30 grudnia 2011

W nastroju noworocznym

Dzieciaków przybywa z każdym dniem. Na swoje wczorajsze odrodziny (tak, zdecydowałam się jako astrolog nazywać coroczne urodziny odrodzinami, bo to lepiej określa rzecz, która się wtedy dzieje i na niebie i w życiu) Ania dostała od Matki Natury w prezencie maleńką białą Ninoczkę.

Poniżej daję serię zdjęć, może niezbyt jeszcze dobrze naświetlonych, bo nie otwieramy obory, aby nie wyziębić maleństw, dopiero co przybyłych na świat. Ale pokazują pewien rodzinny klimat, który się tam teraz wytworzył...

A na dzisiaj dokładeczka od Kazi...

28 grudnia 2011

Na okrągło

I oto stuka Okrągła Rocznica mego życia. Stuk, stuk, puka Czas do drzwi. W ciszy lasu, pośród życia obejścia owo stukanie wcale nie jest straszne, ani deprymujące. Idzie mądrość, doświadczenie... hehe ;-)


Raniutko, ledwie Słońce stanęło z powrotem dokładnie w tym samym punkcie koła Zodiaku, co w chwili mego przyjścia na świat, Dziunia powiła parkę koźląt, czarną kózkę, odbitkę mamy i jej brązową (alpejską) siostrzyczkę.
Po południu, tj. w chwili dobowej opozycji do tamtej chwili także Zofija poszła na całość. Urodziła dwójkę koziołeczków, białych jak ona, po Mańku. Jeden ma nawet dzyndzelki. Już wieczorem okazało się to, co zawsze. Mama spóźnia się z mlekiem i malcy są głodni. Na szczęście jest druga Mama! Dziunia bez żadnego sprzeciwu pozwoliła napić się do woli ciepłej siary dwóm albinoskom. Od razu wyraźnie się ożywili.

A poza tym tak jak codziennie pracujemy przy wykończeniu wnętrza chaty. Teraz leci przyklejanie zalegającej od dawna glazury w łazience.

26 grudnia 2011

Świąteczne ciepło

Po wczorajszym odprężaniu się świątecznym w gronie prawosławnej Starszyzny (była sałatka jarzynowa, barszcz po-wigiliny z pierogami, pieczeń koźlęca z warzywami, chleb razowy i wędlina swojej roboty, tudzież piernik na dokładkę, zapijane jarzębiakiem-kompletnie-nieszkodliwym) - dzisiaj wzięłyśmy się do roboty. Ja do tłumaczenia i analizowania pewnego almanachu Nostradamusa (łoj, chyba udało mi się coś ważnego ustalić), a Ania nowe zasłony w dwóch oknach gościnnego pokoju zawiesiła, przedtem karnisze mocując. Do tego pomalowała ciemną bejcą blaty drewniane do kącika kuchennego.
Ciepło na dworze takie się porobiło, że nawet kozy z przyjemnością pasą się w lesie. Gdy jest zamarznięta ziemia nie chcą wychodzić z obory. Są teraz ciężkie i niezgrabne, boją się pośliźnięcia. Palę przez 2 godziny w c.o. i robi się taki ukrop, że trzeba otwór na poddasze otwierać i w krótkim rękawku chodzić. Te 2 godziny grzania i ścianówka na noc starczają na całą dobę.
Kicia w czas świątecznego nowiu księżyca dostała rui. Kocury w ogóle niezainteresowane, choć dziewczyna wychodzi z siebie. O 4 rano wylądowała za drzwiami na tarasie, bo nie dawała spać.

24 grudnia 2011

Niniejszym...

Ponieważ od kilku tygodni nie mamy apetytu (tak, to się udziela, a rośnie wraz z obżarstwem świątecznym i zbiorowym amokiem konsumpcyjnym narodu), z radością podałam dzisiaj symboliczną wigilijną kolację. A na nią barszcz czerwony, zakąszany pierogami z kapustą i grzybami, na drugie śledzie w oleju z cebulką i dla urozmaicenia kisiel owsiany. I wsio. Alkohol sam nie wchodzi, żaden rodzaj nie smakuje... czary jak zawsze działają.
No, i po raz pierwszy od lat stanęła choinka. Nie tak dorodna jak u Agronauty, ani też żadnej bombki na niej nie uświadczysz, czy nawet łańcucha wężowego... zaginęły gdzieś w przeprowadzkowym bałaganie bezpowrotnie. Za to jest to niewielki świerczek z naszego lasu, wyrąbany własnoręcznie siekierką i udekorowany osobiście robionymi ozdóbkami. Stanął w zaledwie co i już prawie skończonym nowym pokoju...


Oto psychodeliczna wersja naszego drzewka życia w ten szczodryj wieczer... Przy której składamy nie-pod-publiczkę życzenia wszystkiego dobrego wszystkim znajomym realnym i wirtualnym oraz cichym nieznajomym, Czytelnikom i Czytelniczkom niniejszego bloga.

22 grudnia 2011

Szczodryj czas

Jerzy poinformował nas, że jego hodowla kurek zielononóżek wziętych od nas ma się dobrze. Co prawda miał dość długo problem z dogadaniem się z tymi ptaszkami. Nie chciały do kurnika, tylko nocowały wysoko na świerku. W końcu nagadałam mu, że kury kiedy zmokną na deszczu i przemarzną na mrozie mogą się śmiertelnie przeziębić i zaczął ściągać je przed zmrokiem z gałęziowej grzędy i zanosić pod dach. A kurniczek im sklecił własnoręcznie przy swojej pracowni i gliną uszczelnił szpary. Jednak rewelacja jest inna. Otóż zaczęły się już nieść! Mimo, że mają ledwie pół roku! Świeżo upieczony hodowca jest naprawdę szczęśliwy i zakochany w swojej zwierzynie.
A nasze... pożal się Boże.
Myślałam, myślałam, szperając po uczonych miejscach w internecie i doszłam przyczyny. Nasz kurnik jest niedoświetlony, dni teraz krótkie, a my jeszcze - śpiochy z Miasta - wypuszczamy kury późnym rankiem, po nakarmieniu kóz. Mają za mało światła. Nic dziwnego, że nadrzewne kurki Jerzego ruszyły z koksem o wiele prędzej.
Choć owszem, jedna z naszych młodych kokoszek zaczęła się nieść i zostawia jaja a to pod żłobem w boksie Tyni, a to w starej wialni wystawionej na dwór.
- Nie ma to tamto, robimy gniazda w kurniku, dalej tak nie może być, żeby nioski nie miały swojego miejsca! - zarządziłam. I wczoraj skleciłyśmy półkę przy ścianie od strony drzwi, podpierając ją dwoma dębowymi słupkami ze starego płota, a na niej budkę z resztek płyty osb. Wymościłam ją świeżym sianem i dzisiaj obserwowałam kury, czy wiedzą do czego to urządzenie służy.
Wydaje się, że zgadły, bo co rusz któraś tam zagląda, a siano jest wygniecione. Jaj jeszcze nie ma, ale poczekamy. Dodatkowe okno od strony zachodniej wstawimy na wiosnę. Powinno pomóc. A Szczodre Gody właśnie się dzieją, więc słońca zaczyna już przybywać.

19 grudnia 2011

Dziecinne sprawy

Czym nakarmić wegetariańskie dziecko? Zwłaszcza, że na obiad był krupnik na żeberkach, a w lodówce tylko dwa kurze jaja.
- A ryba może być?
- Przecież ryba to też mięso!
No, udało się koledze Krzysiowi przyrządzić na główny posiłek dnia racuszki z jabłkami. Zjadł. Ale dodał uczenie:
- Jeśli można coś powiedzieć, to nigdy nie miesza się owoców z niczym, zawsze je się osobno.
- Będę pamiętać. Ale teraz smakowało?
- Tak. I zjem jeszcze jednego.
Pić? Herbata nie, woda mineralna nie, sok fortuna z rurką, o tak. I loda na dokładkę. Zakąszając mandarynkami. Osobno.
- Chudzinek z ciebie. Weź, no się postaraj jakieś mięśnie wyhodować, bo cię wiatr zdmuchnie.
- Lubię kluski śląskie z dziurką, z mąki ziemniaczanej i z brokułem. Pycha!
- No, to jedz te kluski na śniadanie, obiad i kolację, będziesz grubszy i większy urośniesz.
Chłopiec przykleił się w pewnym momencie do komputera i dalejże nam pokazywać swoje umiejętności w grach zręcznościowych.
- Jesteś uzależniony?
- No, trochę... ale mój kolega bardziej.
- Ile siedzisz codziennie przy klawiaturze?
- Szczerze, czy mam skłamać?
- Szczerze oczywiście.
- Ile się da. Ale w domu jest tylko jeden laptop, to rzadko mogę dłużej. Jakieś dwie godziny?
- A u kolegi co robicie?
- On też ma jeden komputer. Siedzimy przy jednym i razem gramy.
- A mama myśli, że się bawisz i uczysz?
- No... lubię jeszcze koszykówkę.
- A czytać książki lubisz?
- Nie za bardzo. Wolę jak mi ktoś opowie.
- Jaką ostatnio czytałeś?
- No, ostatnio to nic. Białoruski muszę poćwiczyć.
Po chwili, kiedy już się dał odczarować i odciągnąć od pełznącego na ekranie ślimaka, na którego czyhały jadowite larwy:
- A gdzie wolisz mieszkać? Na wsi czy w mieście?
- Na wsi. Tutaj mam więcej kolegów i znam tylu ludzi, że w Warszawie nigdy bym tylu nie znalazł. Bo nawet nie wiedziałbym gdzie szukać. A tu są, od razu. Wyjdę na drogę i wszystkich znam. To jest fajne.
- To czemu do szkoły nie chodzisz?
- Bo się dzieci śmiały, że mam długie włosy i wyglądam jak dziewczyna. I że mięsa nie jem.
- Mama cię uczy?
- No, tak... ale ja już wszystko umiem.
I tak jest z tym światem... młodym światem... dorastającym światem...

16 grudnia 2011

Choinkowe przedszkole

Ania, przy pomocy Niny poprowadziła w GOKu zajęcia dla dzieci robienia ozdób choinkowych i kart świątecznych. Prym wiodły różne gwiazdy z kolorowego papieru, potem kwiaty na choinkę oraz łańcuchy. Ja też się załapałam do uczestnictwa, robiąc to, co umiem, czyli gwiazdki z kolorowych pasków papierowych. Dzieci były jednak za małe, aby chcieć się tego nauczyć, choć ciekawie się przyglądały. Mnie nauczyła tego Mama właśnie w ich wieku, 7-8 lat. Ale miałam ją na podorędziu i zawsze mogłam spytać, gdy czegoś zapomniałam w kolejności działań. Dwie godziny to dla niewprawnych paluszków i roztrzepanego umysłu po prostu za mało... Wyszły jednak zadowolone i dumne, z kilkoma własnymi dziełami pod pachą.

14 grudnia 2011

Naturalny post


Ten czas przedświąteczny i przed-zimowy sprawia jakimś fajnym cudem, że przeszłyśmy na postne jedzenie prawie w zupełności. Wystarcza nam zalewajka (bez kiebasy), sadzone jajko (jedna kurka znów zaczęła się nieść), surówka z kapusty, twarożek, dżem, ser z kminkiem, no, i domowy chleb. Bo Ania znów zaczęła wypiekać i z mąki, którą dostałyśmy na próbę w prezencie prywatnie mielonej wychodzi naprawdę pachnący i wyśmienity.
Przyczyną tego naturalnego samoograniczenia jest zapewne siedzący tryb życia teraz i krótkie dni, mniej spala się kalorii, to i mniej chce się ich dostarczać organizmowi. Lubię tak. Żeby ograniczenia same się pojawiały, z własnej chęci, zwyczajnym sposobem. Wystarczy słuchać własnego ciała. I nic na siłę.

Poza tym robię z papierowych paseczków gwiazdki na choinkę, jak najęta.
A film z instrukcją można znaleźć m.in. tutaj: http://gratefulprayerthankfulheart.blogspot.com/2011/09/making-german-paper-stars-again.html

10 grudnia 2011

Dementi

Pełnia spełnia i wypełnia to, co nów rozpoczął. Aż żem zajrzała właśnie w zapiski blogowe, żeby sobie przypomnieć co się na nowiu działo i pojąć to własciwie. Bo jak się ma rozrzucenie wtedy przyczepy gnoju na nowym poletku i oddanie starego woza do naprawy do tego, co zakwitło dzisiaj?
Ano mianowicie nieznajomi okoliczni przybysze zapytali mnie wprost, wyległą na ganek po dzwonku do drzwi, czy to prawda, że jestem siostrą pani HGW (po swojsku Szefową Bufetu zwanej), i że bywa u mnie w celu kosztowania koziego sera sam Premier DT...
Biorąc to pytanie za żart zapytałam, kto taką fantastyczną wieść rozpuszcza na mój skromny temat.
Tu padły pewne sugestie, które dopiero po pewnym czasie nasunęły mi pomysł, skąd owa bujda wyszła i jak się mogła rozwinąć w ten szaleńczo mitomański i bzdurny sposób. Niestety było już po ptokach, bo przybyli odeszli. A skierowałabym we właściwe progi, choć nie "siostry", tylko "brata" lubującego się w przesadnych opowieściach na własny temat.
Pan Jacek z Boskiej Woli opisał był kiedyś jak to ludziska wiejskie Niemcem go zrobiły, pilnującym posiadłości i koni jakiegoś niemieckiego właściciela. A on tylko o Bismarcku bodajże na swoim blogu wtedy się rozpisywał i szczerze wyznawał, że Kociewiak rodem.
No, to go przebiłam!
Przybyli odeszli z niedowierzającymi w me zaprzeczenia minami (no, tak, my wiemy, wiemy, o takich rzeczach lepiej nie rozpowiadać...), na odchodnym oglądając ciekawie obejście samej siostry pani Prezydentki i znajomej Premiera.
Ponieważ wiem, że ten blog ma również miejscowych Czytelników, to przy okazji tej anegdoty składam tutaj i teraz stanowcze dementi. Nie jestem siostrą pani Prezydent Warszawy, ani znajomą Premiera dostarczającą mu smakołyki (łoj, za wysokie progi na me domowe i amatorskie przetwory). Choć... he, parę ciekawszych rzeczy by się znalazło w drzewie genealogicznym rodu noszącego nazwisko mojego Taty od ponad udokumentowanych tysiąca lat. Ale tak naprawdę to nikt nie wie jaka była przeszłość mych Przodków, oprócz tego, że przywołał ich pan Sapkowski, pisarz, w pewnej swej sławnej historycznej trylogii. I od niego dowiedziałam się, że swego czasu były to lokalnie niezłe "sk...syny" (no, jakiś XII-XIII wiek) na pograniczu śląsko-czeskim. Ale to nie ma zgoła nic do rzeczy przecież...
Jest po prostu... fantastycznie.

