Zimne wciąż noce i mocno rześkie poranki pewnie są winne temu, że Anna wciąż narzeka na różne bóle w kościach i wychłodzenie organizmu. Zawsze, jako rozpieszczona Warszawianka wychowana w temperaturze 30 stopni latem i zimą, reagowała nieadekwatnie na zmiany w pogodzie, ale teraz przekracza wszelkie granice. Trochę mnie to śmieszy, ale przecież widzę, że się męczy. Nie pomagają plastry rozgrzewające, których zresztą w najbliższej aptece zabrakło, bo tak ponoć masowo ludzi połamało lumbago, ani ubieranie się jak na zimę w słoneczne dnie.
Na dokładkę Santa Claus czeka na dostawę jakiejś drobnej części kupionej w internecie, u mechanika, który stwierdził, że to mała usterka i staruszek jeszcze będzie na chodzie. Zatem w razie konieczności pojawienia się w miasteczku w ruch idzie rower. A tych konieczności bywa całkiem sporo. Do sklepu, do domu kultury, do mechanika, na pocztę, albo na autobus do miasta... Po każdej takiej wyprawie, raptem kilkukilometrowej, ale zawsze albo pod zimny wiatr, albo w krótkim południowym upale, wraca na nowo cierpiąca. A to na dreszcze, a to na katar, a to łamanie w kościach, a to na ból głowy albo gardła. Mnie zresztą i bez jazdy na rowerze gardło również kilka dni bolało. Taki czas widocznie...
Zjawili się panowie dwaj i profesjonalnie dokończyli wylewkę podłogi. Schnie teraz, my wciąż w bałaganie remontowym uprawiamy domowy surwiwal. W którym jestem zaprawiona od lat, więc niewiele zauważam z niedogodności. Grunt, że podłoga na tyle stwardniała, że można było biurko wnieść i podłączyć komputery do sieci.
Pisklęta z racji nie tylko owego zimna nocnego, ale i braku dla nich przygotowanego miejsca w budynku gospodarczym, mieszkają w skrzyni przy kaloryferze, w nocy pod włączoną lampą-kwoką. Mają się dobrze, karmione naturalną karmą: osypką, kartoflami, kaszą, gotowanymi jajami, twarogiem (resztą zeszłorocznego z zamrażarki) z dodatkiem posiekanej młodej pokrzywki i domieszką piasku. Tak, dobrze czytacie. Piasku. Kury, podobnie jak kaczki i gęsi mają żołądki przystosowane do trawienia piasku, z którego budują sobie kości, gdy rosną, a potem skorupki jaj, gdy się niosą. Ponieważ nie dostają tak zwanego "startera", czyli mieszanki paszowej z kukurydzy i soi (wszystko GMO) ze sztucznymi witaminami i co tam jeszcze diabeł wymyślił, tylko białko pierwszej klasy z gospodarstwa i witaminy z zieleniny, to wapń i potrzebny budulec otrzymują w postaci zwykłego żwirku. Mają się od tego bardzo dobrze. Ten sposób odkryła i z powodzeniem uskuteczniała w hodowli kaczek moja babka.
Na kilkadziesiąt sztuk tylko dwa pisklęta zdechły zaraz na samym początku, od urodzenia słabowite. Co jest bardzo dobrym wynikiem. Nie miałam nawet takiego, dając im dawno temu z głupoty ów starter. Którego nie chciały jeść i wyraźnie nie lubiły.
Poza tym z wolna urządzamy ogródek permakulturowy pod brzeziną. Pojechała już nań tegoroczna dawka obornika, który ułożony w mało malownicze wały będzie dojrzewał, a przy okazji tradycyjnie posadzi się na nim dynie i cukinie. Robimy to co roku i słabiutka leśna gleba wyraźnie inaczej pracuje, co widać po dorodności traw, które się tam zaczęły mnożyć. Kosimy je latem dla kóz. Teraz ściółkujemy truskawki, maliny i krzewy porzeczek. Które zabierają się do kwitnienia i w większości pozbierały się po klęsce suszy i wymierania. Przyjęło się kilka kwitnących drzewek i krzewów koło pasieki, a także rząd przesadzonych dzikich róż. Kiedyś może zacznie to jakoś wyglądać, bo na razie - mimo naszych wytrwałych starań - wciąż prezentuje się mikro i niedorodnie.
Nawiasem mówiąc zeszłoroczne dynie jeszcze jemy! Już się co prawda kończą, ale zupa dyniowa albo placuszki dyniowo-ziemniaczane bywają na stole co kilka dni.
Poza tym dwa dni temu odbyło się odsadzenie młodzieży od matek na noc i oto pojawiło się mleko. Nie jest go na razie dużo, bo kozy nie pasą się jeszcze zbyt długo na zielonym i nie wszystkie doimy. Ot, dwie godziny dziennie łażą po okolicznych łączkach skubiąc kwietniowe trawy wysokości najwyżej palca u ręki. Ale dobre i to.
Od dwóch dni siedzi także indyczka na 15 jajach, a druga już grzeje gniazdo w oczekiwaniu na podłożenie kolejnej porcji. Z wielką paradą zaczęła się także nieść wreszcie raz na dwa dni moja droga Pulcheria, czyli Balbinowa Pulcia.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
28 kwietnia 2018
Jak się rozgrzać?
