31 grudnia 2013

Staroroczny bilans

Ostatni dzień roku jest moim nie tylko zdaniem bilansowy, zatem bardziej skłania do siedzenia za biurkiem i liczenia, niż czegokolwiek innego. Wszelka sztucznie podekscytowana radość i fikanie nogami w rytm łubu-du z elektrycznych wzmacniaczy, w tym akurat wielce poważnym momencie wydaje się głupotą. Biurokratyzm zresztą również jest sztucznym wymogiem, wymyślonym przez władcę, a nie przez matkę Przyrodę i ojca Roda. Ale przynajmniej skłania do zdrowej refleksji i zastanowienia się nad rzeczywistością do ogarnięcia.
Zatem usiadłam do stoliczka, wyciągnęłam zeszycik z zapiskami i kalkulator i podliczyłam starannie i ostatecznie zyski i koszty prosperowania naszego gospodarstwa.
Fakty są takie, że zyski z kóz (tj. z mleka, mięsa i sprzedaży młodzieży) stoją właściwie w miejscu od lat, ale i kóz dojnych było w tym roku mniej, niż w zeszłym, gdy niektóre sprzedałyśmy, aby odmłodzić i podrasować stado. W tym zaś dwie z sześciu były pierwiastkami i nie dawały jakiejś oszałamiającej ilości mleka, tyle przynajmniej, co wieloródki.
Za to stada brojlerów kaczych i kurzych przyniosły nieco gotówki i sprzedaż połowy opasów zwróciła nam koszty zakupu paszy dla całości (ziemniaki w tym roku były dość drogie i było ich mało, nie to, co w przeszłym). Reszta  zaspokaja dotąd nasze potrzeby jedzeniowe tak, że nie kupujemy praktycznie mięsa w sklepie wcale.
Drób zapracował na siebie nie tyle jajami, których jednak miałyśmy na swoje potrzeby dostatecznie dużo przez cały rok i nie kupowałyśmy jaj w sklepie wcale, co pisklętami, które ładnie się rozeszły, i zielone nóżki i indyczęta. W sumie więc zwracają się w pełni koszty jego karmienia, i są nadwyżki w postaci pożywienia dla nas za darmo.
W tym roku nocowało u nas kilkoro gości, co dało pewne niewielkie w skali roku, ale zawsze wpływy. To nowy rodzaj zarabiania, który dopiero nieśmiało rozkręcamy.
Kiedy potem podsumowałam koszty uzyskania i zakupu pasz oraz robocizny i odjęłam je od przychodów, wypadł pewien zysk (wielkości hm, jednej miesięcznej nieco lepszej pensji w mieście), który jednak ledwie starczył na pokrycie wszystkich głównych kosztów utrzymania domu.
Bo podliczyłam wreszcie wszelkie wydatki związane z rocznym utrzymaniem domu, czyli podatki, opłaty za prąd, internet, telefon, wodę, szambo, śmiecie, ubezpieczenie budynków, a także KRUS oraz opał na zimę i gaz do kuchenki.
No, i brakło do ideału kilku stówek.
Nie jest to więc na koniec roku idealne zero, lecz nie zapominajmy o dotacjach unijnych, które jeszcze nie wpłynęły na konto. One powiększą zysk z gospodarstwa do przyzwoitszej kwoty, która pokrywa nie tylko w pełni koszty domowe, ale też np. używania i utrzymania samochodu i zostawia pewną ilość pieniędzy na inwestycje. A jest ich trochę przed nami.
Kiedy to wszystko obliczyłam i omówiłam z Anną szczegółowo, przeszłyśmy do noworocznych planów. Na osobnej kartce zapisałam co trzeba zakupić ze sprzętu, co ukończyć i co zacząć budować i produkować nowego. Jest tego sporo i trzeba będzie dobrze przemyśleć działanie i zorganizować je, aby zdążyć z terminami, dyktowanymi przez przyrodę.
Było to bardzo podniecające zajęcie biurkowe przez dwie godziny, po czym pożarłyśmy noworoczną sałatkę z ryżu i tuńczyka, popijając drinkiem z colą i lodem. Teraz jeszcze serial i spać, bo koty i psy już śpią (nie wspominając o kozach i ptakach na grzędach).
Czego i Wam życzę. Spokojnej nocy i spokojnej głowy przez cały nowy rok.

30 grudnia 2013

Wiosenne promienie

Słoneczny wiosenny dzień wywołał wszystkich na dwór. Drób żerował zawzięcie w lesie, ale zaczyna być widać skutki, dzisiaj przyniosłam z kurnika 3 jajka!
- Idzie wiosna! - ogłosiłam. Od miesiąca bowiem było zaledwie jedno jajko na dzień, a bywały też jednodniowe przerwy.
Kozy nie są już skore, z racji zaawansowanej brzemienności, wędrować daleko, po opłotkach, choć mają pełne pozwolenie, wolą okorowywać zwały drewna, leżące na kilku kupach w obejściu. Robią to sprawnie, w oka mgnieniu. Anna nie nadąża zabierać gotowych już pni do porżnięcia piłą.


Poniżej skutek ich pracowitości. Jak na "złość", dnie i noce są teraz tak ciepłe, że wystarczy popalić 3-4 godziny w c.o., aby w mieszkaniu było ciepło całą dobę i wychodzi połowa drewna, niż zwykle o tej porze. Składowisko więc rośnie i trwa bez zmian.


Laba z pasją gania kurczęta, spośród których właśnie kogutki zaczynają próbować piania, bardzo to zabawny i cieszący ucho dźwięk. Albo kopie wielkie doły na polu i w sadzie, ganiając kreta, na którego z podnieceniem szczeka w głąb dziury. W momencie, gdy robiłam powyższe zdjęcia zniknęła gdzieś na moment na wiosce, więc nie mogła się Wam zaprezentować.

29 grudnia 2013

Zbir na talerzu

Indyk został nafaszerowany wymoczonymi w wodzie suszonymi śliwkami oraz jabłkiem, obłożony tłustym boczkiem, zapakowany w rękaw i wylądował w piekarniku na cztery godziny (ważył 5 kilogramów). W tym czasie wpadł oczywiście gość niedzielny. Ale jako wegetarianin zadowolił się odsmażonymi wigilijnymi pierogami i odrodzinowym ciastem, jakie wczoraj Anna sama sobie upiekła. Popił herbatą, pogadał o nowinach ze swojego kurnika i wioski, po czym tuż przed zmierzchem, życząc wsieho dobroho z nowym rokiem odszedł w swoim kierunku drogą przez las.
Nikt zatem nie podziwiał pieczeni ze zbira, tylko my i nasze psy. Z wrażenia aż zapomniałam zdjęcia zrobić, a gdy mi się przypomniało, indyk był już w kawałkach. Podany na talerzu z ryżem i surówką ze świeżej kapusty z chrzanem, śliwki z jabłkiem świetnie się z nim skomponowały. Anna pożarła udko, a właściwie pół udka, bo tę strefę podkolanową, ja zaś duży fragment piersi. Więcej nam się do brzuchów nie zmieściło. Jadło było cudowne w smaku, muszę pochwalić zbira, nawet był co nieco tłustawy, choć wyglądał pozornie na chudzielca. W końcu żywił się głównie upolowanymi przez siebie owadami i trawą, bo tej garstki owsa, którą udało mu się wyrwać kurom z garnka chyba nie ma co posądzać o utuczenie go.
Kolejna rzecz, którą trzeba przyznać ludzkim opiniom - indyki domowe, zwykłe są o wiele smaczniejsze od indyków brojlerów, choć dużo mniejsze. Różnica smaków jest bardzo wyraźna. Brojlery są "podkręcone" i czuć je oczywiście potem paszą treściwą, bez której żyć i rosnąć nie mogą. I dodam, bardziej mi owe domowe smakują od gęsiny czy kaczki.
Po obiedzie podzieliłyśmy zbira na części. Trzy porcje obiadowe poszły do zamrażarki, a reszta będzie jedzona pewnie aż do sylwestra.

28 grudnia 2013

Słoneczne odrodziny

Odrodziny nie wymusiły na mnie, a właściwie na nas, bo Ania ma swoje jutro, żadnej imprezy. Zresztą, przyzwyczaiłam się, że nie obchodzę ani imienin ani odrodzin, gdyż wypadają w święta, lub pomiędzy i trochę za dużo tego świętowania by było.
Tym niemniej wszelkie życzenia przyjmuję i cieszę się z nich jak dziecko. Z tych fejsbukowych jak najbardziej również,  i tych mejlowych, i tych telefonicznych, od Rodzinki, i od przyjaciół, Klaudiego, A.S. i Warwary. I za wszystkie dziękuję.
Jak tu imprezować, jak zima trwa w pełni, choć wyjątkowo ciepła i mieszka się na zadupiu? Brak możliwości ulokowania ewentualnych gości na noc (nieogrzewane poddasze) i daleka droga do domu, powrotna, samochodem, a więc musowo na trzeźwo, sprawę psuje.
Pewnie to dla Podlechitów niezrozumiała wymówka, bo oni już świętują, goszcząc się u znajomych katolików świątecznie i sylwestrowo, po czym rozpoczną własny zestaw świąteczny, tak jakoś dwukrotnie dłuższy, niż w rzymskim obrządku, kończąc go w drugiej połowie stycznia bodajże. I jakby im jakieś imieniny, bądź odrodziny jeszcze wpadły, to byliby zachwyceni i gotowi jeść i pić, przy stole gadać i śpiewać, a jakże, dzień w dzień. Na tym polega zima na wsi wśród prostego ludu, który tylko wtedy ma czas na swobodne biesiadowanie i stowarzyszanie się.
Tym niemniej indyk został odmrożony i odpowiednio namaszczony, a Anna wyciągnęła nieco naleweczki, aby uczcić tę niecodzienną porę dopełnienia cyklu słonecznego i rozpoczęcia nowego, kolejnego, od początku.
Czuję się już na tyle dobrze, że robię obrządek, oraz pełnię obowiązki kuchenno-piecowe jak zawsze. To i dereniówki mogę się napić, nieprawdaż? Wasze i moje zdrowie w ten dziwny czas!

27 grudnia 2013

Zakichane święta

Tegoroczne Święta były dla mnie  wyjątkowe, nie pamiętam takich w ogóle. Choć może kiedyś dawno się zdarzyły, lecz pamięć już coraz bardziej mi z latami szwankuje i nie potwierdzę ani wersji na tak, ani na nie, wcale. W czym? Ano rozłożyło mnie zapalenie zatok w ten sposób, że nie wstawałam z łóżka przez dwa dni. Poza świętami, oczywiście zdarzało mi się polegiwać, nawet dłużej, ale NIGDY TUTAJ NA PODLASIU! Czyli od 8 lat bez mała nie chorowałam w ogóle na powszechne zakaźne przypadłości.
Tym razem nie wymigałam się. Choć, jak uważam, i tak mój organizm poradził sobie z zapaścią nadzwyczaj dobrze.
Zaczęło się jeszcze przed świętami, nagłym bólem lewego kciuka, tak dokuczliwym, że nie mogłam chwytać całą dłonią żadnego przedmiotu.
- Oj, coś się szykuje! - zapowiedziałam i podczas bezsenności nocnej robiłam sobie oczywiście uciskanie bolących punktów akupresurowych na stawach kciuka, od nasady po czubek.


Ból w pewnym momencie przeniósł się na prawy kciuk, tam też został pogoniony i zniknął na kilka dni zupełnie.
W Wigilię pojawiły się od rana objawy infekcji, przede wszystkim katar i łzawienie. W nocy dołączył ból zatok. "Nic to, przetrwam" - sprawy wydawały mi się pod kontrolą, zatem przeleciałam z uciskiem wszystkie punkty na kościach twarzowych odpowiadające za zatoki, wzięłam krople do nosa i zasnęłam. Niestety, pierwszy dzień świąt był gorszy i wylądowałam w łóżku, śpiąc z małymi przerwami, cały dzień. Anna zrobiła oba obrządki i dokładała do pieca. Jedynie stos niepozmywanych talerzy rósł w zlewie, a zmniejszały się wcześniej nagotowane zasoby śledzia, ryb, sałatek, ciasta i bigosu.
Zaczęłam brać ibuprom, jedyny środek przeciwbólowy, jaki znajduje się w domu. Ból głowy zmniejszał się na kilka godzin. Katar nie. Łzy ciekły ciurkiem. Nie szło nawet w internecie posiedzieć, ani filmu obejrzeć, bo oczy same mi się zamykały.
Drugi dzień był jeszcze gorszy. Po południu chwyciły mnie dreszcze i trzeba mi było wskrzesić pomocny gorący termofor, leżący na szafie od lat.
- Sprawdź w internecie jaki jest przebieg zapalenia zatok i czym się leczy - nakazałam grobowym głosem. Zimno szło od stóp, a to podobno śmierć nogami wchodzi w człowieka.
Anna odczytała na głos znalezione informacje. Że jest katar i ból zatok czołowych i innych, twarzowych, i trwa to 7 dni, a jeśli nie mija pod wpływem leków przeciwbólowych i przeciwzapalnych, lekarz aplikuje antybiotyk, bo choroba przechodzi w przewlekłą.
- No, pięknie - westchnęłam. - To zaledwie trzeci dzień, umrę, jak amen w pacierzu! Już kostusia się do mnie dobiera.
- Jutro jedziemy do lekarza!
Wtedy przypomniało mi się owo siedzenie godzinami w poczekalni, a przede wszystkim najpierw wypełnianie potrójnych płacht zadrukowanego papieru, żeby w ogóle kartę w ośrodku sobie wyrobić, bo jako wciąż zdrowa, jeszcze takiej nie mam. Wszystko w stanie ostrego zapalenia, zakichania, załzawienia i półprzytomności.
- No... chyba, że wyzdrowieję...
Termofor zrobił swoje. Po pół godzinie dreszcze zniknęły, choć pozostała gorączka, a litościwa Anna napaliła w ścianowym na noc, czego od wielu dni już nie robimy, bo ta wiosenna zima wcale tego nie wymaga, wystarcza kilka godzin popołudniowego c.o., aby w domu było przyzwoicie ciepło.
Kiedy obudziłam się przed północą, rozgrzana i nagrzana jak świeża bułeczka z pieca wyjęta, ze zdumieniem stwierdziłam, że czuję się już zupełnie inaczej! Przede wszystkim nagle zniknął cieknący katar i łzawienie. Ból głowy zlikwidowałam kolejną tabletką, pouciskałam odpowiednie punkty odpowiednio długo i do rana stałam się z powrotem sobą, prawie zdrowym człowiekiem! Do zdrowia brakuje tylko ciut ciut i trochę, jak mawiają a`la Podlasianie.