9 grudnia 2011

Syndrom według mnie

Fakt, że mój wpis niedawny o objawach SMnW bije rekordy oglądalności zastanowił mnie wobec innego faktu, że nikt z komentujących go nie zrozumiał właściwie jego treści i przesłania. Być może dlatego, że autorka kiepsko włada narzędziem literackim i nie utrafiła nim w sedno sprawy. Może tak.
A przecież powtarzam to przesłanie dość często od początku bloga i mówię o nim przy byle filozoficznej okazji.
Zastanawiam się czemu tak trudno zobaczyć problem moimi oczami. A tak łatwo reagować własnymi idiosynkrazjami, urazami i przypisywać je intencjom autorskim (na pewno, według nich złośliwym i satyrycznym).
Ludziska utożsamiają się z tym w czym tkwią nieomal od zawsze i w większości nie odróżniają już Cywilizacji od Ziemi, przyrody, świata w postaci pierwotnie harmonijnej i nieskażonej. Myślą, że istota sprawy, o której piszę, jest w podziale na Miasto i Wieś oraz w różnicach mentalności, wychowania itp. No, i w przepychaniu się różnych poglądów na te cywilizacyjne kwestie, bo przecież także i Wieś jest tworem cywilizacji i ma swoją kulturę, jak by nie było.

Nie, ja opisuję proces od-kulturowienia i odwracania się od współczesnej cywilizacji, reprezentowanej w swym max-natężeniu przez Metropolię, coraz bardziej przypominającą rosnącą w górę wieżę Babel.
Proces powolny, stopniowy, który nie doszedł jeszcze końca, a powoli obiera psychikę z tego, co nabyte w Człekopolis (w sztucznie stworzonym świecie tylko dla ludzi) i otwiera oczy na świat planety, świat ogromny, a już w większości zapomniany, świat gleby, roślin i zwierząt, współ-mieszkańców Ziemi.
Nie tych roślin i zwierząt, pejzaży i zachodów słońca na krańcach świata i innych kontynentach, dalekich wyspach i w egzotycznych krainach, oglądanych z zachwytem na ekranie tv czy komputera, ale tych tu z wokół siebie, codziennych, bliskich i dotykalnych!

Zatem, jeśli próbuję (nieudolnie, jak widać z efektów) opisać ów proces docierania do Źródeł Bytu, któremu się poddałam, muszę również zdać relację z tego jak widać z tej perspektywy mieszkańców Metropolii, Babelan. A widok jest smutny oraz dręczący w zbliżeniu. Muszę powiedzieć, że narzuca mi się obraz kogoś nieświadomie chorego, prędko dziwaczejącego, odczłowieczającego się w sposób poza-świadomy, na bazie owczego pędu i rosnącej izolacji Cywilizacji od Planety. Dlatego w opisie używam nazwy Syndromu.
Coraz więcej jest jego ofiar. Ofiar, które nie mają pojęcia, że są chore, bo niezrównoważone. I nie jest to już - jak dawniej - kwestia różnic pomiędzy wyższymi i niższymi klasami społecznymi, czy miastem a wsią, ignorancją a wykształceniem, a pomiędzy Ludzką świadomością i jej brakiem.
Co się dzieje z ludźmi, którym zabiera się tę świadomość, na tyle ukradkowo i niepostrzeżenie, że wcale nie wiedzą, że czegoś im brakuje?
Zamieniają się w cyborgi, uzależnione od diet, elektryczności, hydraulicznych instalacji, fal telewizyjnych, internetu, medialnych wiadomości, patrzących poprzez oko kamery i aparatu fotograficznego na świat, wsłuchujące się w radio i muzyczkę z płyt i kaset zamiast w szum lasu i ciszę prawdziwej Pełni. Napędzane sztucznym jedzeniem, farmakologicznymi wynalazkami i kolorowymi obrazkami z mediów, z pomocą których utrzymują swe serce na stałym poziomie zafałszowanej ekscytacji. Na łonie natury, w rzadkich chwilach wytchnienia od gonitwy po miejskich brukach, najchętniej upijające się przy ognisku tak, aby zapomnieć choć na chwilę o skrytym gdzieś głęboko niepokoju. Lęku. Poczuciu bezsensu.

Przesadzam?
No, dobra. Jestem gościem z przyszłości i wiem do czego to wszystko zmierza. Bo niestety zmierza. Choć może kogoś jednego czy drugiego moje przesadne gadanie i widzenie ludzi pozbawianych obecnie duszy bez swej woli nawet, zastanowi. I każe poszukać prawdziwego świata, który jeszcze istnieje i wciąż jeszcze czeka na Ludzką uwagę. Bóg stworzył człowieka na gospodarza planety, uczynił go koroną stworzenia. Co to za korona, która pozwala się zamknąć w murach i oddzielić od rzeczywistości bańką wirtualnej i cyfrowej iluzji?

7 grudnia 2011

Białe i czerwone

W nocy spadł pierwszy śnieg, niewiele tego, ale zrobiło się biało i biel utrzymała się cały dzień. Kury nieco panikowały na początku i starały się pokonywać przestrzeń podwórza drogą powietrzną, ale potem ruszyły na podbój białej przestrzeni śmiało. Tylko prędzej, niż zwykle wróciły do kurnika i już tam resztę dnia grzebały w ściółce, zwyczajnie pomarzły im nogi.
Jedna Gusia nie przejmuje się śniegiem, jest już weteranką. To będzie jej czwarty sezon zimowy. Znosi dalej jaja co drugi dzień. W ten sposób wciąż nie kupujemy jajek w sklepie czy u sąsiadów, mimo, że nioski już wszystkie mają przerwę.

Anna dzisiaj założyła gogle, chustkę na twarz wzorem kowbojskich bandytów i z impetem wyszlifowała belkę sufitową w trzecim pokoju. Pyliło jak podczas burzy piaskowej, ale wreszcie zalegający remont gościnnego poszedł do przodu!
Ja z kolei ugotowałam na obiad zupę pomidorową na koźlęcej kości (super smaczek) z własnoręcznie robionego tego lata przecieru pomidorowego. Przeciery udały się i dobrze przechowują w piwniczce. I stwierdzam, nie ma to jak pomidorówka z takiego ręcznego przecieru, jest gęsta i smaczna, a nie czerwono-wodnista, jak przy użyciu sklepowego koncentratu zabarwiającego.

6 grudnia 2011

Kiełbasiane doświadczenia


Kiełbasy wyszło w tym roku niewiele, z pięć kilogramów, bo mam apetyt na pasztet i ambicję go zrobić niedługo. Nieco przesolona, ale daje się zjeść. Udało się ją uwędzić w tej naszej nieszczęsnej wędzareczce, choć niedostatecznie. Praktyka jest taka, że do wędzenia kiełbas najlepiej nadaje się stara metalowa beczka, albo skrzynia z blachy. Blacha rozgrzewa się szybko i mocno, powodując to, że wędlina dodatkowo spieka się i nie trzeba jej już parzyć, tak jak po wędzeniu w drewnianej wędzarni. Sparzyłam potem całość wrzącą wodą z czajnika, ale i to było za mało. Trzeba by, tak jak moi dziadkowie, zagotować wody w wielkim garze na kuchni i po wyjęciu pęt z wędzarki jeszcze na kiju zanurzyć je w owym garze na kilka minut. Gotuj jednak tyle wody w garze, paląc od rana pod płytą! Mojej babce chciało się, bo całą świnię z dziadkiem przerabiali i woda potrzebna była jeszcze do innych rzeczy. Zatem zastosowałam sposób pani Marusi. Jedna część niedoparzonej kiełbasy poszła na blaszkę i do pieca ścianowego, już po wygaszeniu w nim ognia. Na 10 minut. Wyszła super. Druga część prosto do zamrażarki, na surowo, potem będzie do żuru, czyli zalewajki, jak znalazł. A trzecia część zawisła na haku na piecu ścianowym, gdzie schnie.
A poza tym pogoda dopisuje. Trochę padało nawet. Wciąż c.o. nieuruchomione, bo nie ma potrzeby. Wystarcza scianówka i płyta, na której codziennie kozie ciućki warzę z ostatniego tegorocznego mleka.

3 grudnia 2011

Objawy Syndromu Mieszczucha na Wsi

Popadłam w stan zamyślenia bez myśli. Porównując się co jakiś czas ze znajomymi, którzy żyją życiem cywilizowanym (którym i ja kiedyś żyłam) konstatuję, że bez-myśl-ność (czyli nie noszenie myśli w sobie i na sobie) najbliższa jest warstwie chłopskiej oraz stanom wegetacyjnym przyrody, roślin i zwierząt, zjawisk pogody też. Takie cudo, jeśli się w nim jest i żyje na co dzień wydaje się być subiektywnie oczywistą oczywistością, ale porównanie, np. na spotkaniu towarzyskim z przedstawicielami cywilizacji, zaczyna burzyć ową szczęsną bezmyśl i prowokować ją do jakichś dziwnych poruszeń wewnętrznych. I nawet wnioski przychodzą, nieważne, że bezmyślne!
Przeczytałam na jakimś wyrwanym z "Wysokich obcasów" skrawku artykułu nie wiadomo czyjego autorstwa, zanim ów skrawek wrzuciłam jako podpałkę (zresztą kiepską z racji kredowanego papieru) pod płytę, aby obiad ugotować, że była sobie taka postać artystki, pozującej za młodu do zdjęć oraz malarsko rozwiniętej, która w wieku 47 lat wyszła za mąż i zajęła się już tylko prowadzeniem domu i hodowaniem baranów, zarzuciwszy wszelkie artystyczne zajęcia. Doszła na starość do takiego wyzwolenia od cywilizowanych konwencji, że zamiast w kapeluszu pozowała do zdjęć, jeśli już ktoś się uparł jej takie zrobić, w potarganych włosach z liściem rabarbaru na głowie.
No, to ja już jestem w podobnym stadium rozwoju.
Całkowita abnegacja. I nawet więcej, bo nawet pozować i upozowywać się nie mam zamiaru.
Swoją drogą ciekawe jak wyglądał taki Naropa albo Milarepa w tych swoich himalajskich górach, gdy jaki doił albo wciągał pokrzywę bez łyżki ni widelca, noża czy pałeczek chińskich, albo nawet miseczki, siedząc skryty przed Kulturą i Cywilizacją Tybetańską w ciepłej jaskini. Z pewnością nie był to widok konwencjonalny ani kulturalny, ani standardowy w jakikolwiek przywoity sposób...
Tymczasem życie na Brzegu Wioski i Lasu przymusza mnie co chwila do zachowywania jakichś konwencji, które - z coraz większym trudem i co najważniejsze, oporem wewnętrznym! - wymuszam na sobie, aby nie wydać się ludziom ze świata (Ludziom z Człekopolis) prymitywną małpą, która uciekła z zoo i można ją palcem pokazywać jako zabawny okaz przyrodniczy.
Fakt, że się tym nadal przejmuję świadczy o tym, że nie osiągnęłam jeszcze stanu pełnego Oświecenia. Lubo owo przejmowanie się jest coraz mniejsze i im starsza i brzydsza się robię, tym mi z tym lżej i szczęśliwsza jestem.
Kiedy pozostaję jednak w owym bezmyślnym stanie codziennym, ni to roślinnym, ni to zwierzęcym, ni to chłopskim, to kiedy Cywilizacja mnie zaskoczy z miejsca mam objawienia. Jak walnięcie obuchem patrzenie prawdzie prosto w oczy narzuca mi się.
Stąd mogę napisać o Syndromie Mieszczucha na Wsi, bo go widzę wyraźnie, jak przez mikroskop! I nie trzeba mi do tego statystyk, naukowych analiz, podpierania się autorytetami mgr-prof, bo dla mnie to oczywiste, co widzę.
No, tak, przy okazji, obiecałam kiedyś (tutaj), że opiszę objawy tego Syndromu. I może taki moment nadszedł?
Oto objawy, czytajta ludzie cywilizowani. Ma je, niestety większość mieszkańców stref Miejskich, a zwłaszcza Wielkomiejskich i przejawia od razu po przyjeździe na Wieś, w celach rekreacyjnych oczywiście np. podczas długiego łykendu czy urlopu... Jednakowość tych symtomów jest zastanawiająca, ostatecznie zasmucająca. I ich nieświadomość także.

