i urósł, bo słońce wstało i rzuciło na niego promienie przez okno. Od tamtej pory, gdy oglądam ów film (zazwyczaj raz na rok w okolicach Świąt) i słyszę pierwsze dwa zdania budzącego się Olgierda Jedliny: "Adaś? Adaś!" I: "Ewa? Muszę ci coś powiedzieć..." - to zawsze łączę się telepatycznie z Adasiem. Właśnie mi na nasze imieniny doroczne przysłał wiadomość, że się za pisanie bajek o krasnoludkach na Księżycu zabiera. Ja też głównie w niebo patrzę, acz krasnoludków tam nie wypatruję.

Zrobiłam doroczne podsumowanie. Powiem tak. Radzimy sobie, ale dzięki pozarolniczym działaniom. Jednak po raz pierwszy gospodarstwo nie zarobiło na siebie i nie wyszło na zero. Mimo dotacji. Oczywiście nie wliczam żywności, którą nam stale daje i mamy duże zapasy jadła, oraz opału, jednak kozy ledwie zarobiły na siano i owies. Winny jest spadek cen koźląt, nawet po haniebnej obniżce popyt był nijaki. Najlepszy w świecie twaróg, który wytwarzam, przeważnie zjadamy osobiście wraz z dalszą rodziną i w zespole z drobiem. Żółty daje się dojrzewać przez zimę, więc służy nam w okresie bez-mlecznym, jako przekąska do wina i oczywiście dodatek do ulubionej pizzy. Miejscowym kozie mleko rzadko w smak, i drogie się wydaje, choć w porównaniu z cenami w Polsce sprzedaję naprawdę najtaniej, a co dopiero ser. Który naklejek nie ma, nie jest zapakowany próżniowo i opieczętowany biurokratycznie, niektórym capi kozą, choć nawet nie spróbowali itp. itd. Jak widać teraz z obrachunku rocznego powinnam te produkty wycenić razy dwa, aby hodowla zaczęła przynosić jakikolwiek zysk! A to już kompletny strzał w stopę przy obecnym braku zainteresowania. Jednym słowem trzeba będzie przeorganizować się rolnie, chyba, że jakiś cud się wydarzy i ludzie zmądrzeją, uświadomią sobie, że nie opłaca się taniochy sklepowej kupować, a potem chorować ze śmiertelnym skutkiem. Ewentualnie ceny sklepowego szajsu pójdą tak w górę, że się klientela obudzi i na swojskie najlepsze żarło zwróci znowu oko.

17 grudnia 2019

Wieczorne hobby

Długie późnojesienne wieczory wymagają zagospodarowania. Zwierzyna pokładziona spać już o 15, obiad ugotowany, w piecu napalone, naczynia pozmywane, pokoje zamiecione, coś trzeba robić, aby się nie zanudzić.
Co prawda miewam swoje zajęcia astrologiczne i wróżbiarskie, bo czasem ktoś chce poznać swój horoskop, albo co mówią karty na kolejny rok, i zajmuje mi to do kilku godzin dziennie. Poza tym czytam mądre księgi, i wałkuję podręczniki astrologiczne, bo wiedzy nigdy dość. To nauka obfita i skomplikowana na tyle, że stałe przypominanie sobie podstaw i różnych technik prognostycznych jest nader wskazane. Zawsze jest coś do przypomnienia sobie, poznania i wypróbowania w obliczeniach. Niemniej oczy się od tego męczą, zwłaszcza, że światła dziennego mało i pisać muszę w większości przy żarówce, co męczy mój nienajlepszy wzrok. Do tego muszę też odpocząć od pracy umysłowej i zaangażować bardziej inne zmysły. Jest awaryjne wyjście.

Anna sprowadziła potrzebne akcesoria z pracowni do domu, bo glina w nieogrzewanym stale budynku twardnieje i przymarza, wyroby słabo i nierównomiernie schną. Zatem trzeci pokój robi za mini-pracownię i suszarnię, małe akcesoria, np. ozdoby można lepić zwyczajnie przy stole w głównym pokoju, oglądając seriale, a naczynia toczyć na elektrycznym kole postawionym w kuchni.
Zabrałam się i ja za glinianą zabawę, choć na razie więcej mam w głowie, jako projekt. To tytułem wypełnienia twórczo i interesująco wolnego czasu.

Na razie nie mam się czym pochwalić, zatem pokazuję inne wyroby rąk Aninych. Zdjęcia robione komórką, więc oświetlenie i jakość pozostawia do życzenia, za co przepraszamy. Do wiosny raczej lepiej nie będzie.






Ubiegając pytania powiem: tak, czasem te i inne wyroby bywają dostępne na kiermaszach lokalnych, stąd wiem, że kolczyki ceramiczne mają spore wzięcie u dziewczynek, dziewcząt i pań. Oraz wszelkie inne drobiazgi, typu patery, miseczki, podstawki pod łyżkę wazową, mydelniczki, kubki, ozdobne kafelki i zawieszki na choinkę również u reszty zainteresowanej klienteli.

12 grudnia 2019

Późna jesień, czyli myślał indor...

Późna jesień, gdy temperatury chodzą około zera i są w przeważającym procencie na plusie, nie jest zła. Kociej Maciej co prawda dawno już zmienił letnie nawyki i większość nocy przesypia w domu, wychodząc dopiero nad ranem i wracając wkrótce na śniadanie, ale zdarza mu się jeszcze zabalować.

Prace w gospodarstwie przystopowały na tyle, na ile mogą. Kozy spędzają czas w koziarni przy otwartych na ścieżaj wrotach w dzień, na sianku i owsie, z dodatkami warzywnych smakołyków od czasu do czasu. W praktyce nie są już dojone oprócz jednej, najpóźniej zakoconej i najwięcej dającej, raz dziennie, co pozwala mieć jeszcze codzienne świeże mleczko do kawy, wkład do szejka owocowego i zabielinkę do porannej zupki ryżowej albo jaglanej.

