8 czerwca 2018

Sianokosów czas

Po kilku mokrych i zachmurzonych dniach po skoszeniu siana, które cierpliwie przeczekać trzeba było, przyszła murowana pogoda. Suchutkie siano zostało skostkowane i zwiezione wczoraj i dzisiaj do gospodarstwa. Umówieni chłopacy oczywiście nie byliby sobą, żeby numeru nie wywinąć. Andriusza z samego rana kielicha wychylił z Iwankiem pod chatą i przy sianie zaczął się słaniać i bełkotać. Trzeba było go przekonać, że do roboty się nie nadaje i odwieźć z łąki do domku, z nagrodą pocieszenia za fatygę, butelką piwa rzecz jasna. Na szczęście zjawił się za niego Kościk, w miarę trzeźwy. Któremu sen przedziwny trzy razy z rzędu się przyśnił i dalejże mnie molestować, co on znaczy. Hurysy niebiańskie widział i rozmarzył się, jak całkiem nie on, że dobrze by mu było do takich się przytulić i szczerej miłości zaznawać. Tylko, gdzie je znaleźć? I jak? Nie przeszkodziło mu owo rozmarzenie jednak podrzucić i ułożyć na poddaszu obory kilka transportów kostek siana, które Ania pracowicie wykonywała stareńkim, naprawionym już Santa Klausem z przyczepką. Zainkasowawszy wczoraj wieczorem zapłatę, oczywiście dzisiaj nawet nie zajrzał. Zresztą okazało się, że nie ma po co.
Anna z samego bladego i chłodnego świtu wyruszyła na łąkę i zwiozła na podwórze dwa ostatnie transporty. Wrzuciłyśmy je same na drugie poddasze, ja podawałam ręcznie kostki (ciuki, albo po tutejszemu tiuki) na balkonik i całkiem nieźle mi poszło. W podsumowaniu były to najtańsze sianokosy, jakie dotąd przyszło nam wykonać, nie licząc pieniędzy, a brak zwykłego potu i łez. Uff.
Spiekota tymczasem prędko wzrasta. Pastwisko wygląda coraz gorzej. Kozy "na szczęście" pasą się tylko z rana i po południu raptem kilka godzin w ciągu dnia. W czasie, gdy ślepaki i gzy są najmniej napastliwe. Resztę czasu, tak od 11 do 15/16 przesiadują głęboko ukryte w oborze.

6 czerwca 2018

Tak, jak miało być



Dwa dni temu odeszła. Zostawiła swoje ziemskie ubranko. Pod koniec 13 roku życia. Zwolniłyśmy ją ze służby. Ku nowym doświadczeniom. Była z nami dokładnie tyle czasu, ile mieszkamy na Podlasiu.

1 czerwca 2018

Żywe poranki

Skwarne upały i wszelka upierdliwość muchowatych i krwiopijczych stworzeń powietrznych (jak przystało w znaku żywiołu Powietrza, Bliźniętach) zmusiła nas do wstawania kapkę wcześniej, niż 7 rano, by zdążyć wydoić kozy przed ich aktywnością. W praktyce wstaję o 6, co dla mojej natury zawodowego spacza (bo czymże nazwać śnienie i wyciągane z niego urzeczywistniające się w postać książki czy zapisów blogowych treści?) jest dość ekstremalnym doznaniem. Na szczęście już się nieco przyzwyczaiłam, a poza tym mój strach przez latającymi wokół głowy ślepakami jest większy, niż potrzeba snu rano.

Idzie na sianokosy, już się w praktyce dzieją. Zapowiedzi deszczu wciąż się zmieniają. Na razie jednak pogoda trzyma.
Wykluły się pisklęta kurze, w liczbie sześciu, pod kwoką, która uparta nie dała się otrzeźwić z "koktania" i dostała kilka jajek na odczepnego. Wygląda na to, że do ich zrodzenia się przyłożył swoją mini-miarkę Kochaś, czyli kogut z rasy miniaturowych kochinów. I będzie więcej cudaków na podwórku, niż dotąd. Trudno. Las pochłonął już nam dużą część kurzego stada, i pewnie jeszcze to zrobi do końca sezonu, więc nie narzekam na zwiększoną ilość ptaków. Przynajmniej niektóre z nich przeżyją i zwiększą żywe zasoby gospodarstwa do przyszłego roku.
Klują się następne indyczęta. Poprzednie sprzedały się na pniu.

Poza tym Kola czuje się gorzej i w pogodzonym spokojnym smutku przygotowujemy się na jej odejście.

25 maja 2018

Pierwsze lęgi

Zaczęły się lęgi. W dwóch gniazdach narodziło się 25 pisklątek. W różnych odcieniach, od czarnego, przez czerwony do lawendowego i białego. Na razie na dzień lądują w pudle pod lampą, gdzie jedzą i piją i zyskują siły. Matki siedzą jeszcze na niewyklutych jajach.

Zainteresowanie indykami w rejonie zwiększyło się w tym roku, z powodu wybicia przez unię chrumkających mieszkańców chlewni i przydomowych chlewików. W zamian drobni rolnicy chcący coś robić i jeść własnego, przerzucają się na indyki. Nie tylko te hodowlane, białe brojlery-tłuściochy, które sporo kosztują w wylęgarni, są na nie wiosną zapisy, a potem nie ma się gwarancji, że dożyją swego przeznaczenia na jesień, bo wrażliwe na wszystko są. Oraz dostosowane do pasz wysokobiałkowych (czyt. GMO!), które także są drogie. I ktoś, kto ich nigdy nie hodował może się przejechać finansowo, gdy mu stado, czy pół stada padnie, nawet na serce z otłuszczenia.
Toteż właśnie małorolni, ci od jednej-dwóch świnek do tej pory, rozglądają się za zwykłymi kolorowymi indykami, które owszem, mniejsze są, ale za to smaczniejsze, poza tym mniej jedzą, wystarcza im zwykła karma i nieco zielonej łączki, gdzie mogą polować na owady i dożywiać się same pełnowartościowym białkiem, rzadko chorują, można je łatwo rozmnażać i zawsze w gospodarstwie się przydają. Jako inkubatory i troskliwe nianie-kwoki dla innych ptaków, kur, gęsi, kaczek, choćby. A nadmiar jaj też jest mile widziany, bo są większe, niż kurze, pożywne i nader smaczne.

