26 czerwca 2016

Miodne sianokosy i inne sprawy

Wraz z wakacjami nastały upalne dnie. Pojawili się także goście, dwie kajakarki, pragnące zrobić sobie wycieczkę po Bugu, od jego krańca granicznego w Niemirowie do Warszawy, skąd przybyły. Do Bugu nam dość daleko, ale nie aż tak, żeby rzecz nie miała sensu. Ot, został się u nas samochód, a kajaki popłynęły wraz z załogą przez kraj. 
Była tego dobra strona dla nas. Mianowicie nocleg i użytkowanie grilla przyniósł nam pomoc na łące i w ogrodzie, i to bardzo realną i potrzebną. Bo właśnie człowiek z bobrowej wioski doniósł był nam, że druga łąka jest skoszona, kilka dni ciepłych i bezdeszczowych się szykuje i można sprzątać siano. Niewiele myśląc Anna wyruszyła na nowe zbiory. Przerzuciła jednego dnia siano na połowie owej łąki, bo drugą Sąsiad z Polesia wziął sobie, który w hodowlę kóz się dawno wdał, a kolejnego dnia załatwiła kostkarkę i zwiozła. I to właśnie był dzień wizyty naszej pomocnej kajakarki i przydała się i do grabienia, i do ładowania kostek na przyczepę i do rozładowywania i pakowania w paszarni. Było tego trzy i pół obrócenia, czyli około 120-130 kostek. No, już naprawdę nam chwacit na ten rok.
Kajakarka następnego dnia wypieliła nam pięknie grządki w ogrodzie permakulturowym i pomogła do ula zajrzeć, bo się kiedyś pszczołami zajmowała i wykształcenie ma owadologiczne. Anna nową wiedzę zdobyła, przejrzała wszystkie ramki, miodu będzie tylko dla nas, ze dwie-trzy ramki, bo nasz rój jakiś leniwy jest, za spokojny i niewiele czerwi i zbiera. Dobrze wiedzieć i za nowym odkładem się obejrzeć. Do drugiego pustego ula.
Następnego dnia kajakarki zgrupiły się, wraz z pierwszym dniem wakacji i wyruszyły w swoją drogę wodną, Anna pojechała z nimi nad rzekę i wróciła ich samochodem, gdy już się w kajakach znalazły. Późnym wieczorem dotarł do nas sms, że mimo upału i późnego wyruszenia zdołały kilometrowy plan dzienny wyrobić i właśnie rozbiły się szczęśliwie obozem na brzegu. 
No, cóż, hobby jak każde inne, prawda?

Mnie zaś przyszło strzec naszego ptactwa przed powtarzającymi się atakami krogulczycy. Pierwszego razu trafem wyszłam akurat z domu po chrust pod płytę i pomogłam indyczkom i indorowi agresorkę odpędzić, bo do wnętrza obory przez otwarte drzwi wzięła wefrunęła. Trzeba przyznać, że dorosłe indyki wykazały się prędką reakcją i szaloną odwagą, a indor, stacjonujący za progiem na podwórzu jak rakieta wystrzelił z miejsca w górę na ponad dwa metry, aby ptaszysko przestraszyć. Bezczelne usiadło na dachu i czyhało dalej, więc je spłoszyłam rzutami kamieniem.
Dzisiaj zaś alarm podniosły gęsi, balbiny. Krogulczyca cichaczem siadła w lesie za domem na kuraku, żerującym w krzakach. Wrzask ptactwa wywołał mnie natychmiast z domu razem z psami, które już wiedzą doskonale co wtedy robić. Pobiegły ze szczekaniem w odpowiednią stronę i drapieżnica zwiała, zostawiając łup, który na szczęście żył i umknął na swoich nogach pod kupę gałęzi się schronić. Wylazł spod niej dopiero po kilku godzinach, tak się wystraszył.
No, cóż, krogulce najwyraźniej karmią swoje młode gdzieś w gnieździe w pobliżu i trzeba się strzec.
 
