4 sierpnia 2017

Gdzie ten czas...

He, wciąż liczymy, że odpoczniemy sobie wreszcie choćby troszeczkę podczas tego lata. Pogoda, nader upalna aż prosi się o to, ledwie człek przecież dycha, nawet późnym wieczorem, nie mówiąc o zwierzętach pozaszywanych w cieniu drzew i krzewów, oganiających się od uprzykrzonych much i gzów, albo z otwartymi dziobami. A tu każdy dzień śle niespodziankę. Z którą trzeba się zmierzyć.
Jeszcze przed festiwalem folkowym Kola miała operację. Staruszeczka już, ten nasz pies. Ma dokładnie tyle lat, ile mieszkamy na Podlasiu, 12. Dla wilczura to podeszły wiek. Jakiś czas temu zauważyłyśmy u niej guza, zrazu niewielkiego, na brzuchu, który ostatnio w wielkim tempie zaczął rosnąć. W końcu pękła skóra, sprawa zaczęła się paprać, tymczasem lekarz robiący tego typu operacje miał akurat urlop. Pies mocno posmutniał i ledwie się ruszał, rana ją męczyła, okłady z jodyny rozsiewały duszący zapach. Nareszcie wszystko się poskładało i pies (jak zawsze ucieszony wycieczką samochodową) wyruszył po swój los.
Lekarz do niczego nie namawiał. Wiek, wiadomo. Guz, wiadomo. Nasza decyzja. Podjęłyśmy ją bez namysłu, nawet odrobina szansy to jest coś, czego warto się trzymać, aby nie mieć sobie nic do zarzucenia.
Operacja udała się. Kola przez dziesięć dni miała leżeć, niewiele się ruszać i brać codziennie zastrzyki z antybiotykiem i lekarstwem przeciwbólowym. Przez dwa pierwsze dni (i noce) Anna wynosiła ją na rękach na siku. I jaka była nasza radość, gdy dnia trzeciego zrobiła to sama, na smyczy, powolutku. Z dnia na dzień wracały jej siły. Teraz jest już po zdjęciu szwów i to już wręcz odmłodzony pies. Nawet jakby słuch jej się polepszył! Żwawo i chętnie reaguje, szczeka, wychodzi na dwór, spaceruje. Dobrze się stało.
W trakcie był doroczny festiwal. Mnóstwo luda, zjechało się też z przyczyny zadymy wokół Puszczy Białowieskiej. Spotkania ze starymi znajomymi, pogaduszki, wymiana wieści, co u kogo się urodziło.
Narodziły się też nowe kurczaczki, z jaj czubatki, które Anna kupiła przy okazji zakupu indyków i gusi. Oraz maleńkie indyczątka lawendowe również z przywiezionych jaj. Znów opieka, karmienie, pojenie, itp.
Poza tym goście, przyjaciele, gadanie bez końca, aż się pada na twarz i zapomina podstaw, takie zakręcenie przy codziennych obowiązkach podwójnie wysysa z sił. Gdzie te czasy, gdy  miało się zawsze wolne i czas dla rozmów, rozważań i ludzi!

5 komentarzy:

  1. Tu na południowym wschodzie upał obezwładnia, 38 w cieniu, 30 w izbie. I ani wiaterka. Podziwiam, że macie jeszcze siły na gości i przyjaciół, ja w tym upale robię się aspołeczna.

    OdpowiedzUsuń
  2. No i popatrz, ja mam to samo. Moja babcia, bez odkurzacza, pralki automatycznej i różnych takich miała czas, żeby pod wieczór usiąść sobie na ławeczce przy drodze i po prostu posiedzieć. Czasem ktoś się dosiadł, a czasem nie, przy każdym domu były takie ławeczki. Pachniała maciejka i ładowałam gruby szczypior przeżutą marchwią. Wszystko bym oddała za jeden taki wieczór, niech mi nawet znów eksperymentalne warkocze robią. A pieska serdecznie pozdrawiam, oby doszedł do siebie. Uściski dla wszystkich, oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  4. Najważniejsze że z psem jest dobrze. Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Południe ominęła fala upałów, zamieniając ją w nieustanne burze... powodzenia dla psiaka, każde życie, zwłaszcza przyjaciela jest warte zachodu. Pozdrawiam serdecznie z deszczowego Pomorza

    OdpowiedzUsuń