21 listopada 2015

Mydlane impresje

Osiedleńcze życie rozwija się powoli, z różnymi wspólnotowymi skutkami. Staramy się wspomagać, lub chociaż wysłuchiwać nawzajem. To chyba potrzeba każdego zwykłego człowieka, prawda?
Czasem nasze talenty dodają się do siebie i starają uderzyć we wspólny ton. Na przykład mydlano-fotograficzny. Aby uderzyć nim i przekazać go dalej. Zademonstrować, dać poczuć.


Podziwiajcie fantazję Małgosi Klemens, mieszkającej kilka dobrych rzutów beretem od nas w leśnym Wygonie, która ją oddała swoim aparatem pewnego wieczoru.


Tematem sesji była oczywiście umiłowana twórczość Ani, gliniano-mydlana.


Czarno, biało, brązowo, zielono...


Mydelniczkowo...


Rozmaita.


Autor fotografii M. Klemens - Galeria Leśna Wygon

19 listopada 2015

Ofiara z balbiny, tudzież ochrona wzmocniona

Kilka dni temu lis nam porwał Balbinę. Stało się to w sadzie i w zagrodzeniu. Pod naszą i psów, z racji deszczowej pory przesiadujących dnie całe w domu, nieuważność. Przyparł biedaczkę do siatki i schwytał, jeno kilka piórek zostało. Reszta stada uciekła. Balbin widocznie smutny chodzi, choć mu jeszcze Kuba została. Z imieniem Kuba jest u nas tak jak z Kolą od Coli, a nie od Mikołaja. Miał być gąsiorek, wyrosła gąska, a imię zostało. No, to od wyspy Kuby jest nazwana, a nie od Jakuba, czy też Kubania. Balbina jednak była jego żoną-siostrą od samego pisklęcia znaną. I Kuba ledwie mu serce zajmuje. Mam nadzieję, że jakoś sobie poradzi z tęsknotą. Białe gęsi zupełnie go nie interesują i właściwie kubańskie i owsiane osobno chodzą.
Na białe zresztą kryska jesienna nadeszła i stado zmniejszyło się już do połowy. Anna uskutecznia metodę skubania gęsi na rozgrzanym parniku z kartoflami i coraz szybciej jej to idzie.

To nie z powodu straty Balbiny, ale przy okazji, tudzież innych też, bo z 12 młodych niosek już tylko 7 zostało, nasza posesja zyskała wreszcie, po wielu miesiącach oczekiwania, tylną bramę i w tej chwili psy oraz ptactwo blaszkodziobe nie może już wędrówek niebezpiecznych uskuteczniać. Co do kur i indyków mam poważne wątpliwości, ich nic nie powstrzyma od przedzierania się przez płoty i grzebania w lesie. Choć nabrały czujności po kilku atakach i koguty na alarm biją, nawet, gdy obcego człowieka nagle na podwórzu zobaczą.

Listopad w pełnej krasie. Pada, rosi, tumani. Noce jednak zaskakująco są ciepłe i niewiele chłodniejsze od dnia. Kluseczka zjawia się tylko na śniadanie i kolację, resztę czasu spędzając pod licznymi dachami w obejściu, a to na tarasie, a to w altanie, a to pod okapami obory, kurnika i spichlerza, albo daszkiem drewutni. Najwyraźniej lubi senną słotę.
Długie wieczory przy rozgrzanym kaloryferze skłaniają mnie do twórczości takiej i owakiej. Pracuję nad książką, opisującą moje dzieje osiedlenia się w starej podlaskiej chatce, do czego namówił mnie zaprzyjaźniony pisarz, Alef Stern. Teraz już też mój szef na portalu pressmix.eu, na którym od niedawna zaczęłam się udzielać z felietonami. Także z tematami branymi z Kresowej.
Nostradamus o Arabach w Europie.
Okiem kozy.
Dlaczego kozy.