Labels:
Budownictwo,
Kury,
Maszyny,
Permakultura,
Pogoda,
Ptaki,
Zdrowie,
Zwierzęta
27 kwietnia 2018
20 kwietnia 2018
Góra centralna
Zakwitła śliwa węgierka przed tarasem. Mimo wiatru i zimnych nocy pszczoły się starają, brzęczą w najcieplejszych godzinach dnia i zaglądają w okna domu.
Planety zadziałały, Słońce wychodząc z Barana spotkało się z Uranem, otwierając świat na niespodzianki, a Merkury przestał się pozornie cofać na niebie i ruszył znowu do przodu, zatem nie blokuje już załatwiania spraw. Wszystko co do pory, którą oznajmiłam tydzień wcześniej zmęczonej odmowami gospodyni.
Zadzwonił telefon.
- Słucha, ja w sprawie żwiru, co my rozmawiali o tym...
I tak przyjechała przyczepa z ilością, która na jeszcze jedną podłogę wystarczy, załatanie dziur na podwórzu, wyjedzonych (!) przez drób i rozkopanych przez psy oraz pogrubienie warstwy ochronnej na ziemiance, która nieco się przez lata kozich harców osypała. W cenie transportu.
Mamy zatem górę piachu centralnie przed garażem usypaną. Niczym omphalos na mojej planecie. I otwieramy się na dalej... acz bez zbędnej napinki. Która sensu bytu nigdy nie ma.
Planety zadziałały, Słońce wychodząc z Barana spotkało się z Uranem, otwierając świat na niespodzianki, a Merkury przestał się pozornie cofać na niebie i ruszył znowu do przodu, zatem nie blokuje już załatwiania spraw. Wszystko co do pory, którą oznajmiłam tydzień wcześniej zmęczonej odmowami gospodyni.
Zadzwonił telefon.
- Słucha, ja w sprawie żwiru, co my rozmawiali o tym...
I tak przyjechała przyczepa z ilością, która na jeszcze jedną podłogę wystarczy, załatanie dziur na podwórzu, wyjedzonych (!) przez drób i rozkopanych przez psy oraz pogrubienie warstwy ochronnej na ziemiance, która nieco się przez lata kozich harców osypała. W cenie transportu.
Mamy zatem górę piachu centralnie przed garażem usypaną. Niczym omphalos na mojej planecie. I otwieramy się na dalej... acz bez zbędnej napinki. Która sensu bytu nigdy nie ma.
17 kwietnia 2018
Uwijamy się
Wiosna się umacnia i zaznacza. Odzyskujemy siły.
Po prawosławnej Wielkanocy zjawili się majstrowie dwaj i rozpoczęli remont głównego pokoju, umówiony już jesienią. Zerwali drewnianą, chyboczącą się tu i ówdzie podłogę, wynieśli potężne drewniane legary, oczyścili nieco podłoże i zalali pierwszą warstwą betonu. Mimo, że pozostało jeszcze 2/3 tyle żwiru, ile zużyli, zalegającego na kupie od czasu stawiania "budy", oznajmili, że to może być za mało i nie chcą ryzykować niedoróbki przy drugiej wylewce. Zażyczyli sobie nowej kupy żwiru. Jednak ich stały dostawca doznał awarii ciężarówki, inni zaś zapytani telefonicznie albo jeszcze nie wożą, albo dawali takie ceny za sam transport, że skorzystać z ich usługi to hańba dla klienta (transport 3 x droższy od towaru). W takim razie stanęło na tym, że czekamy drugi tydzień. Aż się coś wyjaśni. Samochód naprawi, albo jakiś tani dostawca rozpocznie pracę. Oczywiście myśl, żeby wykorzystać to, co jest na miejscu, a w razie małego braku ukopać (mamy działkę na wydmie i piasku pod dostatkiem) nie ma prawa się przebić w tym wypadku. Honor nie pozwala. A z nim lęk, że z trudem znalezieni majstrowie zostawią sprawę, jak zostawili. I będziemy już ciągle mieszkać na betonie...
Dzięki tym pracom nie było przez kilka dni dostępu do internetu (teraz jest, bo wylewka stwardniała i dało się wnieść stolik z komputerem). Odwyk był dla mnie mocno pouczający. Wróciłam do lektury książek, które wreszcie - z racji nowych większych regałów wychynęły z pudeł (gdzie tkwiły jeszcze od czasów przeprowadzki z Warszawy) i uznałam, że trans w jaki wprawia mój mózg podłączenie do sieci jest pożerający i unicestwiający. Zmieniam zatem tryb pracy umysłowej na inny, mniej sieciowy.
Wczoraj zaś, przy okazji nowiu księżycowego, udało się dokonać pierwszej poważnej pracy w gospodarstwie, jednej z kilku najważniejszych, mianowicie wywózki obornika z koziarni do ogrodu. Anna rano pojechała rowerem na wioskę i udało jej się zrządzeniem Opatrzności sprowadzić pracownika. Trzeźwego, chętnego do pracy. Nakarmiłam go porządnie, napoiłam, a oni oboje pracowali pilnie przez 8 godzin, rwąc parkiety tak wysokie, że kozy już rogami o sufit zahaczały.
