22 lutego 2017

Przednówek

Deszcz zmywa ostatki śniegu. Wybieram i wybieram wodę gromadzącą się przed progiem ziemianki.
Drób jakby mniej karmy wołał. Znaczy, dożywia się już odkrytą spod śniegu glebą i może jeszcze jakimiś korzonkami i resztkami na kompoście.
Kury niosą się świetnie, całą zimę nie odpuszczają, choć miały w okresie największych mrozów pewne przystopowanie. Jednak nawet wtedy coś w gnieździe zostawiały dla nas. Teraz bywa i do 10 jaj dziennie. Niesie się także co drugi dzień gąska Kuba[nka], zawsze strzeżona przez drepczącego u jej boku wiernie Balbina.
Główny indor ogląda się już za jenduszkami i odstrasza od nich zamaszyście młodszych rywali. 
Tylko patrzeć wiosny.

Dzisiaj wykociła się córa Gwiazdy, pierwiastka, Zorka. Bezproblemowo. Ku naszemu zaskoczeniu przyprowadziła dwójkę chłopaków. Zorra i sierżanta Garsiję. Silni, przysadziści, od razu wypili cały zapas siary i czekają na następny.

21 lutego 2017

Ciąg

Wypadło. Z rana. Ale trzeba było pociągnąć.

20 lutego 2017

Czekanie, aż wypadnie

Kapie, odmarza, pod białą pierzynką mokro. Kiedy buty gumowe straciły z latami szczelność, jak moje, wraca się z wypadu na podwórze w mokrych skarpetkach. Zawieszam je zaraz na kaloryferze, żeby zdążyły przeschnąć przed następnym wyjściem. W ruch idzie głęboka plastikowa szufla, co kilka godzin wylewam nią wodę, która zbiera się w dołku przed drzwiami do ziemianki i przesącza się szczelinami kiepsko zrobionego progu i pod owym progiem, po schodkach w dół, czyniąc kałuże w pierwszym pomieszczeniu (sklepiona głębina, gdzie trzymam ziemniaki i warzywa jest niżej, chroniona wyższym progiem i tam woda nigdy na szczęście nie dociera).

Dzisiaj sparło córkę Felicji, Franię. Dość łatwo i bez niczyjej pomocy wypuściła spod ogonka na świat maleńką Florę. Maści alpejskiej, ładniutką, dużą, silną, grubiutką i z miejsca samodzielną. Anna biega co kilka godzin do obory patrzeć, jak się sprawy mają. Bo wciąż są opóźnienia z wydaleniem łożyska po porodzie. A przypomnę, że właśnie z Franią był ten kłopot za pierwszym jej porodem w zeszłym roku. Bez weterynarza wtedy się nie obyło (co było jak na razie jedynym ewenementem w dziejach naszej hodowli, bo nasze kozy kocą się zazwyczaj bezproblemowo). Jak na razie wieści są pocieszające: łożysko ruszyło i powoli jest wydalane samodzielnie. Czekamy zatem z nadzieją na pomyślny rezultat. Popijając winko winogronowo-aroniowo-cydrowe na pocieszenie.

15 lutego 2017

Słodkości

Nocne mrozy zelżały, śnieg mokry pod nogami, opadł z hukiem ze wszystkich dachów już rano. Czas na brzuchate kozuchy nadszedł. Pierwsza rozpoczęła sezon wykotów Felicja.
Dwójeczką, obu płci. Torcik i Beza.
Jak zawsze dokarmiamy słabsze, czyli tym razem koziołka. Mlekiem matki. Felicja to koza z długim obwisłym cycem, maleństwu trudno jest klękać i nie tracić równowagi. Poza tym matka pochodzi z chowu nowoczesnego, sama odstawiona od matki w drugim dniu życia, z charakteru nie jest zbyt macierzyńska. Choć na szczęście również nie odrzuca dzieci. Ot, nie martwi się o nie. Trzeba to robić za nią. Dzieciaki zatem, dzięki naszej trosce mają się dobrze. Dzisiaj, czyli w drugiej dobie życia, podjęły już próby brykania.

8 lutego 2017

Sploty wyploty

Ania ukończyła w naszym domu kultury roczny kurs wyplatania ze słomy. Zajęcia trwały rok, dwa razy w tygodniu po cztery godziny. Po końcowej prezentacji, czyli wystawce mogła wreszcie zwieźć swój urobek do domu. Oto niewielki składzik różnych wyrobów, które uwieczniłam przy okazji.


