Zwolna rozdeszcza się. Tak na chwilę po południu. Pachnie ziemia. W miasteczku kwitną na gwałt śliwy i wiśnie, ale u nas wszystko, co rośnie jest późne. Śliwy węgierskie koło obory ledwie listki zaczęły puszczać. To samo z akacjami, dębami, grabami, czeremchami (tych są dwa gatunki, polski i amerykański, któryś jest wcześniejszy, my mamy ten późniejszy) porastającymi naszą wydmę. Jabłonie kwitły w zeszłym roku. W tym odpoczywają. Tak to jest.
Cieszę się na deszcz (w przeciwieństwie do egoistycznych Mieszczan szykujących się na majowy łykend). Marne żytko na polu ruszy na pewno z kopyta do góry. I trawy przybędzie.
Wraz z deszczem pokazują się pierwsze komary. Z tego się nie cieszę.
Wczoraj zdechła nam stara kokoszka. Trzyletnia. Miała jakiś kłopot z jajowodem. Znosiła super-wielkie jaja. Zgapiłyśmy się. Liczyłam, że jej przejdzie, bo w zeszłym roku też tak miała i przeszło jej. Miała kłopot ze zniesieniem jaja, męczyła się. I nie poszła na pieniek i na rosół, tylko do ziemi. Trzeba być bardziej zdecydowanym w tych sprawach. Uczymy się cały czas.
A dzisiaj dwie kolejne kózki poszły na swoje. W dobre ręce.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
29 kwietnia 2011
27 kwietnia 2011
Jeden ogień
Młody Sławko zjawił się już przed ósmą do roboty. Dostało mu się wydobywanie gnoju z boksu Zuzi i Tyni (oraz Czesia i Lesia). No, Ania musiała robić z nim w zespole, bo trzeba było taczkami wywozić "złoto" na kupę.
Ja zrobiłam kolejną goudę i ugotowałam obiad, dla nas trojga oraz karmę dla psów i kur. Przy okazji na ciepłej płycie przyśpieszyłam nieco proces kiśnięcia mleka na twarożek. Noce wciąż są chłodne i mleko zlane do kamionki kiśnie dłużej, niż wtedy, gdy jest ciepło lub gdy palić pod płytą. A tego przez święta nie chciało mi się robić.
Ogień, jeden ogień i tyle się zaczyniło. Posiłków trzy plus mleko i wrzątek w czajniku oraz gorąca woda w kranie. Konieczna na kąpiel po gnojnej robocie...
Ja zrobiłam kolejną goudę i ugotowałam obiad, dla nas trojga oraz karmę dla psów i kur. Przy okazji na ciepłej płycie przyśpieszyłam nieco proces kiśnięcia mleka na twarożek. Noce wciąż są chłodne i mleko zlane do kamionki kiśnie dłużej, niż wtedy, gdy jest ciepło lub gdy palić pod płytą. A tego przez święta nie chciało mi się robić.
Ogień, jeden ogień i tyle się zaczyniło. Posiłków trzy plus mleko i wrzątek w czajniku oraz gorąca woda w kranie. Konieczna na kąpiel po gnojnej robocie...
26 kwietnia 2011
Trzeci dzień świąt
Dzień ostrego słońca. I lekkiej pracy. Ze względu na to, że wioska świętowała jeszcze trzeci dzień Wielkanocy. Ten dzień odpowiada najbardziej katolickim Wszystkim Świętym. Ludzie chodzą na cmentarz, batiuszka błogosławi groby, a oni biesiadują wraz z duchami zmarłych przodków, święcąc w ten sposób starosłowiańskie Dziady.
Wyczyściłam piwniczkę w domu pod tymczasową dojrzewalnię serów. Jest maleńka, 2,6 m na 1,5 m, wysoka na 1,4, więc trzeba się zginać. Pomalowałam ściany i sufit wapnem, skropiłam nim podłogę, a Ania zainstalowała stary regalik.
Z rozpędu poszłam potem z pędzlem i bieleniem między drzewa w koziej zagrodzie. Oto rezultat... Szpaler grabów pomalowany ochronnie przed zębiskami żarłocznych kóz (metoda sprawdza się, drzewa żyją po zeszłorocznych uszkodzeniach i wypuściły świeże listki).

Ania również malowała, ale rezultat jej pracy pokażę przyszłym razem. Zajęła się bowiem renowacją starego metalowego łóżka, które kupiłyśmy wraz z siedliskiem. Towarzyszyła jej przy tym Gusieńka. Tutaj pozuje wśród akacji jako gęś leśna...

A oto jawor-klon, drzewo życia rosnące za chatą. Ma około siedemdziesięciu lat. Tak samo jak akacje, i dęby w zagrodzie jeszcze bezlistny. Te drzewa wypuszczają liście w maju.