Och, żeby uczcić owo odrodzenie człowieczeństwa, a także nadchodzące z godziny na godzinę kolejne moje prywatne Odrodziny, nakazałam rano wyciągnąć z zamrażarki indyka.


Zostanie upieczony i pożarty w swoim czasie, ku chwale zdrowego (prze)życia.

25 grudnia 2013

Życie poza siecią

W sam dzień Wigilii przejęłam od Ani pałeczkę i dostałam cieknącego kataru wraz z bólem zatok. Dobry znak, że ona zdrowieje. O poranku jednak poczułam się sama z siebie dużo lepiej i uznałam, że zwalczam inwazję bakterii jak trzeba. Do chwili, gdy wybiegłam na taras z telefonem, aby odebrać życzenia świąteczne, imieninowe i odrodzinowe od Rodziny, w koszulce z krótkim rękawkiem, w jakiej chodzę po mieszkaniu. Od tej chwili inwazja przybrała na sile. Nieco. No, nie panikuję. Jakoś się trzymam, dzięki kroplom do nosa i chusteczkom.
Z tym telefonem to mamy tak, że odbiera jedynie w jednym miejscu w domu, gdzie leży sobie na parapecie. Żeby porozmawiać jednak, już trzeba wyjść albo na poddasze (teraz zamknięte), albo na dwór, bo przerywa i gubi sieć. W rezultacie wieczorem, gdy ta druga część domu jest przymknięta, aby zachować oszczędnościowe zimowe ciepło w części zamieszkanej, a my zasiadamy przeważnie przed komputerami, albo jakiś film oglądamy - nikt nie jest w stanie się do nas dodzwonić. Bo nie słychać telefonu w pokoju.
Fajnie. Nie jestem telefoniczna, a z dawnego beztelefonowego pokolenia, z czasów, gdy w rodzimej wiosce było tylko kilka urzędowych telefonów i, aby gdzieś zatelefonować chodziło się na pocztę i w takiej drewnianej, trzeszczącej rozmównicy czekało na zamówioną rozmowę, łączoną przez panią telefonistkę, dyżurującą w systemie trzyzmianowym przy centralce. Przeważnie niewiele było słychać w ebonitowej słuchawce, a telefonistka czuwała i czasem pośredniczyła w rozmowach, aby pomóc się dogadać obu stronom, trzeba było krzyczeć do słuchawki, co było bardzo krępujące i w ogóle. Ludzie w tamtych czasach bali się telefonu, bo przeważnie służył do awaryjnych sytuacji, w czas choroby, śmierci w rodzinie, albo pożaru. I to mi zostało, hehe, do dzisiaj.
Wspominam o tym, bo sąsiad z Polesia własnie przechodzi odwyk od telefonu, który mu padł, i jako mieszczuch nieco to przeżywa. Jednak jak się okazuje, jego używanie na co dzień wcale nie jest takie potrzebne i można sobie radzić zupełnie bez niego. Trafił do nas pieszkom przez ciemny las o właściwej porze, zjadł, posiedział, pogadał, powspominał i tak samo o właściwej porze wyszedł w nocy na pasterkę w miasteczku, aby potem jeszcze z powrotem drałować chyba z dziesięć kilometrów owym ciemnym lasem do swojej chałupy. Telefon do tego po nic, jak widać.
Rano tylko sprawdziłyśmy na fejsie, czy żyje. No, i wszystko jest ok, odzywa się, więc żyw.
Mnie zaś katar rozkłada na dobre. W kuchni rośnie stos niezmytych naczyń i mam pociąg do łóżka, zamiast palenia w piecu.

23 grudnia 2013

Posuw

Zadania na kolejny dzień wykonane. Odnotowuję. Ryba (w wielu egzemplarzach i nie pamiętam jakiego gatunku, morska w każdym razie) została usmażona i wraz z dodatkami warzywnymi zalana zalewą słodko-kwaśną, dojrzewa i akurat na jutrzejszą Wigiliję będzie gotowa. Kapusta z beczki razem z suszonymi grzybami, tegorocznie zebranymi - ugotowana i zmielona w maszynce do mięsa. Buraczki czerwone obrane i zacukrzone, aby puścić sok na jutro, do wigilijnego barszczu. Wyrabiamy się jednym słowem i dziennie poświęcamy na przygotowanie do 3 godzin czasu.
Jest jeden ważny szkopuł. Anna nie może odnaleźć zabawek i ozdób na choinkę. Co roku chowa je gdzieś indziej, po roku trudno sobie przypomnieć, stąd problem. Przeszukała już wszelkie logicznie rozpoznawalne kąty w domu, i nic. Wcięło bombki, gwiazdę, sople, łańcuchy... Pocieszymy się gałęzią świerkową przyozdobioną białą watą imitującą śnieg i wielkim wężem świecącym, który świeci jak chce i kiedy chce. Dzięki, Niejaka, że go zabrałaś z miejskiego śmietnika, z myślą, że się jeszcze do czegoś przyda!

22 grudnia 2013

Przed świętami

Czyli od wczoraj mamy zimę, Szczodre Gody za nami, można się rozpiąć. A tymczasem z dnia na dzień uwaga napina się. Otwieram oko rano.
- Co będziesz dzisiaj robić? - pada pytanie. Anna już dawno na nogach, nakarmiła koty i psy, wypiła poranną kawę, posiedziała w internecie i teraz szykuje się do porannego obrządku.
- O, rany - mruczę niechętnie, zamykam oczy i gonię jeszcze za ostatnim snem.
- Trzeba posprzątać, umyć łazienkę, podłogę, odkurzyć sprzęty...
- Wieeem.
- I co? Masz zamiar to zrobić?
- Może... tak, może... nie.
- Nie żartuj sobie!
- No, tak, zapomniałam. Nie znasz się na żartach. No, więc sprzątanie zostawiam tobie i to dopiero na ostatnią chwilę. Jesteś w tym najlepsza.
- No, ale coś dzisiaj chyba będziesz robić!
Otwieram oko, coś mi się przypomniało.
- Śledzie! Dzisiaj robię śledzie. Jutro rybę smażoną w sosie słodko-kwasnym i nadzienie do pierogów. Pojutrze barszcz i lepię pierogi. Ty sprzątasz.
- I ciasto muszę upiec, i chleb. I namoczyć grzyby.
- Nie musisz. Nic nie musisz. CHCESZ!
Z powodu tej rozmowy od rana byłam przekonana, że jest sobota. O pomyłce dowiedziałam się dopiero, widząc sąsiada z Polesia w progu.
- Pokój temu domowi! - taka gadka szmatka jego ulubiona od razu.
- A niech będzie i pokój. A więc mamy niedzielę! - właśnie skończyłam zmywać i  zamiatać.
No, to opłatek został dostarczony. Wszystko dzieje się samo w swoim własnym rytmie i czasie.
Po popołudniowym obrządku przyrządziłam wymoczone przez noc i wypatroszone rano śledzie na dwa sposoby, w oleju z cebulką i w zalewie octowej tez z cebulą, klasycznie, bez udziwnień. Oby tak dalej!

20 grudnia 2013

Gonienie króliczka

Zaczęło się od tego, że zginął kot. Kluska był na śniadaniu, potem zniknął. Nie pojawił się ani w porze kociego obiadu, ani kolacji, ani nie zamiauczał jak zwykle pod drzwiami tarasu, aby go wpuścić do domu, bo zimna noc zmierza wielkimi krokami, ani nie wskoczył mi na łóżko i nie położył się na poduszce obok. Bardzo mnie to zaniepokoiło. Ubrałam się i obeszłam podwórko, wołając go po imieniu, na co zawsze reaguje. Zajrzałam do chatki dziadka, do kurnika (kury spały i nic nie wymknęło się z ulgą spod grzęd, jak już bywało było), do obory, kozy tylko westchnęły zdziwione, do lamusa - cisza, tak samo w garażu i w ziemiance. No, zapomniałam zajrzeć do stodółki, dlatego trochę mnie to pocieszyło, gdy wróciłam, rozebrałam się i usłyszałam:
- A byłaś w stodółce?
- Nie, ale wołałam blisko, i nic, cisza... Jasiek zawsze się wtedy drze, gdy jest zamknięty, Kluska pewnie też by mógł.
- Ale pewnie tam śpi, była otwarta jakiś czas w dzień... Jutro wyjdzie, zobaczysz.
Nieco mnie to podniosło na duchu, ale gdy się położyłam spać, a sen nie przychodził, tylko głupie myśli, że Kluseczce coś się nieprzyjemnego stało, zaczęłam szukać telepatycznego kontaktu z nim. Co jak co, ale z kotami to mi się na ogół udaje. Wyobrażałam go sobie dotąd, aż poczułam jego obecność i poprosiłam, aby dał jakiś znak, sen, wizję, cokolwiek, gdzie jest i co mu jest. Po czym zasnęłam. I szybko się obudziłam, a budząc się ujrzałam pod zamkniętymi oczami taką scenę:
Siedzące duże świetliście białe zwierzę, dziwne, zbyt szybko mignęło, aby je zidentyfikować, pomyślałam jednak, że to chyba biała koza śpiąca w oborze. Tyle, że my już białych kóz nie mamy, tylko brązowe i rabe.
Dziwne zwierzę przemieniło się w leżącego rozciągniętego Kluseczkę. I tu miałam zagwozdkę, bo wyglądał tak, jakby spał rozciągnięty w jakimś wygodnym i ciepłym miejscu, albo może był martwy, bo tak był nieruchomy, a takie rozciągnięcie w tak zimny czas nocą oznacza tylko jedno u zwierzęcia... Otworzyłam oczy oszołomiona i rozdwojona w swoich wnioskach.
Biło mi serce, jeszcze długo, znamionując odbiór czyichś wrażeń, emocji, ale już żaden inny znak, ani sen się nie pojawił do rana.
Rano obrządek czyni Anna, zatem, gdy wróciła z obejścia pierwsze co spytałam to:
- Sprawdziłaś wszędzie? Nie ma Kluseczki?
- Wszędzie. Nie ma.
- W stodółce też?
- Tak.
O, rany. Posmutniałam i z godziny na godzinę humor mi spadał coraz niżej. Dwa razy obeszłam całe nasze gospodarstwo, wchodząc daleko w las, przy obu drogach, na granicy z panią sąsiadką, na Górze, zajrzałam do ziemianki, garażu, obory, kurnika znowu, pod żerdzie też, nawołując, i nic, cisza absolutna.
W międzyczasie zajęłam się czytaniem wieści od znajomego, ważnych i ciężkich od symboli, przede wszystkim Białego Królika, w wersjach psychodelicznychgrzybiczno-kosmicznych i sportowych też.
No, i wzięło mnie jeszcze raz na obejście obejścia. Przy okazji popołudniowego obrządku, który ja z kolei robię.
I otworzyłam stodółkę, aby nakarmić i zamknąć w niej ostatnie nasze stadko zielonożnych maluchów, wyprowadzonych przez Usię jesienią. I przywitał mnie... Kluseczka, rozciągający z widoczną ulgą swoje kocie ciałko na stercie słomy, tam magazynowanej od żniw.
- Ja cię! - a ja już go byłam opłakałam!
Kot oczywiście pobiegł prosto do domu i domagał się pełnej michy, bo od wczoraj nic nie jadł i nie pił. A mnie oświeciło, że zwierzę, które widziałam na wstępie swojej nocnej wizji to wielki biały król,  w formie olimpijskiej maskotki, czyli kot, po myśliwsku mówiąc. Kluseczka już opłakany zmartwychwstał, alleluja!

19 grudnia 2013

Życie Laby

A Laba rośnie, i końca temu nie widać. Jest już właściwie wysokości Koli, tylko nieco drobniejszej budowy. Głos ma równie potężny. Tylko rozumku mało. Przede wszystkim liczy się zabawa, nie posłuszeństwo i praca.

18 grudnia 2013

Znowu fura

Udało się w większości zwieźć drewno z działki leśnej, dwie wielkie fury. Została jeszcze w lesie jedna, nieco mniejsza. Już do własnego transportu na samochodowej pace. Trzy fury opałowej sosny z niewielką domieszką brzozy i świerka w cenie 322 złotych wyszły (w tym asygnata w leśnictwie za 76 złociszy), wliczając koszt pracowników i transportu. No, to mamy na froncie zagrody tartaczny widok na okres zimy i pewnie wiosny też.
- Łoj, zabrałaś się za ściąganie drewna jak szczerbaty za gryzienie sucharów! - zaśmiał się Piećka.
- Wszystko ma swój cel - usłyszał odpowiedź.
Kozy wzięły się od razu do pracy, rwąc zębami korę jak tygrys upolowanego jelenia, choć już zmierzch zmierzał wielkimi krokami.


