24 maja 2015

Przedwyborczy sen

- Miałam dzisiaj sen!
- Jaki? Opowiedz.
- Ktoś ukradł mi wszystkie cztery kola od samochodu.
- Kto?
- Wioskowy złodziej, który właśnie wyszedł z więzienia. Co to może znaczyć?
Zamyśliłam się na jakiś czas.
- Samochód to najczęściej biznes, samodzielne prosperowanie, jazda do przodu, awans życiowy. Uniemożliwiony przez jakąś nieuczciwą przestępczą konkurencję.
- Hm.
Pomyślałam jeszcze trochę i zawieszczylam:
- Wiem. Wybory wygra jeden, ale zostaną sfałszowane i ogłoszą drugiego prezydentem.

23 maja 2015

Rower, pszczoły i wał

Dwie rowerzystki nas odwiedziły i trochę się wzięłam rozerwałam byłam towarzysko. Jedna zajrzała do ula fachowym okiem. Teraz już wiadomo, gdzie są czerwie, jak wygląda królowa, że trzeba rój podkarmić i że w tym roku miodu raczej nie będzie. W drugim ulu nikt już nie mieszka. Choć na początku wiosny jeszcze coś brzęczało i latało, ale niewiele, zanikło.
Wczoraj padało, dzisiaj pochmurno. Pomachałam znów trochę łopatą na wale i skończyłam jeden, pierwszy. Drugi jest niestety dłuższy. Posadzone wraz z jedną z rowerzystek sadzonki dyni wszystkie padły, i to tak jakoś dziwnie, bo białe się zrobiły. W takim razie posiałyśmy na nowo dynię z nasion na grządkach.
Truskawki przyjęły się w połowie. Kwitną. Krzaczki czarnych porzeczek, tak samo posadzone w zeszłym roku w większości ożyły z wiosną albo odbijają od korzenia właśnie. Trudno powiedzieć jak dalej będzie. Częściowo są wyściółkowane.

19 maja 2015

I tyle

Przedwczoraj, w nów księżycowy ruszyły w inkubatorze jaja gęsie kubańskie. 19 sztuk Uznałam, że inkubator inkubatorem, ale zgodność z rytmami kosmicznymi też się przyda.

Kurczaczki mają się świetnie. Rozświergotany żywy drobiazg, lubię się na nie gapić. Piórka rosną im z dnia na dzień większe. Śpią już bez lampy grzejącej.

Białe gęsi pasą się całe dnie (z wyjątkiem dni deszczowych) na trawie w sadzie. Kozy na pastwisku. Choć trawa ci u nas mikra ciągle. Ale nie ma już co czekać.

Trochę deszczu spadło, zaczęły kiełkować niektóre rośliny, głównie bób i fasolka, szpinak, sałata i rzodkiewka.

16 maja 2015

Ogrodowe wieszczby

Zapowiedzieli deszcz. No, to my do ogrodu prace ogródkowe uskuteczniać, żeby wykorzystać wodę z nieba. Anna wypieliła dwie wielkie grządki. Ja doszłam po południu i popracowałam przy kończeniu wału, w zeszłym roku częściowo zrobionego przez Jarego. Teraz trzeba było humusem go nakryć. Machałam szpadlem aż do zadyszki. Ledwie 1/4 zrobiłam jednego wała. A jest ich dwa. Na koniec umknęła mi spod szpadla ropucha, której domek właśnie żem rozkopała niechcący.
- To znak, że na dziś koniec - oznajmiłam.
Potem jeszcze zasiałam dwa długie rzędy buraków ćwikłowych.
- Słyszysz ten dźwięk? - zapytałam.
Z oddali, z lasu i łąk niosło się głośne cykanie. Jak co najmniej w sierpniu.
- Ptaki? Świerszcze?
- O tej porze roku, daj Bóg. Oby nie turkucie podjadki. Randapem je wygonili zewsząd i teraz na nasz ogród się zbiegną. Nie zdziwię się - zawieszczyłam złowróżbnie. Śmiejąc się satyrycznie.
- Nie kracz, stara wariatko!
- Nie martw się. Ogród rozgrodzimy, dziki wpuścimy i zaraz zrobią ze wszystkim porządek - oznajmiłam pocieszająco.