Wyczyściłam piwniczkę w domu pod tymczasową dojrzewalnię serów. Jest maleńka, 2,6 m na 1,5 m, wysoka na 1,4, więc trzeba się zginać. Pomalowałam ściany i sufit wapnem, skropiłam nim podłogę, a Ania zainstalowała stary regalik.
Z rozpędu poszłam potem z pędzlem i bieleniem między drzewa w koziej zagrodzie. Oto rezultat... Szpaler grabów pomalowany ochronnie przed zębiskami żarłocznych kóz (metoda sprawdza się, drzewa żyją po zeszłorocznych uszkodzeniach i wypuściły świeże listki).

Ania również malowała, ale rezultat jej pracy pokażę przyszłym razem. Zajęła się bowiem renowacją starego metalowego łóżka, które kupiłyśmy wraz z siedliskiem. Towarzyszyła jej przy tym Gusieńka. Tutaj pozuje wśród akacji jako gęś leśna...

A oto jawor-klon, drzewo życia rosnące za chatą. Ma około siedemdziesięciu lat. Tak samo jak akacje, i dęby w zagrodzie jeszcze bezlistny. Te drzewa wypuszczają liście w maju.
24 kwietnia 2011
Ale jaja!
Zachmurzyło się i odrobinę popadało. Dzięki temu był motyw, aby nie wypuszczać kóz na trawę. Tym samym uszczknąć sobie codziennej pracy i poświętować.
Śmiechu warte, kozuchy znowu zakochane. W Królu rzecz jasna. Nie ośmieliłyśmy się go sprzedać mało doświadczonemu hodowcy. Prawie wszystkie merdają teraz ogonkami (trzeba uważać przy dojeniu, żeby po buzi nie dostać) i prześcigają się w ekspresyjnym beczeniu. Najmocniejsza jest w tym Misia (nota bene matka Króla), która dysponuje dramatycznym altem i robi przy tym minę wargami w dół jak na greckiej masce teatralnej.
- Gdyby wystawić operę, słuchaj, to Luba byłaby przewodniczką chóru, Dziunia z Kazią śpiewałyby w chórze, a Misia byłaby solistką. Więcej, słuchaj, gdyby zaczęła śpiewać solo, publiczność natychmiast zalałaby się łzami prawdziwego wzruszenia! - stwierdziłam.
Trzeba było trzymać je w zamkniętej oborze, bo chóralny ryk był tak rozległy, a sąsiednia Góra pełni rolę akustycznego wzmacniacza dźwięków, że obawiałam, się, iż słychać je na drugim końcu wsi.
- Ludziska jeszcze powiedzą, że dziewczyny popiły się, leżą nieprzytomne, a kozy ryczą z głodu niedojone!
Więc zatrzasnęłyśmy wrota i trochę się wyciszyły.
I znowu mam świąteczną przypadłość, słaby apetyt. Mimo to coś tam zjadłam. Na śniadanie świąteczne dwa jaja od Zielonych Nóżek gotowane na twardo w łupinach z cebuli, z chrzanem ze śmietaną, a na obiad kopytka z gulaszem z koźlęciny i ćwikłą. Nie ma już miejsca w brzuchu na alkohol. Za to Ania raczy mnie filmem o Tęczowym Wojowniku, statku Greenpeace`u.
Śmiechu warte, kozuchy znowu zakochane. W Królu rzecz jasna. Nie ośmieliłyśmy się go sprzedać mało doświadczonemu hodowcy. Prawie wszystkie merdają teraz ogonkami (trzeba uważać przy dojeniu, żeby po buzi nie dostać) i prześcigają się w ekspresyjnym beczeniu. Najmocniejsza jest w tym Misia (nota bene matka Króla), która dysponuje dramatycznym altem i robi przy tym minę wargami w dół jak na greckiej masce teatralnej.
- Gdyby wystawić operę, słuchaj, to Luba byłaby przewodniczką chóru, Dziunia z Kazią śpiewałyby w chórze, a Misia byłaby solistką. Więcej, słuchaj, gdyby zaczęła śpiewać solo, publiczność natychmiast zalałaby się łzami prawdziwego wzruszenia! - stwierdziłam.
Trzeba było trzymać je w zamkniętej oborze, bo chóralny ryk był tak rozległy, a sąsiednia Góra pełni rolę akustycznego wzmacniacza dźwięków, że obawiałam, się, iż słychać je na drugim końcu wsi.
- Ludziska jeszcze powiedzą, że dziewczyny popiły się, leżą nieprzytomne, a kozy ryczą z głodu niedojone!
Więc zatrzasnęłyśmy wrota i trochę się wyciszyły.