23 maja 2018

Musza pogoda

Pogoda szczęściem przestała być sucha i nadal jeszcze podlewa deszczem nasze rzadkie pastwisko i ogródek permakulturowy, przez co nadzieja wstąpiła w nasze serca, że nie będzie bardzo źle.
Trawa rośnie i pozieleniała tam, gdzie zaczynała już żółknąć. Kozy pasą się z chęcią.
Zakończyłyśmy tworzenie nowych wałów i wałków (a raczej wzgórków) pod dynię na całej połaci ogrodu. Do tej pory uruchomiona była tylko połowa. Po prostu z roku na rok przybywa tam naturalnego nawozu od kóz i drobiu oraz kompostu, starej słomy, siana, albo i świeżo skoszonej trawy, jak się ostatnio trafiło. Znajomy rolnik wziął się nagle do koszenia swego podwórka, nie konsultując się z pogodynką. Lunęło jeszcze tego samego dnia. Dał sygnał, Anna zebrała dwie przyczepki świetnej żyznej paszy, ale niewiele kozy skorzystały. Lunęło ponownie. Całość wiosennego zbioru wylądowała więc w ogródku jako cenny nawóz użyźniający pod porzeczki, i insze roślinki.
Zatem właśnie kończąc zapasy dyniowe zeszłoroczne (wczoraj były kruche placuszki z dyni i mąk bezglutenowych na obiad) zakończyłyśmy także siew tejże smacznej bani różnych rodzajów. Tudzież cukinii. Wyszło na zakładkę.
Przy domu zaś, pod włókniną, zabezpieczającą grządki przed kurzymi zakusami, pięknie urosła już rzodkiew, którą raczymy się codziennie w postaci tartej sałatki do wszystkiego oraz skubię pierwsze liście szpinaku.
W kąciku ziołowym góruje lubczyk, wzrasta żywokost, szałwia i mięta.

Zaczął się własnie znak Bliźniąt i od razu to widać w przyrodzie. Przede wszystkim w postaci większej upierdliwości owadów, much i gzów ze ślepakami, które się pokazały jak na zawołanie.

15 maja 2018

Trochę kolorów

Czasem, z rzadka aparat trafia do rąk. I coś rejestruje. Chwile.


Chodnik własnoręcznie tkany na tle...


Jeden z dwóch ocalałych od zeszłego roku, z pazurów drapieżnego lasu czupurów. Kogut czubatki polskiej bez grzebienia, zwykłe kury czegoś takiego nie potrafią zaakceptować. Próbujemy je sprzedać, lub zamienić jednego na kurkę. Stoi (by zapiać) na szczycie góry centralnej.

14 maja 2018

Sucho i mokro

Gonimy czas, hehe.
Kwitnie robinia, pospolicie zwana akacją, miesiąc wcześniej, niż zwykle. Do rozkwitu szykuje się też lipa. Pożytki pszczele skończą się zatem wcześniej, niż zwykle.
Wreszcie dzisiaj dopiero dotarł do nas deszcz. Wciąż tylko słyszało się, tam oberwanie chmury, tam zatopiło miasta, tam grzmiało, tam lało, całkiem nawet blisko, a u nas najwyżej chłodniejszy wiatr zawiał i kilka ostatnich kropel resztki chmury przyniosły. Na pustyni i deszcz nie pada. Tymczasem mikra trawa w sadzie, ogryziona na początek wypasania przez kozy, zaczęła już miejscami przysychać. W maju! A co będzie w lecie?
Przypominają się słowa starego Mikołaja. "Suchy maj, nieurodzaj".
Anna posiała ogródek przy domu, nasionami dyni i cukinii, oraz fasolki. Szpinak i rzodkiewka wzeszły. Krzewy porzeczkowe zawiązały nawet sporo owoców. Te przy domu da się podlać, ale w ogródku permakulturowym już nie, za daleko. Podobnie jabłonie, owszem, kwitły w piękną pogodę, jest dużo zawiązków, ale czy przetrwają suszę? Ot, zmartwienia rolnika.

Mimo dotąd zgoła upalnej pogody obrodziły też w tym roku meszki, a i komarów jakby więcej się pojawia. Nie są to ilości, które pamiętam z pierwszych majów na tej wiosce, gdy porą o zmierzchu nie dało się wyjść na dwór, bo do nosa i oczu się rzucały, jak na Syberii nieomal. Ale bywa męcząco akurat przy porannym i wieczornym dojeniu. Kozy też tego nie lubią. Schodzą z pastwiska wcześniej, beczą, wierzgają nogami, zrywają się nagle i biegną jak szalone przed siebie, lub kładą się na brzuchu, aby najczulsze miejsca osłonić przed ukąszeniami. Gdy wracają do obory za nimi ciągnie chmura mikroskopijnych owadów, których ukąszenie boli wielokrotnie bardziej, niż komara. Z roku na rok ich ilość wzrasta.

Poza tym kolejne indyczki zasiadły, w tym na jajach gęsich. Kurczęta z wylęgarni mają się dobrze. Kury się niosą. Jutro pierwsze lody.

3 maja 2018

Pogodnie

Wreszcie sad rozkwitł. Jabłonie staruszeczki ubrały się jak panny młode. Pszczółki i trzmiele uwijają się z miłym dla ucha brzękiem. Pogoda, ciepło, słonecznie i przyjemny wietrzyk sprzyja. Brakuje deszczu. Zapowiadali, do nas nie doszedł. Na północnym Podlasiu spadł duży grad, u nas ledwie trochę bardziej dmuchnęło i kozy nieco się pobiły, zagrzmiało, ale burza nie dotarła.

Do prac codziennych doszedł udój poranny i zagospodarowywanie mleka. A także wypas kóz po opłotkach (pastwisko jeszcze oszczędzamy, bo trawa mikra i przy niewielkich opadach wolno rośnie). Pierwsze serki, twarożki, i przede wszystkim jogurt, za którym obie się stęskniłyśmy i pijemy półlitrowymi kubkami na raz, z dodatkiem pasteryzowanych słodkich jagód, albo jakiegoś dżemu. Staram się zmniejszyć maksymalnie piwniczne zapasy słodkości, soków, dżemów i marmolad, żeby zrobić miejsce na nowe, tegoroczne. Niektóre dżemy są sprzed dwóch lat, przetrwały i dają się zjeść bez problemu. W zasadzie rok kwitnienia sadu daje tyle owocu, że przerabiam go tak, aby starczyło na dwa lata właśnie. W praktyce jest tego na trochę dłużej. Jedynie cydr za szybko się kończy i tego nie opanowałam.
Sezon winiarski zaczynamy od nastawienia wina z mniszka na sztucznym miodzie, odzyskanym przy pomocy miodarki z niedojedzonych w zimie zapasów w ulu. Trwają zbiory kwiatu bzu.

Anna sprowadza różne herbaty prosto z Chin i raczymy się nimi. Parzone w czajniczku, który stoi na ciepłej kuchni, są najlepsze z dodatkiem konfitur. Jedzonych łyżeczką z glinianego spodka, na sposób rosyjski popijane gorzkim naparem.

Zasiąść na jajach chce już trzecia indyczka. Gęś się niesie, dając wyjątkowo dorodne jaja, zbieramy. Kaczusia też się stara.

W nielicznych przerwach od zajęć codziennych Anna zajmuje się mozaikowaniem, nową dla siebie techniką zdobniczą, którą poznała na dwudniowym kursie w Białymstoku. Ja bawię się gliną, lepiąc głupotki. Przy okazji, ponieważ robimy to na tarasie albo altanie, słucham ptaków, majowych treli i obserwuję zabawne zachowania własnego stada nielotów.

28 kwietnia 2018

Jak się rozgrzać?

Zimne wciąż noce i mocno rześkie poranki pewnie są winne temu, że Anna wciąż narzeka na różne bóle w kościach i wychłodzenie organizmu. Zawsze, jako rozpieszczona Warszawianka wychowana w temperaturze 30 stopni latem i zimą, reagowała nieadekwatnie na zmiany w pogodzie, ale teraz przekracza wszelkie granice. Trochę mnie to śmieszy, ale przecież widzę, że się męczy. Nie pomagają plastry rozgrzewające, których zresztą w najbliższej aptece zabrakło, bo tak ponoć masowo ludzi połamało lumbago, ani ubieranie się jak na zimę w słoneczne dnie.

