20 września 2014

Wykańczanie

Trwa pogodna i sucha jesień.
Najpierw były wyjazdy, do powiatowych miast okolicznych, w sprawach urzędowych i samochodowych. Przy okazji trochę wyjrzałam na świat, który przez większość roku spędzam "w domu i zagrodzie". Głównie komunikując się ze zwierzyną, od większego dzwonu z sąsiadami, a od największego z gośćmi i znajomymi. Droga do Hajnówki, budowana chyba ze dwa lata, wreszcie jest na ukończeniu i można już nią śmigać, choć uroczyste otwarcie trasy będzie w październiku. Robione są ostatnie pucowania, plantowanie hałd, malowanie. Przyjemnie się teraz jedzie, szeroką dwupasmówką, z trasą rowerową obok, biegnącą do samej Hajnówki. Wreszcie jakiś standard, bo stara droga była za wąska, powybijana i w zimie groziła wypadkami przy wymijaniu się. Nie mówiąc o rowerzystach zawsze o zmierzchu bez odblasków i świateł jeżdżących, a często po podlechicku pijanych.
Poza tym w ogrodzie powstają wzniesione grządki, buduje je Ania z Jarym. Pójdą pod truskawki i czosnek.
No, i zjawiła się ekipa i zaczął się etap drugi budowy. Dzisiaj stanęły wszystkie krokwie.
Poza tym trwa codzienne suszenie w piecu chlebowym antonówek, bo zaczęły sypać. Oprócz sera robię też zawsze sok w sokowniku (wychodzi jakieś 2,5 litra), od czasu do czasu dżem, powstało kilkadziesiąt słoiczków keczupu, no, i nastawiam napojkę w 5-litrowych baniaczkach. Trzeba było też rozlać do butelek zalegające wciąż w największym gąsiorze wino z mniszka, poszło do piwnicy. Dla mnie jest jeszcze za słodkie. W zamian powstanie kolejne, z jabłek oczywiście z dodatkami innych jesiennych owoców, jarzębiny, aronii, winogron. Tak w ogóle to już 3/4 miejsca na półkach w ziemiance jest zapełnione przetworami różnego rodzaju. Butelki na sok, wino i ocet są na wykończeniu, skończyły się też słoiki i trzeba było dokupić. Cydr ma być rozlany do butelek po piwie i zakapslowany.
Czeka tona ziemniaków do przebrania, pozostawionych w garażu w tym celu, a potem trzeba je jeszcze wtaszczyć w workach do ziemianki.
Jednym słowem, na brak nudy nie narzekam.
Kozy z wolna wchodzą w ruję.

14 września 2014

Niedziela na wsi

Co się robi w niedzielę na wsi?
Ano najpierw obrządek i karmienie wszelkiej zwierzyny, od kotów , psów poczynając, na sobie kończąc. Potem chwila na internet, dosłownie półgodzinne zerknięcie. Ale bywa i tak, jak dzisiaj, że łącze pada i nie ma co zaglądać. Chyba, że pisze się własną książkę i łącze niepotrzebne. Po tej chwili (przy okazji jakaś kawa, czy ziółka zostają wypite) trzeba ruszyć do koniecznej pracy. Wyzbierać świeżo spadłe w sadzie jabłka i obrać je do sokownika, na dżem, na ocet lub na susz. Przejść się do lasu po chrust do kuchni. Przygotować obiad, nastawić ser na twaróg na płycie. I podpalić pod nią ogień. Po czym cierpliwie dokładać. Przejść się do ziemianki, zanieść tam zrobione wczoraj przetwory i przynieść naczynia na kolejne. Wymyć je i wyparzyć odpowiednio. Ugotować obiad, zjeść go. Obrać przyniesione z lasu grzyby, napalić pod drugą płytą kuchenną w chatce dziadka i przygotować rozpałkę w chlebówce. Zaczynić ciasto na chleb, na pizzę i utrzeć ziemniaki na babkę ziemniaczaną. Napalić w chlebowym, potem z niego wygarnąć. Wsadzić chleb, pizzę i babkę, upiec je, a potem wsunąć do pieca brytfanki z pokrojonymi jabłkami na susz oraz siatkę z grzybami do suszenia.
Przyjąć niezapowiedzianą wizytę jakiegoś starszego człowieka, któremu zachciało się pogadać.
Zlać sok z sokownika, zebrać twaróg do rożka i zawiesić do odcieknięcia, utłuc ugotowane obierki kartoflane dla drobiu. Wyjąć chleb i pizzę z pieca. Także babkę. Zjeść, popić.
Na przykład siedząc na dworze pod chatką w towarzystwie stada białych gęsi, zajadle syczących na psy, które się ich boją jak zarazy. Czyli jeszcze jedząc chronić psy przed atakiem dziobatych. I oganiać się od ostatnich much, a czasem skuszonych zapachem pigwówki pszczółek.
- To nasze? - pytam.
- Tak jakby...
Po chwilce wypoczynku i pogwarek z gęsiami oraz wypiciu pewnej dawki rozluźniającej nalewki trzeba wracać do pracy. Słońce się chyli. Gęsi przebierają nogami, kozy ryczą na pastwisku.
Szykuję kolejny obrządek. Zaczynając od gęsi, balbinek, potem kur, indyków i perliczek, następnie kozy, aż do psów i kotów. Zlewam mleko, zmywam naczynia.
Na kolację rzadko mam ochotę. Jeśli już, to sięgam po jakąś sałatkę pomidorowo-czosnkową. Wolę szklaneczkę domowego winka, np. z dzikiego bzu.
I klap! u komputera. Mejle, FB, jakiś film z jutuba albo online. Umyć się i spać.
Jutro będzie to samo, a nawet więcej!