I znowu mam świąteczną przypadłość, słaby apetyt. Mimo to coś tam zjadłam. Na śniadanie świąteczne dwa jaja od Zielonych Nóżek gotowane na twardo w łupinach z cebuli, z chrzanem ze śmietaną, a na obiad kopytka z gulaszem z koźlęciny i ćwikłą. Nie ma już miejsca w brzuchu na alkohol. Za to Ania raczy mnie filmem o Tęczowym Wojowniku, statku Greenpeace`u.
23 kwietnia 2011
W samym środku
Jak łaskawa Anna pozwoli, to w Święta mam nadzieję uaktualnić zdjęcie frontowe na blogu i dać trochę fotek z codzienności. Ale jej łaska na pstrym koniu jeździ. Bo wczoraj przydźwigała opadłą ponad rok temu antenę satelitarną i powiesiła ją z powrotem na tym samym miejscu, co kiedyś. Jedyna pociecha, że do pierwszych większych śniegów i odwilży będzie tu wisieć. Dzisiaj kręciła talerzem dotąd, aż antena załapała sygnał. No, i mój raj się skończył...
Teraz, kiedy to piszę, ogląda film edukacyjny o Singapurze. O, już przeskoczyła do filmu na temat globalnego ocieplenia.
A ja chciałam opisać, jak pięknie jest, gdy nic się w zagrodzie nie dzieje, a stali mieszkańcy odgrywają między sobą i wobec siebie zadziwiające role. Jak z kiplingowej Księgi Dżungli co najmniej.
Kogut ścigający Miłą (tak samo miała z nim przechlapane Kicia, więc wniosek: kurek nie znosi czarnego koloru), Usia chodząca blisko mnie, Gusia studiująca Łacia z wielką uwagą jakby okulary zgubiła, Łacio pozwalający się obwąchiwać Lesiowi i Czesiowi, tudzież gęsi, z kamienną minką, Gusia pijąca z jednego wiadra z białą Zofiją, a ponieważ Zofia znów przeszła atak biegunki widok powalający, dwa białe tyłeczki - ssaczy i ptasi - ufajdane na zielono skierowane w pełnej zgodzie ku wodzie...
Nie uchwyci tego żadna kamera, zresztą po co. Trzeba w tym być wewnątrz, w samym środku i nie wychylać donikąd głowy. Zwierzęta w jednym obejściu tworzą stado niejednogatunkowe, ale jednoświadomościowe, wspólnotę abstrakcyjną, ekologiczną, zhierarchizowaną, a jednocześnie demokratyczną i zamkniętą.
Gdy tylko ktoś obcy zjawi się u bramy, na progu, rodzinna atmosfera rozprasza się natychmiast, pojawia się popłoch i czuć ingerencję psującą zadziwiającą harmonię. Gęś zaczyna wrzeszczeć w niebogłosy, kogut pieje nerwowo, kury uciekają, koty robią myk do lasu, psy szczekają do upadłego i trzeba najpierw je pozamykać, aby w ogóle usłyszeć głos przybysza. I tak trwa aż do odejścia gościa.
Wtedy natychmiast wraca głęboki spokój i ulga. Och, przeciągają się koty w słońcu na tarasie, gę-gę, potwierdza Tasia brzechtając się w wodzie deszczowej pod rynną, uuch, wzdychają psy pod stołem, bee, pobekują kozy i koźlęta w boksach i wracają do przeżuwania.
Teraz, kiedy to piszę, ogląda film edukacyjny o Singapurze. O, już przeskoczyła do filmu na temat globalnego ocieplenia.
A ja chciałam opisać, jak pięknie jest, gdy nic się w zagrodzie nie dzieje, a stali mieszkańcy odgrywają między sobą i wobec siebie zadziwiające role. Jak z kiplingowej Księgi Dżungli co najmniej.
Kogut ścigający Miłą (tak samo miała z nim przechlapane Kicia, więc wniosek: kurek nie znosi czarnego koloru), Usia chodząca blisko mnie, Gusia studiująca Łacia z wielką uwagą jakby okulary zgubiła, Łacio pozwalający się obwąchiwać Lesiowi i Czesiowi, tudzież gęsi, z kamienną minką, Gusia pijąca z jednego wiadra z białą Zofiją, a ponieważ Zofia znów przeszła atak biegunki widok powalający, dwa białe tyłeczki - ssaczy i ptasi - ufajdane na zielono skierowane w pełnej zgodzie ku wodzie...
Nie uchwyci tego żadna kamera, zresztą po co. Trzeba w tym być wewnątrz, w samym środku i nie wychylać donikąd głowy. Zwierzęta w jednym obejściu tworzą stado niejednogatunkowe, ale jednoświadomościowe, wspólnotę abstrakcyjną, ekologiczną, zhierarchizowaną, a jednocześnie demokratyczną i zamkniętą.