Korobki, czyli nieduże pojemniki z pokrywką, pełniące w domu różne funkcje. Dobrze się w nich przechowuje cebulę i czosnek, bo te oddychają i nie pleśnieją. Tace, na kanapki, chleb czy inne gastronomiczne akcesoria, które trzeba na przykład wynieść z domu na taras albo altanę, by zjeść coś czy też pogrillować na powietrzu. Niektóre, te bez uszu i płytkie mogą służyć kotu za ulubione gniazdko (sprawdzone, koty to naprawdę lubią). Anna wyprodukowała nawet jedną jako kosz dla kwoki, by mogła spokojnie zasiąść na jajach. Świetnie się sprawdzają również kosze na pranie. Wyglądają w łazience nader przytulnie.


Tace, misy i "ptasie gniazda" ciąg dalszy... Jest nawet, uwaga, trzeba oko wytężyć, bo w samym rogu i ustawiony odwrotnie, słomiano-gliniany abażur...


Kosz na bieliznę ustawiony jak się patrzy...


A tu stare krzesło, któremu los zabrał oparcie, dało się zabawnie odnowić.



1 lutego 2017

Kapuściana zima

Zimą chce się jeść inaczej, niż w lecie. Apetyt pracuje w zgodzie z porami roku, wiadomo. Nie wiem jak mają mieszkańcy regionów, gdzie na okrągło mają ciepło, albo zimno, czy też tak? Ale myśl o całorocznej monotonii smakowej przejmuje mnie znudzeniem (nudnością?).
Bo jak można wpie..ać cały czas sałatę i marchewkę, albo cały czas cytryny i banany? Albo cały czas kurczaka z chowu klatkowego? Urozmaicanego mielonym indykiem? Albo ciągle kapustę? brokuła? pojadanymi całorocznym jogurtem naturalnym dosmaczanym proszkiem z mleka i cukrem (to i tak dobry wariant, bo może być słodzik) i na starych zdziczałych bakteriach robionym, które już dawno właściwego smaku jogurtu zapomniały?  

Doigrałam się jedzenia w zgodzie z porami roku, to i mam! i się cieszę. Kapusta kiszona już nam wzięła wyszła (na surówki i bigosy), sałatki burakowe albo ogórkowe wychodzą, to się wzięło pomyślało i zrobiło. Niewielkim nakładem pracy, coś naprawdę smacznego. Oto kolejny zapas stoi w kolejce do zjedzenia. Następny jest w planie, nie ma strachu.


Voila! Kiszonki. Czosnkowa Kim-ći, kapusta kiszona z burakami i marchewką, buraki z barszczem kiszonym. Wsio w "sosie własnym".


Oj, od chwili zrobienia zdjęć wczoraj już w dużym słoju tylko polowa wsadu została!

26 stycznia 2017

Mój ulubiony obiad

Ponieważ musiałam dzisiaj, jak nigdy w zimie, wstać wcześniej i obrządek poranny poczynić, bo Anna na zajęcia  ceramiczne dla dzieci w domu kultury się wybrała, postanowiłam czymś się wykazać. Bo tym sposobem czas się cudownie rozmnożył i rozciągnął. Zdążyłam ukończyć literackie zajęcie w zwykłym czasie i jeszcze go zostało. W takim razie wzięłam się za ugotowanie ulubionego obiadu. Trochę dłużej się go przygotowuje, niż zwykły codzienny posiłek, ale czemu nie zrobić tego, na co ma się akurat ochotę w taki słoneczny mroźny i długi dzień, jak na przykład dzisiejszy?

Najpierw oczywiście zniosłam drewno, nabiłam piec c.o. po brzegi i odpaliłam ogień. Już po kilkunastu minutach ruszyła pompa elektryczna i rozprowadziła po pokojach ożywcze ciepełko.
W takim razie mogłam się zająć przygotowywaniem ulubionej wyżerki.

Zaczęłam od porąbania żeberek koźlęcych siekierką na pieńku pod tarasem, podzielenia ich na drobne kawałki i zamarynowania na krótko, skropione octem jabłkowym, w ziołach i przyprawach. Lubię ostro.

Te pozostawiwszy do zmacerowania, zajęłam się drugim z kluczowych składników ulubionego obiadu.

Kluski ziemniaczane kładzione na wodzie, bezglutenowe

Składniki:
Ziemniaki obrane niekrojone w ilości akuratnej dla czterech osób, bądź dwóch na dwa dni, czyli ok. 1 kg
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2-3 łyżki mąki bezglutenowej (sprawdza się każdy rodzaj, ryżowa, kukurydziana, bądź gryczana)
2 jaja
1 łyżka soli kamiennej niejodowanej

Ziemniaki ucieramy, w proporcji 1/2 raz na tarce drobnej, a raz średnio grubej (żeby się nie przemęczać). Najlepiej zrobić to na durszlaku, wtedy utarta masa od razu obcieka z wody. Żeby wyłapać cenny krochmal stawiamy taki durszlak w misce. Masę ziemniaczaną solimy 1 płaską łyżką soli kamiennej i mieszamy, przyspiesza do wydzielanie wody. Po jej odlaniu z miski mieszamy treść ziemniaczaną z pozostałym na dnie krochmalem. Dodajemy odpowiednie ilości mąki ziemniaczanej i bezglutenowej, wbijamy jajka i energicznie mieszamy całość łyżką.

W tym czasie wstawiamy garnek z osoloną wodą na ogniu i zagotowujemy. Kiedy woda wrze ostrożnie i powoli, aby nie przerywać wrzenia wrzucamy masę ziemniaczaną, zwyczajnie czerpaną łyżką, do wody. Zostawiając takie nieduże kupeczki w jednym miejscu. One opadają na dno, ale niedługo się podniosą. Po kilku minutach, gdy już wszystkie kluski pływają wyławiamy je łyżką cedzakową z wrzątku na talerz.

Woda po kluskach jest gęsta od krochmalu, proszę się nie dziwić. Ja wykorzystuję ją z powodzeniem, jako dodatek do karmy dla drobiu. Ptaki to uwielbiają!

Uwaga: jeśli kluska nie trzyma kształtu i rozpuszcza się w wodzie to znak, że trzeba dodać składników zlepiających, mąki, albo jaja. Dlatego ja najpierw upuszczam jedną małą próbną kluseczkę i sprawdzam, jak się ma we wrzątku. W drugą stronę też można przedobrzyć i kluski wychodzą zbyt ścisłe, ale na ciepło dają się zjeść, gorzej z nimi na drugi dzień, po odgrzaniu. Swoją drogą odgrzewane kluski są równie pyszne, i świetnie smakują po prostu ze skwarkami i cebulką.

Drugim składnikiem mojego ulubionego obiadu jest sos, i do niego zabieram się w podobnym czasie. Można czynności zgrać ze sobą. Kiedy utarte ziemniaki odsączają się, my już stawiamy patelnię na ogień.

Sos z żeberek koźlęcych

Składniki:
Żeberka koźlęce, pokrojone i zmacerowane wcześniej w occie jabłkowym i ulubionych ziołach
2 łyżki smalcu lub garść pokrojonej na skwarki słoniny
1 marchew
1 pietruszka
1/2 niedużego selera
1 cebula
Garść pokrojonej w kosteczkę dyni
2-3 suszone grzybki
Przyprawy: liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego, pół łyżki soli, pieprz prawdziwy, pieprz cayenne, odrobina kozieradki, tymianku, majeranek, czarnuszka, albo co się lubi najbardziej.

Na rozgrzany tłuszcz na (bezwarunkowo) żeliwnej patelni układamy żeberka i smażymy dotąd , aż mięso się zrumieni. Pod koniec smażenia dodajemy pokrojoną cebulkę, aby nabrała smaku.
W tym czasie w osobnym garnku wstawiamy wodę na sos, tyle, żeby zakryła mięso, wrzucając do niej pokrojone drobno warzywa, grzyby suszone oraz podstawowe długo gotujące się przyprawy. Zagotowujemy. Kiedy zacznie wrzeć przeważnie już żeberka są gotowe na patelni do wrzucenia do wody. Dodajemy je razem z cebulą i tłuszczem. Gotujemy pod przykryciem, aż mięso zmięknie. Zazwyczaj, przy koźlęcinie jest to więcej, niż godzina, nawet półtorej. Pod sam koniec dodajemy inne ulubione przyprawy, które nie lubią długiego gotowania, bo tracą wtedy smak.

Podajemy na stół, gdy sos upajająco pachnie, a mięsko odchodzi łatwo od kości.
Kluski ziemniaczane kładzione polane sosem z żeberkami, najlepiej smakują z dodatkiem surówki bądź kiszonki, albo kwaszonki.

U nas króluje ostatnio w roli dodatku ostre czosnkowo-paprykowe kim-ći z kiszonej kapusty pekińskiej, ale już się gotowią i smaku nabierają inne kapuściane cuda. O nich napiszę przy innej okazji.

Dla pobudzenia smaku można się wcześniej uraczyć dojrzałym czerwonym winem z aronii, bądź aroniowo-winogronowym.
Ewentualnie zostawić sobie buteleczkę na po ulubionym obiedzie.

23 stycznia 2017

Siedem lat

Gdzieś tam przeczytałam, że najwięcej pracy na zagospodarowanie się na włościach zabiera pierwsze 7 lat. Po tym czasie gospodarstwo zaczyna działać mniej więcej jak w zegarku i już tyle energii i uwagi nie pochłania. Można zająć się rozwijaniem jakiegoś hobby.
Przyznaję rację! Tak jest. Nie inaczej.

