Wczoraj była inauguracja w GOKu spotkań kobiet okolicznych na bazie nauki gotowania regionalnych potraw. Zeszło się nas równo osiem. Prowadziła pani Nina, jako dziewiąta. Asia-Warszawianka ponadto w sąsiednim pokoju tkała pracowicie chodnik na krosnach.
Nina na pierwszy raz wybrała barszcz czerwony z pasztecikami. Niby proste danie, ale okazało się, że nieznane były różne ciekawe i proste sposoby wyrobu, tak samego barszczu jak krojenia pasztecików.
Np. obrane w przeddzień buraki ćwikłowe na barszcz dobrze jest posypać cukrem i zostawić tak na noc w garnku. Cukier wyciąga z nich sok i daje potem piękny czerwony kolor.
Z kolei ciasto na paszteciki rozwałkowuje się na stolnicy w kwadrat lub prostokąt, smaruje białkiem, nakłada w połowie farsz (wybranego dowolnie rodzaju), nakrywa go drugą połową ciasta, po czym kroi całość na mniejsze kwadraty, które potem zapieka w piekarniku.
Ponieważ Nina przyrządziła farsz z kiszonej kapusty z grzybami to rozmowa zeszła na wtajemniczenia przyrządzania grzybów, a ściślej mówiąc mycia ich z piasku. Zwłaszcza rosnące jeszcze w lesie zielonki (u mnie w piotrkowskiem też podsłonkami nazywane, której to nazwy tutaj nie znają wcale) trudno jest oczyścić z piasku, w którym rosną zanurzone "po uszy". Otóż należy je zalać wrzątkiem i potrzymać w nim 5-10 minut, po czym odcedzić i od razu dać pod kran z zimną wodą. Piasek odpada całkowicie bardzo szybko.
Podobna kąpiel we wrzątku podgrzybków sprawia, że puszczają kolor i bledną. Zamarynowane bledsze podobno są bardziej poszukiwane przez kupujących.
Kobiety (spośród których my zdaje się byłyśmy najmłodsze, no, Ania na pewno tak) dość szybko otworzyły się i rozgadały, chętnie zapłaciły składkę na wiktuały, ustaliły przez głosowanie co będzie prezentowane na następnym spotkaniu (mianowicie legendarne ciasto marcinek) i wygląda na to, że przedsięwzięcie się rozkręci. Nawet, jeśli któraś uczestniczka z biegiem czasu zrezygnuje to już nawet my mamy na naszej wiosce ze dwie-trzy panie, które chętne byłyby do takich spotkań, nauk, rozmów i w sumie pożytecznego i miłego spędzenia wolnego czasu. A wiadomo, na jesieni i w zimie wieczory są długie i nudne.
Zakończyłyśmy zebranie zespołową degustacją ugotowanego barszczu i pasztecików.
Żeby było dalej w tym samym temacie, a czego wymagało tego dnia Słońce w znaku Skorpijona przechodzące przez mój radiksowy Ascendent (tj. punkt wschodu w horoskopie) na tym się nie skończyło. Wylądowałyśmy u znajomych. I tam jak się okazało impreza w większym gronie. I urodziny jednego z gości.
Zaliczyłam powrót do własnego łoża około drugiej w nocy. Ach, te domowe nalewki, po których głowa nie boli! Nigdy nie wyjdę z pozytywnego zdumienia.
Smaki podlaskie są na tle innych regionów polskich dość charakterystyczne. Pigwówka, dębówka, żurawinówka, czeremchówka, jarzębinówka, jałowcówka. O żubrówce czy bukwicówce nie wspominając.
Pogadaliśmy sobie z człowiekiem, co nawet na kurs zielarski się wybrał, aby nabrać stosownej wiedzy botaniczno-lekarskiej. Epatowaliśmy się tym, że tradycyjnie zioła miejscowe nasącza się "duchem", tj. spirtem i wyciąga z nich esencję leczniczą, która wypita szybko dostaje się do krwi i narządów, skutkując tym mocniej...
Odespałam wizytę dzięki Ani, która jest rannym ptaszkiem i sama poradziła sobie z kozami.
Jednak co najlepsze jest na kaca? Praca!
Nawet w niedzielę i nawet jeśli kac jest jedynie stanem odlotu umysłu, a nie jakąś niemiłą przypadłością po zażyciu żrących wątpia trucizn kupowanych z państwowego monopolu.
Zabrałyśmy się za zduńską robotę i przykleiłyśmy cegły szamotowe we wnętrzu starego żelaznego piecyka-kozy, który stanął w pracowni. Resztę prac musi jednak wykonać jakiś chłop, tj. zabezpieczyć wyjście rury przez ścianę cegłami i wełną mineralną, bo obawiamy się pożaru drewnianego domku.
Pierwsza niewielka próba przepalenia piecyka wypadła poza tym dobrze.
Dzień był wyjątkowo ciepły. Chodziłam na dworze w krótkim rękawku. Zwierzęta żerowały ze szczęściem wypisanym w oczach, na pyskach i w dziobach. Obudziły się owady, w tym osy i pszczoły, o muchach nie wspominając.
Zatem, żeby go wykorzystać w pełni, po zmroku wykąpałam dorocznie Miłkę ziołowym szamponem przeciw-pchelnym w misce ciepłej wody wystawionej przed ganek. Wyszorowana i polana garem wody otrząsnęła się (na smyczy) kilkakrotnie i pobiegła prędziutko pod łóżko. Ja wiem, ja wiem, ona lubi być czysta...
Kola natomiast została odkleszczona dyżurnym kleszczołapem. Ciepła jesień sprawia, że po dniu spędzonym na bieganiu w lesie wśród krzaków bywa, że przynosi na sobie blisko dziesięciu kleszczy.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
14 listopada 2010
13 listopada 2010
Co cię nie zabije, to cię wzmocni
Co prawda, wczoraj tylko dwóch pracowało, ale za to pilnie i skończyli szczyt szalować. Jeszcze tylko obróbka okna.
Dziś rano przyjechało wszystkich trzech, w znakomitych humorach (wyobrażam sobie, że po dobrze zakończonym świniobiciu inaczej być nie może) i zwiozło przycięte dębowe drewno na progi oraz deski na parapety. Omówiliśmy dalsze plany budowlane, czyli budowę ścianki działowej na górce na ewentualny kącik łazienny oraz klapy nad schodami i pomknęli przycinać baliki na konstrukcję. Już ich więcej nie zobaczylim...