6 września 2014

Karma karmiczna

Dnie pełne pracy. Pociesza mnie fakt, że to już bliżej, niż dalej do zimy, czyli czasu rolniczych wakacji.
Pszczoły zostały nakarmione po raz ostatni przed zimą, niedługo po ich ustawieniu w ogrodzie. Po raz pierwszy przez Anię. Ubraną stosownie w kapelusz, rękawice i szczelne ciuchy, z odymiaczem w ręku. Tuż przed wieczorem, aby spokojniejsze były. Żadna jej nie użądliła i przywitały ją przyjaźnie oba roje. Gdzie się tego nauczyła? spytacie. W internecie, na filmikach z jutuba, w przeddzień starannie obejrzanych.

Sezon jabłkowy rozkręca się w naszym sadzie i jest bliski pełni. Co rano Anna zbiera w nim kilka skrzynek jabłek, zanim wpuści tam kozy, które zjadają z zapałem odpadowe resztki i przeszukują trawę cały poranek w poszukiwaniu nadgniłych okazów, które łatwo się gryzą i są słodkie.
Obdarowujemy jabłkami kogo się da ze znajomych i chętnie zamieniamy na inne dobroci. Nina wpadła sobie nazbierać i przywiozła pyszny keczup własnej roboty. Dała przepis, składniki mam w zasięgu ręki, więc jutro do roboty. Ktoś dał dorodne cukinie, inny skrzyneczkę malin. Powędrowały do kilkulitrowego słoja na sok rozgrzewający, a z reszty, która się nie zmieściła usmażyłam pyszny dżem jabłkowo-malinowy. Jabłka świetnie przyjmują inne smaki, tak w winie, jak w innych przetworach. Robię więc dżemy jabłkowo-śliwkowe, jabłkowo-różane i jabłkowo-aroniowe, sok jabłkowo-czeremchowy, idzie też czas na jarzębinę. Cydru chodzi już ze 30 litrów, szykujemy większy gąsior 20-litrowy, bo pierwsze próby wykazują, że jest bardzo smaczny. Octu jest z 10 litrów nastawionych, ale to nic. Nastawiamy beczkę. Jest gdzie go przechowywać, w przyszłym roku drzewa będą odpoczywały, zatem zapas musi być większy, poza tym im dłużej ocet stoi, tym lepszy, więc straty nie będzie.
Antonówki jeszcze się nie zaczęły. A z nich najsmaczniejsze są soki, susz i wino, zatem największa praca dopiero przede mną. Także na suszu daje się nastawić wino i jest pyszne, gdy podojrzewa przez co najmniej rok. Osobiście nie cierpię smaku jabcoka, więc wiem co mówię. To jest jeden ze sposobów na uniknięcie jabolowego kwachu w gębie.

