15 września 2019

Domowe żywienie

Pogoda niepostrzeżenie jesienna się robi. Mimo słońca w dzień i suchych wietrzyków noce są już chłodne, a poranki mocno rześkie. Bywa, że nocami pada, ale to nie umniejsza ogólnej suszy, jaka panuje nawet w lesie.
Grzybów brak.
Kozy muszą się nachodzić, aby zejść do zagrody z pełnymi brzuchami. Paradoksalnie jednak to teraz mamy najwięcej w sezonie mleka. Późno zrodzone dzieciaki już nie spijają matek. Właśnie zresztą odbyła się, z wielkim ambarasem, fukaniem, cmokaniem, beczeniem, porykiwaniem i brykaniem doroczna ruja. Na dwa dni przed pełnią księżyca, więc w zgodzie z naturą bydląt wszelakich (wspominam, bo bywało inaczej, wcześniej lub nawet trochę później, co zawsze wpływa na porę wykotów i jakość sezonu mlekodajnego). Kozioł o imieniu Baran sprawił się jak trzeba.

W ogródku już się łyso zrobiło. Na dynie przy domu spadła jakaś zaraza. Trzeba było zebrać owoce nieco wcześniej. Nie wszystkie, bo dojrzewają jeszcze w innych wydzielonych ogródeczkach na terenie gospodarstwa. Garść jesiennych rzodkiewek (resztę pożarły drapieżne kury, niestety), jarmuż, seler naciowy, pory, papryka, pomidory, zioła, buraki wciąż jeszcze rosną. Trochę dorodnych patisonów, dynie, cukinie i większe buraki znalazły się na stole, gotowe do przeróbki i zmagazynowania. Ogórki już w całości zostały przerobione na sałatki i kiszonki. Podobnie częściowo buraki zamieniły się w sałatkę. Oraz fasolka wylądowała w porcjach w zamrażarce. Teraz rozprawiam się z pomidorami, gromadząc je w postaci pasteryzowanych przecierów.


Lubię ten czas. Zjadamy głównie własnoręcznie wyhodowane produkty.

Oto nasz przykładowy jadłospis dzienny:

Śniadanie: owsianka lub płatki ryżowe zabielane świeżym mlekiem kozim. Albo jajo sadzone z kwaszonką, buraczano-ogórkową lub kapuścianą. Bądź sałatką pomidorowo-ogórkowo-cebulową. Chleba nie jemy, nawet Anna robi to od wielkiego dzwonu.

Obiad: leczo cygańskie lub zupa dyniowa, burakowa, czy zalewajka na gryczanym zakwasie, albo rosół z nadmiarowego koguta, albo pomidorowa z domowego przecieru, albo kluski leniwe z twarogiem kozim, albo placki dyniowo-ziemniaczane, albo dynia i buraczki zapiekane, popijane zimnym kefirem kozim. Bywa zapiekanka ziemniaczano-cukiniowo-serowa, babka ziemniaczana ze słoninką, bądź boczkiem, albo pizza bezglutenowa z serem żółtym (kozim). Jak widać, mimo możliwości, mięsa jest w tym stosunkowo niewiele. Jego ilość oczywiście zwiększy się w zimie, gdy jest mniej nabiału (kury się nie niosą, nie ma mleka i twarogu), ale nie wykracza poza kilka obiadów w tygodniu. Sklepowych przetworów, czyli kiełbas i konserw nie jadamy, chyba, że awaryjnie, co zdarza się raptem kilka razy w roku np. podczas prac polowych, gdy nie ma czasu na gotowanie. Jeśli powstaje domowa kiełbasa, to oczywiście jest składnikiem obiadu, dodatkiem do zalewajki lub drugiego dania w formie smażonej z cebulką.

Kolacja: jeśli już, bo nie zawsze mamy ochotę, często wystarczają dwa posiłki (to cud wysokowartościowych produktów i odpowiedniego zestawienia białek, tłuszczu i węglowodanów przy niskim poziomie słodzenia) np. budyń na świeżym kozim mleku polany sokiem z czeremchy, porzeczek, lub czarnego bzu. Czasem awanturka, czyli twarożek kozi wymieszany z rybą wędzoną i cebulką, z domieszką oleju słonecznikowego albo lnianego. Albo śledziki w oleju lub zalewie octowo-olejowej.

Dla urozmaicenia wieczornego humoru: szklaneczka wina domowego owocowego dosłodzonego słodzikiem miętowym albo sokiem owocowym, rozcieńczonego dla większej radości picia - wodą. Albo nawet od święta: krwista maryś, z domowego pomidorowego przecieru z odrobiną soli i prawdziwego pieprzu, z naprawdę niewielkim dodatkiem wódki. W latach, gdy owocuje sad dominuje oczywiście cydr.