15 maja 2015

Inkubator w praktyce

Kilka dni temu wykluło się w inkubatorze 8 piskląt z jaj od resztki naszych kur. Podłożone było 30, lecz nie wszystkie okazały się zalężone (kogut zginął w zębach lisa na jakiś czas przed uruchomieniem machiny i zebraniem potrzebnej ilości), a nawet, gdy były, pisklęta nie miały siły wyjść ze skorupki. Widzę, jak ważny wpływ na wylęgalność ma wiek nioski. Nasze zielone nóżki mają już 4-5 lat i szykują się odejść z tego świata, to prawdziwe staruszki. Jednak niosą się jeszcze bardzo dobrze, dlatego żyją. Wśród piskląt, które się wylęgły to tylko 2 zielone nóżki, reszta wykluła się z jaj zwykłej szarej kurki, która trafiła się przypadkiem w zeszłym roku wśród kogutów przeznaczonych na tucz. Są zatem mixem nie wiadomo czego z zieloną nóżką (tej rasy był kogut). Zmyślne i ładniutkie to kurczaczki w różnych odcieniach, od bieli do czerni.
W takim razie Anna dokupiła w bielskiej wylęgarni 12 piskląt karmazynów i hodujemy je teraz razem w skrzyni pod lampą-kwoką.

Gęsi tegoroczne są już opierzone, rosną w oczach, pasą się codziennie w sadzie na trawie. Wraz z nimi pasie się jedyny kogutek zielona nóżka, który wykluł się w inkubatorze za jego pierwszym uruchomieniem. Niezbyt jeszcze umiałyśmy się tym sprzętem właściwie posłużyć. Była za niska wilgotność i jak się okazało, nie działała obracarka do jaj. No, i jednak starość niosek zrobiła swoje, bo wtedy nie włożyłyśmy jaj od szarej kurki.

Ponadto kubanki zniosły mnóstwo jaj, ale siadać żadna nie chce. Kolejna decyzja przed nami.

6 maja 2015

Na jajach

Leje. Przyznaję, że lubię, gdy pada. Nie ma zawracania głowy z kozami, stoją przy żłobach na sianie. Ani z gąsiętami, pozostają w stodółce.
Starsza indyczka została posadzona dzisiaj na 19 jajach, które zniosła wespół ze swoją córką. Córka zamknięta w nowym kurniku, żeby ucieczek do lasu nie uskuteczniała i nie prowokowała lisa. Przestała już się nieść, niestety nie chce zasiąść.

5 maja 2015

Pierwsza trawka

Popołudniowe prace stolarskie. Cierpliwie, dzień po dniu, nie spiesząc się nadto łatamy dziury w ogrodzeniu z żerdzi w sadzie. Kozy, a zwłaszcza koźlęta wynalazły  mnóstwo niedoróbek w płocie i szybko z niego wychodzą swoimi drogami. Nosimy zatem nowe żerdzie i pracowicie przybijamy w miejscach "chodliwych". Po kilku popołudniach wciąż nie koniec.
Dziś za to po raz pierwszy stadko gęsiej młodzieży pomaszerowało do zagrody z siatki, w przedniej części sadu. Wreszcie dostała bramę i furteczkę i można ją domknąć. Ptaki były zachwycone i gadały ze sobą cały czas, skubiąc trawę, też po raz pierwszy w życiu.
Jabłonie szykują się do zakwitu.

4 maja 2015

Dziwna majówka

Tegoroczna majówka pokazała, że ludzie przestali już tak namiętnie jeździć wtedy po świecie i szukać atrakcji. Być może przestraszyli się pogody, ale w końcu wcale nie była taka zła i choćby na wycieczkę rowerową po lesie nadawała się jak najbardziej. Bo nawet słońce w dzień świeciło i nasze gusie spędzały czas na świeżym powietrzu, grzejąc się w promieniach i pobierając z nich witaminy. Na naszej wsi nikt się wypoczynkowo nie pokazał, co było czymś niezwyczajnym.
Śliwy przekwitają. Wczesne czeremchy już przekwitły. Jak i klony w najbliższym otoczeniu chaty. Noce chłodne, wręcz chwilami zimne. Trawa słabo przyrasta. Indyczki wciąż się jeszcze niosą. Balbiny, mimo, że zniosły mnóstwo jaj, nie mają zamiaru siadać. Są za to mocno zainteresowane stadkiem gąsiąt i często spędzają czas pod stodółką albo ich zagródką, gdy są na wybiegu, gadając do nich w swoim gęsim języku. Pewnie niedługo wszystkie połączymy, gdy tylko młodzież w pełni się opierzy i nabierze siły.
Koźlęta zaczynają wyfruwać na swoje. Zwiększa się codzienna ilość mleka. Więc i pracy z nim związanej.