Co do budowy, to została ukończona w fazie pierwszej, czyli stanęły ściany zewnętrzne po belki stropowe. Brakuje jeszcze wylewki, ścian wewnętrznych i wprawienia okien i drzwi (to będzie faza trzecia). Do dachu ma być inna ekipa.

30 sierpnia 2014

Doroczna obfitość

Nasz ogródeczek przydomowy dał jak zawsze niewielki plon. Winą jest drób, urzędujący w nim notorycznie, który rozkopuje posiane grządki w poszukiwaniu dżdżownic i robaczków, a przy okazji nasionek i kiełków. Drugi ogród, w zamiarze permakulturowy, a oddalony na tyle od obejścia, że kury tam rzadko trafiają, na razie jest w powijakach. Rośnie na nim plantacyjka posadzonych w tym roku czarnych porzeczek (które przyjęły się wszystkie) i spora grządka kartofli (dziki się nie wdarły, dzięki zabezpieczonemu żerdziami zagrodzeniu). No, i stanęły dwa ule. Reszta to jeszcze niezagospodarowana dzicz, z którą niedługo będziemy walczyć, bo idzie pora jesiennych nasadzeń. Na razie Ania pracowicie wykosiła podkaszarką spalinową trawsko, które obrosło całą połać.
Tym niemniej ów mały plon zawsze starannie zagospodarowujemy i zawsze jesienią daje dużo przyjemności. Buraczki wszystkie poszły na sałatkę i wylądowały w słoikach. Ogórki zostały zjedzone jako małosolne (co do zapasu kiszonych zasiliła nas kilkoma kilogramami swoich gruntowych Mikołajowa). Pomidory dały trochę soku pomidorowego (vel "koncentratu") na zimę, trochę sałatek i na razie zielenią się na krzakach, schłodzone brakiem pogody. Lubię je zjadać w formie smażonej, bez panierki, do porannego sadzonego jajka od zielonej nóżki. Lubię ich kwaskowaty smak.
Dzisiaj Anna zerwała wszystkie pozostałe cukinie i przyniosła jedną sporą dynię, napoczętą przedwcześnie przez kozy. Co z tym zrobić? Ano zaczął się sezon na leczo. Robię z niego zapasy w zamrażarce. Zimą zjedzenie takiej warzywnej potrawy, w której duża część składu jest własnego chowu, to coś wspaniałego.

A propos dżdżownic, to zauważam od jakiegoś czasu nasilenie ich obecności na naszej wydmie, w rejonie pod oborą, gdzie zalega wciąż czysty lity piasek. Piasek okala także chatę, do czego przyczyniły się rozkopy budowlane, które zniszczyły cieniutką warstwę humusu. Jest do tego stopnia piaszczysty, że wizytujące nas czasem małe dzieci z zapałem bawią się w nim, jak w piaskownicy, stawiają babki, kopią dołki łopatką, podobnie zresztą jak Pasza, tylko ta robi to własnymi pazurkami. Widok dżdżownic po deszczu i pozostawianych przez nie śladów bardzo mnie cieszy. Mają widocznie dość stałego pokarmu dzięki zwierzętom, że nie lękają się zasuszenia i śmierci głodowej na tej naszej jałowiźnie. W takim razie mogę chyba mieć nadzieję, że obejrzę jeszcze przed śmiercią nasze obejście całe pokryte zieloną darnią. Bo dżdżownice bez wątpienia pracują nad glebą. Ponadto najwyraźniej świetnie się mają i mnożą (a wcale nie są amerykańskie tylko nasze, swojskie), nawet w pobliżu kurnika!

Poza tym mnożymy cydr, już pijalny, choć jeszcze niezbyt mocny, niedługo stawiam wino jabłkowo-czermchowo-aroniowe. I czekamy na łaskawość antonówki, która wciąż dojrzewa. Co prawda wieść jest taka, że nie będzie w tym roku skupu jabłek. Cena oferowana przez przetwórnię, 10 gr za kilogram jest za mała, aby opłaciło się to właścicielom skupów. No, ale trudno. Jakoś sobie poradzimy, jak nie my i nasi znajomi, to nasze kozy i gęsi, z zapałem żerujące na spadach. Trzeba zwiększyć moce przerobowe i robić zapasy w różnych formach. Ciekłych, gęstych, suchych i mniej gęstych, a nawet uduchowionych.

27 sierpnia 2014

Dodawanie

Trochę popadało, oziębiło się, ale nadal chadzam bez skarpetek i na boso, gdzie się da. Budowa posuwa się w tempie ślimaczym. Jutro znowu wielikoje świato, czyli przerwa. Tuż przed zakończeniem pierwszego etapu.
Kubuś został szczęśliwie dodany do balbinek, wraz z Pikolinką. Szybko się z nimi zespolił i zjednoczył i już za mną nie biega uporczywie na podwórku, jak to było pierwszego dnia. Pikolinka także, choć sypia tam gdzie balbiny, to w dzień przyznaje się już bardziej do trzech muszkieterów, czyli trójki wcześniejszych kurczaków, wysiedzianych przez białą kurę.
Popróbowałam pierwszego cydru. Jeszcze słabizna, jabłka wszak pierwsze, czyli kwaśne, dodałam cukru, nastawiłam matkę drożdżową, żeby podpędzić proces, bo na skórce jabłkowej jakoś ruszyło tylko symbolicznie. No, ale smakowity! Wypiłam dwie szklaneczki, które napełniły mnie radością i poczuciem spełnienia. I wzmogłam obieranie kolejnych jabłek na sok do kolejnych gąsiorków. Taa, ma to sens.

22 sierpnia 2014

Letnie obrazki

Jabłoń z naszego sadu, pełna tegorocznego dobra. Antonówka, jedna z kilku. Jeszcze czekamy na dojrzałe owoce.


Rosnący Kubuś w ogródeczku, w tle jego przyboczna, zielona nóżka Pikolinka. Oboje stanowią nierozłączna parę. 


I balbiny, wcale już nie najnowsze mieszkanki gospodarstwa. Przy ich udziale przybyło nowych głosów w obejściu. Gdyż nieco inaczej krzyczą, niż gęsi białe. Ich głos przypomina bardziej kwakanie dzikiej kaczki, albo nieudolne próby śpiewu misia Koralgola, gdy połknął gwizdek. 


Najnowszymi mieszkankami są bowiem... pszczoły. Które zjechały przedwczoraj rano i zostały ustawione w swoich ulach w zaplanowanym miejscu, w przyszłym permakulturowym ogrodzie. Dzień był wtedy ciepły i słoneczny, więc od razu przystąpiły do oblotów otoczenia. W całkowitym pobliżu mają teraz kwitnący wrzos.

19 sierpnia 2014

Stwory, twory i przetwory

Pogoda siadła i dobrze, upały się skończyły, mogłam wrócić do robienia serów podpuszczkowych (które nie wychodzą, gdy temperatura na zewnątrz przekracza 25 stopni). Kilka nieudanych prób przekonało mnie o tej zasadzie, sery rosły w oczach, pełne oczek takich i owakich, mimo zachowywania wszelkich zasad higieny. Na szczęście trafili się letnicy chętni jeść twarogi i pić mleko, więc straty dużej nie było. Teraz nadrabiam stracony okres, aby zrobić zapas żółtych serów na jesień i zimę.
Poza tym sadowe nadmiary też już dają w kość. A to dopiero pierwsze spady, większość jabłoni dopiero dochodzi do dojrzałości owoców, które w większości wiszą jeszcze na drzewach. Codziennie muszę zanieść do ziemianki kolejne, wyprodukowane przetwory. Nie spieszę się, nie pędzę, nie dramatyzuję. Ot, pięć-sześć słoiczków dżemu, albo 2,5 litra soku, albo baniaczek świeżego soku ukręconego w sokowirówce na cydr, lub butla z nastawem octowym. Jeśli tylko codziennie coś z tego powstaje, to do końca jesieni będzie wszystkiego w bród (niektóre zapasy mają nam starczyć na dwa lata, bo co tyle owocuje nasz stary sad).
Dwa lata temu zrobiłyśmy 15 litrów octu, który właśnie się skończył. Używałam go do wszystkiego, mycia, sałatek i przetworów i muszę stwierdzić, że jego moc tylko z czasem wzrastała w pozytywnym sensie, a smak był wyśmienity. W każdym razie wszelkie octy sklepowe, nawet jabłkowe szkodziły mojej wątrobie, po naszym nie czułam żadnych skutków ubocznych. Zatem teraz trzeba zrobić więcej, tyle wiem.
Anna specjalizuje się w sałatkach warzywnych, i sekunduje mi w wytwarzaniu. Trwają zbiory pomidorów w folii. Część już poszła na sok pomidorowy (bo trudno go nazwać koncentratem), który zużywam zimą do zupy pomidorowej na rosole, albo wypijam duszkiem z odrobiną soli. Dar od sąsiadów, torbę ogórków gruntowych też trzeba było zagospodarować. Idzie czas buraczków, naszych i dyni. Pierwsze leczo na naszych cukiniach trafiło już do zamrażarki.