Kupowanych w sklepie produktów jest tu, jak widać mało, trochę bezglutenowej mąki, kaszy gryczanej, sól i pieprz oraz przyprawy, cukier, płatki ryżowe, olej. Pijam jeszcze kawę (mieloną z ziaren), parzoną w kawiarce, z dodatkiem goździków i cynamonu i łyżeczką tłuszczu kokosowego, na poprawę pamięci (naprawdę skuteczne), raz dziennie.

I wsio.

30 sierpnia 2019

Pokaż pokaz

Pieczenie chleba zaczęło się od... dojenia. Ot, kubek mleka do ciasta ciastkowego przy okazji.


Potem rozpalenie pieca.


Zgromadzoną energię społeczną należało zatrudnić, najpierw objaśniając co...



 i jak...

I do czego...


Następnie pomóc kozom przemieścić się. Tak całkiem przy okazji. Stąd...


Tędy...


Po czym trzeba było wrócić do pieca i ognia, i chleba. Czyli do tematu.


I tadam!


Było do niego masełko, i tak przy okazji trochę żółtego domowego sera.

22 sierpnia 2019

Rytualnie

Pogoda zmienna latoś, ale znośna. Najpierw idzie na upał, który pojawia się na jedno popołudnie tak solidnie, jak ostatnio do 33 stopni, a potem w nocy leje jak z cebra i temperatura spada do 17 w dzień, po czym znowu z wolna przyrasta, wraz ze słońcem wychylającym się zza chmur.

Jak co roku o tej porze, 18 sierpnia udałyśmy się na wielikoje świato Spasa na górę Grabarkę. To już mamy we krwi, trzeba odbyć cały rytuał. Wejść na górę, wrzucić grosik na ofiarę, pomodlić się, posłuchać chóru cerkiewnego i śpiewnej liturgii w języku starosłowiańskim, naszym, zapalić świeczki woskowe w intencji pod cerkwią, napełnić wzięte ze sobą baniaczki kryniczną wodą, obmyć się w świętej strudze i zostawić tam swoje boleści. Na koniec obejść stragany z dewocjonaliami i jarmarcznymi zabawkami, zjeść loda, i wrócić późnym wieczorem do domu, mając wschodzącą kulę księżyca w pełni za przewodniczkę.

Następnego dnia zjechał mój najdawniejszy przyjaciel, Adaś i kolejne dwa wieczory spędzone zostały na gadaniu, gadaniu, gadaniu i dyskusjach różnorakich, o życiu, świecie, muzyce, polityce, przepowiedniach, książkach, serialach i planach na przyszłość. Znikło trochę piwa i cienkusza domowego (ja pijam już tylko własnej roboty winko z dolewką soku i rozcieńczone wodą) i wypaliło się trochę gałązek na grillu, ocieplając klimat wieczorny.
Przydało się też łażenie za kozami, które już ledwie wytrzymują na pastwisku, bo Anna nazbierała koszyczek kurek, a my z Adamem wiadereczko owoców czeremchy. Z kurek powstał sos-rewelacja do klusek leniwych z domieszką twarogu koziego i pysznej świeżej kwaszonki, mieszanej z ogórków i liści buraczanych. A z owoców czeremchy kilka buteleczek soku i gąsiorek nowego wina. Piąteczka.

Ogórki już się kończą. W większości przerobione na sałatki, głównie z domieszką domowego octu jabłkowego i różnorakich przypraw i zakiszone. Ruszają pomidory i papryka. Także są już cukinie i patisony, zatem sezon leczo cygańskiego przed nami. Ponieważ temperatura sprzyja domowemu serowarstwu, to i zapas żółtych serów rośnie, z mleka niepasteryzowanego, na domowym zakwasie. Jest jak trzeba.

3 sierpnia 2019

Robimy swoje

Lato nabrało jakiejś takiej jesiennej atmosfery. Pewnie dlatego, że noce są stosunkowo zimne, podobnie poranki rześkie, a niebo często zasnuwają chmury. Deszcz pada co kilka dni, choć bardziej nocy i to czasem rzęsiście, więc pastwisko ma się dobrze. Kozy korzystają z niego całe dnie.
Kiedy słońce czasem wyjrzy od razu robi się ciepło i bardzo ciepło, ale upały 30-stopniowe są rzadko i występują pojedynczo, jednego dnia przedbieg, drugiego odbieg.
W sumie lubię taką pogodę i nie narzekam.
Owady gryzące prawie znikły.
Ogródek nas żywi cały czas, zaczynają się już powolutku pomidory. Jest fasolka i ogórki, zioła wszelakie. Robię co rusz sałatki z ogórków już na zimę, w różnych smakach i zalewach. Oraz małosolne jako stałą przekąskę.
Dzięki zapanowaniu umiarkowanej temperatury mogę wreszcie robić sery dojrzewające, żółte. To już stopniowo zapasy na dłużej.
Generalnie odżywiamy się prawie wegetariańsko, ale tak zawsze jest o tej porze roku.

Dynie i cukinie oraz patisony rozkrzewiły się bujnie i przyrastają w owocach. Tylko patrzeć.
Śliwki latoś słabo, bo susza wiosenna przetrzebiła zawiązki. Trudno. Mam jeszcze zeszłoroczne słoiki, więc żadna bieda.

Podobnie z innymi rzeczami. Owies już kupiony i zmagazynowany, siano zebrane, dzisiaj zwozimy i pakujemy w paszarni kostki słomy na ściółkę, kupione u znajomego rolnika. Trzeba będzie jeszcze ziarno dla drobiu uzupełnić, osypki zmielić, ziemniaków kupić jesienią i to wszystko.

Piec nastawiony i pieką się w nim niejadalne wytwory rąk, ceramiczne naczynia.  Trzeba będzie trochę zdjęć zrobić na dowód, że pracownia jest i powoli robi swoje.

26 lipca 2019

Letnia codzienność

Był festiwal, trochę dorocznych spotkań, muzyki, handlu jarmarkowego.
Pogoda dopisała, było ciepło, raz krótko padało, nie nazbyt gorąco, kulturalnie.
Pastwisko odrasta, kozy pasą się na nim wygodnie póki co.
Sąsiednie pola stają się wolne od zboża, bo już są żniwa, zatem i stres, że pójdą w szkodę znika.
Ogórki, ogórki, ogórki.
Na razie idą głównie na sałatki w słoikach i małosolne. Dziś doszedł też syrop z mięty, którą trzeba było zebrać, tak się rozrosła. Już drugi raz w tym roku taki zbiór. Anna stosuje go namiętnie do napojów i drinków. Dla mnie za słodki, wolę soki owocowe.

Ogródek daje także na co dzień jarmuż (zjadamy z patelni z jajkiem albo serem, podobnie jak szpinak), sałatę, rzodkiewkę z drugiej tury, fasolkę, koper, liściasty seler i liście buraka, zioła w wielkiej liczbie. Właśnie był drugi dosiew po zebranych i zjedzonych już dobrach, nowy rzut jesiennej rzodkiewki, szpinaku i sałaty.
Pomidory w cieniu akacji mają jednak zbyt mało światła w ciągu dnia, aby się zaczerwienić. Czekamy na upały, może wtedy dojdą. Ale upałów, wbrew zapowiedziom, nie ma. Najwyżej dojrzeją na parapecie okien od strony południowej.
Te kilka drzewek przy płocie od południa już zostało obejrzanych przez urząd i jest pozwolenie na ich wycięcie. Ponieważ jednak rosną na granicy ogródka, drogi i mogą zahaczyć przy wycince o druty elektryczne konieczna jest specjalistyczna firma z odpowiednim sprzętem do wykonania tego. Poza tym poczekamy na zbiór pomidorów, rozkręcimy stelaż tunelu i dopiero wtedy będzie można wziąć się za to zbyt długo odkładane działanie w miarę bezpiecznie.
Miłośników drzew uprzedzam, że mamy ich wokół domu i w obejściu całe mnóstwo, nie zamierzamy ich wycinać, są zbawieniem dla domu w upały i mrozy, dla nas i zwierząt, które mają gdzie się kryć. Niemniej te kilka robinii robi od kilku lat zbyt wielki cień w miejscu grożącym awarią, i konieczność jest nieodwołalna.

Do tego Jary doznał wreszcie natchnienia i zaczął przychodzić do pomocy. Można było ruszyć stary wychodek z miejsca, znaleźć mu nowe, rozebrać go też z daszka, aby wyremontować go, uszczelnić i pomalować. Trwa rżnięcie drewna na zimę i układanie w drewutni oraz naprawa ogrodzenia.