Z innych spraw: dzisiaj została posadzona na jajach kolejna indyczka, która robi to już po raz drugi w tym sezonie. Zniosła następną partię jaj i właśnie wczoraj ją sparło na twarde siedzenie. Ponieważ już miejsca nam brakuje dla matek z dziećmi, wylądowała w drugiej paszarni przy nowym kurniku, w której graty trzeba było trochę przesunąć, by miejsce zrobić i skrzynkę wymościć.

Poza tym truskawki i rzodkiewki się skończyły, jak i sałata i szpinak wyjedzone zostały, a zaczęły się jagody. Były już lody z pierwszymi świeżymi z lasu, uzbieranymi przez siostrę Sławka i dżemik jagodowy też powstał.

21 czerwca 2016

Przesilenie

No, i proszę, przesilenie roku, wraz z pełnią księżyca, dokonało się bez większych atrakcji pogodowych, jak to bywało w ostatnich latach. Co prawda pogoda ostatnio była mocno zmienna nawet na przeciąg jednego dnia, poranki witały rześkie, pochmurne i wietrzne, w południe zaczynało przygrzewać mocno słońce, by zaciągnąć niebo jakąś deszczową albo burzową chmurą, po czym wieczór łagodniał i uspokajał się. Albo przedpołudnie deszczowe, popołudnie parne i gorące.

W obejściu życie toczy się w zgodzie z rytmem rocznym. Na świat przyszły kolejne indyczęta, w liczbie dziewięciu sztuk (na 15 jaj podłożonych). Zamieszkały z matką w stodółce, gdzie dokarmiam je co dwie godziny i mają bezpieczną przestrzeń, wyścieloną świeżą słomą, zdatną do przedszkolnych nauk życiowych. Kwoka z trójką kurcząt przeniosła się w zamian do lamusa, skąd w pogodne dnie wychodzi z nimi na podwórko. Kurczaki kupione w wylęgarni są już spore, samodzielne, mieszkają w osobnej przegrodzie kurnika, gdzie są bezpieczne od zakusów dorosłych zazdrosnych kur. Karmię je trzy razy dziennie, poza tym żerują swobodnie na skraju lasu za domem.
Indyczki-matki zostały już na początku przerzedzone. Jedną z nich przymusem oddzieliłam od piskląt, ponieważ kłóciły się wszystkie trzy ze sobą o miejsce, i cierpiały od tego małe, dziobane albo deptane (kilka sztuk padło w takich wypadkach, niestety). Po nocy spędzonej w kurniku otrzeźwiała z macierzyńskiego czaru hormonalnego i wróciła pod opiekuńcze skrzydła indora. Mało tego, wkrótce zaczęła się nieść i znowu zbieram jaja, bo może zechce jeszcze raz zasiąść na nich. Dwie zaś pozostałe matki z dziećmi przeniesione zostały do obory, do jednego wolnego boksu, gdzie miały cieplej i swobodny dostęp do światła słonecznego, którego już im w zamknięciu stodolnianym, w czas chłodów nocnych i deszczów dziennych, zaczynało brakować i podupadały na nóżki. Słońce uczyniło cud i wróciły do pełni zdrowych sił, jak nie przymierzając mały Collin z "Tajemniczego ogrodu". Wypuszczamy już je na kilka przedpołudniowych godzin do sadu, gdzie pod okiem gulgających matek z zapałem polują wśród trawy na drobne owady. Rosnąc do wieku i wielkości zdatnych do sprzedaży.

W ogrodzie permakulturowym, oprócz rzodkiewek, jak w zeszłym roku, które były naszym pierwszym większym plonem, obrodziły też nieźle truskawki. Dały kilka łubianek owoców, które poszły do lodów, do słodkich deserów i na niewielką ilość dżemu truskawkowego. Dla kogoś to pewnie żaden powód do dumy, ale mnie satysfakcjonuje, bo ewidentnie z roku na rok ten nasz jałowy skrawek ziemi, wyśmiewany przez okolicznych rolników, że na nic nie zdatny, tylko żeby las posadzić, zaczyna przynosić plony. Niewielkie, drobne, ale słodkie, zdrowe, pyszne. Własne!

11 czerwca 2016

Samowystarczalność na co dzień

Dzisiejszy obiad: ziemniaki z koprem, sadzone jajo, sałata z bundzem kozim, rzodkiewką i olejem lnianym, popijane kefirem domowym. Na deser lody domowe na kozim mleku i jogurcie domowym, truskawkowe. Oprócz odrobiny cukru wszystko wzięte z gospodarstwa. 
Lubię, gdy pytają mnie: 
- Będę w sklepie. Coś może kupić? 
A ja odpowiadam: zapałki. 
Albo: nic nie trzeba.

Wielki gąsior wina na kwiatach czarnego bzu już chodzi.

10 czerwca 2016

Czerwcowe zatrudnienia

No, więc już po sianokosach. Odbyły się o miesiąc wcześniej, iż w zeszłych latach, ale nie obyło się bez stresów. Pogodowych oczywiście. Dwa razy były odkładane przez rolnika kosiarza, ze względu na prognozy, które się nie sprawdziły. Było wtedy słonecznie, a obfity deszcz spadł akurat na drugi dzień po pokosie, wtedy, gdy miało być ciepło i sucho. Na szczęście nie wyrządził szkód. Dwa kolejne dni były może nie najbardziej upalne, ale za to z wietrzykiem, który szybko wysuszył siano. Chłopacy z wioski, Sławko i Jary sprawdzili się. Byli w umówionych dniach o umówionych godzinach i pracowali pilnie, zwłaszcza przy zwózce od rana do ciemnej nocy, a potem jeszcze kończąc robotę rano.
Przydały się zapasy kiełbasy, którąśmy pracowicie zrobiły jakiś czas temu w sporej ilości tytułem letniego grillowania. Nie wędziłam jej, tylko w porcjach zamroziłam. Jest zawsze w razie potrzeby, czy nadmiaru innych zajęć, gdy nie ma czasu gotować obiadu.
Anna zwiozła całe siano Santa Klausem z przyczepką, jednorazowo mieściło się w samochodzie i na niej ok. 40 kostek. Obróciła wszystkiego 11 razy, czyli łatwo sobie policzyć, ile zostało zebrane. Trawa majowa, zielona, soczysta, ładnie przesuszona. Zajęła całe poddasze nad oborą i jedno z pomieszczeń paszarni. Zapasy na zimę zatem zrobione, można się rozluźnić.

Nowe pastwisko obsiane mieszanką traw zakwitło żółtymi kwiatkami, trawy niewiele wzeszło. Niemniej kozy ruszyły na podbój i na razie są zadowolone z paszy. My też, bo póki starcza im tego, co w zagrodzeniu, nie trzeba ich prowadzać po sąsiadach i pilnować, aby w szkodę nie weszły.

Indyczęta opierzyły się i zaczęłam je wynosić na świat boży, w południe, gdy słońce pięknie grzeje, aby naładowały się ciepłem i światłem, no, i niezbędnymi do wzrostu witaminami.
Kwoka wysiedziała raptem trzy pisklęta, reszta jaj zamarła. W sumie się cieszę, że tak mało, bo kurczęta z wylęgarni ładnie rosną i mają się dobrze, mieszkają już z resztą stada drobiowego w kurniku.

Anna dołożyła nowe ramki do ula, bo wszystkie zostały już zapełnione, a właśnie kwitnie robinia akacjowa i szykuje się lipa, pszczoły uwijają się z robotą. Muszę przyznać, że polubiła pszczelarstwo i ma do tego rękę. Nie boi się swoich owadów, a i one - mieszkając na spokojnym uboczu w otoczeniu przyrody i nie niepokojone przez nikogo - są bardzo spokojne i nieagresywne. Niekiedy zagląda do nich po prostu z marszu, bez odpowiedniego ochronnego stroju, i żadnych zdenerwowań, ani użądleń jak dotąd nie było.

