Nów, zamiast wieszczonej katastrofy na Ziemi, przyniósł u nas nagle... burzę (niezbyt groźną, przeszła bokiem od południa) i lunął długo wyczekiwany deszcz (dość krótki jednak, choć intensywny).
Pracujemy, jak zawsze. Ania do tego znów lepi garnki na kolejnych warsztatach.
Kicia robi postępy wręcz szokujące. Cały dzień spędza w domu, poznaje wszystkie skrytki, miejsca, zwierzęcych współmieszkańców i uczy się manier domowego kota. Dostała już tabletkę na odrobaczenie. Przeszukałam internet, aby dowiedzieć się o różnych objawach, które jeszcze miewa. Wychodzi na to, że przeszła zapalenie ucha środkowego, które teraz, pod wpływem systematycznego jedzenia i wysypiania się w cieple, ustępuje. Nawet bez specjalnego leczenia. Już rzadko potrząsa głową, nie ma zaburzeń równowagi i jeszcze rzadziej pokrzykuje z bólu. Nie ma też pcheł, z uszu nic się nie sączy, nie ma świerzba. O ile w pierwszym dniu spała cały dzień na poddaszu w swoim gniazdku, to dzisiaj jest ciekawska, zwiedza pokoje, wysiaduje przy mnie. Nie wiem jeszcze czy będzie umiała zachować czystość, dlatego wolę, aby uczyła się przez obserwację kocurów i psów, które wołają, gdy chcą wyjść i wejść. I dlatego jeszcze nocuje w lamusie (zaadaptowała tam sobie pudełko do spania).
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
29 września 2011
27 września 2011
I Cing
Oto rzecz, którą wyjęłyśmy z wielkiej paczki, przywiezionej przez kuriera i potem taczką do domu. Efekt moich przemyśleń z okresu co najmniej 30 lat i pracy zapisującej je przez 3 ostatnie jest już gotów do pójścia w świat.
Wspominałam kiedyś na tym blogu, że są książki, które czytane pasjami w dzieciństwie wróżyły nam przeznaczenie późniejsze... Tej nie poznałam w dzieciństwie, bo nieco potem. Ale właśnie tę księgę, jedyną, mogłabym zabrać ze sobą na bezludną wyspę. Bo nigdy nie można się nią znudzić.
Wspominałam kiedyś na tym blogu, że są książki, które czytane pasjami w dzieciństwie wróżyły nam przeznaczenie późniejsze... Tej nie poznałam w dzieciństwie, bo nieco potem. Ale właśnie tę księgę, jedyną, mogłabym zabrać ze sobą na bezludną wyspę. Bo nigdy nie można się nią znudzić.
25 września 2011
Kiciowe egzaltacje
Rano klucz gęsi, w drodze gdzieś znad Narwi pewnie, odleciał na południe...
Sobotnie prace. Ja - astrologiczne zatrudnienie, ser, palenie, obiad, cukierek. Ania zaś pożyczoną przyczepką ściągnęła resztę jabłoniowych gałęzi, zalegających kupami w sadzie od wiosny. Poprzednią zwiezioną kupę pomógł nam rozpracować gość ze Śląska, więc zrobiło się miejsce na nowe składowisko.
A poza tym muszę odnotować nadzwyczajne kroki, jakie podjęła Kicia, aby wreszcie zbliżyć się ku nam. Noce zaczynają już być zimne (choć kocury wciąż jeszcze nocują na dworze) i kotka zaczęła szukać cieplejszego miejsca do spania. Wczorajszą noc spędziła w lamusie przy koziarni, w połowie zapełnionym teraz słomą. Weszła tam sama tuż przed zamknięciem drzwi wieczorem i wyjść nie chciała do południa, śpiąc w ciepłym kąciku. Gdy już wreszcie wstała i najadła się, napotkałam ją nagle na tarasie, zezującą w stronę drzwi do pokoju. Zaprosiłam do środka i oto weszła, nieco zalękniona. Szybko zbadała pokoik jadalny pod kątem skrytki dla siebie, po czym powędrowała schodami na poddasze. I tam nagle... oszalała ze szczęścia i zachwytu!
Oznajmiła mi pomiaukiwaniem, że tu jest tak fajnie, że ona chce tu właśnie mieszkać i spać.
Hm, ponieważ nie ma na razie w domu kuwety (kocury jej nie używają, wołają na dwór), a ja byłam zajęta wyniosłam egzaltowane zwierzę na dwór.
Nie zapomniała wrażenia. Po dwóch godzinach znów zawitała w domowe progi, tym samym sposobem, czatując przed drzwiami.
Wpuszczona pobiegła od razu na strych i dalejże zachwycać się tak samo. Wkrótce odkryła złożoną starą kołdrę i umościła sobie gniazdko, zapadając w drzemkę. Pozwoliłam jej na tę radość, ale w końcu zdecydowałam, że wróci do lamusa. Nie jest jeszcze odrobaczona i odpchlona, musi przejść kwarantannę.
Sobotnie prace. Ja - astrologiczne zatrudnienie, ser, palenie, obiad, cukierek. Ania zaś pożyczoną przyczepką ściągnęła resztę jabłoniowych gałęzi, zalegających kupami w sadzie od wiosny. Poprzednią zwiezioną kupę pomógł nam rozpracować gość ze Śląska, więc zrobiło się miejsce na nowe składowisko.
A poza tym muszę odnotować nadzwyczajne kroki, jakie podjęła Kicia, aby wreszcie zbliżyć się ku nam. Noce zaczynają już być zimne (choć kocury wciąż jeszcze nocują na dworze) i kotka zaczęła szukać cieplejszego miejsca do spania. Wczorajszą noc spędziła w lamusie przy koziarni, w połowie zapełnionym teraz słomą. Weszła tam sama tuż przed zamknięciem drzwi wieczorem i wyjść nie chciała do południa, śpiąc w ciepłym kąciku. Gdy już wreszcie wstała i najadła się, napotkałam ją nagle na tarasie, zezującą w stronę drzwi do pokoju. Zaprosiłam do środka i oto weszła, nieco zalękniona. Szybko zbadała pokoik jadalny pod kątem skrytki dla siebie, po czym powędrowała schodami na poddasze. I tam nagle... oszalała ze szczęścia i zachwytu!