Czas przedświąteczny i przedzimowy każe także przejrzeć stado drobiu pod kątem zbiorów i oszczędności. Właśnie dorosły tegoroczne kogutki, trochę ich za dużo na podwórku, robią raban w kurniku, wyjadają nioskom karmę. Z pięciu zrobiło się dwa. Podobnie pod nóż poszedł dwuletni indor, tłusty, ledwie toczący się i posiadający największy apetyt w swoim stadzie. Nie wiem ile ważył, bo nie dorobiłam się jeszcze wagi mierzącej powyżej 3 kilogramów. Na oko przynajmniej 6 kilogramów miał, jeśli nie więcej, już po oporządzeniu. Wstępne sortowanie kawałków przyniosło wniosek, że na samych rosołach z niego i najlepszych kąskach mięsnych mogłybyśmy spokojnie żywić się suto ze dwa miesiące. Oczywiście nie pazernie i na bogato, lecz gospodarnie, nie marnując żadnego kęska.
W dodatku właśnie pokroiłam wszelkie tłustości z niego wzięte i utoczyłam z nich prawie 2 litry smalcu i słoik skwarków dla piesków i kota. Skończyło się dla nich mleko, ale są inne smakołyki.

Szybko jego ważne miejsce w stadzie zapełniło się. Dzisiaj przyjechał następca, maści czarnej, tegoroczny samiec, kupiony w powiecie w rolniczej wymianie barterowej. Czyli żadna to oszczędność na karmie, jednak w kolejce do nieba stoją jeszcze starsze indyczki.

Kilka dni temu zaś, nieco wcześniej, w ramach robienia miejsca w zamrażarce, wyprodukowałyśmy jakieś 7-8 kilogramów kiełbasy z zalegających mięsiw kozich. Było drugie tyle, bo pomagała nam miejscowa koleżanka, dokładając nieco swoich materiałów, a przy okazji ucząc nas poglądowo, jak robią kiełbasę tutejsi. Przyniosła ze sobą własne zioła, które wyhodowała i zmieliła na domowy pieprz ziołowy, o wiele bardziej aromatyczne, niż sklepowy. Przyprawiłyśmy zatem obficie i smakowicie, także czosnkiem. Kiełbasa wyszła nad podziw smaczna i o wiele lepiej nabita, niż nam się to udawało (a raczej nie udawało) zrobić. Tajemnica jest prosta. Po pierwsze trzeba mięso mielić przez specjalne grube sitko i nabijać kiszkę przez maszynkę ręczną, a nie elektryczną.
Urobku nie wędziłyśmy. Poszedł do zamrażarki w całości.

Wyciągam pęto co jakiś czas i zaparzam je w garnku. Przepis prosty: zagotować wodę, tyle, aby zanurzyć całość kiełbasy, dodać kilka liści laurowych, ziaren pieprzu i ziela angielskiego oraz łyżkę soli. Wrzucić surową kiełbasę na wrzątek, zdjąć z ognia i poczekać 30-40 minut, aż się zaparzy. Ja stawiam garnek na piecu c.o., woda nie ma szans się gotować, ale też nie stygnie zbyt szybko, o co chodzi w tym wszystkim. Potem wyjąć kiełbasę i schłodzić.
Można też inaczej: biała kiełbasa wpada do zupy typu żurek, czy zalewajka, albo krupnik. Mimo, że jestem bezglutenowa, to czasem robię barszcz na mące gryczanej, albo krupnik z niepalonej kaszy gryczanej.
Ewentualnie, co wypraktykowałyśmy zaraz tego samego dnia, świetnie sprawdza się jako

szybka podlaska kolacja. 

Obieram 2-3 ziemniaki, kroję na cienkie plastry, wrzucam do małej brytfanki z kawałkami słoninki, lekko solę i posypuję ziołami, dodaję też kawałek surowej kiełbasy. I wstawiam na kwadrans do pieca... kaflowego, gdy już żar się w nim wypali przy wieczornym paleniu. Tak, zwykły kaflowy piec ścianowy (pokojowy) może służyć świetnie jako piec chlebowy, czyli piekarnik. Jeśli tylko pali się w nim drewnem, a nie węglem! Udają się w nim w ten sposób także ciasta i chleb. Kto ma, niech próbuje. Duża oszczędność energii, bo dwie funkcje w jednym.

3 listopada 2019

Wystawki ciąg dalszy

Za oknami już przez większość dnia pochmurno, chłodny wiatr. Kozy plączą się po pastwisku, skubiąc resztki zgryzionej trawy i nawet nie dążą do ucieczki. Wszędzie wokół taki sam brak paszy, liście opadły i butwieją, trawy w zaniku, sterczą jedynie gołe gałązki krzewów. Nie ma więc po co się wyrywać. Są już dokarmiane sianem.
Mleka coraz mniej. Robię z niego jedynie twaróg, którym częściowo dokarmiam drób oraz gęsią i indyczą młodzież, częściowo go zjadamy, a resztki zamrażam na czas, gdy nie będzie już mleka.

Tymczasem pozostały jeszcze nieopublikowane zdjęcia z sesji słonecznej, ceramiki wyciągniętej z pieca. Spieszę je zatem dodać, nim się pora roku zdezaktualizuje.

Poniżej naczynie na kłębek wełny lub nici, przydatne do robótek, bo nić snuje się równo i wełna nie plącze...


I kubki, takie, siakie...


Ten np. zdobiony odbitką liścia paproci. Przy naczyńku służącym do stworzenia kaganka, świecy zapachowej bądź znicza.


I znów kubek.