12 listopada 2015

Tryb awaryjny

Trudny dzień bez samochodu. Bez samochodu życie na wsi podlaskiej jest niełatwe do opowiedzenia i do przeżycia.
Z powodu terminu urzędowego zaznałam najpierw jazdy starym rowerem z niewyregulowanym, przeskakującym z trybu na tryb łańcuchem do miasteczka (3 kilometry), potem podróż autobusem do miasta, następnie kilkugodzinne podążanie piechotą tu i ówdzie, aby zdążyć, nie spóźnić się i jeszcze nie przegapić powrotnego autobusu. Sprawy urzędowe poszły podle, zdołałam jednak uzyskać jakoś przedłużenie terminu i zorganizować sobie kolejne dni awaryjne. Dźwiganie ciężarów (w tym paczkę 9-kilogramową) wzięła litościwie na swoje barki Anna.  Na chwiejących się nogach (niestety wciąż odczuwam dolegliwości po chorobie i każde przemęczenie pada mi przede wszystkim na nogi, ruszają parestezje w stopach i dłoniach, czasem ból czaszki i kręgosłupa, a brak sił po nadwyrężeniu utrzymuje się kilka dni) wsiadłam z powrotem do autobusu, z lekkim przerażeniem myśląc o czekającej mnie jeszcze drodze rowerem do domu. Wnętrze autobusu było niemożebnie przegrzane, może z powodu jakiejś awarii. Kierowca jechał przy otwartym szeroko oknie, a i tak pasażerowie tłoczący się z tyłu krzyczeli o litość. Po drodze trafiła się także, jak NIGDY kontrola biletów! W moim wieku nie jeździ się już na gapę, więc stresu nie ma, ale odnotowuję to jako kolejne kuriozum, dokładające się do nastroju chwili. Anna zlitowała się wtedy nade mną, uruchomiła tymczasowo podreperowany samochód u mechanika i wróciłyśmy nim do chaty, z rowerami na pace.
Stacyjka doszła dzisiaj, reklamacja się należy kurierowi za opóźnienie i kłamstwo (zgłosił firmie, że był przedwczoraj i awizował przesyłkę, bo nikogo nie zastał, tymczasem byłam, czekałam i nawet pies nie zaszczekał, nie mówiąc o braku jakiegokolwiek zawiadomienia o bytności).
Trudności to jeszcze nie koniec, bo sprawy urzędowe wciąż nade mną wiszą. Ale może jakoś się rozejdzie po kościach, przy odpowiednich staraniach, mam nadzieję.
Póki co upiekłam młodego indora, którego trzeba było awaryjnie wczoraj zaciąć, aby nas nie uprzedził. I wysmażyłam w wolnowarze gęsi smalec z ostatnio ubitej gąski. Wyszło z niej pół litra żółtego klarownego specyjału.

10 listopada 2015

Przeszkoda

Samochód jakiś czas temu zastrajkował, przestał odpalać. Stojąc grzecznie w garażu. Telefoniczna konsultacja z jednym i drugim mechanikiem potwierdziła podejrzenie, padła elektryka. Trzeba do sprawdzenia i naprawy. Najpierw miała się odbyć w Bielsku, ale zawiezienie naszej Żeńki na lince okazało się zbyt ryzykowne, bo przestały działać hamulce. Wylądowała u mechanika w najbliższej miejscowości. No, i co? Gdy tylko zajrzał pod maskę, postukał i popatrzył na szczegóły, znalazł przyczynę bez żadnego komputera. Trzeba wymienić starą stacyjkę, bo nie styka. 
Anna zamówiła onąż przez internet i czeka teraz na kuriera. Jutro święto narodowe, pewnie nie zdąży dojechać. Wygląda na to, że znów nie zjawię się na badaniu kontrolnym w szpitalnej przychodni. Wizytę u neurologa już musiałam przełożyć na późniejszy termin.

Kozy zasuszone. Serów nie trzeba robić. Zaczęłam pisać kolejną książkę. 
Anna udziela się społecznie i co rusz jeździ na jakieś szkolenie w sprawie dotacji i inicjatyw unijnych. A to w gminie, a to w starostwie, a to w hotelu białowieskim. Poznaje przy tym ludzi zakręconych w różnych sprawach, nie tylko z naszego regionu. I zbiera inspiracje dla siebie.

29 października 2015

Mleczne wątpliwości

W internecie można znaleźć artykuły promujące lub de-promujące, albo dokładniej to i to razem, różne żywieniowe mody. Których się namnożyło i mnoży wciąż w nieskończoność. Fakt jest taki, że jeśli jakieś lobby naukowe, za którym stoi kartel żywieniowy broni jakichś powszechnych poglądów i przyzwyczajeń dietetycznych, to pojawia się kontr-lobby, które obnaża ukryte błędy badawcze, eksperymenty i oszustwo tamtej grupy naukowców, stają za nim producenci dawniej niedocenianych produktów lub nowatorskich wynalazków, po czym znowu ruszają do boju zaatakowani, opłacani przez zagrożone firmy przetwórcze, wespół z drużynami wynajętych trolli internetowych, wyśmiewając alternatywne badania i rozwiązania kontr-lobbystów. I jak tu się połapać co jest słuszne, a co nie? Co jeść, a czego nie jeść?