Oznajmiła mi pomiaukiwaniem, że tu jest tak fajnie, że ona chce tu właśnie mieszkać i spać.
Hm, ponieważ nie ma na razie w domu kuwety (kocury jej nie używają, wołają na dwór), a ja byłam zajęta wyniosłam egzaltowane zwierzę na dwór.
Nie zapomniała wrażenia. Po dwóch godzinach znów zawitała w domowe progi, tym samym sposobem, czatując przed drzwiami.
Wpuszczona pobiegła od razu na strych i dalejże zachwycać się tak samo. Wkrótce odkryła złożoną starą kołdrę i umościła sobie gniazdko, zapadając w drzemkę. Pozwoliłam jej na tę radość, ale w końcu zdecydowałam, że wróci do lamusa. Nie jest jeszcze odrobaczona i odpchlona, musi przejść kwarantannę.
21 września 2011
Wieści zwierzęce
Nieprzypadkowym przypadkiem nawiążę tematem do sąsiedzkiego blogu. Tym razem (w poprzednim roku był to, przypomnę "chomik", zwierzątko niewiele większe od myszy, ale krzyczące znacznie od niej głośniej, które chciało koniecznie zanurzyć się na zimę w ogródkowym inspekcie koło domu) w nocy obudziło mnie intensywne skrobanie gdzieś w ścianie tarasowej, blisko drzwi. Odgłos jednak był większy od tego, który robi mysz. Coś próbowało - jak sądziłam - dostać się do środka, wgryzając się w trzeszczącą piankę, którą izolowane są okna i drzwi w ścianie. Na szczęście po kilku minutach dźwięki ustały...
Zapomniałam o tym do rana, ale rano Kola zaczęła się dziwnie zachowywać. Nie przychodziła na wołanie, tylko jak przymurowana, z napiętym wzrokiem i merdającym ogonem wpatrywała się intensywnie w jeden punkt w ogródku przed tarasem.
Zachowuje się tak zawsze wtedy, gdy pojawi się obcy przybysz, dzikie zwierzę. Psica z pasją poluje na szczury polne, które kopią nory w zimie pod daszkiem drewutni (raz nawet udało jej się zagryźć wielkiego samotnego samca, ale tylko dlatego, że nie uciekał, tylko próbował się odgryźć). Podobnie reagowała na zeszłorocznego chomika, aż po dwóch dniach musiał się wyprowadzić z obejścia. Zatem i tym razem uznałam, że wizytuje nas ów chomik, szukający jesienno-zimowego przytuliska, nie dociekałam kto zacz, tylko zajęłam się dojeniem kóz.
Tymczasem okazało się inaczej...
Zwierzę, ukryte pod oknami inspektu opartymi o słup, pod naporem ciekawskiego i rozgorączkowanego instynktem łowieckim psa nagle rzuciło się do ucieczki. Kola pogoniła za nim. Rozległ się głośny krzyk, przypominający rozdzierający głos ptaka, rodzaj ćwierkania (wystraszone gryzonie zazwyczaj ćwierkają, to głos u mysz nieco podobny do cykania świerszczy). Dopadła zwierzątko na tyle blisko, że stanęło i zaczęło się bronić, skrzecząc przy tym odstraszająco z całej siły. Pies dostał pazurem po nosie i zaskoczony przystopował w gonitwie...
Pobiegłam kawałek za dom, do lasu, ale nic już nie zobaczyłam. Za to na tarasie i w pobliżu czuć było intensywny ostry zapach...
Raniony psi nos został zdezynfekowany wodą utlenioną.
Sprawdziłam następnie w wikipedii. Łasicowate należą także do skunksowatych i mają gruczoły zapachowe, którymi znaczą teren...
Nie łasica, było z pewnością większe, sądząc po głośnym krzyku. Co innego, kuna albo tchórz. Stawiam na kunę leśną (przyszło z lasu i tam uciekło), tj. tumaka.
Było to trzy dni temu. Nie pojawiło się już z powrotem. Być może bywało wcześniej i łowiło myszy pchające się do chaty, pewnie wchodząc za nimi jakąś szparką pod szalunek.
Z innych wieści zwierzęcych: kogut Ancymon stracił ogon z niewiadomych przyczyn. Wydarte długie, dostojne pióra walają się w kurniku. Niechybnie z czymś walczył i raczej nie sądzę, że był to któryś z młodych kogutków. Te jeszcze nawet nie ośmielają się zapiać przy nim, a co dopiero stanąć do pojedynku. Może to Kola się zemściła za atak, albo poszarpał go kot, usiłujący wydostać się z kurnika (Jasio uwielbia tam spać w dzień). Kogut teraz wygląda, hm... kuso i niepoważnie.
No, i dzisiaj przed wieczorem zobaczyłam pierwszy wielki klucz żurawi w tym roku. Leciały z północy prosto na południe. Znaczy zima szybko się zacznie.
Zapomniałam o tym do rana, ale rano Kola zaczęła się dziwnie zachowywać. Nie przychodziła na wołanie, tylko jak przymurowana, z napiętym wzrokiem i merdającym ogonem wpatrywała się intensywnie w jeden punkt w ogródku przed tarasem.
Zachowuje się tak zawsze wtedy, gdy pojawi się obcy przybysz, dzikie zwierzę. Psica z pasją poluje na szczury polne, które kopią nory w zimie pod daszkiem drewutni (raz nawet udało jej się zagryźć wielkiego samotnego samca, ale tylko dlatego, że nie uciekał, tylko próbował się odgryźć). Podobnie reagowała na zeszłorocznego chomika, aż po dwóch dniach musiał się wyprowadzić z obejścia. Zatem i tym razem uznałam, że wizytuje nas ów chomik, szukający jesienno-zimowego przytuliska, nie dociekałam kto zacz, tylko zajęłam się dojeniem kóz.
Tymczasem okazało się inaczej...
Zwierzę, ukryte pod oknami inspektu opartymi o słup, pod naporem ciekawskiego i rozgorączkowanego instynktem łowieckim psa nagle rzuciło się do ucieczki. Kola pogoniła za nim. Rozległ się głośny krzyk, przypominający rozdzierający głos ptaka, rodzaj ćwierkania (wystraszone gryzonie zazwyczaj ćwierkają, to głos u mysz nieco podobny do cykania świerszczy). Dopadła zwierzątko na tyle blisko, że stanęło i zaczęło się bronić, skrzecząc przy tym odstraszająco z całej siły. Pies dostał pazurem po nosie i zaskoczony przystopował w gonitwie...
Pobiegłam kawałek za dom, do lasu, ale nic już nie zobaczyłam. Za to na tarasie i w pobliżu czuć było intensywny ostry zapach...
Raniony psi nos został zdezynfekowany wodą utlenioną.
Sprawdziłam następnie w wikipedii. Łasicowate należą także do skunksowatych i mają gruczoły zapachowe, którymi znaczą teren...
Nie łasica, było z pewnością większe, sądząc po głośnym krzyku. Co innego, kuna albo tchórz. Stawiam na kunę leśną (przyszło z lasu i tam uciekło), tj. tumaka.
Było to trzy dni temu. Nie pojawiło się już z powrotem. Być może bywało wcześniej i łowiło myszy pchające się do chaty, pewnie wchodząc za nimi jakąś szparką pod szalunek.
Z innych wieści zwierzęcych: kogut Ancymon stracił ogon z niewiadomych przyczyn. Wydarte długie, dostojne pióra walają się w kurniku. Niechybnie z czymś walczył i raczej nie sądzę, że był to któryś z młodych kogutków. Te jeszcze nawet nie ośmielają się zapiać przy nim, a co dopiero stanąć do pojedynku. Może to Kola się zemściła za atak, albo poszarpał go kot, usiłujący wydostać się z kurnika (Jasio uwielbia tam spać w dzień). Kogut teraz wygląda, hm... kuso i niepoważnie.
No, i dzisiaj przed wieczorem zobaczyłam pierwszy wielki klucz żurawi w tym roku. Leciały z północy prosto na południe. Znaczy zima szybko się zacznie.
20 września 2011
Napotkane na granicy światów
Wyjazd do miast okolicznych w różnych bardzo ważnych sprawach papierkowych postanowiłyśmy urozmaicić sobie w drodze powrotnej wycieczką przez wioski jeszcze przez nas nie spenetrowane. Ktoś z naszych gości orzekł, że był na Podlasiu iks lat temu i jakoś wtedy większe na nim zrobiło wrażenie, swoją wiejskością, drewnianym budownictwem i prowincjonalnością. Teraz "wszędzie widać wpływ Unii, kolorowe domy, napisy, miejski szyk". Spytałam, czy zjechali choć raz w bok z głównych tras. Nie. A właśnie tam schronił się dawny świat, Kraina Przodków naszych. Trzeba tylko odwagi wjechania samochodem na szutrowe, piaskowe, polne i leśne drogi, dróżki i trakty.
Podlasie, przynajmniej ten skrawek, w którym my mieszkamy, czyli w dół od Puszczy Białowieskiej robi jeszcze jedno wrażenie. Niesamowicie wielkiej przestrzeni, choć wcale w rzeczywistości tak nie jest. Budzi je tylko to, że tak wiele tu przestrzeni niezamieszkanych, odludnych, dzikich. Wieś od wsi odległa jest od 5 do 7 km (a nawet więcej), co na zachód od Wisły już w praktyce nie występuje i miejscowości przechodzą jedna w drugą prawie bez widocznej granicy, albo z niewielką odległością 1-2 kilometrów. Nie ma też metropolii, jedynie miasta powiatowe, wielkości ok. 20 tysięcy mieszkańców, każde odległe od siebie jakieś 40-45 km. Drogi główne wąskie, często łatane i nieliczne, co rusz zjeżdża się z asfaltu na przedwojenne kocie łby, albo żwir, dobrze, jeśli wyrównany. Dodać trzeba, że wioski są na ogół niewielkie, od kilkunastu do kilkudziesięciu domostw, przeważnie o tradycyjnym wyglądzie, drewnianych. Tu konie, tam krowa, kozy albo barany, ówdzie kury pasące się w pobliżu obejść. Staruszkowie na ławeczkach w niedzielę wysiadujący. I wszędy blisko do lasu. Każda z wiosek to osobna kraina, mentalna i językowa, i religijna także. Ale o tym już kiedyś pisałam.
No, więc jadąc od Hajnówki powiatową trasą ku nam wiodącą wzdłuż granicy zboczyłyśmy w pewnej chwili w las, przejechałyśmy jedną wioskę, potem drugą. W tej udało nam się rozpytać kobietę siedzącą na ławeczce, czy ktoś w pobliżu trzyma kozy, bo słyszałyśmy, że tak, a my szukamy kozy na wymianę. Pani bardzo szeroko i sympatycznie odpowiadając stwierdziła, że owszem są, tacy jedni z miasta, ale to za wsią trzeba jechać, ło, tą drogą, prosto-prosto, aż się trafi w takie miejsce, gdzie tylko dwie chaty stoją. To tam.
No, więc pomknęłyśmy wyboistą polną drogą na kolonię owej wioski, ale jak się okazało powtórzenie "prosto" oznaczało dodatkowo, że daleko. Jakieś pięć kilometrów przez las zrobiłyśmy, żeby dotrzeć do dwóch domów. Zapytany mieszkaniec jednego jednak stwierdził, że to nie tu, tylko jeszcze jakieś pół kilometra dalej w las.
W ten sposób trafiłyśmy na ranczo pewnych romantyków z miasta Łodzi...
Mieszkają tam od lat 9. Trzymają stadko kóz, które mieszkają w starej stodole i mają rozległe pastwisko za chatą. Oraz starego konika tarpana i dwa psy. Kozy chowane są w pełni ekologicznie, czyli chodzą sobie luzem. Jedzą tyle, co uzbierają na łące, w sadzie i w lesie, a zimą karmione są jedynie sianem. W sumie stwierdziłyśmy, że może niepotrzebnie tak się przemęczamy dokarmiając nasze stado owsem przy dojeniu?
Chatę wyremontowali na wzór starej, zmienili piec i komin, ale ogrzewają się w zimie ścianówką i płytą. Wewnątrz urządzili sobie coś w rodzaju galerii ze starymi klamotami wiejskimi i zdjęciami własną ręką robionymi.
Teraz budują kuchnię letnią, krytą strzechą słomianą, z piecem chlebowym i grillem.
No, więc wyszło fajnie. Swoi zawsze się znajdą, nawet na kresach cywilizowanego świata, jak widać.
Wróciłyśmy z tego wszystkiego o szarówce. Kury już wszystkie siedziały grzecznie na grzędach, a kozy ledwie po omacku trafiły na stanowisko dojeniowe.
Takie z rzadka miewamy rozrywki towarzyskie na podlaskich bezludziach.
Podlasie, przynajmniej ten skrawek, w którym my mieszkamy, czyli w dół od Puszczy Białowieskiej robi jeszcze jedno wrażenie. Niesamowicie wielkiej przestrzeni, choć wcale w rzeczywistości tak nie jest. Budzi je tylko to, że tak wiele tu przestrzeni niezamieszkanych, odludnych, dzikich. Wieś od wsi odległa jest od 5 do 7 km (a nawet więcej), co na zachód od Wisły już w praktyce nie występuje i miejscowości przechodzą jedna w drugą prawie bez widocznej granicy, albo z niewielką odległością 1-2 kilometrów. Nie ma też metropolii, jedynie miasta powiatowe, wielkości ok. 20 tysięcy mieszkańców, każde odległe od siebie jakieś 40-45 km. Drogi główne wąskie, często łatane i nieliczne, co rusz zjeżdża się z asfaltu na przedwojenne kocie łby, albo żwir, dobrze, jeśli wyrównany. Dodać trzeba, że wioski są na ogół niewielkie, od kilkunastu do kilkudziesięciu domostw, przeważnie o tradycyjnym wyglądzie, drewnianych. Tu konie, tam krowa, kozy albo barany, ówdzie kury pasące się w pobliżu obejść. Staruszkowie na ławeczkach w niedzielę wysiadujący. I wszędy blisko do lasu. Każda z wiosek to osobna kraina, mentalna i językowa, i religijna także. Ale o tym już kiedyś pisałam.
No, więc jadąc od Hajnówki powiatową trasą ku nam wiodącą wzdłuż granicy zboczyłyśmy w pewnej chwili w las, przejechałyśmy jedną wioskę, potem drugą. W tej udało nam się rozpytać kobietę siedzącą na ławeczce, czy ktoś w pobliżu trzyma kozy, bo słyszałyśmy, że tak, a my szukamy kozy na wymianę. Pani bardzo szeroko i sympatycznie odpowiadając stwierdziła, że owszem są, tacy jedni z miasta, ale to za wsią trzeba jechać, ło, tą drogą, prosto-prosto, aż się trafi w takie miejsce, gdzie tylko dwie chaty stoją. To tam.
No, więc pomknęłyśmy wyboistą polną drogą na kolonię owej wioski, ale jak się okazało powtórzenie "prosto" oznaczało dodatkowo, że daleko. Jakieś pięć kilometrów przez las zrobiłyśmy, żeby dotrzeć do dwóch domów. Zapytany mieszkaniec jednego jednak stwierdził, że to nie tu, tylko jeszcze jakieś pół kilometra dalej w las.
W ten sposób trafiłyśmy na ranczo pewnych romantyków z miasta Łodzi...
Mieszkają tam od lat 9. Trzymają stadko kóz, które mieszkają w starej stodole i mają rozległe pastwisko za chatą. Oraz starego konika tarpana i dwa psy. Kozy chowane są w pełni ekologicznie, czyli chodzą sobie luzem. Jedzą tyle, co uzbierają na łące, w sadzie i w lesie, a zimą karmione są jedynie sianem. W sumie stwierdziłyśmy, że może niepotrzebnie tak się przemęczamy dokarmiając nasze stado owsem przy dojeniu?
Chatę wyremontowali na wzór starej, zmienili piec i komin, ale ogrzewają się w zimie ścianówką i płytą. Wewnątrz urządzili sobie coś w rodzaju galerii ze starymi klamotami wiejskimi i zdjęciami własną ręką robionymi.
Teraz budują kuchnię letnią, krytą strzechą słomianą, z piecem chlebowym i grillem.
No, więc wyszło fajnie. Swoi zawsze się znajdą, nawet na kresach cywilizowanego świata, jak widać.
Wróciłyśmy z tego wszystkiego o szarówce. Kury już wszystkie siedziały grzecznie na grzędach, a kozy ledwie po omacku trafiły na stanowisko dojeniowe.
Takie z rzadka miewamy rozrywki towarzyskie na podlaskich bezludziach.
19 września 2011
Systematyczność
Suniemy z pracami do przodu, stopniowo i powoli, dzień po dniu.
Ania szaluje wnętrze trzeciego pokoju. Już wiadomo, że desek nie starczy na cały i trzeba będzie dokupić. Najlepiej przed zimą, aby spokojnie rzecz skończyć. Już rozplanowałyśmy umeblowanie pokoju i tym samym przemeblowanie innych.
Ja dzisiaj uznałam, że niesolony ser podpuszczkowy (na wzór owczego bundza zrobiony) dojrzał przez okres około dwóch tygodni na poddaszu i nadaje się do dalszej obróbki. Zaopatrzona w księgi uczone w temacie serowarstwa starannie zaplanowałam dalsze prace. Okroiłam bundzaki ze skórki pokrytej białawą pleśnią, pokroiłam na kawałki i zmieliłam w maszynce. Przedtem zważyłam całość sera i obliczyłam ilość potrzebnej soli. Odważyłam równo 1,5 procenta wagi masy serowej, posypałam ją i ugniotłam rękami jak ciasto, starannie mieszając ser z solą. Wynik zapakowałam do garnuszka, wyłożonego papierem do pieczenia, ubiłam pałką, położyłam na wierzch papier, przycisnęłam deseczką i kamieniami i zapakowałam wszystko do piwniczki. Na dwa tygodnie.
Jeśli się uda, a potrawy z bryndzą mi zasmakują (już się cieszę na pierożki, knedle i placki ziemniaczane), pomyślę o zapasie zimowym tejże.
A poza tym był to ważny dzień, z tego względu, że nadeszła wyczekiwana przesyłka z drukarni. Kurier podwiózł ciężką pakę pod bramę, a do progu domu dojechała... taczką.
Ania szaluje wnętrze trzeciego pokoju. Już wiadomo, że desek nie starczy na cały i trzeba będzie dokupić. Najlepiej przed zimą, aby spokojnie rzecz skończyć. Już rozplanowałyśmy umeblowanie pokoju i tym samym przemeblowanie innych.
Ja dzisiaj uznałam, że niesolony ser podpuszczkowy (na wzór owczego bundza zrobiony) dojrzał przez okres około dwóch tygodni na poddaszu i nadaje się do dalszej obróbki. Zaopatrzona w księgi uczone w temacie serowarstwa starannie zaplanowałam dalsze prace. Okroiłam bundzaki ze skórki pokrytej białawą pleśnią, pokroiłam na kawałki i zmieliłam w maszynce. Przedtem zważyłam całość sera i obliczyłam ilość potrzebnej soli. Odważyłam równo 1,5 procenta wagi masy serowej, posypałam ją i ugniotłam rękami jak ciasto, starannie mieszając ser z solą. Wynik zapakowałam do garnuszka, wyłożonego papierem do pieczenia, ubiłam pałką, położyłam na wierzch papier, przycisnęłam deseczką i kamieniami i zapakowałam wszystko do piwniczki. Na dwa tygodnie.
Jeśli się uda, a potrawy z bryndzą mi zasmakują (już się cieszę na pierożki, knedle i placki ziemniaczane), pomyślę o zapasie zimowym tejże.
A poza tym był to ważny dzień, z tego względu, że nadeszła wyczekiwana przesyłka z drukarni. Kurier podwiózł ciężką pakę pod bramę, a do progu domu dojechała... taczką.
a na koniec świata najlepsze jest tkanie ;-)
Ostatnio miałam przyjemność wykańczać chodniki utkane przez Starą Tkaczkę. Cóż, widać wtedy ile jeszcze brakuje moim do mistrzostwa.



Oto prosty i sprytny sposób wrabiania wzoru i dodania mu dynamiki; na nitkę ze szmatki nakłada się pocięte kawałki tkaniny w kontrastowym kolorze. Ten sposób ozdabiania często jest spotykany w naszym regionie.



Oto prosty i sprytny sposób wrabiania wzoru i dodania mu dynamiki; na nitkę ze szmatki nakłada się pocięte kawałki tkaniny w kontrastowym kolorze. Ten sposób ozdabiania często jest spotykany w naszym regionie.
18 września 2011
O znakach końca w dodatku
Nie, żebym straszyła albo szukała mocnych wrażeń w nudnym wiejskim bytowaniu. Ale może warto, aby spokojni i zmieszczanieni Czytelnicy blogów tego rodzaju, jak mój, zarejestrowali przez przypadek zaglądnięcia tutaj, jeden z wielu ostatnio sygnałów ostrzegawczych?
Sama miewam ich dużo, choć Babką nie jestem (może jeszcze nie). Od lat. Coś mnie wygnało z metropolii na daleką wiochę, coś każe siać i orać, doić i jeść to, co wypracuje moja ręka... Ot, złe sny, ktoś powie. Dobra. Ostatnio śnią to samo, co ja od 10-15 lat, całe grupy ludzi w wielu miejscach świata.
Cytuję w pewnym skrócie jeden z takich "snów", tym razem podpartych obliczeniami. Jeden z wielu, mówię. Wcale nie inne sny, miał już ponad 500 lat temu Nostradamus.
"Urodzony w 1946 roku Gerald Celente, syn włoskiego emigranta jest jednym z renomowanych prognostyków światowych trendów. W swym najnowszym internetowym Newsletter „The Trends Journal” zamieścił prognozę pt.:
„Pierwsza Wielka Wojna XXI wieku - przygotujcie się na walkę o przetrwanie”.
Celente od ponad 20 miesięcy prognozuje upadek zachodniego świata i ostrzega przed wybuchem wojny jeszcze w roku 2011 - tak w USA jak w Europie. Ostrzega i nawołuje wszystkich obywateli rozwiniętych państw do przygotowania się do wojny na śmierć i życie - poprzez zaopatrzenie się w broń i zapasy żywności. Zaleca również wcześniejsze opracowanie planu na wypadek koniecznej ucieczki...
W zglobalizowanym świecie zostaną zerwane łańcuchy zaopatrzenia w żywność. Ludzie, którzy np. w krajach europejskich uważają za zwyczajne spożywanie hiszpańskiej sałaty czy tureckich ogórków przekonają się, że polegali na imporcie, którego już więcej nigdy nie będzie. Rozpocznie się walka o pozostałe jeszcze zapasy żywności.
Obok wielkiego kryzysu żywnościowego wybuchnie nienawiść do obcokrajowców i nacjonalizm. Ogarną one wszystkie warstwy społeczne. Każdy będzie chciał ratować siebie i swoją rodzinę. Zapanuje prawo dżungli.
Bardzo szybko obywatele EU przekonają się, że ich pieniądze, oszczędności, ich zabezpieczenie finansowe na przyszłość nagle zniknie. Polisy ubezpieczeniowe,
długoterminowe książeczki oszczędnościowe - wszystko to w jednym momencie
stanie się zadrukowanym bezwartościowym papierem. Przetrwają ci, którym udało się
w czas wymienić pieniądze na metale szlachetne (złoto, srebro).
Unia Europejska się rozpadnie. Wybuchnie wiele lokalnych i międzynarodowych
konfliktów...
Gerard Celente nawołuje do wymiany pieniędzy na metale szlachetne, do zaopatrzenia się w broń i w zapasy żywności.
Przy tym rzeczą ważniejszą jest psychiczne przygotowanie się na nadchodzące
wydarzenia. Kto tego nie uczyni i z tych prognoz się śmieje, ten dozna psychicznego załamania i nadchodzących wydarzeń z całą pewnością nie przeżyje."
Hm, mogłabym parę rzeczy, o których nie wspomina prognostyk, dodać od siebie, ale poprzestanę na tym podglądzie coraz bliższej przyszłości.
A ty co teraz robisz? Co przedsięwziąłeś dla sprawy swojej i przetrwania esencji świata? Bo, gdy będzie za późno, będziesz zdany/a na fale nieprzewidywalnych i przypadkowych zdarzeń, którymi szybko przestanie rządzić jakakolwiek strategia.
Sama miewam ich dużo, choć Babką nie jestem (może jeszcze nie). Od lat. Coś mnie wygnało z metropolii na daleką wiochę, coś każe siać i orać, doić i jeść to, co wypracuje moja ręka... Ot, złe sny, ktoś powie. Dobra. Ostatnio śnią to samo, co ja od 10-15 lat, całe grupy ludzi w wielu miejscach świata.
Cytuję w pewnym skrócie jeden z takich "snów", tym razem podpartych obliczeniami. Jeden z wielu, mówię. Wcale nie inne sny, miał już ponad 500 lat temu Nostradamus.
"Urodzony w 1946 roku Gerald Celente, syn włoskiego emigranta jest jednym z renomowanych prognostyków światowych trendów. W swym najnowszym internetowym Newsletter „The Trends Journal” zamieścił prognozę pt.:
„Pierwsza Wielka Wojna XXI wieku - przygotujcie się na walkę o przetrwanie”.
Celente od ponad 20 miesięcy prognozuje upadek zachodniego świata i ostrzega przed wybuchem wojny jeszcze w roku 2011 - tak w USA jak w Europie. Ostrzega i nawołuje wszystkich obywateli rozwiniętych państw do przygotowania się do wojny na śmierć i życie - poprzez zaopatrzenie się w broń i zapasy żywności. Zaleca również wcześniejsze opracowanie planu na wypadek koniecznej ucieczki...
W zglobalizowanym świecie zostaną zerwane łańcuchy zaopatrzenia w żywność. Ludzie, którzy np. w krajach europejskich uważają za zwyczajne spożywanie hiszpańskiej sałaty czy tureckich ogórków przekonają się, że polegali na imporcie, którego już więcej nigdy nie będzie. Rozpocznie się walka o pozostałe jeszcze zapasy żywności.
Obok wielkiego kryzysu żywnościowego wybuchnie nienawiść do obcokrajowców i nacjonalizm. Ogarną one wszystkie warstwy społeczne. Każdy będzie chciał ratować siebie i swoją rodzinę. Zapanuje prawo dżungli.
Bardzo szybko obywatele EU przekonają się, że ich pieniądze, oszczędności, ich zabezpieczenie finansowe na przyszłość nagle zniknie. Polisy ubezpieczeniowe,
długoterminowe książeczki oszczędnościowe - wszystko to w jednym momencie
stanie się zadrukowanym bezwartościowym papierem. Przetrwają ci, którym udało się
w czas wymienić pieniądze na metale szlachetne (złoto, srebro).
Unia Europejska się rozpadnie. Wybuchnie wiele lokalnych i międzynarodowych
konfliktów...
Gerard Celente nawołuje do wymiany pieniędzy na metale szlachetne, do zaopatrzenia się w broń i w zapasy żywności.
Przy tym rzeczą ważniejszą jest psychiczne przygotowanie się na nadchodzące
wydarzenia. Kto tego nie uczyni i z tych prognoz się śmieje, ten dozna psychicznego załamania i nadchodzących wydarzeń z całą pewnością nie przeżyje."
Hm, mogłabym parę rzeczy, o których nie wspomina prognostyk, dodać od siebie, ale poprzestanę na tym podglądzie coraz bliższej przyszłości.
A ty co teraz robisz? Co przedsięwziąłeś dla sprawy swojej i przetrwania esencji świata? Bo, gdy będzie za późno, będziesz zdany/a na fale nieprzewidywalnych i przypadkowych zdarzeń, którymi szybko przestanie rządzić jakakolwiek strategia.
17 września 2011
O znaku końca świata
Nie odczuwam jeszcze starzenia się na co dzień, ani też w oczach bliskich i znajomych. Jednak sama sobie często - w kontakcie ze światem ludzi - wydaję się coraz bardziej zmęczoną zgredówą. Nie to, że nic mnie nie cieszy. To nie. Często bowiem raduję się byle czym, pogodą, niepogodą, zwierzętami, rozmowami z miejscowymi znajomymi, pracą do wykonania i pracą już wykonaną.
A jednak faktem jest, że zgredzieję momentalnie, gdy ociera się o mnie - najczęściej wabiąco i nieświadomie pouśmiechana z każdego boku - Ideologia. Wszelkiego rodzaju.
Przeważnie Ideologią żyją, karmią się, puchną od niej, napędzają się nią codziennie, obwarowują się i łączą na jej bazie w grupy i pary - młodzi ludzie. Ale - niestety - znam takich Ideowców w moim i starszym nawet wieku. Niestety, bo o ile w przypadku młodej osoby można jej Ideowość brać za cechę młodości, która musi się wyszumieć i wiele jeszcze doświadczyć, aby nabrać mądrości, to w przypadku osób starszych nie ma już takiej nadziei, a ich idee wchodzą w fazę uparcie i rutynowo fanatyczną. I moja zgredziałość wtedy nabiera mocy "strasznej babuni".
Świadomie nie nazywam Ideowości idealizmem, bo to różnica.
Czemu nie widzę ostatnio idealistów? Tylko jeno Ideowców?
W większości - kolejne niestety - chorują na to ludzie z Miast. Są jak gdyby podpięci pod "siły wyższe", zbiorowe mody, nastawienia, pola informacji, i z zapałem przejmują sztandar boga "Ideja" w ręce, aby dodać sobie chyba indywidualności, ważności, waloru reprezentanta mocy, czy co. Nieważne co tym "Ideem" jest, czy religia czy ateizm, czy joga czy wiara, czy czekanie na UFO czy szamańskie kamłanie w lesie na spacerze raz w tygodniu, czy wegetarianizm czy dieta Kapuścińskiego, czy ekologia czy polityka. Wszyscy grupują się w środowiska wzajemnej adoracji, gdzie zyskują różną rangę w oczach swoich wzajemnych, a ich działanie polega głównie na mieleniu językiem, przekonywaniu, przerzucaniu się hasłami, małpowaniu gestów i nastawień oraz w dbaniu o linię w taki czy inny sposób. Większość Ideologów obserwuje bacznie świat poprzez ekran, tv i komputera, radio i prasę i jest absolutnie pewna, że ten świat, który widzą naprawdę istnieje. Choć go nie ma, konkretnie, bo idei nikt jeszcze nie dotknął ani też się nią nie najadł.
Na tle zawsze cichej, rodzącej i niszczącej, pachnąco-śmierdzącej Matki Przyrody zawsze wypadają sztucznie, nienaturalnie, krzykliwe papugi, ot, i co.
To pewnikiem jeszcze jeden znak końca świata.
Jeśli tylko mojego osobistego końca, to się cieszę, bo zgredziałość źle wpływa na ciśnienie i wcale nie jest miło jej podlegać. I odstraszać napalonych Ideologów krwią i potem, pracą, nudą, ciszą, czyli rzeczywistością w samej swojej dotykalnej istotności. Chętnie wypiszę się z tego świata, gdy nadejdzie moja pora. Bo świat zapełniony przez Ideologów piorących sobie własnoręcznie mózgi, sterylnych, zawsze wykąpanych i 24 godziny na dobę pogrążonych w myśleniu Ideowym - smętnym i przykrym jest widokiem. To nie jest ziemska mutacja.
Ale jeśli to znak bliskiego końca świata, to Panie Boże spraw, aby dotyczyło to świata Ideologów. Wtedy, acz niechętnie, lecz z pokorą zapisuję się w tym uczestniczyć i wesprzeć Koniec swoim zgredziarstwem, aby runął.
A jednak faktem jest, że zgredzieję momentalnie, gdy ociera się o mnie - najczęściej wabiąco i nieświadomie pouśmiechana z każdego boku - Ideologia. Wszelkiego rodzaju.
Przeważnie Ideologią żyją, karmią się, puchną od niej, napędzają się nią codziennie, obwarowują się i łączą na jej bazie w grupy i pary - młodzi ludzie. Ale - niestety - znam takich Ideowców w moim i starszym nawet wieku. Niestety, bo o ile w przypadku młodej osoby można jej Ideowość brać za cechę młodości, która musi się wyszumieć i wiele jeszcze doświadczyć, aby nabrać mądrości, to w przypadku osób starszych nie ma już takiej nadziei, a ich idee wchodzą w fazę uparcie i rutynowo fanatyczną. I moja zgredziałość wtedy nabiera mocy "strasznej babuni".
Świadomie nie nazywam Ideowości idealizmem, bo to różnica.
Czemu nie widzę ostatnio idealistów? Tylko jeno Ideowców?
W większości - kolejne niestety - chorują na to ludzie z Miast. Są jak gdyby podpięci pod "siły wyższe", zbiorowe mody, nastawienia, pola informacji, i z zapałem przejmują sztandar boga "Ideja" w ręce, aby dodać sobie chyba indywidualności, ważności, waloru reprezentanta mocy, czy co. Nieważne co tym "Ideem" jest, czy religia czy ateizm, czy joga czy wiara, czy czekanie na UFO czy szamańskie kamłanie w lesie na spacerze raz w tygodniu, czy wegetarianizm czy dieta Kapuścińskiego, czy ekologia czy polityka. Wszyscy grupują się w środowiska wzajemnej adoracji, gdzie zyskują różną rangę w oczach swoich wzajemnych, a ich działanie polega głównie na mieleniu językiem, przekonywaniu, przerzucaniu się hasłami, małpowaniu gestów i nastawień oraz w dbaniu o linię w taki czy inny sposób. Większość Ideologów obserwuje bacznie świat poprzez ekran, tv i komputera, radio i prasę i jest absolutnie pewna, że ten świat, który widzą naprawdę istnieje. Choć go nie ma, konkretnie, bo idei nikt jeszcze nie dotknął ani też się nią nie najadł.
Na tle zawsze cichej, rodzącej i niszczącej, pachnąco-śmierdzącej Matki Przyrody zawsze wypadają sztucznie, nienaturalnie, krzykliwe papugi, ot, i co.
To pewnikiem jeszcze jeden znak końca świata.
Jeśli tylko mojego osobistego końca, to się cieszę, bo zgredziałość źle wpływa na ciśnienie i wcale nie jest miło jej podlegać. I odstraszać napalonych Ideologów krwią i potem, pracą, nudą, ciszą, czyli rzeczywistością w samej swojej dotykalnej istotności. Chętnie wypiszę się z tego świata, gdy nadejdzie moja pora. Bo świat zapełniony przez Ideologów piorących sobie własnoręcznie mózgi, sterylnych, zawsze wykąpanych i 24 godziny na dobę pogrążonych w myśleniu Ideowym - smętnym i przykrym jest widokiem. To nie jest ziemska mutacja.
Ale jeśli to znak bliskiego końca świata, to Panie Boże spraw, aby dotyczyło to świata Ideologów. Wtedy, acz niechętnie, lecz z pokorą zapisuję się w tym uczestniczyć i wesprzeć Koniec swoim zgredziarstwem, aby runął.
16 września 2011
Eko-zatrudnienia
O czym my to? O Babciach ze starszyzny świata (na Podlasiu zowie się je babkami), doświadczających wizji rozwoju wydarzeń na Ziemi w najbliższych latach i objeżdżających świat ze swoim przesłaniem. O budownictwie naturalnym i nie. O wiosce eko i ludziach z korporacji uciekających na wieś, cisnących się do nauki rzemiosła prostego, zostawiających wypasione mieszkania w stolicy. O sterylnych miejskich "chigienistach" i ich biednych dzieciach, myjących na wsi ręce z częstotliwością bliską nerwicy natręctw. O sposobach pozyskiwania wody, filtrowania deszczówki i zużywania w ubikacji szarej wody, zamiast czystej wprost z kranu.
Dzisiaj powstała kolejna tabliczka krówek-kózek, tym razem dodałam 1/3 objętości cukru. Wyszły smaczniejsze, bo cukier zabija smak, ale nieco bledsze.
No, i pan elektryk zmienił położenie włącznika światła w trzecim pokoju oraz zamontował kontakt i dodatkową lampę na poddaszu.
Ania znów lepi z gliny, na kolejnych warsztatach w GOK-u. Tym razem powstają podstawki pod doniczki i kilka ozdobnych kafelków do kuchni.
Dzisiaj powstała kolejna tabliczka krówek-kózek, tym razem dodałam 1/3 objętości cukru. Wyszły smaczniejsze, bo cukier zabija smak, ale nieco bledsze.
No, i pan elektryk zmienił położenie włącznika światła w trzecim pokoju oraz zamontował kontakt i dodatkową lampę na poddaszu.
Ania znów lepi z gliny, na kolejnych warsztatach w GOK-u. Tym razem powstają podstawki pod doniczki i kilka ozdobnych kafelków do kuchni.