18 lipca 2019

Sezon ogórkowy

Były trudne chwile przez upały i suszę, która całkowicie wypaliła pastwisko. Kozy, wściekłe z niezaspokojonego apetytu dawały się we znaki, znikając w buszu, i wymuszając wielogodzinne spacery z nimi, w celu kontroli, aby gdzieś w szkodę nie weszły. Bo przecież zboża i uprawy na polach jeszcze.
Od czasu jednak, gdy zaczęło wreszcie padać, zrazu słabowicie, ale ostatnio całkiem porządnie, ziemia dostała odpowiednią ilość pomocy z nieba i trawa w zagrodzie zaczyna powolutku odrastać. Na tyle, że kozy spędzają tam kilka godzin dziennie bez ucieczek. Niemniej na spacer też trzeba się od czasu do czasu wybrać, aby pragnienie zielonego zaspokoić.

Były już zbiory porzeczek. Mimo suchej wiosny jakoś okazało się, że nawet w sumie obrodziły kapkę lepiej, niż w zeszłym roku. Jednak czarnych było mniej, za to rezultat podbiły porzeczki czerwone, i przede wszystkim białe. Które uginały się do ziemi pod ciężarem owoców. Rosną w ogródku przy domu, gdzie mają cień w razie upału i są systematycznie podlewane.
Zrobiłam trochę galaretki porzeczkowej, soków i reszta poszła na wino. Kilka gąsiorków pyrka pracowicie. Czyli zapasy witaminek zostały uzupełnione.

W ogródku zielenina rośnie bujnie, dynie kwitną i rozrastają się wszerz i wzdłuż. Zioła również. Bób już został zjedzony, zaczęła się fasolka jako przystawka. Jarmuż i sałata w zamian za szpinak. Pomidory spowolniły dojrzewanie z racji chłodów i zachmurzenia. Za to dojrzewają systematycznie ogórki i mamy ich do woli. Sezon ogórkowy rozpoczęty zatem.

Poza tym były nowe lęgi. Kolejna partia indycząt poszła na swoje. Gąsięta mają się dobrze i zaczynają obrastać w pierwsze piórka. Kurczaki dawno samodzielne.

19 czerwca 2019

Zalęgi

Upały nieco zelżały, był jeden dzień wręcz chłodny, dzięki czemu oziębiłam dom, wietrząc w nocy i o poranku. Teraz znów rosną, choć zachowują pewien umiar. Za to całkowity brak deszczu. W ogrodzie permakulturowym posucha. Nasionka dyni, które nawet skiełkowały, uschły. Zatem przez dwa ostatnie dni dosiewałyśmy ubytki, robiąc dołki w starych wałach, nasypując do nich wilgotnego przerobionego kompostu i siejąc nasiona z kilku ostatnich dyń zeszłorocznych, które nam dotrwały do teraz. Jeśli jednak deszcz nas ominie, mimo zapowiedzi na najbliższe dni, rzecz się nie uda.
Za to dynie i ogórki posiane na grządkach w obejściu, gdzie jest możliwość podlewania, rosną bardzo dobrze, więc jest pewne pocieszenie.

A na koniec niespodzianka. Indyczka jednak wysiedziała. Trzeba było im pomóc wyjść z jajek, bowiem inna gatunkowa mama nie daje stuprocentowego komfortu. W tym wypadku odpowiedniej wilgotności, którą zapewnia gęś, często kąpiąca się w wodzie. Indyki jeśli się kąpią, to zawsze w piasku. Trzeba było nawilżyć nieco nadklute jaja, co sprawiło, że gruba błonka pod skorupką łatwiej pękała i pisklę mogło samo ją rozerwać od środka. Gdybyśmy tego nie uczyniły, pewnie nie poradziłyby sobie same. Najpierw pojawiała się mała dziurka, zrobiona maleńkim dzióbkiem od środka i rozlegało się popiskiwanie. Gdy nie powiększała się w dostatecznym tempie do akcji ratunkowej przystępowała Anna, delikatnie odłupując skorupkę wokół. Ostatecznie z siedmiu podłożonych jaj, wyszło na świat sześć mięciutkich kuleczek. Jedno jajo niestety uległo rozbiciu na początku wysiadywania.


Tak, garbonose.

15 czerwca 2019

Dlaczego nie chcę ratować świata

Znów po jednodniowej uldze i niewielkim deszczu, praży. Przeglądając internet wyraźnie widzę, że do ludzi zaczyna docierać fakt ocieplenia klimatu i zagrożeń z tego płynących. Ukazuje się dużo wypowiedzi, mniej lub bardziej depresyjnych i sfrustrowanych. Osób zatroskanych o stan przyrody i zaangażowanych w odkręcanie zniszczeń, jakie czyni ludzka cywilizacja. Ciekawy wpis na ten temat popełniła Krysia Cornuet na swoim blogu, pt. "Uspokajacze sumienia", do którego odsyłam, a także do artykułu w nim zareklamowanego. Warte przemyślenia.

Żyję z uczuciem lęku i bezradności jako jednostka świadomie przynajmniej od 20 lat, a tak naprawdę od dziecka. Kwestia "końca świata" zawsze była mi bliska. Z tym się urodziłam, może po to, aby coś z tym zrobić na ostatek. Apokaliptyczne koszmary trapiły mnie przez całe lata. Chcę pomóc zrozumieć ludziom, że to się naprawdę stanie i to nieodwołalnie. Nie po to, aby popadli w przygnębienie, ale stanęli oko w oko z prawdą, bo tylko prawda rzeczywiście wyzwala.

Powiem tak, moje wieszczenia zawsze się nie podobały, nikt tego nie trawił i nie trawi, jestem z tym samotna, ale żyję tak, aby jak najbardziej opóźnić zmianę, równoważyć nieuchronne zniszczenia i ignorancję społeczną, zmniejszyć ostateczny szok. Trendy uzdrawiające ziemię nieco mnie śmieszą, bo widzę jak młodzi są naiwni i coraz bardziej odrealnieni. Moje pokolenie jest ostatnie z tych, które rozumieją, co się dzieje. Późniejsze wpadną w wir szybko narastających zmian i albo wymrą szybko i nieporadnie (nie łudzę się), albo dostosują się do zmienionych/zmieniających się gwałtownie warunków, z gotowością transmigracji na wschód włącznie. Bo na wschodzie, nawet nie w Polsce, lecz dalej ludzie przetrwają. 
Nie mam z tego powodu depresji, tylko stały smutek w sobie, (choć podszyty radością, bo wiem czemu to służy). Także dlatego, że ciągle innym buczę za nisko, za ponuro, przygnębiająco, ale przecież znam prawdę i jej się trzymam. Żadnych iluzji. Jest jeszcze Bóg, metafizyka, cele, o których niewielu ma pojęcie. Może się ujawnią większej ilości ludzi właśnie pod wpływem szokowych zmian, od których najlepsi złapią wiatr w żagle. 
Zmiany nie będą z dnia na dzień. Jest czas, aby się dostosować do nich, porzucić przyzwyczajenia, lęk przed samodzielnością, okowy mentalne. Te najtrudniejsze do zniesienia są tuż przed nami. Im większa ignorancja i wypieranie, typu "jakoś to będzie", albo "tyle razy już to słyszałem i nic", albo "to się da zaleczyć, poprawić, lepiej zorganizować, uświadomić ludzi itp." tym będzie większy szok i dzikie przerażenie, gdy nagle, z dnia na dzień stabilne filary naszego świata po prostu znikną. 
Późniejsze zmiany obejmą dwa trzy pokolenia, wszystko co najgorsze dopełni się do końca tego stulecia. W sensie takim: najpierw wojny o przestrzeń dla uciekinierów z krajów zbyt gorących, o dominację kulturowo-religijną, o wodę i pokarm, epidemie zwierząt i ludzi, potem zniknięcie granic, enklawy przetrwaniowe i utopijne oraz swobodne przemieszczania się tam, gdzie da się żyć. 
Będą pojawiały się ostre katastrofy pchające szybciej procesy zmian do przodu, np. pustoszące tornada, pożary lasów, deszcz meteorów, jałowienie ziemi, upały, wymieranie gatunków, po 40 latach suszy 40 lat deszczowych, ogromne powodzie i podniesienie się poziomów mórz, większość Europy zalana, trzeba będzie przesunąć się ku północy i na wschód. Tak, porzucić nawet polskie tereny, które w latach 30 i 40 będą jeszcze dość sprawnie funkcjonowały. Przy okazji wszystkie zgromadzone wirusy i bakcyle w tajnych laboratoriach wyjdą na zewnątrz i zrobią co swoje, znikając tym samym. Podobnie z reaktorami atomowymi... Życie przetrwa, obecna cywilizacja nie. 
Jeśli zobaczymy, że matrix to nie tylko system niewolniczy, w którym tkwimy, ale ogólnie cały materialny świat, biologii i natury, kultury, nauki, ot, niedoskonałe i spłaszczone, uwięzione odbicie świata boskiej świadomości, to wspólnie możemy go porzucić bez żalu, i bez powrotu. Ziemia ma w sobie moc, aby się odrodzić i robi to od milionów lat. 
Ci, którzy chcą doskonalić ten niedoskonały świat pewnie będą mieli następną szansę, i pewnie na wyższym poziomie. Aby mogli dojść do tych wniosków sami. W każdym razie procesy, które się zaczynają ujawniać posłużą udoskonaleniu ludzkiego ducha, wykasowaniu wszystkiego, co nim nie jest. Spójrzmy na to w ten sposób, a nie będziemy źli, ani się bać.

Przy okazji zapraszam na inny mój blog "Nostradamus po polsku", gdzie zamieszczam ostatnio artykuły o odczytanych datach w przepowiedniach tego wielkiego jasnowidza, który naprawdę nigdy się nie pomylił.

12 czerwca 2019

Upał w wiejskich opłotkach

Jak znosicie ten wzmożony upał?


U nas na razie odczuwalna 31-32, choć ma być większa, nieco orzeźwiające podmuchy wiatru, piasek wydmy rozgrzany bucha w południe gorącem jak plaża, pastwisko żółknie w oczach. Kozy pasą się jedynie wczesnym rankiem, przedwczoraj o 9, a wczoraj już o 8 wołały do obory. Kąśliwe i krwiopijcze bąki i gzy, podjarane słońcem nie dają im w ciągu dnia spokoju. Nawet na zacienionym zapleczu w zagrodzie. 
Z tego powodu wstaję, o zgrozo, jak Pan Bóg rolnikowi przykazał, o świcie, aby mogły coś skubnąć choćby trochę. W sadzie, albo jak na zdjęciu powyższym, w cienistym lesie opodal.
Po południu dopiero w okolicach 18, gdy powietrze staje się znośniejsze, wyskakują na chwilę na łąkę, pasą się w wielkim pośpiechu, biegiem albo na leżąco/siedząco, pobekując, po czym galopem całe stado wbiega do obory, uciekając przed muszą zarazą. Zadyszane, utrapione upałem. 
Jednym słowem sianko, woda, cień, i mało mleka. Ale już mi nawet o to mleko wcale nie chodzi, bo w taki czas jedynie twaróg, jogurt i kefir się udają. Tylko, aby miały chociaż trochę ulgi. 
Dodam, chemiczne środki odstraszające zostały zastosowane. Nic nie wnoszą, albo tak niewiele, że tego wcale nie widać. Dzisiaj jednak użyty olejek herbaciany w widoczny sposób ulżył tym najbardziej atakowanym. Czyli jest jakiś sposób.
Oby udało się przeżyć ten tydzień. I następny, który też niewiele ma być lżejszy. 
Poza tym zielenina w ogródku krzaczy w oczach, pomidory wznoszą się szybko do góry, papryka ma już owoce, dynie wypuszczają liść za liściem. W mieszkaniu, mimo krótkiego palenia w południe pod płytą, ze względu na robienie twarogu, temperatura jest niższa, niż na zewnątrz, zasługa cienistych drzew wokół, z pewnością. Które także okazują się dobrą przesiewającą światło zasłoną dla roślin ogródkowych. 
Drób chowa się w cieniu w najgorsze godziny. Trzeba dbać o wodę, aby była zawsze w potrzebie. I dokarmiać co rusz najmłodszych. Pisklęta indycze i kurze, pod jenduszką prowadzącą i kwoką, mają się świetnie i zdrowo. Z zapałem polują na muchy. Taka temperatura akurat im w tym wieku bardzo sprzyja.

Ku pamięci zamieszczam zdjęcie jeszcze niedawno bujnie kwitnących akacji (robinii) za domem. Ich zapach był oszałamiający i popołudniu i wieczorami pchał się do pokoju przez drzwi na taras zachwycającą chmurą. Od wczesnego rana huczały w koronach drzew przeróżne owady (och, nie tylko pszczoły żywią się pyłkiem, pełno tam przeróżnego bzyczącego tałatajstwa, pszczółek dzikich, os, osek, trzmieli, szerszeni leśnych, chrząszczyków i muchowatych też). Któregoś dnia zawiał wiatr i w ogródku przydomowym spadł śnieg z płatków akacjowych. Pozostało nam po tym przełomowym czasie winko kwiatowe, które bulgocze w gąsiorze.

