20 grudnia 2016

Alfy

Kilka dni temu Luba, tak jak przewidywałam, zrobiła nam niespodziankę. Tuż po śniadaniu powiła dwójkę tegorocznych alf, koziołka i kózkę. Oczywiście po kolei przyniesione zostały do wysuszenia w pieleszach domowych, bo w oborze jakoś nie schły, zimno.


Sprawie przyglądał się uważnie z góry, siedząc na schodach Maciuś.


No, i oczywiście Laba z oka nie spuszczała. Uwielbia dzieci. Wszelkiego rodzaju i gatunku.



29 listopada 2016

Maciej kot, czyli spadanie na cztery łapy

Co nowego? Ano długie jesienne wieczory i noce, podczas których spać się nie chce, bo ileż można?!
Wczoraj znów spadł śnieg, spadła też temperatura, woda zamarzła w zwierzęcych poidłach. W domu ciepło. Drewna mamy dostatek, więc strachu przed zimą nie ma.
Z innych nowin to ta, że zamieszkał z nami nowy domowik

Zacząć historię należy od smutnej wiadomości. Mianowicie Kluseczka zachorował śmiertelnie (prawdopodobnie zatruł się padłą myszką) i odszedł od nas. Wkrótce potem przysłał zastępstwo.


Nie pochwalę sposobu i z góry zastrzegam, że gdyby nie fakt, że akurat - zrządzeniem losu - zabrakło u nas kota, nie przyjęłabym podrzutka pod dach. Zresztą dbają o to psy.

Było to w dniu wywózki gnoju z obory, gdy podczas pracy Anna zauważyła samochód, który przystanął opodal na drodze i stał tam dość długo. Po czym w końcu zawrócił i odjechał, nie wjeżdżając nigdzie dalej na wioskę. Potem pojawił się na Manchatanie mały bezdomnik. Usiłował przymilać się do sąsiadów, ale bez skutku. Nie wzruszył niczyjego serca. Kilka dni później mignęła mi czarna kitka, umykająca pośród sprzętów w altanie. Nawoływanie nie pomogło. Stworzenie zaszyło się w swojej skrytce. Zresztą słusznie, bo po podwórzu biegały "cięte na koty" psy.
Dwa dni później jednak, już przymuszone zapewne głodem, stworzonko nagle pojawiło się całkiem blisko i podeszło na zawołanie, miaucząc. Wzięłam do ręki, kocurek. Najwyżej kilkutygodniowy. Czarny, z białymi skarpetkami i muszką, elegant. Przyniosłam mu mleczko i dałam trochę chrupek, które zostały po Kluseczce. Mleko wypił, chrupki spróbował i zostawił, nienawykły. Po czym uciekł w swoją stronę, postraszony przez psy.
Jak się okazało sypiał w garażu, a dożywiał się w oborze, zjadając resztki kurzej karmy z naczyń. Miał po niej bolesną biegunkę.

Najpierw przeprowadziłam rozmowę wstępną z Anną, która jest psiarą i do nowego kota nigdy jej nie tęskno. I gdy już delikatnie zmiękczyłam grunt, nagle doszło do bliskiego spotkania.

Wypuszczone na dwór psice dopadły kociaka, który ufnie czekał na progu na dostawę mleczka. Pierwsza była przy nim Laba. Przycisnęła go do ziemi i zdawało się, że za chwilę pożre go żywcem. Anna wszczęła alarm. Wielkim krzykiem udało jej się odgonić sukę. Kotek uciekł i skrył się w stosie bali niedaleko domu.

Laba dostała wielką reprymendę, bura trwała bez końca. Ja wyszłam poszukać kotka i sprawdzić, czy nie jest ranny. Przyszedł na moje wołanie bardzo szybko. Nic mu nie było, oprócz tego, że był bardzo wystraszony i  cały mokry od psiej śliny.

Skracając opowieść: kotek spał jeszcze kilka dni w oborze, z kozami, co mu się nawet podobało. Dnie spędzał w domu, karmiony, i oswajany z psami i Kicią, która trochę z początku fukała na obcego. Odrobaczyłam go w tym czasie i reaktywowałam kuwetę. Kociak okazał się pojętny, natychmiast załatwił się gdzie trzeba. Systematyczne dokarmianie świeżym kozim mlekiem, twarożkiem, jajkiem na twardo, makaronem, słoninką, kawałkami mięsa i podrobów uregulowało szybko trawienie. Teraz już potrafi nawet zawołać, że chce wyjść, choć jeszcze nie zmuszam go do tego. Psy (i Kicia) go zaakceptowały, a Laba (i jej pani) wręcz uwielbia.

Ma na imię Maciuś.

10 listopada 2016

Stan butelkowy

Biały opad wczoraj opadł na ziemię, w nocy dołożył się jeszcze, i oto mamy zimę w listopadzie. Dawno już tak nie było, człowiek odzwyczaił się. Być może trzeba się gotować na śnieżną pierzynę już do wiosny?

Nie jestem przeciw, byle nie mroziło za bardzo. Najmłodsze kurczęta jeszcze nie dorosły, jeszcze chodzą pod opieką kwoki.

Tym niemniej pewne przyjemności takiej sytuacji już dostrzegam.
Przeszłam na robienie twarogów i udój raz dziennie. Kozy oborują.
Kolejny gąsior cydrowy przechodzi w stan butelkowy. W dalszej kolejności czekają na przelanie wina, winogronowe, bzowe, aroniowe i czarnoporzeczkowe. Degustowanie tychże przy okazji, w formie dobrze przyprawionego korzeniami grzańca, to sama przyjemność, nieprawdaż?

Zaczyna się też czas kiszonej kapusty, bigosów i rosołów. Oraz nieustająco zupy dyniowej, na ostro, dla rozgrzania organizmu.
Kończy się zaś pora lodów.

6 listopada 2016

Cydrowy raj

Wnioski po pierwszym smakowaniu cydru po miesiącu ziemiankowania od zakapslowania w butelkach:

1) trzeba uważać przy otwieraniu, powoli uwalniać ciśnienie. O ile ono jest. Nieostrożny wybuch traci jakąś połowę zawartości butelki. Bo w niektórych butelkach nie ma ciśnienia. Wina kapslownicy zapewne.
2) Generalnie warto na wstępie sok rozcieńczyć wodą. Tak w proporcji 1 do 4. Lub 1 do 3.
Cydr robiony na samym soku jest mocno esencjonalny. To mu dodaje pałeru, ale jednocześnie wrażliwa wątroba może to odczuwać. I nie da się za dużo wypić.
3) Lepszy słodszy, niż kwaśniejszy. Ale oby nie przesadnie.
4) Sok tłoczony na surowo (lub z sokowirówki) niezbyt dobrze wpływa na woreczek żółciowy (surowizna). Poza tym gorzej się klaruje. Dlatego zdecydowanie opowiadam się za wersją 1/2 soku tłoczonego i 1/2 soku z sokownika. Mam też wersję 100 procentową. Do tego dodać 1/4 wody. Dosłodzić do smaku, ale nie lukrować.
5) Dodawać kapkę drożdży winnych do fermentacji. Choć same drożdże dzikie z jabłek, po dodaniu skórki z jabłka też mogą wystarczyć. I jakże to naturalne! Ale skutek jest nieco słabszy.

Poza tym raj na ziemi. Czyli rozkosz w gębie. I przyjemny rausz już po jednej małej buteleczce.

24 października 2016

Słodki specjał z dojrzałych antonówek

Mgli i mży. Choć co kilka dni pojawia się trochę słońca i kozy wychodzą na kilkugodzinny wypas. Łażą wtedy w okolicy pastwiska, umykając również wędrującym owcom sołtysowym, w wysokie krzewy i w las. A najmłodsze kurczęta mogą nałapać trochę jakże im teraz w fazie wzrostu potrzebnej witaminy D.

Szybkim krokiem nadchodzą wakacje rolnika, upragnione. Pozostaje jeszcze tylko jeden boks w koziarni do wyczyszczenia i wywiezienie nawozu do ogrodu na pryzmę kompostową. Trzy dni temu zakisiłam 15 kg kapusty, w beczułce kamionkowej. Nastawiłam też wino na czerwonych aromatycznych winogronach podarowanych nam przez znajomą.

Ostatnie jabłka Antonowa posłużyły mi jeszcze do usmażenia konfitur z zamrożoną porcją owoców dzikiej róży, zapełnienia sokiem uwolnionych wypiciem butelek, nastawienia jednego gąsiorka soku na cydr, a resztę zużytkowała Anna na soko-kostkę jabłkową, której podaję przepis, bo ciekawy efekt jest.

Wybitnie nadaje się do tego specjału właśnie antonówka, i to owe ostatnie dojrzale owoce, wiszące najdłużej na drzewie, które zbiera się przed jesiennymi przymrozkami. Są najsłodsze, najsmaczniejsze, a ich sok ma wiele charakterystycznego tylko dla tego gatunku aromatu. Może ktoś ma jeszcze takie owoce i nie wie, co z nich zrobić. Polecam.

Antonówkowy specjał

Składniki:
1 kg dojrzałych jabłek antonówek
0,5 kg cukru (można nieco mniej, gdyż efekt jest jak dla mnie ciut za słodki)

Obieramy jabłka ze skórki, kroimy na drobną kostkę, środki odrzucamy. Mogą posłużyć, razem ze skórką do nastawienia octu jabłkowego. Kostkę zasypujemy cukrem, mieszamy i pozostawiamy pod nakryciem lnianej ściereczki gdzieś w zaciszu i w miarę chłodnym miejscu na przeciąg 36 godzin. Owoce pod wpływem cukru wypuszczają sok, który po upływie podanego czasu zlewamy do garnka, zagotowujemy, wrzucamy do niego drobno pokrojone owoce i mieszając co jakiś czas gotujemy pod przykryciem na wolnym ogniu do tzw. zeszklenia. Pod koniec można dorzucić kilka goździków.
Gorący wywar wlewamy do wyparzonych słoików tak, aby sok przykrył pokrojone owoce. Nie trzeba już pasteryzować.

Taki specjał przechowuje się bardzo dobrze w warunkach piwniczki, nawet kilka lat. Sok po otwarciu jest niezwykle smakowity, trzeba go oczywiście rozcieńczyć wodą i podawać jak kompot do picia. Naprawdę polecam! Natomiast treść owocowa może posłużyć do różnych wypieków, bądź dodatków do słodkich deserów.

15 października 2016

Pierwsze chłody

Ochłodziło się znacznie. Najpierw mocno padało przez kilka dni i nocy, a teraz bywa też w nocy mroźno. Wczorajszej temperatura spadła do minus 7, jak nam donieśli znajomi, posiadający czynny termometr zewnętrzny (nasz padł jakiś czas temu i nie mam zamiaru go reaktywować). Rano zalegała wszędy piękna bielutka szadź, woda zamarzła w wiadrze i w kranie zewnętrznym, przez co został w końcu zakręcony kurkiem w piwnicy. Dzień był na szczęście słoneczny i młodzież indycza i kurza zdołała się rozgrzać w ciepłych promieniach w południe.
Kozy skracają żerowanie, po trzech-czterech godzinach wracają same do obory, gdzie wolą w zacisznym cieple przeżuwać siano. Oczywiście ilość mleka zmniejszyła się już więcej o połowę, bo zresztą dwóch kóz już nie doję wcale. Jedna jest za młoda i jeszcze rośnie, a ponieważ jest już po rui i zapewne zakocona, nie zabieramy jej i dziecku siły. Druga zaś jest już stara i zaciążyła zdaje się o wiele wcześniej, niż reszta stada. Ja mówię, że miesiąc wcześniej, Ania, że dwa. Nie mając pewności zasuszam ją więc profilaktycznie. To mocna, mleczna koza, która w tym roku została sama, bo jej córa zeszłoroczna i tegoroczne koźlęta poszły na sprzedaż, zatem nie dziwi mnie, że postanowiła urodzić najwcześniej ze wszystkich. Taki numer, gdy jeszcze będzie to kozioł, gwarantuje dziecku przewodnictwo w stadzie i szacunek matce od reszty kóz. Jak zauważyłam, pierwsze koźlę jest prawie na 100 procent potem alfą wśród młodych.