Udało się oczyścić trzy główne boksy, zostały jeszcze dwa najmniej załadowane, które już obie skończymy.
Wożenie fur na pole tak zmęczyło starego Santa Clausa, że coś mu się porobiło tak, że strach nim jechać gdziekolwiek dalej. Zatem sprawa kupna nowego starego samochodu pilna się zrobiła.
Poza tym przyjechały kurczaczki jednodniowe z wylęgarni i oto zaczynam doroczne dokarmianie. Nadmiar jaj przyda się na coś, niewątpliwie.
Trwa też robienie grządek i sianie, na razie liściastych nowalijek. Nie spieszymy się. Jest sucho, na deszcz się zanosi już trzeci dzień i nic. Oraz piłowanie drewna i układanie pod daszkiem. Codzienne ćwiczenia gimnastyczne.
Zaczyna kwitnąć klon przy domu. Pszczółki się uwijają, brzęcząc mile dla ucha.
Po prawosławnej Wielkanocy zjawili się majstrowie dwaj i rozpoczęli remont głównego pokoju, umówiony już jesienią. Zerwali drewnianą, chyboczącą się tu i ówdzie podłogę, wynieśli potężne drewniane legary, oczyścili nieco podłoże i zalali pierwszą warstwą betonu. Mimo, że pozostało jeszcze 2/3 tyle żwiru, ile zużyli, zalegającego na kupie od czasu stawiania "budy", oznajmili, że to może być za mało i nie chcą ryzykować niedoróbki przy drugiej wylewce. Zażyczyli sobie nowej kupy żwiru. Jednak ich stały dostawca doznał awarii ciężarówki, inni zaś zapytani telefonicznie albo jeszcze nie wożą, albo dawali takie ceny za sam transport, że skorzystać z ich usługi to hańba dla klienta (transport 3 x droższy od towaru). W takim razie stanęło na tym, że czekamy drugi tydzień. Aż się coś wyjaśni. Samochód naprawi, albo jakiś tani dostawca rozpocznie pracę. Oczywiście myśl, żeby wykorzystać to, co jest na miejscu, a w razie małego braku ukopać (mamy działkę na wydmie i piasku pod dostatkiem) nie ma prawa się przebić w tym wypadku. Honor nie pozwala. A z nim lęk, że z trudem znalezieni majstrowie zostawią sprawę, jak zostawili. I będziemy już ciągle mieszkać na betonie...
Dzięki tym pracom nie było przez kilka dni dostępu do internetu (teraz jest, bo wylewka stwardniała i dało się wnieść stolik z komputerem). Odwyk był dla mnie mocno pouczający. Wróciłam do lektury książek, które wreszcie - z racji nowych większych regałów wychynęły z pudeł (gdzie tkwiły jeszcze od czasów przeprowadzki z Warszawy) i uznałam, że trans w jaki wprawia mój mózg podłączenie do sieci jest pożerający i unicestwiający. Zmieniam zatem tryb pracy umysłowej na inny, mniej sieciowy.
Wczoraj zaś, przy okazji nowiu księżycowego, udało się dokonać pierwszej poważnej pracy w gospodarstwie, jednej z kilku najważniejszych, mianowicie wywózki obornika z koziarni do ogrodu. Anna rano pojechała rowerem na wioskę i udało jej się zrządzeniem Opatrzności sprowadzić pracownika. Trzeźwego, chętnego do pracy. Nakarmiłam go porządnie, napoiłam, a oni oboje pracowali pilnie przez 8 godzin, rwąc parkiety tak wysokie, że kozy już rogami o sufit zahaczały.
Udało się oczyścić trzy główne boksy, zostały jeszcze dwa najmniej załadowane, które już obie skończymy.
Wożenie fur na pole tak zmęczyło starego Santa Clausa, że coś mu się porobiło tak, że strach nim jechać gdziekolwiek dalej. Zatem sprawa kupna nowego starego samochodu pilna się zrobiła.
Poza tym przyjechały kurczaczki jednodniowe z wylęgarni i oto zaczynam doroczne dokarmianie. Nadmiar jaj przyda się na coś, niewątpliwie.
Trwa też robienie grządek i sianie, na razie liściastych nowalijek. Nie spieszymy się. Jest sucho, na deszcz się zanosi już trzeci dzień i nic. Oraz piłowanie drewna i układanie pod daszkiem. Codzienne ćwiczenia gimnastyczne.
Zaczyna kwitnąć klon przy domu. Pszczółki się uwijają, brzęcząc mile dla ucha.
8 kwietnia 2018
Wiosenne blogowanie
W domu w dzień jakoś za ciepło się zrobiło. Warszawianka jednak wciąż narzeka, że nie, że wręcz przeciwnie, zimno!
Przepalam jeszcze w c.o., jeden wkład bez dorzucania. Drewno pali się kilka godzin, wolniej, niż w zimny czas. Gotuję na nim karmę dla ptactwa, zagotowuję czajnik wody i porzucam czynności grzewcze.
