25 czerwca 2017

Mlekiem i miodem płynąca

Żeby nie było, że tak fajnie jest prowadzić gospodarstwo, że miodem i mlekiem ziemia opływa sama, jaja codziennie w kurniku się znajduje, a pieczenie same do gąbki wpadają, to muszę najpierw ponarzekać na notoryczne zmęczenie ostatnio, zakwasy w zastałych przy komputerze mięśniach i brak czasu na cokolwiek innego, niż praca rolnika...
Niby też ona taka spokojna, leniwie sobie płynie, ale jak dowali, to daje popalić, niczym w jakimś filmie sensacyjnym. Do takich momentów należą oczywiście sianokosy, gdzie napięcie stopniuje się stanem pogody i trzeźwości niektórych pracowników. Żniwa też bywają pasjonujące, na czyje to pole teraz kombajn zajedzie i czy zdąży przed zapowiadanym deszczem, albo czy się znowu nie popsuje, ale żniw już nie mamy, odkąd liche owsiane poletko zamienione zostało na dzikie pastwisko (pomimo obsiania mieszanką  szlachetnych traw urosło na nim wszystko, tylko nie to, co trzeba, na szczęście kozy to jedzą). Zatem pozostają jeszcze wykoty, oraz tego roku doszło wreszcie - wyczekiwane od dawna - miodobranie.

Anna jakiś czas temu zlustrowała ule i uznała, że dwa z nich nadają się do wybierania. W trzecim rój wciąż jest słaby, mimo zasilenia nową matką już drugi raz, a dwa kolejne są zbyt młode, dopiero z wiosną zasiedlone, żeby to robić.
Przygotowała się merytorycznie, oglądając kilka tematycznych filmików pszczelarskich na YT i wczoraj uznała, że to zrobi. Mistrz pszczelarski już od jakiegoś czasu mocno ją motywował, bo czas najwyższy.
W sumie dość łatwo jej poszło wybranie czterech ramek pełnych zasklepionego miodu i przywiezienie ich w pudle, nakrytych prześcieradłem na taczce z ogrodu do chatki dziadka, gdzie sobie kręcalnię tymczasową urządziłyśmy. Czekała już w niej wyszorowana po kilkakroć stara miodarka ręczna, jeszcze po dziadku, dawnym właścicielu siedliska odziedziczona. Trzy plastikowe pojemniki po pokarmie dla pszczół, zaadoptowane jako wiaderka, odsklepiacz (też dziadkowy), kilka misek i kubków, w razie czego.
Wstawiłyśmy pierwsze dwie ramki do miodarki i wzięłam się za kręcenie. I tu wyszło nasze obopólne nieprzygotowanie tematu. Jak kręcić, ile czasu, jak szybko, kiedy uważać, że się wszystko zrobiło, kiedy i ile oczekiwać miodu...  Nawet nie wiedziałyśmy, że trzeba ramki odwrócić po pewnym czasie i kręcić drugie tyle. W sumie zeszło nam na ten eksperyment naukowy kilka godzin i zdało się nam, że żadnego rezultatu nie przyniósł. Anna popadła w rozpacz.
- Tyle pracy! Tyle wysiłku, starań i pieniędzy w to włożonych, tyle czekania, a teraz k...wa nic?
Trzasnęła drzwiami i poszła, pochlipując. Ja zaś podstawiłam pod kranik, z którego ciurkał jednak miodzik wiadereczko i poszłam rozpracowywać temat teoretycznie. Wkrótce znalazłam rady pszczelarzy jak to robić miodarką ręczną, rzuciłam komputer i poszłam sprawdzać nabytą wiedzę w praktyce. Anna już, w bezdennej depresji rąbnęła była się spać. Teraz dopiero zaczęło z niej wychodzić całe zmęczenie ostatnich dni.
W takim razie, nie niepokojona, szybko poradziłam sobie z odebraniem miodu z dwóch pierwszych ramek, odsklepiłam następne, wstawiłam do wirówki, zakręciłam. Najpierw wolno. Potem trochę szybciej. Potem najszybciej jak się dało. Po czym wyjęłam ramki, przekręciłam je na drugą stronę, wstawiłam i proces powtórzyłam. Z kranika leciało całkiem zgrabnie żółte słodkie coś. Zeszło mi tak prawie do północy, przy okazji piwko żem sobie wypiła i pozastanawiałam się nad czasem odmierzanym strużką lejącego się leniwie złotego miodu. Wybrałam prawie pół wiaderka, zamknęłam je, zakorkowałam kranik miodarki i poszłam spać,
Raniutko zerwałam się i pierwsze, co zrobiłam to odetkałam kranik. Zleciało jeszcze z półtora litra. A gdy miodarkę przechyliłam, podkładając pod jeden bok drewienka, ściekły jeszcze dwa pełne kubki. I zabrałam się do przecedzania miodu i wlewania go do słoików. Trzeba było nieco pokombinować, jak sobie pracę usprawnić, nie mając jeszcze skompletowanego profesjonalnego sprzętu pszczelarskiego. Ale nie było to trudne. Trwało co prawda trochę, ale mniej, niż się spodziewałam.
Na koniec podliczyłam zapełnione słoiki, wagę i ucieszyłam się. Rozpacz Anny była zgoła bezpodstawna. Wyszło z czterech ramek osiem kilogramów miodu jasnego, z troszeczkę zielonkawym odcieniem, jak przystało na miód leśny. Prawdziwy, nie podrabiany. I różnorodny. Bo pszczółki pasą się na czystym, oddalonym od ludzi terenie, pożytkując na kwiatach leśnych, brzóz, czeremchy, osiki, sosen, buków i klonów, tudzież śliw i dzikich grusz (jabłonie w tym roku odpoczywają).
Świadectwo fotograficzne będzie później, w wolniejszej chwili...

4 komentarze:

  1. oj to sporo...Będzie na zimę w sam raz...Kocham miod od dziecka. Mój dziadek miał pszczoły. Dodaje go do kawy i piję z lipą i miętą...

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj,sporo potu ten miód kosztował.Podejrzewam że cudnie smakuje.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń