Za ciepło w domu. Mimo, że spalam tylko jedno naładowanie pieca c.o. bez dokładki od 13 do 16-17, a do ścianowego pcham głównie stare spróchniałe kawałki sosny.
Zofija już całkiem wydobrzała. Tak jednak boki jej wpadły przez te kilka dni głodówki, że dostaje zwiększone i dodatkowe porcje owsa, warzyw i chleba, aby mogła nadrobić straty.
Kiedy wchodzi się do obory mówi się od razu: Cześć, witam! i wtedy odzywają się różne głosy. A wśród nich charakterystyczny głosik Króla. Beee. Który odpowiada zawsze na dźwięk swego imienia, ale tylko raz.
Dzieciarnia co rano ma swoją chwilę i przedszkole szaleje. Co odważniejsze koźlęta zapuszczają się już same w głąb podwórza, głównie Król i Astra, córka Gwiazdy. Oraz obie Niuńki.
Najmniejszy w tej gromadzie jest Mini lub Cycek, koziołek Kazi. Najwięcej śpi, chowa się w żłobie, boi wspólnych zabaw i czym prędzej ucieka od rozszalałej młodzieży pod maminy brzuch. Kazia zaś beczy za nim dramatycznie tak, jak matka każdego maminsynka.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
17 stycznia 2011
16 stycznia 2011
Na bohato
Małanka to ukraińska nazwa Sylwestra prawosławnego, który wypada 13 stycznia według kalendarza gregoriańskiego. Po białorusku małanka to błyskawica, błysk na niebie przed deszczem i burzą. Znów biesiadując tym razem noworocznie w towarzystwie Starych Kobiet, doszłyśmy do wniosku, że jest to skojarzenie z sylwestrowymi fajerwerkami, petardami i paleniem świateł.
Na naszej wiosce określenie małanka na Sylwestra nie jest znane ani używane. Za to biesiada w noc zmiany roku nazywa się bohatka. Bo na stół ludziska wynoszą same moce duszne (śpirty), tłustości, słodkości i pyszności.
No, to przed nami jeszcze Trzech Króli. I idzie post.
Na naszej wiosce określenie małanka na Sylwestra nie jest znane ani używane. Za to biesiada w noc zmiany roku nazywa się bohatka. Bo na stół ludziska wynoszą same moce duszne (śpirty), tłustości, słodkości i pyszności.
No, to przed nami jeszcze Trzech Króli. I idzie post.
14 stycznia 2011
Kilka uwag pod zastanowienie
Wśród Czytelników mojego bloga jest trochę osób zamieszkujących w wielkich miastach, którym marzy się zamieszkanie na wsi. Lecz z jakichś względów jeszcze tego nie uczyniły. Zadają mi różne pytania, więc zdecydowałam się odpowiedzieć na nie ogólnie w specjalnym wpisie dziennym.
Tak, do porzucenia miasta potrzebna jest absolutna determinacja, a nie tylko miłość do wsi (postrzeganej jako ptaszki na niebie, zielony las, kwiaty, pszczółki, krówki na pastwisku i uprzejmy gospodarz, pobierający za gościnę stosowną opłatę).
Zdeterminowane nie muszą być jedynie te osoby, które inwestują zarobioną w mieście kasę w nieruchomość, kupują działkę, remontują chatkę, zamieniają ją w wygodne letnisko i przyjeżdżają do niej na tydzień-dwa w roku, po czym sprzedają wszystko z zyskiem, bo się znudziły. O takich mówić nie będę. Do tej klasy społecznej i mentalnej zwyczajnie nie należę.
Oprócz determinacji ważna jest odwaga (lub całkowita ufność wobec losu). Osoba taka musi ponadto rozważyć wiele innych spraw. Aby w ogóle podjąć decyzję, że tak, wchodzi w to. Albo nie, nie będzie się w to bawić.
Odwaga i determinacja mogą być ślepe i głupie. Zwłaszcza jeśli idzie za nimi młodość i uroda, zdrowie i siła fizyczna. Te cechy nie wystarczają, aby mieszkać szczęśliwie na wsi do końca życia.
Najważniejszymi, najbardziej potrzebnymi cechami (oprócz Determinacji, Odwagi, Siły i Pracowitości) jest bezsprzecznie otwartość, komunikatywność, umiejętność słuchania innych oraz samodzielność. Przydaje się też spryt, bo mieszkańcy wsi są na ogół chłopami, a wiadomo, chłopi mają swój chłopski spryt i nie w ciemię są bici.
Załóżmy więc, że jakaś osoba z miasta decyduje się przenieść na wieś. I jest to nieodwołalna decyzja. Następnym krokiem jest zdanie sobie sprawy z własnych możliwości, określenie środków i wybór celów.
Z czego będzie żyła na wsi, jaka rola jej się podoba?
Tu dygresja, wielu miastowych nie zdaje sobie sprawy z rozwarstwienia klasowego i mentalnego na wsiach. Które kształtowały się od setek, dziesiątek lat. Widzi wieśniaków jako jednolity narodek, posiadaczy gospodarstw, chat, mniej lub bardziej bogatych, ale na ogół ludzi prostych, słabo oczytanych, nieobytych w świecie, czasem chamskich i prymitywnych, niekiedy wesołych i rubasznych, oraz naiwnych albo zabobonnych. Tymczasem sprawy mają się o wiele wiele ciekawiej...
Trzeba być otwartym, elastycznym, rozmawiać, ale wykazywać ostrożność w rozmowie, nie dawać się podpuścić, a jednocześnie nie oceniać. Nikogo nie oceniać. Kryteria wzięte z miasta wyrzucić do rzeki, która wpada do morza, a morze do oceanu.
Jeśli osoba zdecydowała się na wieś, to przeważnie musi wyprzedać się w mieście, aby zacząć nowe życie na wsi. Stawia ją to w ryzykownej sytuacji materialnej. Nie wnikam zresztą skąd ktoś ma kasę na przeprowadzkę, bo to różnie bywa. Niektórzy przecież przygotowują się skoku na głęboką wodę bardzo długo, powoli, systematycznie, małymi kroczkami. Inni zwyczajnie sprzedali mieszkanie w bloku albo spadek po rodzicach.
Z tego powodu ważne jest, aby określić sobie na wstępie z czego będzie się żyło, mieszkając już na stałe na wsi. Bo przecież niekoniecznie trzeba być rolnikiem i harować w pocie czoła za marne dopłaty unijne. Kilkanaście, kilkadziesiąt arów może już zagwarantować własny ogródek, warzywa, folię z pomidorami i ogórkami oraz hodowlę drobiu, a nawet dwóch, trzech kóz, nie licząc możliwości trzymania szczęśliwego psa i kota. Nie zabiera to dużo czasu i umożliwia poświęcenie uwagi innego rodzaju pracy. I tu trzeba dobrze obmyślić jakiej.
W dobie internetu wiele rzeczy możliwych jest na odległość. Ale z praktyki wiem, że najlepiej jest, gdy oprócz polegania na klientach znalezionych w sieci i gazetowych ogłoszeniach zapuści się korzenie lokalnie, i zwróci z ofertą do ludzi miejscowych. Może się ona okazać dla nich całkiem atrakcyjna i w rezultacie firma, o ile nie kwitnie, to chociaż posuwa się kołyszącym krokiem do przodu i umożliwia dokonywanie podstawowych opłat. Za prąd, gaz, opał w zimie i ubezpieczenie.
Jeśli będzie się gospodarnym naprawdę można wiele zaoszczędzić na jedzeniu i opale. Bowiem życie i praca na wsi z pełnym wykorzystaniem płodności gleby i zwierząt daje sytość temu, co pracuje na ziemi i jego rodzinie.
Z zarabianiem na pracy rolniczej jest jednak inaczej.
Tu po pierwsze na zyski trzeba czekać. Nawet kilka ładnych lat. A przedtem inwestować, budować, organizować, urządzać, dorabiać się, hodować, dbać, troszczyć się, doglądać rano i wieczorem. I zwierzęta i rośliny, i glebę, i budynki.
I o ile nie jest się operatywnym, pomysłowym, sprytnym, komunikatywnym, z talentem do handlu oraz przy tym cholernie pracowitym i cierpliwym to nie będą to zyski krociowe, a jedynie mniej lub więcej zwracające poniesione nakłady.
Czemu?
Idealista z miasta jest teoretykiem. Może słyszał o Systemie, polityce państwowej i Unijnej, historii, ale w praktyce nie zdaje sobie sprawy, jak dalece państwo zadbało i dba o to, aby drobny rolnik (hm, małorolnik, a takim przeważnie staje się nasz były mieszczuch) 1) zatruwał ziemię i zwierzęta, siebie i innych, 2) był zależny od aktualnych, ciągle zmieniających się przepisów biurokratycznych, zakazów i nakazów, 3) nie mógł głowy wychylić poza poziom produkcji, zdolny zaspokoić jedynie podstawowe potrzeby jego i rodziny 4) drżał przed urzędnikami, zdolnymi znaleźć na niego haczyk w każdej sprawie, za nielegalne ubicie zwierzęcia i nielegalne sprzedanie przetworów z niego, za brak kafelków w kuchni i oborze, za zasianie własnego ziarna bez licencji i bez uiszczenia stosownej opłaty, za wydestylowanie własnego alkoholu w ilości większej, niż bodajże 10 litrów, a tym bardziej sprzedanie butelki sąsiadowi albo znajomemu alkoholikowi, za brak wpisów w księgach, pozwoleń, zgłoszeń, opłat, podatków i co tam jeszcze hydra państwowa sobie wymyśliła.
Miejski gość agroturystycznego gospodarstwa często nie zdaje sobie sprawy, że to, co kosztuje u rolnika, swojską wędlinę, ser, masło, samogon, jest owiane mgłą nie-przepisowych niedopowiedzeń.
Ale zmieńmy temat. Ktoś mnie pyta, czy można wyżyć na wsi z hodowli kóz.
Odpowiem, że tak i nie. Bardziej nie, niż tak. Chociaż...
Dlatego lepiej mieć inne źródło stałego dochodu, przynajmniej na pierwsze kilka lat rozruchu gospodarstwa.
Tak, do porzucenia miasta potrzebna jest absolutna determinacja, a nie tylko miłość do wsi (postrzeganej jako ptaszki na niebie, zielony las, kwiaty, pszczółki, krówki na pastwisku i uprzejmy gospodarz, pobierający za gościnę stosowną opłatę).
Zdeterminowane nie muszą być jedynie te osoby, które inwestują zarobioną w mieście kasę w nieruchomość, kupują działkę, remontują chatkę, zamieniają ją w wygodne letnisko i przyjeżdżają do niej na tydzień-dwa w roku, po czym sprzedają wszystko z zyskiem, bo się znudziły. O takich mówić nie będę. Do tej klasy społecznej i mentalnej zwyczajnie nie należę.
Oprócz determinacji ważna jest odwaga (lub całkowita ufność wobec losu). Osoba taka musi ponadto rozważyć wiele innych spraw. Aby w ogóle podjąć decyzję, że tak, wchodzi w to. Albo nie, nie będzie się w to bawić.
Odwaga i determinacja mogą być ślepe i głupie. Zwłaszcza jeśli idzie za nimi młodość i uroda, zdrowie i siła fizyczna. Te cechy nie wystarczają, aby mieszkać szczęśliwie na wsi do końca życia.
Najważniejszymi, najbardziej potrzebnymi cechami (oprócz Determinacji, Odwagi, Siły i Pracowitości) jest bezsprzecznie otwartość, komunikatywność, umiejętność słuchania innych oraz samodzielność. Przydaje się też spryt, bo mieszkańcy wsi są na ogół chłopami, a wiadomo, chłopi mają swój chłopski spryt i nie w ciemię są bici.
Załóżmy więc, że jakaś osoba z miasta decyduje się przenieść na wieś. I jest to nieodwołalna decyzja. Następnym krokiem jest zdanie sobie sprawy z własnych możliwości, określenie środków i wybór celów.
Z czego będzie żyła na wsi, jaka rola jej się podoba?
Tu dygresja, wielu miastowych nie zdaje sobie sprawy z rozwarstwienia klasowego i mentalnego na wsiach. Które kształtowały się od setek, dziesiątek lat. Widzi wieśniaków jako jednolity narodek, posiadaczy gospodarstw, chat, mniej lub bardziej bogatych, ale na ogół ludzi prostych, słabo oczytanych, nieobytych w świecie, czasem chamskich i prymitywnych, niekiedy wesołych i rubasznych, oraz naiwnych albo zabobonnych. Tymczasem sprawy mają się o wiele wiele ciekawiej...
Trzeba być otwartym, elastycznym, rozmawiać, ale wykazywać ostrożność w rozmowie, nie dawać się podpuścić, a jednocześnie nie oceniać. Nikogo nie oceniać. Kryteria wzięte z miasta wyrzucić do rzeki, która wpada do morza, a morze do oceanu.
Jeśli osoba zdecydowała się na wieś, to przeważnie musi wyprzedać się w mieście, aby zacząć nowe życie na wsi. Stawia ją to w ryzykownej sytuacji materialnej. Nie wnikam zresztą skąd ktoś ma kasę na przeprowadzkę, bo to różnie bywa. Niektórzy przecież przygotowują się skoku na głęboką wodę bardzo długo, powoli, systematycznie, małymi kroczkami. Inni zwyczajnie sprzedali mieszkanie w bloku albo spadek po rodzicach.
Z tego powodu ważne jest, aby określić sobie na wstępie z czego będzie się żyło, mieszkając już na stałe na wsi. Bo przecież niekoniecznie trzeba być rolnikiem i harować w pocie czoła za marne dopłaty unijne. Kilkanaście, kilkadziesiąt arów może już zagwarantować własny ogródek, warzywa, folię z pomidorami i ogórkami oraz hodowlę drobiu, a nawet dwóch, trzech kóz, nie licząc możliwości trzymania szczęśliwego psa i kota. Nie zabiera to dużo czasu i umożliwia poświęcenie uwagi innego rodzaju pracy. I tu trzeba dobrze obmyślić jakiej.
W dobie internetu wiele rzeczy możliwych jest na odległość. Ale z praktyki wiem, że najlepiej jest, gdy oprócz polegania na klientach znalezionych w sieci i gazetowych ogłoszeniach zapuści się korzenie lokalnie, i zwróci z ofertą do ludzi miejscowych. Może się ona okazać dla nich całkiem atrakcyjna i w rezultacie firma, o ile nie kwitnie, to chociaż posuwa się kołyszącym krokiem do przodu i umożliwia dokonywanie podstawowych opłat. Za prąd, gaz, opał w zimie i ubezpieczenie.
Jeśli będzie się gospodarnym naprawdę można wiele zaoszczędzić na jedzeniu i opale. Bowiem życie i praca na wsi z pełnym wykorzystaniem płodności gleby i zwierząt daje sytość temu, co pracuje na ziemi i jego rodzinie.
Z zarabianiem na pracy rolniczej jest jednak inaczej.
Tu po pierwsze na zyski trzeba czekać. Nawet kilka ładnych lat. A przedtem inwestować, budować, organizować, urządzać, dorabiać się, hodować, dbać, troszczyć się, doglądać rano i wieczorem. I zwierzęta i rośliny, i glebę, i budynki.
I o ile nie jest się operatywnym, pomysłowym, sprytnym, komunikatywnym, z talentem do handlu oraz przy tym cholernie pracowitym i cierpliwym to nie będą to zyski krociowe, a jedynie mniej lub więcej zwracające poniesione nakłady.
Czemu?
Idealista z miasta jest teoretykiem. Może słyszał o Systemie, polityce państwowej i Unijnej, historii, ale w praktyce nie zdaje sobie sprawy, jak dalece państwo zadbało i dba o to, aby drobny rolnik (hm, małorolnik, a takim przeważnie staje się nasz były mieszczuch) 1) zatruwał ziemię i zwierzęta, siebie i innych, 2) był zależny od aktualnych, ciągle zmieniających się przepisów biurokratycznych, zakazów i nakazów, 3) nie mógł głowy wychylić poza poziom produkcji, zdolny zaspokoić jedynie podstawowe potrzeby jego i rodziny 4) drżał przed urzędnikami, zdolnymi znaleźć na niego haczyk w każdej sprawie, za nielegalne ubicie zwierzęcia i nielegalne sprzedanie przetworów z niego, za brak kafelków w kuchni i oborze, za zasianie własnego ziarna bez licencji i bez uiszczenia stosownej opłaty, za wydestylowanie własnego alkoholu w ilości większej, niż bodajże 10 litrów, a tym bardziej sprzedanie butelki sąsiadowi albo znajomemu alkoholikowi, za brak wpisów w księgach, pozwoleń, zgłoszeń, opłat, podatków i co tam jeszcze hydra państwowa sobie wymyśliła.
Miejski gość agroturystycznego gospodarstwa często nie zdaje sobie sprawy, że to, co kosztuje u rolnika, swojską wędlinę, ser, masło, samogon, jest owiane mgłą nie-przepisowych niedopowiedzeń.
Ale zmieńmy temat. Ktoś mnie pyta, czy można wyżyć na wsi z hodowli kóz.
Odpowiem, że tak i nie. Bardziej nie, niż tak. Chociaż...
Dlatego lepiej mieć inne źródło stałego dochodu, przynajmniej na pierwsze kilka lat rozruchu gospodarstwa.
12 stycznia 2011
Przeczuwanie wiosny
Powoli zabieramy się do pracy. Przy czym zabieranie się jest już tak nużące, że trwa i trwa. Jednego dnia Ania szuka narzędzi, porozsiewanych w różnych miejscach, zapełnionych po brzegi galimatiasem przeprowadzkowych przedmiotów, pudeł i sprzętów w częściach. Drugiego dnia przygotowuje grunt pod klejenie. No, może jutro, o ile znajdzie wiercidełko do mieszania kleju uda nam się przykleić trochę brakujących ciągle w kuchni płytek terakoty.
Moje obowiązki polegają głównie na paleniu w piecach, gotowaniu, karmieniu i zmywaniu naczyń. Oprócz tego czytam i coś tam piszę oraz przemyśliwam z jednym, drugim czy trzecim kotem na kolanach.
Zrobiłam pierwszy twarożek w tym roku z mleka naszych kóz. Dziś na obiad kluski leniwe.
Ania szyje nowy patchworc, tka na GOK-owskich krosnach nowy chodnik i podszywa brzegi już zrobione przez innych.
Zofija ma się wyraźnie lepiej. Je co prawda wolno i półgębkiem, połowę zwykłej porcji, ale karmimy ją w takim razie dwa razy częściej, a to sprawia, że zaczyna jeść tyle, co każda inna koza. Co prawda przeważa w posiłkach tarta marchew i miękki chleb, jednak posypane zawsze kilkoma garściami owsa. No, i pije już zimną wodę, w sporej ilości, zwykłej dla siebie. Wyczekuje posiłków, stojąc oparta o drzwiczki boksu i wychylając głowę z najdłuższą brodą wśród kóz w stadzie.
Znów nadeszła odwilż, po jednym dniu przymrozku. Psice wciąż chcą na dwór, biegają i szczekają po lesie i na drodze. Linią się na potęgę, Kola tarza się co rusz z tego powodu plecami w śniegu. Kocury chodzą po okolicy z pieśnią na ustach. Kicia wchodzi i wychodzi z domu, nie mogąc się zdecydować, gdzie chce być i co robić. Kury grzebią w piasku, strosząc pióra, pogdakując jajecznie. Gusia je mniej, niż zawsze. Dziś w ogóle straciła apetyt. Krąży po podwórku, wychodzi na drogę, maszeruje do sadu, pod płot, gdzie latem z gulgułami pani Wiery gwarzyła sobie codziennie. Najwyraźniej wypatruje partnera, aby zacząć składać wkrótce jaja. Jednym słowem zwierzęta przeczuwają wiosnę.
Moje obowiązki polegają głównie na paleniu w piecach, gotowaniu, karmieniu i zmywaniu naczyń. Oprócz tego czytam i coś tam piszę oraz przemyśliwam z jednym, drugim czy trzecim kotem na kolanach.
Zrobiłam pierwszy twarożek w tym roku z mleka naszych kóz. Dziś na obiad kluski leniwe.
Ania szyje nowy patchworc, tka na GOK-owskich krosnach nowy chodnik i podszywa brzegi już zrobione przez innych.
Zofija ma się wyraźnie lepiej. Je co prawda wolno i półgębkiem, połowę zwykłej porcji, ale karmimy ją w takim razie dwa razy częściej, a to sprawia, że zaczyna jeść tyle, co każda inna koza. Co prawda przeważa w posiłkach tarta marchew i miękki chleb, jednak posypane zawsze kilkoma garściami owsa. No, i pije już zimną wodę, w sporej ilości, zwykłej dla siebie. Wyczekuje posiłków, stojąc oparta o drzwiczki boksu i wychylając głowę z najdłuższą brodą wśród kóz w stadzie.
Znów nadeszła odwilż, po jednym dniu przymrozku. Psice wciąż chcą na dwór, biegają i szczekają po lesie i na drodze. Linią się na potęgę, Kola tarza się co rusz z tego powodu plecami w śniegu. Kocury chodzą po okolicy z pieśnią na ustach. Kicia wchodzi i wychodzi z domu, nie mogąc się zdecydować, gdzie chce być i co robić. Kury grzebią w piasku, strosząc pióra, pogdakując jajecznie. Gusia je mniej, niż zawsze. Dziś w ogóle straciła apetyt. Krąży po podwórku, wychodzi na drogę, maszeruje do sadu, pod płot, gdzie latem z gulgułami pani Wiery gwarzyła sobie codziennie. Najwyraźniej wypatruje partnera, aby zacząć składać wkrótce jaja. Jednym słowem zwierzęta przeczuwają wiosnę.
11 stycznia 2011
System grzewczy w przebudowanej starej chacie
Urządzenie systemu ogrzewania starej chaty, która po przebudowie zdobywa nowe przestrzenie, wymaga pomysłu. Na ogół w drewnianych chatach wiejskich istnieją już bowiem piece kaflowe, kuchnia i ścianówka w pokoju oraz komin. Na ogół piece są dołączone bezpośrednio do owego pojedynczego komina, ale na Podlasiu zdarza się jeszcze z rzadka tzw. leżak, czyli pod-komin, wybudowany z cegieł i gliny na poddaszu, łączący z kominem dodatkowy piec w pokoju oddalonym od kuchni.
W naszej chacie leżaka nie było, bo i rozstaw izb był prosty. Wchodziło się do sionki, z której drzwi na wprost prowadziły do nieogrzewanej komory, a po prawej do kuchni. Komin wznosił się po środku chaty, dokładnie pomiędzy kuchnią i pokojem, zatem płyta kuchenna i ścianówka stały dość blisko siebie.
Przebudowa nie uwzględniała zmiany miejsca komina, ze względu na procedury urzędowe. Dzięki temu, zanim zostały one załatwione (od wczesnej wiosny do pamiętnego dnia 27 września) i projekt architektoniczny zatwierdzony pieczęciami, zdążyłyśmy pewne prace poczynić w ramach remontu starej chaty. Przede wszystkim zburzyć i zbudować nowy komin, w miejsce dawnego oraz zburzyć stary i wybudować nowy piec kuchenny.
O przebojach z wynajętym zdunem już byłam pisałam, więc nie będę się powtarzać.

Kuchenka jest zgrabna, w miejscowym stylu (ma okap), ale wykazuje sporo mankamentów rzemieślniczych. Ale o to akurat mniejsza.
Starej kuchni nie dało się utrzymać, była przepalona i niewygodnie ustawiona. Miała jednak dużą ściankę grzewczą, działającą nieco na zasadzie ścianówki, która stanowiła część ściany działowej między kuchnią, a pokojem. To był dobry pomysł na dogrzanie domu i zachowałyśmy go. W ten sposób ogień spod płyty nie marnuje się, oprócz funkcji gotowania posiłków ogrzewa jeszcze kafle ścianki, zanim trafi do komina.
Pod płytą hydraulik wraz ze zdunem zamontowali tzw. cegiełkę. Rura przechodząca przez palenisko ogrzewa wodę w bojlerze.
Bojler mało malowniczo na razie wisi na ścianie w rogu kuchni i wymaga jakiegoś osłonięcia. Będziemy o tym myślały, gdy sufit zostanie pokryty płytami gipsokartonowymi.
W praktyce latem wystarczy palić pod płytą godzinę, półtorej (akurat czas na ugotowanie posiłku), aby nagrzać wodę na kąpiel i zmywanie raz na 2 dni.
Ponieważ budowałyśmy kuchnię od podstaw można było ją zaplanować. Dlatego zawiera ona tuż przy sobie (a raczej w sobie)... piec c.o. opalany drewnem. Takie nieduże piece, z fajerkami na górze i przestawnym rusztem (tzw. letnim i zimowym), ustawiane w kuchni, a nie w specjalnym murowanym pomieszczeniu, produkuje się w Hajnówce i mają spore wzięcie w regionie. Oprócz bowiem funkcji ogrzewania kaloryferów oraz bojlera pełnią całkiem dobrze funkcję pieca kuchennego. Na lato można przełożyć w nim ruszt wyżej, zmniejszyć palenisko i używać go tylko jako płytę i ogrzewacz wody w bojlerze.
Zdun obłożył go potem kaflami i powstał wizualnie jednolity i gustowny piec kuchenny.

Dołączona do niego instalacja kaloryferów jest w stanie ogrzać całą przestrzeń domu (tj. 72 m. kw.), wraz z dobudowanymi pokojami. Poddasza zdecydowałyśmy się nie kaloryferować. Jeśli będzie taka potrzeba wstawi się tam kozę.
Instalacja posiada elektryczną pompkę wspomagającą obieg wody w kaloryferach, ale stalowe rury są także zamontowane grawitacyjnie, co sprawia, że c.o. działa bez problemu także w razie awarii prądu.
Łazienka powstała w komorze i jest zaopatrzona w kaloryfer. Ociepliłyśmy ściany zewnętrzne podwójną ilością wełny mineralnej i to sprawia, że nawet późną jesienią nie trzeba jeszcze palić w c.o., bo w łazience można się kąpać bez ogrzewania! Wystarczy trzymać drzwi lekko uchylone, aby zachodziła wymiana powietrza na cieplejsze z głębi domu.
Latem zeszłego roku zburzyłyśmy starą, przepaloną ścianówkę w pokoju. I już inny zdun postawił ją od nowa, nieco mniejszą, z nowych kafli i cegieł, ale w tym samym miejscu. W ten sposób wskrzesiłyśmy stary układ chaty.
Ogrzewa ona głównie pokój, ale ponieważ część przedniej ściany i wylot paleniska jest w kuchni, dogrzewa również kuchnię i przy otwartych drzwiach także pokój jadalny. A więc trzy pomieszczenia.

W pokoju zatem mamy dosłownie połowę ściany z kafli, którą można rozgrzać w razie potrzeby na 24 godziny (np. wielkiego mrozu, wyjazdu w zimie na kilka dni, albo awarii c.o.). Stoi przy niej łóżko, tak samo jak stało w starej chacie poprzednich właścicieli.
W praktyce przez całą jesień i wiosnę ogrzewamy cały dom tylko tym piecem ścianowym plus paleniem pod płytą, a piec c.o. jest nieużywany. Jeśli tylko temperatura nocą nie spada poniżej zera wystarcza jednorazowe przepalenie w tym piecu naręcza drewna (tudzież tzw. węglarki).
Oczywiście, gdy jeszcze jeden pokój zacznie być używany i ktoś będzie w nim mieszkał trzeba będzie dłużej palić w c.o.
Swoją dodatkową ogrzewczą rolę pełni dokładne ocieplenie całego budynku, ścian, sufitu i dachu, wełną mineralną oraz nowe szczelne okna i drzwi.
Zimą ogrzewamy się zatem następująco: zależnie od mrozu rozpalam rano lub w południe w c.o. i pozwalam wypalić się załadowanej po powierzchnię komorze drewna, z lekkim dokładaniem potem przez kilka godzin. Trwa to mniej więcej do 16 (w mroźniejszy czas nieco dłużej, nawet do 20). Ok. 16 rozpalam w ścianowym piecu i po kilku godzinach, gdy wygasa ogień w piecu c.o. on przejmuje funkcję grzewczą. Trzyma temperaturę do rana i przed południem, po czym wszystko zaczynam tak samo od początku.
Tym sposobem wypalamy dziennie w przeciętny dzień zimowy o temperaturze do minus 10 stopni (przy niższych nieco więcej) taczkę drewna. Zapewniam was, że to niewiele. Zwłaszcza, że owo drewno jest różnej jakości. Trochę dobrej gałęziówki brzozowo-grabowo-dębowej i część starych spróchniałych belek i desek z rozbiórki.
W naszej chacie leżaka nie było, bo i rozstaw izb był prosty. Wchodziło się do sionki, z której drzwi na wprost prowadziły do nieogrzewanej komory, a po prawej do kuchni. Komin wznosił się po środku chaty, dokładnie pomiędzy kuchnią i pokojem, zatem płyta kuchenna i ścianówka stały dość blisko siebie.
Przebudowa nie uwzględniała zmiany miejsca komina, ze względu na procedury urzędowe. Dzięki temu, zanim zostały one załatwione (od wczesnej wiosny do pamiętnego dnia 27 września) i projekt architektoniczny zatwierdzony pieczęciami, zdążyłyśmy pewne prace poczynić w ramach remontu starej chaty. Przede wszystkim zburzyć i zbudować nowy komin, w miejsce dawnego oraz zburzyć stary i wybudować nowy piec kuchenny.
O przebojach z wynajętym zdunem już byłam pisałam, więc nie będę się powtarzać.

Kuchenka jest zgrabna, w miejscowym stylu (ma okap), ale wykazuje sporo mankamentów rzemieślniczych. Ale o to akurat mniejsza.
Starej kuchni nie dało się utrzymać, była przepalona i niewygodnie ustawiona. Miała jednak dużą ściankę grzewczą, działającą nieco na zasadzie ścianówki, która stanowiła część ściany działowej między kuchnią, a pokojem. To był dobry pomysł na dogrzanie domu i zachowałyśmy go. W ten sposób ogień spod płyty nie marnuje się, oprócz funkcji gotowania posiłków ogrzewa jeszcze kafle ścianki, zanim trafi do komina.
Pod płytą hydraulik wraz ze zdunem zamontowali tzw. cegiełkę. Rura przechodząca przez palenisko ogrzewa wodę w bojlerze.
Bojler mało malowniczo na razie wisi na ścianie w rogu kuchni i wymaga jakiegoś osłonięcia. Będziemy o tym myślały, gdy sufit zostanie pokryty płytami gipsokartonowymi.
W praktyce latem wystarczy palić pod płytą godzinę, półtorej (akurat czas na ugotowanie posiłku), aby nagrzać wodę na kąpiel i zmywanie raz na 2 dni.
Ponieważ budowałyśmy kuchnię od podstaw można było ją zaplanować. Dlatego zawiera ona tuż przy sobie (a raczej w sobie)... piec c.o. opalany drewnem. Takie nieduże piece, z fajerkami na górze i przestawnym rusztem (tzw. letnim i zimowym), ustawiane w kuchni, a nie w specjalnym murowanym pomieszczeniu, produkuje się w Hajnówce i mają spore wzięcie w regionie. Oprócz bowiem funkcji ogrzewania kaloryferów oraz bojlera pełnią całkiem dobrze funkcję pieca kuchennego. Na lato można przełożyć w nim ruszt wyżej, zmniejszyć palenisko i używać go tylko jako płytę i ogrzewacz wody w bojlerze.
Zdun obłożył go potem kaflami i powstał wizualnie jednolity i gustowny piec kuchenny.