1. Hałasowanie, gadatliwość na potęgę, podniesiony ton głosu, teatralne gesty jak na scenie (tymczasem tu tylko drzewa rosną i kury grzebią niedaleko w ziemi, co najwyżej pies się tym przejmie, bo myśli, że mu coś rzucą i będzie zabawa albo może, że zaatakują i będzie walka), rubaszny śmiech na pół wsi. Spowodowane lękiem przed ciszą i brakiem osłon miejskich murów!
2. Niepatrzenie pod nogi z przyzwyczajenia do chodzenia po brukach miejskich. I tym samym częste ślizganie się po odchodach ptasich i ssaczych, czyli minach.
3. Nadwrażliwość na zapachy i smrody (zwłaszcza to drugie). Co przejawia się na twarzy i w wyrazie oczu, nigdy w rozmowie... I po krótkim czasie okazuje się wstrętem, strachem, skrywanym starannie obrzydzeniem. Nawet wobec kury, która może nagle podbiec i podziobać panią w gołe nogi, albo może wskoczyć pod spódnicę? Z tego jak się zawsze okazuje: alergie, alergie, alergie. Na wszystko co żywe i martwe. I nieczyste.
4. Wystawianie się na żer krwiopijczym owadom, których w Mieście zwyczajnie brak i nie ma problemu (poza karaluchami i pluskwami w niektórych miejscach).
5. Noszenie modnych krótkich i lekkich ciuszków niezależnie od pogody i okoliczności (czyli w środku lasu, w czas wylęgu komarów i kleszczy czy boomu na muchy, bąki i gzy, spacerowanie na wiejskiej piaskowej drodze po deszczu np. w wypastowanych pantofelkach).
6. Chęć palenia ognisk wszędzie i o każdej porze (spowodowana niedoborem Ognia w życiu codziennym).
7. Prysznicowanie się 2 razy dziennie niezależnie od potrzeby, okoliczności i warunków.
8. Spanie do południa, gadanie o abstrakcjach, filozofiach, telewizjach i Miejskich bzdurach do 3 nad ranem. Kompletne niezgranie rytmów z przyrodą.
9. Cykanie zdjęć zjawiskom całkowicie nudnym i codziennym, jako tym, które są cudowne, niebywałe i niesamowite (np. mgła nad polem, kogut na płocie, jedząca koza).
10. Gadanie przez komórkę w środku lasu i pisanie smsów na okrągło. Kompletne dziwactwo pośród przyrody. Już na drugi dzień odruchowe szukanie ekranu, na którym by można oko zawiesić i naćpać się narkotyku. Albo gorączkowe dopominanie się łącza internetowego, w tym samym celu. Na trzeci dzień powrót do cywilizacji ze źle ukrywaną ulgą.
11. Natychmiastowe nudzenie się zaraz po zadaniu jakiegokolwiek pytania. Nie starcza już uwagi i siły na wysłuchanie odpowiedzi ze zrozumieniem.
12. Ślinotok i oczopląs czyli mega-apetyt na widok pieczonego udźca, kiełbasy, a nawet zwykłej zalewajki ze skwarkami i to nawet u wegetarian lub ludzi narzekających na nadmiar jadła, tłuszczu, deklarujących dietę 5 czy 10 przemian oraz oczywiście na widok 55procentowego samogonu w butelce. Na drugi dzień rozkapryszenie dietetyczne i stała obstrukcja rodem z Miasta cudownym sposobem znikają, aby wrócić natychmiast w dzień wyjazdu.
13. Dbałość o stan uzębienia i biały uśmiech po każdym jedzeniu (zwłaszcza mięsa, które włazi między). Do tego stopnia, że się jeść nie da. Wizerunek zawsze i wszędzie górą. Nawet w środku lasu.
14. Uczłowieczanie zwierząt. Kompletna nieznajomość ich reakcji.
15. Powierzchowność, powierzchowność, powierzchowność. Oglądactwo i podglądactwo. Zwiedzanie świata. Bycie na zewnątrz wszystkiego, jak w kinie, reagowanie na zjawiska wiejskie tak jakby się działy na ekranie telewizora. Zdegustowanie szarością i brudem rzeczywistości i poszukiwanie ostrych barw, kształtów i kolorów, znanych podświadomości z miejskich plakatów i bilbordów. "O, to jest ładne! Tu mógłbym mieszkać". Płytkość. Sztuczność. Nieprawdziwość. Schematy z Miasta w ocenianiu ludzi ze Wsi. Trendyzm. Małpio-standardowe gesty. Buzi buzi. Och och, ach, ach. Nie wprost.

Na tym skończę, choć pewnie nie wyczerpałam wszelkich objawów. Nie zakładam liścia rabarbaru na głowę, tylko... och, czas najwyższy, biorę w dłoń stare tępe nożyczki, wręczam je Piętaszce i każę się podstrzyc, wedle przypadkowego gustu patrzącej. Mnie to po nic. A krótkie włosy to oszczędność szamponu i wody, bo rzadziej je trzeba myć.

27 listopada 2011

Wtajemniczenie

To wszystko łapki swoje Piękne macza Wenus, weszła własnie w znak Koziorożca, mój urodzeniowy i paradująca w towarzystwie stellum planet z mojego horoskopu. Umiejscowiona w domu Byka ukazuje się na sposób smaczny, zmysłowy i jakby orzekli Francuzi, sensow/n/y.
- Jedziemy do naszej Starszyzny, niechaj naucza - rzekłam na wstępie. - Już nic nie pamiętam z zeszłego roku. Na żar wrzucić, żeby pękło, czy może obrać nożem ze skórki?
- Nie ma czasu. Poradzimy sobie same. Chcesz spróbować? Wtajemniczenia?
- Nie pamiętam szczegółów i nie chcę zepsuć efektu.
- To ja mam spróbować?
- A czujesz się na siłach?
- No, chyba wiesz, co lubiłam najbardziej w dzieciństwie...
- Wiem, wyjadać mózg z kurzej głowy ugotowanej w rosole.
- No, właśnie...
- Czyli czujesz się.
- Próbuję, nie ma to tamto. W końcu mieszkam na wsi, jestem rolniczką i dysponuję tym, co nawet prezydent rzadko kiedy kosztuje.
- Co mam zrobić?
- Obierz cebulę i postaw patelnię na ogień.
- Olej czy słoninka?
- Słonina.
- Popieram. Najlepsze paliwo dla mózgu.
- Patrz, jeżeli czujesz się na siłach...
- Patrzę. Naostrzyłaś dobrze nóż?
- Tak, oczywiście.
- Uuuuch, pierwsza warstwa poszła. Worek otworzony. Co dalej, pamiętasz?
- Chyba jest tu jeszcze jedna błonka. O, tak.
- Jeeest!
- Jądro wszechrzeczy, widzisz?
- Źródło.
- Patelnia gotowa?
- Tak jest, mistrzuniu.
- Na plasterki pokroić, jajeczko, o taaaak... Wrzucam. I odejdź od patelni, ja to przyrządzę. Ty się nie znasz.
- W takim razie czekam...
- Przygotuj talerze. I chleb.
- Jest jeszcze surówka z obiadu.
- Świetnie. Dawaj na stół. Szybko!
Poleciało. Przyfrunęło. Z patelni na talerz i stół.
Koźlęce jajeczka w cebulce.
Uch. Czysta mistyka w realu. Duch nieucieleśniony.

26 listopada 2011

Dziewczata i chłopci czyli dusza potieszenaja

Ledwie w przyspieszonym tempie uporałyśmy się po południu z codziennymi obowiązkami: napaliłam w ścianowym, kozy nakarmiłam i wydoiłam (już tylko dwie, najpóźniej zakocone dają mleko), kury zamknęłam w kurniku, nakarmiłam też psy i koty, a już zmrok zapadł kompletny. Dzieje się to około 16 godziny, i wnet światła lamp zapalają się na wiosce na kilka godzin długiego listopadowego popołudnio-wieczora.
Wczoraj był ciemny nów, ale elektryka czuwa.
- Przebieraj się! - oznajmiła Anna - Bo już jesteśmy spóźnione.
Raz dwa, stały mundurek zewnętrzny zarzuciłam i do samochodu wsiadłam, otrzepawszy najpierw buty z wszędobylskiego piasku w naszym wydmowym obejściu.
Spóźniłyśmy się ponad godzinę. Sala w GOKu była już całkowicie zajęta przez widownię. Udało mi się starym sposobem, opanowanym jeszcze w czasach licealnych przy wsiadaniu do wiecznie przepełnionego autobusu, wśliznąć pomiędzy ludźmi do wnętrza sali i ustawić w całkiem dobrym miejscu przy drzwiach, skąd widać było bardzo dobrze scenę i nikt mi nie zasłaniał.
Impreza już trwała. Ale jak się okazało ominęło nas czytanie urzędowych listów z Gminy, Powiatu, Województwa i Sąsiedniej Gminy oraz peanów pochwalnych, często rymowanych i po ukraińsku na cześć Szanownej Jubilatki, a w tamtej chwili prezentowały swoje śpiewacze umiejętności panie z sąsiedniej wsi.
Po chwili zeszły ze sceny i weszła na nią sama Szanowna Jubilatka, Piętnastolatka, rozmnożona w gromadkę około dwudziestu, może więcej panienek w różnym wieku, od najmniejszej czteroletniej dziewczynoczki do wysokich długowłosych kilkunastolatek, w pięknych krasnych spódnicach i haftowanych czerwonymi nićmi białych bluzkach. Hiłoczka, czyli Gałązka, po polskiemu mówiąc. Dziecię pani Ireny Wiszenko, wychuchane i zadbane, wykształcone i ukształtowane czystymi dźwiękami z Pidlasia.
Zaśpiewały chórem, polifonicznie, a capella, ale i przy wtórze akordeonu, ze wspaniałym wschodnim zaśpiewem i zacięciem ukraińskich melodii miejscowych, w których zawsze jakaś diewczynoczka spogląda na kozaka i szyje mu soroczku, wyszywajet jejo czornuju nitiu, szczoby ropoznaty jewo pośród drugich kozakiw (darujcie mój kiepski dialekt niewiadomojaki, to tylko nieudolne naśladowanie). Po czym owa diewczynońka spiwajet piesnju, od katoroj dusza potieszajet`sia...
Potem wyszła na scenę Czeremszyna, drugie, nieco starsze Dziecię Czeremszańskie, i dalejże lon zielonyj siać i zbierać, i malowaty chłopca ukochanego. No, to znamy, znamy... ale zawsze klaszczę szczodrze, bo jestem fanką zespołu. Tworzonego przez wspaniałych ludzi, pozytywnie zakręconych, pracowitych i zdolnych. I w dodatku skromnych i zwyczajnie dobrych.
Po czym znów wyszła Szanowna Piętnastolatka, ustawiła się niczym rozciągnięta ruska harmoszka pomiędzy Basią-akordeonistką a Akordeonistą Zespołu z drugiej strony, Mir schował się ze swoją basową bałałajką (kto nie wie, to może pamięta starodawnych Trubadurów Poznakowskiego z takimi instrumentami w dłoniach) za chórem dziewczynoczek, wraz z nim sekcja rytmiczna zespołu i dalejże, paszło!
Uch, rytm i instrumentaria Czeremszyny plus polifoniczny chór dziewczęcy, drgający i rozkołysany jak burzany kresowe w takt niesamowitej Ludzkiej muzyki. Coś wspaniałego!
I to wszystko lokalnie, tu i teraz, dla nas swojskich miejscowych, a nie jakichś z dalekieho swita.
Widownia szybko rozbujała się i szczerze wzruszyła, klaszcząc i śpiewając wmiestie razem. A na sam koniec kancow wstała z siedzeń i zaspiwała pełnym głosem wraz z Hiłoczką Mnogija Lieta, podlaski odpowiednik Stu Lat, lecz z tym dodatkiem, że bywa to też pieśń cerkiewna, więc uświęcona błogosławieństwem Bożej Szczodrości.

25 listopada 2011

Koniec i początek w wiecznym tańcu

Zginął uratowany spod dzioba koguta kurczak... od tamtego czasu pasł się zawsze w pewnym dystansie do stada. Zniknięcie bez krzyku i śladu wygląda na pojawienie się psa... brak jednak jakichkolwiek dowodów ani świadków, żeby interweniować u właściciela.
A dla odmiany Gusia znów uniknęła końca swego świata. Anię już zaczęło mocno denerwować to wrzaskliwe i brudzące ptaszysko, wtrącające się w każdą rozmowę na podwórzu, czy to z kimś przybyłym, czy z komórkowym rozmówcą. A że ładnie przytyła i wygląda na tłuściutką gąskę, z której można by garniec leczniczego smalcu utoczyć, to się i apetyt znalazł na rosół i pasztet. Trochę kwękałam, ale w końcu już prawie ustąpiłam. Tylko jakoś tak prosiłam w sobie po cichutku Los, aby jednak to się nie stało, co ma się stać. Zjeść łatwo i szybko, ale wychować tak zabawną ptasią istotę trudno. Hm, no, i... klasyka.
Gusia zaczęła się nieść! Wczoraj zniosła pierwsze jesienne jajo. Egzekutorka zmiękła, bo z gęsich jaj robi ciasta i naleśniki, a wydmuszki ozdobia na wielkanocny stół. Do tego z jajami krucho się teraz zrobiło, bo tylko jedna kokoszka się niesie i to co dwa-trzy dni. Reszta zmienia upierzenie. Więc te gęsie jak znalazł zaspokoją nasze przedświąteczne potrzeby.
Znakiem tego będzie jeszcze ciepło. I drugim znakiem, wyrok odroczono. Na święty nigdy. (No, chyba, że kryzys nagły się zrobi i głodem będziemy przymierać).

Poza tym Ania wywiozła na nowe poletko ostatnią już przyczepkę gnoju, z czwartego koziego boksu, i rozrzuciła go przy pomocy taczki i wideł. Trafił się także majster, który podjął się nam stary wóz konny zreperować, i załadowaliśmy w czwórkę z sąsiadami przodek na przyczepkę, przedtem stary dyszel obciąwszy od niego piłą.
- He, jak wóz będzie to może i kuń się znajdzie? - zaśmiałam się.
I pajechali!

23 listopada 2011

Śmieciarz przy pracy

Po codziennej z/g/nojnej pracy czasem miewam chwilę zadumy. Np. dzięki jakiemuś filmowi, który znajdzie w necie Ania. Tym razem obejrzałam dokument o Prawdziwym Człowieku, co Domy Samowystarczalne Stawia.
Kto ciekawy, niech obejrzy także. Rzecz jest nie tylko o Twórcy kierującym się Intuicją, ale i o nieczłowieczym Systemie w stanie demencji starczej.
http://www.iplex.pl/filmy/wojownik-posrod-smieci,4344
A oto jaki wniosek nasunął mi się po obejrzeniu. Z porównania płynący.

