17 października 2018

Po Sąsiedzku

Nie dlatego, że chcę siać propagandę polityczną przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi, daję ten filmik. O nie! Ale wiem, że czytelnicy mojego bloga ciekawi są otoczenia, w jakim mieszkamy. Oto Sąsiadowi z Polesia udało się w piękny październikowy dzień sfilmować bobrową wieś, z której pochodzi Stiopa. A my mamy w niej łąkę pod samą granicą, o czym można poczytać niejedną historyjkę tutaj.
Filmik uwiecznia podlaską wioskę, jedną z wielu takich, które można spotkać zjeżdżając z głównych dróg. I przyrodę. I poniekąd życie na niej.
Mn.w. w 3.50 minucie mowa jest o Ani z Kresowej. Tak, poświęciła się pewnego wieczoru, aby przewieźć ul pełen pszczół do gospodarstwa Stiopy, zakupiony w dalszej wiosce. Była przygoda, bo pogranicznikom wpadło do głowy, aby ją zatrzymać i kontrolować. Wywiązała się nawet dyskusja, gdy zażądali otwarcia paki, na temat tego, co mogą żądać, o co prosić, a czego nie oczekiwać, względem przepisów prawnych. Pszczoły już zaczynały brzęczeć i kto wie, do czego by mogło dojść, gdyby chłopcy mundurowi uparli się jednak tam zajrzeć... Na także swoje szczęście odstąpili. A potem zaglądała do nich chyba nie raz. ;)

Film "Stefan pokazuje swoją wieś Bobrówkę"...

12 października 2018

Meksykańskie tortille w zastępstwie naleśników

Wczorajszy obiad był tak doskonały smakowo, że trudno było pozostawić sprawy bez kolejnego eksperymentu. Ponieważ gulasz ostał się na dzisiejszy posiłek, a ryż "wyszedł" postanowiłam spróbować swoich sił do zrobienia czegoś, czego jeszcze nie próbowałam, mianowicie meksykańskich tortilli.
Jest to jeden z wielu rodzajów takich placków, wcale nie najzwyklejszy.



Tortille z kaszki kukurydzianej i mleka

Składniki:
Szklanka mleka
5 łyżek kaszki kukurydzianej
3/4 szklanki mąki ziemniaczanej
2 jaja
1/2 łyżeczki soli
2 łyżki masła

Przyrządzenie:
5 łyżek kaszki kukurydzianej zalać świeżo ugotowanym mlekiem i pozostawić do wystygnięcia. Potem dodać mąkę ziemniaczaną, jaja, sól i roztopione masło, wymieszać na jednolitą konsystencję. Smażyć na rozgrzanej patelni bez tłuszczu (wystarcza masło zawarte w cieście) cienkie placki rumieniąc je po obu stronach.

Mają giętkość i wygląd naleśników, łatwo jest więc posmarować je farszem i zwinąć w rulon.
W ten sposób gulasz został dzisiaj farszem do tortilli i zniknął w oka mgnieniu.

Do popicia był kubeczek jogurtu naturalnego z koziego mleka.

11 października 2018

Gulasz koźlęcy egzotyczny

Wypróbowałam dzisiaj swoje siły z potrawą nader egzotyczną, którą przystosowałam do posiadanych warunków i okoliczności. I udało się! Na bazie przepisu na Barani gulasz z książki pani Pospieszyńskiej, która została moją kulinarną guru ostatnio. Ku uciesze podniebienia upichciłam coś, co bardzo nam zasmakowało. Uwaga, podaję przepis (przystosowany do naszych warunków). Oryginał pochodzi z Południowej Afryki.

Gulasz koźlęcy z fasolą

Składniki:
ok. 1/2 kg koźlęciny lub koziny. Wiek zwierza zadecyduje o długości przyrządzania potrawy i trzeba być tego świadomym.
Olej
4 pomidory
2 cebule
Puszka fasoli czerwonej lub białej
Jabłko
Garść rodzynków
Przyprawy: garam masala (lub curry), sól, chili lub pieprz cayenne, ocet jabłkowy lub inny fikuśny, mnie się sprawdził ocet porzeczkowy, cukier

Przyrządzenie:
Można robić wszystko od początku w odpowiednim rondelku, albo zacząć na patelni i całość przenieść do rondla/garnka pod koniec.
Drobno siekaną cebulę smażymy 5 minut na oleju, po czym dodajemy mięso pokrojone w małe kostki (im mniejsze, tym szybciej potrawa dojdzie). Smażymy wszystko do zrumienienia. Po czym wrzucamy pokrojone drobno, obrane ze skórki pomidory i dodajemy łyżeczkę soli i 1/4 łyżeczki chili lub pieprzu cayenne. Przykrywamy całość i dusimy na maleńkim ogniu przez pół godziny.
Po tym czasie przygotowujemy zestaw przypraw: łyżka garam masala (lub curry) z dodatkiem półtorej łyżeczki cukru wymieszana z 1/4 szklanki wody i łyżką octu owocowego.
Przekładamy mięso z patelni do garnka, dodajemy do niego odsączoną fasolę z puszki, przygotowany zestaw przyprawowy oraz pokrojone na kawałeczki jabłko z garścią rodzynków i w tej postaci dusimy jeszcze na małym ogniu  przez czas potrzebny do miękkości wszystkich składników. Im starsze było mięso tym dłużej, jasna sprawa. Także jabłko i rodzynki muszą się znacznie "rozpuścić". Mnie ta faza duszenia potrawy z drobno posiekanym kawałkiem młodej koźlęciny zajęła pół godziny, ale biorę pod uwagę, że mogłaby potrwać i godzinę w trudniejszym przypadku.Oryginalny przepis na baraninę zaleca 2,5 godziny pyrkotania na słabym ogniu (w takim przypadku pewnie dobrze sprawdziłby się wolnowar).

Gulasz podaje się z ryżem. Pasują do niego polskie kiszonki, ale i cukinia na słodko-kwaśno wpisuje się świetnie w aromat i smak.

30 września 2018

Dyniowe żniwo

Gruntowanie i malowanie ścian i sufitu w toku.
Samochód sprawny, choć falowania silnika przy największych szybkościach nie dało się usunąć.
Zebrałyśmy jedną pakę dyni z ogrodu permakulturowego. Nie urodziło się w tym roku zbyt wiele, ani zbyt dużych. Winne były chłody i susza na początku wiosny, które sprawiły, że rośliny późno zaczęły się rozwijać, później kwitnąć i zawiązywać owoce. Niemniej i tak zmęczyłam się setnie wnosząc urobek ogrodowy na poddasze. Starczy na zimę.
Część dyniek, tych najmniej dojrzałych, zmieszczone w dwóch dużych skrzyniach, przeznaczone są na skarmianie kozom i kurom. Zwierzęta zatem także zadowolone.
Pierwsza zupa dyniowa wyszła przepyszna. Co nastroiło nas przyjaźniej do dalszej pracy.

24 września 2018

Codzienne przygody

Deszcz jesienny, deszcz. Wali o dach z hałasem całą noc i poranek i gada, gada, gada różnymi jakby na poły znanymi głosami, wprawiając w senny półtrans. Zimno szybko się robi. Nowy piec kuchenny sprawdza się w taki czas bardzo dobrze. Gotuję karmę dla zwierząt, sokownik, czajnik wody, warzę twaróg około południowej godziny i robi się miłe ciepełko, które pozostaje do rana.

Ostatnie spadające antonówki w sadzie zjadają kozy. Podobnie ze śliwkami. Przerób właściwie skończony. Cydr bąbelkuje już wolniej, dochodząc do swego właściwego czasu. Podobnie beczułka octu. Butelki soku stoją w równych rządkach w piwnicy. Jak i słoiki dżemu i powideł.

Wciąż jeszcze mieszkamy na poddaszu, bo remont niedokończony. Właśnie szybko wprowadzająca się jesień pobudziła w nas chęć do czynu w tej materii.
Przeszkadzały dokończeniu i wciąż jeszcze to robią usterki w nowym samochodzie, Słoniątku. I notoryczne całodzienne wizyty u różnych mechaników w okolicznych miastach, którzy próbują ustalić, czemu zapala się lampka ostrzegawcza. Jeden mówi to, sprawdza, coś wymienia i każe płacić, inny mówi, że to co innego, zmienia i każe płacić, ostrzegając, że jak nie to, to trzeba będzie coś droższego uskutecznić. Jeszcze inny każe jeździć dotąd, aż się coś zepsuje i będzie wiadomo co. W takim nastawieniu Anna wybrała się na kurs szkliwienia do stolicy, ale dojechała zaledwie do Siemiatycz, gdzie ją bogi zaprowadziły do dawno znanego i przyjaznego zakładu mechanicznego. Chłopaki mieli wolny czas, posprawdzali, coś wymienili. Ale trzeba było samochód zostawić na weekend i teraz trzeba odebrać. Czyli jechać pociągiem i rowerem ze stacji do miasta, albo autobusem z sąsiedniej gminy. Lekko nie jest.
Wszystko to zabrało i jeszcze zabiera mnóstwo czasu, który należy wreszcie nadrobić.

Jednak gładzie zostały już położone, szlifowanie w toku. Jeszcze czeka malowanie. Potem położenie paneli podłogowych i wstawienie nowych mebli. Trochę przed nami przygód stoi.

19 września 2018

Przedwyborcze poruszenie na dole

Wybory samorządowe przed nami. W naszej gminie ferment jak nigdy. Wszyscy ożywieni, poruszeni. Możliwościami, jakie ujawniły się spontanicznie. Były od dawna, ale dopiero teraz jakiś duch zmiany tchnął w głowy ludzi twórczych, ktoś kogoś do kogoś skierował, rzucił pomysł, ktoś go podłapał i szybko się rozkręciło i kręci. Jak to się mawia: ten ma władzę, kto ma media.
Otóż media znalazły się już od dawna gotowe, od lat działające w internecie w postaci prywatnej telewizyjki kręconej internetową kamerką przez Sąsiada z Polesia. Znalazł się kandydat na wójta, sprytny, wygadany i na tyle nie bojący się wystąpień przed publicznością, że to zaczęło mieć ręce i nogi. Spotkali się, a nie powiem w kogo tchnęło.

Sąsiad z Polesia, namiętny politykier i człowiek-legenda internetowa, można rzec człowiek biografii, anarchista i katolik w jednym, absolwent prawa i bywały na Harwardach i salonach ministerialnych emigracyjny ober-śmieciarz, od kilku lat pasie swoje kozy na łąkach wioskowych, ku uciesze albo i zgrzytaniu zębów swych sąsiadów. Urodzony w znaku Barana, niedźwiedź, nie do zagadania i nie do zdarcia, bo walkę na gębę po prostu kocha, (czego inni starannie unikają) wrzuca teraz filmiki, wywiady, wypowiedzi tak samo mieszkańców gminy, jak i własne przemyślenia na swój kanał jutubowy i zaczął się ruch. Zrazu maleńki, jakieś śmieszki, krytyki, oburzenia, zdziwienia, ale widać, że włączają się ludzie, dotąd stojący z boku i obserwujący życie gminy krytycznie, acz w milczeniu. Chodzą słuchy, że dwaj panowie, Stiopa i sąsiad z Polesia wraz z komitetem wyborców, który został wcześniej założony z planem startu w wyborach mają szanse wygrać. Moje karty też coś o tym przebąkują. Czemu? Bo nikt dotąd nie gadał z ludźmi, mieszkańcami tak jak oni. Żaden z kandydatów na wójta czy radnego nie wychylił się nigdy poza zwyczajowe zbieranie podpisów po domach i grzeczne przedstawienie swej kandydatury.

Wrzucam jeden z przykładowych filmików, aby unaocznić reszcie świata, że w Polsce są oddolne możliwości działania i mobilizowania ludzkiej energii, tylko potrzeba pomysłu, fantazji i chęci rozruszania nas, malkontentów, kręcących się w codziennym trudzie wokół swoich spraw z niewielką nadzieją, a może i brakiem nadziei, że ktoś to doceni.

Przykładowo, wypowiedź Sąsiada z Polesia uświadamiająca pewne prawa obywatelskie zwykłym mieszkańcom:
Samorząd, a dostęp do informacji

17 września 2018

Grzyby smażone w czerwonym winie

Kolejne grzyby z lasu i znów inaczej, dzięki nowej starej książce kucharskiej. Smaczne, acz przepis wypróbowałam bardziej z ciekawości, niż apetytu. W oryginale owe grzyby po przyrządzeniu schładza się w salaterce i podaje na zimno jako przekąskę, pewnie pod jakiś mocny trunek, ale ja zjadłam je na ciepło jako obiad, i też niezgorsze były.

Grzyby smażone w winie

Składniki:
1/2 kg grzybów leśnych różnego rodzaju (tym razem mnie się trafiły w większości podgrzybki, garść kurek i kilka kołpaków)
1 duża cebula
1/4 szklaneczki oleju
1/2 szklanki czerwonego wytrawnego wina
Łyżka octu jabłkowego rozcieńczona w kilku łyżkach wody
Sól, pieprz, nać pietruszki lub liść lubczyku

Przyrządzenie:
Grzyby obrać, sparzyć wrzątkiem, pokroić i skropić octem z wodą (albo sokiem z cytryny).
Rozgrzać olej na patelni i wrzucić na nią grzyby. Smażyć dotąd, aż odparuje się z nich cała woda. Wtedy dodać posiekaną drobno cebulę i smażyć, aż wydzieli swój specyficzny zapach. Na koniec dodać pół szklanki czerwonego wina, posolić, popieprzyć i dodać zieleninkę, po czym dusić pod przykryciem kilka minut.

Kto chce może potrawę wystudzić i schłodzić w lodówce, przełożoną do salaterki. Zjada się wtedy jako przystawkę albo zakąskę na zimno.
Można też spokojnie raczyć się na ciepło, z ziemniaczkami albo ryżem, w towarzystwie kiszonki, kwaszonki albo świeżej sałatki.

15 września 2018

Prowizorki

Wrzesień zaczyna nabierać jesiennej atmosfery. Ochłodziło się, zaczyna codziennie lub nocnie padać deszcz, liście rudzieją na drzewach. Kończą się jabłka w sadzie. Zostało jeszcze trochę antonówek, które ostatnimi siłami codziennie przerabiam na soki, pakując do dokupionych butelek. Ostatnie śliwki poszły na powidła. Słodkie spady z ogromnym apetytem zjadają rano indyki.
Tuż przed ochłodzeniem zjawił się Jary, został zaprzężony do roboty (aż się zasapał na koniec!) i tak oto koziarnia i kurnik zostały oczyszczone z obornika zgromadzonego od wiosny. Udało się też dnia następnego przy jego pomocy zreperować futrynę w wejściu do ziemianki. Dawna naprawa panów majstrów okazała się prowizorką, umiałam drzwi otwierać i zamykać wiedząc, jaki myk zastosować, ale gdy razu pewnego Anna musiała sobie sama poradzić, nieomal wyrwała drzwi razem z futryną ze ściany... Trzeba było interweniować, bo zima za pasem i zapasy potrzebują być zabezpieczone przed wyziębieniem. Teraz wszystko jest cacy, ale jedna z belek futryny, ta naprawiona wymaga po prostu wymiany, a próg podwyższenia, czyli nowej wylewki, bo stary się wykruszył pod wpływem roztopów. Jak znam życie, prowizorka na razie będzie do kolejnej awarii stać. Mamy na głowie końcówkę remontu pokoju, wciąż odkładaną na później.

10 września 2018

Gulasz ze świeżych grzybów leśnych

Jak wiadomo, gotować niezbyt umiem. I nie mam do tego zamiłowania. Może trochę, gdy jestem głodna. Dlatego na tym blogu można znaleźć różne przepisy, które podrzucają mi znajomi, sprawdziłam je i jestem zadowolona z efektu. Wrzucam je na blog jak do osobistego notatnika. Notatniki papierowe mi giną, w chaosie nieustannego remontu i przerzucania mebli i ich zawartości z pokoju do pokoju.
Ostatnio Anna pobuszowała na allegro w dziale taniej książki i znalazła kilka skarbów, które natychmiast zamówiła. O ceramice, o uprawie roślin, o sztuce zdobniczej, oraz skarb największy, jak się dla mnie okazało. Książkę wydaną w 1987 roku, pt. "Przygoda kulinarna" autorstwa Katarzyny Pośpieszyńskiej.


Pamiętam, jako nastolatka uczyłam się podstaw robienia sobie posiłków z książeczki, którą mam do tej pory, pt. "Książka kucharska dla studentów i zakochanych", autorów nie pomnę, było to małżeństwo, miała zabawne rysunki, zresztą tytuł też mogłam przekręcić. [I przekręciłam, jak zaraz zauważyli czytelnicy bloga, więc prostuję tytuł: "Książka kucharska dla samotnych i zakochanych"] Na obecne czasy, gdy mam pełną lodówkę dobroci ciut monotonna i prymitywna. Zatem przepisy pani Pośpieszyńskiej spadły mi po prostu z nieba.
Ile razy - przy pełnej zamrażarce i piwniczce - nie miałam pomysłu co ugotować na obiad! I kończyło się na ziemniakach posypanych koperkiem albo nacią, z sadzonym jajem plus jogurt, w naszym domu to dno obiadowe.
Teraz już dwa razy udało mi się zaszaleć, ot, szukając czegoś na szybko. Mnóstwo tam potraw z udziałem baraniny, czyli nadających się też do koźlęciny. Wypróbowałam już jedną, szybką, jednogarnkową, ziemniaki krojone w kostkę smażone z dodatkiem siekanego mięsa i cebuli. Super.

A wczoraj Anna z wyprawy z kozami do lasu przyniosła pół wiadereczka kurek. Poszperałam w księdze i zdecydowałam się przyrządzić grzyby na obiad w sposób prosty, acz jeszcze nigdy przeze mnie nie stosowany. Zapisuję na przyszłość, zmieniając podane proporcje, bo życie ustaliło własne. Obiad był smaczny i szybki do przyrządzenia.

Gulasz ze świeżych grzybów

Składniki:
Talerz obranych i sparzonych świeżych leśnych grzybów (kurki, podgrzybki itp.)
1 duża cebula
2 ząbki czosnku
dobra garść słoniny albo boczku
łyżka mąki - u mnie była gryczana, bezglutenowa
pół szklanki śmietany - u mnie było słodkie kozie mleko z kapką jogurtu
Poza tym sól, pieprz mielony, w przepisie jest nać pietruszki, nie miałam, więc dodałam lubczyku z ogródka

Przyrządzenie:
Grzyby obrać, sparzyć, aby wyleciał z nich piasek, pokroić na cząstki.
Pokrojoną słoninę wrzucić na patelnię, podsmażyć. W tym czasie pokroić cebulę na drobno i zmiażdżyć - to z pewnych względów lepiej zrobić nieco wcześniej - 2 ząbki czosnku. Gdy skwarki wypuszczą tłuszcz  wrzucić na gorącą patelnię cebulkę z czosnkiem i zmniejszyć ogień. Posolić, popieprzyć, dodać wybraną przyprawę (nać pietruszki, świeży majeranek, zielony koperek albo lubczyk - moje warianty) według swego uznania. Po dwóch minutach dorzucić grzyby i dusić je 10 minut pod przykryciem. Po tym czasie zestawić z ognia i pozwolić im nieco przestygnąć. W tym momencie przygotować zaprawkę, do pół szklanki śmietany (u mnie było mleko i się sprawdziło) dodać łyżkę mąki, wymieszać. Po czym postawić patelnię na małym ogniu i powoli dolewając zaprawkę mieszać grzyby. Po wymieszaniu dusić jeszcze 5 minut. Gotowe!

Podawać z ryżem i dowolną surówką, bądź kiszonką.
Podane ilości starczają na syty obiad dla dwóch osób.

6 września 2018

Miażdżenie i tłoczenie

Pogoda jest znośna. Nie za ciepło, nie za zimno. Czasem pada, więc kozy wciąż - także dzięki sadowi - trzymają się pastwiska cały dzień i dają nam w ten sposób czas na inne prace. Bo wciąż walczymy z urodzajem jabłek. Doszły też śliwki, spadające już z drzewek. Będzie kompot i jeszcze trochę powideł.
Anna opracowała metodę przerobu jabłek następującą. Kilka lat temu skuszona propagandą reklamową kupiła elektryczne urządzenie zwane rębakiem, służące do cięcia na drobne gałęzi, by przyspieszyć ich rozkład w kompoście.


W naszych warunkach - gdzie gałęzie są wielkie i jest ich mnóstwo - ten zakup okazał się po prostu zabawnym pomysłem. Sprzęt stał nieużywany, do czasu, aż Anna odkryła dzięki internetowi nowe dla niego zastosowanie...


Otóż, aby wytłoczyć sok z jabłek w mechanicznej tłoczni trzeba je najpierw zmiażdżyć. Są na to różne patenty, mniej i bardziej pracochłonne. To nas także hamowało dotąd od tłoczenia na zimno i prasa stała bezużytecznie na stryszku.
Teraz w ruch poszedł rębak, który rozdrabniarką jabłkową został. Anna powiększyła otwór w plastikowej okrywie i można tam wrzucać całe jabłka. Włącza urządzenie miażdżące, wrzuca umyte wcześniej jabłka i w ciągu kilku minut uzyskuje miazgę, którą wkłada następnie do tłoczni i przykręca stopniowo, cisnąc z niej sok. W ciągu dnia uzyskuje w ten sposób pełny gąsiorek. Sokownik nie umywa się do tego przerobu, ale i tak go codziennie stawiam na kuchni, bo w nim przetwarzam jabłka, aronię, winogrona czy czarny bez i czeremchę na soki butelkowane, lekko słodzone, które mają nam starczyć na kolejne dwa lata, do następnego jabłkowania sadu.

22 sierpnia 2018

Tuśmy są

Ciekawostka propagandowo dziennikarska, czyli kolejny odcinek TV-9 kamerą Sąsiada z Polesia nakręcony i ustami Stiopy (Stefana) zwanego "Paka" komentowany.
"Ściopa prezentuje Berezyszcze"...

19 sierpnia 2018

Prze-twórstwo domowe.

Dzienny urobek: dwa sery (twaróg i podpuszczkowy), 4 słoiczki dżemu jabłkowo-śliwkowo-różanego, 8 słoiczków keczupu domowego, 3 litry soku jabłkowego, uwędzone 5 serków. W zasadzie trzeba liczyć dwudniówki, albo trzydniówki, bo przecież nie ustajemy w żmudnej zapasotwórczej pracy dorocznej o tej porze. Aby móc ocenić w pełni poszczególne dokonania. Jabłka dopiero się zaczynają tak naprawdę! I nikogo, kto by nas w tym wsparł, wziął sobie trochę i uzbierał. Wszędzie nadmiar, albo zwyczajne wygodnictwo. Tylko my dwie i kozy. Doszło 10 kilogramów aronii i wiaderko owoców dzikiej róży do obrania i wstępnego zamrożenia. Trzeba było już dokupić słoików, bo stare szybko się kończą. Niedługo może zabraknąć zakręcanych butelek na soki.
Zatem opróżniam gąsiory. Zlewam wino do butelek, z mniszka i kwiatów bzu. Żeby zacząć gromadzić sok na cydr. Bo ruszamy z cydrem, dłużej po prostu nie da się już zwlekać!

15 sierpnia 2018

Kaflowy piec kuchenny z okapem

Obiecane nie zginęło, tylko się trochę w czasie zawinęło... Niniejszym prezentuję serial zdjęciowy pokazujący w wielkim skrócie budowę nowego pieca kuchennego. Trwała przypomnę 10 dni roboczych, dwunastogodzinnych. Nie licząc czasu, który zajęło burzenie poprzedniego pieca, segregacja i gromadzenie materiału i gliny.
Oto brzuch pieca z zewnątrz. Najpierw zręby zewnętrzne ze starych sprawdzonych przedwojennych kafli zlepione. Zdaniem wszystkich doświadczonych zdunów nowoczesne kafle są prawie o połowę lżejsze i cieńsze od dawnych. Co się przekłada na gorszą jakość kumulacji ciepła oczywiście.


Kafle zgromadziłyśmy z rozbiórki dwóch poprzednich pieców, które stały pierwotnie w chacie, oraz doszły rozbiórkowe za przysłowiową flaszkę kupione w innej wiosce. Cegły częściowo nowe, ale co się dało ze staroci użyć, używaliśmy. Jak widać zostały pięknie przed ponownym użyciem umyte.


Jeśli ktoś się kiedyś zastanawiał, co się mieści w brzuchu pieca to ma tutaj podgląd. W szpary pomiędzy ceglanymi ściankami z gorszej cegły trafiły też pokruszone kawałki cegieł i zlepki gliny z rozebranej kuchni. I nareszcie zaczęło powstawać palenisko (widać zamontowane ruszta i biegnące z ich dwóch stron zbiorniczki z pospawanej grubej blachy, przewodzące wodę do nagrzania, tzw. cegiełkę). Aby ją zamontować potrzebny był hydraulik, który rozmontował poprzednią instalację, a teraz zamontował nową z użyciem starych, ale jarych jeszcze części. 


Nad cegiełką i paleniskiem rozciągnęła się wreszcie płyta kuchenna, z trzema otworami na fajerki.


Nad gotowym już paleniskiem zaczęła powstawać ścianka grzejna wraz z przewodami kominowymi. Dwie rury z wodą prowadzące od i do bojlera zostały kulturalnie zakryte kaflami. 


W piątym rzędzie kafli umieszczone zostały zawieszki na różne naczynia. Jest też wyczystka do czyszczenia kanałów wewnętrznych w ściance pieca, wiodących do komina. Jedna z trzech.


Podobne haczyki, w liczbie dwóch znalazły się z tyłu ścianki, która jest częścią ściany w pokoju. Rozwiesi się między nimi linkę i miejsce na zawieszenie prania zimową porą gotowe. Ścianka grzejna ma wewnątrz dwa rodzaje kanałów zbudowanych z cegły szamotowej i dwa szybry, zimowy i letni. Otwarcie zimowego powoduje nagrzanie całej ścianki, co daje efekt dodatkowego ścianowego pieca. To była zresztą główna przyczyna zburzenia poprzedniego, całkiem nowego pieca, który okazał się zduńskim bublem zbudowanym na chybcika "dla Warszawiaków", co i tak na niczym się nie znają.


No, więc tak to wygląda na koniec, już z okapem. Ten okap to typowy wzór podlaskich pieców kuchennych. W innych regionach Polski element raczej niespotykany.


Powstał zatem ważny sprzęt, na którym teraz codziennie przetwarzam gospodarskie zbiory, owoce, warzywa i mleko.

11 sierpnia 2018

System, a życie

Pogoda ogólnie biorąc na Podlasiu nie jest tak męcząca, jak donoszą ludzie z Polski. Przynajmniej mnie udaje się przetrwać upały, mimo stałych "zlewnych potów" zwyczajnych w moim wieku, i palenia pod płytą, w nowej kuchni, aby codziennie wykonać plan przetwórczy. A to nastawiam sokownik z jabłkami, a to cukinię na słodko-kwaśno, albo jak teraz keczup domowy, czy małmazję paprykową, bo można kupić na targu paprykę w większej ilości, albo leczo cygańskie na obiad, oraz jak co dzień podgrzewam kwaśne mleko na twaróg. Te codzienne czynności, zajmujące wraz z przygotowaniami (organizacja drewna na podpałkę, obranie i pokrojenie warzyw i owoców, umycie słoików i butelek) kilka godzin składają się na pracę rolnika i życie gospodarstwa w sezonie. W zamian nie chodzę ani nie jeżdżę do pracy na osiem godzin wyjęte z życiorysu pięć razy w tygodniu. Co sobie zawsze powtarzam ku pocieszeniu serca, gdy mnie ta codzienna krzątanina nieco znuży. Byle do jesieni. Boć wszystko jest trochę inaczej w tym roku, kwitnienie było intensywne i przyspieszone o miesiąc, tak zbiory są wcześniejsze i przetwórstwo szybciej się skończy. Jeśli to wszystko zapowiada wcześniejsze nadejście zimy nie będę zdziwiona. Kozy już właśnie, wraz z nowiem księżycowym, kończą ruję i spodziewamy się wykotów na Boże Narodzenie, a nie na Wielkanoc.

Wczoraj testowano na Podlasiu program wczesnego ostrzegania RCB w związku z pogodą. Ogłoszono alert burzowy drugiego stopnia w całym regionie i każdy (no, ja jakoś nie dostałam, trudno powiedzieć dlaczego, ale dotarło do mnie poprzez FB) dostał przynajmniej dwa razy ostrzegający SMS. Że idzie burza i silny wiatr, żeby zabezpieczyć dobytek i w ogóle trzymać się domu.
Efekt jak zawsze spalił na panewce. Owszem wieczorem dość szybko się ściemniło, słońce schowało się za chmurami, co wyglądało na nadciągający deszcz. Obrządek zrobiłyśmy szybciej, pochowałyśmy wszystko, co mogłoby pofrunąć na podwórku i z dowodami osobistymi w zasięgu ręki (gdyby doszło do jakiejś nie daj Bóg katastrofy) czekałyśmy na zapowiedzianą nawałnicę. Wieczór jednak okazał się spokojny, raz błysnęło na południowym zachodzie, ot i co. No, i spadła jakże potrzebna trawie ulewa.
Zamiast oglądać jakiś film, albo fejsować w internecie wypite zostało piwo domowej roboty, ja sprawdziłam moc niedawno zlanego wina z mniszka i rozczarowana, ale ucieszona, że spokój trwa niezakłócony poszłam spać.

Oczywiście tak nieudana próba alarmu (burze poszły bardziej w Mazowieckie) może tylko znieczulić na ostrzeżenia, po fejsie poleciała fala śmiechu i złośliwostek. Jak to w życiu bywa. System swoją drogą, życie swoją zdąża.

28 lipca 2018

Wiejskie odpoczywanie

Po ciężkiej codziennej pracy, mimo, że daleko jeszcze do jej zakończenia tak naprawdę, raczymy się teraz odpoczywaniem. Czyniąc jedynie to, co konieczne. (I tak jest tego dostatecznie dużo, aby komuś nieobznajomionemu z rolniczym zawodem wydało się to przesadą, bo dwa obrządki plus karmienie brojlerów co 3 godziny, przeróbka mleka, oraz warzyw i owoców na przetwory zimowe, z czym wiąże się palenie w dwóch piecach kuchennych, odchwaszczanie ogródeczka, wypas kóz, do tego częste wyjazdy po to i tamto zajmuje cały boży dzień).
Ja odpoczywam przy lekturze pouczających książek, pisaniu "pierdół", zaglądaniu w Księgę I-Cing lub karty, ot, dla wprawy lub, aby pogadać ze sobą. Anna odkryła zaś w lesie kolejną sezonową pasję. Zaczęły się grzyby. Nie wiem jak jest w Polsce, ale u nas jest parno, wilgotno i gorąco od dawna, tak bardzo, że człowiek chodzi zlany potem jakby spod prysznica wyszedł, pranie na dworze prawie nie schnie i trzeba je dosuszać na nowej ściance kuchennej, jak w tropikach. Trawy i zioła rosną na potęgę, jabłka są smaczne i soczyste, kozy zadowalają się ciągle (znaczy nie uciekają) odnowionym pastwiskiem i jabłkowiskiem w sadzie, i pojawił się istny wysyp kurek. Są też prawdziwki, ale one w skupie słabo stoją. Zatem Anna, po kilku latach buszowania po okolicznych lasach poznała już "swoje miejsca", znane dotąd tylko miejscowym. A że miejscowi są już za starzy, by chodzić do lasu, albo ci młodsi zbyt zajęci piciem taniego "durnowatego piwa" w "barze pod świerkiem", zadowalając się zasiłkami z gminy i rentami z powodu "żółtych papierów", a przyjezdni zbieracze wykruszyli się z powodu 500+, to zbiory bywają imponujące. Wczoraj przez godzinę nazbierała 1,2 kg kurek (w skupie stały po 16). Dzisiaj zaś 8,5 kg! Niestety zdążyły stanieć do 12 złotych za kilogram. Dwa razy zawracała do domu po nowe pojemniki, bo brakowało jej wiader, zbierała w końcu nawet do czapeczki i w koszulkę... Pewnie zawiesiłaby się w lesie na dłużej, ale wygoniła ją stamtąd nadchodząca burza.
No, właśnie, burze są teraz częste, choć raczej symboliczne. Nieraz zanoszą się od rana, i wloką się z przerwami przez całe popołudnie i wieczór. To raczej pomrukiwania z oddali, czasem jakieś błyski (małanki). Towarzyszy im krótki, rzęsisty, ciepły deszcz, który zasila nasze piaszczyste łączki doskonale, szybko paruje i opada gęstą poranną rosą. Zazwyczaj jest tak, że grzmi, pada i świeci jasne słońce jednocześnie. Kozy pasą się w tym czasie bez najmniejszego lęku. A tak poza tym stado ma ruję i Bruno przechodzi sam siebie, miłośnie chrumkając co rusz do innej kozy i odpędzając młodzików.
Przetwory robimy sukcesywnie, codziennie trochę. W ten sposób dorobimy się zimowego majątku niechybnie. Powstało 11 słoików powideł śliwkowych, ze śliwek podarowanych przez zduna. Nasze jeszcze dojrzewają na trzech drzewach i będą w późniejszym terminie, a urodzaj ich jest wielki. Takoż zakisiłam 15 litrów ogórków i powstało 6 dużych słoików sałatki ogórkowej z curry. To też dary od pana zduna, bo my ogórków nawet nie posiałyśmy z braku odpowiednich warunków. Starczyło też na małosolne i mizerię zjadane na bieżąco. Teraz przerabiamy cukinię na słodko-kwaśno i będzie tego sporo. Czemu sprzyja jej urodzaj w ogródeczku, wielkość i duże zapasy octu jabłkowego domowej roboty. Zjadamy także fasolkę szparagową.

Wczorajsze nocne zaćmienie księżycowe, któremu towarzyszyła męcząca burza z lekkimi opadami spowodowało awarię internetu w rejonie gminy. Na szczęście, jak sami możecie się przekonać, została szczęśliwie naprawiona w kilka godzin później. Aby jednak móc odpalić komputer i zobaczyć, co się na świecie działo w tym czasie trzeba było odczekać aż do wieczora, z powodu męczących grzmotów z oddali. Już raz takie grzmoty "zepsuły" nam router, który trzeba było wymienić, dlatego nie ryzykujemy już dodatkowej awarii. Ot, takie są warunki wiejskie.

25 lipca 2018

Wianek

Po 10 dniach zdunienia po 12 godzin dziennie nowy piec kuchenny z okapem został ukończony szczęśliwie. Wczoraj było zwieńczenie. Prace trwały dłużej, bo trzeba wliczyć rozłożenie starej kuchni na części używalne, wyniesienie ich, sortowanie i czyszczenie materiału, potrzebne zakupy tego, co brakowało, wymianę pieca c.o. i konieczne naprawy całej instalacji, także hydrauliki. Wszystko ciągnęło się od początku lipca, w narastającym przyspieszeniu, aż do pojawienia się zduna. Który powoli, od podstaw i we własnym tempie rozpoczął lepienie ważnego domowego sprzętu, serca domu. Użyte zostały głównie stare przedwojenne kafle, 2 razy grubsze i cięższe od dzisiejszych dostępnych na rynku. Uzbierałyśmy je przez lata z rozbiórki starych pieców tutejszych i zakupu rozbiórkowych w sąsiedniej wsi kilka lat temu.
O 18.13 odbyło się pierwsze uroczyste odpalenie. Cug jest, cegiełka grzeje wodę jak trzeba, zamykane na szybry kanały zimowy i letni w ściance grzewczej działają. Dzisiaj szoruję nowy piec z gliny i postaram się go pokazać na zdjęciu. A może też historię jego powstawania. 
Powoli wracamy do rzeczywistości. Choć jeszcze zalega wykończenie głównego pokoju (podłoga), malowanie ścian, montaż mebli, sprzątanie i rzeczy remontowe będą się nadal ciągnąć, trudno określić jak długo, ale najbrudniejsza i najbardziej mozolna praca została skończona.

21 lipca 2018

Trochę rozrywki

Wczorajszy wieczór festiwalowy. Koncert zespołu Dikanda, fragmentarycznie zarejestrowany kamerką Sąsiada z Polesia. Byłam pod sceną, spotkałam starych znajomych, tańczyłam i dobrze się bawiłam.

18 lipca 2018

Zdunienie

Zdun zduni cierpliwie od 7 rano do 7 wieczorem. Z kilkoma przerwami na kawę i papierosa oraz obiad. Anna miesza z nim glinę, kopie piasek, nosi cegły i kafle. Sporo materiału trzeba było dokupić, cegły i kafle na okap. Hydraulik zamontował cegiełkę i zabrał się za uzupełnianie kaloryferów c.o. Teraz będzie więcej w sieni i w ostatnim pokoju, gdzie okazało się być najzimniej z powodu sporych szczelin między belkami, zatkanych byle jak przez majstrów i nasze niezdarne wysiłki, kędy wieje w czas mrozów. Zmienił się rozkład rur w kuchni, mniej rzucają się w oczy. Piec kuchenny dostał dużą ilość tego, czego nie miał w pierwszej wersji. I liczymy, że będzie grzał lepiej i szybciej, niż poprzedni. Ma mieć także szyber letni i zimowy, aby niepotrzebnie nie podgrzewać mieszkania latem.
Zatem pracujemy jak mróweczki od świtu do nocy. W międzyczasie przetwarzam pierwsze dary natury. Powstało ponad 30 słoiczków dżemów i galaretki porzeczkowej, z czarnych, czerwonych i białych, balon wina, kilka słojów cukinii na słodko-kwaśno i trzy słoiczki jagód pasteryzowanych z cukrem (na lekarstwo). Wino z kwiatów bzu i akacji zostało zlane z osadu i czeka na butelkowanie. Sypią się już pierwsze dojrzałe jabłka. Przymierzam się do soków, ale na razie głównie kozy korzystają z sadu.
Pogoda niestraszna, a nawet sprzyja, bo częste opady sprawiają, że kozy przesiadują w oborze przy pełnych żłobach chętniej, niż na mokrym dworze. W ten parny i wilgotny czas trawa rośnie i pastwisko nieźle odbiło i zazieleniło się. W nocy leje iście po azjatycku. I grzmi.

12 lipca 2018

Rozkład lipcowy

I nadeszły dni krytycznej mobilizacji sił. Zapowiedziane mi już na ten miesiąc na początku tego roku przez wróżebny układ kart w rocznej mandali. Odwrócona dziesiątka kijów.


Trzeba powiedzieć, że najcięższe kwestie, wymagające pomocy rozwiązały się same przy pomocy zbiegu okoliczności. Traf chciał, że pojawił się wreszcie Jary, i miał chęć i czas, aby odpracować dług, który zaciągnął rok temu. A także kolega, jak i klient na indyczęta, który w zamian za zniżkę pomógł chłopakom przenieść nowy piec c.o. do mieszkania. Podobnie było z wyniesieniem starego, udało się bez problemu. Jary przez dwa dni wraz z Anną rozebrali kuchnię, okap i ściankę grzewczą, wynosząc na dwór i starannie segregując materiał. Cegła, szamotówka, kafle takie, śmakie, glina, lepsza, gorsza, kamienie wypełniające, gruz i popiół. Trzeba to było zgrać z wizytą hydraulika, który musiał odłączyć cegiełkę i wylać wodę z bojlera i instalacji. Potem należało większość materiału umyć i oskrobać z gliny, co udało się przy pomocy karczera w jeden dzień. Znów zjawił się hydraulik i podłączył nowy piec do instalacji i komina. Oczekujemy teraz zduna.
Mieszkanie jest w chaosie, gotuję i warzę ser na kuchni w chatce dziadka. Wymaga to dźwigania ciężkich naczyń w tę i z powrotem, ponieważ w chatce nie ma dopływu wody i zmywanie odbywa się w domu. Wieczorem, po tych "zwykłych" czynnościach, do których dochodzi wypas kóz poza pastwiskiem, jestem tak zmęczona, że po godzinie odpoczynku przy jakimś filmie oglądanym na komputerze, zasypiam głęboko do samego ranka.
Aby, jak dziś, obudzić się w deszczu walącym o dach i zerwać się mimo wszystko wcześnie, bo mleko dla sezonowych klientów musi być na określony czas. I nie ma to tamto. Nawet, gdy kozy muszą pozostawać w oborze i dają nam pewien czas na oddech od codziennych obowiązków.

7 lipca 2018

Pod-zbiory

Pierwsze zbiory ogródkowe.W tym roku krzewy porzeczek dały po raz pierwszy pewną ilość. Na razie pięć kilogramów czarnych i kilogram czerwonych. Czekają na zerwanie białe. Niektóre krzaczki były tak obsypane, że ich gałęzie uginały się do ziemi. Były jednak i takie, które nic nie dały, bo wciąż są marnej wielkości. To czwarty sezon od zasadzenia.
Cieszmy się! Wyszło około dwudziestu słoiczków galaretki przecieranej na surowo (ogromny zastrzyk witamin na zimę) i duży balon wina.

Poza tym remont w toku. Głęboki do trzewi. Oprócz wykańczania pokoju wymieniamy piece. Nie dlatego, że jakoś przestały działać, ale teraz wiemy, czego chcemy i jak ma być. Czyli mobilizacja resztek sił w środku sezonu. Tymczasem Jana i Piotra i Pawła wg wschodniego kalendarza przed nami. Wraz z imieninami świętych na wiosce (co wpływa na brak rąk do pracy) zaćmienie słońca 13 w piątek, potem folki czeremszańskie i kolejny zawrót głowy, po czym znów zaćmienie, tym razem księżyca (widoczne nad Polską).
Ukułam przy okazji swoją nową mantrę.
Brak nadziei gwarancją pełni szczęścia.

5 lipca 2018

Zapaście

W życiu bywa różnie. Po upałach przyszły deszcze, i to nawet intensywne. Z nimi ochłodzenie. Dzisiaj znów idzie na upał. Podobnie w psychice. Niby wciąż te same okoliczności, a odnoszę wrażenie, że wszystko się zmienia.
Remont w toku. Nawet głębszy, niż było zamierzone. Rzeczy posuwają się do przodu, ale zrywami. Pomiędzy nimi zapaście.
Takie, że nie zdziwię się, kiedy zniknę.

21 czerwca 2018

Praca i zabawa

Sianokosów tura druga, kiedy to piszę, trwa jeszcze w sprzyjającym upale. Nieco okulawiona, niczym słynny prezes, odpoczywam właśnie swoje kolanko przy komputerze. Anna walczy znowu sama na łące. Siano zjeżdża powoli z łąki, każdy transport naszym starym sianowozem, czyli Santa Clausem, trzeba gdzieś upakować, a miejsce już się kończy. Trzeba układać ściśle, z głową, upychając rękami i nogami. Skóra pokłuta ostrymi suchymi trawami, nos pełen pyłku, ciało lepi się od potu już z samego rana, Jednocześnie trzeba pamiętać o karmieniu drobiu, kurcząt i piskląt, nakarmieniu kotów i psów, wydojeniu kóz, przetworzeniu mleka, nakarmieniu pomocnika, przyniesieniu drewna, rozpaleniu ognia pod kuchnią, by zagrzać wodę na mycie itp.
Taki czas. Zaczyna się dla mnie o 6 rano (Anna wstaje godzinę wcześniej), kończy - jak wczoraj o 21. Ledwie jest czas przysiąść na chwilę, wypić herbatę, zaglądając do internetu, aby zregenerować siły do kolejnej batalii. W necie zaś wszyscy - jak się zdaje - na luzie. Przejmują się jakimiś głupotami, meczami (coś takiego ponoć było, jak donoszą znajomi z fejsa), polityką zagraniczną, suszą pustoszącą zbiory w kraju (oj, idzie pewnikiem podwyżka)... można się oderwać od przyziemnych fizyczności, roześmiać się nawet. Wieczorem ma być ponoć burza. Kolejna zabawa.

8 czerwca 2018

Sianokosów czas

Po kilku mokrych i zachmurzonych dniach po skoszeniu siana, które cierpliwie przeczekać trzeba było, przyszła murowana pogoda. Suchutkie siano zostało skostkowane i zwiezione wczoraj i dzisiaj do gospodarstwa. Umówieni chłopacy oczywiście nie byliby sobą, żeby numeru nie wywinąć. Andriusza z samego rana kielicha wychylił z Iwankiem pod chatą i przy sianie zaczął się słaniać i bełkotać. Trzeba było go przekonać, że do roboty się nie nadaje i odwieźć z łąki do domku, z nagrodą pocieszenia za fatygę, butelką piwa rzecz jasna. Na szczęście zjawił się za niego Kościk, w miarę trzeźwy. Któremu sen przedziwny trzy razy z rzędu się przyśnił i dalejże mnie molestować, co on znaczy. Hurysy niebiańskie widział i rozmarzył się, jak całkiem nie on, że dobrze by mu było do takich się przytulić i szczerej miłości zaznawać. Tylko, gdzie je znaleźć? I jak? Nie przeszkodziło mu owo rozmarzenie jednak podrzucić i ułożyć na poddaszu obory kilka transportów kostek siana, które Ania pracowicie wykonywała stareńkim, naprawionym już Santa Klausem z przyczepką. Zainkasowawszy wczoraj wieczorem zapłatę, oczywiście dzisiaj nawet nie zajrzał. Zresztą okazało się, że nie ma po co.
Anna z samego bladego i chłodnego świtu wyruszyła na łąkę i zwiozła na podwórze dwa ostatnie transporty. Wrzuciłyśmy je same na drugie poddasze, ja podawałam ręcznie kostki (ciuki, albo po tutejszemu tiuki) na balkonik i całkiem nieźle mi poszło. W podsumowaniu były to najtańsze sianokosy, jakie dotąd przyszło nam wykonać, nie licząc pieniędzy, a brak zwykłego potu i łez. Uff.
Spiekota tymczasem prędko wzrasta. Pastwisko wygląda coraz gorzej. Kozy "na szczęście" pasą się tylko z rana i po południu raptem kilka godzin w ciągu dnia. W czasie, gdy ślepaki i gzy są najmniej napastliwe. Resztę czasu, tak od 11 do 15/16 przesiadują głęboko ukryte w oborze.

6 czerwca 2018

Tak, jak miało być



Dwa dni temu odeszła. Zostawiła swoje ziemskie ubranko. Pod koniec 13 roku życia. Zwolniłyśmy ją ze służby. Ku nowym doświadczeniom. Była z nami dokładnie tyle czasu, ile mieszkamy na Podlasiu.

1 czerwca 2018

Żywe poranki

Skwarne upały i wszelka upierdliwość muchowatych i krwiopijczych stworzeń powietrznych (jak przystało w znaku żywiołu Powietrza, Bliźniętach) zmusiła nas do wstawania kapkę wcześniej, niż 7 rano, by zdążyć wydoić kozy przed ich aktywnością. W praktyce wstaję o 6, co dla mojej natury zawodowego spacza (bo czymże nazwać śnienie i wyciągane z niego urzeczywistniające się w postać książki czy zapisów blogowych treści?) jest dość ekstremalnym doznaniem. Na szczęście już się nieco przyzwyczaiłam, a poza tym mój strach przez latającymi wokół głowy ślepakami jest większy, niż potrzeba snu rano.

Idzie na sianokosy, już się w praktyce dzieją. Zapowiedzi deszczu wciąż się zmieniają. Na razie jednak pogoda trzyma.
Wykluły się pisklęta kurze, w liczbie sześciu, pod kwoką, która uparta nie dała się otrzeźwić z "koktania" i dostała kilka jajek na odczepnego. Wygląda na to, że do ich zrodzenia się przyłożył swoją mini-miarkę Kochaś, czyli kogut z rasy miniaturowych kochinów. I będzie więcej cudaków na podwórku, niż dotąd. Trudno. Las pochłonął już nam dużą część kurzego stada, i pewnie jeszcze to zrobi do końca sezonu, więc nie narzekam na zwiększoną ilość ptaków. Przynajmniej niektóre z nich przeżyją i zwiększą żywe zasoby gospodarstwa do przyszłego roku.
Klują się następne indyczęta. Poprzednie sprzedały się na pniu.

Poza tym Kola czuje się gorzej i w pogodzonym spokojnym smutku przygotowujemy się na jej odejście.

25 maja 2018

Pierwsze lęgi

Zaczęły się lęgi. W dwóch gniazdach narodziło się 25 pisklątek. W różnych odcieniach, od czarnego, przez czerwony do lawendowego i białego. Na razie na dzień lądują w pudle pod lampą, gdzie jedzą i piją i zyskują siły. Matki siedzą jeszcze na niewyklutych jajach.

Zainteresowanie indykami w rejonie zwiększyło się w tym roku, z powodu wybicia przez unię chrumkających mieszkańców chlewni i przydomowych chlewików. W zamian drobni rolnicy chcący coś robić i jeść własnego, przerzucają się na indyki. Nie tylko te hodowlane, białe brojlery-tłuściochy, które sporo kosztują w wylęgarni, są na nie wiosną zapisy, a potem nie ma się gwarancji, że dożyją swego przeznaczenia na jesień, bo wrażliwe na wszystko są. Oraz dostosowane do pasz wysokobiałkowych (czyt. GMO!), które także są drogie. I ktoś, kto ich nigdy nie hodował może się przejechać finansowo, gdy mu stado, czy pół stada padnie, nawet na serce z otłuszczenia.
Toteż właśnie małorolni, ci od jednej-dwóch świnek do tej pory, rozglądają się za zwykłymi kolorowymi indykami, które owszem, mniejsze są, ale za to smaczniejsze, poza tym mniej jedzą, wystarcza im zwykła karma i nieco zielonej łączki, gdzie mogą polować na owady i dożywiać się same pełnowartościowym białkiem, rzadko chorują, można je łatwo rozmnażać i zawsze w gospodarstwie się przydają. Jako inkubatory i troskliwe nianie-kwoki dla innych ptaków, kur, gęsi, kaczek, choćby. A nadmiar jaj też jest mile widziany, bo są większe, niż kurze, pożywne i nader smaczne.

23 maja 2018

Musza pogoda

Pogoda szczęściem przestała być sucha i nadal jeszcze podlewa deszczem nasze rzadkie pastwisko i ogródek permakulturowy, przez co nadzieja wstąpiła w nasze serca, że nie będzie bardzo źle.
Trawa rośnie i pozieleniała tam, gdzie zaczynała już żółknąć. Kozy pasą się z chęcią.
Zakończyłyśmy tworzenie nowych wałów i wałków (a raczej wzgórków) pod dynię na całej połaci ogrodu. Do tej pory uruchomiona była tylko połowa. Po prostu z roku na rok przybywa tam naturalnego nawozu od kóz i drobiu oraz kompostu, starej słomy, siana, albo i świeżo skoszonej trawy, jak się ostatnio trafiło. Znajomy rolnik wziął się nagle do koszenia swego podwórka, nie konsultując się z pogodynką. Lunęło jeszcze tego samego dnia. Dał sygnał, Anna zebrała dwie przyczepki świetnej żyznej paszy, ale niewiele kozy skorzystały. Lunęło ponownie. Całość wiosennego zbioru wylądowała więc w ogródku jako cenny nawóz użyźniający pod porzeczki, i insze roślinki.
Zatem właśnie kończąc zapasy dyniowe zeszłoroczne (wczoraj były kruche placuszki z dyni i mąk bezglutenowych na obiad) zakończyłyśmy także siew tejże smacznej bani różnych rodzajów. Tudzież cukinii. Wyszło na zakładkę.
Przy domu zaś, pod włókniną, zabezpieczającą grządki przed kurzymi zakusami, pięknie urosła już rzodkiew, którą raczymy się codziennie w postaci tartej sałatki do wszystkiego oraz skubię pierwsze liście szpinaku.
W kąciku ziołowym góruje lubczyk, wzrasta żywokost, szałwia i mięta.

Zaczął się własnie znak Bliźniąt i od razu to widać w przyrodzie. Przede wszystkim w postaci większej upierdliwości owadów, much i gzów ze ślepakami, które się pokazały jak na zawołanie.

15 maja 2018

Trochę kolorów

Czasem, z rzadka aparat trafia do rąk. I coś rejestruje. Chwile.


Chodnik własnoręcznie tkany na tle...


Jeden z dwóch ocalałych od zeszłego roku, z pazurów drapieżnego lasu czupurów. Kogut czubatki polskiej bez grzebienia, zwykłe kury czegoś takiego nie potrafią zaakceptować. Próbujemy je sprzedać, lub zamienić jednego na kurkę. Stoi (by zapiać) na szczycie góry centralnej.

14 maja 2018

Sucho i mokro

Gonimy czas, hehe.
Kwitnie robinia, pospolicie zwana akacją, miesiąc wcześniej, niż zwykle. Do rozkwitu szykuje się też lipa. Pożytki pszczele skończą się zatem wcześniej, niż zwykle.
Wreszcie dzisiaj dopiero dotarł do nas deszcz. Wciąż tylko słyszało się, tam oberwanie chmury, tam zatopiło miasta, tam grzmiało, tam lało, całkiem nawet blisko, a u nas najwyżej chłodniejszy wiatr zawiał i kilka ostatnich kropel resztki chmury przyniosły. Na pustyni i deszcz nie pada. Tymczasem mikra trawa w sadzie, ogryziona na początek wypasania przez kozy, zaczęła już miejscami przysychać. W maju! A co będzie w lecie?
Przypominają się słowa starego Mikołaja. "Suchy maj, nieurodzaj".
Anna posiała ogródek przy domu, nasionami dyni i cukinii, oraz fasolki. Szpinak i rzodkiewka wzeszły. Krzewy porzeczkowe zawiązały nawet sporo owoców. Te przy domu da się podlać, ale w ogródku permakulturowym już nie, za daleko. Podobnie jabłonie, owszem, kwitły w piękną pogodę, jest dużo zawiązków, ale czy przetrwają suszę? Ot, zmartwienia rolnika.

Mimo dotąd zgoła upalnej pogody obrodziły też w tym roku meszki, a i komarów jakby więcej się pojawia. Nie są to ilości, które pamiętam z pierwszych majów na tej wiosce, gdy porą o zmierzchu nie dało się wyjść na dwór, bo do nosa i oczu się rzucały, jak na Syberii nieomal. Ale bywa męcząco akurat przy porannym i wieczornym dojeniu. Kozy też tego nie lubią. Schodzą z pastwiska wcześniej, beczą, wierzgają nogami, zrywają się nagle i biegną jak szalone przed siebie, lub kładą się na brzuchu, aby najczulsze miejsca osłonić przed ukąszeniami. Gdy wracają do obory za nimi ciągnie chmura mikroskopijnych owadów, których ukąszenie boli wielokrotnie bardziej, niż komara. Z roku na rok ich ilość wzrasta.

Poza tym kolejne indyczki zasiadły, w tym na jajach gęsich. Kurczęta z wylęgarni mają się dobrze. Kury się niosą. Jutro pierwsze lody.

3 maja 2018

Pogodnie

Wreszcie sad rozkwitł. Jabłonie staruszeczki ubrały się jak panny młode. Pszczółki i trzmiele uwijają się z miłym dla ucha brzękiem. Pogoda, ciepło, słonecznie i przyjemny wietrzyk sprzyja. Brakuje deszczu. Zapowiadali, do nas nie doszedł. Na północnym Podlasiu spadł duży grad, u nas ledwie trochę bardziej dmuchnęło i kozy nieco się pobiły, zagrzmiało, ale burza nie dotarła.

Do prac codziennych doszedł udój poranny i zagospodarowywanie mleka. A także wypas kóz po opłotkach (pastwisko jeszcze oszczędzamy, bo trawa mikra i przy niewielkich opadach wolno rośnie). Pierwsze serki, twarożki, i przede wszystkim jogurt, za którym obie się stęskniłyśmy i pijemy półlitrowymi kubkami na raz, z dodatkiem pasteryzowanych słodkich jagód, albo jakiegoś dżemu. Staram się zmniejszyć maksymalnie piwniczne zapasy słodkości, soków, dżemów i marmolad, żeby zrobić miejsce na nowe, tegoroczne. Niektóre dżemy są sprzed dwóch lat, przetrwały i dają się zjeść bez problemu. W zasadzie rok kwitnienia sadu daje tyle owocu, że przerabiam go tak, aby starczyło na dwa lata właśnie. W praktyce jest tego na trochę dłużej. Jedynie cydr za szybko się kończy i tego nie opanowałam.
Sezon winiarski zaczynamy od nastawienia wina z mniszka na sztucznym miodzie, odzyskanym przy pomocy miodarki z niedojedzonych w zimie zapasów w ulu. Trwają zbiory kwiatu bzu.

Anna sprowadza różne herbaty prosto z Chin i raczymy się nimi. Parzone w czajniczku, który stoi na ciepłej kuchni, są najlepsze z dodatkiem konfitur. Jedzonych łyżeczką z glinianego spodka, na sposób rosyjski popijane gorzkim naparem.

Zasiąść na jajach chce już trzecia indyczka. Gęś się niesie, dając wyjątkowo dorodne jaja, zbieramy. Kaczusia też się stara.

W nielicznych przerwach od zajęć codziennych Anna zajmuje się mozaikowaniem, nową dla siebie techniką zdobniczą, którą poznała na dwudniowym kursie w Białymstoku. Ja bawię się gliną, lepiąc głupotki. Przy okazji, ponieważ robimy to na tarasie albo altanie, słucham ptaków, majowych treli i obserwuję zabawne zachowania własnego stada nielotów.

28 kwietnia 2018

Jak się rozgrzać?

Zimne wciąż noce i mocno rześkie poranki pewnie są winne temu, że Anna wciąż narzeka na różne bóle w kościach i wychłodzenie organizmu. Zawsze, jako rozpieszczona Warszawianka wychowana w temperaturze 30 stopni latem i zimą, reagowała nieadekwatnie na zmiany w pogodzie, ale teraz przekracza wszelkie granice. Trochę mnie to śmieszy, ale przecież widzę, że się męczy. Nie pomagają plastry rozgrzewające, których zresztą w najbliższej aptece zabrakło, bo tak ponoć masowo ludzi połamało lumbago, ani ubieranie się jak na zimę w słoneczne dnie.

Na dokładkę Santa Claus czeka na dostawę jakiejś drobnej części kupionej w internecie, u mechanika, który stwierdził, że to mała usterka i staruszek jeszcze będzie na chodzie. Zatem w razie konieczności pojawienia się w miasteczku w ruch idzie rower. A tych konieczności bywa całkiem sporo. Do sklepu, do domu kultury, do mechanika, na pocztę, albo na autobus do miasta... Po każdej takiej wyprawie, raptem kilkukilometrowej, ale zawsze albo pod zimny wiatr, albo w krótkim południowym upale, wraca na nowo cierpiąca. A to na dreszcze, a to na katar, a to łamanie w kościach, a to na ból głowy albo gardła. Mnie zresztą i bez jazdy na rowerze gardło również kilka dni bolało. Taki czas widocznie...

Zjawili się panowie dwaj i profesjonalnie dokończyli wylewkę podłogi. Schnie teraz, my wciąż w bałaganie remontowym uprawiamy domowy surwiwal. W którym jestem zaprawiona od lat, więc niewiele zauważam z niedogodności. Grunt, że podłoga na tyle stwardniała, że można było biurko wnieść i podłączyć komputery do sieci.

Pisklęta z racji nie tylko owego zimna nocnego, ale i braku dla nich przygotowanego miejsca w budynku gospodarczym, mieszkają w skrzyni przy kaloryferze, w nocy pod włączoną lampą-kwoką. Mają się dobrze, karmione naturalną karmą: osypką, kartoflami, kaszą, gotowanymi jajami, twarogiem (resztą zeszłorocznego z zamrażarki) z dodatkiem posiekanej młodej pokrzywki i domieszką piasku. Tak, dobrze czytacie. Piasku. Kury, podobnie jak kaczki i gęsi mają żołądki przystosowane do trawienia piasku, z którego budują sobie kości, gdy rosną, a potem skorupki jaj, gdy się niosą. Ponieważ nie dostają tak zwanego "startera", czyli mieszanki paszowej z kukurydzy i soi (wszystko GMO) ze sztucznymi witaminami i co tam jeszcze diabeł wymyślił, tylko białko pierwszej klasy z gospodarstwa i witaminy z zieleniny, to wapń i potrzebny budulec otrzymują w postaci zwykłego żwirku. Mają się od tego bardzo dobrze. Ten sposób odkryła i z powodzeniem uskuteczniała w hodowli kaczek moja babka.
Na kilkadziesiąt sztuk tylko dwa pisklęta zdechły zaraz na samym początku, od urodzenia słabowite. Co jest bardzo dobrym wynikiem. Nie miałam nawet takiego, dając im dawno temu z głupoty ów starter. Którego nie chciały jeść i wyraźnie nie lubiły.

Poza tym z wolna urządzamy ogródek permakulturowy pod brzeziną. Pojechała już nań tegoroczna dawka obornika, który ułożony w mało malownicze wały będzie dojrzewał, a przy okazji tradycyjnie posadzi się na nim dynie i cukinie. Robimy to co roku i słabiutka leśna gleba wyraźnie inaczej pracuje, co widać po dorodności traw, które się tam zaczęły mnożyć. Kosimy je latem dla kóz. Teraz ściółkujemy truskawki, maliny i krzewy porzeczek. Które zabierają się do kwitnienia i w większości pozbierały się po klęsce suszy i wymierania. Przyjęło się kilka kwitnących drzewek i krzewów koło pasieki, a także rząd przesadzonych dzikich róż. Kiedyś może zacznie to jakoś wyglądać, bo na razie - mimo naszych wytrwałych starań - wciąż prezentuje się mikro i niedorodnie.
Nawiasem mówiąc zeszłoroczne dynie jeszcze jemy! Już się co prawda kończą, ale zupa dyniowa albo placuszki dyniowo-ziemniaczane bywają na stole co kilka dni.

Poza tym dwa dni temu odbyło się odsadzenie młodzieży od matek na noc i oto pojawiło się mleko. Nie jest go na razie dużo, bo kozy nie pasą się jeszcze zbyt długo na zielonym i nie wszystkie doimy. Ot, dwie godziny dziennie łażą po okolicznych łączkach skubiąc kwietniowe trawy wysokości najwyżej palca u ręki. Ale dobre i to.

Od dwóch dni siedzi także indyczka na 15 jajach, a druga już grzeje gniazdo w oczekiwaniu na podłożenie kolejnej porcji. Z wielką paradą zaczęła się także nieść wreszcie raz na dwa dni moja droga Pulcheria, czyli Balbinowa Pulcia.

27 kwietnia 2018

Zdjątka

Czy te oczy mogą kłamać?


Taka gra, czyli narożnik.


Pająk. Własnoręcznie zrodzony.


20 kwietnia 2018

Góra centralna

Zakwitła śliwa węgierka przed tarasem. Mimo wiatru i zimnych nocy pszczoły się starają, brzęczą w najcieplejszych godzinach dnia i zaglądają w okna domu.

Planety zadziałały, Słońce wychodząc z Barana spotkało się z Uranem, otwierając świat na niespodzianki, a Merkury przestał się pozornie cofać na niebie i ruszył znowu do przodu, zatem nie blokuje już załatwiania spraw. Wszystko co do pory, którą oznajmiłam tydzień wcześniej zmęczonej odmowami gospodyni.
Zadzwonił telefon.
- Słucha, ja w sprawie żwiru, co my rozmawiali o tym...
I tak przyjechała przyczepa z ilością, która na jeszcze jedną podłogę wystarczy, załatanie dziur na podwórzu, wyjedzonych (!) przez drób i rozkopanych przez psy oraz pogrubienie warstwy ochronnej na ziemiance, która nieco się przez lata kozich harców osypała. W cenie transportu.

Mamy zatem górę piachu centralnie przed garażem usypaną. Niczym omphalos na mojej planecie. I otwieramy się na dalej... acz bez zbędnej napinki. Która sensu bytu nigdy nie ma.

17 kwietnia 2018

Uwijamy się

Wiosna się umacnia i zaznacza. Odzyskujemy siły.
Po prawosławnej Wielkanocy zjawili się majstrowie dwaj i rozpoczęli remont głównego pokoju, umówiony już jesienią. Zerwali drewnianą, chyboczącą się tu i ówdzie podłogę, wynieśli potężne drewniane legary, oczyścili nieco podłoże i zalali pierwszą warstwą betonu. Mimo, że pozostało jeszcze 2/3 tyle żwiru, ile zużyli, zalegającego na kupie od czasu stawiania "budy", oznajmili, że to może być za mało i nie chcą ryzykować niedoróbki przy drugiej wylewce. Zażyczyli sobie nowej kupy żwiru. Jednak ich stały dostawca doznał awarii ciężarówki, inni zaś zapytani telefonicznie albo jeszcze nie wożą, albo dawali takie ceny za sam transport, że skorzystać z ich usługi to hańba dla klienta (transport 3 x droższy od towaru). W takim razie stanęło na tym, że czekamy drugi tydzień. Aż się coś wyjaśni. Samochód naprawi, albo jakiś tani dostawca rozpocznie pracę. Oczywiście myśl, żeby wykorzystać to, co jest na miejscu, a w razie małego braku ukopać (mamy działkę na wydmie i piasku pod dostatkiem) nie ma prawa się przebić w tym wypadku. Honor nie pozwala. A z nim lęk, że z trudem znalezieni majstrowie zostawią sprawę, jak zostawili. I będziemy już ciągle mieszkać na betonie...

Dzięki tym pracom nie było przez kilka dni dostępu do internetu (teraz jest, bo wylewka stwardniała i dało się wnieść stolik z komputerem). Odwyk był dla mnie mocno pouczający. Wróciłam do lektury książek, które wreszcie - z racji nowych większych regałów wychynęły z pudeł (gdzie tkwiły jeszcze od czasów przeprowadzki z Warszawy)  i uznałam, że trans w jaki wprawia mój mózg podłączenie do sieci jest pożerający i unicestwiający. Zmieniam zatem tryb pracy umysłowej na inny, mniej sieciowy.

Wczoraj zaś, przy okazji nowiu księżycowego, udało się dokonać pierwszej poważnej pracy w gospodarstwie, jednej z kilku najważniejszych, mianowicie wywózki obornika z koziarni do ogrodu. Anna rano pojechała rowerem na wioskę i udało jej się zrządzeniem Opatrzności sprowadzić pracownika. Trzeźwego, chętnego do pracy. Nakarmiłam go porządnie, napoiłam, a oni oboje pracowali pilnie przez 8 godzin, rwąc parkiety tak wysokie, że kozy już rogami o sufit zahaczały.
Udało się oczyścić trzy główne boksy, zostały jeszcze dwa najmniej załadowane, które już obie skończymy.
Wożenie fur na pole tak zmęczyło starego Santa Clausa, że coś mu się porobiło tak, że strach nim jechać gdziekolwiek dalej. Zatem sprawa kupna nowego starego samochodu pilna się zrobiła.

Poza tym przyjechały kurczaczki jednodniowe z wylęgarni i oto zaczynam doroczne dokarmianie. Nadmiar jaj przyda się na coś, niewątpliwie.

Trwa też robienie grządek i sianie, na razie liściastych nowalijek. Nie spieszymy się. Jest sucho, na deszcz się zanosi już trzeci dzień i nic. Oraz piłowanie drewna i układanie pod daszkiem. Codzienne ćwiczenia gimnastyczne.

Zaczyna kwitnąć klon przy domu. Pszczółki się uwijają, brzęcząc mile dla ucha.

8 kwietnia 2018

Wiosenne blogowanie

W domu w dzień jakoś za ciepło się zrobiło. Warszawianka jednak wciąż narzeka, że nie, że wręcz przeciwnie, zimno!
Przepalam jeszcze w c.o., jeden wkład bez dorzucania. Drewno pali się kilka godzin, wolniej, niż w zimny czas. Gotuję na nim karmę dla ptactwa, zagotowuję czajnik wody i porzucam czynności grzewcze.
Chodzę już w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawkiem, nawet na dwór zdarza mi się tak wyskoczyć. Żadnych przeszkód. Uszy raczą się pięknym śpiewem wiosennych ptaków. Chce się siedzieć na tarasie i wchłaniać wiosnę.

Niosą się już indyczki. Balbiny udają, że coś tam w tych sprawach robią, ale nie widać jajecznych skutków. Przesiadują przy garze z wodą i grzeją się w słońcu. Ot, ozdobna para.
Kaczusie zostały już tylko dwie. Trzecią, niestety, trzeba było ubić. Zaczęła upadać na nogi. Po egzekucji okazało się, że miała w sobie rozbite jajo. Jednak okazała się kaczką, nie kaczorem.
Kury niosą się wściekle, jak to na wiosnę.

Wykorzystując trochę czasu przed nawałą koniecznych prac fizycznych do wykonania, uruchomiłam w sieci kolejny swój blog. Zawierający zapisy z niejawnego życia śniącej wróżki. Jakoś tak na podsumowania mnie wzięło z okazji długich saturnicznych wpływów, jakie ostatnio przechodzę.
Nazywa się: Transwizjon. Świat po drugiej stronie.

5 kwietnia 2018

Wiosenne parcie

Powoli, ale systematycznie karaskamy się. Lumbago przechodzi, Anna może już się zginać, pochylać i kucać bez większego bólu. Temperatura bliska normalnej. Kaszel i katar odeszły.
Czas najwyższy, bo wiosna wpadła z impetem. Soki drzewne ruszyły gwałtownie, więc łapiemy co się da, pijąc oczyszczającą oskołę. Wraz z sokami pobrzękują pszczoły. Chyba nie jest z nimi źle, przynajmniej tak źle, jak nam się zrazu wydało. Pączki nabrzmiewają, ino patrzeć, jak las się zazieleni.

Czekając na majstra, umówionego na po Wielkanocy prawosławnej, staramy się codziennie coś uprzątnąć i wynieść z pokoju, który teraz wreszcie zyska wykończenie. Nie mamy jeszcze dużo siły fizycznej, więc nadrabiamy systematycznością i cierpliwością.

Kozy już tęsknie wyglądają z podwórza ku lasowi. Dostają kostkę siana na powietrzu i ogryzają drewno opałowe, ściągnięte niedawno. Miejscowi pouczali nas, że bydło nie powinno się paść na pierwszych soczystych gałązkach i pączkach, bo często wtedy choruje. Pilnujemy więc tego.
Dzieci rosną zdrowo i wesoło. Mleka nie ma. Ledwie tyle, co do kawy, niekiedy do naleśników albo budyniu uda się ukraść małym żarłokom.

Dziś Anna obsiała inspekt, nakryty starymi oknami. Szpinak, roszponka, takie tam.

30 marca 2018

Test medyczny

W ostatnim czasie Saturn i Mars, dwa największe w astrologii malefiki, czyli twórcy zła, w kwadraturze do Słońca w wiosennym znaku Barana dają mi popalić. Dają zresztą popalić nam wszystkim, ponieważ są to układy odpowiedzialne za tę nieszczególną, niewiosenną, zimną, śnieżną i pozbawioną powabu pogodę, której jak dotąd końca nie ma. Mars jeszcze zbliża się do Saturna na moim urodzeniowym Słońcu w Koziorożcu, ale to już pesteczka. Wobec tego, co mamy już dzięki Bogu za sobą.
Od półtora tygodnia w domu testujemy wielką i małą farmę. Na tę samą chorobę. Ja - Koziorożec z Księżycem w Pannie, doświadczany Marsowo-Saturnicznie, na starcie 38,5 stopni gorączki, po zażyciu 13 kropel cudownego specyfiku stosowanego przez carskich lekarzy wojskowych podczas I wojny światowej (koszt grubo poniżej złotówki) doszłam pierwsza w pozycji pionowej do mety. Anna, tak samo Koziorożec z Księżycem w Pannie, doświadczany w w/w sposób i identycznie wysoką gorączką, po zażyciu 16 tabletek antybiotyku i różnych takich (koszt 50 złotych) właśnie przedwczoraj zgięła się nie tak i dostała na samej mecie... ataku lumbago. A po nocy spędzonej z gorącym termoforem na wiadomej części ciała, zaliczyła zjazd, z którego musiałam ją własnoręcznie z podłogi zbierać i podnosić. 
Po intensywnym dokarmianiu od rana, chuchaniu w rozgrzanej pościeli, oraz pieszczeniu oczu i uszu netflixowym gównem serialowym bez przerwy, zdołała wpełznąć po drabinie na strych obory, aby zrzucić zapas siana dla kóz na kolejny etap urlopu rekonwalescencyjnego, Sama nie wiem, czego lepiej się trzymać, z tych metod leczniczych... bo gros pracy spadło na moje barki. W każdym razie gaszę wieczorem pragnienie czerwonym winkiem własnej roboty... i rozmyślam o podobnych splotach przeznaczenia rozwiązanych innymi sposobami, wnoszącymi jakże odmienne skutki na dalej.

26 marca 2018

Kryzys wiosenny

Powaliła nas choroba. Anna szybko zrejterowała do lekarza i zaczęła kurację antybiotykową. Ja pozostałam przy swoich metodach. Po tygodniu czasu mogę powiedzieć, że obie czujemy się jednako ch...jowo.
Kiedy razem miałyśmy powyżej 38 stopni gorączki musiałyśmy skoordynować swoje wysiłki, aby wykonywać codzienne konieczne prace, nawet pełznąc i czołgając się. Aby potem paść na kilka godzin w ciepłą pościel i usiłować wypocząć.
W tym czasie wykociła się ostatnia koza, na świat przyszły dwie śliczne kłapciate kózki, trzeba było dopełnić obowiązków położnej. Nie zauważyłyśmy z tego chorobowego przemęczenia, że koza ma ranę na wymieniu, wyglądała na zabrudzenie łożyskiem. Anna odkryła prawdziwą przyczynę dwa dni później, gdy zdojone mleko z nabrzmiałego strzyka zaczęło być mocno różowe. Na szczęście w domu jest stale w pogotowiu lekarstwo i strzykawka. Koza dostała trzy razy antybiotyk, specjalne odkażające smarowania i opuchnięcie już schodzi, mleko też wróciło do zwykłej barwy.
Dostała cios rogami od własnej matki, która była już mocno zmęczona ciasnotą i zamykaniem ich na całe dnie. Kiedy pogoda zaczęła się wyraźnie poprawiać i ocieplać, w dzień słońce wysoko stać, a my odzyskałyśmy nieco sił, kozy są wypuszczane na kilka godzin na podwórze, gdzie zajmują się korowaniem zwiezionego drewna i jedzeniem siana, a koźlęta bieganiem i zabawą. Bardzo to uspokoiło nastroje.
Wizja zbliżającej się wiosny, ćwierkające wiosenne ptaszki, ciepło w ciągu dnia (w nocy są nadal przymrozki i gleba wcale nie odmarzła) poruszyła też rolniczy biznesik. Ogłoszenia dawno wisiały tu i ówdzie, a dopiero teraz bywa po kilka telefonów dziennie. A to ktoś kózkę kupił, a to kozła pożyczył, a to koguta się sprzeda, może indora lub indyczkę. Tylko o jaja nikt nie pyta, a wysypują się z lodówki, mimo, że codziennie karmię nimi psy i koty, a Anna zrobiła wielojajeczny sernik z przedostatniego twarogu zeszłorocznego, przechowanego w zamrażarce.

Zajrzał też majster ustalony jeszcze przed zimą, do wykończenia pokoju głównego, który wciąż pozostaje w pierwotnej wersji. Szykuje się zatem ostry remont zaraz po świętach.

Póki co snuję się po świecie w zwolnionym tempie, z trzaskającym bólem zatok czołowych, tłumionym tabletkami przeciwbólowymi, nosem odtykanym kroplami do nosa, i niedomiarem temperatury, 36,4.

19 marca 2018

Się plecie

Krótkie przedwiosenne ocieplenie szybko się skończyło. Mimo wysokiego jaskrawego słońca wrócił śnieg i mróz, nawet jeśli w porywie dnia dochodzi tylko do minus 2, to i tak wrażenie zimna jest dziwnie spotęgowane, podmuchy lekkiego wiatru szczypią w nosie i oczach, dłonie grabieją. Aż wątpię, że prognozy internetowe i inne oficjalne mówią prawdę. Wszystkie posiadane dotąd domowe, zewnętrzne i wewnętrzne termometry wysiadły, chińszczyzna poprzylepiana na szybach okien wprowadza w błąd, pozostaje palić w piecach i cierpliwie żdać wiesny!

Koźlęta zrobiły się już tak energiczne, że wyłapywanie ich po obrządku graniczy z cudem. Ledwie dwa psy sobie z nimi radzą, wganiając rozbrykane bachory do obory. To nie koźlęta, a pchły jakieś! W efekcie takich codziennych wysiłków łowieckich, Anna zapadła właśnie na coś w rodzaju przeziębienia. Chrząka, pokasłuje, narzeka na gardło i lekki ból w oskrzelach.
- Trza było gębusi nie drzeć pod wiatr - stwierdziłam kwaśno. Bo teraz cała rebiata na mojej głowie będzie.

Witamina C wyszła była i zapas nie został uzupełniony w porę. W ruch poszła cebula, czosnek, chrzan, imbir, sok porzeczkowy, herbatka rozgrzewająca z kwiatu lipy, cytryna, gorące mleko i termofor pod stopy. Filmy na Netflix w oczy, żeby czymś zająć umysł. I tak to się plecie.

15 marca 2018

Ciepłe powietrze

Udało się sprawnie zwieźć dwie fury pozyskanego drewna z pobliskiego lasu. Resztę, tę najbliższą drogi Anna przywiozła na przyczepce. Traktorzysta z synem był sprawny, solidny i niedrogi. Anna chwyciła zatem dziś za piłę swoją ukochaną i rżnie wielką kupę. Mnie czeka układanie.
Opał uzupełniający tegoroczne zużycie, na przyszłą zimę, zmieścił się w granicach 200 złotych. Owszem, trzeba będzie jeszcze doliczyć koszty paliwa do piły. Ale robocizna własna.

Kury, z radości przedwiosennej zwiększają nieśność. Dziennie dochodzą do 9 jaj.
Dokarmiane koźlęta mają się dobrze. Najstarsza Fruzia została odstawiona na noc i rano mleko Felicji idzie na nakarmienie czworga głodomorków. Dwóch syneczków Flory, i dwóch córeczek Muci, pierwiastek. Florka, Froda i Fiki i Miki. Robimy to już tylko dwa razy dziennie, bo dzieciaki jakoś sobie radzą, w końcu mają matki.

Wczorajszy wyjazd do powiatu, w sprawach urzędowo-zakupowych (ZUS, KRUS, Agencja Rolna, bo termin określenia się co do stada mijał właśnie, supermarkety, żeby zapas makaronu dla psów i ryżu dla nas zrobić), mimo, że przebiegł sprawnie, i Santa Klaus wbrew wcześniejszym obawom spisał się dzielnie, mocno nas umęczył. To przedwiosenne powietrze, ech. Wysysa siły.

12 marca 2018

Kiszka ziemniaczana z Podlasia

Śniegi zeszły, jeszcze gdzieniegdzie utrzymuje się grząskość podłoża. Stado ptasie żeruje na kaczym dołku wydrapując chciwie z gleby resztki mchu. Wzięło nas wczoraj na kulinarne zajęcia dodatkowe. Taka kulinarna niedziela.
Przyrządziłam kolejne porcje pasztetu w słoikach, wyszło ich pięć. Bo poprzednie szybko się skończyły.
A poza tym, jakby z rozpędu sporządziłyśmy kiszkę ziemniaczaną, podlaski przysmak. Nigdzie nigdy wcześniej jej nie jadłam w Polsce, tak jak i babki ziemniaczanej. Potrawa wschodnia jednym słowem. Dawno już przez nas nie robiona. Wyszła pięknie i smacznie, dziś się skończyła, a na poczęstunek załapał się niespodziewany gość. Pochwalił.



Kiszka ziemniaczana

Składniki:
2 kg ziemniaków
1 duża cebula
0,3-0,5 kg boczku, podgardla albo słoniny, co się ma. Można też dodać pokrojonej w kostkę kiełbasy.
5 łyżek mąki ziemniaczanej
2 jaja
Przyprawy: sól, pieprz czarny świeżo mielony, ziele prowansalskie, zależnie od gustu, 3-4 ząbki czosnku.
Jelita

Przyrządzenie:
Ziemniaki, czosnek i cebulę zmielić drobno, jak na placki ziemniaczane, odsączyć. Dodać pokrojonego w kostkę boczku lub słoniny, jaja, posolić (na tę ilość łyżka-półtorej soli) i przyprawić do smaku. Dokładnie wymieszać, zagęszczając nieco mąką ziemniaczaną. Konsystencja nie może być zbyt rzadka, ani zbyt gęsta, podobna do tej na placki ziemniaczane, może ciut gęściejsza.
Nakładamy jelito na odpowiednią końcówkę w maszynce i nabijamy tak samo, jak to się robi z kiełbasą. Formujemy kiełbaski długości parówek.
Układamy na dnie brytfanny kilka cienkich paseczków słoniny, układamy nabitą kiszkę, tak, aby się ze sobą nie stykała. Nakłuwamy każdą kiszkę w kilku miejscach szpilką, aby płyn podczas pieczenia miał którędy uciec. Inaczej kiszka pęknie i straci na piękności. Można jeszcze dać odrobinę smalcu na wierzch każdej kiszki.
Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, z termoobiegiem jakąś godzinę.

Smakuje na ciepło i na zimno. Z chrzanem, keczupem, kwaszonką do smaku. Odsmażana ze skwarkami zyskuje nowe życie.

8 marca 2018

Przed przedwiośniem

Wreszcie puściło ostre mrozisko, zmuszające nas do palenia w piecach od rana do nocy. Od wczoraj odwilż pełną parą, pcha się przedwiośnie. Ptaki ze świeżym przypływem sił rozbiegają się po obejściu, penetrując przestrzenie dotąd zakryte śniegiem i zamrożone. Chce im się grzebać, szukać pokarmu. Jak na razie znoszą po 5 jaj dziennie, ale pewnie na dniach będzie jajeczny szturm.

Anna zwiozła co mogła z leśnego urobku, do reszty trzeba traktor wynająć. Szykuje się pszczół posłuchać, czy się ruszają, brzęczą w ulu. Jak trzeba będzie, dokarmić przed wiosną. Mnie się różne plany snują po głowie. Działać się chce.

Urodziło się nowe stadko kozich dzieci, w większości płci męskiej. Jeszcze tylko jedna koza do wykotu. Nie było większych perturbacji, oprócz tego, że pierwiastki mają po dwójce, a mleka mało. Zatem dokarmiamy trzy razy dziennie trójkę koźląt, z butelki, mlekiem zdojonym od Gwiazdy.

25 lutego 2018

Pasztetowa w słoikach

Dawniej mawiano, i ja też to powtarzam, żeby nie zginęło doświadczenie przodków. Zima w Polsce musi się wymrozić, choćby przez 2 tygodnie. Jeśli tego nie zrobi w grudniu czy w styczniu, to raczej pewne jest, że mróz wypadnie w lutym. I mamy!
Oczywiście, w zależności od zimy będzie to mróz mniejszy lub większy. Ale dobrze jest, gdy potrzyma trochę w okolicach 15-20 stopni, a raz czy dwa spadnie jeszcze niżej. Tak dla zdrowotności!

Ach, moja niezapomniana pierwsza zimo na Podlasiu! 2005... Mróz trzymał kilka miesięcy, raz sięgnął prawie 40 stopni, a gdy temperatura z 28 w dzień spadła wreszcie do 15, czułam taką wzniosłą radość, jakby wiosna już przyszła!

Ponieważ dzisiaj w nocy ma być najchłodniej, to trochę czynności kuchennych sobie dodałam, żeby jakoś to znieść i wykorzystać dłuższe, niż zazwyczaj palenie w piecu.

Co więc dzisiaj mamy? Ano...

Pasztet do smarowania, pakowany w słoikach

Składniki: 
0,8 kg mięsa koźlęcego, karkówki bądź łopatki
0,25 kg wątróbki koźlęcej
0,20 kg podrobów koźlęcych (serce, płucka)
0,30 kg słoniny
Warzywa jak do rosołu, zatem 2 marchewki, pietruszka, seler, cebula
Przyprawy: sól, pieprz prawdziwy, kilka ząbków czosnku, cząber, albo czarnuszka czy mieszanka prowansalska

Przyrządzenie:
Wrzucamy do gara z wodą z dodatkiem ziela angielskiego i kilku listków laurowych najpierw warzywa, gdy chwilę się pogotują dodajemy mięso i podroby, a na koniec wątróbkę. Tę warzymy około 5 minut i odstawiamy wszystko do przestygnięcia.
Następnie mielimy drobno mięso, podroby, surową cebulę i czosnek, gotowane warzywa oraz słoninę. Dodajemy przyprawy do smaku według własnego gustu i dokładnie mieszamy.
Pakujemy masę w wyparzone wcześniej słoiczki po dżemie, dokładnie ubijając, aby nie było przerw i pasteryzujemy przez półtorej godziny w temperaturze w granicach 65-75 stopni. Odstawiamy do ostygnięcia.
I pałaszowania.

"Weki mięsne w słoikach 2 razy pasteryzować trzeba w odstępie 1 dniowym." Dodaję i podaję za czytelniczką bloga Ewą G. ;)

Oczywiście mięso można stosować dowolnie, każde się nadaje. My korzystamy z tego, co daje gospodarstwo.

Sposób na konserwy domowe w słoikach z różnych mięs gospodarczych w piecu chlebowym zapiekane i pasteryzowane, jaki poznałam z ust wioskowej starszyzny opiszę może innym razem.

19 lutego 2018

Śledzie z kurkumą

Zima trwa, mimo różnych fluktuacji. Ma się przeciętnie dobrze. My też. Kozy wciąż brzuchate. Ptactwo drepczące po śniegu ze zmarzniętymi łapkami zaczęło się już nieść (kaczka znosi sporadycznie jedno jajo, gęsi na razie niezainteresowane) i dziennie przynoszę z kurnika 8-9 jaj. Anna stara się je zużywać do ciast i ciasteczek oraz domowego makaronu, jemy jaja zawsze na śniadanie, przeważnie w formie jaja sadzonego, bo nieścięte żółtko zachowuje wszelkie witaminy i aminokwasy ważne dla organizmu, a czasem na kolację robię omlet z dodatkiem tartego żółtego sera koziego (już tylko w formie parmezanu resztka służy) oraz raczę surowymi jajami koty i psy. Bardzo to lubią i cenią sobie jako przysmak. Podobno ma też kosmetyczny wpływ na wygląd sierści. Zatem kury żywią drapieżców gospodarskich i wszyscy wraz z nimi mamy się doskonale.

Pozostając przy kolorze żółtym użyczę prostego przepisu na smaczną i przy okazji zdrową dla wątroby i nie tylko - sałatkę. Jej głównym i najważniejszym składnikiem jest kurkuma, o której nawet polska nader zdawkowa Wikipedia wspomina, że jest podejrzewana o lecznicze właściwości. Więcej informacji o jej rewelacyjnych właściwościach można znaleźć oczywiście na blogach dietetycznych i w artykułach sponsorowanych na temat suplementów. 
Tyle ze swego doświadczenia powiem, że w dawnych czasach, gdy miewałam niekiedy długo trwające bóle w okolicach wątroby, których wedle badań wszelakich być nie mogło, pomagały mi na nie bardzo szybko krople Solaren, które są aptecznym wyciągiem z kurkumy. Teraz nie muszę ich zażywać, bo doszłam przyczyny dolegliwości, notorycznie się powtarzających. Okazało się nią uczulenie na gluten. Wyeliminowanie glutenu z diety postawiło mnie na nogi bardzo szybko i skutecznie. Niemniej pozostaję przy swoim szacunku dla wpływu kurkuminy na organizm i często ją stosuję w kuchni.