Dołączona do niego instalacja kaloryferów jest w stanie ogrzać całą przestrzeń domu (tj. 72 m. kw.), wraz z dobudowanymi pokojami. Poddasza zdecydowałyśmy się nie kaloryferować. Jeśli będzie taka potrzeba wstawi się tam kozę.
Instalacja posiada elektryczną pompkę wspomagającą obieg wody w kaloryferach, ale stalowe rury są także zamontowane grawitacyjnie, co sprawia, że c.o. działa bez problemu także w razie awarii prądu.
Łazienka powstała w komorze i jest zaopatrzona w kaloryfer. Ociepliłyśmy ściany zewnętrzne podwójną ilością wełny mineralnej i to sprawia, że nawet późną jesienią nie trzeba jeszcze palić w c.o., bo w łazience można się kąpać bez ogrzewania! Wystarczy trzymać drzwi lekko uchylone, aby zachodziła wymiana powietrza na cieplejsze z głębi domu.
Latem zeszłego roku zburzyłyśmy starą, przepaloną ścianówkę w pokoju. I już inny zdun postawił ją od nowa, nieco mniejszą, z nowych kafli i cegieł, ale w tym samym miejscu. W ten sposób wskrzesiłyśmy stary układ chaty.
Ogrzewa ona głównie pokój, ale ponieważ część przedniej ściany i wylot paleniska jest w kuchni, dogrzewa również kuchnię i przy otwartych drzwiach także pokój jadalny. A więc trzy pomieszczenia.

W pokoju zatem mamy dosłownie połowę ściany z kafli, którą można rozgrzać w razie potrzeby na 24 godziny (np. wielkiego mrozu, wyjazdu w zimie na kilka dni, albo awarii c.o.). Stoi przy niej łóżko, tak samo jak stało w starej chacie poprzednich właścicieli.
W praktyce przez całą jesień i wiosnę ogrzewamy cały dom tylko tym piecem ścianowym plus paleniem pod płytą, a piec c.o. jest nieużywany. Jeśli tylko temperatura nocą nie spada poniżej zera wystarcza jednorazowe przepalenie w tym piecu naręcza drewna (tudzież tzw. węglarki).
Oczywiście, gdy jeszcze jeden pokój zacznie być używany i ktoś będzie w nim mieszkał trzeba będzie dłużej palić w c.o.
Swoją dodatkową ogrzewczą rolę pełni dokładne ocieplenie całego budynku, ścian, sufitu i dachu, wełną mineralną oraz nowe szczelne okna i drzwi.
Zimą ogrzewamy się zatem następująco: zależnie od mrozu rozpalam rano lub w południe w c.o. i pozwalam wypalić się załadowanej po powierzchnię komorze drewna, z lekkim dokładaniem potem przez kilka godzin. Trwa to mniej więcej do 16 (w mroźniejszy czas nieco dłużej, nawet do 20). Ok. 16 rozpalam w ścianowym piecu i po kilku godzinach, gdy wygasa ogień w piecu c.o. on przejmuje funkcję grzewczą. Trzyma temperaturę do rana i przed południem, po czym wszystko zaczynam tak samo od początku.
Tym sposobem wypalamy dziennie w przeciętny dzień zimowy o temperaturze do minus 10 stopni (przy niższych nieco więcej) taczkę drewna. Zapewniam was, że to niewiele. Zwłaszcza, że owo drewno jest różnej jakości. Trochę dobrej gałęziówki brzozowo-grabowo-dębowej i część starych spróchniałych belek i desek z rozbiórki.
Labels:
Budownictwo,
Ekologia,
Ogrzewanie,
Pionierstwo,
Pogoda,
Region,
Rzemiosło,
Tradycja,
Urzędy
10 stycznia 2011
Zimowa wstrecza na jawie
Kolejna wstrecza ze Starymi Kobietami. Możliwa z okazji świąt i zimy, którą na wsi spędza się towarzysko i na luzie, grzejąc się przy piecu, zjadając ubite przed świętami kabany i popijając swojską naleweczką.
Opowieści były już bardziej zwyczajne, ale i tak dla mnie ciekawe. Choć jak zawsze nie nadążam kto, gdzie, z kim i kiedy.
Z dziwnej treści to dowiedziałam się, że Stare Kobiety mają często sny świadome, takie, że po obudzeniu nie wie się, czy czasem ten świat nie jest snem, a tamten śniony przed chwilą, jawą. Poza tym od zawsze zwracają uwagę na treść snów i wiele umieją zinterpretować właściwie.
- Kiedy śni się zmarły ojciec, to dobrze, na poprawę idzie. Kiedy matka, zawsze źle.
- Jak ktoś zmarły przyjdzie we śnie i coś zabierze, to może ktoś umrzeć albo będzie strata w dobytku i pieniędzy. Jak coś zostawi to dobrze, może być wyleczenie z choroby, spadek albo jakiś niespodziewany zarobek.
- Mnie raz śniło się - wspomniała jedna - że matka naszą świnię do Waśki z sąsiedniej wsi zawiozła, do knura. I niedługo z nią wróciła. Tylko, że ten Waśka już dawno wtedy nie żył. Potem nasza sąsiadka też swoją świnię zawiozła do tego Waśki, ale zostawiła ją u knura na noc. Miała pojechać po nią później. Ten sen przyszedł dla mnie w niedzielę. Tak, w niedzielę to było. Opowiedziałam mamie i ta od razu mówi: Łoj, coś bude! I nie minęło parę tygodni, jak ja wieczorem nasze świnie nakarmiła, rano do chlewa zachodzę, a kaban leży już zimny. Co ja się namęczyła, żeby go wyciągnąć, ponad sto kilo już miał! No, z sąsiadką jakoś się udało. Nasze chłopy w polu wtedy były. I znalazł się taki, co padlinę wziął dla psów, więc dobrze się skończyło, bo to lato było. Ale to nie koniec. Minęło znowu trochę czasu i u mojej sąsiadki świnia też padła. Ale dłużej to trwało. Złamała nogę w chlewie, i chociaż ją karmili i czekali, że może wydobrzeje, wdało się zakażenie i zdechła. Ich strata była większa, bo kaban już ze 300 kilo ważył. I tak sen się sprawdził co do joty.
Jeszcze jedno konstatuję z zadowoleniem. Moc naleweczki sprawiła, że Stare Kobiety przeszły gładko na swój ukraiński dialekt i wszelkie opowieści w nim się już tylko toczyły. A ja wsio rozumiała!
Choć mówić jeszcze nie umiem, to - jak orzekły Kobiety - niedługo na pewno zacznę.
Moje uszy przyzwyczaiły się już do wschodniej melodii zdań i wychwytuję każde słowo wyraźnie, i jego sens.
A na początku, rok temu, było trudno. Rozumiałam z mowy tutejszej pojedyncze wyrazy i z nich układałam sobie w głowie sens kombinowany, nie nadążając w ogóle za opowieścią.
Tak poza tym ciepło, wilgotno, mży, śnieg topnieje i woda ścieka po naszym urocznym wzgórku w dół, podjazdem ku bramie. Gusia tapla się w kałużach ochoczo. Kogut pieje. Mgła unosi się nad białą połacią pól. Kozi ząb wciąż dolega i żadne zaglądanie do pyska nie udało się. Zofija je skąpo, ale je, głównie siano, pije letnią wodę, bo zimna ją razi i czekamy na samoistną poprawę. Ekonomia rządzi losem większości zwierząt hodowlanych, to jest ich fatum. Na dowód, że żyje, nie słania się nawet i rokuje poprawę, bez szpikowania drogimi antybiotykami, które jej mleko zanieczyszczą na dłuższy czas, a dziecko skażą na sztuczne dokarmianie, zamieszczam zdjęcie zrobione przed godziną. Zofia przymierza się do świeżej wiązki siana.

Dzisiaj po popołudniowym karmieniu wypuściłyśmy wszystkie dzieci na wspólną przestrzeń w oborze, gdzie szybko stworzyły integrujące się przedszkole. Podskokom i szaleństwom zabawy nie było końca. Ponieważ koźlęta są niezwykle ruchliwe i żywe, to nie sposób im zrobić dobrego zdjęcia. Każde koźlę zmienia pozę pomiędzy naciśnięciem migawki, a rozbłyskiem lampy.
Kola robi za jeszcze jedną kozę, i za taką jest uważana przez młodzież.

A oto Jaśminka, śnieżna córcia Zofijki, w skrócie Jasia, poza maminym boksem, ukryta u mojego boku bacznie obserwuje resztę wyległej na zewnątrz dzieciarni.

Poniżej Zulus, rośnie już na maminym mleku, choć nie należy jeszcze do najsilniejszych w rankingu koźląt, ale rokuje nieźle.
Opowieści były już bardziej zwyczajne, ale i tak dla mnie ciekawe. Choć jak zawsze nie nadążam kto, gdzie, z kim i kiedy.
Z dziwnej treści to dowiedziałam się, że Stare Kobiety mają często sny świadome, takie, że po obudzeniu nie wie się, czy czasem ten świat nie jest snem, a tamten śniony przed chwilą, jawą. Poza tym od zawsze zwracają uwagę na treść snów i wiele umieją zinterpretować właściwie.
- Kiedy śni się zmarły ojciec, to dobrze, na poprawę idzie. Kiedy matka, zawsze źle.
- Jak ktoś zmarły przyjdzie we śnie i coś zabierze, to może ktoś umrzeć albo będzie strata w dobytku i pieniędzy. Jak coś zostawi to dobrze, może być wyleczenie z choroby, spadek albo jakiś niespodziewany zarobek.
- Mnie raz śniło się - wspomniała jedna - że matka naszą świnię do Waśki z sąsiedniej wsi zawiozła, do knura. I niedługo z nią wróciła. Tylko, że ten Waśka już dawno wtedy nie żył. Potem nasza sąsiadka też swoją świnię zawiozła do tego Waśki, ale zostawiła ją u knura na noc. Miała pojechać po nią później. Ten sen przyszedł dla mnie w niedzielę. Tak, w niedzielę to było. Opowiedziałam mamie i ta od razu mówi: Łoj, coś bude! I nie minęło parę tygodni, jak ja wieczorem nasze świnie nakarmiła, rano do chlewa zachodzę, a kaban leży już zimny. Co ja się namęczyła, żeby go wyciągnąć, ponad sto kilo już miał! No, z sąsiadką jakoś się udało. Nasze chłopy w polu wtedy były. I znalazł się taki, co padlinę wziął dla psów, więc dobrze się skończyło, bo to lato było. Ale to nie koniec. Minęło znowu trochę czasu i u mojej sąsiadki świnia też padła. Ale dłużej to trwało. Złamała nogę w chlewie, i chociaż ją karmili i czekali, że może wydobrzeje, wdało się zakażenie i zdechła. Ich strata była większa, bo kaban już ze 300 kilo ważył. I tak sen się sprawdził co do joty.
Jeszcze jedno konstatuję z zadowoleniem. Moc naleweczki sprawiła, że Stare Kobiety przeszły gładko na swój ukraiński dialekt i wszelkie opowieści w nim się już tylko toczyły. A ja wsio rozumiała!
Choć mówić jeszcze nie umiem, to - jak orzekły Kobiety - niedługo na pewno zacznę.
Moje uszy przyzwyczaiły się już do wschodniej melodii zdań i wychwytuję każde słowo wyraźnie, i jego sens.
A na początku, rok temu, było trudno. Rozumiałam z mowy tutejszej pojedyncze wyrazy i z nich układałam sobie w głowie sens kombinowany, nie nadążając w ogóle za opowieścią.
Tak poza tym ciepło, wilgotno, mży, śnieg topnieje i woda ścieka po naszym urocznym wzgórku w dół, podjazdem ku bramie. Gusia tapla się w kałużach ochoczo. Kogut pieje. Mgła unosi się nad białą połacią pól. Kozi ząb wciąż dolega i żadne zaglądanie do pyska nie udało się. Zofija je skąpo, ale je, głównie siano, pije letnią wodę, bo zimna ją razi i czekamy na samoistną poprawę. Ekonomia rządzi losem większości zwierząt hodowlanych, to jest ich fatum. Na dowód, że żyje, nie słania się nawet i rokuje poprawę, bez szpikowania drogimi antybiotykami, które jej mleko zanieczyszczą na dłuższy czas, a dziecko skażą na sztuczne dokarmianie, zamieszczam zdjęcie zrobione przed godziną. Zofia przymierza się do świeżej wiązki siana.