Wielu młodych ludzi dąży do budowania ekowioski, "społeczności", jak to zwą z wielkim idealizmem w głosach. W stu procentach są to Mieszczanie, nie mający zielonego pojęcia o życiu na Wsi i z zapałem otwierający Drzwi do Lasu. Na pewno wszyscy posiłkują się takimi jak powyższy filmami i przesłaniami Prawdziwych Ludzi. Czy to względem budowania samowystarczalnych domostw, z naturalnych materiałów, czy to permakulturowych ogrodów.
Ja jednak widzę zasadniczą różnicę między ich zapędami i próbami działania, a ważnymi zdarzeniami, dokumentowanymi w takim jak powyższy filmie.
Grupa ludzi, którzy stworzyli "społeczność" i zbudowali swoje samowystarczalne domy wokół domu Projektanta skonsolidowała się NA BAZIE CIĘŻKIEJ FIZYCZNEJ PRACY, w niej okrzepła i umocniła swoje autentyczne więzi i przyjaźń. PRACA wybrała ich i za nich.
Co natomiast jednoczy polskich eko-wieśniaków?
Zgadniecie? Tak, to naprawdę proste.
No.... wiadomo...
...Gadanie. Gadanie... Gaadaanie...
Parlamentowanie, debatowanie, uzgadnianie, wybieranie opcji, zasad, reguł, decydowanie jak to będzie...
Itede, itepe...

Jeśli trafia się jednostka aktywna, twórcza i pracowita, to na nią przypada pięcioro i więcej gaduł, autorytetów, wiernych autorytetom, uczniów autorytetów, teoretyków, fanatyków idei, guru, nawiedzonych wizjonerów i szamanów (wszyscy wegetarianie jak jeden mąż, he). Którzy mają swój interes[ik] w tym, aby ten, co pracuje, pracował i jak najmniej gadał, tylko się zgadzał, potwierdzał i głosował na zgromadzeniu Za, nie Przeciw.

Nie na tym Prawdziwą Wspólnotę zbudowano, łoj nie...

22 listopada 2011

Jest jak jest

Hm, to prawda. Od dość dawna, co chyba można zauważyć na tym blogu, w głowie nic mi się pojawia godnego zapisania, oprócz czystych faktów.
Może dlatego, że nie oglądam tv ani nie czytam gazet?
A może stąd, że się starzeję i nie nadążam?
Bo fakty są takie, że nocne deszcze rozmiękczyły glebę, więc dokończyłam kolejną grządkę permakulturową. Jazda taczką, machanie widłami i szpadlem nie wymaga wielkiej filozofii, zatem nie ukułam przy okazji żadnej teorii. Jest za to grządka! JEST! I ile z tego radości i dumy!

20 listopada 2011

A ostatni będą pierwszymi

Przymrozki nocne odchodzą, odrobina deszczu... Tak suchej jesieni dawno nie było!
Dostałam polecenie od domowej szefowej, aby drugą grządkę permakulturową uszykować. No, to zaczęłam pogłębiać, humus ściągając na osobną kupkę.
A tu z dala, z drogi głos się odzywa jednego z wioskowych "chłopaczków", nie powiem jakiego, żeby nie było, że skarżę. I z fałszywym współczuciem w głosie oraz źle ukrywaną ciekawością pyta:
- Hej, dziewczyny, a co wy tam takiego robicie?!
Na myśli niewątpliwie mając to, że listopad to jest miesiąc oszczędzania sił i słodkiego popijania śpirta na wszelkie gryzące duszę robaki, a nie grzebania się w ogródkowej glebie.
Wzruszyłam ramionami, bo mnie wnerwił obibok i pijaczyna jeden. I tylko odburknęłam pod nosem (czego nie usłyszał, bo zresztą nic by z tego nie pojął, tym bardziej mego żartu):
- A to nie wiesz, że Ziemia ma się obrócić do góry nogami i w przyszłym roku ostatni będą pierwszymi? Trzeba być gotowym!

A na poważniej, to po kolejnej zaprawie z rozrzucaniem gnoju (och, jeszcze tylko jeden boks został do wyczyszczenia) i kolejnych warsztatach glino-lepienia wczytuję się w prognozy kolegów i koleżanek po astrologicznym fachu.
Dla zilustrowania głównych tez przedstawiam kawałek wywiadu z Jackiem Gronertem, specem od horoskopów pieniędzy, giełdy i inszych procesów zbiorowych w skali swiata.

"Kiedy będzie lepiej?

- Lepiej to już było.

Straszysz? Nie wierzę, że aż tak będzie źle. Choć patrząc na Grecję, Hiszpanię, Japonię i nawet Stany Zjednoczone już widać kryzys.

-Ja nie straszę, to wy się boicie. Ja opisuję jedynie korelacje kosmicznych rytmów i cykli, sprzężonych z ziemskim życiem.
2011 rok, kiedy Jowisz znajdzie się w znaku Byka radzę poświęcić na gromadzenie zapasów, sił i środków, jakie uznamy dla siebie za najniezbędniejsze. Jedni będą budować schrony, piwnice, gromadzić ubrania, jedzenie, drudzy paliwo, inni złoto, a jeszcze inni baterie, książki, naboje, lub alkohol. Dla każdego coś innego jest najwartościowsze i najważniejsze. Może okazać się, że wygrany będzie posiadacz własnej studni?
[...]
No to gdzie będzie najbezpieczniej?

- Daaaleko stąd. W Australii. Jednak nawet i tam pogorszy się standard życia Ale Polska nie ma najgorszych prognoz, choć nie unikniemy zapaści ekonomicznej. Dużo poważniejsze wyzwania czekają wszystkich naszych sąsiadów. Mniej bezpiecznie będzie się wiodło Niemcom, Rosjanom, a nawet mieszkańcom Czech i Słowacji.

A Ameryka? Przecież to mimo wszystko potęga!

- Amerykanie doświadczą kontrastowo różnej rzeczywistości, w porównaniu z obecnym dobrobytem. Nie tylko wieloraki i „szerokopasmowy” kryzys ekonomiczno-polityczny ich wyniszczy. Spotęgują się zagrożenia tragediami geologiczno-klimatycznymi."


Więcej można poczytać na stronie:
http://astrologia.kaluski.net/prognozy.php?id=927

15 listopada 2011

Początek wakacji

Wykopałam dwa ostatnie dołki pod słupki na płot. Cały czas suchutki miałki piasek. Od tak dawna nie padało! Mimo suszy mgły wieczorne i poranne sprawiają, że roślinność jest dostatecznie nawilżona.
Nawiozłam też kilka taczek liści i wysypałam na warstwie nawozu, którą ułożyła wcześniej Ania, po czym narzuciłam na liście zdjęty wcześniej humus. Grządka pod truskawki zbudowana.
Zaraz potem lunął deszcz. Krótki ale intensywny.

Kozy już dają nam odpocząć. Wychodzą na dość krótki spacer po lesie, gdzie żywią się spadłymi liśćmi i zabawiają ogryzaniem gałęzi poszycia. Wracają po godzinie z widoczną chęcią do obory na siano, ciężkie, powolne, rozleniwione.
Zasuszamy je stopniowo. Już tylko Gwiazdę i Lubaszkę doimy dwa razy, a Kazi i Dziuni wcale. W sumie dziennie jest najwyżej 3-4 litry mleka. Nadchodzą moje wakacje!

11 listopada 2011

Święto Niepodległości na Wsi

Tak ważne numerologicznie dni z jedynkami, dwa pod rząd, a my zamiast na jakiś Marsz albo z Oburzeniem takim i owakim patrzeć jak się ludziska nawalają za i przeciw, w niewierze w koniec świata tak szybki i kontrolowany, do roboty!
Ciężkiej, fizycznej.
Oj, tyle zostało zrobione, a tak mało wciąż widać rezultatów...
Ania załadowała wczoraj całą przyczepkę gnojem, wywiozła ją na nowe poletko i rozrzuciła ów żyzny ekstrakt widłami. Na skrawku pod brzeziną, na którym umyśliła posadzić truskawki. Skopała też grządki pod folią, łącząc glebę z nawozem.
A wieczorem zabrałyśmy się wreszcie za KISZENIE KAPUSTY! Nieco zbyt późno, bo zwyczajowo robi się to pod koniec października lub na samym początku listopada. Ale lepiej późno, niż wcale, prawda?
Ania starła kapuściane głowy na specjalnej tarce, ja wymieszałam je w miednicy razem z solą, startą marchewką i kminkiem, a potem nieszankę załadowałam do beczki (plastikowej, wyłożonej specjalnym foliowym workiem), ubiłam pałką, przycisnęłam całość deseczką i kamieniem i zakręciłam beczkę. Stoi na razie w rogu ciepłej kuchni, aby temperatura wsparła procesy fermentacyjne, a za co najmniej tydzień, może 10 dni, przeniesiemy ją do piwnicy. Kapusta ma się tam dobrze, nie zamarza zimą i o to chodzi.
Dzisiaj od rana zaś Ania walczyła w ogródku przydomowym. Razem ze mną, z większą flegmą wyległą na boży świat z ciepłego domku.
Zebrałam wierzchni humus na powierzchni grządki, która ma stać się truskawkową, a Ania nakładła na nią pierwszą warstwę drewnianych patyków i starych korzeni, przesypując je liśćmi, obficie spadającymi wokół naszej chaty z klonów, akacji i olchy. Kiedy grządka uzyska już odpowiednią wysokość przyjdzie czas na inne specjały gleborodne.
Ponadto wykopałam trzy dołki i wkopałyśmy trzy kolejne słupy pod ogrodzenie frontowe. Zdjęłyśmy też resztę starego płota i Ania pocięła go na krajzedze do palenia. Kurczę, dębowy 50-letni płot, słupki i przęsła wytrzymałyby jeszcze z 10 lat, gdyby nie sparciałe sztachety i ogólne pochylenie starcze.
A na koniec dnia... stopiłam kilka startych na drobno serów żółtych, które odłożyłam kiedyś na bok do lodówki, a to, że skórka wyschła i pękła, a to, że jakaś pleśń nieciekawa się wdała, a to, że serwatkowały zbyt długo, wraz z odpowiednią ilością twarogu, także pięknie zgliwiałego. Do tego soda, żółtko, trochę masła i kminek jako przyprawa. Zlałam do miseczek kolejny zapas świetnego żarła. Ania podjadła z chlebem na ciepło, jak najsmaczniejsze fondu, i dzieląc się szczodrze z Łaciem - nałogowym serojadem i smakoszem.

7 listopada 2011

Kozie złoto

Chłopaki piją, od dnia wypłaty renty lub gminnej zapomogi i są niewykrywalni dla pracodawców. Skrywając się w jakichś starych szopach albo w lesie za krzakami, gdy pójść z rana i próbować któregoś wyrwać z grawitacji kolejnej butelki.
- Dobra, ten się śmieje, kto się śmieje ostatni - stwierdziłyśmy. I do roboty! Poczeka się. Na akoholiczny głód i drżączkę.
Od dawna leżało odłogiem wywalanie gnoju z obory. Teraz stało się bardzo pilne, bo truskawki trzeba posadzić przed zimą.
Każdorazowo, gdy Księżyc przechodzi przez znak Barana zdarza mi się fizyczna zaprawa przy remoncie, budowie lub pracach polowych. Tak i dzisiaj się stało. Ania ładowała, a ja woziłam kozie złoto taczkami do ogródka, pod warzywne grządki, permakulturowo podwyższone (jak do tej pory zawsze opadają na jesień do właściwego poziomu, więc pewnie jeszcze wiele lat upłynie nim się wzniosą na stałe) i do folii.
Do 13 udało się nam boks Kaziuków oczyścić (1/4 obory). Łatwo obliczyć ile nam to jeszcze zajmie.

6 listopada 2011

Joga w lesie i ogrodzie

No, i wreszcie wybrałyśmy się z wizytą do joginów, Doroty i Roberta, mieszkających z drugiej strony (patrząc od nas) miasteczka, wśród pól i lasów, niedaleko granicy. Po sadzonki truskawek, których u nich nadmiar się zrobiło, a u nas jeszcze żadnej nie udało się posadzić. Przynajmniej od dwudziestu paru lat. W południe wiatr wiał niezgorzej, niż halny. Ania wystawiła się jednak dzielnie na podmuchy, zbierając z Robertem roślinki do pudła. W ogrodzie permakulturowo zainicjowanym i od kilku lat prowadzonym.
Jogini są oczywiście ścisłymi wegetarianami, a w porywach weganami. Zostałyśmy poczęstowane ryżem z pięknie pachnącym dyniowym sosem, dynia oczywiście własnego chowu, choć ryż oczywiście nie.
Przyznaję bez bicia, jestem żarłokiem (co zresztą od razu widać). I posiłek, złożony ze zwykłej dla mnie ilości warzyw, musiałam dojeść w domu rybą, aby poczuć sytość.
Rozmawialiśmy między innymi o samowystarczalności żywieniowej. Podobno na jedną osobę starcza 70 metrów kwadratowych ogródka, aby mieć jarzyn na cały rok. W sumie dość trudno ją osiągnąć, bo oglądałam potem internetowy wywiad z pewnym permakulturowcem-wegetarianinem, który po 20 latach mieszkania na wsi i uprawiania kilkudziesięcio-arowego ogrodu nie doszedł jeszcze do samowystarczalności. Hm, każdy konwencjonalny rolnik uśmiechnąłby się w tym miejscu z wyższością albo przekąsem.
Bo po co to wszystko?
Mieć kilka hektarów nieoranej ziemi z żywą glebą, na niej nieużytki, samosiejki, dziką trawę, której nie ma się siły wykosić i zebrać, zresztą po co to komu, gdy się zwierząt nie trzyma. Sadzić drzewa, które owocują po wielu latach i walczyć z atakami zajęcy, saren, dzików czy dzikich krów sąsiada, zanim wreszcie wyrosną w pomniejszonym w ten sposób procencie? A do tego czasu kupować cały czas większość żywności w sklepie?
Trudne to wszystko, gdy jest się przy tym inteligentem zajmującym się abstrakcyjnymi sprawami wymagającymi czasu, innymi zgoła, niż dłubanina od świtu do nocy w ogródku przydomowym czy nawet nieco dalszym od domu...

Permakulturowiec oznajmił, że gdyby wszyscy ludzie zrezygnowali z hodowli i uwolnili ziemię dla upraw roślin jadalnych dla ludzi, planeta Ziemia mogłaby wyżywić wszystkich głodnych...
A ja jakoś podejrzewam, że to iluzja. O ile nie ściema dla ideologicznie zakręconego umysłu.
Widzę to w praktyce. Moje bydło potrafi paść się od rana do wieczora, kręcąc przysłowiową mordą i przeżuwając w nocy to, co w dzień zjadło. W swoich dwóch albo czterech żołądkach. A pies-mięsożerca je dwa razy dziennie po pół michy i biega wokół stada z wielką energią cały dzień.
Coś mi się wydaje, że... podobnie jest z ludźmi. Roślinożercy muszą jeść częściej, są łagodniejsi, flegmatyczni, niestworzeni do codziennej ciężkiej pracy fizycznej i trudów zmiennej pogody. Mięsożercy jedzą treściwiej, a więc mogą (nie mówię, że to robią, bo... wiadomo... zepsucie świadomości przez cywilizację) jeść rzadziej. I skuteczniej.
I pewnie dlatego na pytanie, czy osiągnęłyśmy już samowystarczalność w wyżywieniu w pierwszym odruchu chciało mi się powiedzieć:
- Tak, jesteśmy już całkiem blisko... A nawet mamy nadmiary, którymi możemy karmić kilka osób przez dłuższy czas.
Ale zdałam sobie sprawę, że mówię o innym rodzaju białka, którego wegetarianie nie trawią. A naszym ogródkiem warzywnym nie ma się naprawdę co chwalić. Choć... w drodze wymiany za nabiał ze znajomym rolnikiem zostałyśmy obdarowane worem warzyw, które wciąż jeszcze zjadamy. Więc i tak można samowystarczalnie prosperować, permakulturowo z rękami za pasem.

A poza tym ciekawie jest. I zgłębiam wewnętrznie glebę jako bazę Wszystkości, aby wyrosnąć z niej i przemieniać się swobodnie duszą poprzez ciała, bakterii, roślin, robactwa, zwierząt, ptaków i ludzi, w duchy przyrody i żywiołów, aż po anioły i bogów.

4 listopada 2011

Księżycowe pływy

Po huśtawce nastrojów, od za do przeciw - byciu dalej tutaj (tak, nie jest słodko, gdy wszystko zdaje się isć jak po grudzie, a pamięć przywołuje stołeczno-lukierkowe wspomnienia) i dwóch dniach straconych na męczące dywagacje i spory, nastał poranek dzisiejszy. Obudziło mnie warczenie piły i stukanie młotka... Ania zerwała się skoro świt i... dokończyła szalowanie trzeciego pokoju!
Ta dziewczyna nie przestanie mnie zadziwiać. Ja jestem flegmatyczką zorientowaną na trwanie i przetrwanie, przeczekującą ciosy losu, choćby w przyczajeniu na samym dnie rozpaczy. Ona jest choleryczką walczącą i przeciwności, po pierwszej burzy emocji, zawsze budzą u niej odruch walki. Oj, trudno się współ-mieszka z dyktatorską i krytyczną naturą, kiedy ma się tak wolno płynącą krew z zamiłowaniem do spokoju, jak moja...
No, więc jednak coś zostało - wyraźnie - pchnięte do przodu.
Pocieszona, zrobiłam w takim razie kolejną partię bryndzy na zimę (tamta już została wyjedzona), wyszło z 4 kilogramy. Tym razem dodałam nieco przegotowanej wody, aby uzyskać bardziej zwartą i smar owalną konsystencję.

Wieczorami przedzieramy się przez mega-niezrozumiałą i skomplikowaną instrukcję do wniosku o dotację unijną, pisaną językiem Księżycowym przez ludzi z Księżyca. Ten bełkot urzędowy wypala mi resztki komórek mózgowych po kilku punktach. To straszniejsze od Nostradamusa jest!
Ale Ania radzi sobie dzielnie. I nawet rozmawiała w tej sprawie z Księżycowym urzędnikiem, ucząc się ambitnie Księżycowego języka. Ja go tylko śniłam. Ach, te visions. Co oznacza Księżyc w tym wypadku? Iluzję? Nierealne projekty? Marzenia bez pokrycia? Marzenia, które mogą zostać spełnione? Ech, przekonamy się. Czas pokaże.

1 listopada 2011

Hałas i cisza

Ludzie, zapowiedziani i niezapowiedziani, przedświątecznie, harmider rozbijający codzienny porządek i ustaloną jak w zegarku pracę. Zwierzęta w tym są podobne do autyków, że lubią, gdy wszystko jest zawsze tak samo. Jakakolwiek zmiana wprowadza element niepokoju, a nawet chaosu. Im bardziej się tym denerwować, tym bardziej bezład narasta. Wyciszyć się w trakcie i przemawiać do nich spokojnie, zwykłym tonem głosu to prawdziwa sztuka opanowania emocji, własnych.
Zwierzaki są ich obrazem i uosobieniem, po prostu wcieleniem naszej własnej podświadomości. Praca z nimi to praca ze sobą, nad sobą i jednocześnie nad całą Ziemią, zakodowaną w naszych człowieczych genach.
Przy tym wszystkim najtrudniej jest opanować chaos wytwarzany przez ludzi. Standardy zachowań służą płynięciu utartymi szlakami i omijaniu mielizn i nieporozumień. Gorzej, gdy standardy okazują się różne i jest mało czasu, aby je przedyskutować i ustalić. Chaos wpada jak wiatr, burzy spokój, hałasuje, gada-gada, po czym wir odlatuje w swój świat, cichnąc tak samo gwałtownie, jak się pojawił.
Trudno nawet przemyśleć, ba, nawet zauważyć, że generowana energia wprowadza chaos i niepokój. Nadmiarem słów, których nikt nie słucha w głębi siebie, różną skalą ważności tematów.
Ech, cisza i spokój zwierząt hodowanych w stałych warunkach - to jest to, co lubię i cenię najbardziej.

29 października 2011

Eko-spotkanie

Zaniosło nas wieczorem, dzięki J. do pewnej wsi i domu, gdzie odbyło się jedno z wielu spotkań założycielskich powstającej właśnie grupy ekowioskowej. Młodzi ludzie, około trzydziestki, dzieci. Zajęcia głównie inteligenckie. Wegetarianie.
Klimaty zbiorowe znane mi z lat moich dość młodych, gdy jeździło się co rusz na wielodniowe koncerty i spędy hippisowskie, punkowe i mieszane.
Są podekscytowani, próbują rzeczy ogarnąć, ale na razie wsio teoria, praktyka pokaże, do czego są zdolni, a do czego nie. Każde ma nieco inne wyobrażenie o tym jak to będzie. Trochę doświadczeń z wizyt w zachodnich grupach tego typu.
Przyglądałam się ciekawie i słuchałam uważnie, próbując w hałasie popłakujących, grymaszących, rozkrzyczanych i biegających kilkulatków wyłowić jakieś wnioski, konkluzje. Nie dla mnie (bez "niestety").
My już mamy swoje, niezbywalne doświadczenie i wiele prób charakteru za sobą. W starciu z oporem materii, gleby, przyrody, ludzi i systemu. W oparciu o tradycję przodków, z którymi od zawsze odczuwam głęboki kontakt. I cześć dla ich cichej pracy, uporu, twardości charakteru i miękkości ducha.
Myślę, że jeśli prawdziwa Wspólnota nie odrodzi się z serca ludu i z szacunku świadomych wagi czystej Przyrody Mieszczan dla prostych ludzi i ich siły, to nigdy i nigdzie się nie narodzi na sztuczny sposób.
Czy przemawia przeze mnie starczy pesymizm? Hm, ja uważam go za realizm i trzymanie się ziemi przede wszystkim.

W nocy, po wizycie śniło mi się, że dziewczyny z grupy chciały mnie wybrać na... papieża. :-)))))

27 października 2011

Stan

Kurczak odratowany. Po pobycie w szpitalnej izolatce, tj. samotnym wypasie w nieczynnym już tunelu foliowym wyzdrowiał. Okazało się, że oko jest całe, dostał kogucim dziobem w dolną powiekę, która już się szczęśliwie zrosła i krwawe ślady zniknęły. Zatem mógł dzisiaj dołączyć bezpiecznie do stada. Niestety bowiem, kury to małe kurozaury i każda krwawa rana lub dziwne zachowanie chorej sztuki budzi w zdrowym stadzie dziką zbiorową agresję, której delikwent może nie przeżyć. Tym razem się udało. Dzięki naszej zdecydowanej interwencji, wykasowaniu agresywnego koguta i nie liczeniu na litość pobratymców z kurnika.
Wstawione dwa kolejne słupy pod płot, od drogi.
I kolejne warsztaty ceramiczne.

25 października 2011

Babska siekierezada

Panowie dwaj mieli zjawić się wczoraj, tj. w poniedziałek, aby dokończyć robotę przy płocie, jednak nie było ich i ani słychu dlaczego. Jakże to do nich, i nie tylko do nich podobne! I wypróbowane przez nas na wiele sposobów w tutejszym świecie...
Załatwiłyśmy za to, żeby nie marnować dnia, zmianę opon na zimowe, u pierwszego w okolicy (sąsiednia gmina) mechanika samochodowego, który niedawno zakład otworzył. I nie trzeba już będzie grzać 40 km do powiatu jednego, drugiego albo trzeciego, aby ktoś pod maskę zajrzał. Młody człowiek, po studiach. Który postanowił "ruszyć trochę ten martwy teren" swoją przedsiębiorczością i tym, że "mu się chce". Oby nie oklapł w tym zapale, jak inni!
Dzisiaj nie zjawił się także Jary, choć wieczorem przysięgał, kiedy przyszedł sępić na papierosy, że rano na pewno już będzie do roboty. Ania podjechała rowerem do jego chaty, pytać co się dzieje. Ano, chłopak już w lesie gałęziówkę ładował dla kogo innego. Tym się różniącego od nas, że wcześniej go z łóżka ściągnął. I że chłop, nie baba..

Z gniewnej bezsilności wzięłyśmy się same za stawianie płota.
A raczej przestawienie na razie jego zrobionej już części w nieco inne miejsce, jakiś metr dalej. W tym celu trzeba było odmierzyć nową prostą linię pod linkę, wyznaczyć miejsca na słupki, wykopać pod nie dołki, przestawić słupki i przybić na nowo do nich przęsła ze sztachetami. Wymagało to pewnej logistyki, przewidywania i planowania, rąbania i wycinania pieńka po osice, która niegdyś rosła w miejscu na płot wyznaczonym, a także pogłębiania dołków po szpadlu rękami, zwiezienia starych cegieł do ich umocnienia w ziemi i różnych takich drobnych czynności organizacyjnych. Nic zatem, czego by baba nie umiała sama zrobić, gdy się zaprze.
W międzyczasie toczyłyśmy kilka rozmów sąsiedzkich, uzgadniających różne stanowiska względem kilku palących dla każdej strony spraw. I psioczyłysmy na Podlasiaków między sobą ile weszło, a co! To nie żadne święte krowy przecież, tylko ludziska chytre, wykrętne, zazdrosne, działające nie wprost, obłudne, robotne, a leniwe jak mało kto, odkładające wszystko na święty nigdy, i sto podobnych innych cech można by wymienić, już my wiemy jakich... Oczywiście, mamy dystans, ale kiedy emocje same chodzą, to i trzeba im dać upust, nieprawdaż?
Nie tylko ich "dusza bolit" (i zapijać ów ból muszą notorycznie), nas też szlag trafia nie raz, i nie dwa.

A z tą siekierką i mną - to było tak...
Dawno temu zainteresowałam się astrologią, w ten sposób, że koniecznie chciałam poznać swój horoskop i zrozumieć co we mnie siedzi. Taki wiek. Mieszkając w niewielkiej miejscowości miałam słaby dostęp do możliwości nauki tej na poły ezoterycznej, a na poły bardzo ścisłej dziedziny. Działało wtenczas Towarzystwo Astrologiczne w Poznaniu, wydające roczne biuletyny i druki wewnętrzne (tj, to, czego pragnęłam najbardziej, efemerydy gwiazd i tablice domów, niezbędniki do samodzielnego obliczenia kółka), krążące między członkami na subskrybcję. Szczęściem zupełnym w swych hippisowskich wędrówkach po kraju spotkałam młodego człowieka rodem bodajże z Gdańska, Słoniem przezwanego (był duży, powolny i dokładny), który pod moim wpływem zapisał się do Stowarzyszenia, bo miał tę możliwość i załatwił mi podstawowe podręczniki, a potem zjeżdżał do mnie z wizytami, podczas których całe noce żesmy spędzali na omawianiu astrologicznych tematów. No, i on, już taki podszkolony na kursach astrolog zajrzał któregoś razu z wielce mądrą miną w moje gwiazdy i zaraz wytknął:
- O!
- Co takiego?
- Koniunkcja Słońca z Marsem!
- No, i co z tego?... eee.
- U kobiety!
- To takie dziwne?
- No, częste u mistrzyń sportu, siłaczek. Ale na bokserkę nie wyglądasz...
- No, to do czego się nadaję?
- Hm, z siekierką i do lasu, drwa rąbać! - orzekł w prawdziwym natchnieniu (jak teraz to już rozumiem i doceniam) Słonik. Ech, gdzieś do RPA go potem wywiało, pomarańcze zrywać, pod palmami plażować, kokosy łupać, czy jakoś tak.