27 kwietnia 2015

Wiosenny chleb

Wczoraj był rozruch pieca chlebowego po zimie. Suche drewno tak go rozgrzało, że żal się zrobiło, że więcej wypieków nie zostało zaplanowane. Bułki zrumieniły się dosłownie w 4 minuty! Chleb w jakieś 25 minut. Pizza w 10. Bezglutenowa, żebym mogła i ja coś na piecu skorzystać. Z kozim serem.
Pewnie by i wielki indyk się upiekł. Tyle, że brakło okazji na takie pieczyste.

Wstępnie postanawiamy piec chleb w soboty po popołudniu, ewentualnie w niedzielę. Jeśli komuś zamarzy się jakiś chleb, razowy, żytni, pszenny, mieszany, na zakwasie lub na drożdżach albo na tym i na tym, z pieca opalanego drewnem można dawać znać. Upieczemy, prześlemy. Przeważnie waży ok. 1 kilograma.

25 kwietnia 2015

Zaczęło się

Czuję się nieco wypluta z energii. A to zapewne z powodu nadmiaru świeżego powietrza. Jakiego zaznałam w ciągu całego dnia więcej, niż zwykle. Wespół z niosącymi się zza lasa wołaniami żurawi i krążącymi nad głową bocianami. Naszymi, wioskowymi.
Mleko dzisiejsze nastawiłam na zsiadłe, będzie z niego twaróg. I po codziennej kawce przy komputerze (zaglądam na pocztę, fejsa, a potem kapkę piszę swoje rzeczy) wyprysnęłam na dwór. Tak właściwie nie wiem, na czym mi dzień zszedł. Pomalowałam dwoje drzwi w nowym kurniku, to pewne. Na zielono. Rozebrałyśmy też foliak, bo nam go wiatr ostatecznie zawalił. Uwolniła się przestrzeń koło chaty do zagospodarowania. Kolejny stanie już gdzieś indziej. Chyba wiem gdzie. Jedno jest pewne, w tym roku pomidorów nie będzie.
Gąsięta opalały się w słońcu na dworze, a potem powędrowały do swojej pakamerki urządzonej w stodółce. Jedynie dwie najmniejsze plażują jeszcze w pudle w kuchni pod lampą. Nie mają jeszcze całego puchu, ani piór na plecach, tak, jak większe sztuki.
Kozy po raz pierwszy poszły na pastwisko, mimo mikrej trawy. Kilka koźląt zawiesiło się i trzeba je było każde z osobna wyłapać i zanieść do celu, bo nigdy tam jeszcze nie były. Trochę się zmachałam przy tym, no, właśnie!
Do tego sprzątanie, gotowanie, karmienie wszystkiego... ech. I internet wciąż się zawiesza, bo na wiosce wzrosła oglądalność i kabel nie nastarcza. Zaczęło się, jednym słowem. Sezon w toku.

22 kwietnia 2015

To-tamto

Pogoda dość chłodna. Szykująca się do kwitnienia czeremcha zatrzymała rozwój kwiatów. Brzozy stoją z wypuszczaniem liści. Trochę przy domu zaczęły kiełkować liście babki, ale trawy jeszcze nie widać. No, troszkę na pastwisku, ale minimalnie. Kozy pasą się kilka godzin dziennie na kaczym dołku, a właściwie przechadzają po zagrodzeniu. Wciąż są dokarmiane sianem, czasem ściągamy z lasu jakieś gałęzie brzozowe i sosnowe z przecinki do ogryzania i korowania. Czekamy, aż trawa ruszy na pastwisku, wcześniej nie ma sensu puszczać stada i marnować ją na starcie. Przeważnie rusza z początkiem maja. Na razie noce są zimne, ok. 1-2 stopnie, dziś był przymrozek, bo rano zalegała lekka szadź. Na szczęście zimny wiatr, który dokuczał w okolicy nowiu księżyca ustał, a w południe zaczęło pojawiać się słonce, co czyni czas przyjaźniejszym dla prac zewnętrznych.