Od osiedlenia się naszego w kresowej zagrodzie minęło w maju zeszłego roku okrągłe 7 lat.
W tym czasie wiele się wydarzyło. A najbardziej intensywne były pierwsze 3 lata. Oto wykonane wtedy prace: ogrodzenie działki siedliskowej, budowa obory i stodółki, remont i rozbudowa domu wraz z piecami kaflowymi. Potem budowa altany, pieca chlebowego, ogrodzenie sadu i pastwiska dla kóz. Następnie ogrodzenie ogrodu permakulturowego i budowa grządek. Pierwsze nasadzenia. Budowa kurnika z paszarnią. Nauka pszczelarstwa, to wcale proste nie jest i wciąż miodu, poza tym, co na spróbowanie dla siebie, nie było.
W tym czasie odbyła się zmiana samochodu, na równie stary, oraz zakup przyczepki.
Hodowla szła różnie, choć dziękować Bogu, zdrowo i bez awarii. Utrzymuje się na stałym poziomie, ni mniej ni więcej, bo taka jest "przepustowość" gospodarstwa. I naszych sił, oraz ambicji.

Po kilku latach, może po owych trzech magicznych na początku, już nie dam rady wrócić pamięcią, gospodarstwo zaczęło wychodzić w rocznym bilansie na zero i tak jest do tej pory. Czyli zarabia na podatki, ubezpieczenia, prąd, gaz, opał, wodę, ścieki, śmiecie, telefon, internet, paliwo, wszystkie zwierzęta zarabiają na swój wikt i opierunek, oraz karmią nas przez cały rok. Dając w ramach zapłaty za obsługę: mleko, jaja, mięso, sery. Oraz dokładając się nawozem do prosperowania ogrodu na całkowicie jałowej ziemi ostatniej klasy.
Powoli ta leśna, piaskowa ziemia zaczyna przynosić plony. Poza starym sadem i jabłkami, nowy ogród - dynie, nieco warzyw i nowalijek, i trochę świeżo posadzonych dopiero owoców, truskawek, malin, porzeczek. Jak Bozia ochroni, będzie i miód. Niemniej od wiosny po zimę karmimy się głównie tym, co daje nam nasza ziemia, oraz okoliczny las, w postaci jagód, ziół i grzybów.

To wszystko wymaga cały czas pracy i starania. Oczywiście. Choć, jeśli coś wejdzie w nawyk, to się tego nie odczuwa zanadto w kościach. A porównując z miejskimi wymogami, to nawet jest ździebko lepiej, od konieczności 8 godzin nudnej harówki przez 5 dni w tygodniu plus 2 godziny na dojazd do i z pracy, nie licząc koniecznych zakupów i sprzątania mieszkania. Choć w tym wypadku należy brać pod uwagę różnice. Praca w rolnictwie jest sezonowa, i gdy sianokosy, żniwa, wykopki, czy inne rżnięcie przycisną, to nie ma zmiłuj od świtu do późnej nocy. Za to zimą można dać sobie na luz i zmieścić się w kilku godzinach lekkich obowiązków dziennie (palenie w piecu, gotowanie, sprzątanie, karmienie zwierząt, z rzadka zakupy).

W sezonie konieczne jest codzienne przerabianie mleka na sery podpuszczkowe, twarogi, jogurt. Nowalijki, typu rzodkiewka, sałata, szczypior, cebulka, szpinak, bób, razem z pokazującymi się z czasem w większej ilości pomidorami i ogórkami, każą zjadać się systematycznie na świeżo co dzień. Warzywa z biegiem czasu trzeba w jakiś sposób przetworzyć, pomidory, ogórki, fasolkę, maliny, truskawki, tak samo jak agrest i porzeczki. Zimą jest co jeść! Jesienią trzeba zebrać ziemniaki, buraki i insze korzeniowe, no, i śliwki i jabłka, te, co prawda co dwa lata. Trzeba przerobić na dżemy, konfitury, susz, sok, wino i cydr. Naprawdę warto robić to samemu i nie liczyć na łatwy zakup w sklepie! Właśnie robiąc ten wpis popijam go kufelkiem własnoręcznie przyrządzonego latem i zabutelkowanego na zimę cydru. Po trzech latach prób, przyszła i wprawa. Częste picie soku jabłkowego pozwoliło mi się pozbyć piasku w nerkach i woreczku żółciowym. Kolejny zysk.

Nasze gospodarstwo jest naprawdę maleńkie i trudno je nazwać nawet produkcyjnym. Ot, nastawione jest nie tylko ideologicznym programem, ale i swoimi niewielkimi możliwościami, na ochronę życia. Naszego oraz zwierząt i roślin, które są pod naszą opieką.
Nie przynosi zysku, jeśli już o tym mowa. Daje jednak spokojne życie, bez strachu o to, że nie będzie czego do garnka włożyć, albo, że ktoś przyjdzie i wyrzuci za długi z mieszkania. Zwierzęta, które je stanowią, są szczęśliwe, syte, zdrowe, pod opieką. Są częścią zaklętego świata, którym jest zagroda. Wbrew pozorom ważną, o ile nie najważniejszą. Oprócz nas samych (wliczając zwierzaki, w tym psy i koty) karmimy przecież kilka osób w ciągu sezonu, nadmiarem produkcji, jajami, mięsem, mlekiem. Gdyby więc trzeba było to jakoś przeliczyć, to zapewne ów nieco ponad hektar przeliczeniowy ziemi (a kilka ha piasków i nieużytków) dałby radę zdrowo wykarmić i ogrzać rodzinę z kilkorgiem dzieci na pewno.
(Tu zaznaczę, że zupełnie nie wiem, jak to jest, gdy gospodarze są wegetarianami i gospodarstwo jest zorientowane tylko na roślinne plony, przypuszczam jednak z doświadczenia, że nie jest to łatwe, a na pewno dużo trudniejsze od utrzymywania także hodowli zwierzęcej).

W przeciągu owych siedmiu lat konieczne było też imać się nam innych zajęć. Od sitodruku i szycia toreb, po druk i sprzedaż książek. Z biegiem czasu nieobce nam się stało rzemiosło. Tkanie na krosnach, wyplatanie ze słomy, lepienie glinianych naczyń, szycie tego i owego. Te umiejętności ułatwiają życie na wsi, pozwalają samemu sobie radzić w wielu sytuacjach bez konieczności wynajmowania fachowca, a także od czasu do czasu zarobić choćby na potrzebny materiał, typu właściwie przygotowana słoma, glina, wełna.

Tego wszystkiego nie daje się jednak przeliczyć na koszty zrozumiałe dla mieszczucha. Który przywykł do brania pensji raz w miesiącu, i opłacania swoich potrzeb, które inni załatwiają. Dlatego nie ma też zrozumiałego porównania zysków miejskich z tymi na wsi generowanymi. Dla niejednego mieszczucha proste porównanie cyfr oznaczałoby pewnie istną fantastykę. Bo nigdy nie dałby rady przeżyć za tyle w mieście. To jednak są jedynie papierki w ręku. Nie konkrety, które rodzi ziemia.

Po siedmiu latach wytężonego wysiłku, o którym przeciętny mieszczuch pojęcia nie ma, mogę nieśmiało powiedzieć, że zyskiem pracy na takim zorganizowanym gospodarstwie jest czas. Czas dla siebie. Na rozwój swoich zainteresowań i hobby. Latem oczywiście inaczej i zimą inaczej. I inaczej to wygląda względem miasta i potrzeb generowanych dla mieszczuchów przez miasto. I inaczej psychologicznie rzecz biorąc. Bo przecież nie ma pośpiechu, nerwowości, strachu. Jest rytm. Cykl. Pory roku.

Rozpisałam się. Ale to skutkiem noworocznej wciąż daty, w okolicach której robi się bilanse i plany, oraz zimowego długiego wieczoru, który trzeba czymś zapełnić. Po dniu przyjemnie i treściwie spędzonym. Na przyrządzaniu kolejnej kilkukilogramowej porcji domowej kiełbasy, z kminkiem, pieprznej i czosnkowej i smacznej kolacji z odrobiny pozostałości kiełbasianych z cebulką na patelni przyrządzonych. Oraz cydrem swoim popitych.

Jutro czeka mnie robienie pasztetu. Kolejne zapachy w domu!

16 stycznia 2017

Polski bigos domowy

Zima to czas bigosu. Nie przyrządzam go tylko na święta, ale ot, tak, gdy jest ochota.
Na jesieni w każdym porządnym polskim domu, przynajmniej tym na prowincji, w okolicach końca października, ostatecznie początku listopada kisi się kapustę. Ten odwieczny zwyczaj ma swój wielki sens i warto go podtrzymywać.