23 października 2011

Niedzielna rozrywka

Ancymon trafił wczoraj do garnka i... rewelacja. Dotąd tylko słyszałam peany na temat smaku zielononóżek, teraz wiem, że to żadna przesadna reklama. Rosół jest po prostu znakomity! I mięso również. Delikatniejsze od zwykłych kur. Ciekawi mnie jeszcze pieczeń. Ale to zostawiam sobie na zimę, bo kogutki są jeszcze za młode na ubicie. Jeden z nich już zresztą przejmuje rolę szefa (no, na razie to mało powiedziane), pieje najgłośniej, jest najdorodniejszy, ale jeszcze nie oznajmia gdakaniem zniesienia jaja przez kokoszkę, ani nie ogłasza alarmu lotniczego i cicho trochę na podwórzu się zrobiło.
Budowa płota przystopowała z braku czasu, u nas i panów dwóch. Ale Ania w euforii przedzimowej porżnęła na krajzedze stary, co najmniej 50-letni płot, aby już nie zalegał w ogródku i teraz służy mi pięknie do palenia pod płytą. To się nazywa funkcjonalność i pełny recykling zużytych elementów budowlanych. Popiół, który na koniec z tego powstaje wyrzucam na kompostownik i staje się użyźniaczem naszej słabiutkiej gleby. Rozmawiałyśmy niedawno o tym z Jerzym-ceramikiem, który jest wielkim fascynatem naturalnego budownictwa. Gliny co prawda u nas nie ma, albo występuje sporadycznie po wsiach w ilości jak na lekarstwo, ale drewna nie brakuje i to jest podstawowa baza materiałowa okolicznych budowli.
Co ponadto?
Ano baardzo dawno powieszone przez nas na wiejskiej tablicy ogłoszenie nagle zadziałało i zadzwonił telefon. Pan ogłosił, że ma do sprzedania śrutownik, w przystępnej cenie i parę innych klamotów też się znajdzie. Umówiliśmy się na dzisiaj w południe.
A więc zdarzyła się nasza ulubiona wycieczka w teren w celach handlowych, super rozrywka niedzielna. Dotarłyśmy szybko, bo to trzecia wieś od nas, jakieś 12 km na skróty licząc.
Po drodze minęłyśmy sąsiednią wieś, w której mieści się nasza parafialna cerkiew.
Przepięknie odremontowana tego lata. Zresztą sami podziwiajcie:




Już u celu sympatyczny gospodarz zademonstrował nam niewielką machinę pozbawioną silnika, ale łatwą do załączenia np. do silnika krajzegowego, w sam raz na nasze niewielkie potrzeby. I my w gadkę, ulubioną. A może parnik? a może sierp? albo widły? albo kosze? A może koza? A może kucyk? Sporo by się znalazło i dla kolekcjonera i dla osiedleńca, i dla rolnika. Uzgodniliśmy różne potrzeby, ubiliśmy interes ze śrutownikiem, na dokładkę dostałyśmy w gratisie zardzewiałą maszynkę do mięsa i stare chomąto, pogadaliśmy o reperacji starego wozu, który mamy na stanie i o traktorach też, a co. Gospodarz używa na przykład traktora w pełni sprawnego z 1962 roku!
He, może jednak przekonam się kiedyś do prawdziwego kunia? Tego moja wyobraźnia nie przerabiała jeszcze.

19 października 2011

Los Ancymona

Od chwili, kiedy wczoraj pikujący jastrząb napędził niezłego stracha kurom, i oczom nie wierzyłam w jakim tempie i jak wysokim lotem uciekały z pola, gdzie przedtem żerowały, kogutowi coś z głową się porobiło. Grzebień z czerwonego zrobił mu się buraczkowy, adrenalina mu trwale podskoczyła, i dzisiaj z rana jednym uderzeniem dzioba powalił i obezwładnił białą leghornkę. Trafiony w oko kurczak zalał się krwią, stracił równowagę i zaniosłam go w tym stanie do lamusa na kwarantannę.
Najpierw deliberowałyśmy, czy go od razu nie zdekapitować, żeby się nie męczył, ale w końcu postanowiłyśmy dać mu szansę. Może się odpichci na osobności, jak kiedyś pamiętny Tancerzyk.
Dzisiejszego rana, dość niespodziewanie, bo ledwie z 2-dniowym opóźnieniem zjawili się wreszcie, obiecujący się już od wiosny, panowie dwaj do postawienia brakującej części ogrodzenia z tyłu domu i od strony tarasu.
Rozmierzyli, wyznaczyli, osmalili dębowe słupki w ognisku, co jest ponoć najlepszą impregnacją przed ich butwieniem w ziemi, rozmieścili je w odpowiednich miejscach, wykopali dołki i wkopali.


Po południu Ancymon znów zaczął demonstrować nadzwyczajną agresywność wobec kurczaków. Jednemu, który mu się nawinął wyrwał z szyi garść piór.
- No, cóż, przyszła na ciebie kryska - stwierdziłam bez serca.
Korzystając z obecności znających się na rzeczy mężczyzn, Ania schwytała w kurniku Ancymona, a jeden z nich na pieńku skrócił wściekusa o głowę już chwilkę potem...
No, i tak będzie czym robotników nakarmić...

17 października 2011

Nowe pole

Ostatnio znów zrobiło się pracowicie, jak w lipcu. Zamówienie firmowe, rżnięcie drewna na zimę i pole. Dziś rano zjawił się Jary, umówiony do pomocy przy gnoju. Wielka kupa się uzbierała jeszcze z zimy i wiosny, trzeba ją było załadować na pożyczoną przyczepkę i rozrzucić po polu.
Niby wszyscy już zaorali swoje pola, czy to pod oziminę, czy właśnie jako przygotowanie gleby na wiosnę pod siew. Ale nam paru powiedziało, że pole na zimę orze się zwyczajowo po Pokrowie. Najpierw chciałyśmy, tak jak inni robią, żeby stalerzować trawę, która ruszyła na rżysku, ale ktoś mądrze stwierdził, że talerzowanie spowoduje rozdrobnienie kłączy perzu, który tym sposobem bujnie sobie w dwójnasób albo i w trójnasób w przyszłym roku. No, a my nie chcemy stosować chemicznych środków chwastobójczych (lub stosować jak najmniej), więc rada wydała nam się roztropna. Od razu orka, a przedtem konieczne rozrzucenie gnoju...
Jary spisał się jak zawsze świetnie. Jest pracowity, silny i wytrzymały. Razem z Anią załadowali 7 przyczepek i rozrzucili sprawnie w kilka godzin.
I ja troszeczkę pomagałam pod koniec, ale generalnie talentu do wideł nie mam... Więcej musiałam się nabiegać przy przygotowywaniu posiłków, paleniu w piecach i karmieniu zwierzyny.
Zaraz po obiedzie przyjechał z trzeciej wsi oracz z czteroskibowym pługiem i zaorał bardzo starannie całe pole oraz dodatkowo jakieś 15 arów dotychczasowego nieużytku porosłego słabą dziką trawą, wrzosem i samosiejkami czeremchy i brzózek. No, właśnie, otworzyło się nowe pole dla permakulturowych działań. Czego już tam żeśmy nie planowały zrobić! Nawet wigwam albo ziemlankę postawić, pokazowo oczywiście. Może ktoś ma jakiś pomysł?

16 października 2011

Zimne uszy

Ponieważ nie oglądamy tv, radio warszawskie kiepskie jest w tym, bo podaje prognozy dla mieszczuchów zaledwie w przeddzień, a nam zdarza się wtedy nie słuchać, to nas mroźna noc niejako zaskoczyła. Może niezbyt, bo znajoma wieczorem przez telefon powiedziała, że u niej termometr zewnętrzny pokazuje -1 stopień, a chwilę potem Jasio zamiauczał za drzwiami tarasu i sprowadził się z całą powagą do domu na noc, co mu się od wiosny chyba nie zdarzyło. Ale nie przypuszczałam, że opadnie aż tak. Mimo napalonej ścianówki, wcześniejszego palenia pod płytą w nocy zaczęły mi marznąć uszy. Tak się objawia spadek temperatury, znam to wrażenie od lat. Rano o siódmej na termometrze było 6-7 stopni na minusie (słupek bywa, że nieco fałszuje wyniki w obrębie 1 stopnia). To ile musiało być w nocy?
A poza tym kury przestały się nieść, na pięć jedna się wypierza, a reszta niesie się co kilka dni, czyli dziennie przybywa jedno-dwa jajka.
Kozy dają połowę letniej dawki, ale jeszcze nie jest źle, bo dostały pozwolenie paść się na unijnym owsie na polu za Górą i najadają się po pachy zielonego (tak, ziemia jest tam tak słaba, że nieco później zasiany owies ledwie na 20 cm wyrósł i jest zielony). Podczas wypasu w tym zaskakująco pięknym miejscu, strzeżonym przez magiczny dąb, znalazłam jeszcze wczoraj prawie półkilogramowego zdrowiutkiego prawdziwka. Ale po dzisiejszej nocy nie ma już co liczyć na grzyby... No, cóż taki rok.

14 października 2011

Jesienne zajęcia

Kiedyśmy dwa dni temu wracały z powiatu goniła nas potężna chmura w kolorze prawie czarnym, z której lał obfity deszcz. Towarzyszył jej zimny, północny wiatr. W domu było jeszcze sucho i w miarę pogodnie, zatem rozstawiłyśmy grilla koło tarasu, żeby zrobić szybki obiad. I wkrótce zagrzmiało, raz, drugi... Grzmoty były długie, głośne, w końcu trochę popadało. I tyle z tego, że po pełni księżycowej (która zawsze, tak jak i nów przynosi zmianę pogody) zrobiło się mocno rześko i często dmie przeszywający, choć niezbyt silny wiatr. Jasiek jeszcze daje radę nocować na dworze, ale Łacio już spędza noce w domu, zwinięty w kłębek albo w moich nogach na łóżku, albo na krześle w jadalnym. Kicia nocuje od niedawna na poddaszu, korzysta z kuwety i bardzo powoli się adaptuje do towarzystwa psio-kociego.
Dzisiaj Pokrowa, wielikoje świato na wiosce, poza tym prywatnie święto chrztu naszego domu (opisywałam w zeszłym roku dlaczego). Z tego powodu umyłam wszystkie okna w chacie, ku czci owego oczyszczenia wodnego, które zainaugurowało kilka lat temu budowę. W nocy pojękując z bolesnych zakwasów w rękach.

Z innych wieści zwierzęcych: ostatnia stara kura zaczęła się z dnia na dzień wypierzać i to jej życie uratowało. Skubanie wypierzającego się ptaka nie jest najłatwiejsze i trzeba poczekać, aż dostanie świeżej szaty zewnętrznej. Kokoszki niosą się, ale nierówno, można powiedzieć w połowie. Miewają przerwy, to normalne jesienią, zwłaszcza, gdy nie dokarmiać ich podpędzaczami z zawartością soi i kukurydzy, od jakiegoś czasu podejrzanymi o modyfikowane pochodzenie. Bo jedynym podpędzaczem, który moje kurki stale zażywają to zsiadłe mleko i twaróg. Poza tym jedzą próżone żytko, gotowane resztki warzywne i obierki z ziemniaków oraz ziarno owsiane. Choć nasza sąsiadka uważa, że jeśli kury pasą się w lesie (a nasze notorycznie to robią) to dokarmianie jest właściwie zbędne.
Poza tym pracujemy, pracujemy. Firmowo-rolniczo-domowo. Kozie ciućki w wersji sezamkowej bardzo zasmakowały mojemu łakomemu siostrzeństwu i oto mam robótkę na popołudnia, przy okazji palenia pod kuchnią.

11 października 2011

Susz

Całą noc padało, a ranek okazał się z tego wszystkiego ciepły, no, i mgła niewielka. Podobno pokazały się opieńki w lesie.
Grzybów w tym roku niewiele, susza, ale Ania czasem spaceruje z kozami po okolicznych lasach i przynosi zawsze garść grzybów, przeważnie podgrzybków, trochę kurek. Rozkładam je na płycie i uzbierał się już woreczek tegorocznych suszonych.
Są jeszcze zapasy zeszłoroczne, więc żaden kryzys. Tyle, że brak marynatów, ale to może właśnie opieńki podratują.
Rano zjawił się Iwan ze swoim 15-letnim stillem i cały dzień (no, z przerwami na kawę i obiad) rżnął stare bale rozbiórkowe pozostałe po budowie, na kawałki zdatne do pieca c.o. i ścianówki. Na koniec część z tych grubszych porąbał i zwiózł na taras, gdzie już niezła ścianka powstała "podręcznego opału". W zimie jak znalazł, gdy zasypie podwórko, ciemno się zrobi, a tu do pieca trzeba cosik prędko dorzucić...
Noce zimne, palę zatem w ścianowym od kilku dni i w chacie zapanowało przyjemne ciepełko.

9 października 2011

Białe rosy

No, i przyszło jesienne zimno. W nocy biesiadowaliśmy w większym gronie znajomych, rozważając różne kwestie mniejszościowo-narodowościowe również w naszym najpiękniejszym z krajów i najmądrzejszym z państw, porównując ze śmiechem sławnych z lenistwa Greków z Podlasiakami, którzy im z pewnością w niczym nie ustępują, no, i takie tam różne dywagacje uskuteczniając. Na przykład konstatując fakt, że nagle dookoła wśród znajomych par obrodziło w ciąże, a dzieci mają się rodzić blisko lub już w samym magicznym 2012 roku! Wygląda to na znak czasu. Że przetrwamy.
Stąd też wiem, że temperatura była bliska zeru, a rano jeszcze około ósmej zalegała na polu i łące biała rosa, tj. szron. Trzeba zacząć już palić w piecu ścianowym, nie tylko pod płytą, jak do tej pory.
Mgły rozciągają się przepięknie. Tak samo mgliście jest w sercach tych, którzy zdecydowali się pójść na wybory ("Boże, na kogo zagłosować?", Nie ma na kogo!", "Wszyscy już byli i się nie sprawdzili!"), jak tych, co zdecydowali się je zbojkotować lub potraktować obojętnością. Do tych i ja należę, czego Ania nie podziela, i na rowerku przez las pomknęła wypełnić "obywatelski obowiązek" tak, aby nie zalegalizowano podatku katastralnego ani GMO w Polsce. Trzymam się przepowiedni Nostradamusa, że w 100 miejscach na naszej półkuli ludzie będą żyli wolni od polityki. A owa pierwotna Morusowa utopia zacznie realizować się na styku dwóch chrześcijańskich kalendarzy. Czekam na nią. I święcę oba porządki jednakowo. A najbardziej porządek naturalny, polny i leśny, tudzież kosmiczny.