Ponadto odkryłam, że resztki białej wodnej farby sitodrukowej, które nieopatrznie pozostawiłyśmy na wieczku od beczki koło obory przeszły (pomyślnie jakby nie było) test ekologiczny. W brzuchu naszej Gusi. Co prawda rano odrzucało ją na sam widok owej beczki i za nic nie chciała podejść do swojego pojemnika z karmą stojącego obok, także świrowała łypiąc na mnie podejrzliwie jednym albo drugim okiem i co chwila stroszyła pióra otwierając szeroko dziób (to u niej oznaka stresu i złego samopoczucia), ale żyje i na życie jej się ma. Dostała zielonej naci z rzodkiewki na oczyszczenie żołądka, zjadła z ochotą i mam nadzieję, że jej kupa odzyska szybko normalny kolor (bo w tej chwili jest biała).
Gusia przetestowała już w ten sposób kilka drewnochronów (w tym jej ulubione zielone), preparat grzybobójczy i impregnat do drewna. Prawdziwie kresowa z niej gąska!
Dziś rano przyjechało wszystkich trzech, w znakomitych humorach (wyobrażam sobie, że po dobrze zakończonym świniobiciu inaczej być nie może) i zwiozło przycięte dębowe drewno na progi oraz deski na parapety. Omówiliśmy dalsze plany budowlane, czyli budowę ścianki działowej na górce na ewentualny kącik łazienny oraz klapy nad schodami i pomknęli przycinać baliki na konstrukcję. Już ich więcej nie zobaczylim...
Ponadto odkryłam, że resztki białej wodnej farby sitodrukowej, które nieopatrznie pozostawiłyśmy na wieczku od beczki koło obory przeszły (pomyślnie jakby nie było) test ekologiczny. W brzuchu naszej Gusi. Co prawda rano odrzucało ją na sam widok owej beczki i za nic nie chciała podejść do swojego pojemnika z karmą stojącego obok, także świrowała łypiąc na mnie podejrzliwie jednym albo drugim okiem i co chwila stroszyła pióra otwierając szeroko dziób (to u niej oznaka stresu i złego samopoczucia), ale żyje i na życie jej się ma. Dostała zielonej naci z rzodkiewki na oczyszczenie żołądka, zjadła z ochotą i mam nadzieję, że jej kupa odzyska szybko normalny kolor (bo w tej chwili jest biała).
Gusia przetestowała już w ten sposób kilka drewnochronów (w tym jej ulubione zielone), preparat grzybobójczy i impregnat do drewna. Prawdziwie kresowa z niej gąska!
12 listopada 2010
Dochodzenie
Z pięciu minut zrobiła się godzina... a może więcej. Ptak był wyjątkowo wielki i długo walczył, zanim padł. Anna w końcu z trudem przewróciła go na plecy, w której to pozycji w końcu się uspokoił.
- Żałowała może? - spytała sąsiadka.
- E, nie - odparła Anna.
- Bo jak ktoś żałuje, to zwierzę dłużej dochodzi i tylko mocniej się męczy...
No, a potem trzeba było pomóc gościa oskubać, a przy okazji nowiny sobie poopowiadać.
Zostały jeszcze trzy gulguły. Roztyte, ledwie kołyszące się z tłustości z nogi na nogę.
- Jak nie zarżnąć w porę to zaczną padać na serce. Białe tak mają. Do tuczu są specjalnie wyhodowane i krótko żyją.
Zwykłe indyki, szare, są mniejsze, ale zdrowsze, odporniejsze i można je nasadzić na jajach. Poza tym mają o wiele smaczniejsze mięso. Tylko trudno je dostać. Na wiosce ma kilka takich pani Marusia, która jaja skądś na wiosnę zdobyła i podłożyła swojej gąsce do wysiedzenia.
Resztę Święta spędziłyśmy na porządkach w lamusie i stodółce. Przy okazji znalazło się kilka zaginionych rzeczy. Najbardziej jednak ucieszyło nas cudowne odkrycie w folii, do której dawno już nie zaglądałyśmy. Posiane na jesień nowalijki całkiem bowiem obrodziły i na obiad zrobiłam surówkę ze świeżej białej rzodkwi. Rośnie też sałata i koper.
No, a dzisiejszym rankiem, rozdeszczonym, zadzwonił telefon.
- Słucha, wczoraj późno wróciłem, ale zaraz już do was jedzie pomocnik. Ja dojadę, jak się pozbieram.
Pozytywne zaskoczenie, bo świniobicie to nie przelewki przecież. Trzeba zjeść świeżonki i wypić pod nią. A potem dojść do siebie. Nastawiłam się już byłam na dłuższe czekanie.
Zatem niespodziewanie praca wre. Majster drugi z pomagierem (chłopcem trzecim) szczyty ocieplają i szalują na górce.
- Żałowała może? - spytała sąsiadka.
- E, nie - odparła Anna.
- Bo jak ktoś żałuje, to zwierzę dłużej dochodzi i tylko mocniej się męczy...
No, a potem trzeba było pomóc gościa oskubać, a przy okazji nowiny sobie poopowiadać.
Zostały jeszcze trzy gulguły. Roztyte, ledwie kołyszące się z tłustości z nogi na nogę.
- Jak nie zarżnąć w porę to zaczną padać na serce. Białe tak mają. Do tuczu są specjalnie wyhodowane i krótko żyją.
Zwykłe indyki, szare, są mniejsze, ale zdrowsze, odporniejsze i można je nasadzić na jajach. Poza tym mają o wiele smaczniejsze mięso. Tylko trudno je dostać. Na wiosce ma kilka takich pani Marusia, która jaja skądś na wiosnę zdobyła i podłożyła swojej gąsce do wysiedzenia.
Resztę Święta spędziłyśmy na porządkach w lamusie i stodółce. Przy okazji znalazło się kilka zaginionych rzeczy. Najbardziej jednak ucieszyło nas cudowne odkrycie w folii, do której dawno już nie zaglądałyśmy. Posiane na jesień nowalijki całkiem bowiem obrodziły i na obiad zrobiłam surówkę ze świeżej białej rzodkwi. Rośnie też sałata i koper.
No, a dzisiejszym rankiem, rozdeszczonym, zadzwonił telefon.
- Słucha, wczoraj późno wróciłem, ale zaraz już do was jedzie pomocnik. Ja dojadę, jak się pozbieram.
Pozytywne zaskoczenie, bo świniobicie to nie przelewki przecież. Trzeba zjeść świeżonki i wypić pod nią. A potem dojść do siebie. Nastawiłam się już byłam na dłuższe czekanie.
Zatem niespodziewanie praca wre. Majster drugi z pomagierem (chłopcem trzecim) szczyty ocieplają i szalują na górce.
11 listopada 2010
Niespodzianki losu
Poranny telefon.
- Słucha, my się na dzisiaj umawiali, ale teściu właśnie zadzwonił z zagranicy. Świniak mu się źle poczuł i muszę jechać, pomóc zarżnąć i rozebrać. To i jutro wpadnę albo się jakoś umówimy, dobre?
- A mam inne wyjście? Świniak ważna sprawa, nie może się zmarnować. Poczekam.
Ale żeby się nie nudziło, zaraz sąsiadka woła od płota.
- Pani Aniu, na pięć minut zajdzie do mnie. Indora potrzymać...
- A cóż to, na Święto Niepodległości indyka będzie pani piekła? - zaśmiewa się Ania i zaraz idzie, w uśmierceniu ogromnego spasionego gulguła pomagać.
- Słucha, my się na dzisiaj umawiali, ale teściu właśnie zadzwonił z zagranicy. Świniak mu się źle poczuł i muszę jechać, pomóc zarżnąć i rozebrać. To i jutro wpadnę albo się jakoś umówimy, dobre?
- A mam inne wyjście? Świniak ważna sprawa, nie może się zmarnować. Poczekam.
Ale żeby się nie nudziło, zaraz sąsiadka woła od płota.
- Pani Aniu, na pięć minut zajdzie do mnie. Indora potrzymać...
- A cóż to, na Święto Niepodległości indyka będzie pani piekła? - zaśmiewa się Ania i zaraz idzie, w uśmierceniu ogromnego spasionego gulguła pomagać.
10 listopada 2010
Ruch w bezruchu czyli plan do realizacji
Patrzę przez okno. Pole zieleni się wiosennie świeżym żytem. Za to gołe pnie drzew akacjowych koło chaty przypominają o jesieni. Zza deszczowych chmur przebija chwilami wznoszące się słońce.
Wygląda na to, że skończył się nam okres odpoczynku. Który w efekcie przyniósł przyklejoną terakotę na przestrzeni połowy kuchni. Jest spora, ma 20 metrów kw., a z tą czynnością musimy zgrać normalne życie domu, kuchenne zajęcia, palenie w piecu, biegające bez opamiętania psy i koty. Teraz zostało jeszcze przejście między pokojami zrobić, co będzie się wiązało z restrykcjami wobec zwierząt. I pewnie dlatego też zwlekamy.
Dziś wpadli majstrowie, obejrzeli, pogadali, wymierzyli. Nie mają już chłopców dwóch do pomocy i może będzie lepiej i sprawniej, o ile znów nie wejdą nieprzewidziane przeszkody i święta cerkiewne w grę.
Mają być progi zrobione, stare wycięte (wciąż istnieją dwa stare tak wysokie, że przez nie przechodzić to spory szok dla kogoś nieobytego). Odeskowanie ścian w kuchni zrobione, no i górka oszalowana od wewnątrz wraz ze szczytami.
Poza wykończeniem wnętrz pokazały się już prace dodatkowe poza domem. Wylanie posadzki w piwniczce zewnętrznej, którą chcemy dostosować w przyszłym roku na dojrzewalnię serów. I zmiana poszycia dachu na dawnym spichrzu, bo okazało się, że stary przecieka i nadchodząca zima pewnie go więcej uszkodzi. Bardzo lubię ten budyneczek, z dyla. Jest wewnątrz suchy i zaciszny. Wciąż stoi po dawnemu na kamieniach. Był naszym domowym azylem zeszłego roku, gdy o tej porze chata była w budowie.
No, więc znów budowlano się robi. Póki co jadziem do powiatu różne inne pilne sprawy załatwiać.
Wygląda na to, że skończył się nam okres odpoczynku. Który w efekcie przyniósł przyklejoną terakotę na przestrzeni połowy kuchni. Jest spora, ma 20 metrów kw., a z tą czynnością musimy zgrać normalne życie domu, kuchenne zajęcia, palenie w piecu, biegające bez opamiętania psy i koty. Teraz zostało jeszcze przejście między pokojami zrobić, co będzie się wiązało z restrykcjami wobec zwierząt. I pewnie dlatego też zwlekamy.
Dziś wpadli majstrowie, obejrzeli, pogadali, wymierzyli. Nie mają już chłopców dwóch do pomocy i może będzie lepiej i sprawniej, o ile znów nie wejdą nieprzewidziane przeszkody i święta cerkiewne w grę.
Mają być progi zrobione, stare wycięte (wciąż istnieją dwa stare tak wysokie, że przez nie przechodzić to spory szok dla kogoś nieobytego). Odeskowanie ścian w kuchni zrobione, no i górka oszalowana od wewnątrz wraz ze szczytami.
Poza wykończeniem wnętrz pokazały się już prace dodatkowe poza domem. Wylanie posadzki w piwniczce zewnętrznej, którą chcemy dostosować w przyszłym roku na dojrzewalnię serów. I zmiana poszycia dachu na dawnym spichrzu, bo okazało się, że stary przecieka i nadchodząca zima pewnie go więcej uszkodzi. Bardzo lubię ten budyneczek, z dyla. Jest wewnątrz suchy i zaciszny. Wciąż stoi po dawnemu na kamieniach. Był naszym domowym azylem zeszłego roku, gdy o tej porze chata była w budowie.
No, więc znów budowlano się robi. Póki co jadziem do powiatu różne inne pilne sprawy załatwiać.
8 listopada 2010
Bezjajeczna suchość
Zakończyłam sezon serów podpuszczkowych już jakiś czas temu. Jednorazowe dojenie kóz przynosi codziennie coraz to mniej mleka. Trzy takie udoje (po użyciu części mleka do kawy i dla kotów) nastawiam na zsiadłe i robię z nich twarożek. Ale i to już ma się ku końcowi.