Poza tym znów była strata i zysk. Zamieniłyśmy się ze znanym nam już hodowcą spod Bielska na indyki, on wziął dwa nasze, czarnej rasy, my dostałyśmy za nie dwa z rasy czerwonej. Niestety, reszta naszych indycząt nie zważała na żadne zakazy i perswazje, zabrnęła w łąki za daleko, gdzie dopadły je drapieżniki. Tylko jeden z piątki wrócił następnego dnia w południe do domu i matki.
Poza tym Anna dokupiła naszemu Kubie, który rozwija się znakomicie i jest już prawie cały opierzony, dwie młode siodłate gęsi. Nie są to pełnej krwi kubanki, bo i zresztą, jak nam nasz hodowca wyłożył, także i Kuba wcale w pełni kubański nie jest. To krzyżówki z białą gęsią hodowlaną, co można poznać po jasnych nogach i częściowo jasnym dziobie. Zaletą krzyżówek jest jednak to, że znoszą o wiele większe jaja, niż inne gęsi. Ich mięso jest mniej tłuste i bardzo smaczne.
Balbinki, jak je nazwałam (choć to podobno parka, samiec i samica) adaptują się właśnie do stada białych gęsi i drepczą za nimi z pokorą, choć śpią jeszcze osobno, w miejscu, które zwolniły tuczone koguty, przechodząc w inny stan skupienia i w ręce klienta.

No, a budowa wciąż trwa. Nie chce mi się o tym szczegółowo opowiadać, bo to nic nowego... Coś co miało trwać trzy dni właśnie trwa już miesiąc i końca nie widać pierwszego etapu, czyli postawienia ścian i sufitu. Ot, efekty podlaskiej maniany.

2 sierpnia 2014

Skwarne zajęcia

Upał doskwiera. Każdorazowe wyjście na dwór to akt bohaterski. Zwierzyna pochowała się gdzie mogła przed słońcem,w obejściu panuje bezruch i cisza. Nie palę pod płytą, tylko robię co potrzeba na kuchence gazowej, aby nie dodawać w mieszkaniu temperatury. I tak wewnątrz, przy otwartych na poddaszu oknach i kilku zasłoniętych żaluzjami od słonecznej strony na dole, udaje się zachować 24-25 stopni.
Powstają przetwory, także z ostatnich jagód, które kupiłyśmy od młodszej siostry Jarego, wielkiej zbieraczki. Sprzedaje po kosztach skupu, a że skup już przestał skupować jagody, bo sezon na nie się skończył, to po ostatniej cenie skupowej, tj. 10 zł za kilogram. Robię z nich dżemy jagodowe, będzie jakieś 7-8 słoiczków, a resztę na surowo żeśmy zeżarły ze śmietaną i cukrem. Zresztą nie pierwszy raz w tym roku taka uczta jagodowa. A raczej kuracja. Bo w sumie zaliczyłam kilka kilogramów jako leczniczy coroczny przysmak, nie robiąc żadnych przetworów.
Nastawiłam także pierwszy baniaczek cydru oraz octu (na wytłokach jabłkowych zmieszanych z wodą).
Obierki zjadają ze smakiem gęsi i kozy, kury także nimi nie gardzą.

Budowa stanęła. Majster pracuje, a poza tym nie może znaleźć chętnych do pomocy. Wszyscy odmawiają, bo "za gorąco". Jak majster ma wolne to wypada akurat wielikoje świato (np. Eliasza), albo żniwa albo inne metafizyczne przeszkody i tak się wlecze. Maniana.