6 października 2011

Bryndza-mate

Bryndza udała się. Smakuje jak bryndza, jest tylko nieco za sucha, ale to normalne w kozich produktach. W owczych też. Dlatego górale magazynowali zasoloną bryndzę na zimę, po czym w zimie, gdy owce (jak i kozy) mleka nie dają uzupełniali ją świeżym twarogiem krowim. I ja tak dzisiaj zrobiłam (z tą różnicą, że dodałam twaróg kozi) próbując przepisu na placki ziemniaczane z bryndzą. Wyszły bardzo smaczne i pożywne, najlepsze do zsiadłego mleka (he, postrachu Mieszczuchów), ale gotowane ziemniaki kiepsko się ścieły i tym samym przysmażyły, toteż resztę gotowego farszu postanowiłam zapakować do wnętrza pierożków, na wzór ruskich zrobionych. Mniam! I tak oto powstały kozie-rogi.
A Ania postanowiła zostać nałogowcem i od tygodnia pije codziennie jakieś ogromne (jak dla mnie) dawki yerba mate. Mnie wydaje się owo zielę podobne do każdego innego ziela i tyle. Żadnego "lepszego samopoczucia" po nim nie mam, no, ale wielbiciele pewnie powiedzą, że za mało wypiłam. To prawda, ale co zrobić, gdy Matka Natura wyposażyła mnie w niewielkie zapotrzebowanie na napoje w ogóle. I zalecane 2 litry wody dziennie to dla mnie kosmiczna ilość, którą mogę zagospodarowywać przez kilka dni. Ot, poranna kawa, potem wieczorem jaka herbata albo piwo, i tyle. Chwacit. Cybuchowe zielsko, siedmiokrotnie parzone zostawiam Indianom w dżungli.

4 października 2011

Siła przetrwania

Zwierzęcych przygód nigdy dość.
W sobotę Jerzy odebrał od nas cztery kurczaki zielononożne, na zaczątek swego pierwszego w życiu stada (oby mu się powiodło!). Pozostaję w pewnym niedowierzaniu co do sensu wegetariańskiej hodowli kur, ale może wszystko pójdzie po myśli niedoświadczonych jeszcze hodowców i nauczą się prowadzić stado odpowiednio do swoich przekonań.
Było trochę zamieszania w lamusie, gdzie je wcześniej przymknęłam, aby je wyłapać do pudeł. I w tym zamieszaniu, jak się potem okazało na drugi dzień rano zaginął jeden kogutek. Z sześciokurczakowego stadka, po odjęciu czterech powinno zostać dwóch (kurczaków, czyli kuraków). Tymczasem wyszedł ku mnie tylko jeden, i to dość ogłupiały samotnością. Stadko maluchów, czyli dzieci naszej kwoki i Ancymona trzymały się razem i nie były jeszcze dobrze zintegrowane ze starszymi kurami, choć już od jakiegoś czasu sypiały w kurniku. Gdzie jeszcze jeden? O ksywce Kurdupel, bo był z nich najmniejszy?
- Przysięgłabym, że zamknęłam wszystkie maluchy, trzy kokoszki i trzy kogutki. Kurdupel wbiegł na końcu, pamiętam! - zamyśliłam się. Mógł ze strachu zaszyć się gdzieś wśród lamusowych klamotów i przyczaić, bo operacja wyłapywania była mocno dramatyczna i histeryczna. Sprawdziłam kąty, zawołałam kilka razy, ale żaden głos się nie odezwał i odeszłam. Myśląc z żalem, że mi się zdawało i znowu coś nam porwało kurczaka pod nieobecność.
Dzisiaj dopiero, czyli we wtorek rano, szykując jedzenie dla kóz w lamusie usłyszałam ciche gdaknięcie. Wyostrzyłam uszy. Powtórzyło się jeszcze raz. Więcej nie.
- Szukajmy! - zawołałam - Bo mi się zdaje, że się kurdupel odezwał i gdzieś tu żyje, może już ledwie dycha!
Ania weszła na stos kostek słomy, zmagazynowanych w lamusie i zaczęła penetrować zakamarki przy pomocy długiego kija. Ja nasłuchiwałam obok. I kiedy już miałyśmy odchodzić, odezwało się coś!
- Jest! O, masz ci los...
Zdjęłyśmy trzy kostki ze stosu i spoza nich wystrzelił jak rakieta ucieszony i całkiem żywy Kurdupelek. Prosto w otwarte drzwi na podwórko, pomiędzy kury, rzucając się z ogromnym apetytem na jedzenie i picie...
Przetrwał trzy dni w zupełnej ciszy, bez wody, mógł się żywić co najwyżej jakimiś kłosami żytnimi pośród słomy pozostałymi, i tyle.

29 września 2011

Adaptacja do nowego

Nów, zamiast wieszczonej katastrofy na Ziemi, przyniósł u nas nagle... burzę (niezbyt groźną, przeszła bokiem od południa) i lunął długo wyczekiwany deszcz (dość krótki jednak, choć intensywny).
Pracujemy, jak zawsze. Ania do tego znów lepi garnki na kolejnych warsztatach.
Kicia robi postępy wręcz szokujące. Cały dzień spędza w domu, poznaje wszystkie skrytki, miejsca, zwierzęcych współmieszkańców i uczy się manier domowego kota. Dostała już tabletkę na odrobaczenie. Przeszukałam internet, aby dowiedzieć się o różnych objawach, które jeszcze miewa. Wychodzi na to, że przeszła zapalenie ucha środkowego, które teraz, pod wpływem systematycznego jedzenia i wysypiania się w cieple, ustępuje. Nawet bez specjalnego leczenia. Już rzadko potrząsa głową, nie ma zaburzeń równowagi i jeszcze rzadziej pokrzykuje z bólu. Nie ma też pcheł, z uszu nic się nie sączy, nie ma świerzba. O ile w pierwszym dniu spała cały dzień na poddaszu w swoim gniazdku, to dzisiaj jest ciekawska, zwiedza pokoje, wysiaduje przy mnie. Nie wiem jeszcze czy będzie umiała zachować czystość, dlatego wolę, aby uczyła się przez obserwację kocurów i psów, które wołają, gdy chcą wyjść i wejść. I dlatego jeszcze nocuje w lamusie (zaadaptowała tam sobie pudełko do spania).

27 września 2011

I Cing

Oto rzecz, którą wyjęłyśmy z wielkiej paczki, przywiezionej przez kuriera i potem taczką do domu. Efekt moich przemyśleń z okresu co najmniej 30 lat i pracy zapisującej je przez 3 ostatnie jest już gotów do pójścia w świat.
Wspominałam kiedyś na tym blogu, że są książki, które czytane pasjami w dzieciństwie wróżyły nam przeznaczenie późniejsze... Tej nie poznałam w dzieciństwie, bo nieco potem. Ale właśnie tę księgę, jedyną, mogłabym zabrać ze sobą na bezludną wyspę. Bo nigdy nie można się nią znudzić.

25 września 2011

Kiciowe egzaltacje

Rano klucz gęsi, w drodze gdzieś znad Narwi pewnie, odleciał na południe...
Sobotnie prace. Ja - astrologiczne zatrudnienie, ser, palenie, obiad, cukierek. Ania zaś pożyczoną przyczepką ściągnęła resztę jabłoniowych gałęzi, zalegających kupami w sadzie od wiosny. Poprzednią zwiezioną kupę pomógł nam rozpracować gość ze Śląska, więc zrobiło się miejsce na nowe składowisko.
A poza tym muszę odnotować nadzwyczajne kroki, jakie podjęła Kicia, aby wreszcie zbliżyć się ku nam. Noce zaczynają już być zimne (choć kocury wciąż jeszcze nocują na dworze) i kotka zaczęła szukać cieplejszego miejsca do spania. Wczorajszą noc spędziła w lamusie przy koziarni, w połowie zapełnionym teraz słomą. Weszła tam sama tuż przed zamknięciem drzwi wieczorem i wyjść nie chciała do południa, śpiąc w ciepłym kąciku. Gdy już wreszcie wstała i najadła się, napotkałam ją nagle na tarasie, zezującą w stronę drzwi do pokoju. Zaprosiłam do środka i oto weszła, nieco zalękniona. Szybko zbadała pokoik jadalny pod kątem skrytki dla siebie, po czym powędrowała schodami na poddasze. I tam nagle... oszalała ze szczęścia i zachwytu!
Oznajmiła mi pomiaukiwaniem, że tu jest tak fajnie, że ona chce tu właśnie mieszkać i spać.
Hm, ponieważ nie ma na razie w domu kuwety (kocury jej nie używają, wołają na dwór), a ja byłam zajęta wyniosłam egzaltowane zwierzę na dwór.
Nie zapomniała wrażenia. Po dwóch godzinach znów zawitała w domowe progi, tym samym sposobem, czatując przed drzwiami.
Wpuszczona pobiegła od razu na strych i dalejże zachwycać się tak samo. Wkrótce odkryła złożoną starą kołdrę i umościła sobie gniazdko, zapadając w drzemkę. Pozwoliłam jej na tę radość, ale w końcu zdecydowałam, że wróci do lamusa. Nie jest jeszcze odrobaczona i odpchlona, musi przejść kwarantannę.

21 września 2011

Wieści zwierzęce

Nieprzypadkowym przypadkiem nawiążę tematem do sąsiedzkiego blogu. Tym razem (w poprzednim roku był to, przypomnę "chomik", zwierzątko niewiele większe od myszy, ale krzyczące znacznie od niej głośniej, które chciało koniecznie zanurzyć się na zimę w ogródkowym inspekcie koło domu) w nocy obudziło mnie intensywne skrobanie gdzieś w ścianie tarasowej, blisko drzwi. Odgłos jednak był większy od tego, który robi mysz. Coś próbowało - jak sądziłam - dostać się do środka, wgryzając się w trzeszczącą piankę, którą izolowane są okna i drzwi w ścianie. Na szczęście po kilku minutach dźwięki ustały...
Zapomniałam o tym do rana, ale rano Kola zaczęła się dziwnie zachowywać. Nie przychodziła na wołanie, tylko jak przymurowana, z napiętym wzrokiem i merdającym ogonem wpatrywała się intensywnie w jeden punkt w ogródku przed tarasem.
Zachowuje się tak zawsze wtedy, gdy pojawi się obcy przybysz, dzikie zwierzę. Psica z pasją poluje na szczury polne, które kopią nory w zimie pod daszkiem drewutni (raz nawet udało jej się zagryźć wielkiego samotnego samca, ale tylko dlatego, że nie uciekał, tylko próbował się odgryźć). Podobnie reagowała na zeszłorocznego chomika, aż po dwóch dniach musiał się wyprowadzić z obejścia. Zatem i tym razem uznałam, że wizytuje nas ów chomik, szukający jesienno-zimowego przytuliska, nie dociekałam kto zacz, tylko zajęłam się dojeniem kóz.
Tymczasem okazało się inaczej...
Zwierzę, ukryte pod oknami inspektu opartymi o słup, pod naporem ciekawskiego i rozgorączkowanego instynktem łowieckim psa nagle rzuciło się do ucieczki. Kola pogoniła za nim. Rozległ się głośny krzyk, przypominający rozdzierający głos ptaka, rodzaj ćwierkania (wystraszone gryzonie zazwyczaj ćwierkają, to głos u mysz nieco podobny do cykania świerszczy). Dopadła zwierzątko na tyle blisko, że stanęło i zaczęło się bronić, skrzecząc przy tym odstraszająco z całej siły. Pies dostał pazurem po nosie i zaskoczony przystopował w gonitwie...
Pobiegłam kawałek za dom, do lasu, ale nic już nie zobaczyłam. Za to na tarasie i w pobliżu czuć było intensywny ostry zapach...
Raniony psi nos został zdezynfekowany wodą utlenioną.
Sprawdziłam następnie w wikipedii. Łasicowate należą także do skunksowatych i mają gruczoły zapachowe, którymi znaczą teren...
Nie łasica, było z pewnością większe, sądząc po głośnym krzyku. Co innego, kuna albo tchórz. Stawiam na kunę leśną (przyszło z lasu i tam uciekło), tj. tumaka.

Było to trzy dni temu. Nie pojawiło się już z powrotem. Być może bywało wcześniej i łowiło myszy pchające się do chaty, pewnie wchodząc za nimi jakąś szparką pod szalunek.

Z innych wieści zwierzęcych: kogut Ancymon stracił ogon z niewiadomych przyczyn. Wydarte długie, dostojne pióra walają się w kurniku. Niechybnie z czymś walczył i raczej nie sądzę, że był to któryś z młodych kogutków. Te jeszcze nawet nie ośmielają się zapiać przy nim, a co dopiero stanąć do pojedynku. Może to Kola się zemściła za atak, albo poszarpał go kot, usiłujący wydostać się z kurnika (Jasio uwielbia tam spać w dzień). Kogut teraz wygląda, hm... kuso i niepoważnie.

No, i dzisiaj przed wieczorem zobaczyłam pierwszy wielki klucz żurawi w tym roku. Leciały z północy prosto na południe. Znaczy zima szybko się zacznie.