No, i trzeba było z tego wszystkiego reaktywować piec c.o. Pierwsze palenie jest zawsze trochę stresujące. Bo nie wiadomo jak tam woda w kaloryferach, czy jakiś bąbel powietrza czegoś nie zatyka, co z ciśnieniem itd. Wszystko okazało się w porządku akurat w tych sprawach. Za to trzeba było wybrać popiół z wlotu pieca do komina, bo całkiem był zatkany. Anna zakasała rękaw i wybrała szufelką i ręcznie pół węglarki. Cug wrócił i potem już nie było żadnych kłopotów. Niemniej myślimy o sprowadzeniu kominiarza, aby komin przeczyścił fachowo. Kilka dni temu, z okazji ochłodzenia był pożar w okolicy, spłonęła chata w lesie, w nocy, z trzech osób tam mieszkających nikt się nie uratował. Dopiero rano syreny strażackie zawyły, znaczy nikt nie zauważył, że się pali. Takie tu u nas bywają często warunki. Zaludnienie rzadkie, duże odległości między-ludzkie. A takie pożary właśnie co roku w czas pierwszych oziębień powtarzają się uporczywie. Nikt kominów i pieców nie czyści, pieczki i kominy sypią się ze starości, pękają od przegrzania, iskry lecą na drewniane belki i poszycie, wiadomo. I jest efekt.

Zatem robię jeszcze codziennie sery, miękkie podpuszczkowe i od czasu do czasu twaróg, którym karmię kurczęta.
Bo jakkolwiek w tym roku kozy ruję opóźniały prawie do niemożliwości, co im się od kilku ładnych lat nie zdarzyło, bo parło je już w środku lata, co dawało wykoty bożonarodzeniowe i sylwestrowe, i co może w takim razie... zapowiadać zimną zimę, to jednak kwoka powiedziała tej koziej prognozie stanowcze nie! I wyprowadziła nam szósteczkę kurcząt w połowie września. Nie dała sobie przetłumaczyć, że to już nie czas na koktanie. Anna nawet się postarała i kupiła pod Grabarką od pewnego kurzego hobbysty 20 jaj od kur przeróżnych ras, pan sam nie wiedział jakich. Na szczęście wylęgła się tylko szósteczka piskląt. Dwie gołoszyjki (na taki zimny czas brrr! ale jakimś cudem dają radę!), jeden kochin olbrzymi i jeden miniaturowy, oraz dwa jeszcze, szare i czarne, rasy nadal nieodkrytej, może silki. Gromadka z kwoką mieszka teraz w wolnym boksie w oborze, bo tam najcieplej ze wszystkich pomieszczeń. Karmię je często i smacznie (osypka, twaróg, gotowane jajo, ziemniaki tłuczone, kasza), apetyt mają wielki, są żwawe i rozświergotane, ale przyznaję, że to - przy takim chłodnym październiku - doprawdy było szaleństwo sprowadzać je na świat. Będą musiały chować się bez słońca i zielonej trawy, czyli bez witamin naturalnych. Trudno. Przetrwają najsilniejsi.

2 października 2016

Szybka zupa dyniowa bez mleka

Nie lubię gotowanego mleka. W moim wieku już dawno powinno się przestać je pić. Jeśli już, to przyrządzam sobie na śniadanie szybką zupkę, z kaszką jaglaną na wodzie, którą już po ugotowaniu, na talerzu zabielam odrobiną świeżego mleka. Do tego wszystko solę i pieprzę. Słodkości nie lubię i jadam rzadko, na pewno nie w zupnej postaci.

Podobnie jest z zupą dyniową, której nie znoszę z mlekiem. Przyrządzam ją jako szybki lekki obiad następująco.

Warzywna zupa dyniowa z czosnkiem

Składniki:
Ok. 1 kg dyni hokkaido, lub prowansalskiej, lub pół na pół.
1 marchew
1 cebula
1 nieduży seler
1 pietruszka
Kilka centymetrów pora
3-4 ziemniaki
1 nieduża główka czosnku
1 ostra papryczka

Przyprawy:
Sól, ziele angielskie, liść laurowy, pieprz czarny, szczypta czubrzycy, pieprz cayenne, ćwierć startej gałki muszkatołowej, jakaś suszona zielenina z własnego ogródka do posypania na talerzu, może być lubczyk, bazylia, czosnek niedźwiedzi, pietruszka, tp. Kapka dobrego oleju (w żadnym razie sklepowego, najlepiej rozejrzeć się za najbliższym rolnikiem tłoczącym oleje i systematycznie go odwiedzać). Ser podpuszczkowy, własnej roboty.

Wszystkie składniki pokroić w drobną kostkę, czosnek zmiażdżyć, zalać wodą do ich wysokości, nie przesadzać. W gęstości jest siła tej zupy. Posolić do smaku, dodać ziele angielskie, liść laurowy, gałkę muszkatołową, łyżkę dobrego oleju i gotować do miękkości. Przyprawić według swojego smaku (ja lubię ostro, świetnie się sprawdza). Na sam koniec zblenderować, choć to niekonieczne, gdy ktoś ma swoje zęby i lubi ich używać.
Na nalaną do talerza zupę utrzeć świeży podpuszczkowy ser kozi, najlepiej z kozieradką, albo dojrzały żółty (w żadnym razie serową podróbkę ze sklepu!). Posypać lekko zieleninką.
Smacznego!

Oczywiście ta zupa ma też wariant mięsny. Ugotować ją można np. na kości, wcześniej obgotowanej, lub bulionie, albo dodać duże lekko podsmażone skwarki z boczku. Wtedy dodatek sera  nie jest konieczny.

29 września 2016

Nów za pasem

Nadchodzi odnowienie Księżyca, a więc czas podsumowań mijającego miesiąca. Takie dni lubię. Gdy widać pracy efekty.
Dwa kuraki ubite, z tych 10 hodowanych od wiosny, oprawione, w zamrażarce na zapas umieszczone.
Wina porzeczkowe odcedzone i dosłodzone. Dojrzewają dalej.
Sery jak co dzień zrobione. Pyszne, zwłaszcza ten z kozieradką.
Jogurt nastawiony. Lody się kręcą.
2 litry soku z aronii, uzyskanej w wymianie za jabłka, od Wani, zlane do butelek. Jutro nastawię z resztek wino aroniowe w małym gąsiorku. Nie wyrzucam, jak widać resztek po soku, na kompost. Dają się jak najbardziej spożytkować jeszcze w ten sposób.
25 litrów cydru, z dodatkiem syropu z mięty, zabutelkowane (w butelkach po piwie, cierpliwie zbieranych przez lata) i zakapslowane. Idzie rządkami do piwnicy. Za miesiąc degustacja. Oj, już trochę szumi w głowie, ale poczekam cierpliwie. Jako bezglutenowa musiałam zrezygnować z picia piwa. Cydr jak najbardziej podoba mi się w zamian.

26 września 2016

Małmazja paprykowo-dyniowa

Zmodyfikowałam przepis na małmazję czosnkową. Z tego powodu, że sprzedawca na targu miał już naprawdę końcówkę papryki do sprzedania, tj. 2 kg.
W takim razie zastosowałam owe 2 kg papryki i dodałam 2 kg dyni, którą tak samo zmieliłam przez maszynkę. Miazga wyszła dużo bardziej gęsta, więc dodałam nieco więcej oleju, oraz szklankę wody dla rozrzedzenia. O jedną więcej główkę czosnku, bo dynia jest słodsza od papryki, poza tym kocha się z czosnkiem. Zrezygnowałam z dodania mąki ziemniaczanej na koniec, bo sos był tak zwarty, że nie wymagał zagęszczania.
I rewelacja. Efekt jest smaczny, sos gęsty, a poza tym, mimo, że waga zgadzała się z przepisem, to wyszło więcej masy zasadniczej, bo 10 słoików po dżemie.

24 września 2016

Klęska urodzaju, czyli placki ziemniaczane bez glutenu

Dynie z naszego dyniowego pola zostały pewnego niedawnego wieczora pracowicie przez nas zgarnięte pod dach. Straszono przymrozkiem, znajomi już swoje profilaktycznie pościągali. To i my. A że czas na to zorganizował się dopiero wieczorem, trudno. Przy latarce w ciemności Anna zerwała wielkie i mniejsze kolorowe kule i ułożyła je w kilka stosów, które ja z kolei ładowałam na taczkę i tą taczką wędrowały do samochodu na drodze. Dwa razy pełny bagażnik Santa Klausa razem z tylnym i przednim siedzeniem, załadowany po dach pojechał do zagrody, gdzie z kolei odbywało się rozpakowywanie plonu. Te najlepsze do sieni, reszta do chatki dziadka, do przebrania i spokojnego rozpracowania.
Trudno plon policzyć, ale jakieś 150-200 okazów może być. A jeszcze wczoraj ściągnęłam taczkę z pola, tych niezauważonych po nocy.

Klęska urodzaju, bo przecież kto tu na wsi dynie by od rolnika kupował. Każdy, kto ma kawałek działki przy domu, ma też swoją dynię, albo znajomych, którzy go obdarzą jesiennym specjałem za darmo. Jednak trzymam spokój.
Od nadmiaru głowa nie boli, jak to mówią. Grunt, to dyniom dać odpowiednie miejsce do zimowania. Byle nie przemarzły. Wylądują zatem w odpowiednich warunkach, a przy naszym tempie zużycia w końcu przecież się skończą.
Zużywamy zaś co najmniej jedną, albo dwie dziennie, z tych mniejszych. Najpierw w pierwszym rzędzie przecież trzeba posmakować każdej odmiany i stwierdzić do czego się najlepiej nadaje. Ja jestem niereformowalna, pasi mi hokkaido, zwłaszcza pieczona, z rozmarynem i małmazją czosnkową, popijana schłodzonym jogurtem. No, i od czasu zjedzenie ziaren z dyni bezłuskowej. Zupy, gulasze itd. owszem, ale bez przesady. Annie jednak podchodzi bardziej, podobna w smaku i kartoflanej konsystencji odmiana muszkatołowa prowansalska, a także nieco lżejsza francuska spłaszczona Rouge Vif d`Etampes.
Resztę skarmiamy kozom, które dynię uwielbiają, a o tej porze roku spore dawki miąższu razem z nasionami po prostu pomagają je odrobaczyć. No, i drobiowi, któremu gotuję resztki i obierki z dyń. A nawet psy uwielbiają chrupać surowe kawałki, więc niech mają. Poza tym nada się także jako składnik mydła (zawiera dużo karotenu i cynku).

Podobna sprawa, urodzaju dotyczy także ziemniaków. Choć nas akurat nie dotknęła, bo nie sadziłam w tym roku nic. Rolnicy prześcigają się w szukaniu klientów na zimowe zakupy. Można też wybierać przebierać w różnych odmianach i wielkościach. Już kilka worków tych drobniejszych dla zwierząt wylądowały w ziemiance. Reszta pewnie niedługo dołączy do zimowych zapasów.
Dzień Ziemniaka zaczął się dziś u nas mokro, a nawet chwilami ulewnie. Dobrze. Bo ziemia całkowicie sucha, przynajmniej na naszych piaskach. Jednak może z jego właśnie okazji, i aby odetchnąć od kwestii dyniowej, warto mi podać ziemniaczany przepis?

Placki ziemniaczane bezglutenowe

Składniki:
1 kg ziemniaków
1 średnia cebula
1 średnia marchew
Plaska łyżka soli
Pieprz czarny
3 jaja (przy większej ilości ziemniaków zwiększyć ilość, spełniają one rolę lepiszcza z braku dodatku mąki)
Smalec lub olej do smażenia.

Ziemniaki utrzeć na durszlaku na średnio grubej tarce, czyli nie bawić się w ucieranie na drobną miazgę, które najbardziej przy tej potrawie denerwuje. Posolić miazgę, bo wtedy wydziela szybciej wodę. Odsączyć kilkanaście minut. Wodę odlać, pozostawiając na dnie miski odłożony krochmal, czyli mąkę ziemniaczaną. Utrzeć jeszcze marchew na podobnie grubej tarce, dodać do utartych ziemniaków pokrojoną drobno cebulę i wbić jajka. Dokładnie wymieszać. Sypnąć pieprzem według uznania.
Rozgrzać dobrze tłuszcz na patelni i smażyć placki po obu stronach, dowolnej wielkości. Widziałam, że Gieno Mientkiewicz, chłop wielki, nie bawi się w dyrdymały, tylko smaży plaki po całości patelni. To radykalne rozwiązanie dla wygłodzonych mężczyzn.

Podawać według gustu. Ze śmietanką lub cukrem, czyli na słodko to dla mnie nieciekawe rozwiązanie.
Lubię placki, posmarowane domowym keczupem albo małmazją czosnkową popijać zimnym słodkim mlekiem lub jogurtem. Spróbujcie. Pyszne.
Ponadto świetnie komponują się z węgierskim gulaszem, bądź sosem z suszonych grzybów.

19 września 2016

Bezcenne lody domowe ze świeżego mleka

Kalendarzowy i astronomiczny koniec lata za pasem. Pewnie to już nie czas po temu, ale w końcu, może komuś jeszcze się przyda. Podaję mój wypraktykowany tego lata przepis na lody domowe.

Na wstępie jednak zastrzegam, że bardzo niewielu może sobie na nie pozwolić. Tylko ci, którzy mają dostęp do świeżego mleka od krowy, bądź od kozy (moje lody oczywiście zawsze są z koziego kręcone). No, i praktykują także codzienny, lub przynajmniej systematycznie częsty wyrób domowego jogurtu bądź kefiru na owym świeżym, niepasteryzowanym mleku. Poza tym, aby ekonomiczność miała sens, najlepiej mieć też do dyspozycji ogień pod kuchnią, najtańszy, czyli z drewnianego chrustu.
Jednym słowem jest to przepis dla gospodyń wiejskich, lub ludzi mających stały jedzeniowy kontakt ze wsią.
Można go oczywiście jakoś uskutecznić i w mieście, ale właśnie ekonomiczność takich lodów może być wątpliwa (pomijając oczywiście ich bezcenne walory odżywcze).
Sami posłuchajcie!

Lody domowe z koziego mleka

Składniki:
1-1,3 l świeżego mleka od  kozy (oczywiście wersja z mlekiem krowim też jest możliwa)
0,5 l jogurtu domowego naturalnego na świeżym niepasteryzowanym kozim mleku (może być domowy kefir, ale na Boga, nigdy ten ze sklepu!)
10-20 dag cukru (ja preferuję 10-15 dag, przepisy dostępne w sieci zalecające o wiele większą dawkę są chyba dla uzależnionych od cukru, istny ulepek wychodzi)

Dodatki: 
zależnie od apetytu, takie jak do lodów kawowych, lub kakaowych, czy owocowych albo waniliowych.

Wykonanie:
Wieczorem nastawiamy jogurt naturalny na naturalnych bakteriach (mnie najbardziej smakuje jogurt probiotyczny) według przepisów na jogurt. W jogurtownicy bądź wolnowarze, w odpowiedniej temperaturze startowej. Rano powinien mieć gęstość śmietany. Wstawiamy do lodówki do schłodzenia.

Podczas gotowania obiadu na kuchni wlewamy do garnka ok. 1,3 litra mleka świeżego i gotujemy je na ogniu bez pokrywki, żeby odparować mleko do chwili, gdy zrobi się go ok. 0,5 litra. Po zdjęciu z ognia dodajemy cukier (nie należy cukru gotować, gdy nie trzeba, wydziela wtedy jakieś chemiczne kwasy, powstałe przy jego wytwarzaniu). Uzyskujemy w ten sposób mleko skondensowane. Po wystygnięciu wstawiamy je do lodówki do schłodzenia.

Jeszcze tego samego wieczoru, lub następnego poranka mieszamy ze sobą skondensowane mleko z jogurtem naturalnym. Dodajemy to, na co akurat mamy ochotę. Ja lubię na przykład - gdy nie ma owoców - dodać garść rodzynek, 2 łyżki wiórków kokosowych, zetrzeć kilka tafelków gorzkiej czekolady. Gdy ktoś zadbał o to wcześniej można dodać cukru pudru nasączonego wanilią albo płatkami róży, uzyska się wtedy smak waniliowy lub różany (wtedy wcześniej mniej słodzimy mleko).
Wlewamy do maszynki do lodów i mieszamy jakieś 40 minut.

Smacznego!

18 września 2016

Dyniowy plon

Temperatura w nocy spada już od pewnego czasu nawet do 3 stopni, poranki są rześkie i coraz rzeźwiejsze. Anna zdecydowała się powoli zbierać swoje ukochane tegoroczne plony.
Nasz permakulturowy ogródek na całkowicie nieużytecznym nieużytku, gdzie tylko perz i łan wrzosu dotąd rosły, obficie nawożony przez dwa lata obornikiem kozim oraz skoszoną trawą, starym sianem i zwałami starej słomy, uzyskanej za darmo od rolników, w tym dostatecznie wilgotnym roku pokazał klasę. Sami zobaczcie.


Jak widać, posiane zostały na gnojno-słomianych wałach różne rodzaje dyń. Banana, bezłuskowa, delicata, same już nie pamiętamy jakie.


No, i jedna z naszych ulubieńszych odmian, hokkaido.


To raptem jedna taczka, z trzech jak dotąd zebranych. Oczywiście to jeszcze nie wszystko.
W tle Paszka pilnuje ogołoconego ogródka przed pazernymi kurami.

13 września 2016

Leczo cygańskie, ogródkowy hit jesienny

Rozpędziłam się z przepisami na przetwory. Jesienne cygańskie leczo omawiałam już byłam historycznie i obyczajowo na tym blogu niniej. Jednak teraz podam przepis jak się patrzy na tę świetną jednogarnkową potrawę. Króluje u mnie w kuchni o tej porze roku od kilku lat. Nie nudzi się. Przepis podał prawdziwy węgierski Cygan.

Leczo cygańskie

Składniki: 
(ilość podaję symbolicznie, należy ją raczej traktować jako proporcje do całości, bo apetyt, potrzeby i garnek bywają różne, jak i zasoby ogródka również)

Dwie garście słoniny grubo pokrojonej na skwarki, można dodać garstkę boczku w kawałkach
1 kg cukinii, bądź dyni (świetnie wychodzi z dynią hokkaido), bądź pół na pół
3-4 duże ziemniaki
2 duże cebule
1/2 kg pomidorów, bądź paczka koncentratu pomidorowego, ilość można zwiększyć, gdy innym warzywom brakuje soczystości
1/2 kg, albo i więcej papryki słodkiej, różnego koloru
1-3 ostre papryczki
3 marchewki
2 pietruszki
1 średni seler
Można dorzucić w ten sposób jeszcze trochę kalafiora, patisona, zieloną fasolkę, garść świeżych grzybów leśnych, najlepiej kurek, mogą być pieczarki lub boczniak, zależnie co tam urodziło się w naszym ogródku i znaleźliśmy na spacerze. Generalnie nie dodaje się tylko warzyw kapustnych.

Wszystko skroić w kosteczkę i wrzucić do gara, na którego dnie lekko już smażą się skwarki słoniny. Pomidory obrać przedtem ze skórki, żeby nie pływała na koniec w potrawie i nie trzeba jej było nieelegancko wyciągać. Zjedzona może przykleić się do żołądka i popsuć radość z jedzenia.
Gotować do miękkości we własnym sosie. Gdyby się za bardzo wygotował, lub warzywa były zbyt mało soczyste, można dodać trochę wytrawnego czerwonego wina (najtradycyjniej węgierskiego). Dolewanie wody nie jest praktykowane i zapewniam, że się to udaje. Gotować na wolnym ogniu, bez pośpiechu, mieszając od czasu do czasu, aby nie przywarło. Do miękkości wszystkich składników.

Na koniec przyprawiamy potrawę według własnego gustu, tradycyjnie jest to łyżka soli, pieprz czarny, kilka ziaren ziela angielskiego, 2-3 listki laurowe, sproszkowana ostra papryka (najlepiej węgierska) chili albo pieprz cayenne.

Potrawa, która ma dość gęstą i sycącą konsystencję, (i nie wymaga żadnych innych dodatków praktykowanych w innych przepisach, typu ryż, ziemniaki czy chleb) nadaje się do mrożenia i raczę się nią zimową porą, zmagazynowanymi jesienią w zamrażarce porcjami. Nie traci na smaku nawet po kilku miesiącach.

Oczywiście nadaje się do kociołka nad ogniskiem! Taki jest zresztą jej cygański korzeń i źródło.

10 września 2016

Sos czosnkowy, czyli małmazja paprykowa

Jestem wielką miłośniczką czosnku. Jakby ktoś chciał mnie zapytać o ulubione warzywa, to na pierwszym miejscu wymienię czosnek, na drugim cebulę. Potem pomidor. I burak ćwikłowy. Papryka, rzodkiewka. Jak widać, reszta leci w czerwonym kolorze.
Tak już mam od urodzenia, zielone nie budzi mojego apetytu. Brokuły, sałaty, kapusta, fasola (oprócz czerwonej), ogórki mogą nie istnieć. Jadam je, oczywiście, ale zawsze z czymś czerwonym w tle.
Podobnie jest z owocami.

Chińczycy uważają, że każdy człowiek ma inny zestaw żywiołów zasadniczych (Słowianin w to miejsce powiedziałby: pierwiastków) w ciele, a zależy rzecz cała od horoskopu urodzenia. Obliczają to po swojemu, po chińsku. Ale i po naszemu można, i też się sprawdza. Wykoncypowałam na tej bazie, że uwielbiam jedzenie w czerwonym kolorze (ewentualnie w zbliżonych: pomarańczowym, żółtym, różowym) z tego względu, że posiadam kompletny niedobór pierwiastka Ognia w horoskopie. I w ten sposób podświadomie go sobie uzupełniam.
Teraz już możecie zrozumieć, czemu uwielbiam keczupy i czerwone sosy, najlepiej ostre. I czemu taka jestem wyposzczona. Zeszłoroczne skończyły mi się na Wielkanoc, od tamtej pory nic. I dopiero teraz, wreszcie! Zapasy podwajam zatem, żeby już się nie przejechać w zamysłach.

Ale dość o cudach tego świata. Przechodzę do meritum. Bo przecież trwa ciągle przetwarzanie jesienne, i nie odpuszczam, póki czas po temu. Keczupu już prawie 40 słoiczków w piwnicy stoi. Czas na sos czosnkowy, który małmazją nazywam (ktoś, kto podał mi przepis nazywa go musztardą, co nie oddaje w ogóle jego charakteru, bo nawet kolor nie ten). Właśnie dzisiaj go popełniłam. A przepis jest następujący:

Sos czosnkowy, czyli małmazja paprykowa

Składniki:
4 kg papryki słodkiej czerwonej, lub chociaż w przewadze czerwonej
3 duże główki polskiego czosnku lub 7 małych główek
1 szklanka oleju (najlepiej ręcznie tłoczonego, najlepszej jakości, ale jak nie ma, trudno)

Przyprawy:
1-1,5 łyżki soli
1 szklanka cukru
1 szklanka octu jabłkowego (gdy słaby, bo młody i własnej roboty to trochę więcej)
1 łyżka sproszkowanej papryki chili lub pieprzu cayenne
3 łyżki mąki ziemniaczanej

Paprykę wypatroszyć z środków i zmielić w maszynce do mięsa, najlepiej z sitkiem o małych oczkach. Czosnek zmiażdżyć, poczekać 15 minut, aby złapał smak na powietrzu. Dodać do papryki, razem z łyżką soli i szklanką oleju, wymieszać i gotować ok. 20 minut.
Teraz dodać cukier i ocet, oraz przyprawić na ostro. Dobrze wymieszać. Dodać mąkę ziemniaczaną, wcześniej wymieszaną osobno w odrobinie sosu, aby się nie zbryliła po dodaniu.
Chwilę podgotować.