Nagromadziłam jednak zapasy, tak żółtego jak miękkiego dojrzewającego sera na całą zimę.
Pierwsza przestała dawać mleko czarna Dziunia, zresztą podobnie jak w zeszłym roku. Paradoksalnie to nasza rekordzistka, bo w szczycie sezonu dawała ok. 3,5 litra, jak na razie żadna nasza koza tyle nie miała. Mówię dlatego, że jest znakomitą sprinterką. Bo na przykład biała Misia daje o wiele mniej, ale na tyle jest zrównoważona, że nie ma spadku ilości na jesień i ostatnia się zasusza. Jednak zastrzyk krwi alpejskiej okazuje się zyskiem. Nasze pereszadki-wiktorynki, czyli Gwiazda i Luba dobrze rokują. Gwiazda jeszcze kilka dni temu dawała rano około litra mleka, najwięcej ze wszystkich.
Dziś jednak było spodziewane zaskoczenie. O,o!
Kazia nie dała ani kropelki, pusta.
To znak, że w ciągu najbliższych dni wszystkie kozy się zamkną. Jak wiem z praktyki. Nie mam pojęcia jak one sobie to przekazują, ale zawsze tak było. Pierwsza kończy szefowa, a zaraz po niej inne kaziuki, na koniec białasy.
Zgoda. Tak ma być. Ania zamówi u pani Marusi półtora litra mleka co 2-3 dni.
Dodam, że i kury na razie zablokowane. Wypierzają się, jak zawsze o tej porze roku i przestały nieść jaja. Zresztą są teraz tylko 4 nioski. No, a młode kokoszki jeszcze nie zaczęły się nieść.
Nagromadziłam jednak zapasy, tak żółtego jak miękkiego dojrzewającego sera na całą zimę.
Pierwsza przestała dawać mleko czarna Dziunia, zresztą podobnie jak w zeszłym roku. Paradoksalnie to nasza rekordzistka, bo w szczycie sezonu dawała ok. 3,5 litra, jak na razie żadna nasza koza tyle nie miała. Mówię dlatego, że jest znakomitą sprinterką. Bo na przykład biała Misia daje o wiele mniej, ale na tyle jest zrównoważona, że nie ma spadku ilości na jesień i ostatnia się zasusza. Jednak zastrzyk krwi alpejskiej okazuje się zyskiem. Nasze pereszadki-wiktorynki, czyli Gwiazda i Luba dobrze rokują. Gwiazda jeszcze kilka dni temu dawała rano około litra mleka, najwięcej ze wszystkich.
Dziś jednak było spodziewane zaskoczenie. O,o!
Kazia nie dała ani kropelki, pusta.
To znak, że w ciągu najbliższych dni wszystkie kozy się zamkną. Jak wiem z praktyki. Nie mam pojęcia jak one sobie to przekazują, ale zawsze tak było. Pierwsza kończy szefowa, a zaraz po niej inne kaziuki, na koniec białasy.
Zgoda. Tak ma być. Ania zamówi u pani Marusi półtora litra mleka co 2-3 dni.
Dodam, że i kury na razie zablokowane. Wypierzają się, jak zawsze o tej porze roku i przestały nieść jaja. Zresztą są teraz tylko 4 nioski. No, a młode kokoszki jeszcze nie zaczęły się nieść.
7 listopada 2010
Ruski dżezz
Uspokojona od dżdżu niedziela.
W cieple rozpalonej ścianówki odbyło się małe przemeblowanie. Maszyna do szycia została wniesiona do jadalnego pod schody. W kątach pokoju Ania ustawiła kolumny i oczywiście włączyła muzykę.
Jest tak: ona szyje z zapałem przy wtórze muzy z tegorocznego festiwalu w Czeremsze (jak zawsze wyszła zaraz potem płytka), następnie jakichś dziwnych ale nastrojowych dżezzów, a ja... tłumaczę łacinę Nostradamusa. W przerwach wpuszczam i wypuszczam koty i psy.
W cieple rozpalonej ścianówki odbyło się małe przemeblowanie. Maszyna do szycia została wniesiona do jadalnego pod schody. W kątach pokoju Ania ustawiła kolumny i oczywiście włączyła muzykę.
Jest tak: ona szyje z zapałem przy wtórze muzy z tegorocznego festiwalu w Czeremsze (jak zawsze wyszła zaraz potem płytka), następnie jakichś dziwnych ale nastrojowych dżezzów, a ja... tłumaczę łacinę Nostradamusa. W przerwach wpuszczam i wypuszczam koty i psy.
Labels:
Astrologia,
Filozofia,
Koty,
Kultura,
Ogrzewanie,
Pogoda,
Psy
6 listopada 2010
Dieta naturalna
Jesień jest porą sytości i kusi do obżarstwa. Z wielu względów. Zbiory owoców, warzyw, ziemniaków i zbóż napełniają na nowo spiżarnie, piwniczki i śpichlerze. Wśród zwierząt hodowlanych też zaczyna się ubój samców i starych sztuk. Sprzyja temu chłodna pogoda i brak robactwa. To naturalna kolej rzeczy. Zatem mięsa jest na wiosce w bród. Karmienie samca, o ile nie jest jakimś super-nabytkiem i na siebie nie zarabia reproduktorstwem (he) do przyszłego roku i okresu godowego to ogromny zbytek. Przecież samice zapłodnione w tym roku zadbają o pojawienie się męskiego potomstwa na wiosnę. Jedynie w kurniku ważne jest, aby został jeden kogut, uznany za naczelnika, który przyczyni się po zimie do rozmnożenia kurzego stadka. Większa ilość kogutów w okresie rozrodczym wcale nie sprzyja poprawie wylęgalności jaj. Nie wiem dokładnie co jest przyczyną, ale to fakt, o którym najpierw słyszałam od wiejskich kobiet, a w tym roku przekonałam się sama na własnym stadzie.
A mnie naturalnie w takim sytym czasie bierze na post. Zaczęłyśmy z Anią wprowadzać cotygodniowe dni bezmięsne i niskotłuszczowe, w ilościach przekraczających zwyczajowy nadal u prawosławnych piątek. Nie mówiąc o tym, że sok jabłkowy pijamy codziennie i bez ograniczeń. Organizm sam się domaga takich regulacji i wystarczy go posłuchać.
Dziś na śniadanie twarożek kozi, na obiad placki ziemniaczane z Mikołajowych kartofli z 1) sałatką z opieniek wg recepty pani Heli, 2) ze słodkim mlekiem (przepadam za tym zestawem, spróbujcie!). Na kolację śledź litewski w oliwie z cebulką.
A mnie naturalnie w takim sytym czasie bierze na post. Zaczęłyśmy z Anią wprowadzać cotygodniowe dni bezmięsne i niskotłuszczowe, w ilościach przekraczających zwyczajowy nadal u prawosławnych piątek. Nie mówiąc o tym, że sok jabłkowy pijamy codziennie i bez ograniczeń. Organizm sam się domaga takich regulacji i wystarczy go posłuchać.
Dziś na śniadanie twarożek kozi, na obiad placki ziemniaczane z Mikołajowych kartofli z 1) sałatką z opieniek wg recepty pani Heli, 2) ze słodkim mlekiem (przepadam za tym zestawem, spróbujcie!). Na kolację śledź litewski w oliwie z cebulką.
5 listopada 2010
Mijanie
Pada stale. Kozy sterczą w oborze przy żłobie. Kury też w oborze, grzebią ściółkę.
Wiatr strącił nakrycie blaszane ze stosu żerdzi i uszkodził nieco drzwi do garażu.
Anna znów tka na krośnie kolejny chodniczek. Mijają godziny jak jedna chwila.
Wiatr strącił nakrycie blaszane ze stosu żerdzi i uszkodził nieco drzwi do garażu.
Anna znów tka na krośnie kolejny chodniczek. Mijają godziny jak jedna chwila.
4 listopada 2010
Kogucia polityka
Kogut Zielona Nóżka, zwany dalej Ancymonem okopał się już na terenie obejścia naszej sąsiadki. Nie jest tam dobrze widziany, bo rządzi się i panoszy, przegania prawowitego koguta i dosiada kury. Zawsze jednak przed zmierzchem gotów jest stamtąd odejść i można go przegonić do naszego kurnika.
Z bezsilności padła już propozycja zjedzenia Ancymonka, ale... jego alternatywa, drugi kogucik, spośród młodzików, właśnie wczoraj zaginął bezpowrotnie. Las go porwał. Szykuję więc ser w podarunku i idę w prośby, aby Ancymona jakoś przecierpieć przynajmniej do śniegów, bo wtedy kury siedzą grzecznie w kurniku i nigdzie nie biegają. Może w tym czasie przestawi się na własne stado.
Dodam, że stara nioska, o której myślałam, że zaginęła, odnalazła się na drugi dzień rano i liczba kur wynosi teraz okrągłe 10.
Wczoraj wpadli znajomi. Placuszki ze zwarnicą niezbyt wyszły, niestety, ale dały się zjeść i popić sokiem jabłkowym. Ania wdała się w debatę na temat nadchodzących lokalnych wyborów i kandydatów na wójta, a ja zamilkłam, oddając się własnym myślom.
Politycy i politykierzy mają naturę gracza i wydaje im się, że mogą coś ugrać, wygrać lub przegrać. I że jest to jedynie zasługa ich sprytu, przedsiębiorczości, inteligencji lub gnuśności, ignorancji i niezręczności. No, i losu szczęścia albo pecha.
Na ogół nie posługują się intuicją.
Ci, którzy ją mają są wielkimi przywódcami. I można ich na palcach zliczyć.
Kiedy obserwuję świat zwierząt widzę to samo.
Zwierzęta nie mają pojęcia co to przyszłość. Żyją zawsze w czasie teraźniejszym. Nie przewidują, używają wypróbowanych instynktownych odruchów na bieżąco, aby znaleźć pokarm, zaznaczyć swój teren żerowania, miejsce w hierarchii stada, zrealizować popęd itp. Jednak zawsze jest coś takiego jak inteligencja gatunku, pamięć morficzna czy genetyczna, albo duch stada, jak zwał tak zwał. I bywa, że zwierzę nie pójdzie samo tam, gdzie ma się zdarzyć wypadek, pożar lub zalew, albo wyprowadzi się z takiego terenu nieco wcześniej.
Na tym polega działanie intuicyjne. Oparte na podłączeniu instynktu pod przyszłość, a nie tylko tu i teraz z karykaturalnie poprzekręcaną pamięcią przeszłości i życzeniowymi projekcjami ego. Czego to zazwyczaj brakuje naszym przywódcom.
Jest tokowanie samców, walki o szefowanie, rywalizacja, puszenie piórek, załatwianie poparcia obietnicami.
Nie ma poczucia wspólnoty, świadomości wspólnego zbiorowego interesu, nawet próby nadania jakiegoś zaplanowanego i możliwego do realizacji kierunku rozwoju miejscowej społeczności. Ani potem żadnej realizacji, bo i czego. Wchodzi zawsze nieodczytana przyszłość ze swoimi nieprzewidzianymi wymaganiami i wszystkie siły idą na sprostanie jej niszczącym zaburzeniom i utrzymanie się na stołku, tj. przetrwanie.
Kiedy znajomi odjechali wzięłyśmy się wreszcie za nadanie naszym rozrzuconym projektom jednego celu, miana i kształtu. I udało się! I nawet jest to zbieżne z przepowiednią Księgi I-Cing!
Teraz tylko trzeba będzie przebrnąć przez instrukcje unijnych biurokratów.
Z bezsilności padła już propozycja zjedzenia Ancymonka, ale... jego alternatywa, drugi kogucik, spośród młodzików, właśnie wczoraj zaginął bezpowrotnie. Las go porwał. Szykuję więc ser w podarunku i idę w prośby, aby Ancymona jakoś przecierpieć przynajmniej do śniegów, bo wtedy kury siedzą grzecznie w kurniku i nigdzie nie biegają. Może w tym czasie przestawi się na własne stado.
Dodam, że stara nioska, o której myślałam, że zaginęła, odnalazła się na drugi dzień rano i liczba kur wynosi teraz okrągłe 10.
Wczoraj wpadli znajomi. Placuszki ze zwarnicą niezbyt wyszły, niestety, ale dały się zjeść i popić sokiem jabłkowym. Ania wdała się w debatę na temat nadchodzących lokalnych wyborów i kandydatów na wójta, a ja zamilkłam, oddając się własnym myślom.
Politycy i politykierzy mają naturę gracza i wydaje im się, że mogą coś ugrać, wygrać lub przegrać. I że jest to jedynie zasługa ich sprytu, przedsiębiorczości, inteligencji lub gnuśności, ignorancji i niezręczności. No, i losu szczęścia albo pecha.
Na ogół nie posługują się intuicją.
Ci, którzy ją mają są wielkimi przywódcami. I można ich na palcach zliczyć.
Kiedy obserwuję świat zwierząt widzę to samo.
Zwierzęta nie mają pojęcia co to przyszłość. Żyją zawsze w czasie teraźniejszym. Nie przewidują, używają wypróbowanych instynktownych odruchów na bieżąco, aby znaleźć pokarm, zaznaczyć swój teren żerowania, miejsce w hierarchii stada, zrealizować popęd itp. Jednak zawsze jest coś takiego jak inteligencja gatunku, pamięć morficzna czy genetyczna, albo duch stada, jak zwał tak zwał. I bywa, że zwierzę nie pójdzie samo tam, gdzie ma się zdarzyć wypadek, pożar lub zalew, albo wyprowadzi się z takiego terenu nieco wcześniej.
Na tym polega działanie intuicyjne. Oparte na podłączeniu instynktu pod przyszłość, a nie tylko tu i teraz z karykaturalnie poprzekręcaną pamięcią przeszłości i życzeniowymi projekcjami ego. Czego to zazwyczaj brakuje naszym przywódcom.
Jest tokowanie samców, walki o szefowanie, rywalizacja, puszenie piórek, załatwianie poparcia obietnicami.
Nie ma poczucia wspólnoty, świadomości wspólnego zbiorowego interesu, nawet próby nadania jakiegoś zaplanowanego i możliwego do realizacji kierunku rozwoju miejscowej społeczności. Ani potem żadnej realizacji, bo i czego. Wchodzi zawsze nieodczytana przyszłość ze swoimi nieprzewidzianymi wymaganiami i wszystkie siły idą na sprostanie jej niszczącym zaburzeniom i utrzymanie się na stołku, tj. przetrwanie.
Kiedy znajomi odjechali wzięłyśmy się wreszcie za nadanie naszym rozrzuconym projektom jednego celu, miana i kształtu. I udało się! I nawet jest to zbieżne z przepowiednią Księgi I-Cing!
Teraz tylko trzeba będzie przebrnąć przez instrukcje unijnych biurokratów.
3 listopada 2010
Kapuściana głowa
Leniwie się porobiło.
Pogoda zeszłego znaku Wagi i niniejszego Skorpijona (tj. październikowo-listopadowa) sprzyja uspokojeniu nerwów. Pojawiła się owszem mgła, wieczorno-poranna i wilgotność powietrza wzrosła, ale jest ciepło, palić jakoś specjalnie nie trzeba, zwierzęta żerują na resztkach zielono-rudego, a i wieczory zrobiły się tak długie, że człek już gotów o północy wstawać, całkiem wyspany.
Pasąc kozy na buszowisku medytuję z drzewami (mam kilka wybranych okazów) i z nudów zbieram chrust w naszej brzezince. Naręcze starcza na dwa palenia pod płytą. Mam w ten sposób załatwione ugotowanie obiadu, karmy dla zwierząt i ogrzanie wody na kąpiel i zmywanie.
Stary Mikołaj raz przyniósł wór pełen resztek z kapusty dla kóz, drugi raz reklamówkę świeżej słoniny, a właściwie boczku. Którym to zajadamy się od kilku dni na śniadanie. Słonina zawiera nikłą ilość cholesterolu w porównaniu np. z masłem czy produktami masłopodobnymi. Big Johnny, wtajemniczony przez starego lekarza głosi to od lat, je słoninę do wszystkiego i wbrew kiepskim wynikom swoich badań ma się dobrze i pola swoje obrabia bez żadnych lekarstw (oprócz tych naturalnych). Psy i koty dostały nowy zapas skórek i tłuszczu jelitowego (z tzw. kryzki), który wytopiłam w garze na kuchni.
Wczoraj zaś zakisiłyśmy beczkę kapusty na zimę. Wioskowi już dawno to zrobili, bo kiszą zaraz po święcie Pokrowy. My zazwyczaj w okolicach Wszystkich Świętych, zwłaszcza, że pogoda jest.
Nastawiam kapustę z tartą marchwią i jabłkami, z dodatkiem kminku i soli kamiennej.
Beczka współczesna, plastikowa, 60-litrowa, za 30 złociszy kupiona na targu kilka lat temu. Kapusta szatkowana ręcznie na tarce, wkładana do foliowego worka, który jednak wygodniejszy jest w użyciu, niż jego brak, ze względu na rozwój pleśni. Za kilka dni przetoczymy beczułkę do piwniczki zewnętrznej, gdzie dotrzyma co najmniej Wielkanocy, o ile nie późniejszego czasu.
Pogoda zeszłego znaku Wagi i niniejszego Skorpijona (tj. październikowo-listopadowa) sprzyja uspokojeniu nerwów. Pojawiła się owszem mgła, wieczorno-poranna i wilgotność powietrza wzrosła, ale jest ciepło, palić jakoś specjalnie nie trzeba, zwierzęta żerują na resztkach zielono-rudego, a i wieczory zrobiły się tak długie, że człek już gotów o północy wstawać, całkiem wyspany.
Pasąc kozy na buszowisku medytuję z drzewami (mam kilka wybranych okazów) i z nudów zbieram chrust w naszej brzezince. Naręcze starcza na dwa palenia pod płytą. Mam w ten sposób załatwione ugotowanie obiadu, karmy dla zwierząt i ogrzanie wody na kąpiel i zmywanie.
Stary Mikołaj raz przyniósł wór pełen resztek z kapusty dla kóz, drugi raz reklamówkę świeżej słoniny, a właściwie boczku. Którym to zajadamy się od kilku dni na śniadanie. Słonina zawiera nikłą ilość cholesterolu w porównaniu np. z masłem czy produktami masłopodobnymi. Big Johnny, wtajemniczony przez starego lekarza głosi to od lat, je słoninę do wszystkiego i wbrew kiepskim wynikom swoich badań ma się dobrze i pola swoje obrabia bez żadnych lekarstw (oprócz tych naturalnych). Psy i koty dostały nowy zapas skórek i tłuszczu jelitowego (z tzw. kryzki), który wytopiłam w garze na kuchni.