20 września 2011

Napotkane na granicy światów

Wyjazd do miast okolicznych w różnych bardzo ważnych sprawach papierkowych postanowiłyśmy urozmaicić sobie w drodze powrotnej wycieczką przez wioski jeszcze przez nas nie spenetrowane. Ktoś z naszych gości orzekł, że był na Podlasiu iks lat temu i jakoś wtedy większe na nim zrobiło wrażenie, swoją wiejskością, drewnianym budownictwem i prowincjonalnością. Teraz "wszędzie widać wpływ Unii, kolorowe domy, napisy, miejski szyk". Spytałam, czy zjechali choć raz w bok z głównych tras. Nie. A właśnie tam schronił się dawny świat, Kraina Przodków naszych. Trzeba tylko odwagi wjechania samochodem na szutrowe, piaskowe, polne i leśne drogi, dróżki i trakty.
Podlasie, przynajmniej ten skrawek, w którym my mieszkamy, czyli w dół od Puszczy Białowieskiej robi jeszcze jedno wrażenie. Niesamowicie wielkiej przestrzeni, choć wcale w rzeczywistości tak nie jest. Budzi je tylko to, że tak wiele tu przestrzeni niezamieszkanych, odludnych, dzikich. Wieś od wsi odległa jest od 5 do 7 km (a nawet więcej), co na zachód od Wisły już w praktyce nie występuje i miejscowości przechodzą jedna w drugą prawie bez widocznej granicy, albo z niewielką odległością 1-2 kilometrów. Nie ma też metropolii, jedynie miasta powiatowe, wielkości ok. 20 tysięcy mieszkańców, każde odległe od siebie jakieś 40-45 km. Drogi główne wąskie, często łatane i nieliczne, co rusz zjeżdża się z asfaltu na przedwojenne kocie łby, albo żwir, dobrze, jeśli wyrównany. Dodać trzeba, że wioski są na ogół niewielkie, od kilkunastu do kilkudziesięciu domostw, przeważnie o tradycyjnym wyglądzie, drewnianych. Tu konie, tam krowa, kozy albo barany, ówdzie kury pasące się w pobliżu obejść. Staruszkowie na ławeczkach w niedzielę wysiadujący. I wszędy blisko do lasu. Każda z wiosek to osobna kraina, mentalna i językowa, i religijna także. Ale o tym już kiedyś pisałam.
No, więc jadąc od Hajnówki powiatową trasą ku nam wiodącą wzdłuż granicy zboczyłyśmy w pewnej chwili w las, przejechałyśmy jedną wioskę, potem drugą. W tej udało nam się rozpytać kobietę siedzącą na ławeczce, czy ktoś w pobliżu trzyma kozy, bo słyszałyśmy, że tak, a my szukamy kozy na wymianę. Pani bardzo szeroko i sympatycznie odpowiadając stwierdziła, że owszem są, tacy jedni z miasta, ale to za wsią trzeba jechać, ło, tą drogą, prosto-prosto, aż się trafi w takie miejsce, gdzie tylko dwie chaty stoją. To tam.
No, więc pomknęłyśmy wyboistą polną drogą na kolonię owej wioski, ale jak się okazało powtórzenie "prosto" oznaczało dodatkowo, że daleko. Jakieś pięć kilometrów przez las zrobiłyśmy, żeby dotrzeć do dwóch domów. Zapytany mieszkaniec jednego jednak stwierdził, że to nie tu, tylko jeszcze jakieś pół kilometra dalej w las.
W ten sposób trafiłyśmy na ranczo pewnych romantyków z miasta Łodzi...
Mieszkają tam od lat 9. Trzymają stadko kóz, które mieszkają w starej stodole i mają rozległe pastwisko za chatą. Oraz starego konika tarpana i dwa psy. Kozy chowane są w pełni ekologicznie, czyli chodzą sobie luzem. Jedzą tyle, co uzbierają na łące, w sadzie i w lesie, a zimą karmione są jedynie sianem. W sumie stwierdziłyśmy, że może niepotrzebnie tak się przemęczamy dokarmiając nasze stado owsem przy dojeniu?
Chatę wyremontowali na wzór starej, zmienili piec i komin, ale ogrzewają się w zimie ścianówką i płytą. Wewnątrz urządzili sobie coś w rodzaju galerii ze starymi klamotami wiejskimi i zdjęciami własną ręką robionymi.
Teraz budują kuchnię letnią, krytą strzechą słomianą, z piecem chlebowym i grillem.
No, więc wyszło fajnie. Swoi zawsze się znajdą, nawet na kresach cywilizowanego świata, jak widać.
Wróciłyśmy z tego wszystkiego o szarówce. Kury już wszystkie siedziały grzecznie na grzędach, a kozy ledwie po omacku trafiły na stanowisko dojeniowe.
Takie z rzadka miewamy rozrywki towarzyskie na podlaskich bezludziach.

19 września 2011

Systematyczność

Suniemy z pracami do przodu, stopniowo i powoli, dzień po dniu.
Ania szaluje wnętrze trzeciego pokoju. Już wiadomo, że desek nie starczy na cały i trzeba będzie dokupić. Najlepiej przed zimą, aby spokojnie rzecz skończyć. Już rozplanowałyśmy umeblowanie pokoju i tym samym przemeblowanie innych.

Ja dzisiaj uznałam, że niesolony ser podpuszczkowy (na wzór owczego bundza zrobiony) dojrzał przez okres około dwóch tygodni na poddaszu i nadaje się do dalszej obróbki. Zaopatrzona w księgi uczone w temacie serowarstwa starannie zaplanowałam dalsze prace. Okroiłam bundzaki ze skórki pokrytej białawą pleśnią, pokroiłam na kawałki i zmieliłam w maszynce. Przedtem zważyłam całość sera i obliczyłam ilość potrzebnej soli. Odważyłam równo 1,5 procenta wagi masy serowej, posypałam ją i ugniotłam rękami jak ciasto, starannie mieszając ser z solą. Wynik zapakowałam do garnuszka, wyłożonego papierem do pieczenia, ubiłam pałką, położyłam na wierzch papier, przycisnęłam deseczką i kamieniami i zapakowałam wszystko do piwniczki. Na dwa tygodnie.
Jeśli się uda, a potrawy z bryndzą mi zasmakują (już się cieszę na pierożki, knedle i placki ziemniaczane), pomyślę o zapasie zimowym tejże.

A poza tym był to ważny dzień, z tego względu, że nadeszła wyczekiwana przesyłka z drukarni. Kurier podwiózł ciężką pakę pod bramę, a do progu domu dojechała... taczką.

a na koniec świata najlepsze jest tkanie ;-)

Ostatnio miałam przyjemność wykańczać chodniki utkane przez Starą Tkaczkę. Cóż, widać wtedy ile jeszcze brakuje moim do mistrzostwa.




Oto prosty i sprytny sposób wrabiania wzoru i dodania mu dynamiki; na nitkę ze szmatki nakłada się pocięte kawałki tkaniny w kontrastowym kolorze. Ten sposób ozdabiania często jest spotykany w naszym regionie.

18 września 2011

O znakach końca w dodatku

Nie, żebym straszyła albo szukała mocnych wrażeń w nudnym wiejskim bytowaniu. Ale może warto, aby spokojni i zmieszczanieni Czytelnicy blogów tego rodzaju, jak mój, zarejestrowali przez przypadek zaglądnięcia tutaj, jeden z wielu ostatnio sygnałów ostrzegawczych?
Sama miewam ich dużo, choć Babką nie jestem (może jeszcze nie). Od lat. Coś mnie wygnało z metropolii na daleką wiochę, coś każe siać i orać, doić i jeść to, co wypracuje moja ręka... Ot, złe sny, ktoś powie. Dobra. Ostatnio śnią to samo, co ja od 10-15 lat, całe grupy ludzi w wielu miejscach świata.
Cytuję w pewnym skrócie jeden z takich "snów", tym razem podpartych obliczeniami. Jeden z wielu, mówię. Wcale nie inne sny, miał już ponad 500 lat temu Nostradamus.

"Urodzony w 1946 roku Gerald Celente, syn włoskiego emigranta jest jednym z renomowanych prognostyków światowych trendów. W swym najnowszym internetowym Newsletter „The Trends Journal” zamieścił prognozę pt.:
„Pierwsza Wielka Wojna XXI wieku - przygotujcie się na walkę o przetrwanie”.

Celente od ponad 20 miesięcy prognozuje upadek zachodniego świata i ostrzega przed wybuchem wojny jeszcze w roku 2011 - tak w USA jak w Europie. Ostrzega i nawołuje wszystkich obywateli rozwiniętych państw do przygotowania się do wojny na śmierć i życie - poprzez zaopatrzenie się w broń i zapasy żywności. Zaleca również wcześniejsze opracowanie planu na wypadek koniecznej ucieczki...
W zglobalizowanym świecie zostaną zerwane łańcuchy zaopatrzenia w żywność. Ludzie, którzy np. w krajach europejskich uważają za zwyczajne spożywanie hiszpańskiej sałaty czy tureckich ogórków przekonają się, że polegali na imporcie, którego już więcej nigdy nie będzie. Rozpocznie się walka o pozostałe jeszcze zapasy żywności.
Obok wielkiego kryzysu żywnościowego wybuchnie nienawiść do obcokrajowców i nacjonalizm. Ogarną one wszystkie warstwy społeczne. Każdy będzie chciał ratować siebie i swoją rodzinę. Zapanuje prawo dżungli.
Bardzo szybko obywatele EU przekonają się, że ich pieniądze, oszczędności, ich zabezpieczenie finansowe na przyszłość nagle zniknie. Polisy ubezpieczeniowe,
długoterminowe książeczki oszczędnościowe - wszystko to w jednym momencie
stanie się zadrukowanym bezwartościowym papierem. Przetrwają ci, którym udało się
w czas wymienić pieniądze na metale szlachetne (złoto, srebro).
Unia Europejska się rozpadnie. Wybuchnie wiele lokalnych i międzynarodowych
konfliktów...
Gerard Celente nawołuje do wymiany pieniędzy na metale szlachetne, do zaopatrzenia się w broń i w zapasy żywności.
Przy tym rzeczą ważniejszą jest psychiczne przygotowanie się na nadchodzące
wydarzenia. Kto tego nie uczyni i z tych prognoz się śmieje, ten dozna psychicznego załamania i nadchodzących wydarzeń z całą pewnością nie przeżyje."

Hm, mogłabym parę rzeczy, o których nie wspomina prognostyk, dodać od siebie, ale poprzestanę na tym podglądzie coraz bliższej przyszłości.

A ty co teraz robisz? Co przedsięwziąłeś dla sprawy swojej i przetrwania esencji świata? Bo, gdy będzie za późno, będziesz zdany/a na fale nieprzewidywalnych i przypadkowych zdarzeń, którymi szybko przestanie rządzić jakakolwiek strategia.

17 września 2011

O znaku końca świata

Nie odczuwam jeszcze starzenia się na co dzień, ani też w oczach bliskich i znajomych. Jednak sama sobie często - w kontakcie ze światem ludzi - wydaję się coraz bardziej zmęczoną zgredówą. Nie to, że nic mnie nie cieszy. To nie. Często bowiem raduję się byle czym, pogodą, niepogodą, zwierzętami, rozmowami z miejscowymi znajomymi, pracą do wykonania i pracą już wykonaną.
A jednak faktem jest, że zgredzieję momentalnie, gdy ociera się o mnie - najczęściej wabiąco i nieświadomie pouśmiechana z każdego boku - Ideologia. Wszelkiego rodzaju.
Przeważnie Ideologią żyją, karmią się, puchną od niej, napędzają się nią codziennie, obwarowują się i łączą na jej bazie w grupy i pary - młodzi ludzie. Ale - niestety - znam takich Ideowców w moim i starszym nawet wieku. Niestety, bo o ile w przypadku młodej osoby można jej Ideowość brać za cechę młodości, która musi się wyszumieć i wiele jeszcze doświadczyć, aby nabrać mądrości, to w przypadku osób starszych nie ma już takiej nadziei, a ich idee wchodzą w fazę uparcie i rutynowo fanatyczną. I moja zgredziałość wtedy nabiera mocy "strasznej babuni".
Świadomie nie nazywam Ideowości idealizmem, bo to różnica.
Czemu nie widzę ostatnio idealistów? Tylko jeno Ideowców?
W większości - kolejne niestety - chorują na to ludzie z Miast. Są jak gdyby podpięci pod "siły wyższe", zbiorowe mody, nastawienia, pola informacji, i z zapałem przejmują sztandar boga "Ideja" w ręce, aby dodać sobie chyba indywidualności, ważności, waloru reprezentanta mocy, czy co. Nieważne co tym "Ideem" jest, czy religia czy ateizm, czy joga czy wiara, czy czekanie na UFO czy szamańskie kamłanie w lesie na spacerze raz w tygodniu, czy wegetarianizm czy dieta Kapuścińskiego, czy ekologia czy polityka. Wszyscy grupują się w środowiska wzajemnej adoracji, gdzie zyskują różną rangę w oczach swoich wzajemnych, a ich działanie polega głównie na mieleniu językiem, przekonywaniu, przerzucaniu się hasłami, małpowaniu gestów i nastawień oraz w dbaniu o linię w taki czy inny sposób. Większość Ideologów obserwuje bacznie świat poprzez ekran, tv i komputera, radio i prasę i jest absolutnie pewna, że ten świat, który widzą naprawdę istnieje. Choć go nie ma, konkretnie, bo idei nikt jeszcze nie dotknął ani też się nią nie najadł.
Na tle zawsze cichej, rodzącej i niszczącej, pachnąco-śmierdzącej Matki Przyrody zawsze wypadają sztucznie, nienaturalnie, krzykliwe papugi, ot, i co.

To pewnikiem jeszcze jeden znak końca świata.
Jeśli tylko mojego osobistego końca, to się cieszę, bo zgredziałość źle wpływa na ciśnienie i wcale nie jest miło jej podlegać. I odstraszać napalonych Ideologów krwią i potem, pracą, nudą, ciszą, czyli rzeczywistością w samej swojej dotykalnej istotności. Chętnie wypiszę się z tego świata, gdy nadejdzie moja pora. Bo świat zapełniony przez Ideologów piorących sobie własnoręcznie mózgi, sterylnych, zawsze wykąpanych i 24 godziny na dobę pogrążonych w myśleniu Ideowym - smętnym i przykrym jest widokiem. To nie jest ziemska mutacja.
Ale jeśli to znak bliskiego końca świata, to Panie Boże spraw, aby dotyczyło to świata Ideologów. Wtedy, acz niechętnie, lecz z pokorą zapisuję się w tym uczestniczyć i wesprzeć Koniec swoim zgredziarstwem, aby runął.

16 września 2011

Eko-zatrudnienia

O czym my to? O Babciach ze starszyzny świata (na Podlasiu zowie się je Babkami), doświadczających wizji rozwoju wydarzeń na Ziemi w najbliższych latach i objeżdżających świat ze swoim przesłaniem. O budownictwie naturalnym i nie. O wiosce eko i ludziach z korporacji uciekających na Wieś, cisnących się do nauki rzemiosła prostego, zostawiających wypasione mieszkania w stolicy. O sterylnych miejskich "chigienistach" i ich biednych dzieciach, myjących na Wsi ręce z częstotliwością bliską nerwicy natręctw. O sposobach pozyskiwania wody, filtrowania deszczówki i zużywania w ubikacji szarej wody, zamiast czystej wprost z kranu.
Dzisiaj powstała kolejna tabliczka krówek-kózek, tym razem dodałam 1/3 objętości cukru. Wyszły smaczniejsze, bo cukier zabija smak, ale nieco bledsze.
No, i pan elektryk zmienił położenie włącznika światła w trzecim pokoju oraz zamontował kontakt i dodatkową lampę na poddaszu.
Ania znów lepi z gliny, na kolejnych warsztatach w GOK-u. Tym razem powstają podstawki pod doniczki i kilka ozdobnych kafelków do kuchni.