11 listopada 2018

Cydrowy dzień niepodległości

Święto listopadowe, mgliste, jak Pan Bóg przykazał, w ochładzającym się klimacie (trzeba będzie na dniach zakręcić kran zewnętrzny, aby nie przemarzł w nocy) spędzamy domowo, w ciepełku (c.o. chodzi od południa już od pół miesiąca, a wieczorem na noc i poranek piec ścianowy), przy ulubionych zajęciach.
Anna szlifuje i dopieszcza ostatnie swoje wypały ceramiczne, maleńkie ozdoby, w różnych kolorach, z których powstaną kolczyki. Uruchomiła wreszcie kupiony dawno, ale nieczynny z pewnych drobnych przyczyn nieduży, ale własny piec ceramiczny. Udało się naprawić awarię i pomyślnie przeszedł proces pierwszego próbnego palenia. Powstającej pracowni brakuje jeszcze tylko terakoty na podłodze (pod koło garncarskie i piec) i kafelków na ścianie w miejscu, gdzie piec stanie, dla bezpieczeństwa p/poż. To już są plany na wiosnę.


Ja z kolei oglądam ulubione stare filmy, w których nie ma grama agresji i popijam cydr, nasz narodowy trunek własnymi rękami przyrządzony i z jabłek z własnego sadu pochodzący. Mamy tego sporo, ale od nadmiaru głowa nie boli, o nie!
Napój wyszedł boski w smaku. O wiele lepszy, niż w latach zeszłych. I różni się nieco pośród siebie, zależnie od gatunków jabłek, akurat przerabianych. Szły na sok po kolei i stopniowo wedle dojrzewania swego na drzewach. Jeden jest bardziej kwaśny, inny słodszy. Jeden trochę dosłodzony (Anna nie lubi wytrawnych trunków, niestety), inny mniej, albo miodem, lub wcale. Jeden z mieszanek soków różnymi sposobami pozyskanych. A to z sokownika, a to z tłoczni ręcznej, a to z pulpy zmiażdżonych jabłek zasypanej pektoenzymami i drożdżami cydrowymi odlanych i odciśniętych. W każdym razie zrezygnowałyśmy z pomocy sokowirówki, która do tej pory była często w użyciu. Daje ona sok kwaśny, mętny i zalatujący długo surowizną.
W efekcie zapełnione zostały wszystkie gąsiory, gąsiorki i zbiorniki plastikowe, jakie były w domu sokiem 100-procentowym, bez najmniejszego dodatku wody. Dlatego można go pić także w formie rozcieńczonej wodą, na wzór wina greckiego. Pewnie niedługo jakąś część zabutelkujemy, aby uzyskać cydr musujący. Osobiście lubię się jednak na co dzień raczyć cydrem z niewielkim dodatkiem wody, którą dolewam już w kufelku.
Niektórym mija już dwa miesiące, a to czas pierwszego próbunku. Aczkolwiek cydr dojrzewający nawet pół roku staje się mocno pyszny, to i takiego niemowlaczka można już pić.
Co czynię właśnie z przyjemnością i dumą.
Na zdrowie!

Bo, dodać muszę w nawiasie, że tendencje mojej wątroby do wytwarzania kamieni żółciowych (ach, ta zgryźliwość moich przodków!) dają się zdrowo kontrolować między innymi codzienną szklenicą tego wspaniałego napoju. W roku, gdy nie ma u nas cydru (sad rodzi co dwa lata) pomagam sobie piciem wody z dodatkiem octu jabłkowego domowej roboty. Wyśmienity napój i lekarstwo! Już odnotowuję spadek nadmiernego apetytu, wystarczają mi dwa, albo i jeden posiłki dziennie.
Ocet wyleczył mnie także z przypadłości skórnych oraz wzmocnił włosy, i nigdy nie przestanę go chwalić. Jabłka nade wszystko!

Czyli podsumowując: da się zdrowo pić i żyć!

6 listopada 2018

Kapusta na słodko kwaśno

Pogoda nieco się ociepliła, bywa nawet czasem słonecznie. W każdym razie jest mglisto, żółto-brązowe liście szeleszczą pod nogami, noce ciepłe, bo koty śpią jak zwykle na dworze. W taki czas zdarzyło się Annie przynieść z lasu naręcz opieniek, które teraz mają swój wysyp. I wiadereczko podgrzybków, częściowo napoczętych przez ślimaki, ale zdrowych. Te poszły na susz. Szkoda, aby zbiór się zmarnował, w końcu to darmowe jedzenie. Wczoraj zatem przyrządziłam z połowy opieńkowego zbioru kotlety grzybowo-mięsne. Przepis taki jak dla kotletów z opieniek, ale zamiast ziemniaków użyłam mielonego mięsa indyczego. Bo niedawno staruszek indor już tak się posunął, że trzeba było zrobić egzekucję. Na pieczyste się nie nadaje, ale na kotlety i owszem.
Reszta kotletów, przynajmniej na dwa kolejne obiady dla nas dwóch poszła do zamrażarki. A dzisiaj ma być gulasz z pozostawionych grzybów.
Do tych obiadów nadaje się znakomicie jako dodatek, uwaga, surówka, której przepis sobie zostawię na tym blogu. Przystosowałam go z książki pani Pośpieszyńskiej w oryginale do nieco zmienionej zawartości. Wypróbowałam po swojemu i jest wspaniale. Na ten kapuściany czas przysmak jak znalazł.

Anna nieco za późno zaczęła myśleć o kiszeniu kapusty w tym roku. Przeszkodziły różne zajęcia wcześniejsze. I na targu miejscowym kupiła już tylko dwie ostatnie główki kapuściane. Trudno. Jedną zakisiła w słoiku klasycznym sposobem, z solą i kminkiem. A drugą ja wzięłam w obroty.

Kapusta na słodko-kwaśno

Składniki:
1 kg poszatkowanej kapusty
2 łyżki soli kamiennej
3 papryczki chili, albo gdy nie ma papryka ostra w proszku lub pieprz cayenne w ilości wg własnego uznania, ale polecam zrobić na ostro
4 i 1/2 łyżeczki zmiażdżonego czosnku
5 łyżeczek octu owocowego mocy przynajmniej 6% (ja używam swojego z czarnej porzeczki, z zeszłorocznego nastawu, odstał swoje w piwnicy i jest bosko smaczny i mocny)
1/2 szklanki cukru

Przyrządzenie:
Kapustę poszatkować na cienkie paski. Zasypać solą, dokładnie wymieszać i odstawić najlepiej na cały dzień (albo noc).
Następnie dodać czosnek i paprykę. Ocet zagotować i zalać gorącym kapustę. Posypać cukrem, wymieszać. Całość zapakować do 2-litrowego słoika i dobrze ubić. Trzymać w lodówce jeszcze 24 godziny, do solidnego przegryzienia się.

Po tym czasie smacznego! Dla mnie bomba.

29 października 2018

Kurczak pieczony w sosie pomidorowym

Od chwili, gdy pokój został w jakiś sposób urządzony, na podłodze znalazły się panele, stanęły nowe meble, regały, szafa, dwa biurka pod komputery, telewizor i kanapa, a na ścianie zawisł zakupiony z przeceny zegar w kolorze czerwonym i nadrukiem z plakatu reklamującego paryskie bistro nowe feng-szuei zaczęło błyskawicznie działać. Mianowicie jakiś duszek sprawił, że już pierwszego dnia postanowiłam zacząć uczyć się gotować bardziej wyszukane potrawy, niż do tej pory! Ot, nowe hobby sobie znalazłam.
Kilka już zaliczyłam, ale nie wszystkie nam smakują tak na sto procent, zatem nie chwalę się tym na blogu. To znaczy chwalę się, jak widzicie, ale nie zamieszczam przepisu, bo go używać już nie będę.

Nareszcie trafiłam coś, co warto pamiętać, żeby do tego wrócić kiedyś. Pieczony kurczak w sosie z pomidorów.

Co do kurczaków, wiadomo, nie kupujemy ich mięsa w sklepie. Co roku hodujemy kilkanaście brojlerów i kogutków tucznych, które wystarczają nam w tej sprawie na pieczyste. Z drobiu bywa jeszcze przecież na stole indyczyzna (tak się chyba powinno nazwać mięso z indyka) i kaczyzna (tj. mięso z kaczki). Oraz stare kury "rosołowe".

Wczoraj nadszedł czas na kurczaka brojlera. Nie był tak dorodny, jak ten ze sklepu, bo trzeba wiedzieć, że tuczenie brojlerów zwykłą paszą jest dość mało wydajne. Nasze jedzą osypkę pszenną, kartofle, twaróg i ziarno pszenicy i owsa, oraz siekaną zieleninę i serwatkę. Nie dostają mieszanek paszowych z dodatkami witaminowymi, hormonalnymi i ziarnem soi i kukurydzy modyfikowanej, od czego na ogół jest szybki przyrost i większość rolników je stosuje, co najwyżej przerywając takie dokarmianie na dwa tygodnie przed ubiciem, żeby "mięso nie śmierdziało paszą". Wspominam o tym, bo niektórzy "ekologiczni zjadacze" kurczaków, czy innego tucznego drobiu są dumni, że kupują takie brojlery od rolnika, a nie z fermy, nie zdając sobie sprawy, że jeśli mają one podobne gabaryty, co te ze sklepu, to i jadły podobnie jak tamte.
Do tego nie mam serca trzymać ich w ciasnym zamknięciu, w pogodne dni korzystają z niewielkiego wybiegu, a wiadomo, bieganie i swobodne grzebanie odchudza. Ale za to wprawia je w dobry humor, a to najważniejsze. Żyją krótko, 3-4 miesiące, zatem niechaj chociaż nie będą smutne. Hodujemy je dla siebie, zatem nie muszę się stosować do grymasów rozkapryszonych klientów, żądnych tłustości i kilogramów.

Nadeszła więc pora, po próbach przyrządzenia koźlęciny w sosie chińskim sojowym, oraz serii zup, serowej i dyniowych z czosnkiem, na pieczyste. Udało się. Kurczak dał z siebie cztery sute porcje obiadowe i dwie mniejsze potrawki z ryżem.

Kurczak pieczony w sosie pomidorowym

Składniki: 
Kurczak średniej wielkości
Szklanka pomidorów z puszki
1/4 kostki masła
1,5 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki pieprzu
1 łyżeczka tymianku lub prowansalskiej mieszanki ziołowej
łyżka octu owocowego, jabłkowego lub innego domowej roboty
4 łyżki oleju lub oliwy

Przyrządzenie:
Przygotować namaszczenie dla kurczaka, czyli zmieszać ze sobą olej, ocet rozcieńczony z łyżką wody, łyżeczkę soli i tym namaścić go starannie z każdej strony, od zewnątrz i od wewnątrz. Wstawić w naczyniu żaroodpornym do piekarnika w temperaturze 190 stopni, albo nieco mniejszej z termoobiegiem i piec przez godzinę.
Pod koniec tego czasu w rondelku rozpuścić masło, dodać pomidory w kawałkach lub pomidorowy przecier, pół łyżeczki soli, pieprz i tymianek i gotować przez 5 minut.
Po godzinie zdjąć przykrycie z naczynia, polać kurczaka połową sosu i piec w temperaturze 180 lub niższej, gdy z termoobiegiem, przez 15 minut. Potem odwrócić kurczaka, polać go drugą połową sosu i piec kolejne 20 minut. Jeśli jest większy, to można 30 minut dla pewnej miękkości. Pod koniec na kilka minut włączyć podpiekanie skórki, czyli grillowanie w piekarniku.

Potrawa ma piękny maślany zapach, w smaku jest łagodna i przyjemna.

Podawać z ryżem, albo puree ziemniaczanym z ząbkiem czosnku, gdyż wariant z frytkami jest zbyt tłusty. I surówką bądź kiszonką, wedle własnego gustu.

23 października 2018

Droga w głąb

I słońce  równym kroczkiem wemknęło się w wodny znak Skorpiona, co od razu pokazała aura na dworze. Pogoda, właściwa dla zrównoważonej i estetycznej Wagi, złocisto ruda i w miarę słoneczna jesień w jeden dzień stała się wietrzna, zimna i deszczowa. Mgły bywały wcześniej, ale teraz zrobiło się mało-miło i brzydko. Taka kolej rzeczy wiedzie ku refleksjom wewnętrznym i intensywnemu odkrywaniu tego co zakryte. Już czuję powiew inspiracji, która spada na mnie w snach, a potem zbieram do niej szczegóły w internecie, przy ciepłych kaloryferach, kartach i lekturze.
Anna chyba też, bo każdą wolną chwilę spędza w swojej urządzanej dopiero pracowni. Pali w piecu, przy okazji parzy dzbanek herbaty, który cały wypija dla rozgrzewki, oraz suszy resztki nazbieranych antonówek, które potem zjadamy w formie musli, albo kompotu,  następnie zasiada do koła i kręci. Lepi i szkliwi. Własnie odbyła pierwszą część kursu szkliwienia, jaki sobie zafundowała i przyswaja zyskane informacje.Nawet w nocy, gdy spać nie może parzy sobie zieloną albo białą herbatę i czyta z zapałem książki o ceramice.