16 grudnia 2013

Tłusty spokój wieczorny

Obserwuję zdjęcia z zaprzyjaźnionych blogów z całej Polski i widać na nich, że śniegu już w Polsce dawno nie ma. U nas, mimo odwilży, zaczął znikać dopiero dzisiaj. Uszczęśliwiło to przede wszystkim kury. Cały jasny dzionek spędziły w lesie i na polu, żadna nie pałętała się przy kurniku, jak to było ostatnio.
Kozy wyszły na godzinkę na podwórko i zdążyły przez ten krótki czas okorować dokładnie sosnowe drewno, ściągnięte niedawno z lasu samochodem i częściowo już porżnięte. Świeci teraz gładko i nago, bielsze niż śnieg (no, nieomal).
Ja zaś wytopiłam słój tłuszczu koźlęcego, skwarki poszły do drugiego słoja, jako przysmak dla psów i kotów. Ów przetopiony łój tylko na początku mi czadził, teraz pachnie i przymierzam się do spróbowania go do jakiejś potrawy. W każdym razie taką ma właściwość, że nie psuje się nawet przetrzymywany w odkręconym słoiku poza lodówką przez wiele miesięcy! Ma też ładny żółtawo-oleisty kolor.
A poza tym na piecu w wielkim garze bigos bulgocze na wolnym ogniu. Pranie się suszy na piecu ścianowym, i cichutko charakterystycznie szumi komputer.

15 grudnia 2013

Gość niedzielny, czyli nowa tradycja

W pracowitą niedzielę, jak zawsze coś trzeba było wymyślić do roboty, aby tradycji stało się zadość. A więc zabrałam się za robienie pasztetu. Dorocznie koźlęcego. Poszły na niego płucka, wątroba, nerki, serce i płaty brzuszne, poprzerastane błonami i tłuszczem, oraz nieco słoniny. Zamiast bułki dodaję ryżu, który mielę w maszynce razem z mięsem, aby było bezglutenowo. No, i jest, został szczęśliwie przyrządzony, z dodatkiem mielonych opieniek i upieczony, a teraz stygnie. Właściwie połowa porcji, bo druga połowa poszła do zamrażarki na za jakiś czas.
Od dłuższego czasu nie kupujemy wędliny sklepowej, więc taki pasztet to rarytas bardzo upragniony. Czas nadchodzi także na kolejną porcję kiełbasy. No, i bigos, który jutro nastawia Anna. Z kiszonej kapusty z beczki, do którego idzie koźlęcy karczek, wędzona giczka i kogutek właśnie dzisiaj niedzielnie ubity. Większość takiego bigosu pakuję do słojów i chowam w piwniczce. Potem jest jak znalazł na szybki obiad w czas, gdy nie chce się zbytnio gotować.
Dopiero jednak, gdy zjawił się gość niedzielny, uzmysłowiłam sobie, że to święta za pasem i dałam się porwać jakimś rytmom natury, wcale nieświadomie!
Trzeba przyznać, że od kiedy sąsiad z Polesia przerzucił się na piesze wędrówki, zamiast wygodnickiej i anty-ekologicznej jazdy samochodem, schudł i zmężniał, co jest godne pochwały. Co niniejszym czynię. Tradycyjnie, żeśmy sobie pogadali o tym i owym. Na przykład:
- Manipulacje i propaganda w przemyśle żywnościowym służy podzieleniu ludzkości i rozbiciu dawniej zwartych grup społecznych - ja, pośród zapachu pieczonych na obiad żeberek koźlęcych.
- A czemuż to? - spytał sąsiad z Polesia, wegetarianin od lat dwudziestu bez mała.
- Zważ, sąsiedzie, że naród łączą trzy główne sprawy, język,  religia oraz zwyczaje kulinarne! Jeśli komuś zależy, wedle zasady: dziel i rządź! skłócić ze sobą naród, musi uderzyć w te trzy rejony. Najtrudniej jest rozerwać więź językową, dlatego takich ataków doświadczają głównie religia i kulinaria. Spróbuj policzyć, ile diet się namnożyło, a wraz z dietami ugrupowań ideologicznych, które się nimi wspierają, aby zaznaczyć swoją odrębność! A teraz pomyśl, czemu to służy? Idziesz, sąsiedzie do kogoś z wizytą i ktoś nie może cię poczęstować, boś jarosz. I już energia nie płynie i tradycyjna słowiańska wspólnota przy stole nie może się zadzierzgnąć. Mamy dzisiaj na obiad żeberka koźlęce, zjesz?
- No, nie - zamruczał sąsiad z Polesia.
- A więc nie dajesz mi szansy, ot. Nie mam nic takiego, co by mogło cię ucieszyć. I tak ze wszystkim. Kłótni z tego nie ma, ale gdybyś, na ten przykład został obrońcą zwierząt i przyszedł mi za to wygrażać, to by już byłby swar wewnątrznarodowy, nieprawdaż?
No, i tak sobie gwarzymy po sąsiedzku co niedziela. Co rusz to inaczej, hehe, ale tak samo. Na tym polega powtarzalność i nowa tradycja się tworzy.

11 grudnia 2013

Wyprawa w teren

Cały krótki dzień zszedł na załatwianiu spraw urzędowych i zakupowych w Hajnówce. Droga do Hajnówki od dawna jest w remoncie i ma kilka objazdów, sprawiających, że nabija się dwa razy tyle kilometrów, co zazwyczaj. Przy dzisiejszej pogodzie, krupa śniegowa i lód na drogach, zwłaszcza lokalnych, spowolniło to maksymalnie jazdę. Dojechałyśmy do Hajnówki przez Orlę, gdzie po drodze zahaczyłyśmy o młyn, szczęściem był jeszcze czynny, i kupiłyśmy worek śruty pszennej dla drobiu. Z powrotem zignorowałyśmy, za poradą ziomków z wioski, napotkanych na ulicy i zabranych w drogę powrotną ze sobą, tabliczki o objazdach i wróciliśmy wszyscy, o dziwo, prostą drogą tradycyjną, najkrótszą, na której pracowało jedynie kilka dźwigów, a ruch był minimalny. Zapewne dzięki owemu oszustwu o objazdach.
Za podwózkę jeden z panów podarował nam wielką czekoladę. Miłe.
Po powrocie, tuż przed zmierzchem, okazało się, że Laba zjadła z nudów połowę Aninego kapcia, kotka uciekła na poddasze w ataku lęków i nie można jej do tej pory ani znaleźć, ani uprosić, aby sama zeszła, tak się zaszyła, a Gwiazda włożyła rogatą głowę między szczeble żłobu i nie mogła jej wyciągnąć. Trzeba było siekierą odbijać szczebelek, co przyjęła z pokornym pobekiwaniem, a uwolniona pomknęła radośnie do siana.
- No, i jak tu wyjechać z domu na dłużej? - zaopiniowała Anna - Nie da się! Zaraz coś się wydarza poza kontrolą.

9 grudnia 2013

Niedziela na wsi

Nieco przymroziło ze dwa dni. Wczorajsza słoneczna wyżowa pogoda pozwoliła nam otworzyć oborę i kurnik, a kury udało się szczęśliwie zgonić do siebie przed zamknięciem. Co poprzedniego dnia nie wyszło w pełni. Młode kurczaki, przerażone bielą śniegu poruszały się za pomocą skrzydeł, a nie nóg, co zielononóżkom świetnie wychodzi, zwłaszcza w młodym wieku. Trzy kuraki osiadły na koniec na drabinie przywieszonej na ścianie garażu, tam zamiarując spędzić noc. Biała droga do kurnika była zbyt przerażająca. Anna zgoniła je wymachując długim kijem, ja złapałam jednego kogutka w ogródku, gdzie wylądował w całkowitej panice, ona drugiego, za to kurka skryła się w wilczej norze pod żerdziami i tam przenocowała, szczęśliwie Bogu dzięki. Wczoraj zaś jedna z młodych kur, też zielona nóżka pogoniona przez bawiącą się Labę, wylądowała wysoko na dębie i przesiedziała tam całe popołudnie. Zeszła dopiero tuż przed zmrokiem, podczas obrządku kóz, gdy reszta kur była już zamknięta w kurniku. Dobre i to. Sypnęłam jej ziarna, pojadła i schroniła się w koziarni na noc.
W południe odwiedzili nas osiedleńcy z czwartej wsi, pogadaliśmy kapkę, wymieniając podstawowe informacje. Internet jest dobrym sposobem na namierzenie się w pobliżu i skontaktowanie ze sobą. Bo... jak żeśmy sobie kilka godzin później pogadali z sąsiadem z Polesia, który pieszkom wracając z miasteczka do siebie, zakręcił, jak ma w niedzielnym zwyczaju, do nas - to istotne jest nam osiedleńcom się znać, choćby na pewną odległość i rozmawiać, a nawet z czasem zaprzyjaźniać, gdyż z miejscowymi rzadko jest to możliwe, rzadko się udaje i przeważnie czegoś w tej znajomości brakuje, człowiekowi, który ze świata przybył w wiejskie opłotki. Najlepiej to nazwać mentalną przestrzenią, bo jakże inaczej?
- Choć - tu sąsiad z Polesia zachichotał - i z mieszczuchami jest się już teraz trudniej dogadać. Niektórzy to prawdziwi idioci na wsi. "Czy mogę pójść do toalety?, "Gdzie mogę umyć jabłuszko?", "O, sklep! Może będą hot-dogi!"...
Anna miała racuszki smażyć, ale sąsiad nie czekał, bo zmierzch zapadał, a przed nim było jeszcze kilka kilometrów zalodzonej drogi.
Dzisiaj już odwilż, pochmurno, wilgotno, i kury czują się pewniejsze swego.

6 grudnia 2013

Zima zła

No, i zima nam się zaczęła huraganowo, zgoła dość bezpiecznymi podmuchami, choć wieczorem notorycznie siadało światło, przez co całkiem padła klawiatura na jednym komputerze i trzeba było dzisiaj wymienić. Na szczęście pośród złomu komputerowego, który Ania zbiera jak chomik od lat, znalazła się jedna jeszcze całkiem sprawna.
Sypie, zawiewa, mokrym śniegiem. Kury pozostały w kurniku, indyki wyszły odważnie na wywiad do lasu, ale zaraz wróciły. Słychać tylko teraz ich zdziwione gulganie z kurnika. I narzekanie Anine:
- Znowu to białe g... z nieba leci. Nie cierpię tego. Mam od razu depresję!
Akurat dzisiaj musi po południu wyjechać do miasteczka na kilka godzin, kłania się odśnieżanie.
Mnie za to od kilku dni bolą zęby, także te wyrwane wiele lat temu, oraz zatoki czołowe i twarzowe. Czekam końca tego huraganu, bo to meteoropatyczne na pewno.
Przyniosłam z tarasu zapas drewna do kuchni, aby nie wychodzić co chwila po nowe. Trzeba je odśnieżać zresztą za każdym razem. W ogóle wczoraj wieczorem ścianówka wygasła przedwcześnie, bo już mi tylko mokre drewno zostało, a nie chciało się chodzić wieczorem pod daszek i rąbać, zatem od rana było jak nigdy chłodnawo w domu. Z przyjemnością rozpaliłam w c.o. już koło dziesiątej. Teraz strzela, pohukuje, zdrowy ogienek.

5 grudnia 2013

Wystawka mydlarska

Krótka prezentacja mydlarskich dokonań Ani, w większości już gotowych, lub prawie gotowych do użytku.
Niektóre wyglądają ciekawie, jak na przykład biało-czarne kawowe.




Poniżej mydełko z makiem, mlekiem kozim i woskiem. Bardzo dobrze wygładza suchą i zniszczoną skórę.


I mydełko z mlekiem kozim oraz odrobiną płatków owsianych.



Oraz mydełko z węglem leczniczym, o właściwościach dezynfekujących.



3 grudnia 2013

Nowe stare

Mrozik powoli chwyta, począwszy od nowiu Księżyca. Ziemia stwardniała, na wodzie warstewka lodu. Anna wylała wodę deszczową z beczki, przepełnionej ostatnimi mocnymi opadami i odwróciła beczkę do góry dnem. Pozostanie tak do wiosny.
Tym niemniej kozy wyszły dzisiaj na popas i grzecznie żerowały na naszym polu przez kilka godzin, nigdzie nie dając drapaka. Są już ciężkawe, po co niektórych widać już ciążę. Od dzisiaj doimy je już tylko raz dziennie, rano. Powoli zasuszając.
Drewno w lesie oczyszczone i powyciągane na skraj przy drodze, czeka na pomiary. Jest go więcej, niż się spodziewał sam leśniczy, przydzielając nam działkę.

1 grudnia 2013

Niedzielne pogwarki

Niedzielne pogaduszki z sąsiadem z Polesia, wracającym z niedzielnej mszy w miasteczku. Jego przy herbatce, moje przy maczu pikczu, czyli yerba mate.
O tym, jak to ma się dużo czasu na przemyślenia, gdy wysiądzie i samochód, i aparat rejestrujący rzeczywistość, aby ją dopiero oglądać i kreować, i szwankuje internet, a na koncie przyrasta jedynie debet. O pustych kontach, że lepiej je zamknąć i nie zawracać sobie nimi głowy, właśnie mam to w planie sama zrobić. O wolności, czyli uwolnieniu się od systemu w sensie ściśle praktycznym i prawnym chciało mi się tylko pogadać, ale jakoś mi zeszło na inne tematy. O kozach, które jeszcze się pasą i dają zdziebko mleka. O kurach, które się nie niosą. O szambie, które się przepełnia i w jakim tempie (nasze właśnie zostało wybrane po 2,5 roku, sąsiada po 2-3 miesiącach). O burzy, która była u nas kilka dni temu, grzmotnęło i błysło się potężnie, co w ciągu kilku minut zmieniło ulewny deszcz na śnieg. O opowieściach ludzkich na temat takich strasznych burz zimowych. O komecie, która leci ku Ziemi (ale już podobno gaśnie). O czarach, do których się nie przyznaję i nie przyznam, choć katolicy tak to widzą. W dzieciństwie przestałam chodzić do kościoła, ponieważ na mój racjonalny dziwnie rozumek, ksiądz opowiadał dzieciom na lekcjach religii nieprawdopodobne bajki do wierzenia, a na mszy odprawiał magiczne czary, gestami i słowami. Bo czymże jest rytuał, jeśli nie tym właśnie? Z czasem dowiedziałam się oczywiście tego i owego i umiem  rozróżnić czarostwo od duchowości, jednak czarów do tej pory nie lubię i tak nie nazywam tego, co robię, ściśle racjonalnie (tj. gdy obliczam horoskop i próbuję odczytać, lub zrozumieć rozkład przypadkowych kart czy rodzaj heksagramów). Nawet, gdy medytuję nad pozytywną przemianą tego, co zdeterminowane to nie czaruję, jedynie otwieram się na odgórne nowe rozwiązanie lub zmianę własnego nastawienia do sprawy i modlę się o wsparcie.
No, i tak sobie niedzielnie pogwarzyliśmy, ja przedostatni w tym roku serek zrobiłam, po czym zabrałam się do palenia w piecu. I tyle było niedzieli.
Pogoda znów wietrzna, choć wiatr ciepły wieje.

29 listopada 2013

Kiszona teraźniejszość

Przymrozki, a nawet pierwszej nocy mróz wysokości - 8 stopni szybko się skończyły. Jasiek już jednak nocuje na stałe w domu. Dwie noce przespał na poduszce i pod kołdrą koło mnie, a teraz wymościł sobie gniazdko na kupie kartonów z książkami, zalegających w pokoju sypialnym, na podsuniętym mu starym swetrze. Bo ten nasz jeden główny pokój pozostaje wciąż w wersji pierwotnej, prawie nienaruszony od początku. No, zdarłam tylko ze ścian tapety, wyszorowałam ściany i sufit został obity gipsokartonem, wciąż nie pomalowanym, ani nie zaszpachlowanym. Ta zalegająca enklawa przedremontowego i przeprowadzkowego bałaganu wróży, że nie będzie jeszcze końca świata w bliskim czasie, bo daleko nam do zakończenia remontu domu.
A propos wróżenia, to podobno dzisiaj andrzejki. Wyrosłam z nich całkiem niedawno, tj. przestałam interesować się tym, co w przyszłości mnie jeszcze czeka. Remont, to pewne. Dojenie kóz też pewne. Cztery pory roku jak najpewniejsze. Reszta w rękach Najwyższego niech pozostaje.
Póki co Anna rozlicza projekt. Przewalając stosy papierów i faktur całymi godzinami. Trzeba chodzić na paluszkach... czego Laba jakoś wcale skumać nie potrafi i wciąż wybucha wojna domowa. A ja palę w piecach i przyrządzam obiadki. Na ten przykład kurczak pieczony (tj. spory 2-kilogramowy brojler naszego chowu), trzy dni konsumowany na różne sposoby, skończył w potrawce ryżowej. Albo jak dziś, jesienny smakołyk, babka ziemniaczana z wielkimi skwarami ze świńskiego podgardla (wersja wegetariańska nie jest na moje siły i cierpliwość) z dodatkiem surówki z kiszonej kapusty z beczki.

25 listopada 2013

Gorąca dereniówka

Dzisiaj wreszcie, kiedy zaczęło niemożebnie piździć, przyszedł czas na przycinanie świerkowych żerdzi, ponad miesiąc temu przez nas wysegregowanych, na traku. Udało się nawet zmobilizować Kościka do pomocy, żerdzie pojechały, zostały przecięte i przycięte, zależnie od grubości, i wróciły tym samym transportem. Wylądowały już na polu, gdzie powstaje ogrodzenie przyszłego permakulturowego ogrodu. A obok niego drugie ogrodzenie pastwiska dla kóz. Będzie go ponad hektar. Zatem trzeba będzie dużo więcej takich żerdzi. Jest jeszcze jedna taka kupa zebrana na drugiej leśnej działce, ale sprawy będą kontynuowane wiosną.
Anna z Kościkiem wychłodzili się, wiele godzin pracując na powietrzu. Dlatego po ciepłym obiedzie, gorącej herbacie w ciepłym domku przy rozgrzanych kaloryferach, oraz gorącym prysznicu przyszedł czas na wypróbowanie nalewki, dawno temu nastawionej. W ruch poszła dereniówka, już prawie półroczna. No, no. Lubię wytrawne smaki, zdecydowanie bardziej od słodkich. Obok podlaskich hitów ziołowych: bukwicówki, pigwówki i żurawinówki może to być moja ulubiona nalewka.
Wraz z zachodem słońca wiatr nieco przycichł. Nie, żaden śnieg nie spadł na Podlasiu, ani nie wygląda na to, że spadnie. Choć mają na kilka dni nastać przymrozki.

24 listopada 2013

Szare komórki pracują!

Z zapowiedzi zimy pewnie wyjdą nici. W dzień zaniosło się, owszem ciężkimi i ciemnymi chmurami, ale przyniosły mżawkę i deszczyk, jest mglisto i ciepło. Nawet Kicia spędziła zeszłą noc na dworze, co zresztą było spowodowane obrażeniem się. Choć z naszego punktu widzenia powinno być odwrotnie, czyli to my powinnyśmy czuć się obrażone na nią. Poprzedniej nocy bowiem ułożyła się do snu w kartonie przy kuchni, pozwoliłam jej tam zostać (zazwyczaj śpi ze mną w zamkniętym pokoju, dlaczego, to cała opowieść o jej przypadku i traumie) i w rezultacie zrobiła to, co zawsze wtedy, zsikała się, ale z tą różnicą, że nie na podłodze (usunęłam kuwetę z domu, aby ją nauczyć jednak wychodzenia), a do miski Laby! W sumie można uważać to za jakąś tam kocią kulturę, ale wiem, że z jej strony było to zaznaczenie terenu wobec psa, którego niezbyt lubi. No, więc wczorajszego wieczoru powędrowała jak zwykle wieczorem za drzwi, w celach profilaktycznych (diabli wiedzą, czy się wtedy załatwia, czasem tak, czasem nie, gdy nie utrafię w moment), i już nie wróciła. Choć uczciwie ją wołałam, a nawet w nocy wstawałam w tym celu. Wróciła dopiero rankiem, i to wcale nie najpierwszym. Ot, honorna i harda istotka!
Aliści właśnie pada, więc obraza majestatu zniknęła. Kicia wysiaduje na moich kolanach, gdy to piszę, przy ciepłym jeszcze kaloryferze i dba o swoją dobrą relację na tę noc, hehe.
Tyle mojego.

Poza tym znowu zaliczyłam wpadkę z kawą tzw. prawdziwą. To prawda, że nie kupujemy nigdy drogiej kawy, czy ziarnistej do zmielenia, która byłaby najpewniejsza, jeśli chodzi o zawartość glutenu, ale fakty wciąż mnie zaskakują. Ja mogę nawet zrozumieć, że mielona "Kawa palona" z Biedronki jest sfałszowana kawą zbożową, ale także paloną, zatem nazwa z grubsza się zgadza i nie ma czego wymagać od producenta.   Natomiast, gdy już tak samo reaguję na kawę Tchibo, która ma w rozpisce zawartość węglowodanów i tłuszczy nie wiadomo jakiego pochodzenia na opakowaniu, i na kawę Kronung, która jest droższa, i bez owej rozpiski, to zaczynam popadać w smutek i niewiarę w ludzkość. Kiedy zatem zaliczyłam kolejne dolegliwości po owym rarytasie kawowym (tym razem całonocny ćmiący ból w jelicie cienkim, który nie pozwolił mi zasnąć i dał czas na przemyślenia), ledwie wstałam przed świtem, (jak nigdy), z łóżka, oznajmiłam Annie:
- My mamy jeszcze w domu Maczu Pikczu?
- Co takiego???
- No, wiesz, to coś, co podarował nam Jerzy i ty próbowałaś nauczyć się pić. Jak to się nazywa, Sierra Madre?
- Ach, mówisz o Yerba Mate?
- Tak!
- Tak. Gdzieś jest.
- Poszukaj z łaski swojej, przechodzę na picie tego świństwa. Myślę, że jej jeszcze nie fałszują zbożówką i mi nie zaszkodzi.
Po dokładnym przeglądzie kredensu i szuflad znalazła się prawie cała paczka Yerby i nawet drewniane naczyńko z bombillą, które sobie sprawiłyśmy w daremnym zamiarze wejścia w ten zbożny nałóg.
W internecie przeczytałam jak parzyć, zaparzyłam, i z lubością (wstręt wyrzuciłam za okno zdecydowanym gestem) wypiłam jedno i drugie parzenie w czasie dnia. Uff, wreszcie jakaś baza dla przyzwyczajenia się!

Kilka dni temu zaś wzięłam się za tłumaczenie łacińskich wersów z przepowiedni Nostradamusa i całkiem mnie to bawi. Nie jest to niemożliwe. Zaliczyłam naukę łaciny przez rok w pierwszej klasie liceum, teraz zaś mamy internet. Świetny słownik łacińsko-francuski pod ręką plus omówienie gramatyki łacińskiej po polsku, i hm, daje się. Jak na razie przynajmniej, nieźle. I do tego właśnie popijanie yerby przez rurkę całkiem mi pasuje.

Być może to zielsko uruchomiło mi lepiej komórki mózgowe (w każdym razie po kawie były strasznie przymulone, i nie tylko mózgowe), bo po południu zrobiłam wstępne podliczenia rozliczeń, tegorocznych kosztów i zysków z gospodarstwa. I, muszę przyznać, jest kapkę (kapeczkę lepiej), niż w zeszłym roku. Hodowle pokryły koszty swego utrzymania (uprawa pola i łąki, zakup pasz, wynajem pracowników) oraz KRUS, podatki, pozyskanie drewna, elektryczność, a nawet zakup kilku narzędzi. Dotacja unijna pokryje zaś koszt ogrodzenia. Naszym zyskiem jest żywność, świeża, zdrowa, pewna, ogrzany dom i prąd w kontakcie. Cały rok jaja, mięso, mleko, sery i twarogi, oraz warzywa i owoce.
Nie jest więc źle, nie spadamy, a leciutko, leciutko wznosimy się nawet. To dodaje zapału do pracy, rozwijania jednak gospodarstwa i zaplecza. Ma to sens.

22 listopada 2013

Działkowanie leśne

Kozy skąpią już swej białej esencji coraz bardziej. Pewien wpływ ma na to oczywiście fakt, że nie wychodzą poza zagrodę przy-oborową i jedyne zielone, które jedzą, to igły sosnowe i kory gałęzi. Po południu niecały litr od nich przynoszę, który w połowie wypijają jakże spragnione koty i psy, dolewam też do Aninego dzbanuszka na mleko do kawy, i resztkę zlewam do gara. Aby zrobić ser zbieram mleko przez dwa dni. Na szczęście pogoda sprzyja jego przetrzymywaniu w naturalnym chłodzie na tarasie.
No, więc wynika z tego, że co drugi dzień mam wolne. Rzeczywiście. Wygląda ono tak, że zostaję porwana do innej roboty. Tj. wiadomo, łatwo się domyśleć, że na działkę leśną, dźwigać pnie sosnowe na kupy przy drodze, aby je na koniec zwieźć.
W zasadzie podoba mi się ta praca, o ile nie wpadam w zmęczenie. Które zaczyna się tak w trzeciej godzinie. Czasem bywają przerwy, zwłaszcza jeśli jakiś sąsiad z drugiej działki chce zapalić papierosa i pogadać o pierdołach, albo tylko się przywitać. W ogóle zwożą ludziska na potęgę, bo można już spotkać się z zapowiedziami pierwszego śniegu i niewielkich mrozów w przyszłym tygodniu.
Także znajomy, mający kawałek własnego lasu za naszą chatą, poprzecinał - za pozwoleniem leśniczego - swoją gęstwę i zwiózł dzisiaj sporą przyczepę gałęziówki. A nam jak gdyby przejaśniało w oknie kuchennym, od wschodu.

Dodam: praca leśna, zajęcia w lesie, zwłaszcza o tej porze roku, gdy nie ma uprzykrzonych owadów, ani upału, jest wbrew zmęczeniu fizycznemu, sporym relaksem dla duszy. Zieleń mchu, zapach ściętych gałęzi, igliwia sosnowego i świerkowego, szybki oddech, wprowadzający do ciała i mózgu dużo świeżego, pachnącego tlenu, siekierka w ręce, jak przez dziesiątki tysięcy lat bywało i co mamy w genach, jako ludzie, przynosi spokój. Nie dziwię się już, że Anna tak chętnie bierze działki jedna po drugiej, he!

20 listopada 2013

Konserwacja dobrego samopoczucia

Ociepliło się nieco, dzisiaj wyjrzało na cały krótki dzionek słońce. Tu muszę zanotować, że zapowiadanych onegdaj przymrozków nocnych nie było, i jak dotąd noce są o temperaturze powyżej zera, kilku stopni. Trawa rośnie, acz niewiele i nasze ugorowane pole zieleni się spod rżyska. Gdyby kozy nie hasały, to by się tam mogły spokojnie paść. Niestety, stoją przeważnie w zagrodzie za oborą, gdzie zjadają kostkę siana i ogryzają czuby sosnowe, okorowując je przy okazji. Anna, szalejąc znowu na działce leśnej codziennie przywozi im na pace nowy zapas zielonych witaminek.

Mimo owego ciepła późnojesiennego temperatury rzędu kilku stopni w dzień i nieco niższe w nocy dość jednak wychładzają chatę. Palenie w ścianowym na wieczór niekoniecznie ogrzewa dobrze wnętrze trzech pokoi. Nie ma też ciepłej wody w kranie, ani ogrzanej łazienki. Zatem kilka dni temu zainaugurowałyśmy palenie w c.o. Zawsze to trochę stresu jest. Bo woda z instalacji odparowuje w pewnym stopniu, trzeba odpowietrzać kaloryfery, regulować ciśnienie itp. Tymczasem pojawił się inny problem. Najpierw trudność rozpalenia, za nic drewno zająć się nie chciało. Choć postarałam się dać suche kawałki. Na kuchnię zaczął wychodzić ciemny, gryzący dym. Przypisałam to brakowi cugu, bo dzień był dżdżysty i niskociśnieniowy. W końcu udało się rozpalić, ale przy byle otwarciu pieca dym zaraz wychodził na kuchnię. Cug był słabiutki. Nie udało się pieca rozgrzać powyżej 40 stopni i kaloryfery, a tym bardziej woda w kranie były ledwo ciepłe.

Odpuściłyśmy sobie zabawę z c.o. na kilka dni, aż pogoda się zmieni. A dzisiaj, gdy nastał pogodny wyż i z doświadczenia wiem, że cug powinien być dobry, zdecydowałyśmy się przystąpić do uruchamiania pieca po raz drugi.
Tym razem jednak bardziej metodycznie i od podstaw. Ciągle bowiem pamiętam słowa jednego z naszych majstrów o tym, że zwyczajowo co roku na zimę piec i komin powinny zostać dokładnie przeczyszczone, aby w zimie niespodzianek nie było. Wróży to brak kłopotów tego typu na cały przyszły rok. Taką granicą jest dla tutejszych Boże Narodzenie i Nowy Rok. Owa praktyczna mądrość ludu nie docierała do naszych umysłów, pewnie ze względu na to, że piece i komin są świeżej daty i nie trzeba jeszcze być aż tak rygorystycznym w konserwacji. Tymczasem jednak policzyłam na palcach i ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że będziemy zimować w tej chacie już piąty raz! A przewody piecowe jeszcze nie były ani razu czyszczone!
Anna zatem uzbroiła się w stare ciuchy i rękawicę i pracowicie wybrała ręką , a potem szufelką sadze, popiół i resztki gruzu murarskiego z wylotu pieca do komina. Poświeciłam latarką i dopatrzyłyśmy się, że piecokuchnia, która ma dwa rodzaje otworów wylotowych, tzw. letni - górny i zimowy - dolny, nazbierała już sporą ilość popiołu w miejscu dolnego wylotu, który został po prostu zapchany i stąd pochodził ów dym, wychodzący na pokoje przy rozpalaniu oraz brak cugu! Tutaj trzeba było wybrać owe śmiecie starą łyżką wazową (he, kobieta zawsze sobie poradzi w takich subtelnych kwestiach). Nazbierało się wszystkiego więcej, niż połowę węglarki, więc nie w kij dmuchał.
Już potem rozpalenie poszło jak burza. Piec zahuczał bardzo szybko i łatwo doszedł do 60 stopni. W domu zrobiło się ciepło, a ja zauważyłam, rozbierając się z grubego swetra z golfem, że jednak nie ma to jak zażyć trochę cieplnego komfortu w taki chłodny czas. Humor od razu, automatycznie się poprawia.

A poza tym pokazujemy wynik Aninego mydlarskiego hobby, pięknie opakowany, ręcznie oczywiście. Dzisiaj kąpiel w gorącej wodzie mydełkiem kozim uskuteczniam. Anna wybiera kawowe.





18 listopada 2013

Spożywanie czasu

Jakiś czas temu na fejsie znajomy, niezwykle serdeczny i sympatyczny człowiek, znany ze swojego zamiłowania do jedzenia oznajmił: "Op...łem pół kaczki na kolację!". Bardzo mnie to poruszyło, już abstrahując od tego, że nie jestem przyzwyczajona do karmienia żarłocznych mężczyzn na co dzień, to zaczęłam od razu główkować praktycznie. Najpierw jednak spytałam, ile owa kaczka ważyła. Otóż niewiele ponad 2 kilogramy przed pieczeniem, sporo się więc wypiekło z niej, trzeba przyznać.
No, cóż, nie należymy obie do grona pszczółek spijających miodek za zarobione w korporacji, albo i własnym biznesie, czy w mediach pieniądze, a żywimy się tym, co nasze ręce wypracowały. Dlatego choćby przez sam szacunek do własnej pracy, głupio jest nam zjeść w pół godziny i na raz coś, co codziennie dokarmiało się pracowicie kilka razy przez kilka miesięcy! Po prostu żal. I tak jakoś celebrację jedzenia kaczusi, indyka, kury, kurczaka, gąski, perliczki trochę inaczej pojmuję od Miastowych. Którzy polują na jedzenie w sklepach.
Ta celebracja znana jest każdej rodzinie chłopskiej, czy biedniejszej z Miasta z czasów, gdy jeszcze ubity drób przywoziło się ze Wsi triumfalnie jako przysmak stołu. Dlatego nie piszę nic nowego, ani nieznanego. No, może jedynie młodemu pokoleniu.
Jak się je na co dzień taką na ten przykład kaczusię zatem?
Tu nadmienię, że dochowałyśmy się w zeszłym i tym roku kaczek w okolicach 3 kilogramów ważących, a więc wielkości trudno dostępnej w marketach. Nie jest to rekord, bo słyszałam, że byli na wioskach tacy, co i do 6 kilo potrafili taką dotuczyć.
Jak zjadać podobny łup, aby się nasycić i nacieszyć i co najmniej kilka dni nim opędzić w dziedzinie obiadowej? Ano klasycznie tak, jak nasze babcie robiły.
Na pierwszy ogień rosół lub czernina z tuszki, pozbawionej piersi, z dodatkiem podrobów (z wyjątkiem wątróbki, którą oczywiście osobno na kolacyjkę czy przekąskę można przyrządzić). Z ugotowanych w rosole warzyw z dodatkiem gotowanych ziemniaczków, kiszonego ogórka, cebuli, jabłka, groszku zielonego, robi się od razu sałatkę z majonezem.
W naszym wypadku wypada samego rosołu 6 porcji, czyli 3 dni jedzenia. Oczywiście na drugi czy trzeci dzień dla odmiany zamienia się rosół w pomidorową, zamiast z makaronem czy kaszką manną, to z ryżem. Żeby nudno nie było.
Ugotowane w rosole mięso oddziela się od kości i przyrządza gulasz, sos, lub tylko przysmaża z cebulką na patelni, do ziemniaczków, kaszy lub ryżu. Drugie danie gotowe. Można wygospodarować 4 sute porcje, a dla upartego nawet 6.
I na koniec oddzielone od tuszki na początku piersi przyrządza się w panierce, i to są kolejne 2 pyszne porcje jedzonka na kolejny dzień.
No, w każdym razie my się taką kaczusią ostatnio raczyłyśmy przez cztery dni, po drodze zbłąkanego gościa częstując (to co, że od 20 lat wegetarianina, he, mam wprawę w łamaniu najtrwalszego uporu w tej kwestii), i jeszcze dla kotków i piesków coś się smacznego trafiło.
To tak, właśnie. Gwoli filozoficznego zastanowienia.
Pieczyste jest pyszne i uroczyste, ale nieekonomiczne, dlatego właśnie powinno się rzadko i świątecznie je jadać, z szacunku dla pracy rąk i wagi ofiary zwierzęcia, które nam użyczyło swego ciała do nakarmienia. To jest uczciwe, na tym polega uczciwość.

Co poza tym?
Ano, Anna uwarzyła wieczorową porą kolejną porcję mydła, a skoro świt ruszyła do leśnictwa i dostała kolejną leśną działkę do pozyskiwania. Malutką, już zwyczajną, sosnową, czyli opałową, może będzie wszystkiego fura. Ale blisko naszej chaty, dlatego okazja.

I, wreszcie, wreszcie, skończyłyśmy dzisiaj ogrodzenie posesji! Płot został zamknięty.

17 listopada 2013

Kulturalne zawieszenie

Od czasu do czasu, z wielkiego rzadka w tym naszym chłopskim, wieśniackim życiu pojawia się chwila na kulturę. Nie liczę oczywiście oglądania wieczorami dostępnych za darmo w sieci badziewi, czyli polskich seriali-rzek, dwóch na przemian. Głównie w celu łatwego zaśnięcia. Bo usypiają bez pudła już w połowie odcinka. A o to chodzi dla umęczonej (steranej) codziennym i całodziennym kręceniem się w kółko po obejściu i domu duszyczki. Kiedy zasnę, nie znikam. Dopiero wtedy zaczynają się historie przez duże H na ekranie mojego uśpionego umysłu dziać! I to dopiero lubię.
Dzisiaj np. śniłam o dziwnym świecie i czasach. Było to jakieś popadające w prędką ruinę wielkie miasto. Z budynków nagle odpadały rozchwiane przez wiatry kominy, albo na zrujnowanych szczytach wieżowców zakładały swoje gniazda wielkie ptaki. Nikt już niczego nie odbudowywał i nie remontował. Ludzie żyli w lokalnych enklawach i chronili swoje zasoby jak mogli. Myśmy jeszcze mieli aparaty fotograficzne, szpitalik dla dzieci itp., ale pewnego dnia zauważyłam wybiegającą ze zrujnowanego wieżowca z ptasim gniazdem na szczycie gromadę dziwnych dzieci. Były półdzikie. Podeszły do mnie dość blisko, zatrzymały się przyglądając się ciekawie, oczami, w których było niewiele ze znanych mi min i wyrazów twarzy. Udało mi się cyknąć niektórym "okazom" niezwykłe zdjęcia-portrety. Po chwili podeszła do mnie ich opiekunka, dorosła kobieta. Mówiła. Dostała ode mnie nóż, o który poprosiła. Wsadziła go sobie ostrzem do góry w cholewę buta. I wyjaśniła, że pochodzi z rodziny szamańskiej i to jest pomocne dla nich w leczeniu narzędzie.
Hm, jeśli tak będzie, to myślę, że za kilkadziesiąt lat. Ptak przypominał kondora, lub sępa, dlatego mógł to być inny kontynent.
A wracając na ziemię, czyli poranków i wieczorów z kulturą, to właśnie taki wieczór zdarzył się wczoraj. W naszym GOK-u odbył się jubileusz 20-lecia istnienia zespołu Czeremszyna. Byłyśmy już na osiemnastce, więc porównywalnie było podobnie, miło. Sala pękała w szwach. Obejrzeliśmy film z wywiadami członków zespołu na tle fragmentów ich różnych koncertów. Mnie najbardziej interesowały pierwsze czasy, lecz akurat film skupił się na ostatnich latach. Choć oglądałam inne, więc wiem, że istnieją zapisy sprzed lat, utworów z pierwszej ich płyty "Źródło". A piszę o tym, bo pierwszy teledysk, jaki zespół nakręcił dla TV Polonia przed laty dział się na naszej obecnie posesji w starych klimatach wiejskiej chatynki, studzienki i krytej słomą drewnianej stodoły. Spróbuję do niego dotrzeć prywatnymi kanałami.
No, więc koncert był przedni, a przyjmowaniu prezentów końca nie było. Po przedstawicielach władzy z wolna zaczęli podchodzić zwykli ludzie, nawet najzwyklejsi, a najciekawiej wręczała prezent grupka fanów z Ukrainy. Zaśpiewali chórem na głosy jakąś ichnią zwyczajową w takich chwilach pieśń i wręczyli haftowany ręcznik (dla niewiedzących, nie jest to ręcznik do mycia rąk, a uświęcona ozdoba, używana w uroczystych okazjach w świecie prawosławnym), którym okręcili ręce wszystkich członków zespołu w magicznym celu pomyślności. Powodzenia na przyszłość! I dziękujemy za to, co już było!
Zaśpiewała ja ze wsiemi Mnogija lieta i Sto lat, sto lat! już chyba, odrobinę tutejsza się robiąc.

14 listopada 2013

Placki, lęgi i zimne plecy

Zaplanowany tydzień skurczył się do dwóch dni. Trafił się Kościk w potrzebie i został wykorzystany do pomocy. Wczoraj przez cztery godziny z Anią wyczyścili wszystkie boksy, czyli całą oborę. Nasmażyłam placków ziemniaczanych i przy nich zakończył się kolejny gnojny dzień. My obie bawiłybyśmy się w wywózkę tyle dni, ile jest boksów, albo i więcej. Pozostaje jeszcze kurnik do oczyszczenia, ale to jest pikuś.
Co do kur, Usia rzuciła wczoraj swoją drugą w tym roku gromadkę podrośniętych kurcząt, siedem sztuk. W sumie wyprowadziła ich 22. Większa część z nich, i innych lęgów (ogólnie było ich u nas w tym roku 6) sprzedała się chętnym nabywcom, zatem dla nas pozostaje niezbyt wiele nowych kokoszek na przyszły sezon. Okazuje się bowiem, że sporo jest wśród młodzieży kogutków, które w trakcie zimy trzeba będzie, w miarę ich wielkości pozjadać, aby reszta drobiowego stada nie głodowała. I aby jakiś mir w kurniku zachować.
Robi się jakby zimniej w nocy, na dzisiaj zapowiadane są przymrozki do 2 stopni i chyba trzeba będzie przeprosić się z c.o. Bo i umyć się wtedy będzie jakoś poręczniej w ogrzanej łazience. Na razie mamy warunki dla odpornych. Choć z kranu ciepła woda leci, bo akurat twarożek na płycie zrobiła-żem, to ogólnie chłodkiem po gołych plecach zawsze wtedy trochę wysmaga.

12 listopada 2013

Gnojny dzionek

Rozpoczął się tydzień gnojny. Wyczyszczeniem boksu Feli i Meli. Zwiozłam urobek na kupę za domem przy drodze, skąd - jak dobrze pójdzie to jeszcze tej jesieni, jeśli nie, to wiosną - zostanie zabrany naszym wozem drabiniastym na miejsce nowo-powstającego ogrodu permakulturowego, na dawnym nieużytku pod brzezinowym laskiem. Trzeba będzie mu jakąś zgrabną nazwę wymyślić, aby nią operować na co dzień. A tak, to w ogóle nasz wóz dostał nowe dębowe kłonice, zrobione przez innego stolarza, niż ten, który przyrzekł je zrobić i nawet wziął już za to pieniądze. Potrzeba jeszcze nowych drabinek, bo na razie starymi, sypiącymi się operujemy. Ale to już drobiazg, doprawdy.
Robi się poniekąd chłodniej w ciągu dnia, ale nie ma jeszcze nocnych przymrozków, co sprawia, że drób jest bardzo zadowolony i wciąż szczęśliwie żeruje na polu i w lesie. Po południu palę w ścianowym, ale w ciągu dnia nie zawsze pod płytą. Nie chce mi się męczyć z mokrym chrustem, pali się kiepsko i wszystko gotuje się dwa razy dłużej, niż na gazie. Tym niemniej zawsze to robię, gdy warzę twaróg w kamionce na płycie. I wtedy urządzamy sobie prysznic, bo inaczej woda jest zimna. Trudno, w zimny czas zawsze człowiekowi cieplej jest, gdy rzadziej się myje, he.
Wieczorami zaś, długimi, listopadowymi, zaczynającymi się już o 16, szlifuję tłumaczenia, zabieram się do kolejnego, zerkam co na świecie czy np. w Warszawie poprzez fejsbóka, i oglądamy jakieś filmy, w rodzaju "Wojny światów" czyli inwazji zombie na Ziemię, albo płaczliwe romanse lub obyczajowe. Oczy się mrużą już o 19, mrużą, mrużą, dlatego o 20 najczęściej już leżę w objęciach Morfeusza, a raczej Kici i Kluseczki..