Gdy tylko ktoś obcy zjawi się u bramy, na progu, rodzinna atmosfera rozprasza się natychmiast, pojawia się popłoch i czuć ingerencję psującą zadziwiającą harmonię. Gęś zaczyna wrzeszczeć w niebogłosy, kogut pieje nerwowo, kury uciekają, koty robią myk do lasu, psy szczekają do upadłego i trzeba najpierw je pozamykać, aby w ogóle usłyszeć głos przybysza. I tak trwa aż do odejścia gościa.
Wtedy natychmiast wraca głęboki spokój i ulga. Och, przeciągają się koty w słońcu na tarasie, gę-gę, potwierdza Tasia brzechtając się w wodzie deszczowej pod rynną, uuch, wzdychają psy pod stołem, bee, pobekują kozy i koźlęta w boksach i wracają do przeżuwania.
21 kwietnia 2011
Stara poczta
Paczka doszła już na drugi dzień, wszystkie jaja w całości dotarły. Niech żyje poczta polska!
Sprawdziłam wcześniej kurierów, bo wydawało mi się, że tylko oni gwarantują tempo dostawy. Ale, jak się okazało, wożą, owszem, ale długachna lista tego, czego nie wożą powaliła mnie na podłogę. Żadnej żywności, nawet żadnej części ciała zwierzęcego (czyli nawet kopytka ani rożka), ani nawer skóry ze zwierzęcia nie wezmą. Każą się spowiadać, co jest w paczce i w razie czego (stłuczenia, zniszczenia, zepsucia) nie biorą żadnej odpowiedzialności za towar. Za co więc biorą odpowiedzialność? Nie było napisane.
Ceny też nieporównywalne. Poczta jednak tańsza, mimo, że na wszelki wypadek paczkę ocliłam na wszelkie ostrożniościowe i przyspieszające sposoby. No, i doszła na drugi dzień w tygodniu przedświątecznym!
Super.
Sprawdziłam wcześniej kurierów, bo wydawało mi się, że tylko oni gwarantują tempo dostawy. Ale, jak się okazało, wożą, owszem, ale długachna lista tego, czego nie wożą powaliła mnie na podłogę. Żadnej żywności, nawet żadnej części ciała zwierzęcego (czyli nawet kopytka ani rożka), ani nawer skóry ze zwierzęcia nie wezmą. Każą się spowiadać, co jest w paczce i w razie czego (stłuczenia, zniszczenia, zepsucia) nie biorą żadnej odpowiedzialności za towar. Za co więc biorą odpowiedzialność? Nie było napisane.
Ceny też nieporównywalne. Poczta jednak tańsza, mimo, że na wszelki wypadek paczkę ocliłam na wszelkie ostrożniościowe i przyspieszające sposoby. No, i doszła na drugi dzień w tygodniu przedświątecznym!
Super.
20 kwietnia 2011
Napięcia wiosenne
W nocy, niezwykle jasnej od pełni księżyca, przymrozek z zamarzniętą wodą w pojemniku, zaś w dzień ostre słońce pozwalające mi chodzić w krótkim rękawku. Porządkowanie obejścia trwa, także tworzenie grządek pod kolejne zasiewy. Choć, jeśli ogrodzenie nie zdoła powstać odpowiednio wcześnie marnie widzę plony. Kurki i gęś już zwęszyły sprawę.
Niestety, z ogrodzeniem są opóźnienia. Majstrowie mają inne roboty poprzyjmowane, a my jeszcze nie zgromadziłyśmy materiałów (słupki, i siatka leśna na północno-wschodni bok oddzielający nas od lasu, gdzie złe czyha). Już sobie odpuściłam napięcie w tej kwestii. I tak ziemia w ogródku przydomowym na razie nie jest najlepsza (piasek pod 3-4centymetrową warstwą humusu), nawóz musi się przegryźć, jest zbyt świeży i pewnie dopiero za rok-dwa będą jakieś konkretne efekty z glebą, gdy dobrego kompostu się dorobimy, a wrzucony w ziemię obornik "przegryzie się".
Około 17 godziny, gdyśmy sobie na tarasie herbatę popijały układając plan zasiewów nagle zaszumiało, podniósł się krzyk koguci w krzakach za chatą, pośród akacji i zamigotał nam w oczach szarosrebrny duży ptak drapieżny usiłujący wylądować na jednej z kokoszek, grzebiących z zapałem w kompostowniku. Krzyknęłyśmy obie jednocześnie zrywając się na nogi, pierwsza ruszyła na wroga Kola i odpędziła łupieżcę ("bandytę", jak mawia Wiera). Kurki wystraszone odfrunęły w stronę kurnika i w kilka sekund były już ukryte w oborze. Poszłam je przeliczyć. Żywe wszystkie, uff, dzięki Bogu. Czym prędzej zamknęłam je w kurniku.
