17 czerwca 2017

Burzowy czas

Trochę się działo u nas ostatnio, stąd milczenie na blogu.
Przede wszystkim skończyły się pomyślnie wylęgi u jenduszek. Wylęgalność bardzo dobra, tylko 2-3 jaja okazały się puste, i dwoje piskląt padło w wypadkach. Jedna odchowana partia już poszła na swoje, teraz chołubimy jeszcze resztę, przy pomocy oczywiście trzech matek. W tym celu wykonałyśmy ten wysiłek, aby wreszcie zbudować wybieg dla kwok przy nowym kurniku. Słupy wbił jeszcze Jary, który wpadł na ostatek przed swoim wyjazdem i porąbał resztę zalegającego drewna na podwórzu. My zaś naciągnęłyśmy drobną siatkę wolierową na słupach, a tymczasowo furtkę imitują wysokie deski. Wciąż nie ma czasu dokończyć roboty.

Potem nadszedł czas sianokosów, a raczej ich 1 tury. Mimo, że zaraz po skoszeniu trawę zlał deszcz, to zdołała ona wyschnąć szczęśliwie w następnych dwóch suchych i wietrznych dniach, przegrabiana maszynowo kilka razy dziennie. Zaraz po skostkowaniu po południu dnia trzeciego Anna wzięła się za samodzielne zwożenie owych kostek do obejścia. Czemu sama? Ano żaden z umówionych pracowników nie przyszedł. Mieli ważniejsze sprawy, jak się okazało, choć umawiając się, jakoś o nich nie wspomnieli. Trudno. Wykorzystując sprzyjającą pogodę i wiedzę zdobytą w poprzednich latach przy łąkowych pracach, sama pakowała kostki na przyczepkę i do samochodowej paki, fachowo je układając i związując pasami, tak jak ją nauczyli rolnicy z dziada pradziada. Po czym przywoziła ładunek trzy kilometry do naszej wioski i obejścia. Pierwszego dnia pracowałyśmy (ja miałam na głowie rozładunek i pakowanie kostek do paszarni) pilnie do nocy, gdy już brak światła utrudnił chowanie siana w nieoświetlonych pomieszczeniach.
Drugi dzień Anna rozpoczęła o 5 rano. Na ten dzień bowiem zapowiedziano po południu deszcz (którego nie było) i postanowiła się pospieszyć. Wykonała 3 ostatnie kursy bez problemu, załadowując po sufit dwa duże pomieszczenia kurniko-paszarni. W sumie było 9 kursów po 35 kostek, łatwo policzyć ile wyniósł urobek. To połowa tego, co nam jest potrzebne na przyszły sezon zimowy. Dlatego z niepokojem śledzimy prognozy pogody, które nie zapowiadają już ładnej pogody przez dłuższy czas.

Niedługo jakoś potem przyszła wreszcie wyczekiwana króciutka ulewa, która towarzyszyła maleńkiej burzy. Burza jednak okazała się zająbista i popsuła nam humor na kilka dni. Piorun uderzył w światłowód pomiędzy naszą i drugą wioską, poszedł kablem i mimo wyłączenia popsuł łącze internetowe. Nie tylko nam, ale i wszystkim użytkownikom na naszej wsi. Iskra była tak duża, że natrzaskało nam w chacie głośno i dramatycznie, i oprócz łącza i telewizji, padła także (chyba ze strachu) lodówka. Z sykiem zaczął ulatniać się z niej freon. Hm, od czasu awarii jakieś 5 lat temu i tak wytrzymała dłużej, niż wyrokował majster lodówkowy, który dawał swojej naprawie czas jakichś dwóch lat.

Brak chłodziarki (mamy drugą dużą zamrażarkę, jak każdy przyzwoity rolnik) jest jednak dość upierdliwy. Nie ma gdzie przetrzymywać świeżego mleka, które zaraz kiśnie, kefiru, masła czy świeżych serków, albo podrobów dla kotów. Zatem czeka nas nadprogramowy wydatek.

Awarię łącza już naprawiono, trwało to trzy dni, mamy nowy kabel, nowy router, lecz telewizję szlag trafił, i dobrze. Nie odnowi się umowy, i z głowy. I tak jej nie oglądałyśmy z braku czasu.

Co jeszcze?
Drewno zostało pracowicie zwiezione i ułożone w ściankach pod okapem z drugiej strony kurniko-paszarni. Przy okazji namierzyłyśmy jeszcze jednego, po makolągwie gniazdującej pod dachem tarasu i jaskółkach w oborze, dzikiego mieszkańca obejścia. Jest nim wąż, zaskroniec, jednak nie gniewosz, jak myślałam wcześniej sądząc jedynie po śladach na piasku i informacjach z netu. Ślady jego bliskiego bytowania widujemy od lat dwóch. Sprowadził się w czas wielkiej gorącej suszy w 15 roku, zwabiony wodą dla zwierząt zostawianą w obejściu na noc. W zeszłym roku znalazłyśmy pod starą wialnią skórę z wylinki. W tym roku osobiście stanęłyśmy z nim oko w oko. Czyli osiedlił się na stałe, mimo, że wikipedia twierdzi, iż zaskrońce unikają ludzi. Ma piękny brunatny kolor o oliwkowym odcieniu (bliskim barwie otoczenia, gdzie zamieszkał) i długość nieco mniej, niż metr. Czasem w pogodne dni plażuje na kupie wilgotnych próchniejących bali, pod którymi mieszka stale, koło kurnika, a których tylko z jego powodu zdecydowałyśmy się nie sprzątać. Mając wielką nadzieję, że nie będzie polował na małe jendyczątka, które dość blisko mieszkają.

Poza tym ucieszyłam się odrobiną truskawek z naszej grządki. W tym roku są bardzo drobne, z powodu długiej suszy i zimna, ale oczywiście zjadliwe, własne.
Pierwsze wino tegoroczne, z kwiatu bzu już nastawione i pyrkocze w gąsiorze. Towarzyszą temu ostatnie łyki aroniowego winka z zeszłego roku, którym popijamy śmierdzielinka, bo właśnie doszedł do właściwej lejącej konsystencji.,,

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz