22 października 2017

Nieoczekiwana zmiana płci

Zdarzają się takie historie w chłopskich zagrodach od wieków, tysiącleci. Rzadko, bo rzadko, jednak nie można powiedzieć, że to rzeczy niespotykane. Dziwne o tyle, że rzadkie. Niemniej natura tego wydaje się naturalna i w jakiś sposób wpisana w ewolucję stad i gatunków.
W naszej bywały już podobne historyjki. U kóz, ale i u drobiu również. Pewnego razu kogut zmienił się z piejącego czupurnego kukuryka w opiekuńczą kurę, która młode kurczęta, po odstawieniu przez kwokę pod swoimi skrzydłami długo jeszcze hołubiła. Bywały kogutki, które w wyniku jakiejś choroby traciły wigor, i służyły za kochanki dla prawdziwych samców. Czasem jakiś młody koziołek zakochiwał się na zabój w dominującym samcu w stadzie i przez jakiś czas obaj stanowili nieodłączną parę. Co nie przeszkadzało mu później we zwrocie ku płci przeciwnej, gdy dorósł.
Teraz jednak owa historia wydarzyła się kaczkom.


Są trzy kaki, kupione latem u rolnika, jako kaczor z dwiema żoneczkami. Na rozmnożenie w przyszłym roku. Kaczor rzeczywiście umaszczony inaczej, z zieloną szyją, dwie kaczki w kolorze jasnego brązu, wyraźnie inne. Jak dotąd nic się nie działo. Kaczor adorował obie kaczusie, a one jego, jak Pan Bóg przykazał. A jednak, nastąpiła nieoczekiwana zmiana płci.
Najpierw zauważyłam, że kaczki są dziwnie rozgadane i dyskusjom między nimi końca nie było. Gwarzyły ze sobą głośno i namiętnie nawet późnym wieczorem i wczesnym rankiem, przed wypuszczeniem z kaczarni, za którą stodółka robi. Jak nigdy.
Potem jedna kaczka zaczęła wyraźnie odstawać. Zawieruszała się to tu, to tam. Krzycząc po kaczemu za stadem, ale bezowocnie. A gdy udało mi się je połączyć, ku swojemu zdumieniu zobaczyłam, że kaczor z zawziętością odpędza drugą kaczkę.
- Porąbało go, czy co? - zaczęłam się zastanawiać, i dalejże obserwować ptaki, co zamierzają.
Kaczor oprócz tego, że zaczął paradować tylko z jedną żonką, odpędzać drugą, to jeszcze zrobił się agresywniejszy w stosunku do innego drobiu. Walczył z kogutem zieloną nóżką i młodą indyczką, aż go dorosła indyczka przepędziła, ciągnąc mocno za kuper.
W końcu wczoraj, przy zapędzaniu wszystkich trzech kak do kaczarni oświeciło mnie. Druga kaczusia bowiem wydała mi się nagle jakaś inna. Jakby nieco większa, kolory jej się wyostrzyły, szyja wydłużyła...
- To są dwa kaczory! - odkryłam zagadkę niezgody.
Choć... tak do końca nie wiem. Bo może po prostu kaczusia jest innej orientacji, taka kaczka dziwaczka. Jakiś czas starała się być kaczką, jak należy, ale jej natura stała się inna i nie wytrzymała. Dokonała commin-outu i została Kakiem. Jest więc teraz Kaczor, Kaka i Kak. Całą sprawę jednak da się chyba ustalić dopiero przy przemianie na pieczyste.

11 października 2017

Cukinia na słodko-kwaśno

Spełniam obietnicę. Na dworze siąpi, czasem mocniej pada, lecą z hukiem żołędzie z dębów, w piecu napalone, więc można zająć się przyjemnościami. Oto przepis na przetwór z cukinii.



Cukinia na słodko-kwaśno

Składniki:
2 kg cukinii, najlepiej takiej wąskiej długiej, ale z grubszej też się da coś wykrzesać.
2 łyżki soli.
1 szklanka octu jabłkowego, w tym z dodatkiem 1/4 spirytusowego, dla wzmocnienia kwaśności. Sam jabłkowy też jest fajny, daje jednak słodszy i łagodniejszy smak, poza tym przetwór może gorzej się przechowywać.
2 szklanki cukru. Jeśli ktoś chce na samym occie jabłkowym przyrządzić cukinię, to radzę nieco mniej cukru.
1 łyżeczka mielonego pieprzu czarnego.
Kilka ziarenek ziela angielskiego i liści laurowych.

Przyrządzenie:
Cukinię kroimy na cienkie plastry, ok. 3 mm grubości, podobnie jak się kroi ogórki do mizerii. Jeśli cukinia jest grubsza i starsza radzę zetrzeć ją na grubej tarce, takiej do kapusty. Wychodzą cienkie płatki, które też fajnie się zjada. Mieszamy je z solą i pozostawiamy w misce na 12 godzin w chłodnym miejscu, albo w lodówce.
Gdy ten czas minie gotujemy w garnuszku zalewę ze szklanki octu, z cukrem i przyprawami. Gorącą zalewamy cukinię (która puściła już miły soczek) i pozostawiamy całość na 2 godziny, aby się przegryzła. Potem przekładamy wszystko do garnka i zagotowujemy na 5 minut.
Gorące rozkładamy do wyparzonych słoiczków dowolnej wielkości. I pasteryzujemy przez 5 minut.

Aby sobie pracę usprawnić, najlepiej skroić i zasolić cukinię wieczorem, a resztę dokończyć rano następnego dnia.

Smacznego!

9 października 2017

Dyniowe indorkowo

Zaległe zdjęcia. Najpierw ostatnie zbiory ogrodowe. Latoś dynia mniej obrodziła, niż w zeszłym roku. Wpłynęła na to zimna wiosna, potem susza, która spowolniła owocowanie. Niemniej sztuk ponad setkę udało się zmagazynować na poddaszu, reszta w postaci niewielkich i niedojrzałych jeszcze kulek i piłeczek skarmiana jest na bieżąco ptakom i kozom.


Cukinia, jeszcze nieprzerobiona. O przepisie na cukinię słodko-kwaśną pamiętam, w przeciwieństwie do Anny, która go właśnie zapodziała. Myślę, że zdążę go odnaleźć i wam podać, nim te smaczne warzywka się skończą..


Na koniec nasz indor lawendowy. Obiecałam i pokazuję. Ma krawat, choć nie chciał, uparciuch zapozować bardziej malowniczo i wyraźnie.


28 września 2017

Zrównoważony czwartek

Słońce w znaku Wagi, jak widać i czuć niesie bardziej suchą i ciepłą pogodę, niż przyniosła była Panna. Przyglądałam się owej kwadraturze Merkurego do Saturna, która tak nam namieszała mechanicznie, pod względem pogody, ale nie spowodowała klimatycznej awarii, oprócz tego, że dzień wtedy spochmurniał i ochłódł, ale znośnie. Niemniej już Mars szykuje się następny do kwadratury z Saturnem, kulminacja będzie od 10-11-12 października i spodziewam się wtedy przymrozków nocnych i ogólnie spadku temperatury, bo to planeta ekstremalna. Pożywjom obaczym.
W każdym razie oprócz ćwiczeń z astrologii staram się (wespół zespół) jeszcze przetworzyć na zapasy to, co się da przetworzyć. Najpierw poszły do gara buraki z ogródka, wyszła pyszna sałatka i wylądowała w piwniczce. Ostatnia porcja keczupu, dość spora. Oraz cukinia na słodko-kwaśno, pyszna. Postaram się dać wkrótce szczegółowy przepis, bo dziś po raz pierwszy spróbowałam przy obiedzie i rzeczywiście, rewelka.

Na koniec spodziewana niespodzianka. Santa Klaus zajechał dziś na stację i został zdiagnozowany. Nie obyło się bez wskazówek, co koniecznie trzeba w nim zrobić, aby przeszedł egzamin na drugi rok, ale szef podbił kartę. Niemniej, wiedząc już, że dni naszego auta są krótsze, niż dłuższe musimy się sprężyć z zakupem nowego. I o tym Księga również wspomniała.
- Patrz, jak to miło załatwiać sprawy w dniu, gdy ma się harmonijny Księżyc. Nawet w kłopotach znajdzie się rozwiązanie i dobra rada, a urzędnicy są mili - stwierdziłam, wsiadając do samochodu.
- Niby tak - odpowiedź. Zawsze nie do końca przekonanej sceptyczki.