Dostęp do kiszonej kapusty w zimie to, razem z cebulą możliwość zaopatrzenia swego organizmu w niezbędną witaminę C. Do tego kiszonka ma swoje właściwości zdrowotne innego rodzaju, w czasie mlecznej posuchy uzupełnia dobre bakterie jelitowe oraz skutkuje także antyrobaczo i antygrzybicznie.
Jeśli ktoś ma problemy brzuszne po zjedzeniu kapusty to należy zawsze pamiętać o dodaniu sporej ilości kminku podczas jej kiszenia, oraz podczas przyrządzania czy to surówek z gotowej kiszonki, czy zup albo właśnie bigosu, pod koniec gotowania sypnięciu dobrej dawki majeranku, tymianku, macierzanki, oregano, rozmarynu, bazylii, itp. ziół jasnotowców, czyli wargowców, które ułatwiają trawienie i pomagają pozbyć się nadmiaru gazów. Jeśli i tak ktoś ma po zjedzeniu kapusty nagły problem, szybkim sposobem pozbycia się ciśnienia w jelitach jest zjedzenie czubatej łyżeczki suchego majeranku, popijając go wodą. Działa w kilka minut!

Ale do rzeczy.
Mając w zimie zapas kiszonej kapusty można poszaleć po staropolsku, czyli przyrządzić bigos. W większej ilości, gdyż bigos lubi być przechowywany dłużej. Dawniej wystawiano go w garach na styczniowy mróz, na co najmniej miesiąc, a potem rąbano do spożycia. Przemrożony i dojrzały zyskiwał na smaku.

Oprócz kapusty ważnym składnikiem tej potrawy jest mięso. Tego ci u nas akurat dostatek. Czasem trafia się uwędzony wcześniej przy jakiejś okazji kawałek mięsa z kością, ale przeważnie są to giczki, kark, miednica koźlęce z dodatkiem kurzyny, gęsiny lub indyczyny, tej ze starszych sztuk, które wymagają dłuższego gotowania. Równie dobrze sprawdza się dziczyzna lub mięso z królika, gdy ktoś ma dostęp, lub własną hodowlę. Oraz kawałek podsmażonej kiełbasy domowej roboty, jak zawsze u nas robionej z koziny.

 A oto mój przepis. Wybaczcie, ale nie operuję w nim dokładnymi ilościami składników, to się zawsze robi na oko. I każda wersja, zależnie od możliwości będzie dobra.

Bigos domowy polski

Składniki:
Kapusta kiszona w ilości dużej, zapełniającej największy posiadany garnek.
Nieduża główka kapusty świeżej
3-5 suszonych śliwek
Garść suszonych grzybów
Kilka łyżek smalcu, lub kawałek pokrojonej słoniny
Mięso różnego rodzaju, czerwone i białe, także to z kością
Trochę boczku
Kawałek wędzonej kiełbasy
Duża cebula
Przyprawy

Gotowanie bigosu trwa 3 dni.
Pierwszego dnia gotujemy kapustę kiszoną w dużym garnku na niewielkim ogniu, mieszając co jakiś czas, z niewielką ilością wody, z dodatkiem liści laurowych, dwóch-trzech łyżek smalcu i mięsa. Trwać to powinno kilka godzin. Najlepiej więc udaje się na plicie, czyli na płycie żelaznej, opalanej drewnem bądź węglem. Ja świetnie pyrkoczę taki gar całe popołudnie na piecu c.o., takim z fajerkami. Wieczorem można zalać suszone grzyby gorącą wodą, choć ja je tylko przemywam, żeby nie straciły całego smaku, mocząc się w wodzie. Będą miały dość czasu, by zmięknąć w kapuście podczas dwóch następnych dni.

Drugiego dnia szatkujemy główkę świeżej kapusty i zagotowujemy krótko w wodzie, przy uchylonej pokrywce. Po odcedzeniu z wody dodajemy ją do wczorajszej porcji kapusty z mięsem i mieszamy. Dodajemy odmoczone grzyby i śliwki. Co do śliwek, osładzają one smak kwaśnej potrawy, ale także ponadto dodają z czasem posmaku spalenizny, dlatego lepiej dodać ich mniej, niż więcej, zależnie od kwaśności, słoności i dojrzałości kapusty. Dorzucamy ziarenka pieprzu, ziela angielskiego, owoców jałowca. Znów pyrkoczemy na piecu kilka godzin. Przy czym najlepiej jest już wtedy bigos przenieść do dużego wolnowara, bo nie trzeba się troszczyć o przypalenie i częste mieszanie potrawy, żeby nie przywarła. Wieczorem oczywiście zdejmujemy garnek z ognia, lub wyłączamy wolnowar, aby potrawa przestygła, najlepiej w jakimś chłodnym miejscu.

Trzeciego dnia po podgrzaniu bigosu wyjmujemy z niego wszystkie kości, które uwolniły się już od mięsa. Na patelni podsmażamy pokrojone w grube skwarki boczek i na plastry kiełbasę z cebulką, po czym dodajemy do bigosu. Pyrkoczemy, już dzisiaj krócej, niż za poprzednich dni. Pod koniec, dosłownie na kilka minut przed zdjęciem z ognia, dodajemy przyprawy. Dużo zmielonego pieprzu prawdziwego, ostrą chili, majeranku nie należy żałować, za to tymianek i rozmaryn z umiarem, bo z czasem gorzknieją. Dosolić, jeśli jest taka potrzeba (a nie zawsze jest, zważywszy, że kapusta z dna beczułki mogła być bardziej słona).