Chodzę już w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawkiem, nawet na dwór zdarza mi się tak wyskoczyć. Żadnych przeszkód. Uszy raczą się pięknym śpiewem wiosennych ptaków. Chce się siedzieć na tarasie i wchłaniać wiosnę.
Niosą się już indyczki. Balbiny udają, że coś tam w tych sprawach robią, ale nie widać jajecznych skutków. Przesiadują przy garze z wodą i grzeją się w słońcu. Ot, ozdobna para.
Kaczusie zostały już tylko dwie. Trzecią, niestety, trzeba było ubić. Zaczęła upadać na nogi. Po egzekucji okazało się, że miała w sobie rozbite jajo. Jednak okazała się kaczką, nie kaczorem.
Kury niosą się wściekle, jak to na wiosnę.
Wykorzystując trochę czasu przed nawałą koniecznych prac fizycznych do wykonania, uruchomiłam w sieci kolejny swój blog. Zawierający zapisy z niejawnego życia śniącej wróżki. Jakoś tak na podsumowania mnie wzięło z okazji długich saturnicznych wpływów, jakie ostatnio przechodzę.
Nazywa się: Transwizjon. Świat po drugiej stronie.
Przepalam jeszcze w c.o., jeden wkład bez dorzucania. Drewno pali się kilka godzin, wolniej, niż w zimny czas. Gotuję na nim karmę dla ptactwa, zagotowuję czajnik wody i porzucam czynności grzewcze.
Chodzę już w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawkiem, nawet na dwór zdarza mi się tak wyskoczyć. Żadnych przeszkód. Uszy raczą się pięknym śpiewem wiosennych ptaków. Chce się siedzieć na tarasie i wchłaniać wiosnę.
Niosą się już indyczki. Balbiny udają, że coś tam w tych sprawach robią, ale nie widać jajecznych skutków. Przesiadują przy garze z wodą i grzeją się w słońcu. Ot, ozdobna para.
Kaczusie zostały już tylko dwie. Trzecią, niestety, trzeba było ubić. Zaczęła upadać na nogi. Po egzekucji okazało się, że miała w sobie rozbite jajo. Jednak okazała się kaczką, nie kaczorem.
Kury niosą się wściekle, jak to na wiosnę.
Wykorzystując trochę czasu przed nawałą koniecznych prac fizycznych do wykonania, uruchomiłam w sieci kolejny swój blog. Zawierający zapisy z niejawnego życia śniącej wróżki. Jakoś tak na podsumowania mnie wzięło z okazji długich saturnicznych wpływów, jakie ostatnio przechodzę.
Nazywa się: Transwizjon. Świat po drugiej stronie.
5 kwietnia 2018
Wiosenne parcie
Powoli, ale systematycznie karaskamy się. Lumbago przechodzi, Anna może już się zginać, pochylać i kucać bez większego bólu. Temperatura bliska normalnej. Kaszel i katar odeszły.
Czas najwyższy, bo wiosna wpadła z impetem. Soki drzewne ruszyły gwałtownie, więc łapiemy co się da, pijąc oczyszczającą oskołę. Wraz z sokami pobrzękują pszczoły. Chyba nie jest z nimi źle, przynajmniej tak źle, jak nam się zrazu wydało. Pączki nabrzmiewają, ino patrzeć, jak las się zazieleni.
Czekając na majstra, umówionego na po Wielkanocy prawosławnej, staramy się codziennie coś uprzątnąć i wynieść z pokoju, który teraz wreszcie zyska wykończenie. Nie mamy jeszcze dużo siły fizycznej, więc nadrabiamy systematycznością i cierpliwością.
Kozy już tęsknie wyglądają z podwórza ku lasowi. Dostają kostkę siana na powietrzu i ogryzają drewno opałowe, ściągnięte niedawno. Miejscowi pouczali nas, że bydło nie powinno się paść na pierwszych soczystych gałązkach i pączkach, bo często wtedy choruje. Pilnujemy więc tego.
Dzieci rosną zdrowo i wesoło. Mleka nie ma. Ledwie tyle, co do kawy, niekiedy do naleśników albo budyniu uda się ukraść małym żarłokom.
Dziś Anna obsiała inspekt, nakryty starymi oknami. Szpinak, roszponka, takie tam.
Czas najwyższy, bo wiosna wpadła z impetem. Soki drzewne ruszyły gwałtownie, więc łapiemy co się da, pijąc oczyszczającą oskołę. Wraz z sokami pobrzękują pszczoły. Chyba nie jest z nimi źle, przynajmniej tak źle, jak nam się zrazu wydało. Pączki nabrzmiewają, ino patrzeć, jak las się zazieleni.
Czekając na majstra, umówionego na po Wielkanocy prawosławnej, staramy się codziennie coś uprzątnąć i wynieść z pokoju, który teraz wreszcie zyska wykończenie. Nie mamy jeszcze dużo siły fizycznej, więc nadrabiamy systematycznością i cierpliwością.
Kozy już tęsknie wyglądają z podwórza ku lasowi. Dostają kostkę siana na powietrzu i ogryzają drewno opałowe, ściągnięte niedawno. Miejscowi pouczali nas, że bydło nie powinno się paść na pierwszych soczystych gałązkach i pączkach, bo często wtedy choruje. Pilnujemy więc tego.
Dzieci rosną zdrowo i wesoło. Mleka nie ma. Ledwie tyle, co do kawy, niekiedy do naleśników albo budyniu uda się ukraść małym żarłokom.
Dziś Anna obsiała inspekt, nakryty starymi oknami. Szpinak, roszponka, takie tam.
30 marca 2018
Test medyczny
W
ostatnim czasie Saturn i Mars, dwa największe w astrologii malefiki, czyli twórcy zła, w kwadraturze do Słońca w wiosennym znaku
Barana dają mi popalić. Dają zresztą popalić nam wszystkim, ponieważ są to układy odpowiedzialne za tę nieszczególną, niewiosenną, zimną, śnieżną i pozbawioną powabu pogodę, której jak dotąd końca nie ma. Mars jeszcze zbliża się do Saturna na
moim urodzeniowym Słońcu w Koziorożcu, ale to już pesteczka. Wobec tego, co mamy już dzięki Bogu za sobą.
Od półtora
tygodnia w domu testujemy wielką i małą farmę. Na tę samą
chorobę. Ja - Koziorożec z Księżycem w Pannie, doświadczany
Marsowo-Saturnicznie, na starcie 38,5 stopni gorączki, po zażyciu
13 kropel cudownego specyfiku stosowanego przez carskich lekarzy
wojskowych podczas I wojny światowej (koszt grubo poniżej złotówki)
doszłam pierwsza w pozycji pionowej do mety. Anna, tak samo
Koziorożec z Księżycem w Pannie, doświadczany w w/w sposób i
identycznie wysoką gorączką, po zażyciu 16 tabletek antybiotyku i
różnych takich (koszt 50 złotych) właśnie przedwczoraj zgięła się
nie tak i dostała na samej mecie... ataku lumbago. A po nocy
spędzonej z gorącym termoforem na wiadomej części ciała,
zaliczyła zjazd, z którego musiałam ją własnoręcznie z podłogi
zbierać i podnosić.
Po intensywnym dokarmianiu od rana, chuchaniu w
rozgrzanej pościeli, oraz pieszczeniu oczu i uszu netflixowym gównem
serialowym bez przerwy, zdołała wpełznąć po drabinie na strych
obory, aby zrzucić zapas siana dla kóz na kolejny etap urlopu
rekonwalescencyjnego, Sama nie wiem, czego lepiej się trzymać, z
tych metod leczniczych... bo gros pracy spadło na moje barki. W
każdym razie gaszę wieczorem pragnienie czerwonym winkiem własnej roboty...
i rozmyślam o podobnych splotach przeznaczenia rozwiązanych innymi sposobami, wnoszącymi jakże odmienne skutki na dalej.
26 marca 2018
Kryzys wiosenny
Powaliła nas choroba. Anna szybko zrejterowała do lekarza i zaczęła kurację antybiotykową. Ja pozostałam przy swoich metodach. Po tygodniu czasu mogę powiedzieć, że obie czujemy się jednako ch...jowo.
Kiedy razem miałyśmy powyżej 38 stopni gorączki musiałyśmy skoordynować swoje wysiłki, aby wykonywać codzienne konieczne prace, nawet pełznąc i czołgając się. Aby potem paść na kilka godzin w ciepłą pościel i usiłować wypocząć.
W tym czasie wykociła się ostatnia koza, na świat przyszły dwie śliczne kłapciate kózki, trzeba było dopełnić obowiązków położnej. Nie zauważyłyśmy z tego chorobowego przemęczenia, że koza ma ranę na wymieniu, wyglądała na zabrudzenie łożyskiem. Anna odkryła prawdziwą przyczynę dwa dni później, gdy zdojone mleko z nabrzmiałego strzyka zaczęło być mocno różowe. Na szczęście w domu jest stale w pogotowiu lekarstwo i strzykawka. Koza dostała trzy razy antybiotyk, specjalne odkażające smarowania i opuchnięcie już schodzi, mleko też wróciło do zwykłej barwy.
Dostała cios rogami od własnej matki, która była już mocno zmęczona ciasnotą i zamykaniem ich na całe dnie. Kiedy pogoda zaczęła się wyraźnie poprawiać i ocieplać, w dzień słońce wysoko stać, a my odzyskałyśmy nieco sił, kozy są wypuszczane na kilka godzin na podwórze, gdzie zajmują się korowaniem zwiezionego drewna i jedzeniem siana, a koźlęta bieganiem i zabawą. Bardzo to uspokoiło nastroje.
Wizja zbliżającej się wiosny, ćwierkające wiosenne ptaszki, ciepło w ciągu dnia (w nocy są nadal przymrozki i gleba wcale nie odmarzła) poruszyła też rolniczy biznesik. Ogłoszenia dawno wisiały tu i ówdzie, a dopiero teraz bywa po kilka telefonów dziennie. A to ktoś kózkę kupił, a to kozła pożyczył, a to koguta się sprzeda, może indora lub indyczkę. Tylko o jaja nikt nie pyta, a wysypują się z lodówki, mimo, że codziennie karmię nimi psy i koty, a Anna zrobiła wielojajeczny sernik z przedostatniego twarogu zeszłorocznego, przechowanego w zamrażarce.