26 września 2017

Dziwna radość wróżbity

Taka wczoraj rozmowa.
- Mam tydzień czasu, żeby załatwić przegląd samochodu. Powróż mi, jak pójdzie. I kiedy najlepiej jechać na przegląd.
Zaglądam w uczoną księgę, czyli efemerydy planetarne i widać tego dnia kwadraturę Merkurego do Saturna, następnego Księżyc w Strzelcu w kwadraturowych układach prywatnych.
- Dziś i jutro odpada. Same kłopoty. Wstrzymaj się do czwartku.
- Dobrze, ale czy się uda. Od tego zależy kilka rzeczy.
- Rzuć monetami.
Rzut, sześciokrotny, trzema.
- Hm. 35.1.2 na 38. Dziwne. Pojedziesz, ale nie dojedziesz? Jakaś stara babcia ci pomoże.
- Gadasz od rzeczy.
- To rzuć jeszcze raz. Przegląd się uda, czy nie. Konkretnie.
Rzut znowu trzema, sześciokrotnie.
- O, pięknie, 21.4.5 na 42. Przegryziesz się pomyślnie przez procedury i będzie można zainwestować... Ale o czym w takim razie była pierwsza wróżba? Pierwsza linia się zmienia, pewnie dowiemy się bardzo szybko.
- Uff, dzięki. Od tego zależy, czy włożę pieniądze w tego grata, czy w nowego. A teraz jadę do skupu z grzybami.
Wyjeżdża z garażu, staje za bramą, aby ją zamknąć. Ale widzę przez okno, że wysiada i zagląda pod maskę. Wyskakuję z domu. Co się stało?
- Pasek poszedł, patrz, jak wiruje. Zawracam.
Wjechała z powrotem do garażu. Wypakowała skrzynię grzybów. Zapakowała do torby. Wyciągnęła stary rower, przymocowała torbę do bagażnika.
Radość wróżbity w nieszczęściu taka oto:
- Wniosek taki, że przy kwadraturze Merkurego do Saturna nie należy w ogóle wyjeżdżać z garażu. Oraz to, że nasze wioskowe babcie mają najlepsze rozwiązanie w takim wypadku, gdy trzeba do skupu. Wielocyped!
Co pokazała jeszcze Księga? Jakim cudem nasz stary rzęch przejdzie egzamin w czwartek?
Jednak wszystko ma się rzeczywiście ku dobremu. Miejscowy mechanik, dzięki tej samej kwadraturze miał przestój z braku klientów. Zreperował Santa Klausa w ciągu kilku godzin. Poszedł pasek rowkowy, nic strasznego na szczęście...

22 września 2017

Gustowny Gucio

Mży i mgli oraz dżdży na przemian. W przerwach między robieniem przetworów i serów oraz dokarmiania gadziny domowej i przydomowej, studiuję astrometeorologię. Dzisiaj równonoc jesienna o 22.02 wypada, wypada więc zacząć szczegółowe obserwacje pogodowo-planetarne, aby choć na tym w życiu dobrze się poznać. Jeśli uda mi się coś odkryć na przyszłość w dziedzinie pogody nie omieszkam dać znać.

Tymczasem kozom wsio rawno, byle można było się dobrze najeść. Ich pani wciąż uskutecznia namiętne grzybobranie przy okazji ich wypasu, nie mają źle, snując się po opłotkach i okolicznych gęstwach leśnych. Spadają już liście, jeszcze zielone, a kozy bardzo to lubią, bo wystarczy się schylić, żeby brzuch wypełnić. Na pastwisku zaś gromadnie kanie i prawdziwki wyległy...


Oto i Gustowny Gucio, szefunio, półtoraroczny kozioł. Grzeczny, dobrze wychowany, uległy i łagodny w obejściu. Można spokojnie go kiełnać, nawet taka słaba baba jak ja to potrafi. Bezrogi, z domieszką rasy anglonubijskiej i alpejskiej. Nie skacze na człowieka i nie bodzie bez sensu. Choć muskularny i przepychać się przysłowiowymi łokciami potrafi. Kozy go szanują.


Z tej perspektywy lepiej widać jego reproduktorskie walory. Gdyby ktoś chciał kupić, niech daje znać. Jeszcze ma szansę ma przedłużenie żywota. Jako ojciec sprawdził się już dwukrotnie w całym stadzie, radzi sobie i dzieci zabawne powołuje. Raz rogate, raz bezrogie, uchate a jakże też.

