31 sierpnia 2010

Krosna i ser


Ania pomagała dzisiaj instruktorce z domu kultury, pani Ninie w nawijaniu osnowy do tkania na krosnach. Szykuje się z wolna na długie jesienno-zimowe wieczory kurs tkacki.



U mnie bez zmian. Popasłam kozy na ugorze. Udało nam się zdążyć przed ulewą popołudniową, która rozpoczęła się po 13 i właściwie nie ma jak dotąd żadnej przerwy. Łacio zamelinował się w ciepłym domu, na łóżku, na miękkim kocyku, zwinięty w kłębek (od niedawna spędza nawet noce w domu, przeważnie na górce albo na stole w jadalnym). Kicia i Jasiek trwają w drzemce na tarasie. Zmoknięte kury próbowały przetrwać na tarasie i ganku, ale dały sobie spokój i zgromadziły się przed kurnikiem pod wystającym dachem obory, grzebiąc ziemię z podkulonymi ogonami. Jedna Gusia nic sobie z deszczu nie robi, pasie się słodko przy drodze i na podwórzu w swoim nieprzemakalnym i ciepłym, białym płaszczyku z piór.
Palę pod płytą, już nie tylko po to, aby zrobić zwarnicę z serwatki i zakisić wczorajsze mleko na twaróg, ale głównie po to, aby ogrzać dom. Zrobiło się chłodno, na moje wyczucie ok. 14-15 stopni. Lubię takie dni (dobrze, że kozy nie słyszą i nie rozumieją), bo mogę w strzelającym szumie palącego się drewna spokojnie pracować na komputerze. Literki, literki, korekty, notatki, analizy, przeglądy. A na koniec kąpiel, w gorącej wodzie z domieszką świeżej serwatki.

30 sierpnia 2010

Miasto

Wyjazd do Białego(stoku). Dzień zaczął się ładnie, nawet dość słonecznie. Po drodze zdumiewałam się przedziwnymi wałami chmur na wschodnim niebie. Tego się nie opisze. Stykały się ze sobą dwa zwaliska chmur dokładnie pod kątem prostym, jedno długie płaskie, drugie stojące. Nie zdziwiłabym się, gdyby wielka aktywność chemicznych smug od wczesnej wiosny w Polsce, a zwłaszcza ich codzienna obecność w drodze z zachodu na wschód widoczna nad naszym regionem, nie miała na celu ataku klimatycznego na Rosję. Zważywszy niezwykłe skutki tego lata nad Moskwą.
Załatwiłyśmy sprawy firmowe i wylądowałyśmy w markecie budowlanym. Teraz kupujemy lakiery do podłóg, farby akrylowe do sufitów, farbę olejną, pędzle, rozpuszczalniki itp. A potem w Auchan zwróciłam uwagę na coraz bardziej spiekielniającą się ofertę reklamową. Okładki zeszytów dla dzieci, gier PC, książek dla młodzieży pełne diabolicznych i potwornych motywów to mało, bo mnóstwo tej piekielnej agresji przybyło też na nalepkach alkoholi w dziale alkoholowym. Czerń z czerwienią, nazwy, piw, tanich win i wódek, nawet herbatki bywają grzeszne w nazwie i wabią grzesznego klienta.
Z zasady nie kupuję nic, co ma tego rodzaju chwyt w sobie. Przeważnie kryje on grubą krzywdę. Puszki z karmą dla psów i kotów o nazwie Dante są piekielnie trujące i palące żołądek, moje zwierzaki wszystkie jak jeden mąż rzygają po nich dalej, niż widzą.
Pamiętam z lat dziewięćdziesiątych tanie wino marki "Uśmiech wampira", które było hitem na wsiach pod Olsztynem. Zostałam czymś takim poczęstowana na urodzinach pewnego współ-biwakowicza, który kupił tego kilka skrzynek, żeby biwakowców uszczęśliwić. Nie dało się skonsumować, nawet przy silnej woli. Całą szklenicę musiałam wylać do ziemi.
W drodze z powrotem radio już nadawało, że nad Polską szykują się dziś i jutro wielkie ulewy. I jak na zawołanie wjechałyśmy za Zabłudowem w wielką ciemną chmurę lejącą sowitym deszczem, ciągnącą z zachodu. Na szczęście im bliżej nas, tym się rozjaśniało i okazało się, że w domu jest ok.
W ciągu godziny trzeba było nadrobić cały dzień. Kozy do lasu na żer, psy i koty nakarmić, potem kury i gęś, ugotować obiad nam, i karmę dla psów na jutro, zlać mleko na zsiadłe do garnków, no, i na koniec wgonić kozy do obory, zamknąć kury w kurniku i wydoić kozuchy, nakarmić stare i młode, gęś zamknąć w koziarni, napoić koty świeżym mlekiem, zlać je (tj. mleko) do garnka, wystawić na taras. Uf... i zajrzeć w komputer. W którym dzieją się też różne zastanawiające rzeczy.