Zajrzał też majster ustalony jeszcze przed zimą, do wykończenia pokoju głównego, który wciąż pozostaje w pierwotnej wersji. Szykuje się zatem ostry remont zaraz po świętach.
Póki co snuję się po świecie w zwolnionym tempie, z trzaskającym bólem zatok czołowych, tłumionym tabletkami przeciwbólowymi, nosem odtykanym kroplami do nosa, i niedomiarem temperatury, 36,4.
Kiedy razem miałyśmy powyżej 38 stopni gorączki musiałyśmy skoordynować swoje wysiłki, aby wykonywać codzienne konieczne prace, nawet pełznąc i czołgając się. Aby potem paść na kilka godzin w ciepłą pościel i usiłować wypocząć.
W tym czasie wykociła się ostatnia koza, na świat przyszły dwie śliczne kłapciate kózki, trzeba było dopełnić obowiązków położnej. Nie zauważyłyśmy z tego chorobowego przemęczenia, że koza ma ranę na wymieniu, wyglądała na zabrudzenie łożyskiem. Anna odkryła prawdziwą przyczynę dwa dni później, gdy zdojone mleko z nabrzmiałego strzyka zaczęło być mocno różowe. Na szczęście w domu jest stale w pogotowiu lekarstwo i strzykawka. Koza dostała trzy razy antybiotyk, specjalne odkażające smarowania i opuchnięcie już schodzi, mleko też wróciło do zwykłej barwy.
Dostała cios rogami od własnej matki, która była już mocno zmęczona ciasnotą i zamykaniem ich na całe dnie. Kiedy pogoda zaczęła się wyraźnie poprawiać i ocieplać, w dzień słońce wysoko stać, a my odzyskałyśmy nieco sił, kozy są wypuszczane na kilka godzin na podwórze, gdzie zajmują się korowaniem zwiezionego drewna i jedzeniem siana, a koźlęta bieganiem i zabawą. Bardzo to uspokoiło nastroje.
Wizja zbliżającej się wiosny, ćwierkające wiosenne ptaszki, ciepło w ciągu dnia (w nocy są nadal przymrozki i gleba wcale nie odmarzła) poruszyła też rolniczy biznesik. Ogłoszenia dawno wisiały tu i ówdzie, a dopiero teraz bywa po kilka telefonów dziennie. A to ktoś kózkę kupił, a to kozła pożyczył, a to koguta się sprzeda, może indora lub indyczkę. Tylko o jaja nikt nie pyta, a wysypują się z lodówki, mimo, że codziennie karmię nimi psy i koty, a Anna zrobiła wielojajeczny sernik z przedostatniego twarogu zeszłorocznego, przechowanego w zamrażarce.
Zajrzał też majster ustalony jeszcze przed zimą, do wykończenia pokoju głównego, który wciąż pozostaje w pierwotnej wersji. Szykuje się zatem ostry remont zaraz po świętach.
Póki co snuję się po świecie w zwolnionym tempie, z trzaskającym bólem zatok czołowych, tłumionym tabletkami przeciwbólowymi, nosem odtykanym kroplami do nosa, i niedomiarem temperatury, 36,4.
19 marca 2018
Się plecie
Krótkie przedwiosenne ocieplenie szybko się skończyło. Mimo wysokiego jaskrawego słońca wrócił śnieg i mróz, nawet jeśli w porywie dnia dochodzi tylko do minus 2, to i tak wrażenie zimna jest dziwnie spotęgowane, podmuchy lekkiego wiatru szczypią w nosie i oczach, dłonie grabieją. Aż wątpię, że prognozy internetowe i inne oficjalne mówią prawdę. Wszystkie posiadane dotąd domowe, zewnętrzne i wewnętrzne termometry wysiadły, chińszczyzna poprzylepiana na szybach okien wprowadza w błąd, pozostaje palić w piecach i cierpliwie żdać wiesny!
Koźlęta zrobiły się już tak energiczne, że wyłapywanie ich po obrządku graniczy z cudem. Ledwie dwa psy sobie z nimi radzą, wganiając rozbrykane bachory do obory. To nie koźlęta, a pchły jakieś! W efekcie takich codziennych wysiłków łowieckich, Anna zapadła właśnie na coś w rodzaju przeziębienia. Chrząka, pokasłuje, narzeka na gardło i lekki ból w oskrzelach.
- Trza było gębusi nie drzeć pod wiatr - stwierdziłam kwaśno. Bo teraz cała rebiata na mojej głowie będzie.
Witamina C wyszła była i zapas nie został uzupełniony w porę. W ruch poszła cebula, czosnek, chrzan, imbir, sok porzeczkowy, herbatka rozgrzewająca z kwiatu lipy, cytryna, gorące mleko i termofor pod stopy. Filmy na Netflix w oczy, żeby czymś zająć umysł. I tak to się plecie.
Koźlęta zrobiły się już tak energiczne, że wyłapywanie ich po obrządku graniczy z cudem. Ledwie dwa psy sobie z nimi radzą, wganiając rozbrykane bachory do obory. To nie koźlęta, a pchły jakieś! W efekcie takich codziennych wysiłków łowieckich, Anna zapadła właśnie na coś w rodzaju przeziębienia. Chrząka, pokasłuje, narzeka na gardło i lekki ból w oskrzelach.
- Trza było gębusi nie drzeć pod wiatr - stwierdziłam kwaśno. Bo teraz cała rebiata na mojej głowie będzie.
Witamina C wyszła była i zapas nie został uzupełniony w porę. W ruch poszła cebula, czosnek, chrzan, imbir, sok porzeczkowy, herbatka rozgrzewająca z kwiatu lipy, cytryna, gorące mleko i termofor pod stopy. Filmy na Netflix w oczy, żeby czymś zająć umysł. I tak to się plecie.
15 marca 2018
Ciepłe powietrze
Udało się sprawnie zwieźć dwie fury pozyskanego drewna z pobliskiego lasu. Resztę, tę najbliższą drogi Anna przywiozła na przyczepce. Traktorzysta z synem był sprawny, solidny i niedrogi. Anna chwyciła zatem dziś za piłę swoją ukochaną i rżnie wielką kupę. Mnie czeka układanie.
Opał uzupełniający tegoroczne zużycie, na przyszłą zimę, zmieścił się w granicach 200 złotych. Owszem, trzeba będzie jeszcze doliczyć koszty paliwa do piły. Ale robocizna własna.
Kury, z radości przedwiosennej zwiększają nieśność. Dziennie dochodzą do 9 jaj.
Dokarmiane koźlęta mają się dobrze. Najstarsza Fruzia została odstawiona na noc i rano mleko Felicji idzie na nakarmienie czworga głodomorków. Dwóch syneczków Flory, i dwóch córeczek Muci, pierwiastek. Florka, Froda i Fiki i Miki. Robimy to już tylko dwa razy dziennie, bo dzieciaki jakoś sobie radzą, w końcu mają matki.
Wczorajszy wyjazd do powiatu, w sprawach urzędowo-zakupowych (ZUS, KRUS, Agencja Rolna, bo termin określenia się co do stada mijał właśnie, supermarkety, żeby zapas makaronu dla psów i ryżu dla nas zrobić), mimo, że przebiegł sprawnie, i Santa Klaus wbrew wcześniejszym obawom spisał się dzielnie, mocno nas umęczył. To przedwiosenne powietrze, ech. Wysysa siły.
Opał uzupełniający tegoroczne zużycie, na przyszłą zimę, zmieścił się w granicach 200 złotych. Owszem, trzeba będzie jeszcze doliczyć koszty paliwa do piły. Ale robocizna własna.
Kury, z radości przedwiosennej zwiększają nieśność. Dziennie dochodzą do 9 jaj.
Dokarmiane koźlęta mają się dobrze. Najstarsza Fruzia została odstawiona na noc i rano mleko Felicji idzie na nakarmienie czworga głodomorków. Dwóch syneczków Flory, i dwóch córeczek Muci, pierwiastek. Florka, Froda i Fiki i Miki. Robimy to już tylko dwa razy dziennie, bo dzieciaki jakoś sobie radzą, w końcu mają matki.
Wczorajszy wyjazd do powiatu, w sprawach urzędowo-zakupowych (ZUS, KRUS, Agencja Rolna, bo termin określenia się co do stada mijał właśnie, supermarkety, żeby zapas makaronu dla psów i ryżu dla nas zrobić), mimo, że przebiegł sprawnie, i Santa Klaus wbrew wcześniejszym obawom spisał się dzielnie, mocno nas umęczył. To przedwiosenne powietrze, ech. Wysysa siły.
12 marca 2018
Kiszka ziemniaczana z Podlasia
Śniegi zeszły, jeszcze gdzieniegdzie utrzymuje się grząskość podłoża. Stado ptasie żeruje na kaczym dołku wydrapując chciwie z gleby resztki mchu. Wzięło nas wczoraj na kulinarne zajęcia dodatkowe. Taka kulinarna niedziela.
Przyrządziłam kolejne porcje pasztetu w słoikach, wyszło ich pięć. Bo poprzednie szybko się skończyły.
A poza tym, jakby z rozpędu sporządziłyśmy kiszkę ziemniaczaną, podlaski przysmak. Nigdzie nigdy wcześniej jej nie jadłam w Polsce, tak jak i babki ziemniaczanej. Potrawa wschodnia jednym słowem. Dawno już przez nas nie robiona. Wyszła pięknie i smacznie, dziś się skończyła, a na poczęstunek załapał się niespodziewany gość. Pochwalił.
Składniki:
2 kg ziemniaków
1 duża cebula
0,3-0,5 kg boczku, podgardla albo słoniny, co się ma. Można też dodać pokrojonej w kostkę kiełbasy.
5 łyżek mąki ziemniaczanej
2 jaja
Przyprawy: sól, pieprz czarny świeżo mielony, ziele prowansalskie, zależnie od gustu, 3-4 ząbki czosnku.
Jelita
Przyrządzenie:
Ziemniaki, czosnek i cebulę zmielić drobno, jak na placki ziemniaczane, odsączyć. Dodać pokrojonego w kostkę boczku lub słoniny, jaja, posolić (na tę ilość łyżka-półtorej soli) i przyprawić do smaku. Dokładnie wymieszać, zagęszczając nieco mąką ziemniaczaną. Konsystencja nie może być zbyt rzadka, ani zbyt gęsta, podobna do tej na placki ziemniaczane, może ciut gęściejsza.