17 września 2017

Grzybne hobby

Okres wzmożonego grzybobrania trwa już od dłuższego czasu. Pogoda mokra i maksymalnie wilgotna, sprzyja wysypowi. Wygląda to tak, że opuszczone przez dotychczasowych masowych zbieraczy lasy okoliczne pełne są grzybnego dobra różnego rodzaju wręcz bez ograniczeń. Anna wychodzi codziennie przed południem niby paść kozy przy lesie, a sama daje się wciągnąć przez duszki leśne tak mocno, że po dwóch godzinach wraca dźwigając wiadro pełne grzybów. Albo wpada w międzyczasie po drugie wiadro, bo jej się zbiory nie mieszczą.


Po co nam to? Ano zdecydowanie po nic. Pewien zapas marynat grzybowych został zrobiony, kilka potraw zjedzonych, chwacit, chciałoby się rzec.
Jednak dusza leśnego człowieka, która się w Annie obudziła nie chce odpuścić.
- To grzech grzyba nie podnieść, jak staje ci na drodze! I sam się pcha do wiadra! - tłumaczy, widząc moją minę.

Zatem czyści i suszy swe zbiory pracowicie w piecu chlebowym i na blasze. A resztę sprzedaje w skupie za grosik. Bo ceny grzybów już mocno spadły. Podgrzybek dwa dni temu był po 5, kurka po 6 złotych za kilogram. Mimo to uzbierała już ponad stówkę oszczędności. Przynajmniej na tyle owo grzybiarskie hobby się opłaca.

12 września 2017

Czuby i kaki

Jedno z czupurków. Prawda, że zabawne czupiradełko? Z błękitnymi nóżkami.


Podobnie zabawne są na podwórku kaczki. Kaki. Ich wygląd na zdjęciu oczywiście niczego nie oddaje, i widz nie pojmie dlaczego uśmiech sam na twarz wypływa, gdy wychodzą ze swojego kaczyńca na dwór i kołysząc się z nóżki na nóżkę i kwacząc ochryple do siebie, niczym kaczor Donald poganiający siostrzeńców drepczą przed siebie gęsiego.


4 września 2017

Jesienne ptaki

Leje. Mamy jesień. Mimo lata. Bywa. Kozy jednak dramatycznie nie chcą wejść w ten rytm i mimo deszczu domagają się spaceru po lesie, za zielonym, którego niedługo już przecież nie będzie. Na pastwisku już właściwie nic się nie zieleni, trochę jabłek z jednej owocującej co roku jabłoni interesuje je raptem kilka minut. Potem przeskakują ogrodzenie w miejscach wyczajonych (z drugiego, niewzmocnionego w tym roku boku) i mkną po dzikich łąkach, polach, rżyskach i lasach w poszukiwaniu żeru. Wracają po dwóch trzech godzinach mokre, Anna za nimi z koszem w ręku, w gumiakach. Ostatni czas tego koniecznego wypasu (sąsiadka ma nieogrodzony ogórek, stąd konieczność) zużywała na zbieranie grzybów i ziół, które potem stosuje do różnych maceratów mydlarskich i wywarów dla pszczół.
Udało się ukręcić kilka słoiczków miodu gryczanego dosłownie w ostatniej chwili przed pogorszeniem pogody  (pszczoły wyczaiły pole gryki w obrębie swoich oblotów).
Trwa robienie przetworów, keczupu i sosu paprykowo-czosnkowego, oraz soków, z czarnego bzu i czeremchy.
Poza tym wciąż się noszę z zamiarem sfotografowania naszego przychówku ptasiego, ale mokra i szara aura weszła mi w drogę. Napomknę więc tylko, że indyki lawendowe (zdjęcie z internetu, dla ilustracji rasy)


szczęśliwie zmieniły upierzenie (wyglądały w tym czasie bardzo smętnie), indor nosi już nowy garniturek, w nieco ciemniejszym odcieniu bardzo jasnego błękitu, z ciemnym krawacikiem na gardle. Nie udało mi się takiego na internetowych zdjęciach znaleźć, więc jest to jego cecha szczególna, bardzo zabawna.
Druga zasiadająca na jajach induszka wylęgła jakiś czas temu siedem indycząt, na które szybko trafił się kupiec, ku naszej wielkiej uldze.
Z maleństw zatem jest kilka dopiero co całkiem opierzonych lawendowych induszek, wysiedzianych przez kurę, ale prowadzanych przez indyczkę. Oraz kilka kurek czubatych, które wyszły z zakupionych jaj, wysiedzianych przez kwokę, które czupurkami, lub czuprynkami (a czasem czupiradłami) zwiemy i są one uciechą dla oczu i serca, gdy tylko wyjdzie się na dwór. Dlaczego? Tego się nie opisze.

20 sierpnia 2017

Skąd my to znamy?

Lata ubywa. Widać to po przyrodzie. Ptaki kupią się, szykując się do odlotu. Bociany, jaskółki. Trawa przysycha i żółknie. Kozy szukają paszy blisko lasu, w poszyciu i przydrożnych krzewach.  Na tarasie suszą się wiązki ziół łąkowych, wrotyczy, jaskółczego ziela, dziurawca, i ogrodowych, lubczyku, kopru.  W garze lądują strączki zielonej fasolki, czerwone buraczki i cukinie. Był okres wysypu kurek. Anna przynosiła je całymi koszami. Wszystko dzięki 500+. Liczne rodziny, które penetrowały co roku okoliczne lasy, aby zarobić zbieractwem na przeżycie zimy. nagle przestały zbierać. I przy okazji niszczyć ściółkę leśną. Grzyby od razu masowo wyległy i miały czas urosnąć, nikt grzybni nie rozdrapywał w poszukiwaniu choćby najmniejszych okazów.
Zdarzają się gorące dnie i noce pełne gwiazd, bo Mleczna Droga właśnie w sierpniu najbardziej fascynuje. Także doroczne święto Spasa na Grabarce. Uf, w tym roku wreszcie wydało mi się takie, jak dawniej bywało. Mniej ciekawskich rozgadanych turystów z aparatami, wprowadzających chaos i rozproszenie. Więcej skupienia, modlitwy, tutejszości żyjącej w swoim rytmie i własnym sposobem.

Po gościach, znanych i nieznanych wreszcie nadchodzi czas zaplanowania odkładanych ciągle czynności. I wzięcia się za bary z wewnętrznym nieporządkiem.

Zwierzęta mają się dobrze. Nadchodzi ruja. Ptasie maleństwa coraz samodzielniejsze. Jakoś udało mi się przekonać Annę, aby nie mnożyła bytów bez sensu, i kolejna kura, która zakoktała, wylądowała z głową w wiadrze z zimną wodą. Dwa razy. Starczyło. Przestała siedzieć. Induszki, które wysiedziała, z jaj zakupionych od rasy lawendowej, w liczbie pięciu prowadza indyczka. Jej też się zachciało, po wychowaniu pierwszej partii piskląt, weszła w kolejny cykl, zniosła jaja i zasiadła. Podłożyłyśmy jej wtedy sprytnie świeżo wylężone induszki i przyjęła je. Jest niestety jeszcze druga zasiadająca. Ech.
Kola czuje się bardzo dobrze. Aktywna, jak dawno już nie. Wybiega z domu razem z resztą psów, szczeka, biegnie i angażuje się, ile może w życie obejścia. Radość serdeczna.

Dziś pada cały boży dzień, to wyczekiwana chwila na zastanowienie. Remont, z dawna odkładany, wciąż przed nami. I grzyby, teraz prawdziwe, powinny ruszyć. Ot, rytm czasu.

4 sierpnia 2017

Gdzie ten czas...