Dzisiaj po popołudniowym karmieniu wypuściłyśmy wszystkie dzieci na wspólną przestrzeń w oborze, gdzie szybko stworzyły integrujące się przedszkole. Podskokom i szaleństwom zabawy nie było końca. Ponieważ koźlęta są niezwykle ruchliwe i żywe, to nie sposób im zrobić dobrego zdjęcia. Każde koźlę zmienia pozę pomiędzy naciśnięciem migawki, a rozbłyskiem lampy.
Kola robi za jeszcze jedną kozę, i za taką jest uważana przez młodzież.

A oto Jaśminka, śnieżna córcia Zofijki, w skrócie Jasia, poza maminym boksem, ukryta u mojego boku bacznie obserwuje resztę wyległej na zewnątrz dzieciarni.

Poniżej Zulus, rośnie już na maminym mleku, choć nie należy jeszcze do najsilniejszych w rankingu koźląt, ale rokuje nieźle.
8 stycznia 2011
Kozak, koń i kozi ząb
Świąteczna wizyta udana. Doszliśmy wszyscy jednomyślnie do wniosku, że jak pić samogonkę to jedynie słuchając rosyjskich ballad. No, to żeśmy sobie słuchali, gadali, słuchali, aż Aleksandr Rosenbaum przypomniawszy mnie się, łzy mi wycisnął na samo jeno wspomnienie ballady o kozaku i koniku złotogrzywym, jego duszy.
(Można podejrzeć pod adresem: "Zabolieło serce u mienia", albo w wersji koncertowej: tutaj oraz pieśń kozacza, bliska i z tej samej płyty).
- Normalne to nie jest. Że nawet, gdy tylko opowiadam o tej piosence łzawo się wzruszam - stwierdziłam i wszyscy natychmiast przytaknęli.
Ale to prawda, ja przy tej pieśni z-a-w-s-z-e rzęsiście płaczę. Właściwie wszystkie zwierzęta zabite w dziejach świata przez i dla człowieka wtedy opłakuję.
I nie będę o tym dyskutować. Tak jest i już.
I niech moje łzy zbawią ich dusze.
Poza tym nagle pojawił się problem. Który nie wiemy jak rozwiązać, więc robimy co możemy. Zofija prawdopodobnie złamała sobie ząb trzonowy (na krojonej marchwi), którego część nadal tkwi ruchomo w szczęce w pozycji poziomej. Do tego zakrztusiła się mocno kawałkiem marchewki i dość długo kasłała, odpluwała, dychała i rzęziła. Aż ją wziąwszy za nogi tylne potrząsałyśmy głową do dołu i opukiwałyśmy plecy, aby korek pomóc usunąć. W końcu, po kilku godzinach i kilku takich próbach udało się, odbeknęła mocno. Ale nic nie jadła i nie piła do południa następnego dnia, w końcu zjadła dwie michy ziarna, jak zawsze. I dziś znów stop. Widocznie połknąć to dla niej już nie jest problem, ale gdy jedzenie wraca ze żwacza do pyska, to przeżuwa je z trudem. Powitała nas rano leżąc i ze smutnym i poważnym wzrokiem. Ani pić ani jeść nie chciała. Wreszcie po południu skusiła się na garść tartej marchwi (gotowaną kaszę odrzuciła), wypiła sporą dawkę wody i zaczęła ostrożnie wybierać źdźbła z codziennej dawki siana.
Ma mleko, karmi małą bez problemów (Jaśmina jest białą iskierką czystej radości), ale wychudła już sporo i sama nie wiem jak się sprawa rozwinie. Mam nadzieję, że ząb w końcu wypadnie sam (nie dajemy rady nawet go zobaczyć, tkwi głęboko i jedynie widać na pysku pod skórą gulkę, która daje się wciskać palcem w głąb bezboleśnie) i Zosia wróci do jakiej takiej formy. Oczywiście będę ją już musiała specjalnie dokarmiać, żadnych twardych warzyw i suchego chleba, najlepiej śruta i tarte warzywa, jak dziecku. No, i ostra kuracja witaminowo-mineralna na dowapnienie kości, bo pewnikiem kolejna ciąża ją tak osłabiła. Ech, te białasy!
(Można podejrzeć pod adresem: "Zabolieło serce u mienia", albo w wersji koncertowej: tutaj oraz pieśń kozacza, bliska i z tej samej płyty).
- Normalne to nie jest. Że nawet, gdy tylko opowiadam o tej piosence łzawo się wzruszam - stwierdziłam i wszyscy natychmiast przytaknęli.
Ale to prawda, ja przy tej pieśni z-a-w-s-z-e rzęsiście płaczę. Właściwie wszystkie zwierzęta zabite w dziejach świata przez i dla człowieka wtedy opłakuję.
I nie będę o tym dyskutować. Tak jest i już.
I niech moje łzy zbawią ich dusze.
Poza tym nagle pojawił się problem. Który nie wiemy jak rozwiązać, więc robimy co możemy. Zofija prawdopodobnie złamała sobie ząb trzonowy (na krojonej marchwi), którego część nadal tkwi ruchomo w szczęce w pozycji poziomej. Do tego zakrztusiła się mocno kawałkiem marchewki i dość długo kasłała, odpluwała, dychała i rzęziła. Aż ją wziąwszy za nogi tylne potrząsałyśmy głową do dołu i opukiwałyśmy plecy, aby korek pomóc usunąć. W końcu, po kilku godzinach i kilku takich próbach udało się, odbeknęła mocno. Ale nic nie jadła i nie piła do południa następnego dnia, w końcu zjadła dwie michy ziarna, jak zawsze. I dziś znów stop. Widocznie połknąć to dla niej już nie jest problem, ale gdy jedzenie wraca ze żwacza do pyska, to przeżuwa je z trudem. Powitała nas rano leżąc i ze smutnym i poważnym wzrokiem. Ani pić ani jeść nie chciała. Wreszcie po południu skusiła się na garść tartej marchwi (gotowaną kaszę odrzuciła), wypiła sporą dawkę wody i zaczęła ostrożnie wybierać źdźbła z codziennej dawki siana.
Ma mleko, karmi małą bez problemów (Jaśmina jest białą iskierką czystej radości), ale wychudła już sporo i sama nie wiem jak się sprawa rozwinie. Mam nadzieję, że ząb w końcu wypadnie sam (nie dajemy rady nawet go zobaczyć, tkwi głęboko i jedynie widać na pysku pod skórą gulkę, która daje się wciskać palcem w głąb bezboleśnie) i Zosia wróci do jakiej takiej formy. Oczywiście będę ją już musiała specjalnie dokarmiać, żadnych twardych warzyw i suchego chleba, najlepiej śruta i tarte warzywa, jak dziecku. No, i ostra kuracja witaminowo-mineralna na dowapnienie kości, bo pewnikiem kolejna ciąża ją tak osłabiła. Ech, te białasy!
6 stycznia 2011
Świąteczna ruja
Dopiero teraz w nasz region zawitał zbiorowy nastrój świąteczny. W sklepach tłok i harmider. Światełka, choinki, powszechne życzenia Wesołych Świąt i te sprawy...
Na szczęście jeszcze moja podświadomość nie podlega lokalnej zbiorowości do końca, bo apetyt jakoś mam. Choć całkiem bezmyślnie zaordynowałam na dzisiejszy obiad smażoną rybę (filet jeszcze wigilijny), a Anię wzięło na gotowanie bigosu. Ot, zbieg okoliczności, tyle.
Rozsyłam zatem życzenia znajomym prawosławnym i myślę: Kurczę, a już mnie brało na dokończenie klejenia terakoty w kuchni! I znów nie wypada hałasować i ciąć piłą płytek ceramicznych. Świętujemy!
Przyszedł wreszcie obiecywany mróz. Śnieg trzeszczący pod nogami, w nocy migoczące gwiazdy na czystym niebie, w dzień ostre słońce. Nie wiem ile było, stawiam na jakieś 20 stopni, sądząc po tym, że już o 10 rano wolałam rozpalić w c.o., niż czekać, jak zazwyczaj do południa albo i dalej.
Koźlęta przeżyły noc bez problemu. Są silne i samodzielne. Zuzia ma już mleko, Ania jeszcze z upartej troskliwości dokarmia Zulusa raz-dwa razy dziennie, ale koźlak pije dość niechętnie i więcej, niż pół kubka nie daje rady połknąć. Trzyma w buzi to, co nalane i wypuszcza drugą stroną. Zdecydowanie tak jemu, jak i Jaśmince, która swobodnie wskakuje matce na głowę (Zofija w swoim boksie staje się aniołem spokoju!) ma się na życie. W dodatku od rana Misię wzięło na... amory i ekspresyjnie się beka. He! Dobrze, że kozły w zamrażarce, bo byłby dym.
Na szczęście jeszcze moja podświadomość nie podlega lokalnej zbiorowości do końca, bo apetyt jakoś mam. Choć całkiem bezmyślnie zaordynowałam na dzisiejszy obiad smażoną rybę (filet jeszcze wigilijny), a Anię wzięło na gotowanie bigosu. Ot, zbieg okoliczności, tyle.
Rozsyłam zatem życzenia znajomym prawosławnym i myślę: Kurczę, a już mnie brało na dokończenie klejenia terakoty w kuchni! I znów nie wypada hałasować i ciąć piłą płytek ceramicznych. Świętujemy!
Przyszedł wreszcie obiecywany mróz. Śnieg trzeszczący pod nogami, w nocy migoczące gwiazdy na czystym niebie, w dzień ostre słońce. Nie wiem ile było, stawiam na jakieś 20 stopni, sądząc po tym, że już o 10 rano wolałam rozpalić w c.o., niż czekać, jak zazwyczaj do południa albo i dalej.
Koźlęta przeżyły noc bez problemu. Są silne i samodzielne. Zuzia ma już mleko, Ania jeszcze z upartej troskliwości dokarmia Zulusa raz-dwa razy dziennie, ale koźlak pije dość niechętnie i więcej, niż pół kubka nie daje rady połknąć. Trzyma w buzi to, co nalane i wypuszcza drugą stroną. Zdecydowanie tak jemu, jak i Jaśmince, która swobodnie wskakuje matce na głowę (Zofija w swoim boksie staje się aniołem spokoju!) ma się na życie. W dodatku od rana Misię wzięło na... amory i ekspresyjnie się beka. He! Dobrze, że kozły w zamrażarce, bo byłby dym.
5 stycznia 2011
Gulliwer naszych czasów
Od najwcześniejszych lat życia byłam molem książkowym. Dodam, wielkim molem książkowym. Kiedy inne dzieci sylabizowały A-l-a m-a k-o-t-a, jak już dawno przeczytałam elementarz od deski do deski i zapisałam się do szkolnej biblioteki. Jakież było moje rozczarowanie, gdy pani kazała mi wybierać książki spośród serii "Poczytaj mi mamo" i tym podobnych malowanek, a o poważniejszych pozycjach nie chciała nawet słyszeć.
Z pomocą przyszedł mi tata i zaczął zabierać mnie do biblioteki gminnej. Którą prowadzili wtedy jego zaprzyjaźnieni kresowiacy, a on też był wieeelkim molem książkowym i te wizyty były częste.
W ten sposób w ciągu pierwszej-drugiej-trzeciej klasy poznałam całą klasykę, dostępną mej dziecinnej inteligencji, lecz wcale nie dziecinną. Nigdy w życiu nie przeczytałam Kubusia Puchatka czy Dzieci z Bulerbyn, ale za to znałam na wyrywki "Robinsona Cruzoe", "Trylogię" Sienkiewicza, "Podróże Gulliwera", "Księgę Dżungli" czy "Lato leśnych ludzi".
Po wielu wielu latach uczestniczyłam w warsztatach reiki, urządzanych przez pewnego mistrza z Łodzi. Siedzieliśmy sobie tam w kręgu na podłodze przedszkolnej, bo rzecz działa się w przedszkolu i mistrzunio oznajmił, że w naszych pierwszych ulubionych w dzieciństwie i wielokrotnie czytanych książkach znajduje się klucz do naszego życia dorosłego, jego problemów, wyborów, celów, sukcesów i klęsk. Jako dzieci mamy intuicyjne przeczucie kim jesteśmy i w którą stronę chcemy się rozwijać. Wtedy pewna ponad 50-letnia kobieta zamyśliła się i lekko pobladła.
- Całe moje życie to poświęcanie się dla najbliższych i cierpienie w milczeniu. A teraz uzmysłowiłam sobie, że najbardziej w dzieciństwie uwielbiałam "Serce" Amicisa!
Nie podam wszystkich moich ukochanych tytułów, które zmieniały się w miarę rośnięcia oczywiście, ale zawsze były przeczytane co najmniej kilkakrotnie. Jednak po realizacji przeprowadzki na kresy, kilkuletniego życia w samotnej chatce na kolonii i zbudowania prawie od podstaw obejścia (w którym dominują kozy) i domu przy wsparciu Piętaszka, oraz samodzielnej pracy i życia w przyrodzie bardziej, niż wśród ludzi, czas na Gulliwera. Cóż on tam zacz znaczył?
Spośród jego licznych przygód, spośród których podróżowanie na latającej wyspie pośród super-uczonych zamieniających gówno w pyszne jedzenie (ech, autor musiał zajrzeć w nasze czasy) zrealizowało się także jako kilka lat obcowania z kosmitami (hehe) i innymi niewidzialnymi istotami, teraz nadszedł czas w moim życiu na konkluzję końcową książki, już po powrocie Gulliwera z krainy Houyhnhnmów (doskonałych koni). Co prawda do koni, jak i do krów nie zbliżę się nigdy bardziej, niż na kilka kroków, jednak dominuje we mnie nastrój Lemuelowy.
Jest to zmęczone obrzydzenie do ludzi i ich spraw. Które wcale się nie zmniejsza na wsi po ucieczce z miasta, a wręcz przeciwnie.
Teraz najszczęśliwsza bywam w oborze albo w lesie, tak jak Gulliwer w swojej angielskiej stajni pośród koni.
Co prawda nie uczłowieczam zwierzaków, ani tym bardziej nie stawiam ich wyżej w hierarchii od siebie, jak to zrobił bohater Swifta, lecz męczą mnie ludzie nie mający pojęcia, że pies to pies, koń to koń, a koza to koza. A nie człowiek, czy jeszcze wyższa istota, czyli Najlepszy Przyjaciel Człowieka. Nawet, gdy dostanie imię.
Imię służy do przywoływania i kierowania.
Dawno temu Bóg stworzył Adama i pozwolił mu nazwać wszystkie żywe istoty na Ziemi. Tym sposobem uczynił go ich władcą i przekazał mu królestwo ziemskie w celu kierowania nim.
To cholernie trudny obowiązek, zwłaszcza, że władza wiąże się z rządzeniem narodzinami i śmiercią zwierząt i roślin (tak, one też są istotami żywymi i czującymi!). Polega też na panowaniu nad emocjami i odróżnianiu prawdziwej i światłej miłości od ckliwych sentymentów i fałszywych przywiązań do cielesnych form.
Staram się wykonywać ten obowiązek uczciwie i prosto. Z Ramienia Najwyższego, które taki świat po coś stworzyło i nie mnie, jego zaledwie cząstce, z tym dyskutować. Tym bardziej krytykować. Nawet, gdy trzeba patrzeć prosto w oczy prawdzie, że ten świat makabryczny jest. Nie odmówię jednak sensu tej przyrodzonej makabrze, za głupia na to jestem i sama z niej zrodzona.
Jedno wiem, gdy trzymam się tych prostych praw i ról jestem szczęśliwa, syta i zdrowa, a wraz ze mną moi podopieczni.
Dlatego nie dam się wrobić w papierowe serce miejskich jahusów (nie juhasów, na Boga, czytajcie książki!), dla których golonki wiszą na drzewach, mleko płynie co rano z kartonika w biało-czarne łaty, a kot czy pies jest jedyną istotą ziemskiej przyrody i najlepiej, gdy chodzi w butach i pali fajkę.
Z pomocą przyszedł mi tata i zaczął zabierać mnie do biblioteki gminnej. Którą prowadzili wtedy jego zaprzyjaźnieni kresowiacy, a on też był wieeelkim molem książkowym i te wizyty były częste.
W ten sposób w ciągu pierwszej-drugiej-trzeciej klasy poznałam całą klasykę, dostępną mej dziecinnej inteligencji, lecz wcale nie dziecinną. Nigdy w życiu nie przeczytałam Kubusia Puchatka czy Dzieci z Bulerbyn, ale za to znałam na wyrywki "Robinsona Cruzoe", "Trylogię" Sienkiewicza, "Podróże Gulliwera", "Księgę Dżungli" czy "Lato leśnych ludzi".
Po wielu wielu latach uczestniczyłam w warsztatach reiki, urządzanych przez pewnego mistrza z Łodzi. Siedzieliśmy sobie tam w kręgu na podłodze przedszkolnej, bo rzecz działa się w przedszkolu i mistrzunio oznajmił, że w naszych pierwszych ulubionych w dzieciństwie i wielokrotnie czytanych książkach znajduje się klucz do naszego życia dorosłego, jego problemów, wyborów, celów, sukcesów i klęsk. Jako dzieci mamy intuicyjne przeczucie kim jesteśmy i w którą stronę chcemy się rozwijać. Wtedy pewna ponad 50-letnia kobieta zamyśliła się i lekko pobladła.
- Całe moje życie to poświęcanie się dla najbliższych i cierpienie w milczeniu. A teraz uzmysłowiłam sobie, że najbardziej w dzieciństwie uwielbiałam "Serce" Amicisa!
Nie podam wszystkich moich ukochanych tytułów, które zmieniały się w miarę rośnięcia oczywiście, ale zawsze były przeczytane co najmniej kilkakrotnie. Jednak po realizacji przeprowadzki na kresy, kilkuletniego życia w samotnej chatce na kolonii i zbudowania prawie od podstaw obejścia (w którym dominują kozy) i domu przy wsparciu Piętaszka, oraz samodzielnej pracy i życia w przyrodzie bardziej, niż wśród ludzi, czas na Gulliwera. Cóż on tam zacz znaczył?
Spośród jego licznych przygód, spośród których podróżowanie na latającej wyspie pośród super-uczonych zamieniających gówno w pyszne jedzenie (ech, autor musiał zajrzeć w nasze czasy) zrealizowało się także jako kilka lat obcowania z kosmitami (hehe) i innymi niewidzialnymi istotami, teraz nadszedł czas w moim życiu na konkluzję końcową książki, już po powrocie Gulliwera z krainy Houyhnhnmów (doskonałych koni). Co prawda do koni, jak i do krów nie zbliżę się nigdy bardziej, niż na kilka kroków, jednak dominuje we mnie nastrój Lemuelowy.
Jest to zmęczone obrzydzenie do ludzi i ich spraw. Które wcale się nie zmniejsza na wsi po ucieczce z miasta, a wręcz przeciwnie.
Teraz najszczęśliwsza bywam w oborze albo w lesie, tak jak Gulliwer w swojej angielskiej stajni pośród koni.
Co prawda nie uczłowieczam zwierzaków, ani tym bardziej nie stawiam ich wyżej w hierarchii od siebie, jak to zrobił bohater Swifta, lecz męczą mnie ludzie nie mający pojęcia, że pies to pies, koń to koń, a koza to koza. A nie człowiek, czy jeszcze wyższa istota, czyli Najlepszy Przyjaciel Człowieka. Nawet, gdy dostanie imię.
Imię służy do przywoływania i kierowania.
Dawno temu Bóg stworzył Adama i pozwolił mu nazwać wszystkie żywe istoty na Ziemi. Tym sposobem uczynił go ich władcą i przekazał mu królestwo ziemskie w celu kierowania nim.
To cholernie trudny obowiązek, zwłaszcza, że władza wiąże się z rządzeniem narodzinami i śmiercią zwierząt i roślin (tak, one też są istotami żywymi i czującymi!). Polega też na panowaniu nad emocjami i odróżnianiu prawdziwej i światłej miłości od ckliwych sentymentów i fałszywych przywiązań do cielesnych form.
Staram się wykonywać ten obowiązek uczciwie i prosto. Z Ramienia Najwyższego, które taki świat po coś stworzyło i nie mnie, jego zaledwie cząstce, z tym dyskutować. Tym bardziej krytykować. Nawet, gdy trzeba patrzeć prosto w oczy prawdzie, że ten świat makabryczny jest. Nie odmówię jednak sensu tej przyrodzonej makabrze, za głupia na to jestem i sama z niej zrodzona.
Jedno wiem, gdy trzymam się tych prostych praw i ról jestem szczęśliwa, syta i zdrowa, a wraz ze mną moi podopieczni.
Dlatego nie dam się wrobić w papierowe serce miejskich jahusów (nie juhasów, na Boga, czytajcie książki!), dla których golonki wiszą na drzewach, mleko płynie co rano z kartonika w biało-czarne łaty, a kot czy pies jest jedyną istotą ziemskiej przyrody i najlepiej, gdy chodzi w butach i pali fajkę.
3 stycznia 2011
Oborowe życie
Dzień pod znakiem karmienia koźląt i dojenia matek, które mają za dużo mleka.
Jest tak: białaska Zofiji dostała na imię Jaśmina, bo nic innego od jasności nie przyszło nam do głowy. Co nieco dostaje mleka ze strzykawki, ale jest coraz lepiej i chyba już niedługo nie będzie musiała.
Mleko daje czasem Luba, czasem Gwiazda (mają jedynaki), czasem Kazia lub Dziunia (są rozdojone), a teraz zawzięłyśmy się jeszcze na Misię. Król ciągnie tylko z jednego strzyka, drugi nabrzmiał i robi się czerwony, trzeba doić, aby nie powstało zapalenie, do którego białe kozy mają genetyczną skłonność.
Ania wczoraj popracowała w oborze, przeniosła część kostek siana, magazynowanych w czwartym boksie, używanym zazwyczaj jako podręczna stodółka, do przejścia między boksami, a uwolnioną przestrzeń zabezpieczyła przed kozim apetytem płytami. Przeprowadziłyśmy tam Zofiję z małą. I to rozwiązało silne napięcie i agresję panujące w boksie białasek. Zofija z jej ADHD najlepiej czuje się sama. Od razu zrobiła się spokojniejsza, a jej dziecko tym bardziej. Także reszta kóz, czyli jej córka Misia i wnuczka Gwiazda poczuły się znacznie lepiej bez narwanej babuchy.
Niby głupia obora, głupie zwierzęta, każdy [w podtekście: głupi] chłop se poradzi, powie jakiś mądrala. Ale w rzeczywistości jest tak, że trzeba być zwierzęcym psychologiem i umieć nie tylko obserwować, ale i reagować i organizować życie zwierząt tak, aby było z korzyścią dla każdej sztuki. To jest tajemnicą tzw. "dobrej ręki" i tego, że u jednego rolnika hodowla świetnie się rozwija, a u drugiego prym wiodą ciągłe straty i kłopoty zdrowotne zestresowanych zwierzaków.
No, a Zulus dostąpił wizyty w domu. Gdzie w cieple kuchennym i przy dobrym świetle wypróbowałyśmy różne metody nauczenia go picia mleka w sposób najwygodniejszy i najszybszy dla nas i dla niego.
Pojenie go ze strzykawki jest stresujące dla maleństwa, bo może się zachłysnąć, nie ssie, raczej broni się i boi, niż chce pić. Choć z czasem robi się łatwiejsze i pije chętniej, gdy lęk mija i przeważa poczucie sytości potem.

Picie z kubka nie wchodzi w grę. Zanurzony pyszczek i nic, żadnego chłeptania.

Picie z butelki, to samo. Smoczek jest za duży, mały miętoli go w buzi i wcale nie ssie, a przy pierwszej okazji wypluwa agresora.
W końcu okazało się, że najlepiej mu idzie picie... łyżeczką.
I na tym stanęło.
Po powrocie do obory mały złapał za maminy cyc. To jest zawsze pierwsza reakcja każdego dziecka, gdy się czegoś wystraszy i zestresuje. Ssanie uspokaja.
Zuzia powoli zaczyna produkować więcej mleka, więc mam nadzieję, że to absorbujące zajęcie dokarmiania za jakiś czas się skończy lub ograniczy. Bo na razie karmimy go kilka razy dziennie, średnio co 2-3 godziny, i co najmniej raz po zachodzie słońca, ok. 18.

Pozostałe koźlęta mają się znakomicie. Kibuc kaziukowy bezproblemowy zupełnie. Niuńki pasjami uprawiają sport. Rozpędzają się, wpadają biegiem na ścianę, odbijają się od niej czterema nogami, robiąc zwrot i biegną z powrotem.
Jest tak: białaska Zofiji dostała na imię Jaśmina, bo nic innego od jasności nie przyszło nam do głowy. Co nieco dostaje mleka ze strzykawki, ale jest coraz lepiej i chyba już niedługo nie będzie musiała.
Mleko daje czasem Luba, czasem Gwiazda (mają jedynaki), czasem Kazia lub Dziunia (są rozdojone), a teraz zawzięłyśmy się jeszcze na Misię. Król ciągnie tylko z jednego strzyka, drugi nabrzmiał i robi się czerwony, trzeba doić, aby nie powstało zapalenie, do którego białe kozy mają genetyczną skłonność.
Ania wczoraj popracowała w oborze, przeniosła część kostek siana, magazynowanych w czwartym boksie, używanym zazwyczaj jako podręczna stodółka, do przejścia między boksami, a uwolnioną przestrzeń zabezpieczyła przed kozim apetytem płytami. Przeprowadziłyśmy tam Zofiję z małą. I to rozwiązało silne napięcie i agresję panujące w boksie białasek. Zofija z jej ADHD najlepiej czuje się sama. Od razu zrobiła się spokojniejsza, a jej dziecko tym bardziej. Także reszta kóz, czyli jej córka Misia i wnuczka Gwiazda poczuły się znacznie lepiej bez narwanej babuchy.
Niby głupia obora, głupie zwierzęta, każdy [w podtekście: głupi] chłop se poradzi, powie jakiś mądrala. Ale w rzeczywistości jest tak, że trzeba być zwierzęcym psychologiem i umieć nie tylko obserwować, ale i reagować i organizować życie zwierząt tak, aby było z korzyścią dla każdej sztuki. To jest tajemnicą tzw. "dobrej ręki" i tego, że u jednego rolnika hodowla świetnie się rozwija, a u drugiego prym wiodą ciągłe straty i kłopoty zdrowotne zestresowanych zwierzaków.
No, a Zulus dostąpił wizyty w domu. Gdzie w cieple kuchennym i przy dobrym świetle wypróbowałyśmy różne metody nauczenia go picia mleka w sposób najwygodniejszy i najszybszy dla nas i dla niego.
Pojenie go ze strzykawki jest stresujące dla maleństwa, bo może się zachłysnąć, nie ssie, raczej broni się i boi, niż chce pić. Choć z czasem robi się łatwiejsze i pije chętniej, gdy lęk mija i przeważa poczucie sytości potem.

Picie z kubka nie wchodzi w grę. Zanurzony pyszczek i nic, żadnego chłeptania.

Picie z butelki, to samo. Smoczek jest za duży, mały miętoli go w buzi i wcale nie ssie, a przy pierwszej okazji wypluwa agresora.
W końcu okazało się, że najlepiej mu idzie picie... łyżeczką.
I na tym stanęło.
Po powrocie do obory mały złapał za maminy cyc. To jest zawsze pierwsza reakcja każdego dziecka, gdy się czegoś wystraszy i zestresuje. Ssanie uspokaja.
Zuzia powoli zaczyna produkować więcej mleka, więc mam nadzieję, że to absorbujące zajęcie dokarmiania za jakiś czas się skończy lub ograniczy. Bo na razie karmimy go kilka razy dziennie, średnio co 2-3 godziny, i co najmniej raz po zachodzie słońca, ok. 18.

Pozostałe koźlęta mają się znakomicie. Kibuc kaziukowy bezproblemowy zupełnie. Niuńki pasjami uprawiają sport. Rozpędzają się, wpadają biegiem na ścianę, odbijają się od niej czterema nogami, robiąc zwrot i biegną z powrotem.
2 stycznia 2011
Awaria czyli pierwsze podsumowania
Wczorajszy dzień pełen był dramatycznych zwrotów do końca. Jego efektem jest: mocny samczyk Lubej, parka Kazi, samiczka Gwiazdy. Wykociły się zatem trzy kozy, jedna po drugiej. Wszystkie dzieci trzeba było odebrać, podstawić do nakarmienia przez matkę i zabrać łożysko, aby nie zostało zjedzone.
Koźląt jest teraz 9, jedno ubyło. Padł szaraczek Zofiji. Znowu przez naszą nieuwagę. Ta koza jest lekko poderwana i karmi z doskoku. Zwłaszcza pierwsze dni są trudne dla jej potomstwa, potem się normuje. Zbyt zaufałyśmy pierwszej konkluzji, że szaraczek jest silniejszy od bliźniaczej białaski i da sobie radę, a to raczej ją trzeba karmić. W rezultacie ona żyje, on nie.
Dokarmiamy zatem (mlekiem udojonym od Misi albo Dziuni) ową małą zosiuczkę (nie ma jeszcze imienia) i zuzinego Zulusa.

Zuzia jako młodziutka pierwiastka (przypomnę: ruja była półtora miesiąca wcześniej, niż co roku i najmłodsze kozy były młodsze, niż zwykle) ma słabo wykształcone wymię i niewiele mleka. Choć Zulus coś tam ciągle ciamka pracowicie, a Zuzia pozwala mu bez szemrania, więc pewnie sprawa jest na dobrej drodze. Jest też w dobrym nastroju i brzuszek mu się zaokrągla. Czasem udało się go podstawić Kazi albo Lubej do possania. Zaraz po porodzie nie odróżniały swoich dzieci od cudzych.
Pozostaje jeszcze Walentynka, współmieszkanka boksu Zuzi. Druga pereszadka. Jest na razie spokojna i ten stan może potrwać.
Trzeba zaglądać po zmroku do obory ze dwa razy, aby przy świetle latarki obudzić towarzystwo i sprawić, że jeszcze sobie podje od matek. Te wizyty odkryły nam przezabawny widok w boksie kaziuków. Otóż ani Kazia, ani Luba, które urodziły prawie jednocześnie nie odróżniają swoich dzieci od cudzych. Zatem karmią, co popadnie, bez żadnego buntu. Jedna Dziunia zna swoje Niuńki, ale Niuńkom też się podoba sępienie u ciotek. Koźlęta zatem od razu utworzyły swoją żłobkową wspólnotę. Po najedzeniu się pokładły się w jednym kąciku w wielkiej gromadce, grzejąc się nawzajem od siebie.

