23 stycznia 2017

Siedem lat

Gdzieś tam przeczytałam, że najwięcej pracy na zagospodarowanie się na włościach zabiera pierwsze 7 lat. Po tym czasie gospodarstwo zaczyna działać mniej więcej jak w zegarku i już tyle energii i uwagi nie pochłania. Można zająć się rozwijaniem jakiegoś hobby.
Przyznaję rację! Tak jest. Nie inaczej.

Od osiedlenia się naszego w kresowej zagrodzie minęło w maju zeszłego roku okrągłe 7 lat.
W tym czasie wiele się wydarzyło. A najbardziej intensywne były pierwsze 3 lata. Oto wykonane wtedy prace: ogrodzenie działki siedliskowej, budowa obory i stodółki, remont i rozbudowa domu wraz z piecami kaflowymi. Potem budowa altany, pieca chlebowego, ogrodzenie sadu i pastwiska dla kóz. Następnie ogrodzenie ogrodu permakulturowego i budowa grządek. Pierwsze nasadzenia. Budowa kurnika z paszarnią. Nauka pszczelarstwa, to wcale proste nie jest i wciąż miodu, poza tym, co na spróbowanie dla siebie, nie było.
W tym czasie odbyła się zmiana samochodu, na równie stary, oraz zakup przyczepki.
Hodowla szła różnie, choć dziękować Bogu, zdrowo i bez awarii. Utrzymuje się na stałym poziomie, ni mniej ni więcej, bo taka jest "przepustowość" gospodarstwa. I naszych sił, oraz ambicji.

Po kilku latach, może po owych trzech magicznych na początku, już nie dam rady wrócić pamięcią, gospodarstwo zaczęło wychodzić w rocznym bilansie na zero i tak jest do tej pory. Czyli zarabia na podatki, ubezpieczenia, prąd, gaz, opał, wodę, ścieki, śmiecie, telefon, internet, paliwo, wszystkie zwierzęta zarabiają na swój wikt i opierunek, oraz karmią nas przez cały rok. Dając w ramach zapłaty za obsługę: mleko, jaja, mięso, sery. Oraz dokładając się nawozem do prosperowania ogrodu na całkowicie jałowej ziemi ostatniej klasy.
Powoli ta leśna, piaskowa ziemia zaczyna przynosić plony. Poza starym sadem i jabłkami, nowy ogród - dynie, nieco warzyw i nowalijek, i trochę świeżo posadzonych dopiero owoców, truskawek, malin, porzeczek. Jak Bozia ochroni, będzie i miód. Niemniej od wiosny po zimę karmimy się głównie tym, co daje nam nasza ziemia, oraz okoliczny las, w postaci jagód, ziół i grzybów.

To wszystko wymaga cały czas pracy i starania. Oczywiście. Choć, jeśli coś wejdzie w nawyk, to się tego nie odczuwa zanadto w kościach. A porównując z miejskimi wymogami, to nawet jest ździebko lepiej, od konieczności 8 godzin nudnej harówki przez 5 dni w tygodniu plus 2 godziny na dojazd do i z pracy, nie licząc koniecznych zakupów i sprzątania mieszkania. Choć w tym wypadku należy brać pod uwagę różnice. Praca w rolnictwie jest sezonowa, i gdy sianokosy, żniwa, wykopki, czy inne rżnięcie przycisną, to nie ma zmiłuj od świtu do późnej nocy. Za to zimą można dać sobie na luz i zmieścić się w kilku godzinach lekkich obowiązków dziennie (palenie w piecu, gotowanie, sprzątanie, karmienie zwierząt, z rzadka zakupy).

W sezonie konieczne jest codzienne przerabianie mleka na sery podpuszczkowe, twarogi, jogurt. Nowalijki, typu rzodkiewka, sałata, szczypior, cebulka, szpinak, bób, razem z pokazującymi się z czasem w większej ilości pomidorami i ogórkami, każą zjadać się systematycznie na świeżo co dzień. Warzywa z biegiem czasu trzeba w jakiś sposób przetworzyć, pomidory, ogórki, fasolkę, maliny, truskawki, tak samo jak agrest i porzeczki. Zimą jest co jeść! Jesienią trzeba zebrać ziemniaki, buraki i insze korzeniowe, no, i śliwki i jabłka, te, co prawda co dwa lata. Trzeba przerobić na dżemy, konfitury, susz, sok, wino i cydr. Naprawdę warto robić to samemu i nie liczyć na łatwy zakup w sklepie! Właśnie robiąc ten wpis popijam go kufelkiem własnoręcznie przyrządzonego latem i zabutelkowanego na zimę cydru. Po trzech latach prób, przyszła i wprawa. Częste picie soku jabłkowego pozwoliło mi się pozbyć piasku w nerkach i woreczku żółciowym. Kolejny zysk.