Skłonny do ogłupienia Mieszczuch, przestraszony wizją nieuleczalnych chorób i śmierci, które niosą ze sobą różne produkty żywnościowe, miota się od diety bezglutenowej, wegetarianizmu i weganizmu po dietę paleo czy Kwaśniewskiego itp. Odstawia margarynę, mąkę, chleb, jajka, cukier, sól, mleko, smalec, kartofle, mięso wieprzowe, mięso czerwone, teraz już wieść niesie, że umiera się też po białym. Nie mówiąc o alkoholu takim-śmakim. Szkodzi też czarna kawa i czarna herbata, jak i coca-cola.
Swoją drogą nie przestaję zachodzić w głowę, czym żywią się owi ludzie. Niewielkie obserwacje zaś, które mam, każą mi myśleć, że aby mogli przeżyć z tymi wszystkimi wyrzeczeniami muszą zachować w swoich głowach jakiś procent nieświadomości, ignorancji w stosunku do tego, co jedzą i tym właśnie się dożywiają. Niektórzy zatem piją mleko i jedzą dużo sera, zamiast mięsa, które jest be, niektórzy zajadają się w jego miejsce kopami jaj, nieważne, że z ferm kurzych pozyskanych, niektórzy zagłuszają ciągły głód w organizmie tabliczkami czekolady (wedlowskiej, a jakże!) i innym słodkim badziewiem, choć programowo słodzą wszystko stewią i miodem. Znam też jaroszów żywiących się zupkami błyskawicznymi i chińskimi, makaronem i rybami z puszek. Ale i tak większość owych śmiałków przecierających nowe szlaki dla ludzkości, na moje oko jest niedożywiona, co widać często nie tylko po zbyt wielkim wychudzeniu, ale i szarej cerze, łamliwych włosach, błyszczących oczach, albo innych objawach, jak nerwowość, alergie skórne, odpluwanie flegmy czy ciągłe pochrząkiwanie. I dodatkowo ogólna słabość i prędkie męczenie się. Czego w Mieście siedząc przy komputerze albo za kierownicą nie uświadamia się sobie zbyt szybko.

Z tych wszystkich walk na argumenty interesuje mnie głównie dyskusja odnośnie szkodliwości bądź zdrowotności picia mleka. Bo praktyczne doświadczenie jakieś już mam. Także zwykłe obserwacje życiowe i rozsądne wnioski z nich wyciągane też. Ostatnio przeczytałam, że naukowcy dowiedli po przebadaniu grupy 100 tys. osób, że picie mleka przyśpiesza śmierć. Naszła mnie oczywiście oczywista zdziwiona myśl: Jeśli tak jest rzeczywiście, to na Boga, jak to się stało, że nasi przodkowie nie wymarli tysiące lat temu i w ogóle my się narodziliśmy?

Picie świeżego mleka w starszym wieku to oczywiście szkodliwa sprawa. Choć czy śmiertelnie, sprzeczałabym się. Dorośli ludzie nie mają odpowiedniego enzymu, który ścina białko z mleka w żołądku, ot i przyczyna. Pomijam kwestie alergików, bo to osobna przypadłość. Jakoś tak ostatnio dziwnie coraz częstsza, dlatego przyczyna zapewne nie leży w samym mleku, a gdzie indziej.
Na mojej wiosce żyją jeszcze starzy weterani, w przedziale 80-90 lat, rolnicy, którzy nigdy nie zaprzestali spożywać mleka. Co prawda nie liczą stu tysięcy, ale gdyby tak wziąć wszystkie wioski na Podlasiu na pewno by się stosowna grupa takich okazów znalazła. Byłaby to świetna grupa badawcza dla kontr-lobbystów poglądu o szkodliwości mleka jako takiego.
Bowiem ci staruszkowie robią to od dziecka, mając dostęp do mleka dzięki własnej krowie w oborze. Takiej, która jest ich przyjaciółką i pasie się cały ciepły sezon na łące. Wiem, że jadają codziennie gotowane zupy mleczne na śniadanie, poza tym mleko kwaszą i zmieniają w twarożek, pozyskują śmietanę, kręcą z niej masło. Mają różne przypadłości, jak to staruszkowie, ale jeszcze sami koło siebie wszystko robią i mieszkają samodzielnie, bez dzieci ani wnuków. Wnioskuję zatem, że jeden z punktów ustalonych przez naukowców, wytykających przyczyny szkodliwości picia mleka, pasteryzowanie, może być najważniejszy, plus jeszcze inne rzeczy, które dzieją się w mleczarniach, a które dziwnie rzadko w podobnych artykułach są wymieniane (dodawanie antybiotyków i chemii, aby mleko uzdatnić smakowo) są główną przyczyną owej szkodliwości. Dodać trzeba też wyższe wydelikacenie nowych pokoleń, karmionych konserwantami i szczepionych namiętnie od niemowlęcia. Bo tego wszystkiego nie robią, ani nie mają "moi" starzy mlekopije z dziada pradziada.

Obserwuję również starsze osoby, mieszkające w miasteczku, które nauczyły się pić mleko tak jak rolnik w dzieciństwie (bo np. urodziły się na wiosce i dużo później przeprowadziły się w cywilizowane warunki), a teraz kupują je codziennie w sklepie, bo nie potrafią przestać. Otóż starsze kobiety gromadnie zapadają na osteoporozę. Na odwapnienie jednak chorują teraz krowy hodowlane, genetycznie modyfikowane, które bożego świata w oborze nie widzą, stoją cały rok w zamknięciu i idą na rzeź w wieku dla krowy młodzieńczym. Czy to tylko przypadek? Nie było tego w czasach ich młodości. Nie było takiej choroby w mojej. Gdy w szkołach rozdawano szklankę mleka dla każdego ucznia. I jakoś to wstrętne trucie przeżyliśmy.

Tak na marginesie, serwatka, jogurty, kefiry i twarogi z mleka niepasteryzowanego to najlepsze lekarstwo na żołądek (znam kobietę, która dzięki piciu serwatki uciekła spod noża chirurgowi) i na jelita w wielu przypadkach. Sama własnie się o tym przekonuję, bo wychodzę dzięki nim z ostrej biegunki i utraty ochrony bakteryjnej po leczeniu antybiotykowym. Jeśli jelita są zdrowe i chronione odpowiednimi bakteriami, uzupełnianymi najczęściej przez kwaszone mleko, to idzie za tym także odporność na infekcje, grypy, anginy i biegunki. W Ameryce popularna jest ostatnio antynowotworowa dieta kiszonkowa, gdzie ważną rolę w codziennym żywieniu pełni naturalny twaróg robiony z surowego mleka. Którego w Stanach uświadczyć się teraz nie daje, bo zabroniona jest sprzedaż surowego mleka i klient-pacjent naraża się prawu, tak jak za czasów prohibicji miłośnik alkoholu. Nie mówiąc o pomocnym farmerze, który zrównany został w ten sposób z Al Capone.

Od lat nie piję w ogóle świeżego mleka, zup mlecznych nie jem również, bo intuicyjnie czuję, że chwacit. Od wielkiego dzwonu latem mam apetyt na swojskie (bezglutenowe) musli z mlekiem, często jednak dodaję do niego jogurt albo kwaśne mleko, zamiast świeżego. Bo zsiadłe mleko i twaróg uwielbiam. Co wzbudza wyraźny popłoch w Mieszczuchach, zwłaszcza, gdy chcę ich takim kwaśnym mlekiem zwyczajnie poczęstować.
Zostało mi to po przodkach i w niczym nie mam zamiaru tego zmieniać. W moich czasach na wsiach i w małych miejscowościach piło się zsiadłe mleko do drugiego dania, tak jak kompot. Z ziemniakami, wiadomo, najsmaczniejsze jest. Robię to do dzisiaj. Oczywiście jedynie z koziego mleka, nie tylko dlatego, że takie mam, ale i dlatego, że najbardziej mi smakuje. Kozie ma zresztą dużo lepsze parametry i właściwości, niż mleko krowie. Co w podobnych badaniach i opiniach sponsorowanych nigdy nie jest objaśniane, ani wyszczególniane, a mleko wrzucane do jednego mlecznego kotła.