- Jak w żydowskim kibucu. Wsio rawno! - żartuję sobie. Kozy matki ułożyły się spokojnie w innych osobnych miejscach.
Inaczej jest w boksie zosiuków. Tam każda matka leży przy swoim dziecku w innym kącie zagrodzenia. Co rasa to obyczaj zatem.
Poza tym wieczór zastał nas przy świecy.
Wiatr dokonał przed południem poważniejszej awarii prądu, która trwała aż do dzisiejszego rana.
Z tej okazji nasza instalacja c.o. przeszła egzamin i sprawdziła się. Majster, mimo wspomagającej pompki na prąd zamontował rury starym sposobem, grawitacyjnym, czyli z lekkim spadkiem do kaloryfera. Jak do tej pory nie było okazji sprawdzić czy to działa. Ale teraz już wiem. Działa bez zarzutu i nie trzeba było wygaszać pieca. Doszedł bez problemu do 70 stopni i tak trzymał przez kilka godzin.
Niestety zaś instalacja wodna wykazała mankamenty. Hydrofor od jakiegoś czasu utracił stosowne ciśnienie wewnętrzne i trzeba go "napompować". Majster obiecuje wpaść już od wielu tygodni w tej sprawie, ale zawsze ma coś ważniejszego do załatwienia. W rezultacie, gdy brak prądu - woda w kranie zaraz przestaje lecieć. A powinien być zapas około 2 wiader.
Niby mamy już łącze państwowe, ale zawór w piwnicy nie ma jeszcze kranu.
Wieczorem także nagle wrócił mi apetyt. Znaczy, już po święcie i ludziskom rozum wraca. Przyrządziłam zatem "frytki po podlasku", czyli cienko krojone w plastry ziemniaki zapiekane ze słoninką w ścianówce na blaszce. Mniam!
Zapas na dzisiejszy ranek wody wynosił jedno wiadro dla kóz i pół czajnika na kawę.
Wodę prawie całą wypiła jedna Zofija. Kozy karmiące o wiele więcej piją, niż zwykle.
Nie starczyło nawet dla Gusi, która smętnie dreptała po labiryncie tuneli na podwórzu i niechętnie spoglądała na swoją miseczkę z karmą. Bez popicia nie liczy się.
I wtedy zawołała pani Wiera zza swojego płota.
- Pani Aniu! Pani Aniu!
- Słucham? - Ania wychyliła się z obory. (Ja w tym czasie uprawiałam sport zimowy, czyli szuflowanie na podjeździe).
- Nie macie wody, to ja wam stawiam wiadro z wodą tu przy bramie. Weźcie sobie, ło!
No, i tak się sprawa rozwiązała. Nie ma to jak zwykła studnia w potrzebie i wierny żuraw. No, i życzliwa sąsiadka.
Gorzej było z zaparzeniem kawy, bo dziwnym zbiegiem okoliczności akurat gaz wyszedł z butli i trzeba kupić nową w punkcie wymiany w miasteczku. Resztkę wody przelałam zatem z czajnika elektrycznego do zwykłego, podpaliłam pod płytą trochę gazet i patyków i woda zawrzała szybciutko. Ot, tak się sprawdza nowoczesność w domu i zagrodzie. Zdecydowanie jednak lepiej, gdy ma zaplecze tradycyjne w razie awarii.
Koźląt jest teraz 9, jedno ubyło. Padł szaraczek Zofiji. Znowu przez naszą nieuwagę. Ta koza jest lekko poderwana i karmi z doskoku. Zwłaszcza pierwsze dni są trudne dla jej potomstwa, potem się normuje. Zbyt zaufałyśmy pierwszej konkluzji, że szaraczek jest silniejszy od bliźniaczej białaski i da sobie radę, a to raczej ją trzeba karmić. W rezultacie ona żyje, on nie.
Dokarmiamy zatem (mlekiem udojonym od Misi albo Dziuni) ową małą zosiuczkę (nie ma jeszcze imienia) i zuzinego Zulusa.

Zuzia jako młodziutka pierwiastka (przypomnę: ruja była półtora miesiąca wcześniej, niż co roku i najmłodsze kozy były młodsze, niż zwykle) ma słabo wykształcone wymię i niewiele mleka. Choć Zulus coś tam ciągle ciamka pracowicie, a Zuzia pozwala mu bez szemrania, więc pewnie sprawa jest na dobrej drodze. Jest też w dobrym nastroju i brzuszek mu się zaokrągla. Czasem udało się go podstawić Kazi albo Lubej do possania. Zaraz po porodzie nie odróżniały swoich dzieci od cudzych.
Pozostaje jeszcze Walentynka, współmieszkanka boksu Zuzi. Druga pereszadka. Jest na razie spokojna i ten stan może potrwać.
Trzeba zaglądać po zmroku do obory ze dwa razy, aby przy świetle latarki obudzić towarzystwo i sprawić, że jeszcze sobie podje od matek. Te wizyty odkryły nam przezabawny widok w boksie kaziuków. Otóż ani Kazia, ani Luba, które urodziły prawie jednocześnie nie odróżniają swoich dzieci od cudzych. Zatem karmią, co popadnie, bez żadnego buntu. Jedna Dziunia zna swoje Niuńki, ale Niuńkom też się podoba sępienie u ciotek. Koźlęta zatem od razu utworzyły swoją żłobkową wspólnotę. Po najedzeniu się pokładły się w jednym kąciku w wielkiej gromadce, grzejąc się nawzajem od siebie.

- Jak w żydowskim kibucu. Wsio rawno! - żartuję sobie. Kozy matki ułożyły się spokojnie w innych osobnych miejscach.
Inaczej jest w boksie zosiuków. Tam każda matka leży przy swoim dziecku w innym kącie zagrodzenia. Co rasa to obyczaj zatem.
Poza tym wieczór zastał nas przy świecy.
Wiatr dokonał przed południem poważniejszej awarii prądu, która trwała aż do dzisiejszego rana.
Z tej okazji nasza instalacja c.o. przeszła egzamin i sprawdziła się. Majster, mimo wspomagającej pompki na prąd zamontował rury starym sposobem, grawitacyjnym, czyli z lekkim spadkiem do kaloryfera. Jak do tej pory nie było okazji sprawdzić czy to działa. Ale teraz już wiem. Działa bez zarzutu i nie trzeba było wygaszać pieca. Doszedł bez problemu do 70 stopni i tak trzymał przez kilka godzin.
Niestety zaś instalacja wodna wykazała mankamenty. Hydrofor od jakiegoś czasu utracił stosowne ciśnienie wewnętrzne i trzeba go "napompować". Majster obiecuje wpaść już od wielu tygodni w tej sprawie, ale zawsze ma coś ważniejszego do załatwienia. W rezultacie, gdy brak prądu - woda w kranie zaraz przestaje lecieć. A powinien być zapas około 2 wiader.
Niby mamy już łącze państwowe, ale zawór w piwnicy nie ma jeszcze kranu.
Wieczorem także nagle wrócił mi apetyt. Znaczy, już po święcie i ludziskom rozum wraca. Przyrządziłam zatem "frytki po podlasku", czyli cienko krojone w plastry ziemniaki zapiekane ze słoninką w ścianówce na blaszce. Mniam!
Zapas na dzisiejszy ranek wody wynosił jedno wiadro dla kóz i pół czajnika na kawę.
Wodę prawie całą wypiła jedna Zofija. Kozy karmiące o wiele więcej piją, niż zwykle.
Nie starczyło nawet dla Gusi, która smętnie dreptała po labiryncie tuneli na podwórzu i niechętnie spoglądała na swoją miseczkę z karmą. Bez popicia nie liczy się.
I wtedy zawołała pani Wiera zza swojego płota.
- Pani Aniu! Pani Aniu!
- Słucham? - Ania wychyliła się z obory. (Ja w tym czasie uprawiałam sport zimowy, czyli szuflowanie na podjeździe).
- Nie macie wody, to ja wam stawiam wiadro z wodą tu przy bramie. Weźcie sobie, ło!
No, i tak się sprawa rozwiązała. Nie ma to jak zwykła studnia w potrzebie i wierny żuraw. No, i życzliwa sąsiadka.
Gorzej było z zaparzeniem kawy, bo dziwnym zbiegiem okoliczności akurat gaz wyszedł z butli i trzeba kupić nową w punkcie wymiany w miasteczku. Resztkę wody przelałam zatem z czajnika elektrycznego do zwykłego, podpaliłam pod płytą trochę gazet i patyków i woda zawrzała szybciutko. Ot, tak się sprawdza nowoczesność w domu i zagrodzie. Zdecydowanie jednak lepiej, gdy ma zaplecze tradycyjne w razie awarii.
1 stycznia 2011
Noworoczny przychód
Zerwał się dość silny wiatr z południa, niosący odwilż. Śnieg robi się ciężki. Ania zgarnia co może z daszków nad drewnem i z tunelu foliowego.
Z Nowym Rokiem przywitał nas rano jeszcze mały Bartosz, koźlak Lubej. Mocny w sobie, krępy, silny, uparty, mocno stojący od początku na nogach, czarno-ciemnobrązowy. Piękny zdrowy kaziuczek.
Ania poczekała na łożysko, podstawiła młodego do cyca i tak oto przedszkole wynosi już 7 dzieciaków. A to jeszcze nie koniec.
Kazia zaraz po śniadaniu podniosła ogonek i zaczęła wydzielać z siebie matczyne dźwięki. Ona jedna potrafi rozmawiać ze swoimi jeszcze nienarodzonymi, robi tak co roku. No, to wypada wypatrywać.
Okazało się także, że Zuziowa Zula jest... Zulusem. Rozkład płci na razie jest 3x4 z przewagą męską.
Z Nowym Rokiem przywitał nas rano jeszcze mały Bartosz, koźlak Lubej. Mocny w sobie, krępy, silny, uparty, mocno stojący od początku na nogach, czarno-ciemnobrązowy. Piękny zdrowy kaziuczek.
Ania poczekała na łożysko, podstawiła młodego do cyca i tak oto przedszkole wynosi już 7 dzieciaków. A to jeszcze nie koniec.
Kazia zaraz po śniadaniu podniosła ogonek i zaczęła wydzielać z siebie matczyne dźwięki. Ona jedna potrafi rozmawiać ze swoimi jeszcze nienarodzonymi, robi tak co roku. No, to wypada wypatrywać.
Okazało się także, że Zuziowa Zula jest... Zulusem. Rozkład płci na razie jest 3x4 z przewagą męską.
Subskrybuj:
Posty (Atom)