30 lipca 2014

Jabłeczne doświadczenie

Zaczyna się z wolna sezon na jabłka. Codziennie obieram wanienkę papierówek i spadów z innych jabłoni i wrzucam do gara, albo sokownika. Powstają pierwsze jabłkowe dżemy i musy do szarlotek, dziś po raz pierwszy sokownik dał 2 litry soku (papierówki nie są zbyt soczyste same z siebie, a do tego ostatnie upały nieco już wpłynęły na owoce). Tak będzie przez co najmniej dwa miesiące. Dojdzie zbieranie jabłek, gdy zaczną się sypać i odwożenie do skupu. W planie jest jeszcze susz, cydr, ocet i oczywiście wina, które po dłuższym przechowywaniu (co najmniej półtora roku i więcej) stają się pijalne i nie trącą już "jabcokiem".
Mamy już doświadczenie z lat ubiegłych co do ilości potrzebnej nam dwu i czasem gościom do spożycia na 2 lata, dżemy jabłkowe z ubiegłego roku teraz są na wykończeniu, ale przecież są nadal, soki dopiero niedawno wyszły wszystkie po dwóch latach od ich zrobienia (jakościowo były bez zarzutu, przechowały się bezbłędnie w ziemiance). Winko też już się skończyło (przy czym nie tylko z samych jabłek, ale i dosmaczane innymi owocami). Cydr starczył tylko na samą jesień, a bo jego pije się najlepiej jako sok musujący w upały letnio-wczesnojesienne. Octu mam jeszcze kilka litrów, a używam go też do mycia, nie tylko kulinarnie. Przez dwa lata zwiększył jedynie moc.

24 lipca 2014

Wokół festiwalu

Zawiesiłam wpisywanie ze względu na nadmiar zdarzeń i notorycznie inny stan świadomości, w który mnie one wprawiły. Powoli wracam do normalności, ale zdaje się, już będzie odrobinę inaczej. Zwyczajnie się zmieniam.
Przed festiwalem, klasycznie, było mnóstwo pracy. Trafiły się fuchy, chociaż Anna zarzekała się, że już żadnej nigdy nie weźmie. Przyszło co do czego, nie odmówiła.
Potem był festiwal, trzydniówka. Anna jeździła na wiele godzin w ciągu dnia, gdyż razem z Jurkiem Fiedorukiem prowadziła warsztaty z gliny, a potem stoisko z wyrobami ceramicznymi dzieciaków z koła garncarskiego przy domu kultury. Przy okazji też wystawiła swoje mydła, które cieszyły się dużą popularnością. Ja w tym czasie pilnowałam gospodarstwa, rozmawiałam z gośćmi, wszystko na sporym rauszu, w który wprawiło mnie mocne roczne winko jabłkowe, w pewnym nadmiarze wypite pierwszego wieczoru.
Apogeum festiwalowe było w sobotę. Koncert okazał się po prostu i jednym słowem WSPANIAŁY. I nie do opisania. Ludzie na widowni również. Panowała ogólna atmosfera przyjaźni i bratania się. Ktoś poczęstował mnie szklaneczką śliwowicy (dostępnej legalnie u zaprzyjaźnionego Słowaka, który od kilku lat zjeżdża ze swoimi wyrobami na festiwal). Ktoś wyściskał przechodząc obok. Co rusz natykałam się na dawnych znajomych i trzeba było się witać. Wystąpiły po sobie same dobre i coraz to lepsze zespoły. Od ukraińskiego Kozak System, przez angielski The Ukrainians, rumuński Taraf de Haidouks po Czeremszynę. Która wystąpiła w zwiększonym składzie śpiewaczym i dała taki popis białego śpiewu chóralnego, że znajomi Ślązacy, którzy po części przeżywali to po raz pierwszy popadli w zachwyt (choć już i tak byli w euforii po występie rumuńskiej orkiestry cygańskiej).
- W jakim języku oni śpiewają? - pytali mnie później i trzeba było objaśniać podlaskie oczywistości.
- Te kilka wolnych utworów na początku to było coś zajebistego. Czemu nikt w Polsce tego nie zna, nie wie? Tu wszyscy śpiewają na widowni razem z zespołem, znają słowa, rozumieją!
Ano tak. 
Niedziela była spokojna, poświęcona bardziej imprezom towarzyszącym, warsztatom tego i owego, konkursom, niż muzyce. Skończyło się wszystko o zmierzchu dyskoteką prowadzoną przez DJ Wojcia i pożegnaniami. 
Pogoda dopisała, było wręcz skwarnie. 
Potem należało festiwal odespać i otrzeźwieć. 