Pakować do słoiczków na gorąco, bez pasteryzowania.
Z podanej ilości wyszło mi 7 słoików po dżemie.

5 września 2016

Keczup domowy ostry

Czas przetworów. Doszły już węgierki na drzewie. Cukinie i dynie w ogrodzie nadają się, podobnie jabłka i pomidory. Do roboty. Oprócz soków, octów, win i cydrów czas na keczup.
Innego od kilku lat nie jadam, jak własnej roboty. Sklepowe zawierają syrop glukozowo-fruktozowy, na który silnie negatywnie reaguje moja wątroba (twoja i twoja też, nawet, gdy o tym nie wiesz) i który kategorycznie wykluczyłam ze swojej codziennej diety, razem z glutenem. Ze skutkiem jak najbardziej uszczęśliwiającym.
Keczupy robię w trzech smakach. Na ostro, na łagodnie i na czosnkowo. Pierwszy rzut był ostry.
Oto przepis.

Keczup ostry

1 kg cukinii, lub dyni. Może być pół na pół.
1/2 kg jabłek
1/2 kg śliwek
1/2 kg papryki
1-3 papryczki ostre (ilość wg swojego smaku)
1/2 kg cebuli
1/2 l własnoręcznego przecieru pomidorowego, przetartego przez sito, aby nie było ziarenek, lub 500 g paczuszka koncentratu pomidorowego dobrej jakości.
1 mała główka czosnku polskiego

Wszystko to pokroić w kostkę, czosnek zmiażdżyć, wrzucić do garnka i zagotować do miękkości. Jeśli będzie za gęste można podlać sokiem z mirabelek albo jabłek.

Dodać przyprawy:
1 łyżka soli (tu wedle upodobań, ja mało solę)
1 łyżka zmielonego pieprzu czarnego
pieprz cayenne lub papryka chili wg własnego upodobania ostrości

Zblenderować. Na koniec dodać:

1 szklanka cukru
1-1,5 szklanki octu jabłkowego (ilość wg własnego smaku i wg mocy octu)

Dokładnie wymieszać, chwilę podgotować i zapakować na gorąco do wyparzonych słoiczków (wychodzi ok. 15-16 sztuk musztardowych, i odpowiednio mniej, gdy są większe). Nie pasteryzować.
Tak przygotowany keczup, w warunkach chłodnej piwniczki przetrzymuje mi się przez rok bez żadnej szkody. Pewnie i dłużej by potrafił, ale nigdy mi go na tyle nie wystarczyło.

2 września 2016

Mężczyzna z jabłkiem w dłoni

Wczoraj odbył się na niebie nów w znaku Panny razem z zaćmieniem. Tak przed południem jakoś. Ponieważ zachodził na moim zenicie horoskopowym, gdzie punkt w punkt stoi także planeta Pluton, a za dwie godziny mijał też Księżyc urodzeniowy Anny, zakazałam - podparłszy się autorytetami - wszelkich początków tego dnia, czy też podejmowania wiążących decyzji.
Jak to wzięły i obeszły planety? Ano nader zabawnie.

Rano nasz telefon odebrał sms. Od pana ze skupu darów nieba i ziemi, mającego siedzibę w połowie drogi od Siemiatycz do nas. Sms ogłosił, że pan skupujący będzie tego dnia późnym popołudniem odebrać jabłka od ludzi z naszej okolicy.
Chcąc nie chcąc trzeba było pójść przeczesać sad.
Wtedy uzmysłowiłam sobie, że nów Księżyca ma miejsce dokładnie w punkcie znaku Panny, który starożytny Kalendarz Tebański opisuje symbolem: "Stojący mężczyzna trzymający w prawej ręce jabłko"...

Przeczesywanie, bardzo pracowite, zabrało Annie trochę czasu, po czym posłała mnie do ostatecznej czystki pod drzewami. Razem z pozostałościami z dni poprzednich wszystkiego było raptem trzy i pół worka.
Nie mogłam się wymigać, choć próbowałam.
- Słuchaj, nów jest w kwadraturze do Saturna i Marsa w Strzelcu, wisi mi na Plutonie i Księżycu, nie mogę się dzisiaj forsować...
- Idź pogadaj o tym z kozami - taka odpowiedź.
Żadnej dyskusji z nie-astrologiem innej być nigdy nie może.

Czystkę uskuteczniłam, tracąc siły w nadzwyczajnie szybkim tempie. Odezwały się dolegliwości po-kzm-owe, mrowienie w stopach, ociężałość, zmęczenie, ogólne znękanie. Już dawno zauważyłam, że pokazują się czasem właśnie z okazji nowiu, więc musi to być jakiś rytm w organizmie.

Pan przyjechał w czasie popołudniowego obrządku. Zważył worki, załadował i odjechał, uiściwszy zapłatę.
- Ile? - zapytałam z daleka, bardzo ciekawa efektu.
- Wstyd mówić - padła odpowiedź.
- No, ile?
- Zgadnij...
- Dwadzieścia?
- Zgaduj dalej.
- Piętnaście!
- Blisko. Szesnaście.
- I co myślisz?
- Na diabla ta cała nasza robota. Nawet na flaszkę to za mało. Nigdy więcej! Nie bawimy się w sprzedaż. Zresztą, sama zobacz. Już mało jabłek zostało. Wolę przerobić na ocet i wino, niż za taką kasę kark zginać tyle godzin.
- A było słuchać gwiazd! - głupia satysfakcja. Której by nie było, gdyby jej usłuchać przecież. Pewnie w zamian byłaby zgryzota i wypominanie: że okazja zarobienia nie wiadomo jakiej kasy nas ominęła.

26 sierpnia 2016

Jesienne upłynnienia

Wróciły ciepłe słoneczne dnie. Choć czuć już jesień, po żniwach zawsze tak się dzieje. Bociany odleciały, o świcie słychać jeszcze klangor żurawi mieszkających za lasem. Im jeszcze nie śpieszno.
Lecą jabłka. Z dnia na dzień większe, słodsze i mniej robaczywe. Zaczynają się antonówki, choć jeszcze kwaśnawe. Mimo to, sok nabrał charakterystycznego aromatu. W większości zapełniłam już nim posiadane zakręcane butelki. Jest tego... muszę policzyć kiedyś przy okazji, ale kilkadziesiąt na pewno. W każdym razie tyle, ile nam dwóm starcza na dwa lata. Anna próbowała dokupić butelek w sklepie z opakowaniami, ale ich cena jest... dwukrotnie wyższa, niż takiej samej butelki z sokiem w sklepie. Odpuściła sobie. Zapełniam teraz resztę gąsiorów, będzie cydr.
W skupie siemiatyckim cena 1 kg jabłek wynosi 24 grosze na teraz. Czyli 100 kg (cztery duże worki) to raptem 24 złote.  Żeby opłaciło się pojechać z przyczepką i zarobić więcej, niż potrzebne na jazdę w tę i z powrotem paliwo, trzeba by zebrać najmniej pół tony. Kilka lat temu zdarzyło się, i owszem, ale był skup w miasteczku i nie trzeba było daleko jeździć. Na razie się nie zanosi na takie ilości.
Drzewa w sadzie starzeją się, mimo przycięcia i mimo własnych pszczół, w tym roku miały za krótki czas na zapylenie, czas kwitnienia przypadł na pogorszenie pogody.
Mimo to, na nasze potrzeby mamy owoców wystarczająco, aż nadto, więc się nie martwię wcale. Kozy również są zadowolone. Znajomi i potrzebujący mogą podjechać i nazbierać ich sobie ile chcą, za przysłowiową złotówkę, albo jakąś wymianę.

Na drzewach dojrzewają jeszcze śliwki węgierki. Dochodzą tu późno, bo we wrześniu, ale są wtedy najsłodsze. Warzę z nich pyszną konfiturę bez cukru.

Anna co rusz przynosi z ogrodu cukinię, patisony, albo dynię hokaido. W kuchni trwa sezon na leczo, które z dodatkiem tej dyni jest wyjątkowo smaczne.

Octowe nastawy buzują z zapałem. Zostało jeszcze trochę octu z dwóch poprzednich lat, dojrzewa w piwnicy i jest z czasem coraz mocniejszy i lepszy. Naprawdę warto go potrzymać. Zaczynamy je dosmaczać. Na pierwszy rzut poszły płatki z dzikiej róży, która jeszcze kwitnie.
Co do właściwości octu jabłkowego w skórnych przypadłościach muszę je potwierdzić, a nawet zadziwić się skutecznością. Odkąd używam go do płukania włosów wzmocniły się, a przede wszystkim wrodzony łupież przestał być tak dokuczliwy, jak do tej pory. Mało tego. Wyleczyłam się nim też z kilku brodawkowatych pypci, które wyskoczyły mi na skórze, po prostu zmniejszyły się i szybko znikły.
Ponadto marynuję w occie ząbki czosnku i pojadam do kanapek, albo sałatek. To tytułem wzmacniania odporności i prewencji przeciwrobaczej, którą od lat co roku uskuteczniam, wraz z sezonowymi dawkami jagód.Ocet z takiej zalewy, rozcieńczony wodą można śmiało pić, jest tylko trochę kwaskowaty i ma właściwości odkwaszające żołądek i anty-zgagowe.

Wracając do tematu płatków różanych to dają się też zastosować w dosmaczaniu cukru pudru. Który z kolei dodany do lodów z koziego mleka i jogurtu domowego, jakie systematycznie robię całe lato, tworzy niespotykane i wykwintne - lody różane. Mniam!
Jakiś czas temu Anna nastawiła wino na płatkach róż, właśnie żem je odcedziła i postawiła na dalsze dojrzewanie. Po pierwszym wrażeniu (podobnie jak przy piciu wina z kwiatu bzu) perfumeryjnym, kubki smakowe wpadają w stały zachwyt.
Takoż wina z czarnej porzeczki, całkiem na swoich dzikich drożdżach pędzone, mają się świetnie, dosłodziłam już je i drugi raz buzują, zanim je w końcu odcedzę z resztek owoców i pozlewam do butelek. Niechaj stoją. Nawet więcej, niż rok. Nie ma nic smaczniejszego, niż stare porzeczkowe wino, dwu-trzyletnie! W smaku wtedy wręcz trudno je odróżnić od wina gronowego.

Ponadto sprzedały się wszystkie indyczęta, które miały być sprzedane. Trafił się chętny nawet na te późne, przyjechał z daleka. Choć już straciłyśmy nadzieję i przygotowałam się na zimowy chów całej gromadki (przed Wielkanocą na pewno by poszły za dobrą kasę).
Okazało się, że od wiosny hodował białe indyki brojlery i niedawno wzięły mu i padły (co się im zdarza na otłuszczenie albo choroby gastryczne). No, zwyczajna indycza rasa z pewnością takiej niespodzianki mu nie sprawi. Czyli z zadowoleniem stwierdzam, że indyki zarobiły nie tylko na swój wikt i utrzymanie całoroczne, ale i na przyszłoroczną zagrodę dla drobiu, którą mamy w planie.

21 sierpnia 2016

Wyplatanie ze słomy od zaplecza

Nauka wyplatania ze słomy niekiedy odbywa się w naszym gospodarstwie. Choćby dlatego, że szkoli się w tym rzadkim już rzemiośle także Anna. Dla ciekawych Czytelników przedstawiam zbiór zdjęć z czynności przygotowawczych do samego wyplatania, które trzeba wykonać zanim w ogóle przystąpi się do głównej pracy. 
Po pierwsze i najważniejsze trzeba skosić i zebrać słomę żytnią, jak widać w klasyczny sposób, kosą i w snopach. Ta została zebrana przy pomocy sierpa.


Następne jest dosuszanie. Tegoroczne mokre lato sprawiło, że było to konieczne. Dosuszanie zapobiega pleśnieniu, rozjaśnia też kolor słomy. Wybrać trzeba, oczywiście odpowiednio słoneczny i gorący dzień.


Poniżej prezentuję prosty przyrząd do czesania słomy. Zrobiony ze zwykłych metalowych grabi i kilku gwoździ.



A tak wygląda czesanie słomy na owym przyrządzie. Dzięki tej czynności usuwa się liście i chwasty z żyta, pozostają tylko łodygi zboża. Najpierw czesze się na grabiach, potem na gwoździach.




Następnie trzeba wyrównać wyczesany pęk zboża w prosty sposób...




I jeszcze obciąć kłosy sekatorem.


No, i po całej tej pracy można już przystąpić do twórczości...



7 sierpnia 2016

Chleb i ser

Wczoraj wieczór pieczenia chleba, palenie w piecu chlebowym, żar, zakwas, lepienie bułeczek z jagodami, rumienienie, chrupienie, wszechogarniający zapach świeżego pieczywa. 
Na dziś wydana wielka bitwa z duchem rośnięcia, czyli z dzikimi drożdżami w chacie. 
Inaczej nie da się zrobić sera.

5 sierpnia 2016

Humory, brzęczenia i smaki

Pogoda wilgotna i pochmurna tego lata, czasem przynosi dzień, albo kilka ciepłych, i bardzo ciepłych, jak nie przymierzając dzisiaj, gdy temperatura bliska jest 30 stopni. W rezultacie pastwisko, które obrodziło nam wszystkim, ale nie posianą trawą wciąż się jeszcze ździebko zieleni i kozy mogą tam spędzać swój dzionek. Trza tylko od czasu do czasu kolejne przejście wynalezione przez nie w ogrodzeniu (przeważnie kładą się na siatce i obniżają ją tak, że mogą przeskoczyć na zewnątrz) załatać, przybijając poprzeczną żerdź między słupkami mocującą siatkę od góry.

W takie duszne i parne dnie, które trafiły się ostatnio, powietrze zrodziło dziwne humory, jakby powiedział dawny medyk. Czyli złapałyśmy rotawirusa, pewnikiem od dzieciaków, które biorą u nas mleko, albo od tych, z którymi Anna ma styczność na warsztatach ceramicznych. Kilka dni osłabienia, a najpierw mdłości i różnych brzusznych niedomagań już za nami. W sumie szybko i sprawnie udało się nam to zakażenie przejść, w porównaniu z opisami dolegliwości innych dorosłych, którzy zapadli na żołądkową grypę. Dla mnie to było pierwsze takie zakażenie w życiu. Wspomagam się przetworzonymi jagodami, mieszanymi z kefirem, boski smak i moc zasysania i bezpiecznego usuwania wirusowych toksyn z organizmu. Obyło się bez innych lekarstw.

Anna pilnie uczy się pszczelarstwa. I co rusz biega do swoich uli coś tam robić, i podkarmiać roje. Robimy to syropem z cukru. Syrop fruktozowo-glukozowy pędzony z pszenicy wykluczony, choćby ze względu na moją alergię na gluten, ale ogólnie to cholerne chemiczne świństwo, którego nie powinno się używać.
Przy okazji przynosi na sobie liczne ślady ukąszeń, na rękach, na szyi, głowie, a i na brzuchu i nogach też, i muszę z nich nieraz żądło wyciągać końcami paznokci. Smaruje je potem octem jabłkowym i opuchlizna ani swędzenie się nie pojawia. Ogólnie całkiem nieźle znosi taką szkołę od swoich nowych pszczółek, które o niebo są agresywniejsze od pierwszych, leniwych i mało-miodnych.
- Wiesz, jak się tak stanie przy otwartym ulu i one się podnoszą i buczą wokół ciebie, to pojawia się takie szczególne wrażenie, wibracji, drżenia, które cię ogarnia. To niesamowita energia, chmura żywej energii. Od razu podnosi adrenalinę i ciśnienie... Ja po przyjściu od uli mogłabym nieźle zawalczyć.
- Zatem pewnie wielu pszczelarzy jest od niej uzależnionych?
- Sądząc po moim mistrzu to tak...
Na razie skończyło się na dwóch słojach pysznego miodu i trzeciego, uzyskanego od mistrza z jego pasieki w odwiecznej zamianie na towar.
Kanapka z kozim twarożkiem i miodem, nie do opisania posiłek wspomagający i mój ulubiony to jest.
Bo, tak jak zawsze letnią porą przeszło się naturalnie na warzywno-owocowe jedzenie. I na razie nic mięszejszego nie jest potrzebne do życia.
Zebrałam w ogródku przy domu pełną skrzynkę zielonej fasolki. Część zjadłyśmy, a resztę zblanszowałam i zamroziłam w kilku sporych porcjach. Powoli zaczynają dojrzewać pomidory. Bywają cukinie i patisony, uformowało się kilka dyniek. Zaczyna się pora leczomanii.

Ogród, dzięki wilgotnemu latu wygląda okazale, dynie utworzyły wielką wysoką gęstwę i kwitną na wyścigi. Całość takimi dniami jak dzisiejszy brzęczy i huczy od uwijających się w kwiatach pszczelich robotnic.

Spadają już pierwsze jabłka. Anna zbiera je co drugi dzień, spiesząc się rano przed kozami, które od świeżych spadów potem rozpoczynają pastwiskowy dzień. Robię z nich sok, codziennie, w sokowniku. Wychodzi jakoś 3,5 litra za każdym razem. A to oznacza, że jabłka są o 1/3 bardziej soczyste, niż dwa lata temu, gdy zrobiłam takie zapasy sokowe, że starczyło nam właściwie do teraz. I z pewnością zabraknie posiadanych butelek, trzeba będzie się postarać o dodatkowe.
Z resztek, gniazd jabłkowych i gorszych spadów nastawiamy ocet. Też już się kończy ten sprzed dwóch lat, a używałam go do wszystkiego, potraw, przetworów i przede wszystkim do mycia włosów. W tym roku zrobimy zatem jeszcze więcej, bo dopiero teraz ostatnie butelki stojące w piwniczce pokazują, jaki skarb zaczął się w nich wytwarzać po dwóch latach, mocny i smakowity.

27 lipca 2016

Działania ludne

Czas letnich imprez okolicznych i spotkań z ludźmi. Nie powiem, troszkę się rozruszałam.
Najpierw święto kupałowe na Iwana w Dubiczach Cerkiewnych, które bardzo lubię i staram się bywać. Rzecz odbywa się w przyjemnym otoczeniu, nad zalewem wodnym, blisko lasu. Są stoiska ze sprzedażą różności, w tym także rzemieślników z Białorusi i Ukrainy. Można się zaopatrzyć w autentyczne wyszywanki, czyli soroczki haftowane ręcznie, lub maszynowo, w ceramikę i inne ozdobne gadżety. Gwoździem programu jest obrzęd rzucania wianków, urządzany przez ludowy zespół młodzieżowy. Ogień nad wodą, dziewczęta pięknie ubrane po słowiańsku, śpiew, okrążanie ognia, wejście w wodę, rzucanie wianków, na co czekają pilnie chłopcy stojący na brzegu. Rzucają się z takim impetem do wody, biegnąc i płynąc różnymi sposobami, także na łódkach czy kajakach, żeby na wyścigi zebrać wianki, że publiczność krzyczy i klaszcze z zachwytu. Jest w tym energia, pierwotna magia, ciągle. Na zakończenie pokaz sztucznych ogni nad wodą dopełnia półrocznicę małanki, czyli nowego roku w kalendarzu juliańskim.

Później coroczny nasz czeremszański festiwal, trzydniówka. Jak zawsze wylądowali u nas goście, prowadzący pracownię ceramiczną "Lipowa", całą gromadką. Anna spędzała większość dnia pod domem kultury, prowadząc stoisko z wyrobami ceramicznymi dzieciaków z koła garncarskiego (zarobek będzie przeznaczony na rzecz koła), oraz zajęcia ceramiczne dla chętnych gości festiwalu wraz z Jerzym Fiedorukiem. Trochę jej w tym pomagałam w sobotę i niedzielę. Spotykając przy okazji wielu znajomych.
Pogoda wbrew prognozom dopisała. Muzyka też (oprócz występu gospodarzy podobały się nadzwyczaj bułgarska Oratnica i dynamiczny afrykański zespół z Zimbabwe Mokoomba).

Goście odjechali, odpoczywam, dokarmiając kolejne dzieciaki, jakie się narodziły w naszym gospodarstwie. Mianowicie jenduszka wysiedziała 13 indycząt (wszystkie jaja) i 3 kurczaczków zielononożnych.
Tuż przed festiwalem wydarzyła się tragedia w grupie najstarszej induszki, która została zaatakowana w sadzie przez lisa. Przeżyła atak, lis spłoszony czymś umknął, ale z uszkodzonym gardłem, co uniemożliwiało jej jedzenie i picie. Po dwóch dniach zdecydowałyśmy się ją ubić, bo wyraźnie się męczyła i przestała już reagować nawet na dzieci. Zostawiła zatem 9 pikolących sierotek, które dołączyłyśmy do piątki niesprzedanych starszaków. Po kilku dniach pod wspólnym dachem zintegrowały się z nimi na tyle, że nie rozbiegają się chaotycznie, jak dotąd, tylko trzymają się stada i dwóch indyczek prowadzących.

13 lipca 2016

Słodko i parno

Pogoda, wbrew prognozom, zwilgotniała, zburzowiała i wciąż trwa przy zmienności. W tym sensie, że trzeba czuwać i wypatrywać niespodzianek cały dzień, aby utrafić we właściwy moment, by kozy wypuścić na pastwisko, drób z jego skrytek, a potem w razie nagłego deszczu i często burzy szybko zebrać z pola i obejścia z powrotem pod dach. Bywa, że kilka razy na dzień.
Jednak wolę takie rozwiązanie, od narastającego parnego i dusznego upału, którego przedsmak też mieliśmy kilka dni temu. I który pobudził do aktywności mnożenia się muchy. Na szczęście gzy i ślepaki już sobie odpuszczają i zdarzają się rzadko, dużo rzadziej, niż w czerwcu.
W ogóle jednak przyznaję, choć sezon jeszcze się nie skończył, że są zmiany w populacji owadów, widoczne bardzo, zwłaszcza zadziwia od kilku lat (czterech?) prawie całkowity brak komarów, które na wiosnę zastąpiły trochę meszki, ale nie w jakichś kosmicznych ilościach. Ślepaki, czyli końskie muchy są aktywne tylko w czerwcu, może dwa-trzy tygodnie w roku. Potem gdzieś znikają. Czy raczej zanikają.
W tym roku widzę mniejszą ilość much, których zawsze o tej porze było nieznośne zatrzęsienie. Owszem, zaczęły teraz trochę dawać do wiwatu, ale wyraźnie słabiej, niż jeszcze w zeszłym roku. Jaskółki, które jak co roku osiedliły się w koziarni, muszą się chyba nieźle napracować, żeby wykarmić niedawno wyklute pisklęta.

W każdym razie wieczory spędzane na tarasie, już w połowie wykończonym, przy palącej się świeczce własnej roboty z wosku nalanego do glinianego naczyńka, czasem z szumem wiatru, lub deszczu, lub błyskawicami w tle, należą do przyjemnych. Bez konieczności nakładania długich spodni i koszuli z rękawami, aby się od nieznośnych krwiopijców zabezpieczyć. Nie trzeba. Ot, czasem jakiś chrząszcz przeleci z charakterystycznym buczącym chrzęstem skrzydełek, błyśnie w świetle ognia ćma albo inny świetlik, i wsio. Śpiewają w buszu wieczorne ptaszęta, ręka podnosi do ust szklaneczkę z domowym winem z dodatkiem wody sposobem greckim pitym, i dusza syci się światem bez przeszkód.

Prace postępują do przodu, choć już dawno straciłam poczucie, gdzie jest ten przód, a gdzie tył. Po prostu prace się pracują, jak należy w tym letnim, sprzyjającym pracom czasie, i co tu dużo gadać.
Kupa drewna już w połowie jest porżnięta i porąbana, ja z wolna zwożę je pod różne dachy i daszki. Których jednak może zabraknąć ostatecznie, dlatego trzeba w razie czego rozważyć wariant postawienia nowego. Pewnie krytego odzyskaną z zakupionego chlewika dwa czy trzy lata temu dachówką, którąśmy złożyły na zapleczu w razie takiej potrzeby.

Nasze leniwe pszczoły dostały nową matkę, aby je trochę może rozruszać, a wolny ul - nowy żywotny odkład pszczeli. Anna z zapałem uczy się pszczelarstwa, bo udało jej się trafić na pszczelarza-emeryta, który takiej nauki chętnie się podjął. Co rusz teraz biega do swoich rojów, dymić, oglądać plastry, matkę, czerwie, trutnie, i obserwować przyjęcie się rojów, obloty i co tam jeszcze Dusza Roju wymyśliła.

Z racji dużej ilości wody, której niebo nie skąpi w tym roku, ogród trzeba było drugi raz wykosić, aby zrobić miejsce sadzonkom do oddychania i życia, bo mikre są jeszcze i łatwo trawsku byłoby je zagłuszyć. Bób został zjedzony. Teraz zaczyna się epoka botwinki. Na dojrzenie czekają pomidory, wzrasta nowa sałata, dynia, bujna i szeroko rozkołysana kwitnie chętnie.

Z porzeczek zerwanych z naszych dwóch owocujących krzewów udało się nastawić mały gąsiorek wina. W tamtym roku starczyło tylko pod nalewkę. Ilość przyrasta, choć bardzo powoli, jak widać. Zatem Anna popytała, pojechała gdzieś i przywiozła pełną skrzynię czarnych porzeczek prosto z kombajnu usypanych. 20 kilogramów. Trzy dni trwała skrzętna praca, żeby je zagospodarować, ale udało się je przerobić. Na 11 litrów czystego soku z sokownika, dwa litry galaretki, 8 słoiczków dżemu i nastawić kilka gąsiorków wina, mojego ulubionego.
Do tego udało się zjeść i przerobić 6-7 kilogramów jagód, przez wioskowych zbieraczy dostarczanych w cenie skupu. I trochę ogórków na sałatki zimowe. Zatem zapasów coraz więcej.
Grzybów tylko wciąż nie ma, co przy takiej parnej wilgotności dziwnym jest, podobnie jak brak komarów.

26 czerwca 2016

Miodne sianokosy i inne sprawy

Wraz z wakacjami nastały upalne dnie. Pojawili się także goście, dwie kajakarki, pragnące zrobić sobie wycieczkę po Bugu, od jego krańca granicznego w Niemirowie do Warszawy, skąd przybyły. Do Bugu nam dość daleko, ale nie aż tak, żeby rzecz nie miała sensu. Ot, został się u nas samochód, a kajaki popłynęły wraz z załogą przez kraj.
Była tego dobra strona dla nas. Mianowicie nocleg i użytkowanie grilla przyniósł nam pomoc na łące i w ogrodzie, i to bardzo realną i potrzebną. Bo właśnie człowiek z bobrowej wioski doniósł był nam, że druga łąka jest skoszona, kilka dni ciepłych i bezdeszczowych się szykuje i można sprzątać siano. Niewiele myśląc Anna wyruszyła na nowe zbiory. Przerzuciła jednego dnia siano na połowie owej łąki, bo drugą Sąsiad z Polesia wziął sobie, który w hodowlę kóz się dawno wdał, a kolejnego dnia załatwiła kostkarkę i zwiozła. I to właśnie był dzień wizyty naszej pomocnej kajakarki i przydała się i do grabienia, i do ładowania kostek na przyczepę i do rozładowywania i pakowania w paszarni. Było tego trzy i pół obrócenia, czyli około 120-130 kostek. No, już naprawdę nam chwacit na ten rok.
Kajakarka następnego dnia wypieliła nam pięknie grządki w ogrodzie permakulturowym i pomogła do ula zajrzeć, bo się kiedyś pszczołami zajmowała i wykształcenie ma owadologiczne. Anna nową wiedzę zdobyła, przejrzała wszystkie ramki, miodu będzie tylko dla nas, ze dwie-trzy ramki, bo nasz rój leniwy jest i niewiele zbiera. Dobrze wiedzieć i za nowym odkładem się obejrzeć. Do drugiego pustego ula.
Następnego dnia kajakarki zgrupiły się, wraz z pierwszym dniem wakacji i wyruszyły w swoją drogę wodną, Anna pojechała z nimi nad rzekę i wróciła ich samochodem, gdy już się w kajakach znalazły. Późnym wieczorem dotarł do nas sms, że mimo upału i późnego wyruszenia zdołały kilometrowy plan dzienny wyrobić i właśnie rozbiły się szczęśliwie obozem na brzegu. 
No, cóż, hobby jak każde inne, prawda?

Mnie zaś przyszło strzec naszego ptactwa przed powtarzającymi się atakami krogulczycy. Pierwszego razu trafem wyszłam akurat z domu po chrust pod płytę i pomogłam indyczkom i indorowi agresorkę odpędzić, bo do wnętrza obory przez otwarte drzwi wzięła wefrunęła. Trzeba przyznać, że dorosłe indyki wykazały się prędką reakcją i szaloną odwagą, a indor, stacjonujący za progiem na podwórzu jak rakieta wystrzelił z miejsca w górę na ponad dwa metry, aby ptaszysko przestraszyć. Bezczelne usiadło na dachu i czyhało dalej, więc je spłoszyłam rzutami kamieniem.
Dzisiaj zaś alarm podniosły gęsi, balbiny. Krogulczyca cichaczem siadła w lesie za domem na kuraku, żerującym w krzakach. Wrzask ptactwa wywołał mnie natychmiast z domu razem z psami, które już wiedzą doskonale co wtedy robić. Pobiegły ze szczekaniem w odpowiednią stronę i drapieżnica zwiała, zostawiając łup, który na szczęście żył i umknął na swoich nogach pod kupę gałęzi się schronić. Wylazł spod niej dopiero po kilku godzinach, tak się wystraszył.
No, cóż, krogulce najwyraźniej karmią swoje młode gdzieś w gnieździe w pobliżu i trzeba się strzec.
Z innych spraw: dzisiaj została posadzona na jajach kolejna indyczka, która robi to już po raz drugi w tym sezonie. Zniosła następną partię jaj i właśnie wczoraj ją sparło na twarde siedzenie. Ponieważ już miejsca nam brakuje dla matek z dziećmi, wylądowała w drugiej paszarni przy nowym kurniku, w której graty trzeba było trochę przesunąć, by miejsce zrobić i skrzynkę wymościć.

Poza tym truskawki i rzodkiewki się skończyły, jak i sałata i szpinak wyjedzone zostały, a zaczęły się jagody. Były już lody z pierwszymi świeżymi z lasu, uzbieranymi przez siostrę Sławka i dżemik jagodowy też powstał.

21 czerwca 2016

Przesilenie

No, i proszę, przesilenie roku, wraz z pełnią księżyca, dokonało się bez większych atrakcji pogodowych, jak to bywało w ostatnich latach. Co prawda pogoda ostatnio była mocno zmienna nawet na przeciąg jednego dnia, poranki witały rześkie, pochmurne i wietrzne, w południe zaczynało przygrzewać mocno słońce, by zaciągnąć niebo jakąś deszczową albo burzową chmurą, po czym wieczór łagodniał i uspokajał się. Albo przedpołudnie deszczowe, popołudnie parne i gorące.

W obejściu życie toczy się w zgodzie z rytmem rocznym. Na świat przyszły kolejne indyczęta, w liczbie dziewięciu sztuk (na 15 jaj podłożonych). Zamieszkały z matką w stodółce, gdzie dokarmiam je co dwie godziny i mają bezpieczną przestrzeń, wyścieloną świeżą słomą, zdatną do przedszkolnych nauk życiowych. Kwoka z trójką kurcząt przeniosła się w zamian do lamusa, skąd w pogodne dnie wychodzi z nimi na podwórko. Kurczaki kupione w wylęgarni są już spore, samodzielne, mieszkają w osobnej przegrodzie kurnika, gdzie są bezpieczne od zakusów dorosłych zazdrosnych kur. Karmię je trzy razy dziennie, poza tym żerują swobodnie na skraju lasu za domem.
Indyczki-matki zostały już na początku przerzedzone. Jedną z nich przymusem oddzieliłam od piskląt, ponieważ kłóciły się wszystkie trzy ze sobą o miejsce, i cierpiały od tego małe, dziobane albo deptane (kilka sztuk padło w takich wypadkach, niestety). Po nocy spędzonej w kurniku otrzeźwiała z macierzyńskiego czaru hormonalnego i wróciła pod opiekuńcze skrzydła indora. Mało tego, wkrótce zaczęła się nieść i znowu zbieram jaja, bo może zechce jeszcze raz zasiąść na nich. Dwie zaś pozostałe matki z dziećmi przeniesione zostały do obory, do jednego wolnego boksu, gdzie miały cieplej i swobodny dostęp do światła słonecznego, którego już im w zamknięciu stodolnianym, w czas chłodów nocnych i deszczów dziennych, zaczynało brakować i podupadały na nóżki. Słońce uczyniło cud i wróciły do pełni zdrowych sił, jak nie przymierzając mały Collin z "Tajemniczego ogrodu". Wypuszczamy już je na kilka przedpołudniowych godzin do sadu, gdzie pod okiem gulgających matek z zapałem polują wśród trawy na drobne owady. Rosnąc do wieku i wielkości zdatnych do sprzedaży.

W ogrodzie permakulturowym, oprócz rzodkiewek, jak w zeszłym roku, które były naszym pierwszym większym plonem, obrodziły też nieźle truskawki. Dały kilka łubianek owoców, które poszły do lodów, do słodkich deserów i na niewielką ilość dżemu truskawkowego. Dla kogoś to pewnie żaden powód do dumy, ale mnie satysfakcjonuje, bo ewidentnie z roku na rok ten nasz jałowy skrawek ziemi, wyśmiewany przez okolicznych rolników, że na nic nie zdatny, tylko żeby las posadzić, zaczyna przynosić plony. Niewielkie, drobne, ale słodkie, zdrowe, pyszne. Własne!

11 czerwca 2016

Samowystarczalność na co dzień

Dzisiejszy obiad: ziemniaki z koprem, sadzone jajo, sałata z bundzem kozim, rzodkiewką i olejem lnianym, popijane kefirem domowym. Na deser lody domowe na kozim mleku i jogurcie domowym, truskawkowe. Oprócz odrobiny cukru wszystko wzięte z gospodarstwa. 
Lubię, gdy pytają mnie: 
- Będę w sklepie. Coś może kupić? 
A ja odpowiadam: zapałki. 
Albo: nic nie trzeba.

Wielki gąsior wina na kwiatach czarnego bzu już chodzi.

10 czerwca 2016

Czerwcowe zatrudnienia

No, więc już po sianokosach. Odbyły się o miesiąc wcześniej, iż w zeszłych latach, ale nie obyło się bez stresów. Pogodowych oczywiście. Dwa razy były odkładane przez rolnika kosiarza, ze względu na prognozy, które się nie sprawdziły. Było wtedy słonecznie, a obfity deszcz spadł akurat na drugi dzień po pokosie, wtedy, gdy miało być ciepło i sucho. Na szczęście nie wyrządził szkód. Dwa kolejne dni były może nie najbardziej upalne, ale za to z wietrzykiem, który szybko wysuszył siano. Chłopacy z wioski, Sławko i Jary sprawdzili się. Byli w umówionych dniach o umówionych godzinach i pracowali pilnie, zwłaszcza przy zwózce od rana do ciemnej nocy, a potem jeszcze kończąc robotę rano.
Przydały się zapasy kiełbasy, którąśmy pracowicie zrobiły jakiś czas temu w sporej ilości tytułem letniego grillowania. Nie wędziłam jej, tylko w porcjach zamroziłam. Jest zawsze w razie potrzeby, czy nadmiaru innych zajęć, gdy nie ma czasu gotować obiadu.
Anna zwiozła całe siano Santa Klausem z przyczepką, jednorazowo mieściło się w samochodzie i na niej ok. 40 kostek. Obróciła wszystkiego 11 razy, czyli łatwo sobie policzyć, ile zostało zebrane. Trawa majowa, zielona, soczysta, ładnie przesuszona. Zajęła całe poddasze nad oborą i jedno z pomieszczeń paszarni. Zapasy na zimę zatem zrobione, można się rozluźnić.

Nowe pastwisko obsiane mieszanką traw zakwitło żółtymi kwiatkami, trawy niewiele wzeszło. Niemniej kozy ruszyły na podbój i na razie są zadowolone z paszy. My też, bo póki starcza im tego, co w zagrodzeniu, nie trzeba ich prowadzać po sąsiadach i pilnować, aby w szkodę nie weszły.

Indyczęta opierzyły się i zaczęłam je wynosić na świat boży, w południe, gdy słońce pięknie grzeje, aby naładowały się ciepłem i światłem, no, i niezbędnymi do wzrostu witaminami.
Kwoka wysiedziała raptem trzy pisklęta, reszta jaj zamarła. W sumie się cieszę, że tak mało, bo kurczęta z wylęgarni ładnie rosną i mają się dobrze, mieszkają już z resztą stada drobiowego w kurniku.

Anna dołożyła nowe ramki do ula, bo wszystkie zostały już zapełnione, a właśnie kwitnie robinia akacjowa i szykuje się lipa, pszczoły uwijają się z robotą. Muszę przyznać, że polubiła pszczelarstwo i ma do tego rękę. Nie boi się swoich owadów, a i one - mieszkając na spokojnym uboczu w otoczeniu przyrody i nie niepokojone przez nikogo - są bardzo spokojne i nieagresywne. Niekiedy zagląda do nich po prostu z marszu, bez odpowiedniego ochronnego stroju, i żadnych zdenerwowań, ani użądleń jak dotąd nie było.

Z innych sukcesów: przeszłyśmy na letnie odżywianie wegetariańskie. W ruchu są lody domowe w różnych smakach, przetestowałam już z jagodami, brzoskwiniami, waniliowe z czekoladą i truskawkowe. Chłodniki na kefirze, sałatki z ogródkowego szpinaku i sera, z miodem. Twarożki z rzodkiewką, także z ogródka. Truskawki z jogurtem. Bo właśnie zaczęły rodzić (wreszcie!) krzaczki truskawkowe posadzone dwa lata temu i jest pysznie. Oraz zapiekanki z pomidorów i sera. Jogurt domowy w stałym użyciu, zużywamy około litra dziennie. Jak trzeba się wzmocnić po większej pracy, zawsze świeże jajo - w różnych formach - jest na podorędziu.

3 czerwca 2016

Pamięć fotograficzna

Przypomniałam sobie, że istnieje coś takiego jak aparat fotograficzny. Wyciągnięty z głębi szafy znów posłużył do notatek bezpośrednich.
Te zdjęcia mają już trochę czasu. Niemniej sprawy trwają.
Oto nasze tegoroczne stado na malowniczym wiosennym wypasie. W obejściu. 


Ta wielka kupa drewna na zdjęciu poniżej przybyła kilkoma wielkimi furami z lasu opodal. Wykosztowałyśmy się, bo nieco ponad 200 złotych kosztowało w leśnictwie. 5 metrów przestrzennych, przeważnie sosny. Jeśli ciepłe zimy potrwają dłużej, to starczy z powodzeniem na co najmniej dwie, jeśli nie więcej. Teraz trzeba główkować, żeby to pociąć na mniejsze, co niektóre grubsze kawałki rozczłonkować siekierą i ułożyć pod daszkiem w ściankach. Praca do jesieni. Praktycznie coroczna.


Poniżej zaś świadectwo stolarskich zatrudnień Ani. Własnoręcznie zrobiona drewniana balustrada na tarasie przy domu, wymaga jeszcze paru muśnięć, ale jest. Teraz kleimy już z wolna płytki na tarasowej betonowej podłodze. Kupione tak dawno temu, że nie pamiętam już kiedy. 


Balustradę ozdabia własnoręcznie pleciony przez Anię koszyk z przeznaczeniem dla wysiadującej kwoki.

21 maja 2016

Lęgi

Wychodzimy szczęśliwie z okresu zimnej Zośki, a raczej zimnych zosiek, bo zimne przenikliwe wiatry w dzień, zimne deszcze, zachmurzenie, nawet grad, no, i niska temperatura nocą trwały coś około tygodnia. Nie było przymrozków, roślinność ogródkowa przetrwała zatem bez problemów, choć zapewne spowolniła swój wzrost.

Sad jabłoniowy przekwitł, ale zdążył się załapać na dwa czy trzy dni dobrej pogody, podczas której pszczoły i bąki nie próżnowały.
Sadzonki i kwiaty przyjęły się.

Kurczaki poszły na swoje, pięknie rosną, opierzyły się i zamieszkały w odgrodzonej części kurnika. W ich miejsce jednak stanęło kolejne pudło i lampa kwoka dalej świeci. Zaczęły kluć się indyczęta. Te już narodzone i wyschnięte pod matką wybieramy spod jej skrzydeł i na dzień idą pod lampę, gdzie są dokarmiane i pojone, a indyczka (no, w rzeczy samej jest ich trzy sztuki) w tym czasie spokojnie dosiaduje resztę jaj. Na noc wracają pod skrzydła. Jest ich około czterdziestu, procent wylęgalności prawie sto! Wszystkie zdrowe i silne, z apetytem na życie.

Dziś powstała jeszcze mała grządka przy stodółce, na sadzonki pomidorów. Głównie zbudowana z gnoju i kompostu.

15 maja 2016

Lody domowe

Rozwijamy najnowsze hobby. Anna kupiła maszynkę do lodów. Co kilka dni przygotowuję porcję zagęszczonego mleka koziego (znaczy odparowane na kuchni i potem schłodzone przez noc w lodówce). Rano łączę je z porcją najnowszego, także schłodzonego gęstego jogurtu domowego, dodaję trochę cukru (wcale nie musi być to cukier puder, ani w takich porcjach, jak głoszą przepisy! wystarczy mi połowa tej słodkości) i różne dodatki smakowe. Które praktykujemy za każdym razem inaczej. Dodatek cukru pudru z laseczką wanilii daje lody waniliowe. Wczoraj powstały zaś lody jagodowe, z jagód zeszłorocznych przygotowanych klasycznym sposobem w słoiku (zasypane cukrem i spasteryzowane). Maszynka się sprawdza. Mniam!

14 maja 2016

Wysiadywanie

Po trzech dniach naburmuszania się niebo wreszcie siknęło ulewą, wczoraj dzisiaj tak, że rośliny dostały nowy potrzebny zastrzyk życiowy. Kurczęta zamiast w ogródku wylądowały w nowym kurniku, pod dachem, gdzie odwiedzałam je co godzinę, aby jedzeniem sypnąć.

Usiadła z nagła jedna kwoka. Dzisiaj nasadzona na 15 jajach kurzych. Do wysiadywania gotuje się też ostatnia, najstarsza, czwarta (a raczej pierwsza) indyczka.

12 maja 2016

Przygody codzienne

Dni pogodne, acz z majowymi ulewami prawie co dzień, choć od trzech dni pada jedynie w sąsiednich wsiach i na Białorusi, zapraszają najpierw do pracy na dworze, a potem na taras, aby odpocząć. Przez kilka dni z rzędu sadziłyśmy z zapałem w obu ogrodach drzewka, krzewy i kwiaty. Ogród permakulturowy, daleki od nawodnienia i możliwości podlewania go w razie suszy, z bardzo kiepską leśną glebą wymaga wciąż dodatkowego wysiłku przy każdym nasadzeniu. W ruch poszła taczka, widły i wieloletni kompost, gromadzony od początku zamieszkania w zagrodzie, został poważnie naruszony, aby posłużyć roślinom za pokarm. Na koniec każda sadzonka dostała opatulinkę ze słomy, aby osłonić ją od chwastów, wilgoć utrzymać i podtrzymać dokarmianie w sezonie. Posadzone trzy lata temu porzeczki, w zeszłym roku mocno nadwyrężone suszą i brakiem naszej opieki, odbijają z zapałem i wiele z nich, mimo, że niewysokie, zakwitło i ma po kilka gron zalążków owoców na sobie. Te, co uschły zostały teraz wymienione na nowe, białe, czerwone i czarne. Doszły też maliny, oraz pigwa, dereń, jagody kamczackie, wiśnie kaukaskie, śliwy węgierki, agrest w dwóch kolorach, forsycja i jaśminowiec. Wszystko trzeba było obficie zaopatrzyć na starcie w nowe życie. Oby im się udało!

Posiane zostały też dynie różnych rodzajów, patisony, cukinie i fasolka. Pierwsze posiane roślinki kiełkują już szczęśliwie, także truskawki, te które przeżyły suszę dorodnieją w tym roku i pięknie kwitną.

Trwa też rżnięcie i porządkowanie zalegającego na podwórku drewna, aby przygotować miejsce pod nowy zbiór z lasu, który ma na dniach zjechać. Poprawianie ogrodzeń pastwiskowych i ogrodowych. Oraz codzienny wypas naszego bydełka, które z racji braku głównego pastwiska melinujemy tu i tam, na mniejszych wygrodzonych obszarach trawiastych, na ugorze i w sadzie. Poza tym trzeba z nimi chodzić po okolicznych łączkach i zakrzaczeniach. Czasem i kilka godzin dziennie, aby się najadły.

Poza tym kurczęta rosną w oczach, spędzają całe dnie w ogródku w drewnianej zagródce, po południu wypuszczane luzem, aby sobie mogły eksplorować świat, uczyć się go i polować na owady, co uwielbiają.

Z przyjemności relaksowych pozostaje nam grillowanie i tarasowanie wieczorne, razem z towarzyszącymi psami u stóp i kotami u głów. I licznymi ptasimi glosami w uszach.

Z wieści najnowszych: zakwitł jabłoniowy sad.

3 maja 2016

Majówkowe radości

Mimo kiepskich prognoz na długą majówkę jednak zrobiło się prawdziwie wiosennie. Wczoraj wyjrzało słońce, po obfitym deszczu i w jednej chwili rozchyliły się przygotowane na taką majową chwilę pąki kwiatów czeremchy rosnącej przy chacie. Rozsyłając wokół duszny, upajający zapach. Jedna śliwa przekwita, ale druga już drepcze w przedbiegach. A wraz z nią dwie stare grusze ulęgałki. Pszczoły i bąki mają co robić. A to cieszy gospodarskie oko.
Noce o wiele cieplejsze, wszystko ruszyło. Na Podlasiu wiosna rusza dokładnie razem z majem, nigdy wcześniej. I dzieje się to właściwie jednego dnia. Nigdy nie przestanę się tym cudem zadziwiać.
W ogrodzie wykiełkowała rzodkiewka i bób.

Zatem wzięło nas na majówkowe przyjemności. Mimo rzęsistego deszczu i burzy, która po południu zasadziła się znienacka. Co tam, gdy ma się grilla pod dachem altany! Napaliłam najpierw przyjemne ognisko z chrustu, nagromadzonego wcześniej z kozich przekąsek. A gdy góra popiołu się uzbierała, rzuciłam na nią trochę drzewnego węgla. Kiedy się rozżarzył na ruszcie wylądowało namacerowane wcześniej mięsko koźlęce. I jakieś Anine przysmaki glutenowe z serem, dla mnie niejadalne.
Do wtóru grzmiały grzmoty, niegroźne, bez piorunów i huk deszczu, walącego o dach. Kury uciekły pędem do kurnika, ale gęsiom było w to graj. Nawet je jakby na zaloty wzięło w strugach wody.

Mięsko pięknie się zgrillowało, ser rozpuścił, jak trzeba. Czego od życia chcieć więcej?
No, jest więcej. Bo ptaki, gdy tylko nie pada i nie grzmi, jak dziś, piękne koncerty uskuteczniają od rana i z wieczora. Co umila niezwykle obie pory dojenia. Siedząc w przerwach na ławeczce pod oborą gwiżdżę, niezdarnie usiłując naśladować siedzące na dębie naprzeciwko rosnącym rozmaite ptaszęta, o nazwach mi nieznanych. Nawet czasem odpowiadają i dajemy wspólny koncert. Albo kukam do kukułeczki na jaworze, lub w akacjach zasiadającej. Co prawda w tym wypadku Anna zamienia jedną literę w słowie kukać i puka się w czoło z uśmiechem patrząc na mnie, ale co mi tam. Wiosna! I to najważniejsze.