He, wciąż liczymy, że odpoczniemy sobie wreszcie choćby troszeczkę podczas tego lata. Pogoda, nader upalna aż prosi się o to, ledwie człek przecież dycha, nawet późnym wieczorem, nie mówiąc o zwierzętach pozaszywanych w cieniu drzew i krzewów, oganiających się od uprzykrzonych much i gzów, albo z otwartymi dziobami. A tu każdy dzień śle niespodziankę. Z którą trzeba się zmierzyć.
Jeszcze przed festiwalem folkowym Kola miała operację. Staruszeczka już, ten nasz pies. Ma dokładnie tyle lat, ile mieszkamy na Podlasiu, 12. Dla wilczura to podeszły wiek. Jakiś czas temu zauważyłyśmy u niej guza, zrazu niewielkiego, na brzuchu, który ostatnio w wielkim tempie zaczął rosnąć. W końcu pękła skóra, sprawa zaczęła się paprać, tymczasem lekarz robiący tego typu operacje miał akurat urlop. Pies mocno posmutniał i ledwie się ruszał, rana ją męczyła, okłady z jodyny rozsiewały duszący zapach. Nareszcie wszystko się poskładało i pies (jak zawsze ucieszony wycieczką samochodową) wyruszył po swój los.
Lekarz do niczego nie namawiał. Wiek, wiadomo. Guz, wiadomo. Nasza decyzja. Podjęłyśmy ją bez namysłu, nawet odrobina szansy to jest coś, czego warto się trzymać, aby nie mieć sobie nic do zarzucenia.
Operacja udała się. Kola przez dziesięć dni miała leżeć, niewiele się ruszać i brać codziennie zastrzyki z antybiotykiem i lekarstwem przeciwbólowym. Przez dwa pierwsze dni (i noce) Anna wynosiła ją na rękach na siku. I jaka była nasza radość, gdy dnia trzeciego zrobiła to sama, na smyczy, powolutku. Z dnia na dzień wracały jej siły. Teraz jest już po zdjęciu szwów i to już wręcz odmłodzony pies. Nawet jakby słuch jej się polepszył! Żwawo i chętnie reaguje, szczeka, wychodzi na dwór, spaceruje. Dobrze się stało.
W trakcie był doroczny festiwal. Mnóstwo luda, zjechało się też z przyczyny zadymy wokół Puszczy Białowieskiej. Spotkania ze starymi znajomymi, pogaduszki, wymiana wieści, co u kogo się urodziło.
Narodziły się też nowe kurczaczki, z jaj czubatki, które Anna kupiła przy okazji zakupu indyków i gusi. Oraz maleńkie indyczątka lawendowe również z przywiezionych jaj. Znów opieka, karmienie, pojenie, itp.
Poza tym goście, przyjaciele, gadanie bez końca, aż się pada na twarz i zapomina podstaw, takie zakręcenie przy codziennych obowiązkach podwójnie wysysa z sił. Gdzie te czasy, gdy  miało się zawsze wolne i czas dla rozmów, rozważań i ludzi!

15 lipca 2017

Drobiowe wieści

I guś ma nową żonę! Pulcherię, czyli Pulcię, co na nasze przekłada się jako Pięknisia. Teraz oboje kłaniają mi się z gracją i uprzejmością, gdy mnie widzą. Pulcia nieco tęskniła za swoim stadem, ale po dwóch dniach zaczęła przywykać. Zna już zwyczaje obejścia, współmieszkańców, pory i miejsca karmienia, czasem zaś Balbin wyprowadza ją z gracją na zielony żer za płotem. Pogęgując coś w swoim języku. Wydaje mi się, że jej wszystko opowiedział o swojej więzi ze mną, bo Pulcia nie dość, że kłania mi się wraz z nim, to jeszcze reaguje już na swoje imię.

Razem z narzeczoną Balbina przybył na podwórzu nowy indor wraz z indyczką, oboje koloru lawendowego. Na mój gust z lawendą on nie ma nic wspólnego, a raczej ze srebrzystą szarością, ale nazwa jest przyjęta. Nastał w miejsce poprzedniego czerwonego indora, który już nieco zgrzybiał i czas na niego przyszedł.

Indyczęta zaś sprzedały się prawie w całości. Po części zamienione na trzy młode kaczki staropoloskie. Kaczki okazały się takimi samymi wypłochami, jak mulardy, ale - połączone razem - nagle poczuły swoją kaczą moc i przynajmniej jedzą bez skrępowania. Gęsi chcą cały czas nawiązać z nimi znajomość, staropolskie może i by nie były od tego, ale mulardy szaleją ze strachu i póki żyją pewnie tak będzie.
Resztę pozostałych indycząt zeżarła jednak w nocy kuna. Cudem ocalało jedno indyczątko, które biega teraz za trzema matkami nieco zagubione. Postawiło to pod znakiem zapytania nasze plany urządzenia nowego kurnika, który widocznie szczelny nie jest, gdy drapieżnik się przedostał. Zatem kończenie kwoczej zagródki także stanęło.