6 grudnia 2014

Serojadka i zima

Zima w toku, choć wciąż się jeszcze nawet nie zaczęła. Niektóre noce bywały dość mroźne, jedni w sąsiedztwie mówią, że zaliczyli minus 12, inni, że minus 18, ja tam nie wiem. Najważniejsze, aby się ruszać i nie narzekać, w piecu napalić, ugotować coś smacznego lub tylko pożywnego. I zająć się zimowymi wakacyjnymi przyjemnościami ile się da. Bo na wiosnę na pewno się skończą!

Obowiązków niby ubyło, ale te co są bywają jeszcze intensywne. Zlałyśmy wreszcie do butli i butelek resztę octu, fermentującego dotąd w beczułce. W sumie, z tym co już zostało zlane wcześniej mamy kilkadziesiąt litrów fajnego w smaku i pewnego co do zawartości i jakości kwasu. Stoi w piwnicach i ma wzmocnić się z czasem. Anna przeszła na płukanie włosów rozcieńczonym jabłkowym octem, a ja codziennie wypijam szklankę wody z kilkoma łyżeczkami tegoż, to zaś czynię tytułem odkwaszania organizmu.
Kapusta oczywiście już się dawno zakwasiła i zaczął się sezon surówek, zbliża się też pora na bigos.
Kozy wciąż jeszcze doimy, choć tylko raz dziennie i zaczynamy niektóre powolutku stopować, bo widać być zaczyna u nich ciążę. Robię dwa żółte serki co dwa dni. To już naprawdę ostatek. W piwniczce zapasu wciąż mimo to ubywa, a gdy Anna usiądzie do sera to potrafi jeden średnio ponad półkilogramowy opędzlować w dwa dni. Zaczynamy oczywiście od tych, które wykazują jakąś wadę, bo to zawsze się serom zdarza. A to krzywe wyjdą, a to dziurek za dużo, a to wklęsłe, a to wypukłe, a to niepożądana pleśń przeniknęła jakimś uszkodzeniem na skórce do środka... Doświadczenie pokazuje, że najlepiej szybko z nimi skończyć. Choć nie powiem, zdarza się całkiem nierzadko, że wśród takich odpadów trafia się istna rozkosz na podniebieniu. Ot, szczęście w nieszczęściu.
Ja jem sera niewiele, zwłaszcza gdy chodzi o żółte, od dziecka tak miałam, czasem zjem plasterek dla spróbowania smaku (każdy ser - z racji, że jest zagrodowy, a nie fabryczny smakuje inaczej), czasem dodam pokrojony w kosteczkę do jakiejś potrawy z patelni, albo zetrę trochę na talerz do zupy cebulowej, czosnkowej lub dyniowej. Jeśli już mam wybierać, to zdecydowanie wolę tradycyjny twarożek i ten jem najczęściej. W postaci kanapkowej, pasty z tym lub owym albo awanturki. Mimo wszystko jednak wolę mieć zapas żółtych i twarogowych serów na zimę, niż go nie mieć. Pierwsze przechowuje się najlepiej w piwnicy, drugie zamrożone w zamrażarce. Gdy kozy przejdą niedługo na mleczną kwarantannę na pewno zacznie czegoś w psychice brakować...

