17 września 2017

Grzybne hobby

Okres wzmożonego grzybobrania trwa już od dłuższego czasu. Pogoda mokra i maksymalnie wilgotna, sprzyja wysypowi. Wygląda to tak, że opuszczone przez dotychczasowych masowych zbieraczy lasy okoliczne pełne są grzybnego dobra różnego rodzaju wręcz bez ograniczeń. Anna wychodzi codziennie przed południem niby paść kozy przy lesie, a sama daje się wciągnąć przez duszki leśne tak mocno, że po dwóch godzinach wraca dźwigając wiadro pełne grzybów. Albo wpada w międzyczasie po drugie wiadro, bo jej się zbiory nie mieszczą.


Po co nam to? Ano zdecydowanie po nic. Pewien zapas marynat grzybowych został zrobiony, kilka potraw zjedzonych, chwacit, chciałoby się rzec.
Jednak dusza leśnego człowieka, która się w Annie obudziła nie chce odpuścić.
- To grzech grzyba nie podnieść, jak staje ci na drodze! I sam się pcha do wiadra! - tłumaczy, widząc moją minę.

Zatem czyści i suszy swe zbiory pracowicie w piecu chlebowym i na blasze. A resztę sprzedaje w skupie za grosik. Bo ceny grzybów już mocno spadły. Podgrzybek dwa dni temu był po 5, kurka po 6 złotych za kilogram. Mimo to uzbierała już ponad stówkę oszczędności. Przynajmniej na tyle owo grzybiarskie hobby się opłaca.

12 września 2017

Czuby i kaki

Jedno z czupurków. Prawda, że zabawne czupiradełko? Z błękitnymi nóżkami.


Podobnie zabawne są na podwórku kaczki. Kaki. Ich wygląd na zdjęciu oczywiście niczego nie oddaje, i widz nie pojmie dlaczego uśmiech sam na twarz wypływa, gdy wychodzą ze swojego kaczyńca na dwór i kołysząc się z nóżki na nóżkę i kwacząc ochryple do siebie, niczym kaczor Donald poganiający siostrzeńców drepczą przed siebie gęsiego.


4 września 2017

Jesienne ptaki

Leje. Mamy jesień. Mimo lata. Bywa. Kozy jednak dramatycznie nie chcą wejść w ten rytm i mimo deszczu domagają się spaceru po lesie, za zielonym, którego niedługo już przecież nie będzie. Na pastwisku już właściwie nic się nie zieleni, trochę jabłek z jednej owocującej co roku jabłoni interesuje je raptem kilka minut. Potem przeskakują ogrodzenie w miejscach wyczajonych (z drugiego, niewzmocnionego w tym roku boku) i mkną po dzikich łąkach, polach, rżyskach i lasach w poszukiwaniu żeru. Wracają po dwóch trzech godzinach mokre, Anna za nimi z koszem w ręku, w gumiakach. Ostatni czas tego koniecznego wypasu (sąsiadka ma nieogrodzony ogórek, stąd konieczność) zużywała na zbieranie grzybów i ziół, które potem stosuje do różnych maceratów mydlarskich i wywarów dla pszczół.
Udało się ukręcić kilka słoiczków miodu gryczanego dosłownie w ostatniej chwili przed pogorszeniem pogody  (pszczoły wyczaiły pole gryki w obrębie swoich oblotów).
Trwa robienie przetworów, keczupu i sosu paprykowo-czosnkowego, oraz soków, z czarnego bzu i czeremchy.
Poza tym wciąż się noszę z zamiarem sfotografowania naszego przychówku ptasiego, ale mokra i szara aura weszła mi w drogę. Napomknę więc tylko, że indyki lawendowe (zdjęcie z internetu, dla ilustracji rasy)


szczęśliwie zmieniły upierzenie (wyglądały w tym czasie bardzo smętnie), indor nosi już nowy garniturek, w nieco ciemniejszym odcieniu bardzo jasnego błękitu, z ciemnym krawacikiem na gardle. Nie udało mi się takiego na internetowych zdjęciach znaleźć, więc jest to jego cecha szczególna, bardzo zabawna.
Druga zasiadająca na jajach induszka wylęgła jakiś czas temu siedem indycząt, na które szybko trafił się kupiec, ku naszej wielkiej uldze.
Z maleństw zatem jest kilka dopiero co całkiem opierzonych lawendowych induszek, wysiedzianych przez kurę, ale prowadzanych przez indyczkę. Oraz kilka kurek czubatych, które wyszły z zakupionych jaj, wysiedzianych przez kwokę, które czupurkami, lub czuprynkami (a czasem czupiradłami) zwiemy i są one uciechą dla oczu i serca, gdy tylko wyjdzie się na dwór. Dlaczego? Tego się nie opisze.