20 listopada 2013

Konserwacja dobrego samopoczucia

Ociepliło się nieco, dzisiaj wyjrzało na cały krótki dzionek słońce. Tu muszę zanotować, że zapowiadanych onegdaj przymrozków nocnych nie było, i jak dotąd noce są o temperaturze powyżej zera, kilku stopni. Trawa rośnie, acz niewiele i nasze ugorowane pole zieleni się spod rżyska. Gdyby kozy nie hasały, to by się tam mogły spokojnie paść. Niestety, stoją przeważnie w zagrodzie za oborą, gdzie zjadają kostkę siana i ogryzają czuby sosnowe, okorowując je przy okazji. Anna, szalejąc znowu na działce leśnej codziennie przywozi im na pace nowy zapas zielonych witaminek.

Mimo owego ciepła późnojesiennego temperatury rzędu kilku stopni w dzień i nieco niższe w nocy dość jednak wychładzają chatę. Palenie w ścianowym na wieczór niekoniecznie ogrzewa dobrze wnętrze trzech pokoi. Nie ma też ciepłej wody w kranie, ani ogrzanej łazienki. Zatem kilka dni temu zainaugurowałyśmy palenie w c.o. Zawsze to trochę stresu jest. Bo woda z instalacji odparowuje w pewnym stopniu, trzeba odpowietrzać kaloryfery, regulować ciśnienie itp. Tymczasem pojawił się inny problem. Najpierw trudność rozpalenia, za nic drewno zająć się nie chciało. Choć postarałam się dać suche kawałki. Na kuchnię zaczął wychodzić ciemny, gryzący dym. Przypisałam to brakowi cugu, bo dzień był dżdżysty i niskociśnieniowy. W końcu udało się rozpalić, ale przy byle otwarciu pieca dym zaraz wychodził na kuchnię. Cug był słabiutki. Nie udało się pieca rozgrzać powyżej 40 stopni i kaloryfery, a tym bardziej woda w kranie były ledwo ciepłe.

Odpuściłyśmy sobie zabawę z c.o. na kilka dni, aż pogoda się zmieni. A dzisiaj, gdy nastał pogodny wyż i z doświadczenia wiem, że cug powinien być dobry, zdecydowałyśmy się przystąpić do uruchamiania pieca po raz drugi.
Tym razem jednak bardziej metodycznie i od podstaw. Ciągle bowiem pamiętam słowa jednego z naszych majstrów o tym, że zwyczajowo co roku na zimę piec i komin powinny zostać dokładnie przeczyszczone, aby w zimie niespodzianek nie było. Wróży to brak kłopotów tego typu na cały przyszły rok. Taką granicą jest dla tutejszych Boże Narodzenie i Nowy Rok. Owa praktyczna mądrość ludu nie docierała do naszych umysłów, pewnie ze względu na to, że piece i komin są świeżej daty i nie trzeba jeszcze być aż tak rygorystycznym w konserwacji. Tymczasem jednak policzyłam na palcach i ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że będziemy zimować w tej chacie już piąty raz! A przewody piecowe jeszcze nie były ani razu czyszczone!
Anna zatem uzbroiła się w stare ciuchy i rękawicę i pracowicie wybrała ręką , a potem szufelką sadze, popiół i resztki gruzu murarskiego z wylotu pieca do komina. Poświeciłam latarką i dopatrzyłyśmy się, że piecokuchnia, która ma dwa rodzaje otworów wylotowych, tzw. letni - górny i zimowy - dolny, nazbierała już sporą ilość popiołu w miejscu dolnego wylotu, który został po prostu zapchany i stąd pochodził ów dym, wychodzący na pokoje przy rozpalaniu oraz brak cugu! Tutaj trzeba było wybrać owe śmiecie starą łyżką wazową (he, kobieta zawsze sobie poradzi w takich subtelnych kwestiach). Nazbierało się wszystkiego więcej, niż połowę węglarki, więc nie w kij dmuchał.
Już potem rozpalenie poszło jak burza. Piec zahuczał bardzo szybko i łatwo doszedł do 60 stopni. W domu zrobiło się ciepło, a ja zauważyłam, rozbierając się z grubego swetra z golfem, że jednak nie ma to jak zażyć trochę cieplnego komfortu w taki chłodny czas. Humor od razu, automatycznie się poprawia.

A poza tym pokazujemy wynik Aninego mydlarskiego hobby, pięknie opakowany, ręcznie oczywiście. Dzisiaj kąpiel w gorącej wodzie mydełkiem kozim uskuteczniam. Anna wybiera kawowe.





20 komentarzy:

  1. Piękna ręczna robota. Gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że wybrałyście sadzę z komina; u mojego brata zapaliła się, a huczało i walił ogień z komina jak ze startującej rakiety; pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiedziałam,że można w domu mydło samemu zrobić. Ania sama się nauczyła mydło robić? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pierwszy kurs przeszłyśmy latem dzięki naszej znajomej

      Usuń
  4. Świetne opakowania zrobiłyście dla mydełek, a może napiszesz coś więcej, jak te mydła zachowują się w użytkowaniu ? Pewnie już je sprawdziłyście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mydła ręcznie robione są wzbogacone o glicerynę, która w przemysłowych procesach jest oddzielana od mydła i sprzedawana oddzielnie. W efekcie są łagodniejsze dla skóry, mniej wysuszają niż mydła tradycyjne. Mydło z mleka koziego dodatkowo nawilża i odżywia skórę. Mydło nie zawiera żadnych dodatków typu barwników czy substancji zapachowych, nie zawiera również środków konserwujących. Z tego względu może być stosowane przez alergików.

      Usuń
    2. Bardzo dziękuję za informację :)

      Usuń
  5. A ja widziałam prognozę pogody na zimę, która przypomina słowa Klimuszki ;-)
    Jakiej wielkości kostki mydła Ania robi? Na wymiar czy na wagę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. staramy się robić jednakowe wagowo kostki - około 100 - 116g

      Usuń
  6. A czy mozna nabyć u Was owe mydełko ? U nas, mieszczuchów, trudno o cos takiego. Jeśli jest taka możliwość, to ja bardzo chetnie :) Pozwoliłem sobie dodać Waszego bloga do ulubionych, bo bardzo lubie czytać, to co sam chciałbym tworzyć :) W ramach inspiracji :))

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne, i mydła i opakowanie. Też bym chętnie nabyła.:-)

    OdpowiedzUsuń
  8. A co do mydła to jak wam reaguje mleko po dodaniu wodorotlenku sodu? Nie kipi ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NaOH dodaje sie do zamrożonego mleka, najlepiej w łaźni pełnej lodu

      Usuń
    2. Dziękuję za odpowiedź :)

      Usuń
  9. Gratuluję Ani pięknej pracy. Pięknie wygląda mydełko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki, to wszystko dzięki mleku koziemu ;-)

      Usuń
  10. Jak dostac ma na Priwa? (w sprawie mydelka)

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetna robota! Świetne opakowanie! Gratuluję.
    Korzystając z okazji chciałbym się przywitaći podziękować z bloga ktrego czytanie często daje mi chwilę relaksu i refleksji. Pozdrawiam z Podlasia

    OdpowiedzUsuń