6 lipca 2020

Sezon ogórkowy otwarty

Jak już pada, to konkretnie, zlewnie, ściana deszczu. Jak nie pada nastaje parny upał do 30 stopni. Roślinność to uwielbia. Po raz pierwszy, odkąd tu mieszkamy, nie ma problemów z pastwiskiem, odrasta na bieżąco i kozy pasą się bardzo chętnie cały dzień (chyba, że pada).
W ten sposób przed domem urosły i rozkwitły różności.


Tak widać więcej.


Wystarczy obrót na pięcie, aby ten sam ogródek ukazał inne swoje bogactwo. Codzienne.


Ot, gotując czy przyrządzając posiłek wyskakuję na chwilę, aby zerwać co potrzeba, koperek, nać pietruszki, szczypiorek, cebulkę, lubczyk, tymianek, miętę czy bazylię. Albo sałatę czy pakczoja.


Oto grządka wzniesiona, w tym roku postawiona i obsiana ogórkami. Pracowicie nawinęłyśmy pędy na sznurki, aby mogły spokojnie plonować. I powiem wam, już są. Ogórki. Własnie degustujemy pierwsze małosolne. To, co ową grządkę poprzedza na pierwszym planie, równie bujne, to druga podobna, pełna teraz dojrzewającego bobu i selera naciowego.

Zabawa w odchwaszczanie luzem rosnących innych dobroci, dyni, cukinii, malin, topinambura czy pigwy to raptem kilka godzin popołudniowych. Za to później żywa przyjemność. Z bycia w przestrzeni dającej bezpieczne oparcie i estetyczne wrażenia porządku, nie chaosu.

Również las już obdarowuje grzybami. Anna codziennie przynosi po kilka garści kurek z krótkiego wypadku za opłotki. Na obiad zupa kurkowa, pizza z kurkami, a wczoraj pieczony amur w sosie kurkowo-koperkowym. (Wielka ryba z wymiany lokalnej).

4 lipca 2020

Wątek chlebny

Żeby nie było, że nic się w gospodarstwie nie dzieje oprócz rośnięcia roślin wszelakich powiem, że w ostatnich dniach czerwca odbył się u nas pokaz pieczenia chleba, zorganizowany przez GOK. Przybyło osiem osób, pań, które uczestniczyły w całym procesie, miesiły ciasto, wstawiały do pieca, a także raczyły się gotowym chlebkiem, w przeddzień upieczonym. Wiadomo, świeżego się nie je, można skrętu kiszek dostać. Zwłaszcza, gdy jest to chleb żytni, a tym razy taki był. Na zakwasie.

W praktyce więc piec chlebowy był przez nas trzy razy rozpalany. Przed, w trakcie i po pokazie, tym razem, aby wypiec to, co uczestniczki wymiesiły. Każda bowiem dostała w prezencie po całym chlebie na zakończenie pokazu. Spotkanie było miłe, na otwartej przestrzeni, w altanie, z elementem spacerowym po wsi w międzyczasie, gdy piec się nagrzewał.


Ogień trza było rozbuchać, aby rozgrzał ściany i sufit wnętrza pieca aż do białości. Trwa to do 1,5 godziny.


Należało przy tym przymknąć drzwiczki, lekko uchylone, aby powietrze mogło dochodzić.


Na koniec, gdy już drewno się wypaliło, a resztki węgli usunięto, można wsadzić do pieca wyrosły tymczasem w blaszkach chleb.


I po niecałej godzinie (od 40 do 50 minut, zależnie od gorącości pieca), bo to jednak chleb żytni, wymagający ciepła, wyciągnięty tak się zaprezentował.

20 czerwca 2020

Parno i duszno

Pada, a nawet leje prawie codziennie. W przerwach upał blisko 30-stopniowy sprawia, że jest "parno i duszno", wilgotność taka, że w mieszkaniu parapety bywają mokre w dotyku. Oczywiście, biedy nie ma. Ogródki i pastwisko podlane, las zieleni się i rośnie szybko, jak dżungla.

Kozy wychodzą na swoją trawę i przebywają tam dotąd, aż niebo się zachmurzy i zaczyna grzmieć w oddali. Czyli kilka ładnych godzin. Popołudnia i tak są zbyt gorące, aby mogły wytrzymać na otwartej przestrzeni, wolą skryć się w oborze. Także przed muchami. Ślepaków na razie mało. I oby tak zostało.
W taką parną i burzową pogodę podpuszczkowe sery domowe szaleją, więc przechodzę profilaktycznie na wyrób twarogu. Jemy go w postaci klusek leniwych, jako pastę z dodatkami do kanapek i naleśników, albo w cieście. Pomagają w tym także kurze i indycze pisklęta, których jest kilkanaście i przebywają pod troskliwą opieką indyczki. Nadmiary zamrażam.

Teraz trzeba się modlić o suchy tydzień. Aby sianokosy uskutecznić. Bywały już lata, gdy kośba była w lipcu, więc nie panikujemy. Kozy są pod względem siana tolerancyjne, zjadają przerośnięte i wykłoszone również. Byle suche było.

Tunele spełniają się w swej ochronnej roli jak najbardziej. Trwa podwiązywanie łodyg pomidorów i ogórków. Naokoło wszystko, co posiane wschodzi pięknie. Codziennie na obiad sałata ze świeżo zerwanych liści i ziół. Pierwszy zapas syropu miętowego właśnie się pasteryzuje.

Dziś pierwszy wyskok rekonesansowy do lasu obok przyniósł garść kurek. Będzie dodatek do obiadu.

10 czerwca 2020

Zbieramy

Przedostatnia dawka rzodkiewek z ogródka. Poszła do kiszenia. I do sałatek, które zagościły na stałe w menu codziennym. To nie pęczek ze sklepu, o nie... Do tego sałata, mizuna, koperek, szczypior, lubczyk, bazylia, jajo gotowane albo serek, olej i można się uśmiechnąć z zadowolenia.


I dla urozmaicenia jeden z nowonarodzonych mieszkańców pudełka. Mama kwoka jeszcze wysiaduje. Spośród kilku piskląt kurzych i indyczych, które wyskoczyły już z jajek. A kuku!


Kogucik alfa nader rezolutny...

5 czerwca 2020

Linia kropelkowa

Ostatnio robione zasiewy już rosną. Trochę szczypioru, kopru, ogórki, trzeba było dosiać, bo nie wzeszły masowo.


Poza tym tunel wymaga nawodnienia. Pomidory przyjęły się, sałata również. Nadal nie ma zbyt wielu słonecznych dni, niestety, co wpływa na wolniejsze tempo rozwoju.


Jednak krzaczki kwitną, a niektóre mają już pierwsze owoce.


Stosowne zakupy zostały poczynione. I przez jedno popołudnie zamontowałyśmy linię kropelkową, a nawet dwie, bo w dwóch krótkich tunelach postawionych w obrębie obejścia. Nie było to trudne, a nawet zabawne.


Z góry tak to wygląda. Roślinki zaściółkowane, aby utrzymać dłużej wilgoć, a także nie bawić się w odchwaszczanie.


Oto obraz całości. A raczej jej połowy. Po drugiej stronie tunelu wygląda tak samo.


No, i przede wszystkim to działa!

2 czerwca 2020

Ziemia żywi

Maj był chłodny i okazało się, mokry. Trzeba było po prostu cierpliwie poczekać na wodę. Zbieramy ją w co się da, aby używać w gospodarstwie do podlewania tunelów i pojenia zwierząt.

Grządki pod okryciem zazieleniły się i już od tygodni żywimy się zielonym. Co prawda nie przechodzimy całkowicie na dietę wegetariańską, bo zdarza się nierzadko rosół warzony w wolnowarze, na kościach, kolagenowy. Ale w ruch poszły serki, świeże, z ziołami i bez, twarożki i żółte, stały jest jogurt domowy, oraz jaja, kurze i indycze, do wyboru.

Oto odkrywamy zakryte! Jedna z grządek.



Prawdziwa duma taki pęczek, prawda? A tych pęczków na pęczki jest. Kwasimy w słoikach, jak małosolne i zjadamy do wszystkiego. To taka rzodkiewkowa pora przecież, trzeba wykorzystać.



I mizuna japońska. Smaczne liście, moim zdaniem smaczniejsze od sałaty. Służą do sałatek obiadowych, pokropione octem jabłkowym, z dodatkiem cebulki, tartej rzodkiewki, szczypiorku, jaja gotowanego na twardo albo serka, przypraw i oleju.


17 maja 2020

W tunelu

Życie w gospodarstwie toczy się swoim naturalnym rytmem. Na przykład trawa już na tyle się zazieleniła i urosła (na naszych piaskach naprawdę idzie jej to wolniej, niż wszędzie dalej), że stado wyszło już kilka razy na drobny wypas. Co widać na załączonym zdjęciu z naszego nieużytku, który już dzięki pracy kozich szczęk w przyjemny gaik się zamienia od kilku lat...


W ogródku przydomowym tunel podręczny został obsiany, trwają pierwsze zbiory zieleniny, a drugi w nowym odgrodzeniu gospodarskim - przygotowany i obsadzony sadzonkami pomidorów. Grządki pod włókniną (jest ich więcej, niż na zdjęciu) chronią kiełki ogórków i inszych dobroci. O, nawet mnie widać na tym obrazku.


No, i zimne zośki odeszły, nieco naruszywszy kwiatostan sadu jabłoniowego. Temperatura w nocy była bliska zeru, acz obyło się bez przymrozków, a na początku spadł nawet śnieg. Tak to wygląda teraz:


Widać, że część kwiatu zżółkła. Dopiero za jakiś czas zobaczymy ile owoców będzie latoś. Z bliska wygląda to tak:


Ponadto trwa praca budowlana. Ponieważ idzie kryzys, nie łudzimy się, że trzeba się przygotować na głód i susze letnie, jak mówią nie tylko moje przeczucia, postanowiłyśmy zainwestować w profesjonalny tunel ogrodniczy. Konstrukcja została odkupiona od dawnych ogrodników z ogłoszenia, przewieziona lawetą w częściach, złożona własnymi siłami. Ale najpierw sołtys kawałek sadu, uwolnionego wcześniej od jabłoni, które uschły ze starości i zostały wycięte, wziął i przeorał. Anna pożyczyła w mieście glebogryzarkę i sama "pogryzła" glebę. Pomagier wyrównał co się dało na koniec i powoli budujemy pierwsze próbne grządki. Całkowicie rzecz ma ruszyć w przyszłym sezonie.


I widok wprost. To jeszcze oczywiście nie koniec. Ledwie półmetek.


A dzisiejszej nocy wylęgły się pierwsze indycze pisklęta. Jednak to już inny temat.

3 maja 2020

Prawdziwa słowiańska opowieść o tym co było, jest i będzie...

Praca wre, realizujemy nowe projekty, o których będzie pewnie relacja, gdy już się zaczną ukazywać światu.
Sadzimy ptaki na jajach, zbieramy kolejne jaja od indyczek. Budujemy nowe grządki i zasiewamy je. Zaczęło wreszcie padać. Tak jak potrzeba na wiosnę. Powtarzalnie, długo, przez noc. Świat zaczął się zielenić.

Kwiaty mniszka zebrane, zabieramy się do nastawienia pierwszego wina ziołowego, jak co roku. Zapasy zeszłorocznego już są na wyczerpaniu, pora najwyższa.

Posadzone nowe krzewy i drzewka owocowe przyjęły się i przygotowują pąki.

Po tych fizycznych codziennych, acz niecodziennych, bo przecież zmieniają się w zgodzie z wymaganiami czasu - pracach przygotowuję do wydania opowieść o naszej przeprowadzce na Podlasie i zebranych tutaj doświadczeniach. Składa się z trzech części. Pierwsza opisuje trzy pierwsze lata mieszkania w wynajętej od rolnika chacie w sąsiedniej gminie.

Zamieszczam ją teraz w formie pdf. do poczytania dla ciekawych naszej historii. Rzecz cała nazywa się tak, jak i ten blog. "Kresowa Zagroda, czyli prawdziwa słowiańska opowieść o tym, co było, jest i będzie...". Będę wdzięczna za każde uwagi i opinie krytyczne, które można zamieszczać w komentarzach na tym blogu.

Cała historia, jak wszystko pójdzie po myśli, zostanie wydana drukiem. O czym nie omieszkam zawiadomić wszystkich zainteresowanych.

29 kwietnia 2020

Pierwsze zbiory

Znajoma płanetnica wzywa bóstwa słowiańskie i zaczyna troszeczkę padać. Ja ograniczam się do obserwacji ruchu chmur deszczowych na satelitarnej mapie pogody. W obawie, że jak o coś poproszę to właśnie tego mi zabraknie. Z natury swojej błogosławię zawsze to, co jest i to co mam, także to, czego nie mam, i wtedy wszystko działa jak trzeba. Taka trochę paradoksalna jestem.