Nasze gospodarstwo jest naprawdę maleńkie i trudno je nazwać nawet produkcyjnym. Ot, nastawione jest nie tylko ideologicznym programem, ale i swoimi niewielkimi możliwościami, na ochronę życia. Naszego oraz zwierząt i roślin, które są pod naszą opieką.
Nie przynosi zysku, jeśli już o tym mowa. Daje jednak spokojne życie, bez strachu o to, że nie będzie czego do garnka włożyć, albo, że ktoś przyjdzie i wyrzuci za długi z mieszkania. Zwierzęta, które je stanowią, są szczęśliwe, syte, zdrowe, pod opieką. Są częścią zaklętego świata, którym jest zagroda. Wbrew pozorom ważną, o ile nie najważniejszą. Oprócz nas samych (wliczając zwierzaki, w tym psy i koty) karmimy przecież kilka osób w ciągu sezonu, nadmiarem produkcji, jajami, mięsem, mlekiem. Gdyby więc trzeba było to jakoś przeliczyć, to zapewne ów nieco ponad hektar przeliczeniowy ziemi (a kilka ha piasków i nieużytków) dałby radę zdrowo wykarmić i ogrzać rodzinę z kilkorgiem dzieci na pewno.
(Tu zaznaczę, że zupełnie nie wiem, jak to jest, gdy gospodarze są wegetarianami i gospodarstwo jest zorientowane tylko na roślinne plony, przypuszczam jednak z doświadczenia, że nie jest to łatwe, a na pewno dużo trudniejsze od utrzymywania także hodowli zwierzęcej).

W przeciągu owych siedmiu lat konieczne było też imać się nam innych zajęć. Od sitodruku i szycia toreb, po druk i sprzedaż książek. Z biegiem czasu nieobce nam się stało rzemiosło. Tkanie na krosnach, wyplatanie ze słomy, lepienie glinianych naczyń, szycie tego i owego. Te umiejętności ułatwiają życie na wsi, pozwalają samemu sobie radzić w wielu sytuacjach bez konieczności wynajmowania fachowca, a także od czasu do czasu zarobić choćby na potrzebny materiał, typu właściwie przygotowana słoma, glina, wełna.

Tego wszystkiego nie daje się jednak przeliczyć na koszty zrozumiałe dla mieszczucha. Który przywykł do brania pensji raz w miesiącu, i opłacania swoich potrzeb, które inni załatwiają. Dlatego nie ma też zrozumiałego porównania zysków miejskich z tymi na wsi generowanymi. Dla niejednego mieszczucha proste porównanie cyfr oznaczałoby pewnie istną fantastykę. Bo nigdy nie dałby rady przeżyć za tyle w mieście. To jednak są jedynie papierki w ręku. Nie konkrety, które rodzi ziemia.

Po siedmiu latach wytężonego wysiłku, o którym przeciętny mieszczuch pojęcia nie ma, mogę nieśmiało powiedzieć, że zyskiem pracy na takim zorganizowanym gospodarstwie jest czas. Czas dla siebie. Na rozwój swoich zainteresowań i hobby. Latem oczywiście inaczej i zimą inaczej. I inaczej to wygląda względem miasta i potrzeb generowanych dla mieszczuchów przez miasto. I inaczej psychologicznie rzecz biorąc. Bo przecież nie ma pośpiechu, nerwowości, strachu. Jest rytm. Cykl. Pory roku.

Rozpisałam się. Ale to skutkiem noworocznej wciąż daty, w okolicach której robi się bilanse i plany, oraz zimowego długiego wieczoru, który trzeba czymś zapełnić. Po dniu przyjemnie i treściwie spędzonym. Na przyrządzaniu kolejnej kilkukilogramowej porcji domowej kiełbasy, z kminkiem, pieprznej i czosnkowej i smacznej kolacji z odrobiny pozostałości kiełbasianych z cebulką na patelni przyrządzonych. Oraz cydrem swoim popitych.

Jutro czeka mnie robienie pasztetu. Kolejne zapachy w domu!

16 stycznia 2017

Polski bigos domowy

Zima to czas bigosu. Nie przyrządzam go tylko na święta, ale ot, tak, gdy jest ochota.
Na jesieni w każdym porządnym polskim domu, przynajmniej tym na prowincji, w okolicach końca października, ostatecznie początku listopada kisi się kapustę. Ten odwieczny zwyczaj ma swój wielki sens i warto go podtrzymywać.


Dostęp do kiszonej kapusty w zimie to, razem z cebulą możliwość zaopatrzenia swego organizmu w niezbędną witaminę C. Do tego kiszonka ma swoje właściwości zdrowotne innego rodzaju, w czasie mlecznej posuchy uzupełnia dobre bakterie jelitowe oraz skutkuje także antyrobaczo i antygrzybicznie.
Jeśli ktoś ma problemy brzuszne po zjedzeniu kapusty to należy zawsze pamiętać o dodaniu sporej ilości kminku podczas jej kiszenia, oraz podczas przyrządzania czy to surówek z gotowej kiszonki, czy zup albo właśnie bigosu, pod koniec gotowania sypnięciu dobrej dawki majeranku, tymianku, macierzanki, oregano, rozmarynu, bazylii, itp. ziół jasnotowców, czyli wargowców, które ułatwiają trawienie i pomagają pozbyć się nadmiaru gazów. Jeśli i tak ktoś ma po zjedzeniu kapusty nagły problem, szybkim sposobem pozbycia się ciśnienia w jelitach jest zjedzenie czubatej łyżeczki suchego majeranku, popijając go wodą. Działa w kilka minut!