Z innych sukcesów: przeszłyśmy na letnie odżywianie wegetariańskie. W ruchu są lody domowe w różnych smakach, przetestowałam już z jagodami, brzoskwiniami, waniliowe z czekoladą i truskawkowe. Chłodniki na kefirze, sałatki z ogródkowego szpinaku i sera, z miodem. Twarożki z rzodkiewką, także z ogródka. Truskawki z jogurtem. Bo właśnie zaczęły rodzić (wreszcie!) krzaczki truskawkowe posadzone dwa lata temu i jest pysznie. Oraz zapiekanki z pomidorów i sera. Jogurt domowy w stałym użyciu, zużywamy około litra dziennie. Jak trzeba się wzmocnić po większej pracy, zawsze świeże jajo - w różnych formach - jest na podorędziu.

3 czerwca 2016

Pamięć fotograficzna

Przypomniałam sobie, że istnieje coś takiego jak aparat fotograficzny. Wyciągnięty z głębi szafy znów posłużył do notatek bezpośrednich.
Te zdjęcia mają już trochę czasu. Niemniej sprawy trwają.
Oto nasze tegoroczne stado na malowniczym wiosennym wypasie. W obejściu. 


Ta wielka kupa drewna na zdjęciu poniżej przybyła kilkoma wielkimi furami z lasu opodal. Wykosztowałyśmy się, bo nieco ponad 200 złotych kosztowało w leśnictwie. 5 metrów przestrzennych, przeważnie sosny. Jeśli ciepłe zimy potrwają dłużej, to starczy z powodzeniem na co najmniej dwie, jeśli nie więcej. Teraz trzeba główkować, żeby to pociąć na mniejsze, co niektóre grubsze kawałki rozczłonkować siekierą i ułożyć pod daszkiem w ściankach. Praca do jesieni. Praktycznie coroczna.


Poniżej zaś świadectwo stolarskich zatrudnień Ani. Własnoręcznie zrobiona drewniana balustrada na tarasie przy domu, wymaga jeszcze paru muśnięć, ale jest. Teraz kleimy już z wolna płytki na tarasowej betonowej podłodze. Kupione tak dawno temu, że nie pamiętam już kiedy. 


Balustradę ozdabia własnoręcznie pleciony przez Anię koszyk z przeznaczeniem dla wysiadującej kwoki.

21 maja 2016

Lęgi

Wychodzimy szczęśliwie z okresu zimnej Zośki, a raczej zimnych zosiek, bo zimne przenikliwe wiatry w dzień, zimne deszcze, zachmurzenie, nawet grad, no, i niska temperatura nocą trwały coś około tygodnia. Nie było przymrozków, roślinność ogródkowa przetrwała zatem bez problemów, choć zapewne spowolniła swój wzrost.

Sad jabłoniowy przekwitł, ale zdążył się załapać na dwa czy trzy dni dobrej pogody, podczas której pszczoły i bąki nie próżnowały.
Sadzonki i kwiaty przyjęły się.

Kurczaki poszły na swoje, pięknie rosną, opierzyły się i zamieszkały w odgrodzonej części kurnika. W ich miejsce jednak stanęło kolejne pudło i lampa kwoka dalej świeci. Zaczęły kluć się indyczęta. Te już narodzone i wyschnięte pod matką wybieramy spod jej skrzydeł i na dzień idą pod lampę, gdzie są dokarmiane i pojone, a indyczka (no, w rzeczy samej jest ich trzy sztuki) w tym czasie spokojnie dosiaduje resztę jaj. Na noc wracają pod skrzydła. Jest ich około czterdziestu, procent wylęgalności prawie sto! Wszystkie zdrowe i silne, z apetytem na życie.