Podobnie dzieje się dosłownie z każdym innym produktem. Dlatego, myślę sobie, trzeba dla własnego dobra pamiętać, że za takimi wątpliwościami i powszechnymi zwątpieniami w zdrowotność tego czy owego zawsze stoją naukowcy i przemysł spożywczy, który ich sponsoruje. Biedni ludzie zaś, tracący zdrowy rozsądek, i nie mający dostępu do źródła zdrowego doświadczenia, ani zdrowych produktów, toteż opierający się przede wszystkim na opiniach owych uczonych źródeł, są ich królikami doświadczalnymi. Tego typu, że jeden diabeł wie, co w przyszłości jeszcze pokażą badania porównawcze na owych tysiącach konsumentów!

20 października 2015

Ostatnie prace przed zimą

Anna przywiozła dzisiaj na pace w dwóch turach ziemniaki na zimę, 4 metry plus metr pastewnych dla drobiu. Z trzeciej wsi. Trochę się płacąc wymieniliśmy produktami, jak to rolnicy.
Na koniec trzeba było samochód rozładować i wtaszczyć ciężkie worki do ziemianki. Udało się bez wzywania pomocy męskiej. Anna dociągała wór do progu piwnicy, ja go unosiłam z jednego końca i zwalałam po schodach w dół. Zatrzymywał się na półpięterku i tak jeden za drugim. Po czym z półpiętra znów zaciągałyśmy worek po worku do najgłębszej części ziemianki, podnosiłyśmy obie przez wysoki próg i przeszedłszy kilka kroków umieszczałyśmy po porządku na paletach. Nieco się przy tym zmachałam, nie powiem, ale poradziłam sobie bez większych przeszkód, co oznacza, że wracam do formy.
A Anna rzekła:
- No, więc teraz mogę do kręglarki jechać na poprawkę. Już koniec dźwigania na ten rok.

Jest jeszcze kilka rzeczy do zrobienia. Np. drzwi do piwnicy się rozchwiały i z trudem je zamykam. Trzeba naprawić starą futrynę. Albo dorobić nową, to musi stwierdzić jakiś majster.
No, i gęsi do nieba zacząć posyłać.

Wczoraj nie wróciła do obory na nocleg stara Usia. Zasłużona, sześcioletnia nioska zielononóżka. Miała dożywocie, bo wyprowadziła nam wiele zdrowych kurcząt, wysiadywała jaja nawet dwa razy w sezonie i jako kwoka była rewelacyjna. Lubiłam ją bardzo. Ale czas na nią przyszedł, trudno. Teraz panoszą się w obejściu brązowe i pstrokate młode tegoroczne nioski i kilka kolorowych kogutów. Dziennie bywa do 5 jajek. Gęsi kubańskie na razie ustały w nieśności.

Zapasy zrobione, kapusta w beczce, przetwory w słoikach, mięso w zamrażarce albo w kurniku, sery dojrzewają, wino w gąsiorach bąbelkuje, ziemniaki w piwnicy, karma dla zwierząt także zgromadzona. Można spokojnie zimować.

18 października 2015

Pogranicze kultur

Kilka dni temu, jak co roku o tej mniej więcej porze, czyli jak Pan Bóg przykazał, zakisiłyśmy kapustę w beczce. Około trzydziestu kilku kilogramów, w tym kilkanaście [sic!] małych główek w całości. Bo obie uwielbiamy gołąbki zawijane w liście kiszone, zamiast w świeże. Ja mam ten zwyczaj z domu rodzinnego, moja mama tylko takie gołąbki przyrządzała od zawsze. Gdy Anna ich spróbowała, szybko przeszła na ten właśnie smak. I przyrządza je, jak nikt na świecie!

Poza tym ukulturalniamy się.
Najpierw zaliczyłam koncert ukraińskiego zespołu pieśni i tańca, którego nazwę, darujcie zabyła ja już zupełnie. W naszym Domu Kultury oczywiście. Wystąpili tancerze w różnych strojach ludowych z rejonu Ukrainy, huculskich, kozackich i mniej mi znanych. Także takich bliskich najbardziej rosyjskim skazkom. Do muzyki z plejbeku, ale takie były warunki. Zwłaszcza męska część zespołu była rewelacyjna, prysiudy, podskoki, obroty, te sprawy... Towarzyszył im pokaźny chór, śpiewający a capella wielkimi glosami. Bardzo pięknie.
Występ trwał krótko, około godziny, ale był starannie i profesjonalnie wyreżyserowany. Poczułam się jak za minionej epoki. Dziewczęta z zespołu miały wyraźne i krzykliwe makijaże, mocno uróżowione policzki, poczernione brwi, podobnie jak członkinie naszych "cepeliowskich" zespołów Mazowsze, czy Śląsk. Wszyscy przyjechali i odjechali wielkim autobusem.
Widownia była pełna, choć nie przepełniona. Niektórzy nawet podśpiewywali sobie refreny wraz z chórem, gdy znana im była piosenka. W końcu nasze okolice są od zawsze enklawą ukraińską na Podlasiu.
Tak zajrzał "wielki świat" w te nasze gminne progi.

Drugi raz i drugi "światowy" koncert odbył się wczoraj. Soulowo-jazzowy. Wystąpiła Amerykanka Patsy Gamble, saksofonistka i śpiewaczka,  z trójką polskich muzyków.
Tym razem sala zapełniła się tylko w połowie, ale - o ile wiem - muzykom to wcale nie przeszkadzało. Byli w trasie i potraktowali występ na małej sali jako próbę między większymi występami w miastach. Grali półtorej godziny dłużej, niż ukraiński zespół. Potem jeszcze sprzedawali swoją płytę z autografami. Okazało się, że jest  na nią całkiem wielu chętnych.

13 października 2015

W kręgu Wielkiego Węża

Najpierw trzeba było zadzwonić, żeby się umówić na termin. W poniedziałek o wpół do dziewiątej pasowało. O dziesiątej był już umówiony następny człowiek.
Wejściem bocznym poprzez pomieszczenia domu do niewielkiej i prawie pustej pakamerki zaprowadziła starsza, wysoka i postawna kobieta około osiemdziesiątki. Nie trzeba było kłaść się, ani rozbierać. Zabieg został dokonany na stojąco. Wprawnymi dłońmi przeciągnęła wzdłuż całego kręgosłupa.
- Boli? - spytała.
- Nie.
- A teraz?
- Oj!
- To już dawne sprawy. Wszystko opuchnięte, zniekształcone. Jeszcze trochę, a nie wstałaby pani z łóżka.
Kobieta palcami wcisnęła kręgi, podtrzymujący kark i gdzieś w okolicach pasa.
- To od tego górnego drętwieją pani ręce. Może trzeba będzie powtórzyć, przyjść jeszcze raz. Jak będzie bolało na trzeci dzień niech pani jeszcze raz do mnie przyjdzie.
- A jak się mam zachowywać teraz? Uważać? Leżeć?
- Nie, nie trzeba się ze sobą pieścić. Można wszystko robić, byle po równo, dwiema rękami. Nic nie nosić, ani dźwigać w jednej ręce.
- Dobrze. Ile płacę?
- Ile pani chce. Jeśli pani nie ma pieniędzy, też dobrze.

Anna wróciła do domu nieco zdziwiona szybkością i efektami zabiegu u miejscowej kręglarki. Do której z każdym problemem kręgosłupowym chodzi się od lat. Ból zaczął się nieco później. Zmusiłam ją, aby jednak nie forsowała się tego dnia i nie podejmowała żadnej cięższej pracy. Około wieczora zaczęła wspominać, że "jest jakby trochę lepiej, wiesz?"... W nocy jednak ręce jeszcze jej drętwiały, lecz ból w plecach zniknął.
- Zdrętwiały, ale już minimalnie. I szybko przeszło, naprawdę - oznajmiła rano ucieszona.
- Wiesz, co? - dodała po chwili - Chyba zacznę z tobą Tai-chi ćwiczyć...

8 października 2015

Pastwisko

Kilka dni trwała praca. Do której trzeba było nająć chłopaka ze wsi. Dzięki temu obora została wyczyszczona z gnoju, a nawóz wywieziony furą i roztrząśnięty ręcznie widłami na pastwisku. Nie starczyło go co prawda na cały obszar (ponad hektar), ale pokrył najmniej żyzne części tego dawnego pola. Wczoraj przyjechał traktorzysta i zaorał całość starannie. Tak ma zostać do wiosny. Jednym słowem szykujemy pastwisko z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko z nazwy.
Siły wracają mi dość szybko, choć codziennie wyleguję się po południu na łóżku przez co najmniej godzinę, bo nogi jeszcze nie te. Za to doję już codziennie, przed wieczorem, sama wszystkie kozy. Choć pasą się już na resztkach trawy, liści i gałęziach z leśnych krzewów, to dziennie dają jeszcze blisko 15 litrów mleka i nadal je pracowicie przerabiam. Na ser żółty twardy, rzadziej na miękki, oraz co dwa dni na twaróg. Nastawiam też stale kefir, który bardzo nam obu zasmakował i wypijamy go w dużych ilościach.
Twaróg zjadam ja, psy, kury i indyki, a Anna piecze z niego od czasu do czasu pyszny sernik.

Zaczęły się nocne mrozy, nie tylko lokalne przymrozki. Woda w wiadrze zamarza. Dzisiaj po raz pierwszy napaliłam w piecu c.o. Oj, cieplutko się zrobiło w całym domu.

1 października 2015

Bulwiaste żniwo

W nocy był przymrozek. Dorodne liście dyni w ogródku zwinęły się bezpowrotnie. Trzeba było pójść z taczką i dokonać ostatecznych zbiorów. Wyszło tego dwie czubate taczki. Dynie wyrosły różnej wielkości, i choć nie było wśród nich gigantów, to kilka jest naprawdę dorodnych. Kozy zaczynają dostawać swój smakołyk przy dojeniu jako dodatek do owsa. Pokrojony w wygodną do gryzienia kostkę. Ma działanie zwiększające mleczność, jak i jajeczność u drobiu, zatem karmimy teraz, nie czekając, bo to ostatni miesiąc pozyskiwania od nich mleka.
Przy okazji wykopałyśmy ziemniaki. Wiele krzaczków było w ogóle bez bulw. A to te, którym trafiło się miejsce niezasilone nawozem. Za to kilka, które wyrosły w sąsiedztwie pryzmy gnijącej słomy okazały się mieć duże i liczne potomstwo. Jest tego pełna duża reklamówka.
W ogrodzie pozostaje jeszcze kilka rządków czerwonych buraczków. Na razie niech rosną, przymrozek im nie zaszkodził.

Jak można sobie wyobrazić, sądząc po wielkości zbiorów, ogrodniczkami jesteśmy marnymi, co najwyżej bardzo przeciętnymi i nawet się tym przestałam przejmować. Tym niemniej, pocieszające dla kogoś, kto nigdy się tym nie parał i boi się spróbować, może być stwierdzenie faktu, że nawet przy takim  braku talentu i czasu do grzebania w ziemi oraz tylu przeciwnościach, jak u nas, typu piaszczysta sucha gleba, brak wody do podlewania, naloty drobiu na zasiewy, to zawsze COŚ UROŚNIE. I to coś daje się zjeść ze smakiem i satysfakcją, a nawet stworzyć czasem niewielki zapas bądź przetwory na zimę.
Czeka mnie jeszcze robienie leczo do przechowania w zamrażarce. To wygodny prędki obiad w chwilach, gdy nie ma na gotowanie czasu albo chęci.

29 września 2015

Jesienne zbiory

Zaczęły się zimne noce. To i w ścianowym piecu wypada czasem napalić po południu, aby wytworzyć miłe i bezpieczne ciepło w nocy. Oprócz codziennego palenia pod płytą, na której twaróg i obiad warzę. Noc z zaćmieniem Księżyca, bardzo jasną, koty przespały razem w swoich objęciach na fotelu szefowej, zamiast jak dotąd, na dworze. Najwyraźniej było im bardzo przyjemnie w ogrzanym wnętrzu i przypomniały sobie, że bywają domatorami.
Pszczoły dokarmione, przez kilka bardzo ciepłych dni zdążyły zużyć sporą ilość zadanego w podkarmiaczce słodkiego syropu. Mają poza tym zapas tegorocznego miodu, którego im szkoda podbierać. To ciągle młody rój i w fazie rozwojowej, może w przyszłym roku, jak dobrze pójdzie osiągnie znaczniejszą wielkość i zasiedli cały ul. Wtedy będziemy inaczej myśleć.
Litr miodu, jaki udało nam się od nich pozyskać i tak niezwykle nas cieszy. Wosk ma przeznaczenie kremowe, (gdy będzie go więcej zaczniemy wyrabiać świece), a żółty gęsty pachnący miód podjadamy na różne sposoby. Ja najbardziej lubię kanapkę z twarogiem (kozim domowym oczywiście) polanym miodem. Nie ma nic smaczniejszego!