7 listopada 2013

Koszty drewna i ogrzewania na zimę

Rano wyjrzało słońce i dzień okazał się w miarę pogodny. Anna wstała skoro świt i pojechała uiścić opłatę za drewno w leśnictwie. Według pomiarów wyszło 2,66 m3 za 66 złotych. Nasza podwoda (jak mawiają w Piotrkowskiem) zgłosiła się sama przed południem. Udało się zgarnąć Kościka do pomocy i przez 3 godziny zostały zwiezione 3 fury drewna na podwórko. Oto pierwsza z nich.


Podliczyłam na koniec. Razem z zapłatą dla pomocnika przy pracy wszelkie koszty gotówkowe wyniosły nas 366 złotych, czyli 122 złote za furę. Przeciętnie w naszym rejonie taka fura średniego energetycznie drewna (sosna, brzoza, świerk, olszyna) z przywozem i rozładowaniem kosztuje 500 złotych. Zarobiłyśmy ponad tysiąc sto złotych na całości. To cieszy.
Gdyby, oczywiście nie trzeba było wynajmować pomocnika cała sprawa ze zwózką zmieściłaby się w granicach 210 złotych. A gdyby był własny traktor z wozem, skończyłoby się tylko na zapłacie leśnictwu.
Największa część tej zwózki to świerkowe żerdzie, przeznaczone na ogrodzenie (ich koszt, kupowanych pojedynczo za sztukę byłby bardzo duży), reszta pójdzie w przyszłym roku, po przeschnięciu do porżnięcia i na opał. Podobna ilość zwiezionego dzisiaj drewna w całości, przeznaczona na sam opał starczyłaby nam na dużą część zimy, albo jedną słabą zimę "ostrożnie paloną".
Licząc szczodrą ręką w cenie dla leniwego mieszczucha jednej fury 500 złotych można zmieścić całe swoje zapotrzebowanie na zimę, czyli pozyskać ok. 4-5 m3 drewna. Do ogrzania oszczędnościowo zbudowanej chaty. Leniwcy zapłacą ok. 2 tysięcy z hakiem.
A teraz przeliczcie. Ile potrzeba ton węgla i miału na ogrzanie jednorodzinnego domu przez zimę i ile to kosztuje? I porównajcie z naszym "chłopskim" rozwiązaniem, możliwym do zastosowania na Podlasiu, lub w jakimkolwiek rejonie leśnym w Polsce.

6 listopada 2013

Listopadowe wieczory

W poniedziałek, gdy już szykowałam się z siekierką do wyruszenia z pomocą Annie w lesie, wybawił mnie Kościk. Przyszedł z rana, aby wysłać mu mejla. Został ucapiony i wzięty na całe trzy godziny, nawet nie oponował. Łagodni ci Podlechici, flegmatyczni, oczywiście na trzeźwo... bo inaczej bardzo różnie bywa.
No, więc robota na działce została szczęśliwie ukończona, świerkowe, brzozowe, olchowe i sosnowe czuby pni zostały oczyszczone z gałęzi, wyciągnięte spośród drzew i ułożone w stosy przy drodze. Anna zadzwoniła do leśniczego i zameldowała koniec pracy. Leśniczy we wtorek przybył na miejsce i zmierzył objętość nagromadzonego materiału, po czym zadzwonił, że można się stawić w leśnictwie, aby zapłacić całe 60 złotych za drewno i pobrać asygnatę. Dzisiaj zaś zjechał całkiem sam z siebie pewien człowiek z miasteczka i zaoferował się zwieść nam to drewno z lasu na podwórze.
Zaczęło padać. Przelotnie. Anna wypuszcza kozy na popas w południe, na jakieś dwie godziny, żerują szybko w lesie i na polanach, bo łąki już wszystkie obeszły i znudziły się nimi. Zimno, wilgotno. Trzeba stada pilnować niestety, bo pamiętają cały czas świetnie gdzie rośnie świeże żytko i dają tam dyla przy byle nieuwadze. Oprócz tego idzie już codziennie kostka siana, oprócz stałych dawek owsa i marchwi, które dostają przy dojeniu. Od czasu do czasu Anna podrzuca im iglaste gałęzie przywiezione z lasu do ogryzania.
A ja normalnie jak co dzień, obrządek, karmienie, serowarzenie, sprzątanie, palenie... oprócz tego, że wzięłam się już za solidne tłumaczenie długimi wieczorami, po wieczornym napaleniu w piecu.

3 listopada 2013

Domowa alchemia w niedzielne zaćmienie

No, i Anna doigrała się. Pewnie dlatego, że go pochwaliłam, Kościk zrobił woltę i nie przyszedł wczoraj do pracy, jak było umówione. Nie wiadomo dlaczego. Na Podlasiu nikt z niczego się nie tłumaczy, gdy nie musi. Ot, tak mu wypadło. A może po prostu obudził się rano i stwierdził, że pi...przy całą tę robotę, skoro na razie ma na piwo?
Anna szalała sama w lesie z siekierą, zbyt dużą i ciężką dla niej na kilka godzin obciosywania  gałęzi. Uparta jest i postanowiła mimo wszystko wyrobić się w zaplanowanym przez samą siebie terminie. Wróciła kwękająca i z godziny na godzinę było coraz gorzej. Lewa ręka (jest leworęczna) zaczęła jej cierpnąć, z czasem boleć. W nocy pojękując przekładała się z boku na bok, próbując daremnie znaleźć dla bolącej ręki najlepsze położenie. W końcu, po kilku godzinach nocnego wysiadywania przed komputerem i tabletce przeciwbólowej zasnęła o samym świcie...
Trudno, musiałam wstać i zrobić za nią poranny obrządek. Rano okazało się, że ma dłoń spuchniętą i ledwie porusza palcami.
Na szczęście kryzys minął i w ciągu dnia zaczęło stopniowo robić się lepiej, obrzęk powoli schodzi.
Na tyle się polepszyło, że po wieczornym obrządku wyciągnęła wszystkie potrzebne akcesoria oraz mleko z zamrażarki, najpierw kazała mi utrzeć mak w ceramicznym naczyniu aptekarskim, a potem ustawiła przy kuchence i garach, abym mieszała na ogniu stwardniałe oleje, palmowy i kokosowy oraz wosk pszczeli. Gdy zamieniły się w płyn wyniosła wszystko na taras i tam przeprowadziła kolejne alchemiczne czary. Ubrana w strój kosmiczny, kombinezon, okulary i rękawice ochronne, aby "żarliwy" wodorotlenek sodu nie prysnął przypadkiem na ciało wymieszała wszystko co i jak trzeba ze sobą w wysokim garnku, który wcześniej "wycyganiła" ode mnie, już na zawsze..
W ten sposób powstało kolejne mydło, z mlekiem kozim, makiem, woskiem i różnymi olejami naturalnymi. Zdecydowałyśmy się nie dodawać do naszych mydeł olejków eterycznych, mnie na przykład drażnią pachnące mydełka i od lat używałam zwykłego szarego mydła do mycia, z tego właśnie powodu. Pomimo to i tak mają przyjemny mleczny zapach, więc nie ma właściwie potrzeby dodatkowo go "upiększać".
Ostatnio Anna testuje na sobie mydełko autorstwa naszej nauczycielki mydlanej profesji, Niejakiej, z dodatkiem dziegciu bukowego. Ponieważ, jak to Koziorożcom się zdarza, ma z natury wrażliwą skórę, widzi pozytywny wpływ na zmniejszenie się piekących ją zadrażnień na twarzy od kurzu i potu. Ja natomiast wpadłam na myśl, po obejrzeniu pewnego filmu o syberyjskim traperze, że specyficzny, smolisty zapach dziegciu odstrasza komary, a więc kleszcze pewnie też. Zatem namówiłam Annę do przetestowania tej akurat właściwości w lesie (o komary już o tej porze raczej bardzo trudno). Okazuje się, że - CHYBA TO DZIAŁA! Od kiedy myje się tym mydełkiem przed wyjazdem do lasu, nie przyniosła na sobie żadnego kleszcza do domu (co zdarzało jej się notorycznie po niemal każdym spacerze w lesie).

A poza tym zaczęło siąpić po południu, a wieczorem lać, i zrobiło się ogólnie dużo cieplej na dworze, jak zwykle w nów księżycowy, niż było przez ostatnie kilka rześkich, acz pogodnych i słonecznych dni.

1 listopada 2013

Duszne święto

Jakieś święto podobno jest w Polsce... lubię Podlasie, bo można się łatwo wypisać z tego i owego i w innej bajce się znaleźć. Nie zmieniając kraju zamieszkania. Czasem próbuję sobie wyobrazić, jak to było u nas jeszcze choćby przed wojną, a i głębiej w czas też. Gdy ko-egzystowali ze sobą różnowiercy i umieli jakoś nie wchodzić sobie w drogę. Czy aby to nie Rzeczpospolita Polska była wzorem dla twórców Stanów Zjednoczonych? Tak jakoś mi się czasem zdaje...
Przed południem zaaplikowałam sobie lekturę wieści o trwającym konflikcie katolików z rodzimowiercami na górze Ślęży i lekki strach mnie obleciał. Wyobraźnię mam delikatną i lękliwą, dlatego łatwo mi przyszło przedstawić sobie nagonki zajadłych chrześcijan najpierw na bogu ducha winne kamienne, metalowe i drewniane idole, przedstawiające nasze słowiańskie stare wyobrażenia boskich sił, bałwanami nazwane przez szczujących starożytnych, potem, kto wie, na żywych ludzi, którzy im szacunek swój zaczęli oddawać, wedle prawa przodków swoich. Jakieś palenia, całopalenia, kamieniobicia, akty wandalizmu, brrr, brrr... Boże wielki, uchowaj!
Wzmocniło to we mnie strachliwe przeczucia o tym, jak ludziom łatwo się teraz wodę z mózgu robi, jak prosto się ich na siebie nawzajem szczuje, grając na emocjach i atawizmach. Wszystko dobre, co mimo wszystko epoka materializmu komunistycznego była wniosła przed laty w nasze monolitycznie już niestety katolickie społeczeństwo, gotowe jest runąć na pysk i ujawnić tkwiące w nas matoły, sterowane sznureczkami przez śmiejące się do rozpuku diabły, gdzieś zza węgła.
No, dobra, nie mam zamiaru zapisywać się do Rodzimowierczego Kościoła, ani nawet do żadnego obcego też. Nie jest mi potrzebna żadna instytucja do rozmów z Bogiem w sercu. Żadne pośrednictwo, nakazy, wskazówki, ani zakazy. Rytuały? Proszę bardzo. O ósmej zawsze obrządek kóz i drobiu, o zmierzchu drugi obrządek zwierząt, świątek-piątek. Na wiosnę cud narodzin i rozmnażania, na jesień ofiara krwawa. Siew, sianokosy i żniwa, zbiory owoców. Mało jeszcze? Kościół otacza mnie w postaci lasu, pól, rzek, nieba i ziemi, ptaków i ssaków, pór roku, zjawisk żywiołowych, tudzież sąsiadów i znajomych.
Jest jeszcze coś takiego jak głos duchów, przodków. I ja go czuję co roku o tej porze, zwłaszcza, że od kilku lat jakoś się wybrać w rodzinne strony, na groby rodzinne, nie mogę. Nie tylko dlatego, że rzeczywiście nie mogę, ale i dlatego, że jakoś... nie chcę, to trudno wyjaśnić.
Nawiązuję z nimi kontakt przez czas i przestrzeń, wizyta na konkretnym cmentarzu nie jest do tego wcale potrzebna. A jednak ciągnie mnie w takie miejsce, co roku bywamy zatem we Wszystkich Świętych na różnych okolicznych cmentarzach, cmentarzykach i palimy lampkę na jakimś napotkanym przypadkiem opuszczonym grobie. W tym roku Anna zawiozła mnie do miasteczka i mocno mi to zaburzyło homeostazę.
Trzeba wiedzieć, kto nie wie, że na Podlasiu we Wszystkich Świętych dzień toczy się jak każdy inny dzień. Drwale w lesie tną drzewa, cieśle budują chaty, rolnicy kultywują pola i wykonują wszelkie potrzebne w gospodarstwie prace. Dlatego łatwo o azyl i znalezienie całkowicie odludnego cmentarza, gdzie można sobie spokojnie porozmawiać z duchami.
Ale tym razem było to miasteczko, z częścią mieszkańców katolickich, którzy, wiadomo... wyruszyli gromadnie, jak w każdym miasteczku polskim tego dnia, na cmentarz, ubrani w czarne marynarki, paltoty i futra. Bardzo mnie to zestresowało, i skupienia żadnego nie mogłam osiągnąć. Szybko przystanęłyśmy przy pierwszym grobowcu, na którym nie paliła się żadna świeca ani znicz, i zapaliłyśmy ogień, aby zmówić przy nim modlitwę. Gdzie tam! Zaraz jakaś paniusia miejscowa przystanęła i widząc obce twarze zajrzała na tablicę, żeby poznać nazwiska zmarłych, do których pewnikiem rodzina przyjechała. Po czym przeszyła nas ciekawskim okiem, na pewno chcąc zameldować to całej miejscowości!
Umknęłyśmy w te pędy, nie rozmówiwszy się z duchami wcale, i tyle. Choć zaraz śmiech mnie wziął na wspomnienie.
Obrządek kóz mnie uspokoił, mlekiem nakarmione psy i koty też. I na zakończenie świątecznego dnia dojrzały już ser żeśmy sobie wyciągnęły z piwniczki, a do niego buteleczkę wina jabłkowego i tak trwamy. W gościach u Pana Boga we własnej chałupie.

31 października 2013

Kamykiem na stos

Robota na działce leśnej ruszyła szczęśliwie. Grzyby zanikły. Kościk przychodzi codziennie rano do pracy i razem z Anią walczą w gęstwinie drzewnej jakieś 6 godzin. A weź pracuj przy czyszczeniu lasu, i to świerka tyle godzin! Nawet wprawieni drwale mówią: dwie-trzy godziny i do domu! Wcale to nie jest lekka praca. A na wieść, że świerk jest do wytargania krzywią się niechętnie: za żadne skarby! Kłuje, lepi się, bywa ciężki, długie żerdzie wymagają skomplikowanych manewrów między drzewami, aby je wyciągnąć na brzeg lasu i ułożyć na stos.
Ja zaś w tym czasie, jak zawsze: serowarzę dzień w dzień (kozuchy dają jeszcze wspólnymi siłami jakieś 6-7 litrów mleka), gotuję obiad dla strudzonych drwali, a musi być obfity i pożywny, zatem z mięsem na pewno, dobrą surówką, słodkim kompotem na popitkę. Oprócz obiadu na zakończenie, Anna zabiera ze sobą zapas kanapek (chleb z kiełbasą i serem, domowe wsio oczywiście), termos z kawą i butelkę napoju, przeważnie sok naszej roboty rozcieńczony przegotowaną wodą, albo wodę mineralną (sklepową). Widzę, że Kościka takie traktowanie mobilizuje pozytywnie do codziennej pracy. 
Na koniec zaś, kiedy już wszyscy dwunożni są nakarmieni, wyruszam z czteronożnymi na łąkę sąsiedzką, czyli z kozami i psami oboma. Co tam robię? Niosę ze sobą stołeczek i kijek pasterski. Kiedy mi się siedzenie znudzi i patrzenie na pasące się kozy, zabieram się do zabawy kijkiem. Wyszukuję na owej ugorowej łące wyorane kamienie, mniejsze, większe i toczę je ową pasterską laską ku brzegowi pola, a tam składam na kupce. Tak sobie, z nudów, a przy okazji w podzięce za użytkowanie trawy nieobecnemu sąsiadowi, aby było nie bez zapłaty. Grę ową, nieco podobną do golfa, zwanego "piłką do dołka" nazwałam: "kamieniem na stos".
Kiedy wracam ze stadem, wedle nowego zimowego czasu o 16, czyli wraz z zachodem słońca na horyzoncie, kozy przejmuje do dojenia Ania, zamknąwszy przedtem wszelki drób w kurniku, a ja nakarmiam jeszcze raz ostatni czworonogi, czyli koty i psy. Dostają swoje kolacyjne porcje mleka i "pijaneczki dla koteczka", oraz chleba ze smalcem utopionym ze słoniny. Po czym wszyscy rozchodzą się do swoich zwykłych zajęć.
My, dwunożcy do komputerów, psy na posłania, a koty, ło, patrzcie sobie gdzie i jak...


Przy okazji reklamuję umiejętności i wytwory naszego znajomego rzemieślnika-plecionkarza. Ów koci koszyczek, wykonany został ze słomy i łyka, koty go uwielbiają, a dostały go tytułem przetestowania. Jak widać test przeszedł pozytywnie. Jeśli komuś coś takiego się podoba, chciałby zamówić dla swego mruczącego pupila, niech daje znać. Chętnie skontaktuję, gratisowo.

29 października 2013

Cukier i miód

Trzy łyżeczki miodu, zakupionego na hajnowskim bazarze za 12 złotych mały słoiczek, według zapewnienia sprzedawcy-pszczelarza - miodu leśnego, wprawiło mój organizm w taki rozstrój, że dopiero po trzech dniach mogę powiedzieć, że żyję. Zaliczyłam mocno nieprzyjemną biegunkę, oraz silne zawroty głowy... Wszędobylskie oszustwa i fałszerstwa żywności, dla wielu ludzi nieodczuwalne, lub odczuwalne powolutku, po latach, i nie kojarzone z przyczyną, zaczynają nie tylko mnie dotykać bezpośrednio i dogłębnie, ze względu na alergię. Praktyka srogo mnie uczy podejrzliwości wobec wszelkich etykiet i zapewnień słownych. Otóż syrop glukozowo-fruktozowy, najczęstszy zastępnik lub uzupełniacz cukru występuje obecnie prawie we wszystkim, i widać, że już i pszczelarze faszerują nim swoje pszczółki. Lub mieszają gotowe miody rozmnażając je tym samym obficie. Syrop ów produkowany jest z pszenicy, wroga nr 1 dla takich jak ja. I cichego wroga całej reszty ludzi.
Czemu tej pszenicy "w śladowych ilościach" pełno jest w czekoladzie, konserwach rybnych, mięsnych, pasztetach, kiełbasach nie chcę wiedzieć, nie chcę rozumieć. Widzę, że świat sprzysiągł się przeciwko mnie, i tyle. Doprawdy nie mam pojęcia co mogłabym jeść, żyjąc w mieście, czy też na wsi, ale kupując żywność w sklepie... Podpędzane warzywa, często GMO? Faszerowane chemikaliami, antybiotykami i hormonami mięso? Napromieniowane ryby nie wiadomo w jakim morzu złowione i ile lat leżące w zamrażarce sklepowej? Sery z mleku nie-podobnych tłuszczy? Pić rozcieńczane mleko od chorych krów-rekordzistek z martwymi bakteriami, sztucznie ożywione? kawę "paloną" fałszowaną kawą zbożową? wodę pseudo-mineralną (tak naprawdę kranówę) z plastikowych butelek? Wino z siarczanami, albo wódkę pędzoną nie wiadomo z czego? (muszę wiedzieć z czego jest, zatem od razu trzeba mi korzystać z zakazanej usługi bimbrowniczej? albo samej sobie pędzić? dla pewności? bo przecież już człowiek człowiekowi wierzyć nie może, jak z tym miodem miejscowym było...).

No, czasem ogarnia nas myśl, że może już dość tej wsi, że może by wrócić do dawnego sposobu życia, do ludzi, ku ludziom. Zmęczenie, borykaniami codziennością itd. odzywa się, zresztą, przywykłam do zmian co jakiś czas i może już mi się nudzi, pewnie tak. Ale jak tu wrócić? Wygląda na to, że jestem na drodze bez możliwości powrotu. Że brama się za mną zamknęła nieodwołalnie.

26 października 2013

Ogrodzenie

Jak nie było nikogo, to nie było, a jak się znalazł to od razu w dwóch osobach. Umówiony Iwan przyprowadził ze sobą Kościka, umówionego dużo wcześniej przed nim. I tym sposobem dokończyli ogrodzenie przyszłego ogrodu pod brzezinką, tj. wstawili wszystkie słupy, siatki jeszcze nie ma, i pociągnęli jeden bok ogrodzenia przyszłego koziego pastwiska. Mamy je zamiar urządzić na dotychczasowym polu owsiano-żytnim, które wyjałowiło się mocno od ciągłych upraw i domaga się odpoczynku. My też się domagamy, bo pilnowanie kóz kilka godzin dziennie przez całą wiosnę, lato i jesień przekroczyło już punkt krytyczny naszej cierpliwości. A zrobiły się teraz bardzo upierdliwe. Biegają za resztkami zielonego z uporem i złośliwością głodomorów. Głównie po łąkach naszych sąsiadów, gdzie trafiają bez pudła w miejsca zakazane. Zasób słupów skończył się, teraz trzeba zdobyć wielką ilość dalszych. Chłopaki zjedli obiad i odeszli, a przed nami teraz eksploatacja działki leśnej...

23 października 2013

Grzech łakomstwa i nieuwagi

W pracach naszych polowych nastąpiło niezapowiedziane opóźnienie. Przez wzgląd na zatrucie żołądkowe, jakiego nabawiła się Anna przez łakomstwo. Zjadła bowiem dwie świeżutkie, jeszcze ciepłe bułeczki z pieca wyjęte i zagryzła jabłkiem, popełniając grzech łakomstwa wbrew rozsądkowi. W efekcie spędziła dwie noce i dzień pomiędzy nimi w łóżku, wśród jęków i narzekań. Wyłykała natychmiast wszystkie krople żołądkowe jakie były w domu, tzn. nie do dna, ale wszelki rodzaj spróbowała. I nalewkę na orzechu, i krople miętowe, i Amol, i ziółka też wszelakie. Nic nie jadła cały dzień, w końcu przed wieczorem przypomniało mi się nagle-wtem.
- Już wiem! Zostawiłaś na ugorze jeden dołek wywiercony, nie zakopany! Tyle razy mówię: nie może być żadnego dołu ani dołka zostawionego. Zaraz kłopot się zdarza!
Anna nawet śmiać się ze mnie, jak zawsze, nie miała siły. Jęknęła tylko:
- Idź szybko! Wstaw słupek, poradzisz sobie.
Poszłam, a jakże. Słupek dociągnęłam własnoręcznie do dołka, wstawiłam, wypionowałam i umocniłam ziemią. Kiedy wróciłam Anna już była na nogach i wkręcała dawno temu zakupiony haczyk w drzwi, które koty w nocy same otwierają do pokoju.
- Wiesz, jakby mi się lepiej zrobiło... Już mnie tak nie mdli.
Niemniej, zaraz wylądowała w łóżku, acz już z laptopem na kolanach. Zerwała się zaś jeszcze przed świtem i ogłosiła, że jedzie do powiatu, w Agencji pilne sprawy załatwić, i mam wstać rano, aby kozy wydoić.
- Przeszło ci już?
- Może nie do końca jeszcze, ale jestem głodna.
Po południu zaciągnęła mnie znowu na ugór i śpiewająco skończyłyśmy cały jeden bok ogrodzenia, wkopując 10 słupów. W towarzystwie szczęśliwych kóz, indyków i stada kur, które przybiegły za nami aż do brzezinki (zazwyczaj same tak daleko się nie zapuszczają, z lęku przed drapieżnikami) i pasły się pilnie na kępach odrastającej nieco zielonej trawy.

22 października 2013

Leśni ludzie, kto zacz?

Znacie to? Tak? To posłuchajcie raz jeszcze...

"O starodawnym, bo jak bór odwiecznym, rodzie mowa tu będzie. Ma on przodków we wszystkich wiekach i tradycję we wszystkich szczepach ludzkości, boć nie ród to ciała, lecz duszy, nie ród lasu mieszkańców, lecz lasu miłośników, przyrody czcicieli. Z rodu tego był poeta, co w Helladzie wyśpiewał mit Pana i Faunów, i ten, co stworzył Baldura w Skandynawii, i ten ich krewniak duszny, co w obchodzie religijnym Ariom dał Kupalną noc czarowną.
I patrona swego ów ród ma, gdy ludzkość weszła w Pana Jezusowego szeregi.Ich duszę miał, z ich rodu był słońca miłośnik i śpiewak, ptasząt i ryb kaznodzieja, wszelkiego stworzenia przyjaciel, seraficki święty Franciszek. Mędrców i uczonych mają w swym rodzie i pozornie teraz wchłonięci w miliony ludzkości, zachowali przecie odrębność i właściwość swych leśnych dusz. Ogarnęły ich ziemskie przewroty, życie gorączkowe, skomplikowane warunki, materialna walka o byt. Odsunęła ich od przyrody cywilizacja,postęp tak zwany, niszczenie natury przez rozrost przemysłu, straszny ciężar nowoczesnego bytu, nowoczesnych praw i obowiązków. Pozornie nie ma dla leśnych ludzi ni miejsca, ni życia. Przystosowali się do warunków i już teraz niczym się jakby od reszty ludzi nie różnią. Spełniają swe obowiązki powszednie, pracują wśród innych z innymi, obcują z cywilizacją, biorą udział w postępie, korzystają z wynalazków,umieją się obchodzić z pieniędzmi, mieszkają w miastach, ubierają się jak inni, bywają w teatrach. Czyżby ród i tradycja leśnych dusz zginęła? Przenigdy! Nieśmiertelny jest duch i ród ducha nieśmiertelny; tylko kto rodu tego ciekaw, z rodu tego być musi i wtedy krewniaka odnajdzie. Nie trzeba koniecznie szukać go wśród cichej wsi i głębokich borów,wśród ludzi stojących u warsztatu przyrody, w jej królestwie: można tam szukać długo i na próżno, a znaleźć w wielkim fabrycznym mieście. Można znaleźć w uczniowskim pokoiku, gdy chłopak po odrobieniu algebry, zamiast iść szukać rozrywki w dusznej sali knajpy, z gilem chowanym się bawi i dogląda go, można w suterenie szewca, co ledwie wie nazwę ptaka,który mu ćwierka przy robocie. I w tłumie ulicznym poznać można poszczególnym zachowaniu się w nadzwyczajnych wypadkach miejskiego życia.Gdy wychodzą wieczorem dzienniki z ostatnimi depeszami wojny, skandalicznego procesu, sensacyjnego mordu, a ktoś nie bierze do rąk gazety, ale przypatruje się z uśmiechem sadowieniu się wróbli na nocleg, z rodu leśnego jest.I z tegóż rodu jest taki, co wśród uroczystego pochodu ulicznego, gdy wszystkich pochłania muzyka, stroje, ekwipaże, paradne szeregi wojska lub korporacji, dojrzy zziębniętego psiaka przed zamkniętymi drzwiami sklepu i otworzy mu je z dobrym słowem życzliwości.Wśród ogłoszeń dziennikarskich członek tego rodu wyszuka adres sprzedawcy słowika w klatce, zna handlarzy ptaków, więźniów tych wykupuje z niewoli i z wiosną puszcza na wyraj, równie jak one radosny.