Wczoraj zaś zakisiłyśmy beczkę kapusty na zimę. Wioskowi już dawno to zrobili, bo kiszą zaraz po święcie Pokrowy. My zazwyczaj w okolicach Wszystkich Świętych, zwłaszcza, że pogoda jest.
Nastawiam kapustę z tartą marchwią i jabłkami, z dodatkiem kminku i soli kamiennej.
Beczka współczesna, plastikowa, 60-litrowa, za 30 złociszy kupiona na targu kilka lat temu. Kapusta szatkowana ręcznie na tarce, wkładana do foliowego worka, który jednak wygodniejszy jest w użyciu, niż jego brak, ze względu na rozwój pleśni. Za kilka dni przetoczymy beczułkę do piwniczki zewnętrznej, gdzie dotrzyma co najmniej Wielkanocy, o ile nie późniejszego czasu.
2 listopada 2010
Lokalne rozwiązania a planetarny chaos
Pewien internetowy znajomy podesłał mi film twórcy "Green Beautiful" Coline Serveau, który w tłumaczeniu z francuskiego brzmi: "Lokalne rozwiązania światowego bałaganu". Leciał w tym roku we francuskich kinach.
Jest to ważne przesłanie uświadamiające wszystkich, tak rolników jak mieszkańców miast i konsumentów żywności, nad jaką przepaścią stanęła planeta. Zarządzana złodziejsko i przestępczo przez skorumpowane rządy, eksploatowana do granic przez korporacje, zatruwana chemią i nawozami sztucznymi, które "zrodziły się z wojny", czyli zaczęły być sprzedawane na siłę rolnikom po II wojnie światowej przez dawne koncerny zbrojeniowe, produkujące bomby i broń chemiczną.
Realizatorzy wędrują przez kontynenty i wszędzie widzą i słyszą to samo. Wypowiadają się ludzie z Brazylii, Afryki Północnej, Francji, Włoch, Ukrainy i Indii. Tak samo prości jak wykształceni, z wieloma fakultetami.
Ziemia jest niszczona i gwałcona. Przez zmaskulinizowany i zracjonalizowany system oparty na zysku.
Jednocześnie film skupia się na pokazaniu alternatywy, jaką jest rolnictwo organiczne. Które potrafi szybko uzdrowić zmartwiałą glebę i przywrócić w niej różnorodność życia. I smaków, które daje w obfitości. Wypowiadający się reprezentują tę właśnie ścieżkę rozwoju.
Porzucili ślepą wiarę w wyższość rolnictwa intensywnego i chemicznego i wybrali współpracę z Matką Ziemią. Czasem przeszli przez osobisty dramat przemiany z rolnika-rekordzisty (jak pewien chłop indyjski czy dyrektor ukraińskiego kołchozu), czasem oparli się namowom przejścia na nowoczesne technologie w czasach, gdy były wdrażane (jak pewien samotny rolnik francuski), niektórzy studiowali zanikłe w Europie dziedziny nauki, takie jak mikrobiologia gleb i sami zaczęli robić badania, których już od lat nie wykonują zachodnie laboratoria.
Wszyscy są do siebie podobni pod jednym względem, głębokiej troski o życie ziemi, o przyrodę, i miłość do pracy rąk, z której żyją oni i ich rodziny. Dodajmy, szczęśliwe rodziny, nie dotknięte patologiami.
Film niepokoi, ale i zostawia nadzieję. Że ludzie się ockną i zdążą uratować planetę, swoją matkę.
Wydaje mi się osobiście, że za mało niepokoju przekazał. Że tragedia, która się dzieje została zbytnio rozjaśniona uśmiechami tych szczęśliwych rolników i obrońców bio-różnorodności. Ale może lepiej zabrać się samemu do działania, bo czasu zostało niewiele, raptem kilka lat, żeby się okopać do przetrwania najgorszego? A nie gadać po próżnicy?
W przekazach rolników zwłaszcza zachodnich, ale i południowoamerykańskich było wiele myślenia o katastrofie. Francuz sprzedający bezpośrednio swoje warzywa klientom z Paryża mówi, że Paryż w razie kryzysu ma zapasy jedynie na 4 dni. Jeśli przymuszona głodem ludzka szarańcza ruszyłaby na wieś, pożarłaby całą jego pracę w jednym momencie. Żyje z tego powodu w strachu. Jest jednym z niewielu małorolnych gospodarzy w tym rejonie. A w ostatnim czasie jeszcze ich liczba się zmniejszyła.
Film nie szafuje modnymi hasłami. Wyraz permakultura nie pada tam ani razu, choć jest pean na temat rolnictwa bezorkowego (głoszony przez francuskie małżeństwo mikrobiologów gleby). Jest wzmianka o biodynamice i jego twórcy oraz piękny leśny ogród uprawiany w Indiach. I pokaz przyrządzania przez indyjskich chłopów preparatów chroniących sadzonki ryżu przed szkodnikami. Ogólnie wszyscy pracują ze ściółkowaniem, nawożeniem naturalnym, gnojem zwierzęcym i kompostem. Zbierają własne nasiona i chronią stare odmiany roślin.
Na koniec może dodam opowieść naszej pani sąsiadki. Warto słuchać starych ludzi pod tym względem. Oni nie wierzą w propagandę nawozowo-chemiczną, bo widzieli inne rzeczy na własne oczy.
Nasza wioska ma najsłabsze gleby V i VI klasy, wydarte przez karczunek lasowi kilkadziesiąt lat temu.