Z innych, już rolniczych spraw to ważna jest historia kubanek. Zdechły prawie wszystkie, po kolei na zarazę wirusową (nasz weterynarz nie jest specjalista od gęsi, a inny, którego nam polecił jako znawcę, obsługuje jedynie wielkie fermy). Został tylko największy gąsiorek, który zresztą wykluł się pierwszy. Dostał imię, Kubuś. Oraz towarzystwo trzech zielononóżek, które się wykluły pod indyczką (z 15 jaj pozostało 7, których nie zgniotła, a z 5 wyklutych piskląt przeżyła trójka, którą odebrałyśmy nerwowej niani, aby dać im szansę odchowania się). Dzięki słonecznej pogodzie Kubuś dnie spędza w zagródce w ogródku przy tarasie, co bardzo sobie chwali. Uspokoił się już po stracie stadka i oswoił ze mną, a nawet złapaliśmy ze sobą dobry kontakt.

No, a brojlery poszły pod nóż, a raczej pod siekierę. Jednego już zjadłyśmy, oj, smakowity. Miały wagę od 1,5 do 2 kg. Kartoflami, osypką, twarogiem, zielonym i serwatką karmione.

7 lipca 2014

Sianokosów czas

Bozia wysłuchała rolniczych potrzeb i zesłała cztery dni bez deszczu ładnej pogody. No, nie były to jakieś potworne upały, ale ciepło wystarczające. Nastała ogólna mobilizacja na łąkach, u nas też. Jeden dzień trwało obracanie siana, a przez trzy następne trwało kostkowanie i zwózka. Tym razem Anna zwoziła sama użyczoną przyczepką i na pace, co taniej wyszło, niż zwózka rozrzutnikiem. Nic, że jeździła dwa razy więcej. Pomagał jej Wańka i Andriusza. Przez dwa dni pracowali po 11-12 godzin.
W sumie przyjechało do zagrody 550 kostek siana, poddasze obory jest zapełnione po brzegi, a reszta znalazła się w altanie pod dachem i czeka na wybudowanie paszarni. Na koniec jeszcze zebrałyśmy razem, we dwie, klasycznie widłami i grabiami kopki siana, skoszonego na naszej wiosce, które nam dano do zabrania z półhektarowej łączki. Jest tego pełen garaż. Przy okazji jego tam magazynowania kichnęło mi się zamaszyście cztery razy. Tyle zostało z mojej dawnej alergii na siano.
I wtedy nadeszła bura chmura i zaczęło padać.
Czyli jest już po sianokosach, uch!
Dzisiaj kozy stoją z racji ulewy w oborze i chcąc nie chcąc wciągają siano, dane im obficie w żłobach.

2 lipca 2014

Zaległości

Udało się wreszcie ściągnąć zaległe zdjęcia z aparatu. Nadrabiam zatem zaległości obrazkowe. Na poniższym trzeba patrzeć na dwa zawieszone kwiaty w altanie, efekt zakupów na targu.


Poniżej świeżo przybyłe na świat gusie kubanki. Jeszcze wtedy dwie. Dwie dalsze doszły z czasem.


No, i Paszka, czyli Pasia. W altanie. Jeśli by ktoś pytał o znaczenie imienia to dla mnie, oprócz ruskiego skrótu od imienia Paulina, lub Paweł, oraz związku z pasterstwem, oznacza także i przede wszystkim... dobrą karmę.


Starsze gusie, w liczbie ośmiu są już większe, niż na zdjęciu, ale w końcu trzeba od czegoś zacząć pokazywać. Pasące się pod płotem przy drodze, na jednym ze swoich ulubionych miejsc.


A poniżej opowiastka o tym, jak to kupa gałęziówki w zeszłym roku zwiezionej z lasu w rękach Ani (piła) i Jarego zamienia się w eleganckie ścianki (są podwójnie stawiane), w których drewno ma przeschnąć do zimy. Jeśli nie tej, to następnej.


Gałęzie owe zupełnie zniknęły, ścianek przyrosło, a w tym miejscu, gdzie leżały staje teraz budynek gospodarczy, ba, nawet dwa w jednym. Ale o tym będzie później, jak już stanie. Na razie zostały wylane fundamenty i dojrzewają do kolejnej fazy budowy.