Wczoraj udało się złapać chłopaka z wioski i 6 fur gnoju pojechało szczęśliwie na ogród. Już trzy główne boksy są wyczyszczone, kozy przestały fruwać pod sufitem i przeskakiwać do siebie nawzajem przez płot. Ulga, bo było już z tym sporo zamieszania o poranku, gdy niecierpliwiły się w sprawie dojenia i swojej śniadaniowej porcji owsa przy tym. Z czwartym, w tej chwili pełniącym rolę odsadnika dla młodzieży, jakoś sobie same poradzimy, gdy samochód wróci od mechanika. Coś tam trzeba w nim wymienić, podkręcić, sprawdzić, nie to, żeby nie jeździł.
Co do chłopaków z wioski, to się wykruszyli. Jedni słabują z powodu nadmiaru alkoholu, który im zwyczajnie szkodzi na zdrowie i nie nadają się do cięższej roboty, inni odsiadują kolejne wyroki w więzieniu. Zostało tak naprawdę dwóch, w tym jeden chodzi jeszcze do szkoły i na razie nie jest dostępny.
Do tej pory rzadko u nas pracowali, bo młodzi i jakoś im nie szło tak dobrze jak innym. Ale skończyło się wybrzydzanie.
Na obiad nasz "kwiatuszek" dostał gęsio-indyczy rosół z makaronem, na drugie pieczone koźlęce żeberka i wyszedł mocno zadowolony. Jest jeszcze w tym wieku, gdy młody męski organizm zjada i spala każdą ilość karmy nieważne nawet jakiej jakości. Z tym wart jest tego, co zjada, że nie woła do tego piwa ani papierosów, jak starsi pomagierzy.

Ponieważ dzieciaki są na noc zamykane osobno pierwszy udój jest dla nas. Zaczynam serowarzenie. Na razie spokojne, rozruchowe. Zresztą nie ma jeszcze zbyt wiele mleka. Niemniej wdrażam się w codzienne obowiązki sezonowe. Nie ma to-tamto.

17 kwietnia 2015

Czerwone i czarne

Było ich dwóch. Czarny i czerwony. Dwie wielkie nadęte piłki, a raczej piły samonadmuchujące się i parskające jak dawne parowozy, gdy wypuszczano z nich nadmiar pary przed odjazdem z peronu (może ktoś jeszcze pamięta? ja pamiętam, bo taki stawał zawsze na torze koło boiska piłkarskiego w mojej rodzinnej miejscowości i dawał różne sygnały dźwiękowe, gdy nasi gola wbili), a potem gulgające namiętnie wokół siebie. Skąd Indianie pólnocnoamerykańscy z pewnością swoje indiańskie okrzyki wzięli, tudzież puszenie się w ptasich piórach, przez naśladownictwo. W ogóle nawiasem mówiąc najczęściej spotykany drób miejscowy bywał często natchnieniem dla rdzennej ludności, co do zwyczajów, muzyki, dźwięków i strojów. Nie na darmo zielononóżka była swego czasu oznaką polskiego patrioty.
Od dzisiaj jest jeden. Czerwony.
Czarny musiał odejść. Gdy jest dwóch, to nawet, gdy są dwie panny do wzięcia, to bardziej pilnują siebie nawzajem, żeby blokować swoje wobec nich posunięcia, niż zajmują się sprawami właściwymi na wiosnę.
Na razie daleko nie wylądował. Bo w zamrażarce. Ponad pięć kilo, tyle wiem, bo więcej moja elektryczna waga nie obsługuje. A taki wydawał się mikrus jeszcze w zimie!
Chyba tytułem wyrównania energii, jedna z jenduszek jajo dziś po południu uroczyście zniosła. Duże, kropkowane.