A dzisiaj właśnie zauważyłam, że jedna z Zielonych Nóżek, moja ulubiona Usia (ma białe uszy, czym się wyróżnia ze stada) posiaduje to tu to tam, po czym schodzi z gniazda głośno gdacząc jak po zniesieniu jajka, a tu jajka niet. Znaczy, dziewczyna będzie chciała niedługo siadać i trzeba jej gniazdo przygotować i jaja zebrać do koszyczka, żeby miała na czym usiąść.
Niestety, z ogrodzeniem są opóźnienia. Majstrowie mają inne roboty poprzyjmowane, a my jeszcze nie zgromadziłyśmy materiałów (słupki, i siatka leśna na północno-wschodni bok oddzielający nas od lasu, gdzie złe czyha). Już sobie odpuściłam napięcie w tej kwestii. I tak ziemia w ogródku przydomowym na razie nie jest najlepsza (piasek pod 3-4centymetrową warstwą humusu), nawóz musi się przegryźć, jest zbyt świeży i pewnie dopiero za rok-dwa będą jakieś konkretne efekty z glebą, gdy dobrego kompostu się dorobimy, a wrzucony w ziemię obornik "przegryzie się".
Około 17 godziny, gdyśmy sobie na tarasie herbatę popijały układając plan zasiewów nagle zaszumiało, podniósł się krzyk koguci w krzakach za chatą, pośród akacji i zamigotał nam w oczach szarosrebrny duży ptak drapieżny usiłujący wylądować na jednej z kokoszek, grzebiących z zapałem w kompostowniku. Krzyknęłyśmy obie jednocześnie zrywając się na nogi, pierwsza ruszyła na wroga Kola i odpędziła łupieżcę ("bandytę", jak mawia Wiera). Kurki wystraszone odfrunęły w stronę kurnika i w kilka sekund były już ukryte w oborze. Poszłam je przeliczyć. Żywe wszystkie, uff, dzięki Bogu. Czym prędzej zamknęłam je w kurniku.
A dzisiaj właśnie zauważyłam, że jedna z Zielonych Nóżek, moja ulubiona Usia (ma białe uszy, czym się wyróżnia ze stada) posiaduje to tu to tam, po czym schodzi z gniazda głośno gdacząc jak po zniesieniu jajka, a tu jajka niet. Znaczy, dziewczyna będzie chciała niedługo siadać i trzeba jej gniazdo przygotować i jaja zebrać do koszyczka, żeby miała na czym usiąść.
19 kwietnia 2011
Kręci się
Dzień zakręcony. Najpierw żeśmy paczkę z wałówką świąteczną wysyłały do bliskiej osoby, potem mleczko i jajeczko dla pani Leny zawiozły i zagadały się o kolejach państwowych i manierach teraźniejszych konduktorów w pociągach lokalnych, a potem pan nas dogonił na drodze i zapytał (w lesie, gdyśmy gałęzie sosnowe targały do samochodu, żeby nie było, za pozwoleniem leśniczego, bo dla kóz), czy my kozy hodujemy, bo jak tak, to on ma interes. No, i miał. Cztery koźlęta poszły na swoje. Dwie kózki, dwa koziołki. Uff, ulga, bo już nam owsa zaczyna brakować, tak nas ta młodzież przez zimę objadła.
Poza tym zaczynamy zasiewy w ogródku (wciąż nie ogrodzonym). W inspekcie posiane zostały: rzodkiewka, sałata, koper, cebulka i pietruszka naciowa.
Poza tym zaczynamy zasiewy w ogródku (wciąż nie ogrodzonym). W inspekcie posiane zostały: rzodkiewka, sałata, koper, cebulka i pietruszka naciowa.
18 kwietnia 2011
Dosadność
Noce zimne, ale we dnie słońce grzeje nieźle, podpędza trawę, liście na krzewach i nagrzewa dom tak, że nie trzeba już palić w piecu.
Już kończymy cięcie i układanie gałęziówki na zimę pod daszkiem. I jak widzę, mężczyzn okolicznych w tydzień przedświąteczny wzięło gremialnie na targanie drewna z lasu. Zapewne to zasługa żon, pucujących chałupę, od których uciekają najdalej jak się da! Choć niektórzy działają wspólnie w parze. Jak stary Mikołaj z Mikołajową, którzy naładowali i przywieźli do obejścia traktorem furę naciętych wcześniej gałęzi ze swojego lasu. I pewnie też rozładowali, aby je zwolna ciąć i układać do przesuszenia. To godne podziwu! Mikołaj minął już osiemdziesiątkę, żona jest o 7 lat młodsza. Radzą sobie naprawdę w sposób nie do pomyślenia dla miejskich staruszków w ich wieku.