Na dokładkę Santa Claus czeka na dostawę jakiejś drobnej części kupionej w internecie, u mechanika, który stwierdził, że to mała usterka i staruszek jeszcze będzie na chodzie. Zatem w razie konieczności pojawienia się w miasteczku w ruch idzie rower. A tych konieczności bywa całkiem sporo. Do sklepu, do domu kultury, do mechanika, na pocztę, albo na autobus do miasta... Po każdej takiej wyprawie, raptem kilkukilometrowej, ale zawsze albo pod zimny wiatr, albo w krótkim południowym upale, wraca na nowo cierpiąca. A to na dreszcze, a to na katar, a to łamanie w kościach, a to na ból głowy albo gardła. Mnie zresztą i bez jazdy na rowerze gardło również kilka dni bolało. Taki czas widocznie...

Zjawili się panowie dwaj i profesjonalnie dokończyli wylewkę podłogi. Schnie teraz, my wciąż w bałaganie remontowym uprawiamy domowy surwiwal. W którym jestem zaprawiona od lat, więc niewiele zauważam z niedogodności. Grunt, że podłoga na tyle stwardniała, że można było biurko wnieść i podłączyć komputery do sieci.

Pisklęta z racji nie tylko owego zimna nocnego, ale i braku dla nich przygotowanego miejsca w budynku gospodarczym, mieszkają w skrzyni przy kaloryferze, w nocy pod włączoną lampą-kwoką. Mają się dobrze, karmione naturalną karmą: osypką, kartoflami, kaszą, gotowanymi jajami, twarogiem (resztą zeszłorocznego z zamrażarki) z dodatkiem posiekanej młodej pokrzywki i domieszką piasku. Tak, dobrze czytacie. Piasku. Kury, podobnie jak kaczki i gęsi mają żołądki przystosowane do trawienia piasku, z którego budują sobie kości, gdy rosną, a potem skorupki jaj, gdy się niosą. Ponieważ nie dostają tak zwanego "startera", czyli mieszanki paszowej z kukurydzy i soi (wszystko GMO) ze sztucznymi witaminami i co tam jeszcze diabeł wymyślił, tylko białko pierwszej klasy z gospodarstwa i witaminy z zieleniny, to wapń i potrzebny budulec otrzymują w postaci zwykłego żwirku. Mają się od tego bardzo dobrze. Ten sposób odkryła i z powodzeniem uskuteczniała w hodowli kaczek moja babka.
Na kilkadziesiąt sztuk tylko dwa pisklęta zdechły zaraz na samym początku, od urodzenia słabowite. Co jest bardzo dobrym wynikiem. Nie miałam nawet takiego, dając im dawno temu z głupoty ów starter. Którego nie chciały jeść i wyraźnie nie lubiły.

Poza tym z wolna urządzamy ogródek permakulturowy pod brzeziną. Pojechała już nań tegoroczna dawka obornika, który ułożony w mało malownicze wały będzie dojrzewał, a przy okazji tradycyjnie posadzi się na nim dynie i cukinie. Robimy to co roku i słabiutka leśna gleba wyraźnie inaczej pracuje, co widać po dorodności traw, które się tam zaczęły mnożyć. Kosimy je latem dla kóz. Teraz ściółkujemy truskawki, maliny i krzewy porzeczek. Które zabierają się do kwitnienia i w większości pozbierały się po klęsce suszy i wymierania. Przyjęło się kilka kwitnących drzewek i krzewów koło pasieki, a także rząd przesadzonych dzikich róż. Kiedyś może zacznie to jakoś wyglądać, bo na razie - mimo naszych wytrwałych starań - wciąż prezentuje się mikro i niedorodnie.
Nawiasem mówiąc zeszłoroczne dynie jeszcze jemy! Już się co prawda kończą, ale zupa dyniowa albo placuszki dyniowo-ziemniaczane bywają na stole co kilka dni.

Poza tym dwa dni temu odbyło się odsadzenie młodzieży od matek na noc i oto pojawiło się mleko. Nie jest go na razie dużo, bo kozy nie pasą się jeszcze zbyt długo na zielonym i nie wszystkie doimy. Ot, dwie godziny dziennie łażą po okolicznych łączkach skubiąc kwietniowe trawy wysokości najwyżej palca u ręki. Ale dobre i to.

Od dwóch dni siedzi także indyczka na 15 jajach, a druga już grzeje gniazdo w oczekiwaniu na podłożenie kolejnej porcji. Z wielką paradą zaczęła się także nieść wreszcie raz na dwa dni moja droga Pulcheria, czyli Balbinowa Pulcia.

27 kwietnia 2018

Zdjątka

Czy te oczy mogą kłamać?


Taka gra, czyli narożnik.


Pająk. Własnoręcznie zrodzony.


20 kwietnia 2018

Góra centralna

Zakwitła śliwa węgierka przed tarasem. Mimo wiatru i zimnych nocy pszczoły się starają, brzęczą w najcieplejszych godzinach dnia i zaglądają w okna domu.

Planety zadziałały, Słońce wychodząc z Barana spotkało się z Uranem, otwierając świat na niespodzianki, a Merkury przestał się pozornie cofać na niebie i ruszył znowu do przodu, zatem nie blokuje już załatwiania spraw. Wszystko co do pory, którą oznajmiłam tydzień wcześniej zmęczonej odmowami gospodyni.
Zadzwonił telefon.
- Słucha, ja w sprawie żwiru, co my rozmawiali o tym...
I tak przyjechała przyczepa z ilością, która na jeszcze jedną podłogę wystarczy, załatanie dziur na podwórzu, wyjedzonych (!) przez drób i rozkopanych przez psy oraz pogrubienie warstwy ochronnej na ziemiance, która nieco się przez lata kozich harców osypała. W cenie transportu.

Mamy zatem górę piachu centralnie przed garażem usypaną. Niczym omphalos na mojej planecie. I otwieramy się na dalej... acz bez zbędnej napinki. Która sensu bytu nigdy nie ma.

17 kwietnia 2018

Uwijamy się

Wiosna się umacnia i zaznacza. Odzyskujemy siły.
Po prawosławnej Wielkanocy zjawili się majstrowie dwaj i rozpoczęli remont głównego pokoju, umówiony już jesienią. Zerwali drewnianą, chyboczącą się tu i ówdzie podłogę, wynieśli potężne drewniane legary, oczyścili nieco podłoże i zalali pierwszą warstwą betonu. Mimo, że pozostało jeszcze 2/3 tyle żwiru, ile zużyli, zalegającego na kupie od czasu stawiania "budy", oznajmili, że to może być za mało i nie chcą ryzykować niedoróbki przy drugiej wylewce. Zażyczyli sobie nowej kupy żwiru. Jednak ich stały dostawca doznał awarii ciężarówki, inni zaś zapytani telefonicznie albo jeszcze nie wożą, albo dawali takie ceny za sam transport, że skorzystać z ich usługi to hańba dla klienta (transport 3 x droższy od towaru). W takim razie stanęło na tym, że czekamy drugi tydzień. Aż się coś wyjaśni. Samochód naprawi, albo jakiś tani dostawca rozpocznie pracę. Oczywiście myśl, żeby wykorzystać to, co jest na miejscu, a w razie małego braku ukopać (mamy działkę na wydmie i piasku pod dostatkiem) nie ma prawa się przebić w tym wypadku. Honor nie pozwala. A z nim lęk, że z trudem znalezieni majstrowie zostawią sprawę, jak zostawili. I będziemy już ciągle mieszkać na betonie...