Poza tym odbyły się wybory samorządowe. Stiopa i Sąsiad z Polesia oraz ich grupa zrywno-inicjatywna - mimo tak brawurowej akcji lokalno-medialnej i użycia nowoczesnych technik propagandowo-marketingowych, poległa z kretesem. Mobilizacja staruszków oraz ludzi statecznych w całym regionie zachowała stary porządek rzeczywistości. Choć jeszcze w naszej gminie do końca nie wiadomo, bo będzie dogrywka w kwestii wyboru wójta. Będzie albo ten z przed-poprzedniej kadencji, albo całkiem nowy.

I tak spokojnie, wśród wiatru dyskusji, które może jednak trochę wpłyną na jakieś zmiany w formach rządzenia, w każdym razie pewnie niektórym odsłoniły to i owo w zrutynizowanych umysłach, szykujemy się wraz z kozami i drobiem do zimy.

17 października 2018

Po Sąsiedzku

Nie dlatego, że chcę siać propagandę polityczną przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi, daję ten filmik. O nie! Ale wiem, że czytelnicy mojego bloga ciekawi są otoczenia, w jakim mieszkamy. Oto Sąsiadowi z Polesia udało się w piękny październikowy dzień sfilmować bobrową wieś, z której pochodzi Stiopa. A my mamy w niej łąkę pod samą granicą, o czym można poczytać niejedną historyjkę tutaj.
Filmik uwiecznia podlaską wioskę, jedną z wielu takich, które można spotkać zjeżdżając z głównych dróg. I przyrodę. I poniekąd życie na niej.
Mn.w. w 3.50 minucie mowa jest o Ani z Kresowej. Tak, poświęciła się pewnego wieczoru, aby przewieźć ul pełen pszczół do gospodarstwa Stiopy, zakupiony w dalszej wiosce. Była przygoda, bo pogranicznikom wpadło do głowy, aby ją zatrzymać i kontrolować. Wywiązała się nawet dyskusja, gdy zażądali otwarcia paki, na temat tego, co mogą żądać, o co prosić, a czego nie oczekiwać, względem przepisów prawnych. Pszczoły już zaczynały brzęczeć i kto wie, do czego by mogło dojść, gdyby chłopcy mundurowi uparli się jednak tam zajrzeć... Na także swoje szczęście odstąpili. A potem zaglądała do nich chyba nie raz. ;)

Film "Stefan pokazuje swoją wieś Bobrówkę"...

12 października 2018

Meksykańskie tortille w zastępstwie naleśników

Wczorajszy obiad był tak doskonały smakowo, że trudno było pozostawić sprawy bez kolejnego eksperymentu. Ponieważ gulasz ostał się na dzisiejszy posiłek, a ryż "wyszedł" postanowiłam spróbować swoich sił do zrobienia czegoś, czego jeszcze nie próbowałam, mianowicie meksykańskich tortilli.
Jest to jeden z wielu rodzajów takich placków, wcale nie najzwyklejszy.



Tortille z kaszki kukurydzianej i mleka

Składniki:
Szklanka mleka
5 łyżek kaszki kukurydzianej
3/4 szklanki mąki ziemniaczanej
2 jaja
1/2 łyżeczki soli
2 łyżki masła

Przyrządzenie:
5 łyżek kaszki kukurydzianej zalać świeżo ugotowanym mlekiem i pozostawić do wystygnięcia. Potem dodać mąkę ziemniaczaną, jaja, sól i roztopione masło, wymieszać na jednolitą konsystencję. Smażyć na rozgrzanej patelni bez tłuszczu (wystarcza masło zawarte w cieście) cienkie placki rumieniąc je po obu stronach.

Mają giętkość i wygląd naleśników, łatwo jest więc posmarować je farszem i zwinąć w rulon.
W ten sposób gulasz został dzisiaj farszem do tortilli i zniknął w oka mgnieniu.

Do popicia był kubeczek jogurtu naturalnego z koziego mleka.

11 października 2018

Gulasz koźlęcy egzotyczny

Wypróbowałam dzisiaj swoje siły z potrawą nader egzotyczną, którą przystosowałam do posiadanych warunków i okoliczności. I udało się! Na bazie przepisu na Barani gulasz z książki pani Pospieszyńskiej, która została moją kulinarną guru ostatnio. Ku uciesze podniebienia upichciłam coś, co bardzo nam zasmakowało. Uwaga, podaję przepis (przystosowany do naszych warunków). Oryginał pochodzi z Południowej Afryki.

Gulasz koźlęcy z fasolą

Składniki:
ok. 1/2 kg koźlęciny lub koziny. Wiek zwierza zadecyduje o długości przyrządzania potrawy i trzeba być tego świadomym.
Olej
4 pomidory
2 cebule
Puszka fasoli czerwonej lub białej
Jabłko
Garść rodzynków
Przyprawy: garam masala (lub curry), sól, chili lub pieprz cayenne, ocet jabłkowy lub inny fikuśny, mnie się sprawdził ocet porzeczkowy, cukier

Przyrządzenie:
Można robić wszystko od początku w odpowiednim rondelku, albo zacząć na patelni i całość przenieść do rondla/garnka pod koniec.
Drobno siekaną cebulę smażymy 5 minut na oleju, po czym dodajemy mięso pokrojone w małe kostki (im mniejsze, tym szybciej potrawa dojdzie). Smażymy wszystko do zrumienienia. Po czym wrzucamy pokrojone drobno, obrane ze skórki pomidory i dodajemy łyżeczkę soli i 1/4 łyżeczki chili lub pieprzu cayenne. Przykrywamy całość i dusimy na maleńkim ogniu przez pół godziny.
Po tym czasie przygotowujemy zestaw przypraw: łyżka garam masala (lub curry) z dodatkiem półtorej łyżeczki cukru wymieszana z 1/4 szklanki wody i łyżką octu owocowego.
Przekładamy mięso z patelni do garnka, dodajemy do niego odsączoną fasolę z puszki, przygotowany zestaw przyprawowy oraz pokrojone na kawałeczki jabłko z garścią rodzynków i w tej postaci dusimy jeszcze na małym ogniu  przez czas potrzebny do miękkości wszystkich składników. Im starsze było mięso tym dłużej, jasna sprawa. Także jabłko i rodzynki muszą się znacznie "rozpuścić". Mnie ta faza duszenia potrawy z drobno posiekanym kawałkiem młodej koźlęciny zajęła pół godziny, ale biorę pod uwagę, że mogłaby potrwać i godzinę w trudniejszym przypadku.Oryginalny przepis na baraninę zaleca 2,5 godziny pyrkotania na słabym ogniu (w takim przypadku pewnie dobrze sprawdziłby się wolnowar).

Gulasz podaje się z ryżem. Pasują do niego polskie kiszonki, ale i cukinia na słodko-kwaśno wpisuje się świetnie w aromat i smak.

30 września 2018

Dyniowe żniwo

Gruntowanie i malowanie ścian i sufitu w toku.
Samochód sprawny, choć falowania silnika przy największych szybkościach nie dało się usunąć.
Zebrałyśmy jedną pakę dyni z ogrodu permakulturowego. Nie urodziło się w tym roku zbyt wiele, ani zbyt dużych. Winne były chłody i susza na początku wiosny, które sprawiły, że rośliny późno zaczęły się rozwijać, później kwitnąć i zawiązywać owoce. Niemniej i tak zmęczyłam się setnie wnosząc urobek ogrodowy na poddasze. Starczy na zimę.
Część dyniek, tych najmniej dojrzałych, zmieszczone w dwóch dużych skrzyniach, przeznaczone są na skarmianie kozom i kurom. Zwierzęta zatem także zadowolone.
Pierwsza zupa dyniowa wyszła przepyszna. Co nastroiło nas przyjaźniej do dalszej pracy.

24 września 2018

Codzienne przygody

Deszcz jesienny, deszcz. Wali o dach z hałasem całą noc i poranek i gada, gada, gada różnymi jakby na poły znanymi głosami, wprawiając w senny półtrans. Zimno szybko się robi. Nowy piec kuchenny sprawdza się w taki czas bardzo dobrze. Gotuję karmę dla zwierząt, sokownik, czajnik wody, warzę twaróg około południowej godziny i robi się miłe ciepełko, które pozostaje do rana.

Ostatnie spadające antonówki w sadzie zjadają kozy. Podobnie ze śliwkami. Przerób właściwie skończony. Cydr bąbelkuje już wolniej, dochodząc do swego właściwego czasu. Podobnie beczułka octu. Butelki soku stoją w równych rządkach w piwnicy. Jak i słoiki dżemu i powideł.

Wciąż jeszcze mieszkamy na poddaszu, bo remont niedokończony. Właśnie szybko wprowadzająca się jesień pobudziła w nas chęć do czynu w tej materii.
Przeszkadzały dokończeniu i wciąż jeszcze to robią usterki w nowym samochodzie, Słoniątku. I notoryczne całodzienne wizyty u różnych mechaników w okolicznych miastach, którzy próbują ustalić, czemu zapala się lampka ostrzegawcza. Jeden mówi to, sprawdza, coś wymienia i każe płacić, inny mówi, że to co innego, zmienia i każe płacić, ostrzegając, że jak nie to, to trzeba będzie coś droższego uskutecznić. Jeszcze inny każe jeździć dotąd, aż się coś zepsuje i będzie wiadomo co. W takim nastawieniu Anna wybrała się na kurs szkliwienia do stolicy, ale dojechała zaledwie do Siemiatycz, gdzie ją bogi zaprowadziły do dawno znanego i przyjaznego zakładu mechanicznego. Chłopaki mieli wolny czas, posprawdzali, coś wymienili. Ale trzeba było samochód zostawić na weekend i teraz trzeba odebrać. Czyli jechać pociągiem i rowerem ze stacji do miasta, albo autobusem z sąsiedniej gminy. Lekko nie jest.
Wszystko to zabrało i jeszcze zabiera mnóstwo czasu, który należy wreszcie nadrobić.

Jednak gładzie zostały już położone, szlifowanie w toku. Jeszcze czeka malowanie. Potem położenie paneli podłogowych i wstawienie nowych mebli. Trochę przed nami przygód stoi.

19 września 2018

Przedwyborcze poruszenie na dole

Wybory samorządowe przed nami. W naszej gminie ferment jak nigdy. Wszyscy ożywieni, poruszeni. Możliwościami, jakie ujawniły się spontanicznie. Były od dawna, ale dopiero teraz jakiś duch zmiany tchnął w głowy ludzi twórczych, ktoś kogoś do kogoś skierował, rzucił pomysł, ktoś go podłapał i szybko się rozkręciło i kręci. Jak to się mawia: ten ma władzę, kto ma media.
Otóż media znalazły się już od dawna gotowe, od lat działające w internecie w postaci prywatnej telewizyjki kręconej internetową kamerką przez Sąsiada z Polesia. Znalazł się kandydat na wójta, sprytny, wygadany i na tyle nie bojący się wystąpień przed publicznością, że to zaczęło mieć ręce i nogi. Spotkali się, a nie powiem w kogo tchnęło.

Sąsiad z Polesia, namiętny politykier i człowiek-legenda internetowa, można rzec człowiek biografii, anarchista i katolik w jednym, absolwent prawa i bywały na Harwardach i salonach ministerialnych emigracyjny ober-śmieciarz, od kilku lat pasie swoje kozy na łąkach wioskowych, ku uciesze albo i zgrzytaniu zębów swych sąsiadów. Urodzony w znaku Barana, niedźwiedź, nie do zagadania i nie do zdarcia, bo walkę na gębę po prostu kocha, (czego inni starannie unikają) wrzuca teraz filmiki, wywiady, wypowiedzi tak samo mieszkańców gminy, jak i własne przemyślenia na swój kanał jutubowy i zaczął się ruch. Zrazu maleńki, jakieś śmieszki, krytyki, oburzenia, zdziwienia, ale widać, że włączają się ludzie, dotąd stojący z boku i obserwujący życie gminy krytycznie, acz w milczeniu. Chodzą słuchy, że dwaj panowie, Stiopa i sąsiad z Polesia wraz z komitetem wyborców, który został wcześniej założony z planem startu w wyborach mają szanse wygrać. Czemu? Bo nikt dotąd nie gadał z ludźmi, mieszkańcami tak jak oni. Żaden z kandydatów na wójta czy radnego nie wychylił się nigdy poza zwyczajowe zbieranie podpisów po domach i grzeczne przedstawienie swej kandydatury.

Wrzucam jeden z przykładowych filmików, aby unaocznić reszcie świata, że w Polsce są oddolne możliwości działania i mobilizowania ludzkiej energii, tylko potrzeba pomysłu, fantazji i chęci rozruszania nas, malkontentów, kręcących się w codziennym trudzie wokół swoich spraw z niewielką nadzieją, a może i brakiem nadziei, że ktoś to doceni.

Przykładowo, wypowiedź Sąsiada z Polesia uświadamiająca pewne prawa obywatelskie zwykłym mieszkańcom:
Samorząd, a dostęp do informacji

17 września 2018

Grzyby smażone w czerwonym winie

Kolejne grzyby z lasu i znów inaczej, dzięki nowej starej książce kucharskiej. Smaczne, acz przepis wypróbowałam bardziej z ciekawości, niż apetytu. W oryginale owe grzyby po przyrządzeniu schładza się w salaterce i podaje na zimno jako przekąskę, pewnie pod jakiś mocny trunek, ale ja zjadłam je na ciepło jako obiad, i też niezgorsze były.

Grzyby smażone w winie

Składniki:
1/2 kg grzybów leśnych różnego rodzaju (tym razem mnie się trafiły w większości podgrzybki, garść kurek i kilka kołpaków)
1 duża cebula
1/4 szklaneczki oleju
1/2 szklanki czerwonego wytrawnego wina
Łyżka octu jabłkowego rozcieńczona w kilku łyżkach wody
Sól, pieprz, nać pietruszki lub liść lubczyku

Przyrządzenie:
Grzyby obrać, sparzyć wrzątkiem, pokroić i skropić octem z wodą (albo sokiem z cytryny).
Rozgrzać olej na patelni i wrzucić na nią grzyby. Smażyć dotąd, aż odparuje się z nich cała woda. Wtedy dodać posiekaną drobno cebulę i smażyć, aż wydzieli swój specyficzny zapach. Na koniec dodać pół szklanki czerwonego wina, posolić, popieprzyć i dodać zieleninkę, po czym dusić pod przykryciem kilka minut.

Kto chce może potrawę wystudzić i schłodzić w lodówce, przełożoną do salaterki. Zjada się wtedy jako przystawkę albo zakąskę na zimno.
Można też spokojnie raczyć się na ciepło, z ziemniaczkami albo ryżem, w towarzystwie kiszonki, kwaszonki albo świeżej sałatki.

15 września 2018

Prowizorki

Wrzesień zaczyna nabierać jesiennej atmosfery. Ochłodziło się, zaczyna codziennie lub nocnie padać deszcz, liście rudzieją na drzewach. Kończą się jabłka w sadzie. Zostało jeszcze trochę antonówek, które ostatnimi siłami codziennie przerabiam na soki, pakując do dokupionych butelek. Ostatnie śliwki poszły na powidła. Słodkie spady z ogromnym apetytem zjadają rano indyki.
Tuż przed ochłodzeniem zjawił się Jary, został zaprzężony do roboty (aż się zasapał na koniec!) i tak oto koziarnia i kurnik zostały oczyszczone z obornika zgromadzonego od wiosny. Udało się też dnia następnego przy jego pomocy zreperować futrynę w wejściu do ziemianki. Dawna naprawa panów majstrów okazała się prowizorką, umiałam drzwi otwierać i zamykać wiedząc, jaki myk zastosować, ale gdy razu pewnego Anna musiała sobie sama poradzić, nieomal wyrwała drzwi razem z futryną ze ściany... Trzeba było interweniować, bo zima za pasem i zapasy potrzebują być zabezpieczone przed wyziębieniem. Teraz wszystko jest cacy, ale jedna z belek futryny, ta naprawiona wymaga po prostu wymiany, a próg podwyższenia, czyli nowej wylewki, bo stary się wykruszył pod wpływem roztopów. Jak znam życie, prowizorka na razie będzie do kolejnej awarii stać. Mamy na głowie końcówkę remontu pokoju, wciąż odkładaną na później.