28 kwietnia 2016

Czas płynie zasiadając

Noce wciąż zimne, w granicach 1-2 stopni, zatem wiadomo, zieleń się ociąga. Trawa mikroskopijna, listeczki na drzewach nadal dziecinne. Niemniej w jednym oknie kwitnie już śliwa węgierka, a w drugim klon. Wokół obu drzew, nawet w mało pogodne i wietrzne dni kręcą się pracowicie pszczoły. Anna zajrzała do ula jakiś czas temu, żeby podejrzeć jak się mają. I czy nie wymagają dokarmienia. Ale nie wymagają. Miały jeszcze całą jedną ramkę miodu zeszłorocznego, a na sobie, w swoich nożnych zbiorniczkach dużo żółtego pyłku. Królowa żyje. Rój zatem sobie radzi. 
Praca i nas pogania, czy też my pracę, trudno rzec. Ale bez niej nie da się na wsi żyć bezpiecznie i spokojnie. Trzeba było wyrównać i przygotować pastwisko, zaorane jesienią, pod zasiew trawy, co się udało. Potem Anna własnoręcznie przez dwa dni, na półtora hektarze rozsiała kilka worków mieszanki traw. I na razie sprawy stoją, czekając na cieplejsze noce. Trawa bowiem rusza dopiero, gdy temperatura spada najwyżej do 5 stopni w nocy. 
Na dokładkę rozchorowała się jedna z młodych kóz, całkiem niespodziewanie. Ot, zeszła ze spaceru jakaś skwaszona, jeść nie chciała, ani pić. Zrobiłam jej odczarowywanie na wszelki wypadek, przy zabiegu reiki upadła nagle z osłabienia na kolana. Źle. Zaaplikowałyśmy jej z punktu kieliszek wódki, poszła z tego wszystkiego spać. Po kilku godzinach lepiej nie było. Rano zatem Anna zapakowała delikwentkę do samochodu i zawiozła do bielskiego weterynarza, bo nasz był akurat zajęty w terenie. Wróciły szybko, koza dostała dwa zastrzyki na poprawienie pracy żwacza. Nie miała wzdęcia. 
Rzuciłam monetami i Księga odpowiedziała mi, że sprawa potrwa dłużej, ale dobrze się skończy. Przez dwa dni poiłyśmy kozę ze strzykawki, siłą, bo nie chciała pić. Miała jakieś dziwne trudności z przełykaniem, krztusiła się, beczała z udręki. Szczęście, że Anna nie lubi się cackać, bo w końcu taki ostatni przymusowy wlew niespodziewanie jej pomógł! Wyszła po południu na karmienie sama, chętnie i wreszcie spróbowała owsa, a potem napiła się z wiadra już bez tortur. Smętki trwały prawie tydzień, ale jest już dobrze. Dawny apetyt wrócił i krztuszenie się minęło. 
Ponadto przez trzy dni byli goście, mimo chłodu i tego, że nie ogrzewamy poddasza, nie narzekali. Mieli rowery i rowerami śmigali po puszczy, a słońce jak na życzenie akurat wyjrzało zza chmur, i przenikliwy wiosenny wiatr ustał. 
Przy pomocy Sławka udało się złożyć drewno w lesie na kupy i czeka teraz na pomiar leśniczego. My zaś obsiałyśmy jeszcze jedną grządkę w ogrodzie permakulturowym, i sprzątamy porżnięte drewno na podwórku pod daszki, aby zrobić miejsce na nowo zwiezione. 
W pełnię Księżyca, a raczej dzień po, nasadziłyśmy trzy indyczki na jajach. Trzeba było przytaszczyć z nowego kurnika ciężkie stare koryto, drugie lżejsze, wymościć je słomą, ułożyć każdej porcję jaj (po 16 sztuk) i zmusić ptaki do zasiądnięcia. Udało się sposobem. Każda została nakryta pudłem tekturowym i w ten sposób rozsiadła się grzecznie, już na drugi dzień można było im te kaptury ściągnąć. Siedzą w transie. Zrzucane raz dziennie pod wieczór, aby się wykupkały, napiły wody i zjadły cokolwiek, czasem jeszcze biorą szybką kąpiel w piasku. Po czym bezbłędnie wracają każda na swoje gniazdo.
Nadto kilka dni temu przybyło nam ptaszków, jak co roku  tej porze. Przyjechały z bielskiej wylęgarni, 10 jednodniowych kogutków (po złotówce) na wypas i powiedzmy-tucz, czyli żer, oraz 10 kokoszek (po 4 złocisze każda). Mieszkają w kuchni, w tekturowym pudełku, w dzień pod lampą-kwoką, w nocy na ciepłej jeszcze blasze pieca, przy nagrzanym paleniem w dzień kominie. Jedzą same dobre, jajeczko na twardo z twarożkiem, płatkami owsianymi i osypką, a popijają domowym jogurtem na kozim mleku. Tak będzie do czasu, aż się opierzą i pójdą na swoje.
Z innych rzeczy, kilkoro młodzieży koziej znalazło już swoje domy i przystanie. W oborze robi się jaki taki porządek.
A ja jak zwykle, co dzień ser, czasem dwa, dzisiaj zaś ciućki kozie warzyłam, bo goście do cna wyjedli, jako przekąskę rowerową zabierając. Tak to jest, jak się człek upiera wegetarianinem być i forsować mięśnie na świeżym powietrzu.
Takoż piszę swoje, tłumaczę, nawet za łacinę się chwytam, kombinuję, hobby swoje rozwijając.
Zasię również drugi nasz kogut, zielononożny powędrował na drugą stronę. I miejsca królewskiego w kurniku ciapatemu ustąpił. A to z tej przyczyny, że po walce koguciej zostało mu opętanie. Opętał go mianowicie duch pokonanego koguta. I w naszym kolorowym kurduplu zaczął mnie ścigać na podwórzu! Do tego stopnia, że ten musiał wylądować na pieńku. Skończył jako pieczyste, dzisiaj trzeci dzień jedzony, w towarzystwie szparagów z wody z masełkiem. Jego dusza zaś wybiegła głównym kominem i pieje rozgłośnie, trzepiąc i bijąc czupurnie skrzydłami. Księga mówi, że coś przywoła... oby dobrego i ciekawego...
Teraz już tylko siedzieć i czekać..

10 kwietnia 2016

Gliniane jaja

Powietrze zwilgotniało w sam najlepszy czas, bo trochę posiałam tego i owego, co przymrozków się nie boi, a Anna wczoraj walczyła sama dzielnie grządkę wzniesioną budując od podstaw. Jej dno tym razem wyłożyła potłuczonymi skorupami z nieudanych glinianych naczyń, lepionych przez nią, albo przez warsztatowe dzieciaki, którym niewiele ostatecznie bezbłędnie wychodzi spod niewprawnych rączek. Odrobina gliny na tym naszym wydmowym piachu bardzo jest wskazana, aby wodę deszczową gromadzić i powstrzymywać od przesiąkania w swoje piaskowe głębie.

Obsiana została przy domu jedna z zeszłorocznych grządek, którą przed kurami nakryłyśmy włókniną. Jak na razie sprawdza się, nie grzebią. Z tą nową też tak zrobimy. Teraz wchłania i nasiąka wodą deszczową, padającą dość obficie w nocy.

Widać, że śliwy szykują się do kwitnienia. Pszczółki robią już sprzątanie w ulu, wynosząc padłe zimą sztuki na zewnątrz. Budzą się jeszcze powoli, ale systematycznie jakieś owady, muchy, muszki, meszki.

Druga gęś zaczyna posiadywać. Uzbierałam kilkanaście jaj, pierwsza wysiadująca dostała do gniazda kilka dni temu, tak jakoś z nowiem Księżyca. Ciekawe, czy cokolwiek się wykluje. Ten nów, z racji kwadraturowego aspektu do Plutona taki bardzo aborcyjny był w mediach i w kobiecym gronie wojowniczek, więc wielkich nadziei na skutki wysiadywania w tym miesiącu księżycowym sobie nie robię. Niemniej...

W koziarni dziewczynki zostały odstawione od cyca na noc, co zwiększyło ilość mleka z porannego udoju. Już codziennie serowarzę. A w lodówce znów jaja się nie mieszczą, nadchodzi kolejny Dzień Jajożercy.

4 kwietnia 2016

Sezon serowarski na przedbiegu

Po niedawnej zmianie czasu dzień roboczy wyraźnie się wydłużył. Nie dość, że muszę o godzinę wcześniej wstawać, to jeszcze obrządek wieczorny przeniósł się o godzinę, a już nawet półtorej do przodu. Na szczęście czuć wiosnę i przyjemnie jest bywać na dworze, pracować na powietrzu. Korzystając z krótkiego okresu przedwiośnia, gdy muchy, komary i meszki jeszcze śpią. Czuwają tylko jak zawsze kleszcze. Już kilka wyciągnęłam byłam z psów i kota.
W ubiegłą sobotę Sławko  wraz z Anią wydobyli resztę urobku z obory, część powędrowała do ogródka na nowe grządki. Oczywiście kury już z ładnych kopczyków zrobiły równinę. W sumie można je zatrudniać do realizowania takich planów.
Wczoraj zaś przyszły na świat dwa zdrowe ładniutkie koziołeczki z ostatniej naszej kotnej kozy, Amelki. Czyli klasycznie, chłopcy wyprzedzili w końcu dziewczynki także w tym roku.

Wdrażam się już w sezon serowarski. Na początek serki dla nas, żeby apetyt zaspokoić. Miękkie, dojrzewające najwyżej do 3 tygodni, które najlepiej zjadać na świeżo, w kilka dni po zrobieniu. Dziś zaś jeszcze wypróbowałam jeden z przepisów na ser topiony z kminkiem, zamieszczony w książce niemieckiej autorki, z której korzystam. W tym celu, że dzień ciepły i słoneczny, rozpaliłam pod płytą kuchenną, a nie w c.o. patykami nazbieranymi na kaczym dołku. I stałam nad garnkiem mieszając pracowicie, aby masa mleczno-twarogowa nie przywarła do dna, dobre dwie godziny.
Wyszedł, choć nie do końca doskonale. Niemniej daje się zjeść, co właśnie robię. Kanapka z masłem, serkiem topionym, przyozdobiona czosnkiem marynowanym w occie jabłkowym, szczypiorkiem i polana własnoręcznie przyrządzonym jeszcze na jesieni keczupem. W tym jedzonku jedynie chrupek ryżowy (zamiast chleba) i masło są kupione w sklepie.

Oj, obiadek też był niezgorszy. Gęsie udka warzone w wolnowarze z warzywami. I ryżem. Na popitkę jogurt domowy.
Od czasu do czasu popełniam też koziego ciućka. Nabrałam już wprawy i wiem, kiedy wylać masę do foremki, nie chwaląca się to mówię. Dziś też wykonany, z dodatkiem kokosowych wiórków.

Anna zasię rozpoczęła działkowanie w lesie. Oczywiście musiałam z nią pójść w charakterze osoby towarzyszącej z przyczyn BHP (drwalowi nie wolno samemu piłować w lesie z racji niebezpieczeństwa wypadku). Benzyna szybko się skończyła w baku, ja trochę porąbałam cienizny siekierką i tyle.
A na koniec dniówki gorąca kąpiel, aby wykorzystać ukrop lejący się z bojlera, po tak długim paleniu pod płytą. Tu chwaląca się to powiem, że od kiedy zaczęłam myć głowę szamponem z dodatkiem sody oczyszczonej i spłukiwać ją octem jabłkowym rozcieńczonym w wodzie, włosy mi jakby zgęstniały. I wygładziły się. Choć już siwizny nie postradam, ani czupryny długiej nie zapuszczę, ale i tak zadowolonam.