Ale do rzeczy.
Mając w zimie zapas kiszonej kapusty można poszaleć po staropolsku, czyli przyrządzić bigos. W większej ilości, gdyż bigos lubi być przechowywany dłużej. Dawniej wystawiano go w garach na styczniowy mróz, na co najmniej miesiąc, a potem rąbano do spożycia. Przemrożony i dojrzały zyskiwał na smaku.

Oprócz kapusty ważnym składnikiem tej potrawy jest mięso. Tego ci u nas akurat dostatek. Czasem trafia się uwędzony wcześniej przy jakiejś okazji kawałek mięsa z kością, ale przeważnie są to giczki, kark, miednica koźlęce z dodatkiem kurzyny, gęsiny lub indyczyny, tej ze starszych sztuk, które wymagają dłuższego gotowania. Równie dobrze sprawdza się dziczyzna lub mięso z królika, gdy ktoś ma dostęp, lub własną hodowlę. Oraz kawałek podsmażonej kiełbasy domowej roboty, jak zawsze u nas robionej z koziny.

 A oto mój przepis. Wybaczcie, ale nie operuję w nim dokładnymi ilościami składników, to się zawsze robi na oko. I każda wersja, zależnie od możliwości będzie dobra.

Bigos domowy polski

Składniki:
Kapusta kiszona w ilości dużej, zapełniającej największy posiadany garnek.
Nieduża główka kapusty świeżej
3-5 suszonych śliwek
Garść suszonych grzybów
Kilka łyżek smalcu, lub kawałek pokrojonej słoniny
Mięso różnego rodzaju, czerwone i białe, także to z kością
Trochę boczku
Kawałek wędzonej kiełbasy
Duża cebula
Przyprawy

Gotowanie bigosu trwa 3 dni.
Pierwszego dnia gotujemy kapustę kiszoną w dużym garnku na niewielkim ogniu, mieszając co jakiś czas, z niewielką ilością wody, z dodatkiem liści laurowych, dwóch-trzech łyżek smalcu i mięsa. Trwać to powinno kilka godzin. Najlepiej więc udaje się na plicie, czyli na płycie żelaznej, opalanej drewnem bądź węglem. Ja świetnie pyrkoczę taki gar całe popołudnie na piecu c.o., takim z fajerkami. Wieczorem można zalać suszone grzyby gorącą wodą, choć ja je tylko przemywam, żeby nie straciły całego smaku, mocząc się w wodzie. Będą miały dość czasu, by zmięknąć w kapuście podczas dwóch następnych dni.

Drugiego dnia szatkujemy główkę świeżej kapusty i zagotowujemy krótko w wodzie, przy uchylonej pokrywce. Po odcedzeniu z wody dodajemy ją do wczorajszej porcji kapusty z mięsem i mieszamy. Dodajemy odmoczone grzyby i śliwki. Co do śliwek, osładzają one smak kwaśnej potrawy, ale także ponadto dodają z czasem posmaku spalenizny, dlatego lepiej dodać ich mniej, niż więcej, zależnie od kwaśności, słoności i dojrzałości kapusty. Dorzucamy ziarenka pieprzu, ziela angielskiego, owoców jałowca. Znów pyrkoczemy na piecu kilka godzin. Przy czym najlepiej jest już wtedy bigos przenieść do dużego wolnowara, bo nie trzeba się troszczyć o przypalenie i częste mieszanie potrawy, żeby nie przywarła. Wieczorem oczywiście zdejmujemy garnek z ognia, lub wyłączamy wolnowar, aby potrawa przestygła, najlepiej w jakimś chłodnym miejscu.

Trzeciego dnia po podgrzaniu bigosu wyjmujemy z niego wszystkie kości, które uwolniły się już od mięsa. Na patelni podsmażamy pokrojone w grube skwarki boczek i na plastry kiełbasę z cebulką, po czym dodajemy do bigosu. Pyrkoczemy, już dzisiaj krócej, niż za poprzednich dni. Pod koniec, dosłownie na kilka minut przed zdjęciem z ognia, dodajemy przyprawy. Dużo zmielonego pieprzu prawdziwego, ostrą chili, majeranku nie należy żałować, za to tymianek i rozmaryn z umiarem, bo z czasem gorzknieją. Dosolić, jeśli jest taka potrzeba (a nie zawsze jest, zważywszy, że kapusta z dna beczułki mogła być bardziej słona).

Garnek z bigosem, lub bigos przełożony z wolnowara do garnka wystawiamy na taras bądź balkon, do solidnego przestygnięcia, a najlepiej zmarznięcia w ciągu mroźnej zimowej nocy. Jeśli zamarznie, to może postać dłużej, nic mu to nie zaszkodzi, a wręcz tylko pomoże. W razie braku takich możliwości (lub akurat mrozu na dworze) można bigos po prostu zamrozić w porcjach w zamrażarce.

Na koniec, w kolejnych dniach, po odmrożeniu potrawy można się nią raczyć, a nadmiar zapakować na gorąco do słoików. Dobrze zakręcone nie wymagają pasteryzacji. Odstawić w chłodne miejsce, w spiżarni, w piwnicy, bądź lodówce. Wytrzymują miesiąc i więcej (zdarzyło mi się jeść zapomniany na trzy miesiące bigos ze słoika stojącego w piwniczce i był nienaganny).


Osobiście nie dodaję do bigosu wina (to tradycja nie polska, i bardziej szlachecka, niż chłopska). Za to oczywiście, z gorącą porcją tej potrawy, ostro przyprawionej kojarzy się kieliszeczek dobrej odstałej nalewki, odpowiednio wcześniej na polskich ziołach lub owocach nastawionej.

12 stycznia 2017

Zwierzęta zimą

Przetrwanie niebywałego od kilku lat ataku Pani Zimy nie jest trudne. Mróz w nocy sięgał 25 stopni. Ot, zamiast jednej taczki drewna trzeba przywieźć pod dom dwie. Rozpalić dodatkowo w ścianowym piecu rano i wieczorem. Ubrać sweter do chodzenia po domu przed południem, gdy jeszcze c.o. nie ruszyło. Po południu już trzeba się rozbierać, bo gorąco. Poza tym tak samo.
Świat zrobił się malowniczo biały za oknem, choć jakoś nie ciągnie do dłuższych spacerów, przynajmniej mnie. Wystarcza mi zrobienie popołudniowego obrządku zwierząt, który trwa dość krótko, bo nie ma o tej porze udoju. Nakarmić każdą kozę osobno, napoić, przynieść z domu kolejne wiadro ciepłej wody (w taki mróz bardzo lubią ciepłą), bo wypijają nawet trzy wiadra, przynieść kostkę siana, podrzucić im do żłobów. Przy okazji nakarmić drób, zamknięty w taki czas w kurniku.
Pogadać z nimi chwilę. Pokrzyczeć, gdy się biją na rogi, lub niecierpliwią. Choć każda zna swoją kolejkę i raczej żadna nie wstaje wcześniej z ogrzanego miejsca, niż wypada, ale zdarzają się niecierpliwe, które uważają, że powinny być pierwsze. Gwiazda, Luba, Malwina, kozy z charakterkiem.
Oba koźlęta mają się dobrze, rosną, są zdrowe, wesołe i ruchliwe.
Po czym należy pożegnać się kulturalnie i zamknąć szczelnie oborę, żeby wiatr nie zrobił jakiejś niespodzianki.

Dla rozrywki wzięło nas na dietę i oczyszczanie tak samo ciała, jak umysłu (haha). Noce, długie i nudne sprzyjają medytacji, którą nagle znowu zaczęłam z przyjemnością uprawiać, nawet godzinami, gdy spać się nie chce.

Maciuś przeszedł dwa dni temu inicjację. Złapał mianowicie w kuchni męcząco tuptającą po kątach od jakiegoś czasu mysz. Mysz okazała się całkiem sporym mysiorem. Było trochę ambarasu, bo zdobycz krzyczała wniebogłosy, psy się zbiegły i koniecznie chciały kotu dopomóc, aż ten nie wiedząc co czyni wziął i swój lup wypuścił z zębów. Mysior przyczaił się w kącie na jakiś czas, ale został ponownie znaleziony i wydobyty, i już ledwie zipał. Kot, nie wiedząc co dalej się robi z nieczynną zabaweczką, oddał ją łagodnie Labie, która wzięła ją w zęby, a wtedy mysior ostatkiem sił drgnął i zdumiony pies wypuścił go z pyska. Myszka zbiegła pod łóżko, gdzie ją w końcu wypatrzyłam przy pomocy latarki. Całkiem blisko. Dało się wyciągnąć padlinę na szufelce i bezpiecznie zutylizować.

- Och, Maciusiu, Maciusiu! Dzielny z ciebie chłopak! - pochwaliła go pani od psów.

20 grudnia 2016

Alfy

Kilka dni temu Luba, tak jak przewidywałam, zrobiła nam niespodziankę. Tuż po śniadaniu powiła dwójkę tegorocznych alf, koziołka i kózkę. Oczywiście po kolei przyniesione zostały do wysuszenia w pieleszach domowych, bo w oborze jakoś nie schły, zimno.


Sprawie przyglądał się uważnie z góry, siedząc na schodach Maciuś.


No, i oczywiście Laba z oka nie spuszczała. Uwielbia dzieci. Wszelkiego rodzaju i gatunku.