Dziś powstała jeszcze mała grządka przy stodółce, na sadzonki pomidorów. Głównie zbudowana z gnoju i kompostu.

15 maja 2016

Lody domowe

Rozwijamy najnowsze hobby. Anna kupiła maszynkę do lodów. Co kilka dni przygotowuję porcję zagęszczonego mleka koziego (znaczy odparowane na kuchni i potem schłodzone przez noc w lodówce). Rano łączę je z porcją najnowszego, także schłodzonego gęstego jogurtu domowego, dodaję trochę cukru (wcale nie musi być to cukier puder, ani w takich porcjach, jak głoszą przepisy! wystarczy mi połowa tej słodkości) i różne dodatki smakowe. Które praktykujemy za każdym razem inaczej. Dodatek cukru pudru z laseczką wanilii daje lody waniliowe. Wczoraj powstały zaś lody jagodowe, z jagód zeszłorocznych przygotowanych klasycznym sposobem w słoiku (zasypane cukrem i spasteryzowane). Maszynka się sprawdza. Mniam!

14 maja 2016

Wysiadywanie

Po trzech dniach naburmuszania się niebo wreszcie siknęło ulewą, wczoraj dzisiaj tak, że rośliny dostały nowy potrzebny zastrzyk życiowy. Kurczęta zamiast w ogródku wylądowały w nowym kurniku, pod dachem, gdzie odwiedzałam je co godzinę, aby jedzeniem sypnąć.

Usiadła z nagła jedna kwoka. Dzisiaj nasadzona na 15 jajach kurzych. Do wysiadywania gotuje się też ostatnia, najstarsza, czwarta (a raczej pierwsza) indyczka.

12 maja 2016

Przygody codzienne

Dni pogodne, acz z majowymi ulewami prawie co dzień, choć od trzech dni pada jedynie w sąsiednich wsiach i na Białorusi, zapraszają najpierw do pracy na dworze, a potem na taras, aby odpocząć. Przez kilka dni z rzędu sadziłyśmy z zapałem w obu ogrodach drzewka, krzewy i kwiaty. Ogród permakulturowy, daleki od nawodnienia i możliwości podlewania go w razie suszy, z bardzo kiepską leśną glebą wymaga wciąż dodatkowego wysiłku przy każdym nasadzeniu. W ruch poszła taczka, widły i wieloletni kompost, gromadzony od początku zamieszkania w zagrodzie, został poważnie naruszony, aby posłużyć roślinom za pokarm. Na koniec każda sadzonka dostała opatulinkę ze słomy, aby osłonić ją od chwastów, wilgoć utrzymać i podtrzymać dokarmianie w sezonie. Posadzone trzy lata temu porzeczki, w zeszłym roku mocno nadwyrężone suszą i brakiem naszej opieki, odbijają z zapałem i wiele z nich, mimo, że niewysokie, zakwitło i ma po kilka gron zalążków owoców na sobie. Te, co uschły zostały teraz wymienione na nowe, białe, czerwone i czarne. Doszły też maliny, oraz pigwa, dereń, jagody kamczackie, wiśnie kaukaskie, śliwy węgierki, agrest w dwóch kolorach, forsycja i jaśminowiec. Wszystko trzeba było obficie zaopatrzyć na starcie w nowe życie. Oby im się udało!

Posiane zostały też dynie różnych rodzajów, patisony, cukinie i fasolka. Pierwsze posiane roślinki kiełkują już szczęśliwie, także truskawki, te które przeżyły suszę dorodnieją w tym roku i pięknie kwitną.

Trwa też rżnięcie i porządkowanie zalegającego na podwórku drewna, aby przygotować miejsce pod nowy zbiór z lasu, który ma na dniach zjechać. Poprawianie ogrodzeń pastwiskowych i ogrodowych. Oraz codzienny wypas naszego bydełka, które z racji braku głównego pastwiska melinujemy tu i tam, na mniejszych wygrodzonych obszarach trawiastych, na ugorze i w sadzie. Poza tym trzeba z nimi chodzić po okolicznych łączkach i zakrzaczeniach. Czasem i kilka godzin dziennie, aby się najadły.