9 czerwca 2019

Sienne zbiory

Sianokosy przez trzy pierwsze dni szły jak po grudzie.
Kośba poszła szybko i sprawnie. Pogoda dopisywała. Chciałyśmy zmieścić się w kilku prognozowanych dniach słonecznych, po których miało zacząć solidniej padać. Jednak, gdy siano wyschło i można już je było zbierać, 2 razy padła maszyna do kostkowania na łące. Kilku innych właścicieli kostkarek odmówiło z różnych przyczyn. Akurat pracowali, mieli nieprzygotowane maszyny, albo tłumaczyli, że właśnie jest wielikoje świato prawosławne. Tymczasem czas naglił. Kolejnego dnia Anna, po wysłuchaniu kolejnej odmowy ruszyła sama na łąkę i kilka razy przywiozła na przyczepce i pace samochodu siano luzem. Ale umęczyła się tylko, względem niewielkich efektów. Do tego siano owo zajęło całe pomieszczenie w budynku. W kostkach zmieściłoby się tam wielokrotnie więcej. Na szczęście nagle trafił się katolik ze sprawną i zadbaną maszyną z dalszej wsi. Anna zmobilizowała znajomych, którzy przypominali sobie kto gdzie co ma i w ten sposób dostała odpowiedni namiar.
Przyjechał punktualnie na łąkę, skostkował wały szybko i sprawnie. Po raz pierwszy, odkąd robię sianokosy widziałam tak dobrze ściśnięte i związane kostki. Znalazł się także pomocnik, Andrij, w całkiem dobrej formie, pracujący w niesamowitym tempie i z ogromną wytrwałością, której już u młodych mężczyzn się nie spotyka. Siano zostało zwiezione w kilku obrotach samochodem z przyczepką. Pomagałam ile mogłam, raz spadła większość kostek na zakręcie przy chacie, trzeba było zwieźć taczką. Potem donosiłam kostki Andriuszy, który je widłami wrzucał na stryszek.
To właśnie dlatego, że nie mamy dużej stodoły, a miejsca do gromadzenia zapasów są pod dachem, nie możemy skorzystać z belarki, która weszła w modę wśród rolników od jakiegoś czasu. I stąd kostkarek jest coraz mniej, są w coraz gorszym stanie i psują się łatwo.
Prognozy tego dnia były burzowe, ale jak zazwyczaj okazały się przesadzone. Było gorąco i wiał orzeźwiający wiatr. Dopiero po zmierzchu raz czy dwa zamruczało za horyzontem, i nie spadła ani jedna kropla deszczu. Jedynie nieco zelżała temperatura. Udało się bez problemu umieścić zapasy pod dachem.
Ostatnie reklamy prognostyczne, którymi bombarduje internet, a czasem nawet ostrzeżenia rozsyłane telefonami uczą ludzi paniki i strachu przed przyrodą. To nowy wynalazek, żeby straszyć zbiorowo pod płaszczem ostrzegania. Nie ma nic bardziej denerwującego, gdy co chwila brzęczy któryś z kilku telefonów, dostający SMSa przed burzą. Która wcale nie nadchodzi, albo okazuje się zwykłą przymiarką do czegoś w rodzaju burzy. Bo przecież zapowiadane opady wcale nie nadeszły...

30 maja 2019

Na zdrowie

Ogródki zostały jako tako ogarnięte, nawet obszar permakulturowy odnowiony, skoszony i obsiany dynią, gdy znienacka pojawiła się duża przeszkoda. Ankę Warszawiankę podczas pilnej pracy na naszym nieużytku, gdzie ścięła kilka samosiejek, żeby zrobić drogę przez gąszcz, a przy okazji trochę zielonych gałęzi kozom dać do zjedzenia - zawiało. Zwyczajnie, było gorąco, ona zbyt ciepło ubrana, jak to każdy urodzony wielkoblokowy Warszawiak źle oceniający zmiany zewnętrznej temperatury, zdjęła wierzchnie okrycie, zerwał się chłodny wiosenny wiaterek i "złapała wiatr", mówiąc językiem podlaskich babek. Efekt? Silny ból gardła i głowy, zbyt niska temperatura ciała. Szło z pewnością na coroczną anginę.
Nie przymierzając, znów muszę się pochwalić. Zaaplikowałam jej lekarstwo. To samo, które stosuję od kilku lat na sobie i na niej, z całkowitym powodzeniem, opisanym na tym blogu tu, tu i tu. 12 kropelek, już z rana następnego dnia, widząc, że sprawy szybko idą ku kompletnej rozwałce. I kazałam leżeć w łóżku, biorąc na siebie obrządki.
Pojawiła się lekka gorączka i katar, ale ból gardła nie ustępował. Powtórzyłam zatem dawkę, naprawdę niewielką w stosunku do stosowanych ilości, wieczorem. W nocy przyszła nieco większa gorączka, w dopuszczalnych granicach do 38 stopni, i katar się wzmógł. I rano okazało się, że ból gardła całkiem znikł. Zostawiając jeno chrypkę.
Nie będę przedłużać opisu objawów stopniowego ustępowania choroby, które jeszcze trwają, ale mogę powiedzieć, że po dwóch dniach od zachorowania przypadłość zaczęła się cofać, po trzech Anna mogła mi już pomóc w tym i owym na dworze, a dzisiaj już tylko czasem odrywający kaszel pożegnalny ją męczy.
Zaiste, pełen sukces domowego leczenia.