28 sierpnia 2010

Jaka praca taka płaca

Chłopcy dwaj, że chcieli sobie dorobić osobno, przybyli za pozwoleniem szefa naszej brygady samodzielnie, by szalować ścianę w kuchni. Wczoraj była rozmowa z szefem o formie zapłaty. Ugodziliśmy się, że za pakamerę 2x2, w której okno i troje otworów drzwiowych stoi, a więc wymagającej czasochłonnej pracy dostaną zapłatę za godzinę. Reszta miała być po staremu, od metra.
Nie wiem, kto czego nie zrozumiał, ale chłopcy dwaj, przybywszy do roboty o dziesiątej zaczęli podejrzanie wolno wszystko robić. Ponieważ siedziałam długo w mieszkaniu trudno mi było tego nie zauważyć. Po dwa piwa wydudlili (nasze), zjedli śniadanie, potem obiad (kartofelki ze sztukamięsem i kiszonymi ogórkami, więc nie byle jaką zalewajkę) oraz paczkę papierosów spalili na tarasie, deski nosząc i przycinając w tempie zwolnionego filmu. Poszłam zatem ze skargą do Ani, w pracowni ciężko pracującej na chleb powszedni.
- Coś mi się zdaje, że chłopaki są przekonani, że cała kuchnia ma być na godziny. I w takim tempie będą się z robotą pieprzyć przez tydzień.
Oglądnęłyśmy robotę. Przed osiemnastą było tyle: olistwowali jedną ścianę z drzwiami i jedną w pakamerze i ułożyli deski na połowie drugiej ściany.
Tu muszę powiedzieć, że znam ich prawdziwe tempo pracy, bo szalowali dom z zewnątrz...
Ania odwiozła ich samochodem do miasteczka i wszczęła rozmowę z szefem. Uprzejmie. I wyszło na to, że panowie nie są zainteresowani inną płacą, niż na godziny, są przekonani, że tak się ugodzili na całość roboty i w takim razie nie chcą tej fuchy i już do pracy nie przyjdą.
- Ok - powiedziała Ania - Wam się nie opłaca, mnie się nie opłaca. Trudno. Będę szukać innego wykonawcy. Dziękuję.
I tyle dnia.
Aha, Koli skończyła się wreszcie cieczka, która prawie przez miesiąc ściągała wszystkie małe i duże kundle ze wsi do obejścia. Najprzykrzejsze były Ufo i Nol, należące do pewnego mieszkańca wioski, winne moim zdaniem pomniejszenia mojego stada kurczaków przy okazji.
Poza tym wzięłyśmy się za sprzątanie starych cegieł, wywalonych pod oborę przez pierwszego zduna przy rozbiórce starej kuchni i komina jeszcze w zeszłym roku. Część już się zlasowała, część najlepszych ułożyłam zgrabnie i nakryłam od deszczu.

27 sierpnia 2010

Jesienny remont

I jesień, jesień już, śpiewa się samo. Leje od rana, kozy przestały prawie cały boży dzień przy żłobie. Była jednak dobra strona tego medalu, bo... pojawiła się niespodziewanie brygada i założyła listwy w kuchni, a na nich gipsokarton pod glazurę. Jutro szykuje się ciąg dalszy.

Dla ucieszenia pamięci zamieszczam link do reportażu internetowej tv z tegorocznego festiwalu w Czeremsze.
Festiwal folkowy "Z wiejskiego podwórza" Czeremcha 2010.

26 sierpnia 2010

Ciepło zimno

Pogoda od dwóch dni jesienna się zrobiła. Wielkie skłębione chmurzydła na niebie, temperatura spadła poniżej 20 stopni. To dobrze dla serów, wyjęłam je z lodówki i poukładałam na regale w najchłodniejszym pokoju przy uchylonym na dwór oknie, niech dojrzewają. Ale kozy straciły ochotę na całodzienną wędrówkę po polach i wokół obejścia. Najchętniej to w ogródku by pobuszowały, dynię i pomidory zeżarły. Pasłam je dzisiaj osobiście na łące pani Wiery za stodołą, po skoszeniu przyjemnie zieloną. Tak jakby zapomniały, że jesień przyszła wczesna i jadły, jak dawniej, z zapamiętaniem. Niemniej mleka już mniej. Z 10 litrów dziennie spadło do 8, w porywach 8,5 litra.
Z tego wszystkiego rozpalam pod kuchnią codziennie przez godzinę-dwie i jest przyjemnie ciepło wewnątrz do następnego popołudnia. Ocieplenie chaty sprawdza się. Przedtem napalenie pod płytą ogrzewało raptem kuchnię, trochę pokój na wieczorne kilka godzin i tyle.

Władza i lud

Wczoraj władza zjechała na wioskę. Dyskusja odbyła się u stóp Góry, na asfalcie, w gronie sąsiadów, którzy się zeszli i władzę szczelnie otoczyli. Przydreptała także ciekawska Gusia, która na szczęście dzioba nie otworzyła w dyskusji, jedynie pilnie obserwując wójta i jego świtę.
No, i co tu dużo gadać. Projekt rzecz święta, ma pieczęcie zatwierdzające i umieszczony został na prawomocnej mapie. Nikt już nic nie wskóra. A można było inaczej, oszczędniej i lepiej dla mieszkańców, puścić wodociąg drogą szutrową, a nie asfaltową, która biegnie skrótem od sąsiedniej wsi, z której rurę ciągną, a przy okazji zaopatrzyłaby nas bliżej w wodę, bez konieczności rycia w ziemi 50-metrowego rowu. Inni mają gorzej... Pani Marusia ma 100 metrów do przyłącza, i Pioter do swojej chaty blisko 80. Powiedzmy-Sławko nie chce wodociągu, woli studnię, ale gdyby zechciał, to byłby jeszcze większy kłopot... Władza ustami wieloma wyłuszczyła, że ma być jak jest i kropka. Staruszkowie muszą sobie sami radzić.
Inną kwestią jest koszt kopania rowu pod rurę. Firma, która to robi z ramienia gminy bierze kosmiczne pieniądze, 50 zł za metr. Przeliczcie sobie ile musiałaby ze swojej renty odłożyć pani Marusia i jej 80-letni mąż, mając 100 metrów do przeciągnięcia.
Szukamy zatem tańszej kopary i już są pewne widoki.
Na razie nie spieszymy się, bo kopania połączymy z zakładaniem oczyszczalni ścieków.

Dzisiaj niespodzianka dla wszystkich, którzy poszli chleb kupić do sklepu na kółkach. Zajeżdża takowy co 2 dni ok. 11 godziny. Mianowicie chleb zdrożał o 30 groszy. Zboże na mąkę dla piekarni podrożało ponoć 60%, tymczasem jak wiemy kwintal żyta u chłopa można dostać za 40-60 zł, niewiele drożej, niż w zeszłym roku.
- Nu, szczo, budem kartofle jeść, a na szczo nam chleb! - rzekła sąsiadka.

24 sierpnia 2010

Późne lato

Zrobiłam obchód włości, z Kicią, Kolą, kozami i Gusią, drepczącą uparcie krok w krok za naszą gromadką, nie zważającą na trudy przedzierania się niezgrabnymi łapkami przez rżysko, chaszcze i wysokie trawsko. Trawa na ugorze wyschła dokumentnie, ale zielone liście zakrzaczeń są ciągle atrakcją dla kóz. Czeremcha już owocuje, choć kiście nie są jeszcze w pełni czarne, a owoce słodkie. Trzeba będzie zerwać je już niedługo na świąteczną nalewkę.
W sadzie pełno spadów. Kozy nie nadążają uprzątać. Pozwalamy zbierać je ludziom ze wsi i sąsiadom, przyzwyczajonym od lat, że sad był długo bezpański, a zatem jakby wspólny. W zamian jednak dostajemy warzywa z ogródka, które u nas nie wyrosły (cukinię, ogórki, koper, marchew, buraczki), a nawet masło własnej roboty.
Same robimy codziennie świeży kompot bez cukru, świetny dla zgaszenia pragnienia. Resztki zjadają zwierzęta. Próbny cydr w 5-litrowym gąsiorku nabiera mocy, kwas już dawno został wypity. Niektóre jabłka są już w miarę dojrzałe w smaku i te pokrojone na cząstki zaczynamy suszyć na kuchni.
Wypróbowałam przepis na twarożek podpuszczkowy, który na koniec miksuje się ze śmietanką albo masłem oraz dodatkami ziołowymi. Wyszło tego dość sporo, więc przygotowałam trzy rodzaje, z nacią pietruszki i solą, z pieprzem czarnym mielonym i solą i śmietankowy do użycia na słodko z miodem albo konfiturą. Spore śniadaniowe urozmaicenie po zwykłych twarożkach z kwaśnego mleka, serach miękkich i dojrzałych maziowych, no, i żółtych rozmaitych.