Leśni ludzie zwykle trzymają się samotnie, dusze swe kryją, o swym wnętrzu z nikim nie mówią, wiedząc, że to innych nie zajmuje.

W potwornym młynie ziemskim, gdzie bożyszczem jest interes, walka o zbytek i użycie wykwitu cywilizacji, obcując z innymi, mają w oczach często zgrozę lub krytyczne zdumienie, ale milczą, i spełniając swe społeczne obowiązki, baczą tylko, by się nie dać zgnieść, zmiażdżyć. O dusze swe nie są trwożni: tych zaraza świata nie skazi. I tak trwają, rzadcy wśród świata i obcy mu zupełnie. Czasami znajdują druha. Otwierają się na ścieżaj wrota duszne, krzepią się oni wzajem:marzenia, potrzeby, tęsknice zmieniają się w słowo. Wyrażają ufnie głos swobody, ciszy, obcowania z naturą, przetwarzają swe żądze, aż utworzą czyn, aż wypracują sobie rzeczywiste, żywe, wedle swej duszy bytowanie."

21 października 2013

Ku pełni dojrzałości

Pracujemy świątek piątek i końca nie ma. Pogoda się poprawia, grzyby wciąż rosną. Tylko kozom zielone znika i są z tego powodu sfrustrowane z dnia na dzień bardziej.
Zajrzałam z Anną na działkę leśną. Szkoda, że nie wzięłam aparatu, bo byłoby co pokazać. Gęstwa leśna, niczym w amazońskiej puszczy, czy może raczej syberyjskiej tajdze, w której leżą pokotem jeden na drugim ścięte pnie świerków, sosen, brzóz, olch, pełno gałęzi wokół i bez ostrego narzędzia nijak nie wejdziesz w głąb. W sumie podoba mi się taka gospodarka leśna i takie prowadzenie lasu, jak w naszej gminie. W sąsiedniej obok, tj. nurzeckiej, żal wspaniałych lasów liściastych i mieszanych wciąż serce ściska i jest nieutulony, gdy tamtędy z rzadka przejeżdżamy. Tną na potęgę, chamsko, bez pardonu, skarby leśne, graby, dęby, klony, olchy, buki w systemie tzw. "gniazd", w miejsce których sadzą młodniaki, jednorodne i chorowite. Gniazd przybywa, lasów ubywa z roku na rok. Miejsce na Dąbrowie, gdzie mieszkałyśmy kilka lat, po 4 latach nieobecności jest już nie do poznania, taka pustynia.
Pojechałam z Anną tylko dlatego, że chciała piłą popracować, a samotna praca w lesie z piłą jest niebezpieczna na tyle, że podpisuje się specjalne oświadczenie w leśnictwie w tej sprawie. Kilka lat temu głośny był u nas wypadek, gdy jakiś mężczyzna czyścił swoją działkę, doświadczony w przecince, i zranił się piłą w udo. Nie miał telefonu, działka była daleko w lesie, nikogo wokół, i wykrwawił się na śmierć.
No, więc popracowałyśmy jakąś godzinkę. Anna poprzecinała pnie na mniejsze kawałki, co ułatwiło ich wyciągnięcie z gąszczu na drogę i wejście głębiej w las. Ja z kolei siekierką pozbawiałam owe pnie mniejszych gałązek, tylko raz sobie "kuku" zrobiłam w paluszek, ale co tam, już się zagoiło.
Działka jest rzut beretem od naszego siedliska, można rowerem dojechać w pięć minut.
Wróciłyśmy (samochodem tym razem) z dwoma świerkowymi czubami na pace, które dostały się kozom. Zajęły się nimi skwapliwie i z apetytem. Jesienne przysmaki.

Dalej, choć płot wciąż jeszcze nieskończony, trafiłyśmy na ugór, z narzędziem w kształcie świdra służącym do kopania dołków pod słupki (pożyczonym od życzliwego znajomego). Okorowałam trzy dębczaki, leżące już tam od wiosny, a Anna wywierciła dołki, wzdłuż rozciągniętego sznura. W ten sposób zaczęłyśmy kolejną ścianę ogrodzenia, od strony lasku brzozowego budować. Same, jak widać. Nie dlatego, że nas nie stać na pomocnika, czy wynajęcie fachowców, którzy by sami się tym zajęli. Ale dlatego, że za żadne skarby nie udaje nam się takowych ludzi w naszych podlaskich okolicach znaleźć! Albo teraz za grzybami latają, albo właśnie renty lub zapomogi odebrali z gminy. Niektórym się nie chce, zwyczajnie.
Ot, życie tutejsze.

Żeby jednak pocieszyć i nacieszyć oko jesiennymi klimatami, daję kilka dzisiejszych zdjęć, rosnących i dojrzewających zapasów na zimę. I nie tylko żywnościowych. I nie tylko na zimę, a na najbliższy tydzień zaledwie też. Jak poniżej prezentujący się nasz dzisiejszy wypiek z pieca chlebowego, żytni na zakwasie...


To zaś sery świeżo uwędzone, przysmaczek.


A poniżej fragmencik kuchni. Bateria winek, porzeczkowych, porzeczkowo-malinowych i winogronowych. Bulgoczą, dojrzewają w cieple. W otoczeniu serków żółtych, które właśnie z pielęgnacyjnej kąpieli wyszły i za niedługo zdatne już będą na ząb, na razie wracają do piwniczki. W butelce pet zeszłoroczny ocet jabłkowy się prezentuje, w dużej ilości zrobiony, który teraz używamy do sałatek i przetworów.


Na koniec daję, dla pochwalenia się, widok wyniku najnowszej fabrykacji mydła przez Annę. Już zastygłe, wyjęte z formy i pokrojone poszło w odstawkę na co najmniej miesiąc, bo też dojrzewa. Z dodatkiem mleka koziego, niezwykle łagodnego i przyjemnego dla skóry. Oraz płatków owsianych.

19 października 2013

Przygotowania

Pełnia Księżyca naprężyła pogodę, poranek był rześki i oszroniony. Choć wstać mi się w nocy nie chciało, ani oczu otworzyć, gdy Anna reklamowała mi niezwykły blask światła księżycowego na czystym nocnym niebie, a ranek wczesny przespałam, jak ostatnio co dzień, bośmy się już podzieliły obowiązkami. Anna, jako skowronek obrządza porannie kozy, ja jako sowa - wieczornie. Jednak co ze mnie za sowa! Jeśli chodzę spać z kurami (20, góra 21), a wstaję o tej samej godzinie, tylko 12 godzin później! Chyba borsuk raczej...
Kurczęta prowadzane przez Usię, kilkutygodniowe, w liczbie siedmiu, acz już obrosły całkiem piórkami, to jednak narzekały w dzień na chłód i już o 16 stały na progu domu, pikoląc w niebogłosy, że chcą pod dach. Poszły i po jedzeniu natychmiast otoczyły kółeczkiem kwokę, która rozcapierzyła opiekuńczo skrzydła, przygarniając co tylko się dało do siebie, na słomie, złożonej w stodółkowej kopce.
Patrząc na takie sceny zawsze się dziwię, że zwyczaj hodowania kur w naturalny sposób tak diametralnie wygasł na polskiej wsi. To naprawdę rzadki widok! Tymczasem własne stado rozmnażające się w zwykły dla siebie sposób to prawdziwy komfort dla hodowcy, który nie musi troszczyć się o młode nadmiernie, chuchać i dmuchać, dogrzewać i dokarmiać. A także, jak sądzę z obserwacji dla samych ptaków, które spełniają się we wszystkich rolach, żyją w zgodzie ze swoim instynktem, są przez to szczęśliwe i zdrowsze.
Kozy, po wczorajszej kwarantannie oborowej, dzisiaj wyszły na pastwisko dość późno, bo trzeba było czekać, aż rosa zejdzie (to ze względu na jedną z nich, która dostała zaburzeń gastrycznych, żerując na mokrym ostatnio). Efektem jest natychmiastowe zmniejszenie się ilości mleka o kilka litrów.
Anna zrobiła rekonesans na naszej nowej działce leśnej. Znów wprosiłyśmy się na świerk, bo tego co nazbierane, nie wystarczy na ogrodzenie dla kóz, planowane na przyszły rok. A potem nazbierała kosz opieniek, już w naszym pobliżu. Dużo jest już starych, niektóre robaczywe, to końcówka zważywszy przesilenie Księżyca i ochłodzenie. Ale i tak wyszło dwa garnki. Nie udało się jednak zagotować ani jednego, bo nagle zbrakło gazu i trzeba będzie na gwałt trzecią w tym roku butlę kupować.
W takim razie zabrałyśmy się za kiszenie kapusty (kupionej na targu onegdaj, w ilości 20 kilogramów). Anna poszatkowała, a raczej starła główki na dużej tarce, sprawdzającej się od lat w tym kapuścianym dziele, zamiast szatkownicy (kupiłyśmy na miejscowym targu za radą znajomego autochtona), ja wymieszałam kapustę z solą, kminkiem, tartą marchewką i jabłkiem i ubiłam tłuczkiem w beczce, przekładając co jakiś czas liściem laurowym. Tenże bobkowy listek ma znaczne właściwości anty-pleśniowe i utrzymuje produkt w formie długi czas (odstrasza także robaki w mące czy suszu np. grzybowym). Na koniec przycisnęłam całość deseczką dębową i kamieniem i ustawiłam beczułkę w kuchni, aby w cieple ruszyła fermentacja.
No, a teraz opisuję rzecz całą jako epokowe wydarzenie!
Bo w istocie jest ważne. Kiszona kapusta to tradycyjne i najlepsze naturalne źródło witaminy C aż do wiosny, na długie, pozbawione świeżych roślin zimowe czasy. Współcześnie łatwo jest z niej zrezygnować, kusząc się na podpędzane "witaminki" z marketu oraz cytrusy, coraz częściej modyfikowane genetycznie (np. cytryny, pomarańcze, winogrona bez pestek), albo kupując imitację kiszonej w sklepie, pachnącą dziwnie siarką czy czymś podobnym, co ma zabić zbyt prędką fermentację. A potem jakże trudno wrócić do zwyczaju odwiecznego, przez przodków zawsze o tej porze roku starannie odprawianego. Bo to rytuał jest, świętość. Ważna sprawa dla zdrowia wszystkich domowników, zwierząt też, które ową kapustę pod wiosnę zajadają pasjami. I naprawdę nie warto sobie odpuszczać w tej kwestii.

18 października 2013

Deszczowe zajęcia

Deszcz deszczy z wolna. Kozy w oborze. Dostają smakołyki na pocieszenie, krojoną dynię, marchew, jabłka, suchy chleb. Zmokłe kury. Niosą się coraz rzadziej. Codziennie zjadamy na śniadanie 2 jaja sadzone, zatem  cieszę się, gdy znajdę potem w gnieździe dwa świeże. Nie ubywa zapasów, ale i nie przybywa, trzeba się z tym na jakiś czas pogodzić. Nioski przechodzą o tej porze zmianę upierzenia i przestają się nieść na kilka tygodni. Norma w przyrodzie, którą niektórzy omijają (na jakiś czas) karmiąc drób intensywnie paszą treściwą i dodatkami mineralnymi. Ja niczego nie przyspieszam, ani nie unikam tym sposobem. Wolę poczekać. Nasze kury mają się świetnie pod względem zdrowotnym, żyją długo, czteroletnia Usia wysiedziała nam w tym sezonie dwukrotnie gromadę piskląt, żwawych i zdrowych, inne trzy- i czterolatki niosły się całą wiosnę i lato bez przerwy. Nie zdychają nagle na palpitację przetłuszczonego serca albo wątrobowe przypadłości. Poza tym palę od dzisiaj w ścianowym, bo noce są już chłodne, rosa tężeje nad ranem i samo przepalenie pod płytą kuchenną przestaje wystarczać. I dumam sobie jesiennie.

16 października 2013

Płot

Piękna październikowa pogoda skłania do prac na dworze. Stawiamy płot w miejscu brakującym w ogrodzeniu, za altaną, wzdłuż drogi szutrowej. Anna docięła odpowiedniej długości żerdzie świerkowe, a ja wykopałam dołek.
- Wiesz co, ty się świetnie nadajesz do kopania dołków. Ogrodzenie ogrodu leśnego same zrobimy, zobaczysz! - stwierdziła Anna.
W dołek wstawiłyśmy słupek dębowy i umocniłyśmy go. Żerdzie zostały przybite, w liczbie czterech. Brakuje jeszcze dwóch do zamknięcia parkanu.
- To znamienne, że się teraz tak odgradzamy. To symboliczne - wzięło Annę na filozofowanie - To jest jak zaznaczenie czegoś ważnego, postawienie granic i progów innym na wiosce. Tak to czuję i stawiam płot, ot co!
Na przykręcenie sztachet, już z dawien dawna pomalowanych, nie starczyło już ani czasu ani siły baterii we wkrętarce, która notorycznie pada po kilku wkrętach. Robota została na jutro.
Wpadł też Kościk, który niedawno wyszedł z zawiasów, odkarmiony, wypoczęty, spokojny, rzadko pijący, jak na razie.
- Do pracy byś przyszedł - zaproponowałam.
- Czemu nie? Przyjdę - odpowiedział - Ale na razie grzyby zbieram. Wysyp jest.
I tak tu mamy z wszelkimi pomocnikami. Zresztą z czym tu konkurować. Dniówka ciężkiej pracy z obiadem leci za połowę tego, co można zyskać wędrując po lesie kilka godzin. Autochtoni znają tzw. "miejsca grzybowe" i nie chodzą w ciemno. Kościk nazbierał dzisiaj skrzynkę grzybów.
- Na oko będzie jakieś 15 kilogramów.
Wciąż bawimy się w przetwarzanie opieniek. Kolejna dawka dzisiaj, jutro następna, odmierzana największym garnkiem, do którego się mieszczą do zagotowania. W skupie ich nie chcą, co najwyżej jacyś handlarze prywatni, sprzedający je w Warszawie, skupują, ale trzeba wiedzieć kto, kiedy i ile chce.