23 listopada 2014

Zimowe pielesze

Wczoraj pośród cichej nocy, gdy śnieg w milczeniu pokrywał podlechickie połacie leśne i wyzbyte lasu, światełko od komputera pomigotało i zgasło kilka razy. Rano okazało się, że nie ma prądu. No, cóż, trudno. Większość czynności domowych mam od prądu niezależnych, więc taki tylko był szkopuł, że nie mogłam rano sprawdzić wiadomości na fejsie, reszta szła zwykłym trybem. Kawa w maszynce na gazie zagotowana (tak, wróciła mi zdolność picia jednej kawy dziennie, ale tylko mielonej z ziaren ręcznie w młynku i parzonej w maszynce), w c.o. napalone i raptem tylko pół godziny dłużej rozgrzewane kaloryfery bez elektrycznego wspomagania funkcjonujące. Zamiast internetu zaczęłam czytać pożyczoną z gminnej biblioteki książkę Stasiuka, a po obiedzie (na pierwsze rosół z gęsi, na drugie kasza gryczana nieprażona z grzybami suszonymi plus wątróbka gęsia z cebulką) rzucałam monety, gadając z księgą I-Cing.
Prąd włączyli po południu, tuż przed zmierzchem, czyli po ponad dwunastu godzinach awarii. Zatem było już czym zapełnić wieczór, po obrządku. Najpierw sprawdzam co się dzieje w Polsce i na świecie, czytając wieści fejsbukowych znajomych, których mam z bardzo różnych, czasem kosmicznie sprzecznych ze sobą parafii i dzięki temu dają mi wgląd w przeróżne światy. Dalekie i bliskie, po sąsiedzku też. Czasem z kimś się wymieni kilka słów, gdy humor dopisuje. Jakiś czas oglądam filmiki i czytam artykuły podsyłane przez ludzi, żeby się dokształcić albo pośmiać. Po czym zagłębiam się w świat sztuki. Ostatnio oglądam polskie filmy, Kolskiego, Kondratiuka, ale bywają też starocie przed i około-wojenne, hollywoodzkie i gwiazdorskie, czasem wciągają mnie koncerty albo klipy muzyczne, Sinead O`Connor czy Marii Peszek, tudzież musicale, jak np. "Katedra Notre-Dame w Paryżu". Bywa również, że trafię na jakiś ciekawy tekst do czytania, jak np. XIX-wieczne opowiadanie Klemensa Junoszy na podlaskie tematy, albo odsłuchuję wywiady z polskimi współczesnymi pisarzami i pisarkami, nadrabiając wieloletnie i wielomiesięczne kulturalne opóźnienia. I tak mi schodzi wieczór, jeden po drugim. Przy strzelającym w piecu ogniu, w ciszy listopadowego śniegu i samotności wiejskiej.
Anna zabawia się niewiele bardziej inaczej. Właściwie nie ma już co robić na dworze, bo resztki nieporżniętego drewna śnieg zasypał, wszystko, co trzeba było dokończyć przed zimą zostało zrobione, i oprócz porannego i popołudniowego obrządku nie ma tam żadnego interesu, zatem lepi z gliny w swoim pokoju różne naczynia i naczyńka, szyje, dzierga, tka i w międzyczasie słucha radia lub ogląda tv. Niekiedy spędza całe popołudnia na zajęciach w GOK-u (tkackich, plecionkarskich, witrażowych , no i ceramicznych). Noce długie, więc bywa, że budzi się w środku ciemności i przy latarce czyta jakieś biblioteczne zdobycze.
- Może byśmy coś zaplanowały na przyszły sezon? - chodzi jej już po głowie.
Ale ja wciąż jestem jesiennie odleciana i naprawdę nie w temacie.

19 listopada 2014

Cisza powyborcza

Wczoraj obudziłam się w zimowej ciszy. Kiedy spadnie śnieg bo, robi się cicho, to szczególny moment w przyrodzie, zauważyliście? Oczywiście był to symboliczny pierwszy śnieg, który zniknął całkowicie, gdy dzień się rozwinął, a pod jego koniec wyjrzało nawet słońce. Zza burych chemicznych chmur.

Taką ciszę mam od jakiegoś czasu w sobie i to ona jest przyczyną rzadziejących wpisów na tym blogu. Zmienia się moja prywatna pora roku, cykl istnienia. Można to astrologicznie wytłumaczyć, ale ten blog nie jest na takie tematy, więc pominę wytłumaczenie. Powiem tyle, że na takie kosmiczne zmiany w horoskopie - i co za tym idzie w życiu - nie ma mocnych. Coś zanika. W zamian jeszcze nic się nie pojawiło poza tym, że to, co zanika zaczęło zmieniać konsystencję z twardej, materialnej na papierową, w końcu wizualną, formalną, wreszcie kiedyś przestanie istnieć, odsunięte w przeszłość. Zrobiwszy miejsce nowemu. Bo jeszcze przecież nigdy nie było tak, żeby coś w zamian się nie pojawiło. Otwieram umysł i serce, czekam. Interesuję się wszystkim, co mi przychodzi do głowy i serca spontanicznie, ale nie przywiązuję się do żadnej nowej ścieżki, pomysłu, wizji. Pewnie kiełek już gdzieś zaczął rosnąć, tylko ja nie umiem go jeszcze zauważyć.
Wraca do mnie rada usłyszana od Alefa Sterna, ASa, aby zrobić z tego bloga książkę. Oczywiście nie byłby to prosty zapis dziennikowy. Materiałów jest o wiele więcej. Nagromadzonych przez dziesięć lat tego mojego życia na Podlachii. Bardzo możliwe, że się za to wezmę i wtedy skrystalizuje się pomysł, idea, osąd, wniosek, refleksja, wiedza i co tam jeszcze... Najszybciej takie rzeczy przychodzą podczas pisania. Idzie zima, taką pracę w wakacje rolnika bardzo lubię. Winko wspomagające natchnienie dojrzewa w gąsiorkach.

A póki co dzisiaj zastał mnie chłodny poranek, zmarznięte liście i powierzchnia gleby na podwórku, trza zacząć wkładać kalesony, wyciągnąć jakiś sweter z szafy. Ubita wczoraj gęś czeka na pieczyste...

10 listopada 2014

Listopadowy relaks

No, i tuż po pełni księżyca skończyła się ciepła susza i pogoda zwilgotniała, choć nadal jest ciepło. Ziemia nasączona przyjemnie, czasem pada solidniej, ale najczęściej delikatnie siąpi lub tylko skrapla się mgła. I tak za mało wilgoci, jak na listopad, moim zdaniem.
Podwórko zostało prawie posprzątane, większość drewna zabezpieczona lub pocięta i ułożona pod daszkiem, jednym, drugim. Układam je teraz na dużej powierzchni ściany nowego kurnika, pod wystającym okapem dachu. Ma wystawę na zachód, sprzyjającą wysychaniu.
Kozy pasą się krócej, przeważnie w lesie lub na okolicznych nieużywanych łąkach, wtedy wraz z wałęsającym się stadem owiec z naszej wioski. Pastwisko już kompletnie wyschło. Na ugorze i w naszej brzezince drzewka i krzewy zostały już tak podgryzione, podcięte lub połamane, że z roku na rok zmienia się wygląd krajobrazu. Co wyższe drzewka uciekają w górę, reszta staje się przejrzysta, z czasem pewnie zaniknie. Taki parkowy obrazek.
Tym samym jest coraz mniej mleka. Niedawno przeszłam na jedno dojenie dziennie. Robię też ostatnie sery, co potrwa jeszcze trochę, miesiąc, półtora, a sery oczywiście zmniejszają objętość.
Kury przestały się nieść zupełnie i wszystkie zmieniają upierzenie. Normalna sprawa o tej porze roku.Gęsi też przystopowały, zatem wielki czas na nie idzie. Wreszcie zaczynam się wysypiać, bo już o 19 ciągnie mnie do łóżka.

30 października 2014

Zimne ciepło

No, więc przemija kilkudniowy okres nocnych mrozów na Podlasiu. Spadały do minus 8 w porywach. Dnie są pogodne, słoneczne, acz proporcjonalne co do temperatury. Dzięki prognozie zdążyłyśmy w przeddzień zakręcić kran zewnętrzny. Przeprosiłam się z c.o. i nawet to polubiłam. Gotuję na piecokuchni o wiele szybciej, niż na kuchni, ciepło w całym domu, Anna może szyć i lepić z gliny w swoim najchłodniejszym pokoju, woda jest gorąca w bojlerze i można się śmiało kąpać w ogrzanej łazience. Młode kozy po pierwszej zimnej nocy były nastroszone i roztrzęsione, ale już nabrały przyzwyczajenia i nie panikują.
Przez te chłodne, ale przecież pogodne dnie Anna zdołała, częściowo ze mną, a częściowo z Jarym wyczyścić oborę z gnoju i wywieźć go naszą furmanką do permakulturowego ogrodu. Wczoraj wpadł Wania ze swoją piłą i ściął starą, nie dającą już owoców gruszę rosnącą na kaczym dołku. Drewno posłuży oczywiście do wędzenia.
Z wolna porządkujemy podwórko z zalegających na nim po budowie kup starych desek i odrzuconych belek. Część zdatnego materiału została starannie ułożona na przekładkach i nakryta starą blachą. Część pocięta na drobne, a reszta czeka na pocięcie i spalenie w piecu. Bo nie ma to jak drewno z rozbiórki do palenia. Tak samo pod płytą, w ścianowym jak i w c.o. Piece szybko się rozgrzewają i oddają ciepło z nawiązką.

Zwierzęta mają się dobrze. Białe gęsi zaczęły się nieść, a ponieważ nie wiemy które to robią, na razie mają wyrok odroczony. Zielononóżki jesiennie wypierzają się, niestety coś wykasowało nam wszystkie młode kurki (oprócz jedynego kuraczka) i stado jest do renowacji na przyszły rok, bo w większości są to nioski już trzy- i czteroletnie. Niesie się głównie biała stara leghornka i jarzębiatka, która jedna przeżyła ze stada tucznych kogutów tegorocznych, właśnie dlatego, że okazała się kurką.
Kubuś okazał się gąską i świetnie się zgrał z balbinami. Niestety obu stad nie daje się połączyć, są ulokowane w osobnych budynkach. Nawet nie dlatego, że białe gęsi tego by nie zechciały (po wykasowaniu najagresywniejszych samców są spokojne i uległe wobec najsilniejszego balbina), ale balbiny są dziksze od hodowlanych i za nic nie dają się wgonić do kurnika. Same wchodzą do swojej zagrody w stodółce o właściwej porze, i tak już zostanie, aż do przyszłorocznej przeprowadzki do nowego budynku. Są dziksze, czyli trzymają się zawsze w dystansie, co dla mnie jest zaletą. Bo już jestem ścigana przez białego gąsiora, gdy stado pojawia się na podwórku przy wodopoju. I nieraz muszę ruszyć biegiem, aby mu umknąć spod dzioba.
Balbiny potrafią także wysoko fruwać, o czym przekonałam się wczoraj na własne oczy. Balbinka pogoniona przez nadgorliwą w zaganianiu zwierzyny Paszę uciekając wzbiła się w powietrze jak prawdziwa dzika gęś i przefrunęła na drogę przez płot wysoko nad nim. Wylądowała w sadzie bez uszczerbku. Po czym drąc dzioba na pół wioski przymaszerowała okrężną drogą, aby połączyć się ze stadkiem.

21 października 2014

Letnie pląsania

Na osłodę mojego braku natchnienia do pisania na blogu, daję link do filmiku, który fajnie pokazuje atmosferę panującą na czeremszańskim festiwalu. Nagranie z tego roku 2014.

https://www.youtube.com/watch?v=Qd3sXFpYrSY&feature=youtu.be

Rolę całkiem niemałą gra w nim niespodziewanie nasz Jary Smok! uch, cały w pląsach.

4 października 2014

Blues & rok

Znikają z obejścia zwierzaki. Najpierw znikła Pikolinka, która utopiła się w pojemniku na wodę deszczową (opłakałam ją najprawdziwszymi łzami, za co odwdzięczyła mi się na drugi dzień rano, wskakując mi jak zawsze na ramię przy szykowaniu porannej karmy, takie było pożegnanie), potem jeden z muszkieterów, wczoraj druga muszkieterka (jedyna kureczka z tegorocznych piskląt). Coś te malce szatkuje w lesie opodal podczas żerowania, i to pewnikiem znany już dobrze krogulec, polujący na mniejsze, młode ptaszki.
Odlatują też do nieba z wolna białe gęsi. Dzisiaj poszedł na pieniek drugi (zapasowy) kogut, będzie rosół. Na coraz zimniejszą porę (zwłaszcza w nocy i o poranku) będzie w sam raz.
Swoją drogą wczoraj i przedwczoraj leciały klucze dzikich gęsi wprost na Górę, czyli na zachód, co według starego Mikołaja wróży jeszcze ocieplenie, bo gęsi nie odlatują na Ukrainę, tylko nad Wisłę, aby tam jeszcze przed zimą pobuszować w Polsce.
No, a potem, przy sobocie po robocie znalazłam się na koncercie w naszym domu kultury. Grała "Kasa Chorych", przy wtórze wiwatów gromadki fanów spod miejscowego sklepu z piwem i innych, przeważnie z mojego pokolenia. Grała fajnie, choć przyznaję, że jakąś ogromną miłośniczką bluesa nigdy nie byłam. Jednak przypomniały mi się lata 80-te, gdy jeździło się stopem na różne koncerty, typu Rawa Blues, na Śląsk, do Łodzi czy do Warszawy, na których grywał i ten zespół.

3 października 2014

Dwa w jednym

Ekipa kończy robotę. Powstają ostatnie, czwarte drzwi w budynku, który dla jakiegoś porządku zgodziłyśmy się wspólnie nazywać Kurnikiem. W obejściu jest już stodółka, obora, lamus, garaż, spichlerz, zatem czas na kurnik. Tak naprawdę jednak są to dwa budynki w jednym, łącznie mające długość 14 metrów.
Przywieziony budynek był jednolity i dłuższy, 17-metrowy. W urzędzie jednak poradzono nam zgłosić dwa budynki, aby nie przekraczać dozwolonej powierzchni bez projektu. Rolnik może w ten sposób postawić u siebie dowolną ilość budynków, szopek, komórek na rok.
Powstały zatem dwa osobne budynki, w jednej linii, odsunięte od siebie o 80 cm i mające jeden sufit i dach. Zadaszona przerwa między nimi będzie służyć za drewutnię. W każdym są po dwa pomieszczenia i tylko w jednym z nich będzie kurnik. Wykończenie go, uszczelnienie, zrobienie przegród, grzęd, gniazd i odstawników dla wysiadujących kwok pozostaje już wykonać na wiosnę. Drób przezimuje jeszcze w starym miejscu. Obok kurnika ma być paszarnia, czyli pomieszczenie na siano lub słomę. Podobnie wysokie poddasze ma służyć za skład siana. Wciąż się ono nie mieści tylko na strychach stodółki i obory. Mamy jeszcze zeszłoroczny zapas schowany w stodole znajomego ze wsi.
Pozostają zatem do zagospodarowania dwa pomieszczenia w drugim budynku, jedno ze stylowym oknem, które zostało zamówione specjalnie u stolarza. Być może powstanie w jednym jakaś pracownia, to ustali się w praniu.
Na razie jednak pracy przy budowie jeszcze nie koniec. Trzeba zrobić dwie ściany działowe i ułożyć z desek sufit. To już częściowo w naszych, a częściowo w innego majstra rękach będzie.

28 września 2014

Koniec sezonu

W czasie nowiu pogoda, w zgodzie z prawem niebiańskim załamała się i zrobiło się chłodno, wręcz zimno. Przez kilka dni obficie padało. Teraz znów uspokoiła się, choć rano mgła osiada na ziemi drobnymi kroplami dżdżu, imitującymi siąpiący deszczyk. No, i noce wciąż są chłodne. W każdym razie Anka Warszawianka już narzeka, ja tylko wciągam katankę, gdy wychodzę z domu na dwór.
Stary Mikołaj, obserwujący świat w pogodne dni ze swej ławeczki przed domem, stwierdził dzisiaj, że tego roku żurawie wcześniej odleciały, a to zapowiada wczesny atak zimy.
Myślę, że zdążymy mimo wszystko z zakończeniem budowy, przynajmniej najważniejszych elementów (dach, sufit, okna, drzwi, ściany działowe i wylewka). Drewno na zimę już dawno pocięte i składowane, nabiera suchej mocy.
A mnie się już marzy koniec sezonu. Uch, po prostu jestem zmęczona.
Jabłka spadają w coraz to mniejszej ilości. Robię jeszcze soki, gromadząc je w ostatnich posiadanych butelkach, nastawiam jabłkowo-aroniowe napojki, wczoraj powstał dżem jabłkowo-śliwkowy (ostatnie śliwki z naszej jedynej śliwy na niego poszły), suszymy sukcesywnie jabłka na kuchni w chatce dziadka i w piecu chlebowym, co rusz powstają jakieś racuchy z jabłkami albo szarlotka. Resztki oraz zgniłe spady zjadają gęsi i kozy. Niezjedzone lądują na kompoście. Nic się nie ma prawa zmarnować.
Kozy wciąż są w dobrej formie mlecznej, ale już się zaczynają nudzić na pastwisku. Snują się bez celu, uciekają z zagrody w sadzie na wioskę, albo na Górę, wracają do obory wcześnie same i już o 16 warują grzecznie w swoich boksach.
Jasiek jakiś czas temu nie wrócił do domu. Zginął bez wieści. Gdzieś na wiosce, gdzie zawsze chodził, w pogoni za kocicami. Może padł w zębach wioskowych psów, może wpadł pod samochód, nie wiem. Żal. To było jedyne żywe wspomnienie po mojej ukochanej kici-Czarnej Dzikiej i Łatku, który też tak przepadł bez wieści któregoś dnia.
Zaś Kicia-Czarna i Klusek spędzają większość zimnych już nocy w domowych pieleszach. Klusek nad moją głową, Kicia w nogach. Przed świtem miauczą pod drzwiami, aby je wypuścić, więc obowiązkowo się budzę. A potem zasypiam i głowę mam pełną dziwnych snów. Nie, nie mają nic wspólnego z polityką.

20 września 2014

Wykańczanie

Trwa pogodna i sucha jesień.
Najpierw były wyjazdy, do powiatowych miast okolicznych, w sprawach urzędowych i samochodowych. Przy okazji trochę wyjrzałam na świat, który przez większość roku spędzam "w domu i zagrodzie". Głównie komunikując się ze zwierzyną, od większego dzwonu z sąsiadami, a od największego z gośćmi i znajomymi. Droga do Hajnówki, budowana chyba ze dwa lata, wreszcie jest na ukończeniu i można już nią śmigać, choć uroczyste otwarcie trasy będzie w październiku. Robione są ostatnie pucowania, plantowanie hałd, malowanie. Przyjemnie się teraz jedzie, szeroką dwupasmówką, z trasą rowerową obok, biegnącą do samej Hajnówki. Wreszcie jakiś standard, bo stara droga była za wąska, powybijana i w zimie groziła wypadkami przy wymijaniu się. Nie mówiąc o rowerzystach zawsze o zmierzchu bez odblasków i świateł jeżdżących, a często po podlechicku pijanych.
Poza tym w ogrodzie powstają wzniesione grządki, buduje je Ania z Jarym. Pójdą pod truskawki i czosnek.
No, i zjawiła się ekipa i zaczął się etap drugi budowy. Dzisiaj stanęły wszystkie krokwie.
Poza tym trwa codzienne suszenie w piecu chlebowym antonówek, bo zaczęły sypać. Oprócz sera robię też zawsze sok w sokowniku (wychodzi jakieś 2,5 litra), od czasu do czasu dżem, powstało kilkadziesiąt słoiczków keczupu, no, i nastawiam napojkę w 5-litrowych baniaczkach. Trzeba było też rozlać do butelek zalegające wciąż w największym gąsiorze wino z mniszka, poszło do piwnicy. Dla mnie jest jeszcze za słodkie. W zamian powstanie kolejne, z jabłek oczywiście z dodatkami innych jesiennych owoców, jarzębiny, aronii, winogron. Tak w ogóle to już 3/4 miejsca na półkach w ziemiance jest zapełnione przetworami różnego rodzaju. Butelki na sok, wino i ocet są na wykończeniu, skończyły się też słoiki i trzeba było dokupić. Cydr ma być rozlany do butelek po piwie i zakapslowany.
Czeka tona ziemniaków do przebrania, pozostawionych w garażu w tym celu, a potem trzeba je jeszcze wtaszczyć w workach do ziemianki.
Jednym słowem, na brak nudy nie narzekam.
Kozy z wolna wchodzą w ruję.

14 września 2014

Niedziela na wsi

Co się robi w niedzielę na wsi?
Ano najpierw obrządek i karmienie wszelkiej zwierzyny, od kotów , psów poczynając, na sobie kończąc. Potem chwila na internet, dosłownie półgodzinne zerknięcie. Ale bywa i tak, jak dzisiaj, że łącze pada i nie ma co zaglądać. Chyba, że pisze się własną książkę i łącze niepotrzebne. Po tej chwili (przy okazji jakaś kawa, czy ziółka zostają wypite) trzeba ruszyć do koniecznej pracy. Wyzbierać świeżo spadłe w sadzie jabłka i obrać je do sokownika, na dżem, na ocet lub na susz. Przejść się do lasu po chrust do kuchni. Przygotować obiad, nastawić ser na twaróg na płycie. I podpalić pod nią ogień. Po czym cierpliwie dokładać. Przejść się do ziemianki, zanieść tam zrobione wczoraj przetwory i przynieść naczynia na kolejne. Wymyć je i wyparzyć odpowiednio. Ugotować obiad, zjeść go. Obrać przyniesione z lasu grzyby, napalić pod drugą płytą kuchenną w chatce dziadka i przygotować rozpałkę w chlebówce. Zaczynić ciasto na chleb, na pizzę i utrzeć ziemniaki na babkę ziemniaczaną. Napalić w chlebowym, potem z niego wygarnąć. Wsadzić chleb, pizzę i babkę, upiec je, a potem wsunąć do pieca brytfanki z pokrojonymi jabłkami na susz oraz siatkę z grzybami do suszenia.
Przyjąć niezapowiedzianą wizytę jakiegoś starszego człowieka, któremu zachciało się pogadać.
Zlać sok z sokownika, zebrać twaróg do rożka i zawiesić do odcieknięcia, utłuc ugotowane obierki kartoflane dla drobiu. Wyjąć chleb i pizzę z pieca. Także babkę. Zjeść, popić.
Na przykład siedząc na dworze pod chatką w towarzystwie stada białych gęsi, zajadle syczących na psy, które się ich boją jak zarazy. Czyli jeszcze jedząc chronić psy przed atakiem dziobatych. I oganiać się od ostatnich much, a czasem skuszonych zapachem pigwówki pszczółek.
- To nasze? - pytam.
- Tak jakby...
Po chwilce wypoczynku i pogwarek z gęsiami oraz wypiciu pewnej dawki rozluźniającej nalewki trzeba wracać do pracy. Słońce się chyli. Gęsi przebierają nogami, kozy ryczą na pastwisku.
Szykuję kolejny obrządek. Zaczynając od gęsi, balbinek, potem kur, indyków i perliczek, następnie kozy, aż do psów i kotów. Zlewam mleko, zmywam naczynia.
Na kolację rzadko mam ochotę. Jeśli już, to sięgam po jakąś sałatkę pomidorowo-czosnkową. Wolę szklaneczkę domowego winka, np. z dzikiego bzu.
I klap! u komputera. Mejle, FB, jakiś film z jutuba albo online. Umyć się i spać.
Jutro będzie to samo, a nawet więcej!

6 września 2014

Karma karmiczna

Dnie pełne pracy. Pociesza mnie fakt, że to już bliżej, niż dalej do zimy, czyli czasu rolniczych wakacji.
Pszczoły zostały nakarmione po raz ostatni przed zimą, niedługo po ich ustawieniu w ogrodzie. Po raz pierwszy przez Anię. Ubraną stosownie w kapelusz, rękawice i szczelne ciuchy, z odymiaczem w ręku. Tuż przed wieczorem, aby spokojniejsze były. Żadna jej nie użądliła i przywitały ją przyjaźnie oba roje. Gdzie się tego nauczyła? spytacie. W internecie, na filmikach z jutuba, w przeddzień starannie obejrzanych.

Sezon jabłkowy rozkręca się w naszym sadzie i jest bliski pełni. Co rano Anna zbiera w nim kilka skrzynek jabłek, zanim wpuści tam kozy, które zjadają z zapałem odpadowe resztki i przeszukują trawę cały poranek w poszukiwaniu nadgniłych okazów, które łatwo się gryzą i są słodkie.
Obdarowujemy jabłkami kogo się da ze znajomych i chętnie zamieniamy na inne dobroci. Nina wpadła sobie nazbierać i przywiozła pyszny keczup własnej roboty. Dała przepis, składniki mam w zasięgu ręki, więc jutro do roboty. Ktoś dał dorodne cukinie, inny skrzyneczkę malin. Powędrowały do kilkulitrowego słoja na sok rozgrzewający, a z reszty, która się nie zmieściła usmażyłam pyszny dżem jabłkowo-malinowy. Jabłka świetnie przyjmują inne smaki, tak w winie, jak w innych przetworach. Robię więc dżemy jabłkowo-śliwkowe, jabłkowo-różane i jabłkowo-aroniowe, sok jabłkowo-czeremchowy, idzie też czas na jarzębinę. Cydru chodzi już ze 30 litrów, szykujemy większy gąsior 20-litrowy, bo pierwsze próby wykazują, że jest bardzo smaczny. Octu jest z 10 litrów nastawionych, ale to nic. Nastawiamy beczkę. Jest gdzie go przechowywać, w przyszłym roku drzewa będą odpoczywały, zatem zapas musi być większy, poza tym im dłużej ocet stoi, tym lepszy, więc straty nie będzie.
Antonówki jeszcze się nie zaczęły. A z nich najsmaczniejsze są soki, susz i wino, zatem największa praca dopiero przede mną. Także na suszu daje się nastawić wino i jest pyszne, gdy podojrzewa przez co najmniej rok. Osobiście nie cierpię smaku jabcoka, więc wiem co mówię. To jest jeden ze sposobów na uniknięcie jabolowego kwachu w gębie.

Co do budowy, to została ukończona w fazie pierwszej, czyli stanęły ściany zewnętrzne po belki stropowe. Brakuje jeszcze wylewki, ścian wewnętrznych i wprawienia okien i drzwi (to będzie faza trzecia). Do dachu ma być inna ekipa.