- Myśmy gospodarzyli tak - opowiada - Trzymało się kilkanaście świń, 3-4 krowy, konia i kury. Jak chłopy gnój z chlewa i obory wyciągali to było tego z 12 fur naraz. To wszystko szło na pole. Rzucaliśmy pod ziemniaki, co trzy lata. Po ziemniakach szedł owies, a po owsie żyto. I znowu gnój i kartofle. Wtedy ziemia rodziła, kłosy były duże, a snopy ło, takie (pokazała w objęciu). No, ale byli na wiosce i tacy, którzy mieli gorszą od nas ziemię, a większe plony. Ło, takie (pokazała znowu, rozszerzając ramiona). Ale oni więcej nawet zwierząt trzymali i nawozili ziemię co roku, bo nie mieli co z gnojem robić. Ziemia dawała zawsze, nie kaprysiła. No, a teraz? Kogo stać na saletrę? na oprysk? Tyle ile zasiejesz to i zbierzesz, a czasem nawet mniej... Tyle kabanów czy kur, które można tym utrzymać daje gnoju ledwie pod zagonek kartofli i warzywniak za stodołą. No, i starzy jesteśmy, dzieci nie chcą na wsi robić, w dyrektory poszły, ech...
Jest to ważne przesłanie uświadamiające wszystkich, tak rolników jak mieszkańców miast i konsumentów żywności, nad jaką przepaścią stanęła planeta. Zarządzana złodziejsko i przestępczo przez skorumpowane rządy, eksploatowana do granic przez korporacje, zatruwana chemią i nawozami sztucznymi, które "zrodziły się z wojny", czyli zaczęły być sprzedawane na siłę rolnikom po II wojnie światowej przez dawne koncerny zbrojeniowe, produkujące bomby i broń chemiczną.
Realizatorzy wędrują przez kontynenty i wszędzie widzą i słyszą to samo. Wypowiadają się ludzie z Brazylii, Afryki Północnej, Francji, Włoch, Ukrainy i Indii. Tak samo prości jak wykształceni, z wieloma fakultetami.
Ziemia jest niszczona i gwałcona. Przez zmaskulinizowany i zracjonalizowany system oparty na zysku.
Jednocześnie film skupia się na pokazaniu alternatywy, jaką jest rolnictwo organiczne. Które potrafi szybko uzdrowić zmartwiałą glebę i przywrócić w niej różnorodność życia. I smaków, które daje w obfitości. Wypowiadający się reprezentują tę właśnie ścieżkę rozwoju.
Porzucili ślepą wiarę w wyższość rolnictwa intensywnego i chemicznego i wybrali współpracę z Matką Ziemią. Czasem przeszli przez osobisty dramat przemiany z rolnika-rekordzisty (jak pewien chłop indyjski czy dyrektor ukraińskiego kołchozu), czasem oparli się namowom przejścia na nowoczesne technologie w czasach, gdy były wdrażane (jak pewien samotny rolnik francuski), niektórzy studiowali zanikłe w Europie dziedziny nauki, takie jak mikrobiologia gleb i sami zaczęli robić badania, których już od lat nie wykonują zachodnie laboratoria.
Wszyscy są do siebie podobni pod jednym względem, głębokiej troski o życie ziemi, o przyrodę, i miłość do pracy rąk, z której żyją oni i ich rodziny. Dodajmy, szczęśliwe rodziny, nie dotknięte patologiami.
Film niepokoi, ale i zostawia nadzieję. Że ludzie się ockną i zdążą uratować planetę, swoją matkę.
Wydaje mi się osobiście, że za mało niepokoju przekazał. Że tragedia, która się dzieje została zbytnio rozjaśniona uśmiechami tych szczęśliwych rolników i obrońców bio-różnorodności. Ale może lepiej zabrać się samemu do działania, bo czasu zostało niewiele, raptem kilka lat, żeby się okopać do przetrwania najgorszego? A nie gadać po próżnicy?
W przekazach rolników zwłaszcza zachodnich, ale i południowoamerykańskich było wiele myślenia o katastrofie. Francuz sprzedający bezpośrednio swoje warzywa klientom z Paryża mówi, że Paryż w razie kryzysu ma zapasy jedynie na 4 dni. Jeśli przymuszona głodem ludzka szarańcza ruszyłaby na wieś, pożarłaby całą jego pracę w jednym momencie. Żyje z tego powodu w strachu. Jest jednym z niewielu małorolnych gospodarzy w tym rejonie. A w ostatnim czasie jeszcze ich liczba się zmniejszyła.
Film nie szafuje modnymi hasłami. Wyraz permakultura nie pada tam ani razu, choć jest pean na temat rolnictwa bezorkowego (głoszony przez francuskie małżeństwo mikrobiologów gleby). Jest wzmianka o biodynamice i jego twórcy oraz piękny leśny ogród uprawiany w Indiach. I pokaz przyrządzania przez indyjskich chłopów preparatów chroniących sadzonki ryżu przed szkodnikami. Ogólnie wszyscy pracują ze ściółkowaniem, nawożeniem naturalnym, gnojem zwierzęcym i kompostem. Zbierają własne nasiona i chronią stare odmiany roślin.
Na koniec może dodam opowieść naszej pani sąsiadki. Warto słuchać starych ludzi pod tym względem. Oni nie wierzą w propagandę nawozowo-chemiczną, bo widzieli inne rzeczy na własne oczy.
Nasza wioska ma najsłabsze gleby V i VI klasy, wydarte przez karczunek lasowi kilkadziesiąt lat temu.
- Myśmy gospodarzyli tak - opowiada - Trzymało się kilkanaście świń, 3-4 krowy, konia i kury. Jak chłopy gnój z chlewa i obory wyciągali to było tego z 12 fur naraz. To wszystko szło na pole. Rzucaliśmy pod ziemniaki, co trzy lata. Po ziemniakach szedł owies, a po owsie żyto. I znowu gnój i kartofle. Wtedy ziemia rodziła, kłosy były duże, a snopy ło, takie (pokazała w objęciu). No, ale byli na wiosce i tacy, którzy mieli gorszą od nas ziemię, a większe plony. Ło, takie (pokazała znowu, rozszerzając ramiona). Ale oni więcej nawet zwierząt trzymali i nawozili ziemię co roku, bo nie mieli co z gnojem robić. Ziemia dawała zawsze, nie kaprysiła. No, a teraz? Kogo stać na saletrę? na oprysk? Tyle ile zasiejesz to i zbierzesz, a czasem nawet mniej... Tyle kabanów czy kur, które można tym utrzymać daje gnoju ledwie pod zagonek kartofli i warzywniak za stodołą. No, i starzy jesteśmy, dzieci nie chcą na wsi robić, w dyrektory poszły, ech...
Subskrybuj:
Posty (Atom)