Dzięki tym pracom nie było przez kilka dni dostępu do internetu (teraz jest, bo wylewka stwardniała i dało się wnieść stolik z komputerem). Odwyk był dla mnie mocno pouczający. Wróciłam do lektury książek, które wreszcie - z racji nowych większych regałów wychynęły z pudeł (gdzie tkwiły jeszcze od czasów przeprowadzki z Warszawy)  i uznałam, że trans w jaki wprawia mój mózg podłączenie do sieci jest pożerający i unicestwiający. Zmieniam zatem tryb pracy umysłowej na inny, mniej sieciowy.

Wczoraj zaś, przy okazji nowiu księżycowego, udało się dokonać pierwszej poważnej pracy w gospodarstwie, jednej z kilku najważniejszych, mianowicie wywózki obornika z koziarni do ogrodu. Anna rano pojechała rowerem na wioskę i udało jej się zrządzeniem Opatrzności sprowadzić pracownika. Trzeźwego, chętnego do pracy. Nakarmiłam go porządnie, napoiłam, a oni oboje pracowali pilnie przez 8 godzin, rwąc parkiety tak wysokie, że kozy już rogami o sufit zahaczały.
Udało się oczyścić trzy główne boksy, zostały jeszcze dwa najmniej załadowane, które już obie skończymy.
Wożenie fur na pole tak zmęczyło starego Santa Clausa, że coś mu się porobiło tak, że strach nim jechać gdziekolwiek dalej. Zatem sprawa kupna nowego starego samochodu pilna się zrobiła.

Poza tym przyjechały kurczaczki jednodniowe z wylęgarni i oto zaczynam doroczne dokarmianie. Nadmiar jaj przyda się na coś, niewątpliwie.

Trwa też robienie grządek i sianie, na razie liściastych nowalijek. Nie spieszymy się. Jest sucho, na deszcz się zanosi już trzeci dzień i nic. Oraz piłowanie drewna i układanie pod daszkiem. Codzienne ćwiczenia gimnastyczne.

Zaczyna kwitnąć klon przy domu. Pszczółki się uwijają, brzęcząc mile dla ucha.

8 kwietnia 2018

Wiosenne blogowanie

W domu w dzień jakoś za ciepło się zrobiło. Warszawianka jednak wciąż narzeka, że nie, że wręcz przeciwnie, zimno!
Przepalam jeszcze w c.o., jeden wkład bez dorzucania. Drewno pali się kilka godzin, wolniej, niż w zimny czas. Gotuję na nim karmę dla ptactwa, zagotowuję czajnik wody i porzucam czynności grzewcze.
Chodzę już w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawkiem, nawet na dwór zdarza mi się tak wyskoczyć. Żadnych przeszkód. Uszy raczą się pięknym śpiewem wiosennych ptaków. Chce się siedzieć na tarasie i wchłaniać wiosnę.

Niosą się już indyczki. Balbiny udają, że coś tam w tych sprawach robią, ale nie widać jajecznych skutków. Przesiadują przy garze z wodą i grzeją się w słońcu. Ot, ozdobna para.
Kaczusie zostały już tylko dwie. Trzecią, niestety, trzeba było ubić. Zaczęła upadać na nogi. Po egzekucji okazało się, że miała w sobie rozbite jajo. Jednak okazała się kaczką, nie kaczorem.
Kury niosą się wściekle, jak to na wiosnę.

Wykorzystując trochę czasu przed nawałą koniecznych prac fizycznych do wykonania, uruchomiłam w sieci kolejny swój blog. Zawierający zapisy z niejawnego życia śniącej wróżki. Jakoś tak na podsumowania mnie wzięło z okazji długich saturnicznych wpływów, jakie ostatnio przechodzę.
Nazywa się: Transwizjon. Świat po drugiej stronie.

5 kwietnia 2018

Wiosenne parcie

Powoli, ale systematycznie karaskamy się. Lumbago przechodzi, Anna może już się zginać, pochylać i kucać bez większego bólu. Temperatura bliska normalnej. Kaszel i katar odeszły.
Czas najwyższy, bo wiosna wpadła z impetem. Soki drzewne ruszyły gwałtownie, więc łapiemy co się da, pijąc oczyszczającą oskołę. Wraz z sokami pobrzękują pszczoły. Chyba nie jest z nimi źle, przynajmniej tak źle, jak nam się zrazu wydało. Pączki nabrzmiewają, ino patrzeć, jak las się zazieleni.

Czekając na majstra, umówionego na po Wielkanocy prawosławnej, staramy się codziennie coś uprzątnąć i wynieść z pokoju, który teraz wreszcie zyska wykończenie. Nie mamy jeszcze dużo siły fizycznej, więc nadrabiamy systematycznością i cierpliwością.

Kozy już tęsknie wyglądają z podwórza ku lasowi. Dostają kostkę siana na powietrzu i ogryzają drewno opałowe, ściągnięte niedawno. Miejscowi pouczali nas, że bydło nie powinno się paść na pierwszych soczystych gałązkach i pączkach, bo często wtedy choruje. Pilnujemy więc tego.
Dzieci rosną zdrowo i wesoło. Mleka nie ma. Ledwie tyle, co do kawy, niekiedy do naleśników albo budyniu uda się ukraść małym żarłokom.

Dziś Anna obsiała inspekt, nakryty starymi oknami. Szpinak, roszponka, takie tam.

30 marca 2018

Test medyczny

W ostatnim czasie Saturn i Mars, dwa największe w astrologii malefiki, czyli twórcy zła, w kwadraturze do Słońca w wiosennym znaku Barana dają mi popalić. Dają zresztą popalić nam wszystkim, ponieważ są to układy odpowiedzialne za tę nieszczególną, niewiosenną, zimną, śnieżną i pozbawioną powabu pogodę, której jak dotąd końca nie ma. Mars jeszcze zbliża się do Saturna na moim urodzeniowym Słońcu w Koziorożcu, ale to już pesteczka. Wobec tego, co mamy już dzięki Bogu za sobą.
Od półtora tygodnia w domu testujemy wielką i małą farmę. Na tę samą chorobę. Ja - Koziorożec z Księżycem w Pannie, doświadczany Marsowo-Saturnicznie, na starcie 38,5 stopni gorączki, po zażyciu 13 kropel cudownego specyfiku stosowanego przez carskich lekarzy wojskowych podczas I wojny światowej (koszt grubo poniżej złotówki) doszłam pierwsza w pozycji pionowej do mety. Anna, tak samo Koziorożec z Księżycem w Pannie, doświadczany w w/w sposób i identycznie wysoką gorączką, po zażyciu 16 tabletek antybiotyku i różnych takich (koszt 50 złotych) właśnie przedwczoraj zgięła się nie tak i dostała na samej mecie... ataku lumbago. A po nocy spędzonej z gorącym termoforem na wiadomej części ciała, zaliczyła zjazd, z którego musiałam ją własnoręcznie z podłogi zbierać i podnosić. 
Po intensywnym dokarmianiu od rana, chuchaniu w rozgrzanej pościeli, oraz pieszczeniu oczu i uszu netflixowym gównem serialowym bez przerwy, zdołała wpełznąć po drabinie na strych obory, aby zrzucić zapas siana dla kóz na kolejny etap urlopu rekonwalescencyjnego, Sama nie wiem, czego lepiej się trzymać, z tych metod leczniczych... bo gros pracy spadło na moje barki. W każdym razie gaszę wieczorem pragnienie czerwonym winkiem własnej roboty... i rozmyślam o podobnych splotach przeznaczenia rozwiązanych innymi sposobami, wnoszącymi jakże odmienne skutki na dalej.