29 listopada 2016

Maciej kot, czyli spadanie na cztery łapy

Co nowego? Ano długie jesienne wieczory i noce, podczas których spać się nie chce, bo ileż można?!
Wczoraj znów spadł śnieg, spadła też temperatura, woda zamarzła w zwierzęcych poidłach. W domu ciepło. Drewna mamy dostatek, więc strachu przed zimą nie ma.
Z innych nowin to ta, że zamieszkał z nami nowy domowik

Zacząć historię należy od smutnej wiadomości. Mianowicie Kluseczka zachorował śmiertelnie (prawdopodobnie zatruł się padłą myszką) i odszedł od nas. Wkrótce potem przysłał zastępstwo.


Nie pochwalę sposobu i z góry zastrzegam, że gdyby nie fakt, że akurat - zrządzeniem losu - zabrakło u nas kota, nie przyjęłabym podrzutka pod dach. Zresztą dbają o to psy.

Było to w dniu wywózki gnoju z obory, gdy podczas pracy Anna zauważyła samochód, który przystanął opodal na drodze i stał tam dość długo. Po czym w końcu zawrócił i odjechał, nie wjeżdżając nigdzie dalej na wioskę. Potem pojawił się na Manchatanie mały bezdomnik. Usiłował przymilać się do sąsiadów, ale bez skutku. Nie wzruszył niczyjego serca. Kilka dni później mignęła mi czarna kitka, umykająca pośród sprzętów w altanie. Nawoływanie nie pomogło. Stworzenie zaszyło się w swojej skrytce. Zresztą słusznie, bo po podwórzu biegały "cięte na koty" psy.
Dwa dni później jednak, już przymuszone zapewne głodem, stworzonko nagle pojawiło się całkiem blisko i podeszło na zawołanie, miaucząc. Wzięłam do ręki, kocurek. Najwyżej kilkutygodniowy. Czarny, z białymi skarpetkami i muszką, elegant. Przyniosłam mu mleczko i dałam trochę chrupek, które zostały po Kluseczce. Mleko wypił, chrupki spróbował i zostawił, nienawykły. Po czym uciekł w swoją stronę, postraszony przez psy.
Jak się okazało sypiał w garażu, a dożywiał się w oborze, zjadając resztki kurzej karmy z naczyń. Miał po niej bolesną biegunkę.

Najpierw przeprowadziłam rozmowę wstępną z Anną, która jest psiarą i do nowego kota nigdy jej nie tęskno. I gdy już delikatnie zmiękczyłam grunt, nagle doszło do bliskiego spotkania.

Wypuszczone na dwór psice dopadły kociaka, który ufnie czekał na progu na dostawę mleczka. Pierwsza była przy nim Laba. Przycisnęła go do ziemi i zdawało się, że za chwilę pożre go żywcem. Anna wszczęła alarm. Wielkim krzykiem udało jej się odgonić sukę. Kotek uciekł i skrył się w stosie bali niedaleko domu.

Laba dostała wielką reprymendę, bura trwała bez końca. Ja wyszłam poszukać kotka i sprawdzić, czy nie jest ranny. Przyszedł na moje wołanie bardzo szybko. Nic mu nie było, oprócz tego, że był bardzo wystraszony i  cały mokry od psiej śliny.

Skracając opowieść: kotek spał jeszcze kilka dni w oborze, z kozami, co mu się nawet podobało. Dnie spędzał w domu, karmiony, i oswajany z psami i Kicią, która trochę z początku fukała na obcego. Odrobaczyłam go w tym czasie i reaktywowałam kuwetę. Kociak okazał się pojętny, natychmiast załatwił się gdzie trzeba. Systematyczne dokarmianie świeżym kozim mlekiem, twarożkiem, jajkiem na twardo, makaronem, słoninką, kawałkami mięsa i podrobów uregulowało szybko trawienie. Teraz już potrafi nawet zawołać, że chce wyjść, choć jeszcze nie zmuszam go do tego. Psy (i Kicia) go zaakceptowały, a Laba (i jej pani) wręcz uwielbia.

Ma na imię Maciuś.

10 listopada 2016

Stan butelkowy

Biały opad wczoraj opadł na ziemię, w nocy dołożył się jeszcze, i oto mamy zimę w listopadzie. Dawno już tak nie było, człowiek odzwyczaił się. Być może trzeba się gotować na śnieżną pierzynę już do wiosny?

Nie jestem przeciw, byle nie mroziło za bardzo. Najmłodsze kurczęta jeszcze nie dorosły, jeszcze chodzą pod opieką kwoki.

Tym niemniej pewne przyjemności takiej sytuacji już dostrzegam.
Przeszłam na robienie twarogów i udój raz dziennie. Kozy oborują.
Kolejny gąsior cydrowy przechodzi w stan butelkowy. W dalszej kolejności czekają na przelanie wina, winogronowe, bzowe, aroniowe i czarnoporzeczkowe. Degustowanie tychże przy okazji, w formie dobrze przyprawionego korzeniami grzańca, to sama przyjemność, nieprawdaż?

Zaczyna się też czas kiszonej kapusty, bigosów i rosołów. Oraz nieustająco zupy dyniowej, na ostro, dla rozgrzania organizmu.
Kończy się zaś pora lodów.

6 listopada 2016

Cydrowy raj

Wnioski po pierwszym smakowaniu cydru po miesiącu ziemiankowania od zakapslowania w butelkach:

1) trzeba uważać przy otwieraniu, powoli uwalniać ciśnienie. O ile ono jest. Nieostrożny wybuch traci jakąś połowę zawartości butelki. Bo w niektórych butelkach nie ma ciśnienia. Wina kapslownicy zapewne.
2) Generalnie warto na wstępie sok rozcieńczyć wodą. Tak w proporcji 1 do 4. Lub 1 do 3.
Cydr robiony na samym soku jest mocno esencjonalny. To mu dodaje pałeru, ale jednocześnie wrażliwa wątroba może to odczuwać. I nie da się za dużo wypić.
3) Lepszy słodszy, niż kwaśniejszy. Ale oby nie przesadnie.
4) Sok tłoczony na surowo (lub z sokowirówki) niezbyt dobrze wpływa na woreczek żółciowy (surowizna). Poza tym gorzej się klaruje. Dlatego zdecydowanie opowiadam się za wersją 1/2 soku tłoczonego i 1/2 soku z sokownika. Mam też wersję 100 procentową. Do tego dodać 1/4 wody. Dosłodzić do smaku, ale nie lukrować.
5) Dodawać kapkę drożdży winnych do fermentacji. Choć same drożdże dzikie z jabłek, po dodaniu skórki z jabłka też mogą wystarczyć. I jakże to naturalne! Ale skutek jest nieco słabszy.

Poza tym raj na ziemi. Czyli rozkosz w gębie. I przyjemny rausz już po jednej małej buteleczce.

24 października 2016

Słodki specjał z dojrzałych antonówek

Mgli i mży. Choć co kilka dni pojawia się trochę słońca i kozy wychodzą na kilkugodzinny wypas. Łażą wtedy w okolicy pastwiska, umykając również wędrującym owcom sołtysowym, w wysokie krzewy i w las. A najmłodsze kurczęta mogą nałapać trochę jakże im teraz w fazie wzrostu potrzebnej witaminy D.

Szybkim krokiem nadchodzą wakacje rolnika, upragnione. Pozostaje jeszcze tylko jeden boks w koziarni do wyczyszczenia i wywiezienie nawozu do ogrodu na pryzmę kompostową. Trzy dni temu zakisiłam 15 kg kapusty, w beczułce kamionkowej. Nastawiłam też wino na czerwonych aromatycznych winogronach podarowanych nam przez znajomą.

Ostatnie jabłka Antonowa posłużyły mi jeszcze do usmażenia konfitur z zamrożoną porcją owoców dzikiej róży, zapełnienia sokiem uwolnionych wypiciem butelek, nastawienia jednego gąsiorka soku na cydr, a resztę zużytkowała Anna na soko-kostkę jabłkową, której podaję przepis, bo ciekawy efekt jest.

Wybitnie nadaje się do tego specjału właśnie antonówka, i to owe ostatnie dojrzale owoce, wiszące najdłużej na drzewie, które zbiera się przed jesiennymi przymrozkami. Są najsłodsze, najsmaczniejsze, a ich sok ma wiele charakterystycznego tylko dla tego gatunku aromatu. Może ktoś ma jeszcze takie owoce i nie wie, co z nich zrobić. Polecam.

Antonówkowy specjał

Składniki:
1 kg dojrzałych jabłek antonówek
0,5 kg cukru (można nieco mniej, gdyż efekt jest jak dla mnie ciut za słodki)

Obieramy jabłka ze skórki, kroimy na drobną kostkę, środki odrzucamy. Mogą posłużyć, razem ze skórką do nastawienia octu jabłkowego. Kostkę zasypujemy cukrem, mieszamy i pozostawiamy pod nakryciem lnianej ściereczki gdzieś w zaciszu i w miarę chłodnym miejscu na przeciąg 36 godzin. Owoce pod wpływem cukru wypuszczają sok, który po upływie podanego czasu zlewamy do garnka, zagotowujemy, wrzucamy do niego drobno pokrojone owoce i mieszając co jakiś czas gotujemy pod przykryciem na wolnym ogniu do tzw. zeszklenia. Pod koniec można dorzucić kilka goździków.
Gorący wywar wlewamy do wyparzonych słoików tak, aby sok przykrył pokrojone owoce. Nie trzeba już pasteryzować.

Taki specjał przechowuje się bardzo dobrze w warunkach piwniczki, nawet kilka lat. Sok po otwarciu jest niezwykle smakowity, trzeba go oczywiście rozcieńczyć wodą i podawać jak kompot do picia. Naprawdę polecam! Natomiast treść owocowa może posłużyć do różnych wypieków, bądź dodatków do słodkich deserów.

15 października 2016

Pierwsze chłody

Ochłodziło się znacznie. Najpierw mocno padało przez kilka dni i nocy, a teraz bywa też w nocy mroźno. Wczorajszej temperatura spadła do minus 7, jak nam donieśli znajomi, posiadający czynny termometr zewnętrzny (nasz padł jakiś czas temu i nie mam zamiaru go reaktywować). Rano zalegała wszędy piękna bielutka szadź, woda zamarzła w wiadrze i w kranie zewnętrznym, przez co został w końcu zakręcony kurkiem w piwnicy. Dzień był na szczęście słoneczny i młodzież indycza i kurza zdołała się rozgrzać w ciepłych promieniach w południe.
Kozy skracają żerowanie, po trzech-czterech godzinach wracają same do obory, gdzie wolą w zacisznym cieple przeżuwać siano. Oczywiście ilość mleka zmniejszyła się już więcej o połowę, bo zresztą dwóch kóz już nie doję wcale. Jedna jest za młoda i jeszcze rośnie, a ponieważ jest już po rui i zapewne zakocona, nie zabieramy jej i dziecku siły. Druga zaś jest już stara i zaciążyła zdaje się o wiele wcześniej, niż reszta stada. Ja mówię, że miesiąc wcześniej, Ania, że dwa. Nie mając pewności zasuszam ją więc profilaktycznie. To mocna, mleczna koza, która w tym roku została sama, bo jej córa zeszłoroczna i tegoroczne koźlęta poszły na sprzedaż, zatem nie dziwi mnie, że postanowiła urodzić najwcześniej ze wszystkich. Taki numer, gdy jeszcze będzie to kozioł, gwarantuje dziecku przewodnictwo w stadzie i szacunek matce od reszty kóz. Jak zauważyłam, pierwsze koźlę jest prawie na 100 procent potem alfą wśród młodych.

No, i trzeba było z tego wszystkiego reaktywować piec c.o. Pierwsze palenie jest zawsze trochę stresujące. Bo nie wiadomo jak tam woda w kaloryferach, czy jakiś bąbel powietrza czegoś nie zatyka, co z ciśnieniem itd. Wszystko okazało się w porządku akurat w tych sprawach. Za to trzeba było wybrać popiół z wlotu pieca do komina, bo całkiem był zatkany. Anna zakasała rękaw i wybrała szufelką i ręcznie pół węglarki. Cug wrócił i potem już nie było żadnych kłopotów. Niemniej myślimy o sprowadzeniu kominiarza, aby komin przeczyścił fachowo. Kilka dni temu, z okazji ochłodzenia był pożar w okolicy, spłonęła chata w lesie, w nocy, z trzech osób tam mieszkających nikt się nie uratował. Dopiero rano syreny strażackie zawyły, znaczy nikt nie zauważył, że się pali. Takie tu u nas bywają często warunki. Zaludnienie rzadkie, duże odległości między-ludzkie. A takie pożary właśnie co roku w czas pierwszych oziębień powtarzają się uporczywie. Nikt kominów i pieców nie czyści, pieczki i kominy sypią się ze starości, pękają od przegrzania, iskry lecą na drewniane belki i poszycie, wiadomo. I jest efekt.

Zatem robię jeszcze codziennie sery, miękkie podpuszczkowe i od czasu do czasu twaróg, którym karmię kurczęta.
Bo jakkolwiek w tym roku kozy ruję opóźniały prawie do niemożliwości, co im się od kilku ładnych lat nie zdarzyło, bo parło je już w środku lata, co dawało wykoty bożonarodzeniowe i sylwestrowe, i co może w takim razie... zapowiadać zimną zimę, to jednak kwoka powiedziała tej koziej prognozie stanowcze nie! I wyprowadziła nam szósteczkę kurcząt w połowie września. Nie dała sobie przetłumaczyć, że to już nie czas na koktanie. Anna nawet się postarała i kupiła pod Grabarką od pewnego kurzego hobbysty 20 jaj od kur przeróżnych ras, pan sam nie wiedział jakich. Na szczęście wylęgła się tylko szósteczka piskląt. Dwie gołoszyjki (na taki zimny czas brrr! ale jakimś cudem dają radę!), jeden kochin olbrzymi i jeden miniaturowy, oraz dwa jeszcze, szare i czarne, rasy nadal nieodkrytej, może silki. Gromadka z kwoką mieszka teraz w wolnym boksie w oborze, bo tam najcieplej ze wszystkich pomieszczeń. Karmię je często i smacznie (osypka, twaróg, gotowane jajo, ziemniaki tłuczone, kasza), apetyt mają wielki, są żwawe i rozświergotane, ale przyznaję, że to - przy takim chłodnym październiku - doprawdy było szaleństwo sprowadzać je na świat. Będą musiały chować się bez słońca i zielonej trawy, czyli bez witamin naturalnych. Trudno. Przetrwają najsilniejsi.