23 sierpnia 2010

Kruk i woda

No, i przeleciał nade mną wczoraj kruk, kierując się od miasteczka ku polom. No, i wykrakałam, że jakiś urząd od dołków kopania zwrócił na nas oko. Dziś rano nawet żem dwóch kóz nie wydoiła, gdy zajechała na nasze wiejskie "rondo" przed bramą (przy którym mieszkamy my i dwoje sąsiadów, a po drugiej stronie wznosi się Góra) kopara z przyczepą, a na niej potrzebne narzędzia, rury i trzech pracowników. Ciągną wodę. I zaczęli od nas, jako pierwszych. Mamy zagwozdkę. Ciągnąć rury (już na własny koszt) od bramy do domu 45 metrów, po drodze przebijając się przez instalację studzienną własną i ryzykując jej uszkodzenie, czy ciągnąć jedynie 10 metrów do starego spichlerzyka, gdzie stanęłaby studzienka pomocna w razie awarii, lecz niekoniecznie czynna w zimie. Rzecz w tym, że na razie woda z abisynki jest, ale zawsze może się zanieczyścić, zamulić owa rura studzienna i nigdy nie wiadomo kiedy coś takiego się wydarzy. Zatem ryzykować, płacić i kopać, czy na spokojnie czekać rozwoju wydarzeń.

21 sierpnia 2010

Pustynia w lesie

Pomalowałam roztworem wapna i wody graby w koziej zagrodzie. Trzeba było, bo wiosenne malowanie ochronne przyblakło i miejscami kozuchy zaczęły się dobierać do kory. A nie chciałabym stracić tych drzew. Uwielbiam je. Lasy grabowe robią niezwykłe i egzotyczne wrażenie, jakby z tolkienowskiego snu.
Coraz ich mniej. W sąsiedniej gminie, gdzie zdarzają się jeszcze grabiny leśnictwo wycina je na potęgę. Drewno grabowe jest cenne jako opał i gra rolę w nowoczesnych systemach opałowych opartych o najlepsze gatunki drzew. A takie "ekologiczne" systemy ogrzewania zamontowali sobie najbogatsi i ludzie u władzy. Jadąc na Grabarkę "podziwiałam" kilka nowych gniazd, tj. wyjebanych chamsko (przepraszam za słownictwo) ogromnych polan w lesie i wielką nieobecność najpiękniejszych okazów grabów, dębów i brzóz.
Zresztą, co tu dużo mówić. Od trzech dni trwa taka wycinka gdzieś blisko naszej wioski. Od rana do nocy słychać z lasu warkot piły, pokrzykiwania drwali i co kilkanaście minut wielki ostatni jęk powalanego drzewa.
Z faktów przez nas stwierdzonych podczas budowy: w hajnowskiem legendarna zasobność w drzewostan to pokutujące dawne przekonanie, przeżytek nie mający pokrycia w rzeczywistości. Drewno jest tu na tartakach słabe, młode, cięte w lecie, i drogie. Droższe, niż w zachodniej Polsce!
Pamiętam opowieść sąsiada z Dąbrowy, starego już człowieka.
- Boże, ile tu kiedyś ptasząt gniazdowało i kląskało rozmaicie! Teraz łyse polany, drzewa jednorodne, nie ma dzikich jabłoni, pszczoła nie ma gdzie usiąść. Rżną jak zbóje jacyś. Jak żyję to, co teraz się w lesie wyprawia to działo się zaraz po wojnie. Cięli wtedy na potęgę, ale człowiekowi nie było żal, bo kraj się odbudowywał, Warszawę trzeba było na nowo postawić. Ale teraz? Gdzie to, na Boga idzie? Całe szczęście, że nie dożyję tego, jak tu pustynia zostanie...

20 sierpnia 2010

Dziś

Ania przykleiła płytki terakotowe na ganku. A ja to co zwykle plus prasowanie (praca firmowa).

19 sierpnia 2010

Grabarka for ever


Gorączka spasowa okazała się jednak silniejsza od obowiązków. Porzuciłyśmy pracę i pojechałyśmy na Liturgię poranną o 10 godzinie. Po raz pierwszy odbyłam całkowitą prawosławną mszę, od a do z. A to nie byle jakie osiągnięcie z punktu widzenia katolika i do tego niepraktykującego. Na szczęście wytrenowana jestem w wielogodzinnych medytacjach i rozmyślaniach w jednej pozycji i nie był to dla mnie żaden szok czy utrudnienie, bo stać trzeba było bite 3 godziny.