Poza tym kurczęta rosną w oczach, spędzają całe dnie w ogródku w drewnianej zagródce, po południu wypuszczane luzem, aby sobie mogły eksplorować świat, uczyć się go i polować na owady, co uwielbiają.

Z przyjemności relaksowych pozostaje nam grillowanie i tarasowanie wieczorne, razem z towarzyszącymi psami u stóp i kotami u głów. I licznymi ptasimi glosami w uszach.

Z wieści najnowszych: zakwitł jabłoniowy sad.

3 maja 2016

Majówkowe radości

Mimo kiepskich prognoz na długą majówkę jednak zrobiło się prawdziwie wiosennie. Wczoraj wyjrzało słońce, po obfitym deszczu i w jednej chwili rozchyliły się przygotowane na taką majową chwilę pąki kwiatów czeremchy rosnącej przy chacie. Rozsyłając wokół duszny, upajający zapach. Jedna śliwa przekwita, ale druga już drepcze w przedbiegach. A wraz z nią dwie stare grusze ulęgałki. Pszczoły i bąki mają co robić. A to cieszy gospodarskie oko.
Noce o wiele cieplejsze, wszystko ruszyło. Na Podlasiu wiosna rusza dokładnie razem z majem, nigdy wcześniej. I dzieje się to właściwie jednego dnia. Nigdy nie przestanę się tym cudem zadziwiać.
W ogrodzie wykiełkowała rzodkiewka i bób.

Zatem wzięło nas na majówkowe przyjemności. Mimo rzęsistego deszczu i burzy, która po południu zasadziła się znienacka. Co tam, gdy ma się grilla pod dachem altany! Napaliłam najpierw przyjemne ognisko z chrustu, nagromadzonego wcześniej z kozich przekąsek. A gdy góra popiołu się uzbierała, rzuciłam na nią trochę drzewnego węgla. Kiedy się rozżarzył na ruszcie wylądowało namacerowane wcześniej mięsko koźlęce. I jakieś Anine przysmaki glutenowe z serem, dla mnie niejadalne.
Do wtóru grzmiały grzmoty, niegroźne, bez piorunów i huk deszczu, walącego o dach. Kury uciekły pędem do kurnika, ale gęsiom było w to graj. Nawet je jakby na zaloty wzięło w strugach wody.

Mięsko pięknie się zgrillowało, ser rozpuścił, jak trzeba. Czego od życia chcieć więcej?
No, jest więcej. Bo ptaki, gdy tylko nie pada i nie grzmi, jak dziś, piękne koncerty uskuteczniają od rana i z wieczora. Co umila niezwykle obie pory dojenia. Siedząc w przerwach na ławeczce pod oborą gwiżdżę, niezdarnie usiłując naśladować siedzące na dębie naprzeciwko rosnącym rozmaite ptaszęta, o nazwach mi nieznanych. Nawet czasem odpowiadają i dajemy wspólny koncert. Albo kukam do kukułeczki na jaworze, lub w akacjach zasiadającej. Co prawda w tym wypadku Anna zamienia jedną literę w słowie kukać i puka się w czoło z uśmiechem patrząc na mnie, ale co mi tam. Wiosna! I to najważniejsze.