Garnek z bigosem, lub bigos przełożony z wolnowara do garnka wystawiamy na taras bądź balkon, do solidnego przestygnięcia, a najlepiej zmarznięcia w ciągu mroźnej zimowej nocy. Jeśli zamarznie, to może postać dłużej, nic mu to nie zaszkodzi, a wręcz tylko pomoże. W razie braku takich możliwości (lub akurat mrozu na dworze) można bigos po prostu zamrozić w porcjach w zamrażarce.

Na koniec, w kolejnych dniach, po odmrożeniu potrawy można się nią raczyć, a nadmiar zapakować na gorąco do słoików. Dobrze zakręcone nie wymagają pasteryzacji. Odstawić w chłodne miejsce, w spiżarni, w piwnicy, bądź lodówce. Wytrzymują miesiąc i więcej (zdarzyło mi się jeść zapomniany na trzy miesiące bigos ze słoika stojącego w piwniczce i był nienaganny).


Osobiście nie dodaję do bigosu wina (to tradycja nie polska, i bardziej szlachecka, niż chłopska). Za to oczywiście, z gorącą porcją tej potrawy, ostro przyprawionej kojarzy się kieliszeczek dobrej odstałej nalewki, odpowiednio wcześniej na polskich ziołach lub owocach nastawionej.

12 stycznia 2017

Zwierzęta zimą

Przetrwanie niebywałego od kilku lat ataku Pani Zimy nie jest trudne. Mróz w nocy sięgał 25 stopni. Ot, zamiast jednej taczki drewna trzeba przywieźć pod dom dwie. Rozpalić dodatkowo w ścianowym piecu rano i wieczorem. Ubrać sweter do chodzenia po domu przed południem, gdy jeszcze c.o. nie ruszyło. Po południu już trzeba się rozbierać, bo gorąco. Poza tym tak samo.
Świat zrobił się malowniczo biały za oknem, choć jakoś nie ciągnie do dłuższych spacerów, przynajmniej mnie. Wystarcza mi zrobienie popołudniowego obrządku zwierząt, który trwa dość krótko, bo nie ma o tej porze udoju. Nakarmić każdą kozę osobno, napoić, przynieść z domu kolejne wiadro ciepłej wody (w taki mróz bardzo lubią ciepłą), bo wypijają nawet trzy wiadra, przynieść kostkę siana, podrzucić im do żłobów. Przy okazji nakarmić drób, zamknięty w taki czas w kurniku.
Pogadać z nimi chwilę. Pokrzyczeć, gdy się biją na rogi, lub niecierpliwią. Choć każda zna swoją kolejkę i raczej żadna nie wstaje wcześniej z ogrzanego miejsca, niż wypada, ale zdarzają się niecierpliwe, które uważają, że powinny być pierwsze. Gwiazda, Luba, Malwina, kozy z charakterkiem.
Oba koźlęta mają się dobrze, rosną, są zdrowe, wesołe i ruchliwe.
Po czym należy pożegnać się kulturalnie i zamknąć szczelnie oborę, żeby wiatr nie zrobił jakiejś niespodzianki.

Dla rozrywki wzięło nas na dietę i oczyszczanie tak samo ciała, jak umysłu (haha). Noce, długie i nudne sprzyjają medytacji, którą nagle znowu zaczęłam z przyjemnością uprawiać, nawet godzinami, gdy spać się nie chce.

Maciuś przeszedł dwa dni temu inicjację. Złapał mianowicie w kuchni męcząco tuptającą po kątach od jakiegoś czasu mysz. Mysz okazała się całkiem sporym mysiorem. Było trochę ambarasu, bo zdobycz krzyczała wniebogłosy, psy się zbiegły i koniecznie chciały kotu dopomóc, aż ten nie wiedząc co czyni wziął i swój lup wypuścił z zębów. Mysior przyczaił się w kącie na jakiś czas, ale został ponownie znaleziony i wydobyty, i już ledwie zipał. Kot, nie wiedząc co dalej się robi z nieczynną zabaweczką, oddał ją łagodnie Labie, która wzięła ją w zęby, a wtedy mysior ostatkiem sił drgnął i zdumiony pies wypuścił go z pyska. Myszka zbiegła pod łóżko, gdzie ją w końcu wypatrzyłam przy pomocy latarki. Całkiem blisko. Dało się wyciągnąć padlinę na szufelce i bezpiecznie zutylizować.

- Och, Maciusiu, Maciusiu! Dzielny z ciebie chłopak! - pochwaliła go pani od psów.