2 października 2016

Szybka zupa dyniowa bez mleka

Nie lubię gotowanego mleka. W moim wieku już dawno powinno się przestać je pić. Jeśli już, to przyrządzam sobie na śniadanie szybką zupkę, z kaszką jaglaną na wodzie, którą już po ugotowaniu, na talerzu zabielam odrobiną świeżego mleka. Do tego wszystko solę i pieprzę. Słodkości nie lubię i jadam rzadko, na pewno nie w zupnej postaci.

Podobnie jest z zupą dyniową, której nie znoszę z mlekiem. Przyrządzam ją jako szybki lekki obiad następująco.

Warzywna zupa dyniowa z czosnkiem

Składniki:
Ok. 1 kg dyni hokkaido, lub prowansalskiej, lub pół na pół.
1 marchew
1 cebula
1 nieduży seler
1 pietruszka
Kilka centymetrów pora
3-4 ziemniaki
1 nieduża główka czosnku
1 ostra papryczka

Przyprawy:
Sól, ziele angielskie, liść laurowy, pieprz czarny, szczypta czubrzycy, pieprz cayenne, ćwierć startej gałki muszkatołowej, jakaś suszona zielenina z własnego ogródka do posypania na talerzu, może być lubczyk, bazylia, czosnek niedźwiedzi, pietruszka, tp. Kapka dobrego oleju (w żadnym razie sklepowego, najlepiej rozejrzeć się za najbliższym rolnikiem tłoczącym oleje i systematycznie go odwiedzać). Ser podpuszczkowy, własnej roboty.

Wszystkie składniki pokroić w drobną kostkę, czosnek zmiażdżyć, zalać wodą do ich wysokości, nie przesadzać. W gęstości jest siła tej zupy. Posolić do smaku, dodać ziele angielskie, liść laurowy, gałkę muszkatołową, łyżkę dobrego oleju i gotować do miękkości. Przyprawić według swojego smaku (ja lubię ostro, świetnie się sprawdza). Na sam koniec zblenderować, choć to niekonieczne, gdy ktoś ma swoje zęby i lubi ich używać.
Na nalaną do talerza zupę utrzeć świeży podpuszczkowy ser kozi, najlepiej z kozieradką, albo dojrzały żółty (w żadnym razie serową podróbkę ze sklepu!). Posypać lekko zieleninką.
Smacznego!

Oczywiście ta zupa ma też wariant mięsny. Ugotować ją można np. na kości, wcześniej obgotowanej, lub bulionie, albo dodać duże lekko podsmażone skwarki z boczku. Wtedy dodatek sera  nie jest konieczny.

29 września 2016

Nów za pasem

Nadchodzi odnowienie Księżyca, a więc czas podsumowań mijającego miesiąca. Takie dni lubię. Gdy widać pracy efekty.
Dwa kuraki ubite, z tych 10 hodowanych od wiosny, oprawione, w zamrażarce na zapas umieszczone.
Wina porzeczkowe odcedzone i dosłodzone. Dojrzewają dalej.
Sery jak co dzień zrobione. Pyszne, zwłaszcza ten z kozieradką.
Jogurt nastawiony. Lody się kręcą.
2 litry soku z aronii, uzyskanej w wymianie za jabłka, od Wani, zlane do butelek. Jutro nastawię z resztek wino aroniowe w małym gąsiorku. Nie wyrzucam, jak widać resztek po soku, na kompost. Dają się jak najbardziej spożytkować jeszcze w ten sposób.
25 litrów cydru, z dodatkiem syropu z mięty, zabutelkowane (w butelkach po piwie, cierpliwie zbieranych przez lata) i zakapslowane. Idzie rządkami do piwnicy. Za miesiąc degustacja. Oj, już trochę szumi w głowie, ale poczekam cierpliwie. Jako bezglutenowa musiałam zrezygnować z picia piwa. Cydr jak najbardziej podoba mi się w zamian.

26 września 2016

Małmazja paprykowo-dyniowa

Zmodyfikowałam przepis na małmazję czosnkową. Z tego powodu, że sprzedawca na targu miał już naprawdę końcówkę papryki do sprzedania, tj. 2 kg.
W takim razie zastosowałam owe 2 kg papryki i dodałam 2 kg dyni, którą tak samo zmieliłam przez maszynkę. Miazga wyszła dużo bardziej gęsta, więc dodałam nieco więcej oleju, oraz szklankę wody dla rozrzedzenia. O jedną więcej główkę czosnku, bo dynia jest słodsza od papryki, poza tym kocha się z czosnkiem. Zrezygnowałam z dodania mąki ziemniaczanej na koniec, bo sos był tak zwarty, że nie wymagał zagęszczania.
I rewelacja. Efekt jest smaczny, sos gęsty, a poza tym, mimo, że waga zgadzała się z przepisem, to wyszło więcej masy zasadniczej, bo 10 słoików po dżemie.