Oczywiście ludzi pełno, dostałam się jedynie w pobliże cerkwi, w cień krzyży i wysokich pochylonych wiatrami sosen. Niemniej i tak wrażenie było spore. Zwłaszcza podczas wspólnych modlitw w nieznanej mi melodyce i ledwie zrozumiałej mowie starocerkiewnej oraz podczas czytania Ewangelii po grecku. W głowie coś mi się zachwiało, nie wiem czy to powroty zaburzeń błędnika z dzieciństwa, czy może jakieś energie zaszumiały. W każdym razie nieustanny śpiew chóru: Sława tiebie Gospodi i Gospodi, pomiłuj i Amin wprawiły mnie w przyjemną baczność na każdym poziomie czakr, od stóp do samego księżyca.
Potem zeszłyśmy, żegnane ostatnią pieśnią Mnogaja lieta i umoczyłyśmy ręce w strudze świętej wody, płynącej u stóp Góry, w towarzystwie ludzi nacierających nią sobie chore nogi, kolana, ręce, oczy chusteczkami, które potem zostawiają zawieszone na gałęziach pobliskich krzaków do zebrania i spalenia w specjalny sposób przez mniszki. Przetarłam sobie czoło, zwłaszcza punkt nad nosem, czerwony od wielu dni tak, że zaczęłam podejrzewać siebie o marsowe czoło. Ból, który poczułam wchodząc na Górę ustąpił i już nie wrócił.
U stóp Góry rozciągnęły się jarmarczne stragany, z niezliczonymi obarzankami, lizakami, lodami tradycyjnymi i włoskimi, balonami, pistoletami na kapiszony, kasetami i płytami z muzyką ukraińską, hitem za wschodnią granicą: elektrycznymi rakietami tenisowymi na muchy i komary, kapeluszami kowbojskimi, a nawet garnkami i talerzami. Oto było i sacrum i profanum, jak Pan Bóg przykazał.


A potem dzień jak co dzień. Praca, robienie sera, gotowanie obiadu i karmy dla zwierząt, palenie pod kuchnią, zmywanie oraz karmienie głodnych istot z obejścia.

18 sierpnia 2010

Spas

Pogoda siadła, w nocy trochę padało. Ale zdążyłam pomalować okna i wyschły przed ulewą. Pozamiatałam potem poddasze z trocin i resztek wełny, usiadłam na stołeczku i próbowałam je umeblować w wyobraźni. W gruncie rzeczy jest to jedno duże pomieszczenie, duża sala, której zagracać nie mam zamiaru. Chcę zachować tę przestrzeń. Może do jakichś spotkań, zebrań, grupowych roztrząsań rzeczywistości? Wizja pozostaje niejasna, jednak intuicja zawsze mnie prowadzi tam, gdzie jest jakaś brama w przyszłości. I tak to wyczuwam teraz.
Dziś dość chłodno i pochmurno, jednak kozy nie narzekają. Przełamując ból głowy i niżową senność zabrałam się do pracy firmowej.
Złe samopoczucie i właśnie ta podła pogoda zdecydowały, że nie jedziemy dzisiaj na doroczne święto Spasa na Grabarce. Zniechęcają mnie walące tam tłumy Miastowych, co roku większe. Ale pamiętam zawsze i będę pamiętać, ten ludowy harmider, jarmark, sprzedające święte precjoza mniszki prawosławne z Polski i Białorusi, śpiewy przychodzących z drogi pielgrzymek, ich uroczyste wchodzenie na Górę i powitania, kolejkę do biskupa po święte oleje i błogosławieństwo, przepiękne śpiewy cerkiewnego chóru z Białegostoku, liturgię, świece rozpalające świętą górę w nocy jak wielkie ognisko światła, pobożność prostych ludzi zgromadzonych ściśle wokół, wspieranych przez krzyże wotywne postawione przez przodków i nieobecnych. Mam to teraz w sobie i karmię się tym wewnętrznym kontaktem i pamiętanym obrazem, i sercem jestem razem ze wszystkimi szczerze modlącymi się tam do Chrystusa dzisiejszej nocy.

www.cerkiew.pl jutro: transmisja z Grabarki
19 sierpnia o godz. 10 na TVP 2 rozpocznie się transmisja fragmentów świątecznej Liturgii na św. górze Grabarce. Nabożeństwu będzie przewodniczyć patriarcha konstantynopolitański Bartłomiej.

a dla wszystkich, którzy daleko stąd zdjęcia z poprzedniego roku zalezione w necie