14 września 2011
Kozie ciućki
Powoluniu, powoluniu wracamy do sprawy, której remont na imię. Ania w wolnych chwilach maluje brązowym drewnochronem oborę, a dziś powróciła do tematu szalowania ściany wewnętrznej w trzecim pokoju. Nawet kilka desek udało się dociąć i przykręcić. W przerwach między pracami firmowymi. Ja pomalowałam trochę sztachet również drewnochronem, ale zielonym, na wciąż powstające ogrodzenie ogródka i ściany północnej działki. A w przerwie napaliłam pod płytą, spasteryzowałam chiński sos (wyszedł smakowity, ciekawe, jak się przechowa) i sałatkę z ćwikły. A przy okazji uwarzyłam kolejną tabliczkę kozich cukierków.
Tu przez nieuwagę wzięłam na warsztat starsze mleko, które wzięło i się zwarzyło przy gotowaniu. Jako rasowy alchemik nie przestraszyłam się, nie wylałam mikstury osom na pożarcie, tylko ciągnęłam proces dalej. Z naukowym podejściem...
Hm, wyszło coś fajnego... Ania popadła w kontemplację przy wylizywaniu garnka.
- Skąd ja znam ten smak?
Tu wpadłyśmy na pomysł jak urozmaicić produkt, ale to na przyszły raz. Bo na ten wyszła tabliczka, którą śmiało mogę nazwać (za inspiracją Naszej Polany): Kozie ciućki.
Tu przez nieuwagę wzięłam na warsztat starsze mleko, które wzięło i się zwarzyło przy gotowaniu. Jako rasowy alchemik nie przestraszyłam się, nie wylałam mikstury osom na pożarcie, tylko ciągnęłam proces dalej. Z naukowym podejściem...
Hm, wyszło coś fajnego... Ania popadła w kontemplację przy wylizywaniu garnka.
- Skąd ja znam ten smak?
Tu wpadłyśmy na pomysł jak urozmaicić produkt, ale to na przyszły raz. Bo na ten wyszła tabliczka, którą śmiało mogę nazwać (za inspiracją Naszej Polany): Kozie ciućki.
12 września 2011
Historia piły
Piła, ta sama, chińska podróba sztila, o jakiej można poczytać w sąsiedzkim blogu, kupiona jednak nie u Rumunów (za jakich uchodzą w głębi Polski), a u Cyganów (jak prosperują przy granicy) też nam dość szybko padła. (Szczęście w nieszczęściu, tym można się pochwalić, żeśmy ją za pół ceny kupiły, po targu, względem tego, co zapłacił był za nią Big Johnny).
Ktoś podał namiar na dobry serwis, w którym jedno na osiem takich cudeniek może dostąpić reaktywacji. Pojechałyśmy jakiś czas temu, piła została w serwisie, acz pan od razu powiedział, że mała jest szansa i że, gdy taką otworzyć to wszystko się sypie z miejsca. No, a dziś nagle telefon od pana (wziął, zapisał sobie telefon i nawet imię i nazwisko), że zamyka zakład na tydzień i że piła jest do odbioru, gotowa. Pojechałyśmy, a co. Warzenie sosu chińskiego i buraczków czerwonych (na inny przysmak zimowy) zostawiając na później. Przy okazji w Biedronce trochę makaronu dokupione zostało, ludzkiego, dla psów (psi makaron jakiś taki drogi w cenie się zrobił względem najtańszych ludzkich i ekonomia sama tym rządzi).
Piła odebrana, w rękach aninych ruszyła, ale okazało się, że słabiutką ma moc cięcia, lepiej nie ryzykować ciężkiej nią pracy. Ot, przyda się do jakichś doraźnych cięć na działce gałęzi drzew w rejonach, gdzie nie dociera kabel elektryczny. Bo, z kolei piła elektryczna, marki zapomnianej, kupiona w supermarkecie warszawskim za średnie pieniądze już od początku naszego osiedlenia się na Wsi (2005 rok) działa, ma się dobrze, i tylko w serwisie trzeba było niedawno łańcuch fachowo naostrzyć (osobiste ostrzenie już się nie sprawdzało) i coś tam podokręcać. A całkiem sporo już ta piła narżnęła, i to solidnego drewna, grubych pni grabowych i dębowych, olchy i brzozy.
- Pod choinkę od Mikołaja życzę sobie nową piłę spalinową - oznajmiła dzisiaj Ania w powietrze... No, bo gdzie?
Ktoś podał namiar na dobry serwis, w którym jedno na osiem takich cudeniek może dostąpić reaktywacji. Pojechałyśmy jakiś czas temu, piła została w serwisie, acz pan od razu powiedział, że mała jest szansa i że, gdy taką otworzyć to wszystko się sypie z miejsca. No, a dziś nagle telefon od pana (wziął, zapisał sobie telefon i nawet imię i nazwisko), że zamyka zakład na tydzień i że piła jest do odbioru, gotowa. Pojechałyśmy, a co. Warzenie sosu chińskiego i buraczków czerwonych (na inny przysmak zimowy) zostawiając na później. Przy okazji w Biedronce trochę makaronu dokupione zostało, ludzkiego, dla psów (psi makaron jakiś taki drogi w cenie się zrobił względem najtańszych ludzkich i ekonomia sama tym rządzi).
Piła odebrana, w rękach aninych ruszyła, ale okazało się, że słabiutką ma moc cięcia, lepiej nie ryzykować ciężkiej nią pracy. Ot, przyda się do jakichś doraźnych cięć na działce gałęzi drzew w rejonach, gdzie nie dociera kabel elektryczny. Bo, z kolei piła elektryczna, marki zapomnianej, kupiona w supermarkecie warszawskim za średnie pieniądze już od początku naszego osiedlenia się na Wsi (2005 rok) działa, ma się dobrze, i tylko w serwisie trzeba było niedawno łańcuch fachowo naostrzyć (osobiste ostrzenie już się nie sprawdzało) i coś tam podokręcać. A całkiem sporo już ta piła narżnęła, i to solidnego drewna, grubych pni grabowych i dębowych, olchy i brzozy.
- Pod choinkę od Mikołaja życzę sobie nową piłę spalinową - oznajmiła dzisiaj Ania w powietrze... No, bo gdzie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)