Nakładamy jelito na odpowiednią końcówkę w maszynce i nabijamy tak samo, jak to się robi z kiełbasą. Formujemy kiełbaski długości parówek.
Układamy na dnie brytfanny kilka cienkich paseczków słoniny, układamy nabitą kiszkę, tak, aby się ze sobą nie stykała. Nakłuwamy każdą kiszkę w kilku miejscach szpilką, aby płyn podczas pieczenia miał którędy uciec. Inaczej kiszka pęknie i straci na piękności. Można jeszcze dać odrobinę smalcu na wierzch każdej kiszki.
Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, z termoobiegiem jakąś godzinę.
Smakuje na ciepło i na zimno. Z chrzanem, keczupem, kwaszonką do smaku. Odsmażana ze skwarkami zyskuje nowe życie.
Przyrządziłam kolejne porcje pasztetu w słoikach, wyszło ich pięć. Bo poprzednie szybko się skończyły.
A poza tym, jakby z rozpędu sporządziłyśmy kiszkę ziemniaczaną, podlaski przysmak. Nigdzie nigdy wcześniej jej nie jadłam w Polsce, tak jak i babki ziemniaczanej. Potrawa wschodnia jednym słowem. Dawno już przez nas nie robiona. Wyszła pięknie i smacznie, dziś się skończyła, a na poczęstunek załapał się niespodziewany gość. Pochwalił.
Kiszka ziemniaczana
Składniki:
2 kg ziemniaków
1 duża cebula
0,3-0,5 kg boczku, podgardla albo słoniny, co się ma. Można też dodać pokrojonej w kostkę kiełbasy.
5 łyżek mąki ziemniaczanej
2 jaja
Przyprawy: sól, pieprz czarny świeżo mielony, ziele prowansalskie, zależnie od gustu, 3-4 ząbki czosnku.
Jelita
Przyrządzenie:
Ziemniaki, czosnek i cebulę zmielić drobno, jak na placki ziemniaczane, odsączyć. Dodać pokrojonego w kostkę boczku lub słoniny, jaja, posolić (na tę ilość łyżka-półtorej soli) i przyprawić do smaku. Dokładnie wymieszać, zagęszczając nieco mąką ziemniaczaną. Konsystencja nie może być zbyt rzadka, ani zbyt gęsta, podobna do tej na placki ziemniaczane, może ciut gęściejsza.
Nakładamy jelito na odpowiednią końcówkę w maszynce i nabijamy tak samo, jak to się robi z kiełbasą. Formujemy kiełbaski długości parówek.
Układamy na dnie brytfanny kilka cienkich paseczków słoniny, układamy nabitą kiszkę, tak, aby się ze sobą nie stykała. Nakłuwamy każdą kiszkę w kilku miejscach szpilką, aby płyn podczas pieczenia miał którędy uciec. Inaczej kiszka pęknie i straci na piękności. Można jeszcze dać odrobinę smalcu na wierzch każdej kiszki.
Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, z termoobiegiem jakąś godzinę.
Smakuje na ciepło i na zimno. Z chrzanem, keczupem, kwaszonką do smaku. Odsmażana ze skwarkami zyskuje nowe życie.
8 marca 2018
Przed przedwiośniem
Wreszcie puściło ostre mrozisko, zmuszające nas do palenia w piecach od rana do nocy. Od wczoraj odwilż pełną parą, pcha się przedwiośnie. Ptaki ze świeżym przypływem sił rozbiegają się po obejściu, penetrując przestrzenie dotąd zakryte śniegiem i zamrożone. Chce im się grzebać, szukać pokarmu. Jak na razie znoszą po 5 jaj dziennie, ale pewnie na dniach będzie jajeczny szturm.
Anna zwiozła co mogła z leśnego urobku, do reszty trzeba traktor wynająć. Szykuje się pszczół posłuchać, czy się ruszają, brzęczą w ulu. Jak trzeba będzie, dokarmić przed wiosną. Mnie się różne plany snują po głowie. Działać się chce.
Urodziło się nowe stadko kozich dzieci, w większości płci męskiej. Jeszcze tylko jedna koza do wykotu. Nie było większych perturbacji, oprócz tego, że pierwiastki mają po dwójce, a mleka mało. Zatem dokarmiamy trzy razy dziennie trójkę koźląt, z butelki, mlekiem zdojonym od Gwiazdy.
Anna zwiozła co mogła z leśnego urobku, do reszty trzeba traktor wynająć. Szykuje się pszczół posłuchać, czy się ruszają, brzęczą w ulu. Jak trzeba będzie, dokarmić przed wiosną. Mnie się różne plany snują po głowie. Działać się chce.
Urodziło się nowe stadko kozich dzieci, w większości płci męskiej. Jeszcze tylko jedna koza do wykotu. Nie było większych perturbacji, oprócz tego, że pierwiastki mają po dwójce, a mleka mało. Zatem dokarmiamy trzy razy dziennie trójkę koźląt, z butelki, mlekiem zdojonym od Gwiazdy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