Należy zapamiętać taki kulinarny myk, i stosować jako przykazanie: kurkuma musi być zjedzona w towarzystwie pieprzu prawdziwego i najlepiej rozpuszczona w ciepłym/ogrzanym tłuszczu. Wtedy jej przyswajalność zwiększa się w ogromnym stopniu. Zatem podaję przepis na sałatkę, którą można zjeść ze smakiem, a jednocześnie potraktować jako aplikację leczniczej substancji.





Sałatka śledziowa z kurkumą

Składniki:
3-4 płaty śledziowe typu matjas (mogą być jakiekolwiek inne)
1 duża cebula
czubata łyżeczka kurkumy
czubata łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu prawdziwego
odrobiona soli
jakikolwiek smaczny olej tłoczony na zimno

Śledzie moczymy przez kilka godzin w wodzie. Potem kroimy w dość drobną kostkę. Jeśli utraciły słoność, lekko solimy do smaku. Kroimy cebulę na płatki, lub kostkę, jak kto lubi. Całość mieszamy z przyprawami: kurkumą i pieprzem (ważne, aby był świeżo zmielony, bo ten kupowany jako mielony w ogóle nie jest ostry i pewnie utracił połowę właściwości) i taką ilością oleju, która wyda się nam odpowiednia. Nie za dużo, aby nie pływały, ale i nie za mało. 
Można dodać zielony groszek, bądź fasolkę, albo krojony w kostkę ogórek kiszony bądź marynowany w occie. Co tam zbywa w lodówce. Dla większej sytości potrawy.
Odstawiamy sałatkę na kilka godzin do lodówki, aby się składniki dobrze przegryzły. Jeśli zrobimy rano, będzie świetną przekąską na kolację, jeśli wieczorem, to na drugi dzień.

Zjadać z chlebem, najlepiej własnego wypieku, lub gotowanymi ziemniakami.

22 stycznia 2018

Zapiekany ser pleśniowy w fazie śmierdzielinka

Dojadamy resztki serów. Doszły swoich dni. Starsze robią się trudne do zjedzenia, choć u nas gąb i dziobów nie wybrzydzających, a wręcz odwrotnie, dość. Żółte już tylko na parmezan.
Jednak jest taki czas. Że domowy quasi-camembert osiągnął fazę płynną i tak ostrą, nie mówiąc o intensywnej woni, jaką wydziela, że nawet butla wina na popitkę niewiele pomaga, żeby się nim raczyć. A szkoda wyrzucić przecież.


[niniejsze zdjęcie pochodzi z internetu, ale mniej więcej ilustruje fazę rozwoju takiego sera]

Wzięłam się więc za potrawę na ciepło ze śmierdzielinka. Eksperyment. Bardzo prosta w wykonaniu, jeśli ma się główny składnik. A tutaj, powiem wam, trudno jest. Śmierdzielinków bowiem w Polsce nie kupisz łatwo, ani w sklepie, ani prywatnie, taki to ich zakazany urok. Choć można samemu łatwo się dochować, jeśli ktoś kupi tzw. kozi ser miękki zrobiony na bakteriach pleśniowych i w odpowiedni sposób go przechowa w lodówce, bądź w piwniczce, najmniej miesiąc.
Ale dość o tym. Do dzieła!

Zapiekanka z ostrym bardzo dojrzałym serem pleśniowym

Składniki:
ziemniaki
łyżka masła
śmietana bądź podkwaszone mleko słodkie
ser w fazie zaawansowanej płynności
przyprawy: sól, świeżo zmielony pieprz prawdziwy, kurkuma, odrobina czarnuszki

Przyrządzenie
Ziemniaki obrać i wybrać jedną z dwóch wersji przyrządzania. Albo najpierw ugotować (można użyć takie, które zostały z wczorajszego obiadu), albo pokroić surowe w plastry. Położyć na dno naczynia żaroodpornego nieco masła, ułożyć warstwę ziemniaków, posypać hojnie przyprawami, i znów odrobiną masła, na to kolejna warstwa i znów przyprawy, tak do trzech razy. Całość polać serem dokładnie wymieszanym ze śmietaną, bądź podkwaszonym mlekiem i wstawić do piekarnika. Jeśli ziemniaki były surowe, to zapiekać przez godzinę w temperaturze 200 stopni. Jeśli były gotowane wystarczy pół godziny, a na koniec trochę poopiekać, aby zrumienić zapiekankę z wierzchu.

Hm, zapach może nie stanie się różany, ale na pewno bardziej znośny.
Podawać na ciepło z surówką lub sałatką ćwikłową, z kapustką kiszoną lub, co kto lubi.
Ja się zadowoliłam ćwikłą i mocnym kim-ći czosnkowym, idącym w parze z ostrym smakiem sera, a przełożoną na talerz zapiekankę potraktowałam jeszcze ulubionym domowym keczupem, żeby jej kolorków dodać. Mniam!

Najważniejsze: daje się zjeść! Nic się nie zmarnowało!

17 stycznia 2018

Zimny czas

Kilka ostatnich dni było trudne do zniesienia. Dokuczało przeszywające zimno. Wiatr zwiększał odczucie zimowego chłodu wielokrotnie. Wyjście do obrządku wymagało poświęcenia. Grabiały dłonie, szczypały policzki, kapało z nosa, marzły kolana i stopy w kaloszach. Kacze i indycze towarzystwo wypuszczane było tylko na dwie godziny w ciągu dnia, bo przykro było patrzeć jak ptaki kulą się z zimna, przysiadają na zmarzniętych bosych łapkach i stroszą pióra.
W domu wcale nie szło szybko poczuć się komfortowo. Dom w nocy wychładzał się na tyle, że piec napalony przed południem długo się rozgrzewał, a wiatr, wiejący z południowego wschodu nie ułatwiał tego procesu. Nawet rozpalenie ścianowego na noc nie przynosiło wielkiej ulgi, budziłam się z zimnym nosem.
W taką pogodę wykociła się Fela. Mimo, że po wielkości jej brzucha nastawiłyśmy się na parkę, to okazało się, że urodziła jedynaczkę, dorodną kózkę z kłapciatymi uszami przekazanymi przez Gucia, po części mającego anglonubijską krew. Szybko stanęła na nóżki, zassała, nie trzeba było nawet przynosić do domu. Dzisiaj już zwyczajem wszystkich zdrowych koźląt próbuje podskoków. Zowie się Fruzia, bo jest z klanu na F.

W nocy wiatr wreszcie ustał. Za to zaczął padać śnieg. Szybko pokrył ziemię i las grubą mokrą kołdrą. Zaczęła się kolejna zimowa zabawa. Odśnieżanie. Pięćdziesiąt metrów od garażu do drogi to nie w kij dmuchał. Zwłaszcza, że zawiewa właściwie ciągle i końca nie widać. Anna wyskakuje raz na jakiś czas, aby przelecieć szuflą mimo wszystko i ułatwić sobie końcową robotę, gdy już padać przestanie. Jedynie, co lepsze, to w domu zrobiło się od razu ciepło i przytulnie.

5 stycznia 2018

Podsumowanie bez postanowień

Przyznaję, że wpisy na tym blogu stały się rzadsze od jakiegoś czasu. Wpływa na to kilka powodów. Po pierwsze i najważniejsze: szczegóły z osiedlania się, budowania, hodowania i zagospodarowywania przestrzeni zostały już tu wielokrotnie opisane pod różnymi kątami. W tym nowym roku minie 9 lat od chwili przeprowadzki do Kresowej Zagrody. Nastawienie zdążyło się zmienić. Pewnie najbardziej to dojrzeć i ustabilizować się na jednym poziomie, i dlatego brak koniecznej ekscytacji codziennymi zdarzeniami czy osiągnięciami, osiąganymi co rusz w podobny sposób. Ot, przyzwyczajenie.
Jesteśmy teraz na etapie każdego, nieomal każdego rolnika gospodarującego z roku na rok niezmiennie z dziada pradziada. Chyba trochę tak. W takim razie, o czym tu pisać więcej? W większości sytuacje powtarzają się podobnie, rok po roku.

Mimo, że staramy się wprowadzać zmiany, inwestycje (drobne), urozmaicać hodowle (dla własnej przyjemności, nie dla pieniędzy, których jest ni mniej ni więcej podobnie od lat), to wciąż na wiosnę trzeba siać i sadzić, potem wciąż łatać ogrodzenie, rąbać i układać drwa, jesienią ganiać z kozami, lub za kozami, które urywają się z nudnego pastwiska w ciekawsze leśne gęstwy sąsiednie, w tym czasie serowarzyć, dbać o pszczoły, miód odciągać, owoce zbierać i przetwarzać, aby na koniec roku móc odpoczywać przy ciepłym piecu, karmiąc dobytek dwa razy na dzień i spokojnie oczekiwać kolejnego przychówku.

Jak zawsze zrobiłam podliczenie roczne dochodów i wydatków i jak zawsze bilans wyszedł na zero. To dobrze, bo było kilka nagłych wypadków w tamtym sezonie i jakiś chochlik kazał nam wymienić podstawowe sprzęty agd, które uległy awarii, przede wszystkim kuchenkę gazową i lodówkę, w którą piorun strzelił. Na dokładkę mój komputer zaczął chodzić jak czołg i też się doprosił wymiany na nowszy i szybszy  model. Jakoś starczyło, Bogu dzięki.

Obecnie zimujemy. Zdrowo się odżywiając i zjadając zapasy starannie jak co roku zrobione i podarowane nam przez gospodarstwo i pracę własnych rąk. Wystarczy na pewno do wiosny, a może i dłużej. Oczywiście, nie wszystko da się samemu wyprodukować. W zasadzie trzeba używać pieniądza, gdy chce się pić kawę naturalną i czarną herbatę, upiec chleb czy ciasto z mąki, której nie mamy swojej, posmarować ten chleb masłem, ugotować ryż czy kaszę. Kupujemy także makaron dla psów i podroby dla kotów i to jest właściwie największy stały wydatek na żywność. Bo domownicy są karmieni z garnka, żadnej sztucznej karmy nie dostają.  Mleko już się w praktyce kończy, jest tyle co do kawy i dla kocieja Macieja, pozostało w zapasie kilka serów, i w zamrażarce zamrożonego twarogu na sernik, oraz mleka w razie potrzeby dla jakiegoś koźlątka na początek. Jaj nie brakuje świeżych, ani mięsa drobiowego i koziego, nieco wędliny domowej, do tego soki, dżemy i powidła, keczup domowy i marynaty grzybowe, ogórkowe i buraczane. Kapusta zakiszona, jak i zawsze jakaś świeża kiszonka z kapusty, buraczków, nawet kalafiora oraz kim-ći stoi w słojach. Zioła zebrane, można w razie chęci jakiś napar herbatopodobny czy leczniczy uskutecznić. Miód w dostatecznej dla nas ilości także do użytku w każdej chwili. Na popitkę jest też piwo domowe i wino.

Właściwie skłamałam pisząc, że nic nie robimy oprócz podstaw. No, tak. Anna szaleje z siekierką w lesie prawie każdego dnia dwie godziny, bo działkę wzięła z leśnictwa i drewno składa na kolejny zapas doroczny. Ja zaś staram się uczyć, zwiększać swoją wiedzę na różne tematy, poznawać nowe dziedziny, udoskonalać to, co już umiem. Myśleć, pisać, rozumować. Ot, jak zawsze.

Co do domowników mają się świetnie. Kola, a właściwie babcia Kola ("babciu, babciu, a dlaczego masz takie wielkie zęby?") ma się dobrze, a nawet jak na swój zaawansowany wiek 13 lat bardzo dobrze. Operacja okazała się udana i potrzebna. Pies jest odrodzony, ma dobry nastrój, interesuje się światem i towarzystwem, to najważniejsze. Nawet jakby milsza się zrobiła, mniej "kolczasta" i warkliwa, z chęcią pozwala się przytulać, czego do tej pory nie lubiła.
Kociej Maciej jest już dorosłym kocurem. I jest piękny. Puszysty, kosmaty, z wielką kitą, znać, że ma w genach jakiegoś rasowego przodka. Być może uda mi się odnaleźć w jakiejś szafie zdjęcioroba, to unaocznię.

Podsumowując: oby nam się (i Wam oczywiście jako nam) wiodło podobnie i po równym także i w tym 2018 roku!