Kwitną dzikie grusze, śliwy, forsycja, porzeczki i czeremcha. Ta ostatnia upajająco. Miło jest pracować w ogródeczku. Wciąż dobudowujemy grządki, siejemy, dosadzamy to i owo. Doszły bowiem maliny, topinambur, rabarbar, zbywające u koleżanki.

W pierwszym tunelu już coś się zieleni.


Dziś pierwsze zbiory, niewielkie, ale zawsze. Szpinak.


Są zielone szejki z dodatkiem domowego jogurtu koziego.

27 kwietnia 2020

Poza

Nie chcę wyjść na kpiarkę (nowy rodzaj żeński od kpiarza), i obrażać ludzkości poddanej torturom kwarantanny i maseczkoterapii, dlatego nic na ten temat nie powiem. Bo nie wiem. Oglądam filmy fantastyczne lub fantastyczne filmy, kryminalne seriale (Mindhunter polecam), rozmawiam o śnieniu, przepowiedniach, metafizyce. Do sklepu nie muszę chodzić. Anna zajeżdża tam raz na dekadę, uzupełnić zapas masła albo żarła dla psów i kotów. Słucham ptaków. Wspomagam rozbudowę ogródka przydomowego. Powstało już kilka grządek wzniesionych, odeskowanych, Anna wysadza z wolna siewki, które wykiełkowały w domu w doniczkach i skrzynkach. Mimo wciąż zimnych nocy i raczej chłodnych wschodnich i wschodnio-południowych wiatrów coś już się rozrasta pod folią. A to cieszy serce. Szpinak, szczypiorek, pietruszka naciowa, kiełkuje bób. Porzeczki kwitną i przyciągają aktywne owady, podobnie dwie śliwy węgierki, dzika grusza i czeremcha. Świeżo posadzone krzewy przyjęły się i puszczają listki. Ot, życie.

Martwi susza. Myślimy o zbieraniu zapasów wody deszczowej, gdy już taka się pojawi. To wymaga pewnych inwestycji, ale my w tym dobre jesteśmy. Nawet fajnie jest mieć konkretny cel i stopniowo, pracowicie go realizować, zamiast oddawać się podejrzliwości wobec świata i ludzi, bezradnemu smutkowi i lękom o zdrowie.

Pastwisko, stalerzowane przez sołtysa, niestety wciąż nie doczekało się deszczu i prawie nic na nim nie rośnie, mimo użyźnienia. Zresztą noce wciąż zimne nie sprzyjają porostowi trawy. Kozy na razie korzystają z wybiegu na kaczym dołku, z owsa, siana, gałęzi igielnych i brzozowych i z ostatnich zeszłorocznych dyniowatych. Kurczą się zapasy ziemniaków i ziarna, więc drób traci zbędne dzioby. Do zamrażarki poszedł przedostatni kogut i jeden z czwórki młodych gąsiorków. Dwie inne gęsi, parka powędrowała do nowych właścicieli. I tak to się toczy...

11 kwietnia 2020

Kupa chrustu

Wiele godzin dnia zajmuje nam od jakiegoś czasu porządkowanie obejścia (oj, to wiecznie odnawiająca się praca) i przede wszystkim ogródków. Ponieważ idzie kolejna susza zaczynam tracić nadzieję, że ogród permakulturowy przetrwa sam z siebie, zasilany jedynie wodą z nieba. W dodatku w tym roku cały zasób obornika po zimie poszedł na zasilenie sadu i pastwiska. Zostało jednak trochę kostek słomy zeszłorocznej, kupionej u rolnika, zmagazynowanych wprost na powietrzu, do zagospodarowania.


Zwieramy zatem szyki i organizujemy przestrzeń siedliskową wokół domu i budynków gospodarczych. Tu i tam trzeba było dodać płotek czy furtkę, aby zrobić zabezpieczenie przed wszędobylskimi kozami i drobiem. Wznieść konstrukcję drugiego tunelu, zbudować skrzynie z odpadów deskowych na wzniesione grządki. Pomagier pokazuje się od czasu do czasu, więc najcięższe problemy udało się gładko przezwyciężyć. Także dzięki niemu urosła kupa chrustu na podorędziu, z gałęzi wyciętych w zeszłym roku robinii.


To ilość pozwalająca palić pod płytą przez dłuższy czas, by - za jednym zamachem - ugotować karmę dla nas i zwierząt, uwarzyć ser, nagrzać wodę w bojlerze do mycia i zmywania i ogrzać ściankę kaflową, która oddaje ciepło wieczorem tak, że nie trzeba już palić w ścianowym piecu na noc. W sumie przez cały sezon ciepły, gdy palę jedynie pod kuchnią wystarcza do tego zbiór chrustu z opadów gałęziowych po zimie w samym obejściu lub w pobliżu. Widzicie, jaki to cud i oszczędność? Energia odnawialna i całkowicie za darmo.


Ot, jeszcze tyle pozostaje do pocięcia i porąbania. Grubsze kawałki idą pod daszek i poczekają na kolejną jesień i zimę.
Na powyższym zdjęciu widać, jak prezentował się ogródek przydomowy widziany z tarasu jeszcze niedawno. Teraz już to zostało posprzątane. A na wolnym miejscu powstały skrzynie. Specjalne skrzynki z odpadów pozostałych z licznych budów na siedlisku, które służą na rzecz grządek wzniesionych i permakulturowo zbudowanych.


Na dno owych skrzyń poszła glina, aby ułatwić przytrzymywanie wody na tej naszej piaskowej wydmie. Na nią spróchniałe drewno, w tym samym celu, ale i po to, aby szybciej całość wznieść do góry. Na drewno warstwa słomy, tej samej ze zdjęcia początkowego. A na nią przerobiony dwuletni kompost z kurzeńca i czarna gleba powierzchniowa.


Każda warstwa po zamontowaniu została obficie podlana, by mogła solidnie nasiąknąć wodą na starcie.
Na koniec zaś jedna ze skrzyń leżanek została obsiana. Nie powiem czym, bo to domena głównej ogrodniczki. W każdym razie już kilka grządek pod włókniną i przestrzeń w tunelu daje życie roślinkom. Noce są jeszcze zimne, ale podłoże ze słomy i przerobionego obornika wytwarza temperaturę, dodatkowo tunel w słoneczne dni pięknie się ogrzewa, więc wychodzą już pierwsze kiełki szpinaku i rzodkiewki.

Ponadto dodatkowe przestrzenie przeznaczone na ogródki zostały wzbogacone o nowe sadzonki krzewów owocowych, porzeczki czarnej i czerwonej, świdośliwy, agrestu i aronii. Wszędzie można je podlać w razie suszy, więc jeśli tylko się przyjmą nie powinno być z nimi problemu. Dostały na start duży zasób kompostu na pokarm, a każdego roku opatulam je na zimę kolejną dawką słomianego obornika, aby nie zgłodniały na tej piaszczystej ziemi. To się sprawdza, bo krzewy posadzone kilka lat temu mają się dobrze, pięknie się rozrosły i dają dużo owoców.

Po ogródkowych zajęciach trzeba jeszcze zadbać o stado kozie. Które kilka godzin dnia spędza w zagrodzeniu za oborą, żywiąc się sianem i ogryzając gałęzie iglaste, które zwozimy z naszego zagajnika i sąsiedztwa.


Gałęzie ogryzione z kory szybko schną, idą na pieniek i uzupełniają kupę chrustu na lato. Nic się nie marnuje, jednym słowem.


Niektóre z dzieci przeszły na dokarmianie z butelki, aby móc uszczknąć kozuchom mleka dla nas. Tym sposobem mam dziennie 2-3 litry do przerobienia. Jest już zatem jogurt, twarożek i miękki serek podpuszczkowy na nasze potrzeby jedzeniowe. Nie powiem, mocno byłam ich spragniona po zimowej przerwie.

2 kwietnia 2020

Ziemia daje spokój

Choć nikt w okolicy korony nie widział, to jednak i do nas zawitały ograniczenia odgórne. Wracający z zagranicy siedzą na kwarantannie w domach, a że domy jak i wioski daleko od siebie to i mniej strachu, że ktoś obcy niechcący na ciebie kichnie. Anna jak na razie jest bezrobotna na czas zawieszenia zajęć w domu kultury, zatem ryzyko złapania bakcyla jest naprawdę minimalne. Raz na tydzień wyjeżdża sprzedać jaja od naszych kur i zajrzeć do sklepu, a po powrocie starannie myje ręce i zmienia ubranie od progu. Mamy z tym nieco śmiechu i żartów, choć pewnie osobom mieszkającym w ludnych okolicach już tak wesoło nie jest.