28 kwietnia 2016

Czas płynie zasiadając

Noce wciąż zimne, w granicach 1-2 stopni, zatem wiadomo, zieleń się ociąga. Trawa mikroskopijna, listeczki na drzewach nadal dziecinne. Niemniej w jednym oknie kwitnie już śliwa węgierka, a w drugim klon. Wokół obu drzew, nawet w mało pogodne i wietrzne dni kręcą się pracowicie pszczoły. Anna zajrzała do ula jakiś czas temu, żeby podejrzeć jak się mają. I czy nie wymagają dokarmienia. Ale nie wymagają. Miały jeszcze całą jedną ramkę miodu zeszłorocznego, a na sobie, w swoich nożnych zbiorniczkach dużo żółtego pyłku. Królowa żyje. Rój zatem sobie radzi. 
Praca i nas pogania, czy też my pracę, trudno rzec. Ale bez niej nie da się na wsi żyć bezpiecznie i spokojnie. Trzeba było wyrównać i przygotować pastwisko, zaorane jesienią, pod zasiew trawy, co się udało. Potem Anna własnoręcznie przez dwa dni, na półtora hektarze rozsiała kilka worków mieszanki traw. I na razie sprawy stoją, czekając na cieplejsze noce. Trawa bowiem rusza dopiero, gdy temperatura spada najwyżej do 5 stopni w nocy. 
Na dokładkę rozchorowała się jedna z młodych kóz, całkiem niespodziewanie. Ot, zeszła ze spaceru jakaś skwaszona, jeść nie chciała, ani pić. Zrobiłam jej odczarowywanie na wszelki wypadek, przy zabiegu reiki upadła nagle z osłabienia na kolana. Źle. Zaaplikowałyśmy jej z punktu kieliszek wódki, poszła z tego wszystkiego spać. Po kilku godzinach lepiej nie było. Rano zatem Anna zapakowała delikwentkę do samochodu i zawiozła do bielskiego weterynarza, bo nasz był akurat zajęty w terenie. Wróciły szybko, koza dostała dwa zastrzyki na poprawienie pracy żwacza. Nie miała wzdęcia. 
Rzuciłam monetami i Księga odpowiedziała mi, że sprawa potrwa dłużej, ale dobrze się skończy. Przez dwa dni poiłyśmy kozę ze strzykawki, siłą, bo nie chciała pić. Miała jakieś dziwne trudności z przełykaniem, krztusiła się, beczała z udręki. Szczęście, że Anna nie lubi się cackać, bo w końcu taki ostatni przymusowy wlew niespodziewanie jej pomógł! Wyszła po południu na karmienie sama, chętnie i wreszcie spróbowała owsa, a potem napiła się z wiadra już bez tortur. Smętki trwały prawie tydzień, ale jest już dobrze. Dawny apetyt wrócił i krztuszenie się minęło. 
Ponadto przez trzy dni byli goście, mimo chłodu i tego, że nie ogrzewamy poddasza, nie narzekali. Mieli rowery i rowerami śmigali po puszczy, a słońce jak na życzenie akurat wyjrzało zza chmur, i przenikliwy wiosenny wiatr ustał. 
Przy pomocy Sławka udało się złożyć drewno w lesie na kupy i czeka teraz na pomiar leśniczego. My zaś obsiałyśmy jeszcze jedną grządkę w ogrodzie permakulturowym, i sprzątamy porżnięte drewno na podwórku pod daszki, aby zrobić miejsce na nowo zwiezione. 
W pełnię Księżyca, a raczej dzień po, nasadziłyśmy trzy indyczki na jajach. Trzeba było przytaszczyć z nowego kurnika ciężkie stare koryto, drugie lżejsze, wymościć je słomą, ułożyć każdej porcję jaj (po 16 sztuk) i zmusić ptaki do zasiądnięcia. Udało się sposobem. Każda została nakryta pudłem tekturowym i w ten sposób rozsiadła się grzecznie, już na drugi dzień można było im te kaptury ściągnąć. Siedzą w transie. Zrzucane raz dziennie pod wieczór, aby się wykupkały, napiły wody i zjadły cokolwiek, czasem jeszcze biorą szybką kąpiel w piasku. Po czym bezbłędnie wracają każda na swoje gniazdo.
Nadto kilka dni temu przybyło nam ptaszków, jak co roku  tej porze. Przyjechały z bielskiej wylęgarni, 10 jednodniowych kogutków (po złotówce) na wypas i powiedzmy-tucz, czyli żer, oraz 10 kokoszek (po 4 złocisze każda). Mieszkają w kuchni, w tekturowym pudełku, w dzień pod lampą-kwoką, w nocy na ciepłej jeszcze blasze pieca, przy nagrzanym paleniem w dzień kominie. Jedzą same dobre, jajeczko na twardo z twarożkiem, płatkami owsianymi i osypką, a popijają domowym jogurtem na kozim mleku. Tak będzie do czasu, aż się opierzą i pójdą na swoje.
Z innych rzeczy, kilkoro młodzieży koziej znalazło już swoje domy i przystanie. W oborze robi się jaki taki porządek.
A ja jak zwykle, co dzień ser, czasem dwa, dzisiaj zaś ciućki kozie warzyłam, bo goście do cna wyjedli, jako przekąskę rowerową zabierając. Tak to jest, jak się człek upiera wegetarianinem być i forsować mięśnie na świeżym powietrzu.
Takoż piszę swoje, tłumaczę, nawet za łacinę się chwytam, kombinuję, hobby swoje rozwijając.
Zasię również drugi nasz kogut, zielononożny powędrował na drugą stronę. I miejsca królewskiego w kurniku ciapatemu ustąpił. A to z tej przyczyny, że po walce koguciej zostało mu opętanie. Opętał go mianowicie duch pokonanego koguta. I w naszym kolorowym kurduplu zaczął mnie ścigać na podwórzu! Do tego stopnia, że ten musiał wylądować na pieńku. Skończył jako pieczyste, dzisiaj trzeci dzień jedzony, w towarzystwie szparagów z wody z masełkiem. Jego dusza zaś wybiegła głównym kominem i pieje rozgłośnie, trzepiąc i bijąc czupurnie skrzydłami. Księga mówi, że coś przywoła... oby dobrego i ciekawego...
Teraz już tylko siedzieć i czekać..