Kozy już zwariowały na punkcie pastwiska i jest problem z ucieczkami z zagrody w sadzie na pole z odrastającym marnie zielonym żytkiem. Ruszam wtedy na nie z kijem i macham nim z wielkim dramatycznym pokrzykiwaniem, szczując psem. Rzecz nie do pomyślenia dla ułożonych mieszczuchów, aby tak się drzeć i wyzywać na całe gardło. Ale na naszej wiosce nie tylko na zwierzęta wyzwiska lecą tak swobodnie, i zdrowo jest, atmosfera mało złożona i skażona panuje, he he. Inaczej zresztą żadna kozucha nie ruszy dupska z pola i nie wyjdzie ze szkody, choćby ją grzecznie prosić do us...nej śmierci.
No, właśnie... takie skojarzenie... Prawie dwie godziny zajął nam własnoręczny montaż, jak to nazwać, takiej zakręcanej plastikowej rury odpływowej do kibelka. Za diabła nie chciała chwycić pod właściwym kątem i przyssać się gumą do porcelany. W końcu ruszyłam swoim genialnym umysłem (rzadko na wsi używanym, z powodu nadmiaru świeżego powietrza) i udało się osiągnąć nieosiągalne, i nawet przykręcić kibelek na tyle dobrze, że przestał się kiwać, a rura grozić wypadnięciem. Pierwsze próby spuszczania wody wypadły znakomicie. Inauguracja zasiądnięcia na tronie... co za diabelny stres! A to, że się jednak kiwnie, przechyli, rura wypadnie, ale... jak na razie (odpukać) jest ok.
Już kończymy cięcie i układanie gałęziówki na zimę pod daszkiem. I jak widzę, mężczyzn okolicznych w tydzień przedświąteczny wzięło gremialnie na targanie drewna z lasu. Zapewne to zasługa żon, pucujących chałupę, od których uciekają najdalej jak się da! Choć niektórzy działają wspólnie w parze. Jak stary Mikołaj z Mikołajową, którzy naładowali i przywieźli do obejścia traktorem furę naciętych wcześniej gałęzi ze swojego lasu. I pewnie też rozładowali, aby je zwolna ciąć i układać do przesuszenia. To godne podziwu! Mikołaj minął już osiemdziesiątkę, żona jest o 7 lat młodsza. Radzą sobie naprawdę w sposób nie do pomyślenia dla miejskich staruszków w ich wieku.
Kozy już zwariowały na punkcie pastwiska i jest problem z ucieczkami z zagrody w sadzie na pole z odrastającym marnie zielonym żytkiem. Ruszam wtedy na nie z kijem i macham nim z wielkim dramatycznym pokrzykiwaniem, szczując psem. Rzecz nie do pomyślenia dla ułożonych mieszczuchów, aby tak się drzeć i wyzywać na całe gardło. Ale na naszej wiosce nie tylko na zwierzęta wyzwiska lecą tak swobodnie, i zdrowo jest, atmosfera mało złożona i skażona panuje, he he. Inaczej zresztą żadna kozucha nie ruszy dupska z pola i nie wyjdzie ze szkody, choćby ją grzecznie prosić do us...nej śmierci.
No, właśnie... takie skojarzenie... Prawie dwie godziny zajął nam własnoręczny montaż, jak to nazwać, takiej zakręcanej plastikowej rury odpływowej do kibelka. Za diabła nie chciała chwycić pod właściwym kątem i przyssać się gumą do porcelany. W końcu ruszyłam swoim genialnym umysłem (rzadko na wsi używanym, z powodu nadmiaru świeżego powietrza) i udało się osiągnąć nieosiągalne, i nawet przykręcić kibelek na tyle dobrze, że przestał się kiwać, a rura grozić wypadnięciem. Pierwsze próby spuszczania wody wypadły znakomicie. Inauguracja zasiądnięcia na tronie... co za diabelny stres! A to, że się jednak kiwnie, przechyli, rura wypadnie, ale... jak na razie (odpukać) jest ok.
Labels:
Budownictwo,
Kozy,
Ogrzewanie,
Pionierstwo,
Pogoda,
Region,
Rośliny,
Śmierć,
Trendy,
Woda,
Zdrowie,
Zwierzęta
17 kwietnia 2011
Przedświąteczne porządki
Z wioski dochodziły wczoraj odgłosy trzepania dywanów, niektóre kobiety zabrały się też za mycie okien, zatem i ja wzięłam się za przedświąteczne pucowanie. Właściwie odmrażanie i mycie - lodówki i zamrażarki. Zeszło do wieczora. Ale zrobione. Okropnie tych czynności nie lubię, uch. Ale, gdy już są wykonane czuję wielką satysfakcję.
Ania zawiozła zaś komputer do serwisu w Siemiatyczach. Stukał wiatraczek, stukał, aż w końcu komputer przestał odpalać. Pan otworzył pudło, zauważył, że wiatraczek jest blokowany przez kabelek, odsunął kabelek, dmuchnął, zakręcił i... pobrał za to 30 złociszy. Żeby było śmieszniej, po powrocie, gdy Ania ustawiła na nowo sprzęt, podłączyła i odpaliła znów zaczęło stukać... Okazało się po zajrzeniu, że w trakcie jazdy kabelek obsunął się na stare miejsce. Tym razem odsunęła i przymocowała go taśmą przylepną sama. Za darmo.
Z wirusami poradził sobie program antywirusowy. No, ale straconych plików nie udało się odtworzyć. Były wśród nich wszystkie nasze zdjęcia z wielu lat... Dla mnie to znak, że nie ma co się oglądać w tył, bo czas biegnie do przodu i tam trzeba patrzeć. A może nawet w Pozaczas?
Udało się jej też dostać całkiem okazyjnie w sklepie olej Golvolja firmy Beckers, polecany jako najlepszy do drewnianych blatów kuchennych. A taki żeśmy sobie sprawiły do ikeowskich szafek, bukowy. Ktoś ów specyfik zamówił, właściciel sprowadził, klient nie odebrał. Zatem sprzedawca z chęcią pozbył się towaru za pół ceny. Olej okazał się zabarwiony, ale szczęściem w odcieniu kuchennych kafelków i terakoty i wygląda całkiem nieźle.
Wieczorem odbyło się uroczyste nakładanie pierwszej warstwy.
Ania zawiozła zaś komputer do serwisu w Siemiatyczach. Stukał wiatraczek, stukał, aż w końcu komputer przestał odpalać. Pan otworzył pudło, zauważył, że wiatraczek jest blokowany przez kabelek, odsunął kabelek, dmuchnął, zakręcił i... pobrał za to 30 złociszy. Żeby było śmieszniej, po powrocie, gdy Ania ustawiła na nowo sprzęt, podłączyła i odpaliła znów zaczęło stukać... Okazało się po zajrzeniu, że w trakcie jazdy kabelek obsunął się na stare miejsce. Tym razem odsunęła i przymocowała go taśmą przylepną sama. Za darmo.
Z wirusami poradził sobie program antywirusowy. No, ale straconych plików nie udało się odtworzyć. Były wśród nich wszystkie nasze zdjęcia z wielu lat... Dla mnie to znak, że nie ma co się oglądać w tył, bo czas biegnie do przodu i tam trzeba patrzeć. A może nawet w Pozaczas?
Udało się jej też dostać całkiem okazyjnie w sklepie olej Golvolja firmy Beckers, polecany jako najlepszy do drewnianych blatów kuchennych. A taki żeśmy sobie sprawiły do ikeowskich szafek, bukowy. Ktoś ów specyfik zamówił, właściciel sprowadził, klient nie odebrał. Zatem sprzedawca z chęcią pozbył się towaru za pół ceny. Olej okazał się zabarwiony, ale szczęściem w odcieniu kuchennych kafelków i terakoty i wygląda całkiem nieźle.
Wieczorem odbyło się uroczyste nakładanie pierwszej warstwy.
15 kwietnia 2011
Kocie relacje
No, i chyba już wiem skąd kulawizna Jaśka.
Po odejściu Kici zaczęły zmieniać się relacje między kocurami. Najpierw obaj jej wyczekiwali i poszukiwali, nawoływali w jej ulubionych miejscach i skrytkach. Teraz na dworze, niby często razem ich widzę, lecz i coraz częściej słyszę groźne warczenie Jasiowe. W nocy też mi się obiło już o uszy na tarasie. Zatem, toczą walkę o nowe miejsce w hierarchii. Łacio jest wielki, dorodny i jeszcze młody, ma 4 lata, zatem nie w głowie mu ustąpić z tronu, jednak zniknęła Kicia, która go wybrała i była jego partnerką (mimo sterylizacji) i stawia go to teraz w relacji rywala z synem. Jasio bardziej się wrodził w drobniutką Kicię, lecz za życia mamusiny synaczek-jedynaczek był przez nią zdominowany i stresowany notorycznie. Teraz to ustało i Jasio z dnia na dzień pokazuje się jako dzielny młody kocur.
Jeśli zatem pierwsze okulawienie na tylną prawą nogę, które trwa nadal i nie wygląda, aby miało się skończyć, zostało zrobione jako trwały znak od kulawego ojca (który przeżył złamanie tej właśnie nogi i drugi raz jej dużą kontuzję) to mam w domu już nie Lwiego Księcia, a Królewicza, który przechodzi inicjację na świętego Króla-Rybaka!
Po odejściu Kici zaczęły zmieniać się relacje między kocurami. Najpierw obaj jej wyczekiwali i poszukiwali, nawoływali w jej ulubionych miejscach i skrytkach. Teraz na dworze, niby często razem ich widzę, lecz i coraz częściej słyszę groźne warczenie Jasiowe. W nocy też mi się obiło już o uszy na tarasie. Zatem, toczą walkę o nowe miejsce w hierarchii. Łacio jest wielki, dorodny i jeszcze młody, ma 4 lata, zatem nie w głowie mu ustąpić z tronu, jednak zniknęła Kicia, która go wybrała i była jego partnerką (mimo sterylizacji) i stawia go to teraz w relacji rywala z synem. Jasio bardziej się wrodził w drobniutką Kicię, lecz za życia mamusiny synaczek-jedynaczek był przez nią zdominowany i stresowany notorycznie. Teraz to ustało i Jasio z dnia na dzień pokazuje się jako dzielny młody kocur.
Jeśli zatem pierwsze okulawienie na tylną prawą nogę, które trwa nadal i nie wygląda, aby miało się skończyć, zostało zrobione jako trwały znak od kulawego ojca (który przeżył złamanie tej właśnie nogi i drugi raz jej dużą kontuzję) to mam w domu już nie Lwiego Księcia, a Królewicza, który przechodzi inicjację na świętego Króla-Rybaka!
14 kwietnia 2011
Zmiana er
Od rana praca na powietrzu, bo i deszcz ustał i słońce wyjrzało. Tarmoszenie drewna. Powoli układają się ścianki zapasów zimowych, porządkują resztki materiałów po budowie, zdatne do udoskonalenia obory.
Kozy poszły, bez rozbeczanych chłoptasiów pozostawionych musowo w boksie, na wypas do sadu i zajęły się świeżą trawką i okorowywaniem gałęzi jabłoniowych. Kurki spisały się na medal. Siedem jaj! na 8 niosek.
Po południu hydrauliki ciąg dalszy... I dało się skończyć. Woda na górę została poprowadzona dwoma kanałami do kranu w kuchni i prysznica w łazience, odpływ do kibelka i brodzika zamontowany, zawór sterujący dwoma systemami wodonośnymi (albo z hydroforu - albo z wodociągu państwowego) wypróbowany w działaniu (powróciłyśmy do własnej wody zaraz, ale zawsze w razie awarii prądu lub studni jest alternatywa). Nawet kibelek na dole przykręcony wreszcie, lecz - jak pech to pech - okazało się, że nie ma w rurze odpływowej gumowej uszczelki i woda przecieka na podłogę. Trzeba kupić i założyć. Dopiero wtedy nastąpi uroczysta inauguracja pełnej używalności wc i skończy się Era Wychodka trwająca w naszym życiu od dnia przeprowadzki na Podlasie, czyli 5 września 2005 roku. Za kilka miesięcy byłoby 6 lat!
Aj, i zapomniałabym, a ważne! Uwidziałam ja dzisiaj - po raz pierwszy w tym roku - około południa, pracując na dworze. Trzy kołujące nad Zagrodą bociany, w kominie powietrznym. Krążyły dość długo, zniżając i podwyższając lot, w końcu odfrunęły na zachód, a właściwie... zniknęły gdzieś w niebie.
Kozy poszły, bez rozbeczanych chłoptasiów pozostawionych musowo w boksie, na wypas do sadu i zajęły się świeżą trawką i okorowywaniem gałęzi jabłoniowych. Kurki spisały się na medal. Siedem jaj! na 8 niosek.
Po południu hydrauliki ciąg dalszy... I dało się skończyć. Woda na górę została poprowadzona dwoma kanałami do kranu w kuchni i prysznica w łazience, odpływ do kibelka i brodzika zamontowany, zawór sterujący dwoma systemami wodonośnymi (albo z hydroforu - albo z wodociągu państwowego) wypróbowany w działaniu (powróciłyśmy do własnej wody zaraz, ale zawsze w razie awarii prądu lub studni jest alternatywa). Nawet kibelek na dole przykręcony wreszcie, lecz - jak pech to pech - okazało się, że nie ma w rurze odpływowej gumowej uszczelki i woda przecieka na podłogę. Trzeba kupić i założyć. Dopiero wtedy nastąpi uroczysta inauguracja pełnej używalności wc i skończy się Era Wychodka trwająca w naszym życiu od dnia przeprowadzki na Podlasie, czyli 5 września 2005 roku. Za kilka miesięcy byłoby 6 lat!
Aj, i zapomniałabym, a ważne! Uwidziałam ja dzisiaj - po raz pierwszy w tym roku - około południa, pracując na dworze. Trzy kołujące nad Zagrodą bociany, w kominie powietrznym. Krążyły dość długo, zniżając i podwyższając lot, w końcu odfrunęły na zachód, a właściwie... zniknęły gdzieś w niebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)