Moja kwarantanna trwa właściwie nieustannie od czasu, gdy zamieszkałam na dalekiej wiosce, czyli będzie już piętnasty rok. Czasem zdarza mi się odebrać list czy paczkę od listonoszki czy kuriera, albo zakrzyknąć do sąsiada na drodze dzień dobry, średnio raz na miesiąc. Jedynym człowiekiem którego stale spotykam jest moja domowniczka, ona więcej ze światem obeznana, więc tędy dochodzą do mnie wszelkie wieści. Komórka leży zawsze w jedynym miejscu w domu, gdzie jest zasięg, w trzecim pokoju, więc nawet dodzwonić się do mnie nie można, bo akurat film oglądam, kozy doję, ogródka doglądam itd.

Jedynie internet, z rzadka radio są moim oknem na świat. Gdyby nie to okno i wieści stamtąd przychodzące moje życie codzienne trwałoby w nieporuszonym spokoju. I rytmie.

Jak rozumiem, wszyscy teraz siedzą i czekają na rozwój wydarzeń, walcząc z nudą i lękami o przyszłość. Nie ma co planować, jeśli nie wiadomo, z której strony walnie i się obsunie, prawda? Albo czym teraz ludzie będą się przejmować i jakie trendy rozwojowe (a może już zwijane) będą na topie. Aby wpisać się w bajkę gospodarczą i jakoś przecież prosperować.

Muszę przyznać, że małorolnictwo w tej chwili daje dużą dozę spokoju i poczucie bezpieczeństwa mimo wszystko. Nawet jeśli cud się nie wydarzy, ludzie nie będą kupować produktów, to gorzej w tej sprawie być nie może, niż tego doświadczamy od kilku lat. Zwyczajnie mamy co jeść, czym palić w piecu, i na podstawowe opłaty starcza. Tym niemniej dodatkowe zajęcia artystycznego rodzaju zapewne okażą się niepopularne, bo w kryzysie pierwsza sztuka i artyści dostają po głowie (z nielicznymi wyjątkami). Biorę to pod uwagę i w sumie cieszę się, że nigdy nie patrzyłam na nie jako na źródło dochodu, a przede wszystkim ulubione hobby. Po prostu nic się nie zmieni.

Póki co zajmuję się drobnymi pracami gospodarskimi, jak ostatnio układanie porąbanego drewna w ścianki pod kurnikiem. Anna rozsiewa w doniczkach i skrzynkach różne roślinki, obsiała też już dwie grządki, nakryte włókniną.

Odżywiamy się przeciw-chorobowo, czyli wzmacniająco i uodparniająco. Wiejskie domowe jedzenie wydaje się być teraz najlepszym lekiem na całe zło tego świata.



Na śniadanie jedno jajo ugotowane w koszulce, w wodzie z dodatkiem octu jabłkowego własnej roboty. Polane keczupem domowym. Do tego kromka bezglutenowego chleba z kaszy gryczanej niepalonej (zaprzestałam kupowania ryżowych chrupek i zajęłam się wypiekami) z masłem i szczypiorkiem. Oraz kwaszonka z kapusty i buraka, albo kiszony ogórek. Na popitkę kubeczek domowego jogurtu na kozim mleku.

Na obiad któraś z zup: rosół z wolnowara na kościach kozich i drobiowych, albo zupa cebulowa lub czosnkowa, tudzież gęsty krupnik z kaszy gryczanej lub zupa dyniowo-warzywna.

Bywają desery albo kolacje. Więc na deser dajmy na to budyń na kozim mleku (właśnie udaje nam się uszczknąć jednej kozie poranny literek) z sokiem owocowym własnego wyrobu. Albo szejk ukręcony z kefiru koziego i z dodatkiem owocowego dżemu domowego.

Gdy nie ma czasu albo ochoty na deser to bardziej suto na kolację: podpłomyk z mąki bezglutenowej z dodatkiem keczupu domowego, cebulki, kiełbasy albo jaja na twardo oraz sera żółtego.

Jak widać wszystkiego w tych daniach sobie dostarczamy, są witaminy i aminokwasy w żółtku jaja, odpowiednie bakterie wzbogacające florę jelitową w jogurcie, zsiadłym mleku i kiszonkach, węglowodany w formie warzyw, białko nabiałowe i z absolutnie naturalnych mięs, tłuszcze roślinne i zwierzęce też. I kapeczka słodyczy od czasu do czasu z owoców albo miodu.

I tym jakże tradycyjnym i smacznym sposobem utrzymujemy się w zdrowiu i formie, czego i wam wszystkim życzę.