20 grudnia 2016

Alfy

Kilka dni temu Luba, tak jak przewidywałam, zrobiła nam niespodziankę. Tuż po śniadaniu powiła dwójkę tegorocznych alf, koziołka i kózkę. Oczywiście po kolei przyniesione zostały do wysuszenia w pieleszach domowych, bo w oborze jakoś nie schły, zimno.


Sprawie przyglądał się uważnie z góry, siedząc na schodach Maciuś.


No, i oczywiście Laba z oka nie spuszczała. Uwielbia dzieci. Wszelkiego rodzaju i gatunku.



29 listopada 2016

Maciej kot, czyli spadanie na cztery łapy

Co nowego? Ano długie jesienne wieczory i noce, podczas których spać się nie chce, bo ileż można?!
Wczoraj znów spadł śnieg, spadła też temperatura, woda zamarzła w zwierzęcych poidłach. W domu ciepło. Drewna mamy dostatek, więc strachu przed zimą nie ma.
Z innych nowin to ta, że zamieszkał z nami nowy domowik

Zacząć historię należy od smutnej wiadomości. Mianowicie Kluseczka zachorował śmiertelnie (prawdopodobnie zatruł się padłą myszką) i odszedł od nas. Wkrótce potem przysłał zastępstwo.


Nie pochwalę sposobu i z góry zastrzegam, że gdyby nie fakt, że akurat - zrządzeniem losu - zabrakło u nas kota, nie przyjęłabym podrzutka pod dach. Zresztą dbają o to psy.

Było to w dniu wywózki gnoju z obory, gdy podczas pracy Anna zauważyła samochód, który przystanął opodal na drodze i stał tam dość długo. Po czym w końcu zawrócił i odjechał, nie wjeżdżając nigdzie dalej na wioskę. Potem pojawił się na Manchatanie mały bezdomnik. Usiłował przymilać się do sąsiadów, ale bez skutku. Nie wzruszył niczyjego serca. Kilka dni później mignęła mi czarna kitka, umykająca pośród sprzętów w altanie. Nawoływanie nie pomogło. Stworzenie zaszyło się w swojej skrytce. Zresztą słusznie, bo po podwórzu biegały "cięte na koty" psy.
Dwa dni później jednak, już przymuszone zapewne głodem, stworzonko nagle pojawiło się całkiem blisko i podeszło na zawołanie, miaucząc. Wzięłam do ręki, kocurek. Najwyżej kilkutygodniowy. Czarny, z białymi skarpetkami i muszką, elegant. Przyniosłam mu mleczko i dałam trochę chrupek, które zostały po Kluseczce. Mleko wypił, chrupki spróbował i zostawił, nienawykły. Po czym uciekł w swoją stronę, postraszony przez psy.
Jak się okazało sypiał w garażu, a dożywiał się w oborze, zjadając resztki kurzej karmy z naczyń. Miał po niej bolesną biegunkę.

Najpierw przeprowadziłam rozmowę wstępną z Anną, która jest psiarą i do nowego kota nigdy jej nie tęskno. I gdy już delikatnie zmiękczyłam grunt, nagle doszło do bliskiego spotkania.

Wypuszczone na dwór psice dopadły kociaka, który ufnie czekał na progu na dostawę mleczka. Pierwsza była przy nim Laba. Przycisnęła go do ziemi i zdawało się, że za chwilę pożre go żywcem. Anna wszczęła alarm. Wielkim krzykiem udało jej się odgonić sukę. Kotek uciekł i skrył się w stosie bali niedaleko domu.

Laba dostała wielką reprymendę, bura trwała bez końca. Ja wyszłam poszukać kotka i sprawdzić, czy nie jest ranny. Przyszedł na moje wołanie bardzo szybko. Nic mu nie było, oprócz tego, że był bardzo wystraszony i  cały mokry od psiej śliny.

Skracając opowieść: kotek spał jeszcze kilka dni w oborze, z kozami, co mu się nawet podobało. Dnie spędzał w domu, karmiony, i oswajany z psami i Kicią, która trochę z początku fukała na obcego. Odrobaczyłam go w tym czasie i reaktywowałam kuwetę. Kociak okazał się pojętny, natychmiast załatwił się gdzie trzeba. Systematyczne dokarmianie świeżym kozim mlekiem, twarożkiem, jajkiem na twardo, makaronem, słoninką, kawałkami mięsa i podrobów uregulowało szybko trawienie. Teraz już potrafi nawet zawołać, że chce wyjść, choć jeszcze nie zmuszam go do tego. Psy (i Kicia) go zaakceptowały, a Laba (i jej pani) wręcz uwielbia.

Ma na imię Maciuś.