26 marca 2018

Kryzys wiosenny

Powaliła nas choroba. Anna szybko zrejterowała do lekarza i zaczęła kurację antybiotykową. Ja pozostałam przy swoich metodach. Po tygodniu czasu mogę powiedzieć, że obie czujemy się jednako ch...jowo.
Kiedy razem miałyśmy powyżej 38 stopni gorączki musiałyśmy skoordynować swoje wysiłki, aby wykonywać codzienne konieczne prace, nawet pełznąc i czołgając się. Aby potem paść na kilka godzin w ciepłą pościel i usiłować wypocząć.
W tym czasie wykociła się ostatnia koza, na świat przyszły dwie śliczne kłapciate kózki, trzeba było dopełnić obowiązków położnej. Nie zauważyłyśmy z tego chorobowego przemęczenia, że koza ma ranę na wymieniu, wyglądała na zabrudzenie łożyskiem. Anna odkryła prawdziwą przyczynę dwa dni później, gdy zdojone mleko z nabrzmiałego strzyka zaczęło być mocno różowe. Na szczęście w domu jest stale w pogotowiu lekarstwo i strzykawka. Koza dostała trzy razy antybiotyk, specjalne odkażające smarowania i opuchnięcie już schodzi, mleko też wróciło do zwykłej barwy.
Dostała cios rogami od własnej matki, która była już mocno zmęczona ciasnotą i zamykaniem ich na całe dnie. Kiedy pogoda zaczęła się wyraźnie poprawiać i ocieplać, w dzień słońce wysoko stać, a my odzyskałyśmy nieco sił, kozy są wypuszczane na kilka godzin na podwórze, gdzie zajmują się korowaniem zwiezionego drewna i jedzeniem siana, a koźlęta bieganiem i zabawą. Bardzo to uspokoiło nastroje.
Wizja zbliżającej się wiosny, ćwierkające wiosenne ptaszki, ciepło w ciągu dnia (w nocy są nadal przymrozki i gleba wcale nie odmarzła) poruszyła też rolniczy biznesik. Ogłoszenia dawno wisiały tu i ówdzie, a dopiero teraz bywa po kilka telefonów dziennie. A to ktoś kózkę kupił, a to kozła pożyczył, a to koguta się sprzeda, może indora lub indyczkę. Tylko o jaja nikt nie pyta, a wysypują się z lodówki, mimo, że codziennie karmię nimi psy i koty, a Anna zrobiła wielojajeczny sernik z przedostatniego twarogu zeszłorocznego, przechowanego w zamrażarce.

Zajrzał też majster ustalony jeszcze przed zimą, do wykończenia pokoju głównego, który wciąż pozostaje w pierwotnej wersji. Szykuje się zatem ostry remont zaraz po świętach.

Póki co snuję się po świecie w zwolnionym tempie, z trzaskającym bólem zatok czołowych, tłumionym tabletkami przeciwbólowymi, nosem odtykanym kroplami do nosa, i niedomiarem temperatury, 36,4.

19 marca 2018

Się plecie

Krótkie przedwiosenne ocieplenie szybko się skończyło. Mimo wysokiego jaskrawego słońca wrócił śnieg i mróz, nawet jeśli w porywie dnia dochodzi tylko do minus 2, to i tak wrażenie zimna jest dziwnie spotęgowane, podmuchy lekkiego wiatru szczypią w nosie i oczach, dłonie grabieją. Aż wątpię, że prognozy internetowe i inne oficjalne mówią prawdę. Wszystkie posiadane dotąd domowe, zewnętrzne i wewnętrzne termometry wysiadły, chińszczyzna poprzylepiana na szybach okien wprowadza w błąd, pozostaje palić w piecach i cierpliwie żdać wiesny!

Koźlęta zrobiły się już tak energiczne, że wyłapywanie ich po obrządku graniczy z cudem. Ledwie dwa psy sobie z nimi radzą, wganiając rozbrykane bachory do obory. To nie koźlęta, a pchły jakieś! W efekcie takich codziennych wysiłków łowieckich, Anna zapadła właśnie na coś w rodzaju przeziębienia. Chrząka, pokasłuje, narzeka na gardło i lekki ból w oskrzelach.
- Trza było gębusi nie drzeć pod wiatr - stwierdziłam kwaśno. Bo teraz cała rebiata na mojej głowie będzie.

Witamina C wyszła była i zapas nie został uzupełniony w porę. W ruch poszła cebula, czosnek, chrzan, imbir, sok porzeczkowy, herbatka rozgrzewająca z kwiatu lipy, cytryna, gorące mleko i termofor pod stopy. Filmy na Netflix w oczy, żeby czymś zająć umysł. I tak to się plecie.

15 marca 2018

Ciepłe powietrze

Udało się sprawnie zwieźć dwie fury pozyskanego drewna z pobliskiego lasu. Resztę, tę najbliższą drogi Anna przywiozła na przyczepce. Traktorzysta z synem był sprawny, solidny i niedrogi. Anna chwyciła zatem dziś za piłę swoją ukochaną i rżnie wielką kupę. Mnie czeka układanie.
Opał uzupełniający tegoroczne zużycie, na przyszłą zimę, zmieścił się w granicach 200 złotych. Owszem, trzeba będzie jeszcze doliczyć koszty paliwa do piły. Ale robocizna własna.

Kury, z radości przedwiosennej zwiększają nieśność. Dziennie dochodzą do 9 jaj.
Dokarmiane koźlęta mają się dobrze. Najstarsza Fruzia została odstawiona na noc i rano mleko Felicji idzie na nakarmienie czworga głodomorków. Dwóch syneczków Flory, i dwóch córeczek Muci, pierwiastek. Florka, Froda i Fiki i Miki. Robimy to już tylko dwa razy dziennie, bo dzieciaki jakoś sobie radzą, w końcu mają matki.

Wczorajszy wyjazd do powiatu, w sprawach urzędowo-zakupowych (ZUS, KRUS, Agencja Rolna, bo termin określenia się co do stada mijał właśnie, supermarkety, żeby zapas makaronu dla psów i ryżu dla nas zrobić), mimo, że przebiegł sprawnie, i Santa Klaus wbrew wcześniejszym obawom spisał się dzielnie, mocno nas umęczył. To przedwiosenne powietrze, ech. Wysysa siły.

12 marca 2018

Kiszka ziemniaczana z Podlasia

Śniegi zeszły, jeszcze gdzieniegdzie utrzymuje się grząskość podłoża. Stado ptasie żeruje na kaczym dołku wydrapując chciwie z gleby resztki mchu. Wzięło nas wczoraj na kulinarne zajęcia dodatkowe. Taka kulinarna niedziela.
Przyrządziłam kolejne porcje pasztetu w słoikach, wyszło ich pięć. Bo poprzednie szybko się skończyły.
A poza tym, jakby z rozpędu sporządziłyśmy kiszkę ziemniaczaną, podlaski przysmak. Nigdzie nigdy wcześniej jej nie jadłam w Polsce, tak jak i babki ziemniaczanej. Potrawa wschodnia jednym słowem. Dawno już przez nas nie robiona. Wyszła pięknie i smacznie, dziś się skończyła, a na poczęstunek załapał się niespodziewany gość. Pochwalił.



Kiszka ziemniaczana

Składniki:
2 kg ziemniaków
1 duża cebula
0,3-0,5 kg boczku, podgardla albo słoniny, co się ma. Można też dodać pokrojonej w kostkę kiełbasy.
5 łyżek mąki ziemniaczanej
2 jaja
Przyprawy: sól, pieprz czarny świeżo mielony, ziele prowansalskie, zależnie od gustu, 3-4 ząbki czosnku.
Jelita

Przyrządzenie:
Ziemniaki, czosnek i cebulę zmielić drobno, jak na placki ziemniaczane, odsączyć. Dodać pokrojonego w kostkę boczku lub słoniny, jaja, posolić (na tę ilość łyżka-półtorej soli) i przyprawić do smaku. Dokładnie wymieszać, zagęszczając nieco mąką ziemniaczaną. Konsystencja nie może być zbyt rzadka, ani zbyt gęsta, podobna do tej na placki ziemniaczane, może ciut gęściejsza.
Nakładamy jelito na odpowiednią końcówkę w maszynce i nabijamy tak samo, jak to się robi z kiełbasą. Formujemy kiełbaski długości parówek.
Układamy na dnie brytfanny kilka cienkich paseczków słoniny, układamy nabitą kiszkę, tak, aby się ze sobą nie stykała. Nakłuwamy każdą kiszkę w kilku miejscach szpilką, aby płyn podczas pieczenia miał którędy uciec. Inaczej kiszka pęknie i straci na piękności. Można jeszcze dać odrobinę smalcu na wierzch każdej kiszki.
Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, z termoobiegiem jakąś godzinę.

Smakuje na ciepło i na zimno. Z chrzanem, keczupem, kwaszonką do smaku. Odsmażana ze skwarkami zyskuje nowe życie.

8 marca 2018

Przed przedwiośniem

Wreszcie puściło ostre mrozisko, zmuszające nas do palenia w piecach od rana do nocy. Od wczoraj odwilż pełną parą, pcha się przedwiośnie. Ptaki ze świeżym przypływem sił rozbiegają się po obejściu, penetrując przestrzenie dotąd zakryte śniegiem i zamrożone. Chce im się grzebać, szukać pokarmu. Jak na razie znoszą po 5 jaj dziennie, ale pewnie na dniach będzie jajeczny szturm.

Anna zwiozła co mogła z leśnego urobku, do reszty trzeba traktor wynająć. Szykuje się pszczół posłuchać, czy się ruszają, brzęczą w ulu. Jak trzeba będzie, dokarmić przed wiosną. Mnie się różne plany snują po głowie. Działać się chce.

Urodziło się nowe stadko kozich dzieci, w większości płci męskiej. Jeszcze tylko jedna koza do wykotu. Nie było większych perturbacji, oprócz tego, że pierwiastki mają po dwójce, a mleka mało. Zatem dokarmiamy trzy razy dziennie trójkę koźląt, z butelki, mlekiem zdojonym od Gwiazdy.

25 lutego 2018

Pasztetowa w słoikach

Dawniej mawiano, i ja też to powtarzam, żeby nie zginęło doświadczenie przodków. Zima w Polsce musi się wymrozić, choćby przez 2 tygodnie. Jeśli tego nie zrobi w grudniu czy w styczniu, to raczej pewne jest, że mróz wypadnie w lutym. I mamy!
Oczywiście, w zależności od zimy będzie to mróz mniejszy lub większy. Ale dobrze jest, gdy potrzyma trochę w okolicach 15-20 stopni, a raz czy dwa spadnie jeszcze niżej. Tak dla zdrowotności!

Ach, moja niezapomniana pierwsza zimo na Podlasiu! 2005... Mróz trzymał kilka miesięcy, raz sięgnął prawie 40 stopni, a gdy temperatura z 28 w dzień spadła wreszcie do 15, czułam taką wzniosłą radość, jakby wiosna już przyszła!

Ponieważ dzisiaj w nocy ma być najchłodniej, to trochę czynności kuchennych sobie dodałam, żeby jakoś to znieść i wykorzystać dłuższe, niż zazwyczaj palenie w piecu.

Co więc dzisiaj mamy? Ano...

Pasztet do smarowania, pakowany w słoikach

Składniki: 
0,8 kg mięsa koźlęcego, karkówki bądź łopatki
0,25 kg wątróbki koźlęcej
0,20 kg podrobów koźlęcych (serce, płucka)
0,30 kg słoniny
Warzywa jak do rosołu, zatem 2 marchewki, pietruszka, seler, cebula
Przyprawy: sól, pieprz prawdziwy, kilka ząbków czosnku, cząber, albo czarnuszka czy mieszanka prowansalska

Przyrządzenie:
Wrzucamy do gara z wodą z dodatkiem ziela angielskiego i kilku listków laurowych najpierw warzywa, gdy chwilę się pogotują dodajemy mięso i podroby, a na koniec wątróbkę. Tę warzymy około 5 minut i odstawiamy wszystko do przestygnięcia.
Następnie mielimy drobno mięso, podroby, surową cebulę i czosnek, gotowane warzywa oraz słoninę. Dodajemy przyprawy do smaku według własnego gustu i dokładnie mieszamy.
Pakujemy masę w wyparzone wcześniej słoiczki po dżemie, dokładnie ubijając, aby nie było przerw i pasteryzujemy przez półtorej godziny w temperaturze w granicach 65-75 stopni. Odstawiamy do ostygnięcia.
I pałaszowania.

"Weki mięsne w słoikach 2 razy pasteryzować trzeba w odstępie 1 dniowym." Dodaję i podaję za czytelniczką bloga Ewą G. ;)

Oczywiście mięso można stosować dowolnie, każde się nadaje. My korzystamy z tego, co daje gospodarstwo.

Sposób na konserwy domowe w słoikach z różnych mięs gospodarczych w piecu chlebowym zapiekane i pasteryzowane, jaki poznałam z ust wioskowej starszyzny opiszę może innym razem.

19 lutego 2018

Śledzie z kurkumą

Zima trwa, mimo różnych fluktuacji. Ma się przeciętnie dobrze. My też. Kozy wciąż brzuchate. Ptactwo drepczące po śniegu ze zmarzniętymi łapkami zaczęło się już nieść (kaczka znosi sporadycznie jedno jajo, gęsi na razie niezainteresowane) i dziennie przynoszę z kurnika 8-9 jaj. Anna stara się je zużywać do ciast i ciasteczek oraz domowego makaronu, jemy jaja zawsze na śniadanie, przeważnie w formie jaja sadzonego, bo nieścięte żółtko zachowuje wszelkie witaminy i aminokwasy ważne dla organizmu, a czasem na kolację robię omlet z dodatkiem tartego żółtego sera koziego (już tylko w formie parmezanu resztka służy) oraz raczę surowymi jajami koty i psy. Bardzo to lubią i cenią sobie jako przysmak. Podobno ma też kosmetyczny wpływ na wygląd sierści. Zatem kury żywią drapieżców gospodarskich i wszyscy wraz z nimi mamy się doskonale.

Pozostając przy kolorze żółtym użyczę prostego przepisu na smaczną i przy okazji zdrową dla wątroby i nie tylko - sałatkę. Jej głównym i najważniejszym składnikiem jest kurkuma, o której nawet polska nader zdawkowa Wikipedia wspomina, że jest podejrzewana o lecznicze właściwości. Więcej informacji o jej rewelacyjnych właściwościach można znaleźć oczywiście na blogach dietetycznych i w artykułach sponsorowanych na temat suplementów. 
Tyle ze swego doświadczenia powiem, że w dawnych czasach, gdy miewałam niekiedy długo trwające bóle w okolicach wątroby, których wedle badań wszelakich być nie mogło, pomagały mi na nie bardzo szybko krople Solaren, które są aptecznym wyciągiem z kurkumy. Teraz nie muszę ich zażywać, bo doszłam przyczyny dolegliwości, notorycznie się powtarzających. Okazało się nią uczulenie na gluten. Wyeliminowanie glutenu z diety postawiło mnie na nogi bardzo szybko i skutecznie. Niemniej pozostaję przy swoim szacunku dla wpływu kurkuminy na organizm i często ją stosuję w kuchni.

Należy zapamiętać taki kulinarny myk, i stosować jako przykazanie: kurkuma musi być zjedzona w towarzystwie pieprzu prawdziwego i najlepiej rozpuszczona w ciepłym/ogrzanym tłuszczu. Wtedy jej przyswajalność zwiększa się w ogromnym stopniu. Zatem podaję przepis na sałatkę, którą można zjeść ze smakiem, a jednocześnie potraktować jako aplikację leczniczej substancji.





Sałatka śledziowa z kurkumą

Składniki:
3-4 płaty śledziowe typu matjas (mogą być jakiekolwiek inne)
1 duża cebula
czubata łyżeczka kurkumy
czubata łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu prawdziwego
odrobiona soli
jakikolwiek smaczny olej tłoczony na zimno

Śledzie moczymy przez kilka godzin w wodzie. Potem kroimy w dość drobną kostkę. Jeśli utraciły słoność, lekko solimy do smaku. Kroimy cebulę na płatki, lub kostkę, jak kto lubi. Całość mieszamy z przyprawami: kurkumą i pieprzem (ważne, aby był świeżo zmielony, bo ten kupowany jako mielony w ogóle nie jest ostry i pewnie utracił połowę właściwości) i taką ilością oleju, która wyda się nam odpowiednia. Nie za dużo, aby nie pływały, ale i nie za mało. 
Można dodać zielony groszek, bądź fasolkę, albo krojony w kostkę ogórek kiszony bądź marynowany w occie. Co tam zbywa w lodówce. Dla większej sytości potrawy.
Odstawiamy sałatkę na kilka godzin do lodówki, aby się składniki dobrze przegryzły. Jeśli zrobimy rano, będzie świetną przekąską na kolację, jeśli wieczorem, to na drugi dzień.

Zjadać z chlebem, najlepiej własnego wypieku, lub gotowanymi ziemniakami.

22 stycznia 2018

Zapiekany ser pleśniowy w fazie śmierdzielinka

Dojadamy resztki serów. Doszły swoich dni. Starsze robią się trudne do zjedzenia, choć u nas gąb i dziobów nie wybrzydzających, a wręcz odwrotnie, dość. Żółte już tylko na parmezan.
Jednak jest taki czas. Że domowy quasi-camembert osiągnął fazę płynną i tak ostrą, nie mówiąc o intensywnej woni, jaką wydziela, że nawet butla wina na popitkę niewiele pomaga, żeby się nim raczyć. A szkoda wyrzucić przecież.


[niniejsze zdjęcie pochodzi z internetu, ale mniej więcej ilustruje fazę rozwoju takiego sera]

Wzięłam się więc za potrawę na ciepło ze śmierdzielinka. Eksperyment. Bardzo prosta w wykonaniu, jeśli ma się główny składnik. A tutaj, powiem wam, trudno jest. Śmierdzielinków bowiem w Polsce nie kupisz łatwo, ani w sklepie, ani prywatnie, taki to ich zakazany urok. Choć można samemu łatwo się dochować, jeśli ktoś kupi tzw. kozi ser miękki zrobiony na bakteriach pleśniowych i w odpowiedni sposób go przechowa w lodówce, bądź w piwniczce, najmniej miesiąc.
Ale dość o tym. Do dzieła!

Zapiekanka z ostrym bardzo dojrzałym serem pleśniowym

Składniki:
ziemniaki
łyżka masła
śmietana bądź podkwaszone mleko słodkie
ser w fazie zaawansowanej płynności
przyprawy: sól, świeżo zmielony pieprz prawdziwy, kurkuma, odrobina czarnuszki

Przyrządzenie
Ziemniaki obrać i wybrać jedną z dwóch wersji przyrządzania. Albo najpierw ugotować (można użyć takie, które zostały z wczorajszego obiadu), albo pokroić surowe w plastry. Położyć na dno naczynia żaroodpornego nieco masła, ułożyć warstwę ziemniaków, posypać hojnie przyprawami, i znów odrobiną masła, na to kolejna warstwa i znów przyprawy, tak do trzech razy. Całość polać serem dokładnie wymieszanym ze śmietaną, bądź podkwaszonym mlekiem i wstawić do piekarnika. Jeśli ziemniaki były surowe, to zapiekać przez godzinę w temperaturze 200 stopni. Jeśli były gotowane wystarczy pół godziny, a na koniec trochę poopiekać, aby zrumienić zapiekankę z wierzchu.

Hm, zapach może nie stanie się różany, ale na pewno bardziej znośny.
Podawać na ciepło z surówką lub sałatką ćwikłową, z kapustką kiszoną lub, co kto lubi.
Ja się zadowoliłam ćwikłą i mocnym kim-ći czosnkowym, idącym w parze z ostrym smakiem sera, a przełożoną na talerz zapiekankę potraktowałam jeszcze ulubionym domowym keczupem, żeby jej kolorków dodać. Mniam!

Najważniejsze: daje się zjeść! Nic się nie zmarnowało!

17 stycznia 2018

Zimny czas

Kilka ostatnich dni było trudne do zniesienia. Dokuczało przeszywające zimno. Wiatr zwiększał odczucie zimowego chłodu wielokrotnie. Wyjście do obrządku wymagało poświęcenia. Grabiały dłonie, szczypały policzki, kapało z nosa, marzły kolana i stopy w kaloszach. Kacze i indycze towarzystwo wypuszczane było tylko na dwie godziny w ciągu dnia, bo przykro było patrzeć jak ptaki kulą się z zimna, przysiadają na zmarzniętych bosych łapkach i stroszą pióra.
W domu wcale nie szło szybko poczuć się komfortowo. Dom w nocy wychładzał się na tyle, że piec napalony przed południem długo się rozgrzewał, a wiatr, wiejący z południowego wschodu nie ułatwiał tego procesu. Nawet rozpalenie ścianowego na noc nie przynosiło wielkiej ulgi, budziłam się z zimnym nosem.
W taką pogodę wykociła się Fela. Mimo, że po wielkości jej brzucha nastawiłyśmy się na parkę, to okazało się, że urodziła jedynaczkę, dorodną kózkę z kłapciatymi uszami przekazanymi przez Gucia, po części mającego anglonubijską krew. Szybko stanęła na nóżki, zassała, nie trzeba było nawet przynosić do domu. Dzisiaj już zwyczajem wszystkich zdrowych koźląt próbuje podskoków. Zowie się Fruzia, bo jest z klanu na F.

W nocy wiatr wreszcie ustał. Za to zaczął padać śnieg. Szybko pokrył ziemię i las grubą mokrą kołdrą. Zaczęła się kolejna zimowa zabawa. Odśnieżanie. Pięćdziesiąt metrów od garażu do drogi to nie w kij dmuchał. Zwłaszcza, że zawiewa właściwie ciągle i końca nie widać. Anna wyskakuje raz na jakiś czas, aby przelecieć szuflą mimo wszystko i ułatwić sobie końcową robotę, gdy już padać przestanie. Jedynie, co lepsze, to w domu zrobiło się od razu ciepło i przytulnie.

5 stycznia 2018

Podsumowanie bez postanowień

Przyznaję, że wpisy na tym blogu stały się rzadsze od jakiegoś czasu. Wpływa na to kilka powodów. Po pierwsze i najważniejsze: szczegóły z osiedlania się, budowania, hodowania i zagospodarowywania przestrzeni zostały już tu wielokrotnie opisane pod różnymi kątami. W tym nowym roku minie 9 lat od chwili przeprowadzki do Kresowej Zagrody. Nastawienie zdążyło się zmienić. Pewnie najbardziej to dojrzeć i ustabilizować się na jednym poziomie, i dlatego brak koniecznej ekscytacji codziennymi zdarzeniami czy osiągnięciami, osiąganymi co rusz w podobny sposób. Ot, przyzwyczajenie.
Jesteśmy teraz na etapie każdego, nieomal każdego rolnika gospodarującego z roku na rok niezmiennie z dziada pradziada. Chyba trochę tak. W takim razie, o czym tu pisać więcej? W większości sytuacje powtarzają się podobnie, rok po roku.

Mimo, że staramy się wprowadzać zmiany, inwestycje (drobne), urozmaicać hodowle (dla własnej przyjemności, nie dla pieniędzy, których jest ni mniej ni więcej podobnie od lat), to wciąż na wiosnę trzeba siać i sadzić, potem wciąż łatać ogrodzenie, rąbać i układać drwa, jesienią ganiać z kozami, lub za kozami, które urywają się z nudnego pastwiska w ciekawsze leśne gęstwy sąsiednie, w tym czasie serowarzyć, dbać o pszczoły, miód odciągać, owoce zbierać i przetwarzać, aby na koniec roku móc odpoczywać przy ciepłym piecu, karmiąc dobytek dwa razy na dzień i spokojnie oczekiwać kolejnego przychówku.

Jak zawsze zrobiłam podliczenie roczne dochodów i wydatków i jak zawsze bilans wyszedł na zero. To dobrze, bo było kilka nagłych wypadków w tamtym sezonie i jakiś chochlik kazał nam wymienić podstawowe sprzęty agd, które uległy awarii, przede wszystkim kuchenkę gazową i lodówkę, w którą piorun strzelił. Na dokładkę mój komputer zaczął chodzić jak czołg i też się doprosił wymiany na nowszy i szybszy  model. Jakoś starczyło, Bogu dzięki.

Obecnie zimujemy. Zdrowo się odżywiając i zjadając zapasy starannie jak co roku zrobione i podarowane nam przez gospodarstwo i pracę własnych rąk. Wystarczy na pewno do wiosny, a może i dłużej. Oczywiście, nie wszystko da się samemu wyprodukować. W zasadzie trzeba używać pieniądza, gdy chce się pić kawę naturalną i czarną herbatę, upiec chleb czy ciasto z mąki, której nie mamy swojej, posmarować ten chleb masłem, ugotować ryż czy kaszę. Kupujemy także makaron dla psów i podroby dla kotów i to jest właściwie największy stały wydatek na żywność. Bo domownicy są karmieni z garnka, żadnej sztucznej karmy nie dostają.  Mleko już się w praktyce kończy, jest tyle co do kawy i dla kocieja Macieja, pozostało w zapasie kilka serów, i w zamrażarce zamrożonego twarogu na sernik, oraz mleka w razie potrzeby dla jakiegoś koźlątka na początek. Jaj nie brakuje świeżych, ani mięsa drobiowego i koziego, nieco wędliny domowej, do tego soki, dżemy i powidła, keczup domowy i marynaty grzybowe, ogórkowe i buraczane. Kapusta zakiszona, jak i zawsze jakaś świeża kiszonka z kapusty, buraczków, nawet kalafiora oraz kim-ći stoi w słojach. Zioła zebrane, można w razie chęci jakiś napar herbatopodobny czy leczniczy uskutecznić. Miód w dostatecznej dla nas ilości także do użytku w każdej chwili. Na popitkę jest też piwo domowe i wino.

Właściwie skłamałam pisząc, że nic nie robimy oprócz podstaw. No, tak. Anna szaleje z siekierką w lesie prawie każdego dnia dwie godziny, bo działkę wzięła z leśnictwa i drewno składa na kolejny zapas doroczny. Ja zaś staram się uczyć, zwiększać swoją wiedzę na różne tematy, poznawać nowe dziedziny, udoskonalać to, co już umiem. Myśleć, pisać, rozumować. Ot, jak zawsze.

Co do domowników mają się świetnie. Kola, a właściwie babcia Kola ("babciu, babciu, a dlaczego masz takie wielkie zęby?") ma się dobrze, a nawet jak na swój zaawansowany wiek 13 lat bardzo dobrze. Operacja okazała się udana i potrzebna. Pies jest odrodzony, ma dobry nastrój, interesuje się światem i towarzystwem, to najważniejsze. Nawet jakby milsza się zrobiła, mniej "kolczasta" i warkliwa, z chęcią pozwala się przytulać, czego do tej pory nie lubiła.
Kociej Maciej jest już dorosłym kocurem. I jest piękny. Puszysty, kosmaty, z wielką kitą, znać, że ma w genach jakiegoś rasowego przodka. Być może uda mi się odnaleźć w jakiejś szafie zdjęcioroba, to unaocznię.

Podsumowując: oby nam się (i Wam oczywiście jako nam) wiodło podobnie i po równym także i w tym 2018 roku!