10 kwietnia 2016

Gliniane jaja

Powietrze zwilgotniało w sam najlepszy czas, bo trochę posiałam tego i owego, co przymrozków się nie boi, a Anna wczoraj walczyła sama dzielnie grządkę wzniesioną budując od podstaw. Jej dno tym razem wyłożyła potłuczonymi skorupami z nieudanych glinianych naczyń, lepionych przez nią, albo przez warsztatowe dzieciaki, którym niewiele ostatecznie bezbłędnie wychodzi spod niewprawnych rączek. Odrobina gliny na tym naszym wydmowym piachu bardzo jest wskazana, aby wodę deszczową gromadzić i powstrzymywać od przesiąkania w swoje piaskowe głębie.

Obsiana została przy domu jedna z zeszłorocznych grządek, którą przed kurami nakryłyśmy włókniną. Jak na razie sprawdza się, nie grzebią. Z tą nową też tak zrobimy. Teraz wchłania i nasiąka wodą deszczową, padającą dość obficie w nocy.

Widać, że śliwy szykują się do kwitnienia. Pszczółki robią już sprzątanie w ulu, wynosząc padłe zimą sztuki na zewnątrz. Budzą się jeszcze powoli, ale systematycznie jakieś owady, muchy, muszki, meszki.

Druga gęś zaczyna posiadywać. Uzbierałam kilkanaście jaj, pierwsza wysiadująca dostała do gniazda kilka dni temu, tak jakoś z nowiem Księżyca. Ciekawe, czy cokolwiek się wykluje. Ten nów, z racji kwadraturowego aspektu do Plutona taki bardzo aborcyjny był w mediach i w kobiecym gronie wojowniczek, więc wielkich nadziei na skutki wysiadywania w tym miesiącu księżycowym sobie nie robię. Niemniej...

W koziarni dziewczynki zostały odstawione od cyca na noc, co zwiększyło ilość mleka z porannego udoju. Już codziennie serowarzę. A w lodówce znów jaja się nie mieszczą, nadchodzi kolejny Dzień Jajożercy.