Pogoda nieco się ochłodziła i znów przyniosła wilgoć i deszcze, przeważnie nocne lub poranne. Kozy zatem mogą iść na pastwisko.
Indyczęta stopniowo trafiają w ręce innych hodowców. Zatem mam chwilowo nieco mniej pracy z opieką nad nimi. W kolejce są jeszcze inne lęgi.

Ogródek przydomowy ostatecznie wygląda z powietrza teraz tak:


A od strony wnętrza takie przynosi rezultaty codzienne. (Szpinak już był, i jest jeszcze, więc się nie chcę powtarzać. Do tego dorodny szczypior).


Co oczywiście zjadamy z wdzięcznością dla matki ziemi w różnych formach sałatkowych, ze szpinakiem, albo z jajem, ogórkiem i majonezem. Ewentualnie tak:


Zalane solanką, z dodatkiem przypraw zwykłych do kiszonek, jeden słój samych rzodkiewek, drugi z liśćmi. Pyszny wiosenny dodatek do śniadania, obiadu, czy jako przekąska.

22 maja 2019

Szpinakożerstwo

Ogródkowych zatrudnień ciąg dalszy trwa. Trzeba było pojechać do sąsiedniej gminy i powiatu, więc na targu kupione zostały stosowne sadzonki. Także włóknina i rurki plastikowe pod kolejne ochronki na grządki, gdzie roślinki już szybko kiełkują i chcą mieć więcej przestrzeni nad sobą.

Następnego dnia trwało sadzenie. Pomidory i papryka w nowym tunelu, wraz z bazylią, którą bardzo lubię i do pomidorów i do serów dodawać.
Na spirali znalazły się inne zioła: majeranek, oregano, kolendra, czarnuszka, melisa, tymianek. Cząber wylądował w donicy na tarasie. Posadzony wcześniej czosnek niedźwiedzi przyjął się, co cieszy.
Anna także urozmaiciła kącik kwiatowy o nowe rodzaje kwiatów.
Zaczęło się także zasiewanie dyń w ogródku permakulturowym. Przejrzałam warunki. Ostatnie deszcze pięknie namoczyły zwały obornika zeszłorocznego i tegorocznego. Można trafić na żyjące tam dżdżownice, nasze polskie, czyli proces naturalnego tworzenia się gleby próchniczej jest w toku. Porzeczki trzymają się i podrosły, mają dużo zawiązków. Także rozwijają się dobrze: posadzony kilka lat temu i nikły do tej pory dereń, wiśnia syberyjska i pigwowce.
W ogródkach przydomowych (a mamy ich dwa, a nawet trzy, na wygospodarowanych przestrzeniach między ogrodzeniem a innymi budynkami gospodarczymi) dynia i cukinia już kiełkują.


Kontynuujemy zbiory nowalijek. Poszła pod żniwa druga grządka szpinaku. I zaczynają się zbiory rzodkiewki, jest zdrowa, duża i bardzo smaczna. Pierwszy słoik rzodkiewki już się kisi. Jest pyszna w tej formie, polecam jako sałatkę!
Na ogołoconych grządkach rośnie już bób, oraz selery, pory, kalarepka i pomidorki koktajlowe.

Szpinak oczywiście idzie albo na patelnię z czosnkiem i odrobiną białego serka oraz jajkiem. Albo przyrządzam ulubioną sałatkę, którą się codziennie ostatnio zajadamy. Oto przepis:

Sałatka ze szpinaku

Szpinak - w ilości dostępnej, u mnie to miska dobrze umytych liści prosto z ogródka, rozdrobnionych w palcach. Posolić je lekko i skropić octem jabłkowym lub innym owocowym na początek. Ocet można zastąpić sokiem z cytryny. U mnie ostatnio robi furorę słabiutki, ale aromatyczny ocet melisowy.
3 ząbki czosnku - zmiażdżyć
Szczypiorek wedle upodobania posiekać
Garść orzechów włoskich - posiekać na drobno
Trochę białego świeżego serka koziego, może być twaróg albo bundz
2-3 rzodkiewki zetrzeć na tarce
Dodać pieprzu czarnego i szczyptę chili
Dodać łyżkę miodu, kapkę oleju słonecznikowego albo świeżego lnianego
Wszystkie składniki wymieszać.
Smacznego!

A poza tym przywitała nas rano niespodzianka. Kolejne zajęcie. Trwają lęgi.


 Pierwsza piętnastka indycząt. Czeka już na wyjazd do klienta.