Zaczynają nieść się młode kurki. Znajdujemy codziennie w którymś żłobie, zmiennie, jedno-dwa niewielkie jajeczka. Stare gęsi też się niosą, zatem jajecznego dobra nam nie brakuje.
Koguty nabrały już masy, podobnie jak i tegoroczne białe gęsi. Zatem czasem pojawiają się na stole. W formach pieczonych (nie ma nic lepszego od kotletów z młodej koguciej piersi, nie podpędzanej hormonalnie! i rosołków z gęsiny). Sporo ich jeszcze na podwórzu biega, a ponieważ zbliżają się chłody i głody więc jeszcze trochę pracy przed nami, żeby ten plon zebrać i zabezpieczyć. Pozostawiając do wiosny tylko sztuki przetrwaniowe i nieśne.

Z dojrzałych śliwek węgierek uwarzyłam w wolnowarze konfiturę. Wyszło kilka słoiczków. Wiele nie trzeba dla dwóch osób, ot, smakołyk. W ogrodzie pozostają nadal rosnące jeszcze dynie. Nie są zbyt wielkie, ale na tej naszej pustyni zamienionej niedawno w permakulturową działkę jakimś cudem przetrwały letnie upały i suszę zupełnie bez podlewania, a teraz nabierają masy. Inne warzywka, które nawet przeżyły, to jednak pozostały w formie karłowatej i nieowocującej. Połowa zaściółkowanych truskawek wyschła (ale połowa przeżyła!), podobnie zmarniało trochę sadzonek porzeczek, ale teraz przy jesiennych deszczach widać, że zaczynają odbijać i może nie będzie bardzo źle. Zeszłoroczne ziemniaki, które pozostały w glebie, bo były tak śmiesznie niewydarzone, wielkości piłeczki pingpongowej, że szkoda było zachodu je wykopywać, na wiosnę puściły pięknie liście i zielenią się do tej pory. Zbieram siły, aby wreszcie pójść do nich ze szpadlem i dokonać zbiorów. Jest tego kilkanaście całkiem dorodnych krzaczków.

Przy okazji trwa okazjonalna wymiana ze znajomymi owych dóbr, dzielimy się tym, co kto ma w nadmiarze. To miły zwyczaj wśród wszystkich działkowiczów. Nikt nie lubi patrzeć na marnowanie się nadmiernych plonów przecież. Tym sposobem nastawiam właśnie kolejną jesienną napojkę z mieszanki winogron, niezwykle słodkich po tegorocznym arabskim lecie, czeremchy i jarzębiny. Zajadam się także cygańskim leczo (leczem? głupio brzmi) z dorodnych podarowanych cukinii (nasze już zamieniły się w keczup).
I popijam dary gospodarstwa domowym kefirem.
Słuchając, i nie widząc, lecących wysoko nad chmurami stad dzikich gęsi i żurawi, ciągnących w tym roku jakby kapkę wcześniej i prosto na południe. Co, przypomnę, wróży wczesną zimę. Z innych wróżb, obrodziły latoś dęby żołędziami, a to ponoć także na mroźną i śnieżną zimę wskazuje.

22 września 2015

Siła natury

Dzięki błogosławionemu działaniu jagód leśnych i naparu z korzenia kobylaka (niniejszym bardzo dziękuję doradzającym!) jestem już w praktyce zdrowa i uwolniona od dręczącej przypadłości, która zabrała mi radość życia w ciągu dwóch tygodni swego trwania.
Niniejszym radzę wszystkim, którzy cierpią z powodu biegunki, bądź gdyby im się coś podobnego w życiu przytrafiło: żadnych tabletek i farmaceutycznych środków, choćby z największą wiarą rekomendowanych. Dwa miesiące cierpień? Jak to znieść?
Jagody zadziałały w ciągu 24 godzin. Jeden słoiczek po dżemie pasteryzowanych owoców zasypanych cukrem zatrzymał niagarę, której nic nie było w stanie zatrzymać, żadna chemia, ani nawet biochemia! Drugi sprawę umocnił. Po czym wszedł w grę kabylak. Po wypiciu trzech kubków naparu (jeden w ciągu jednego dnia) mogę śmiało powiedzieć, że wszystkie objawy znikły całkowicie!
Trochę się nabiedziłam, żeby go znaleźć. W pobliżu nie rośnie. Być może widziałam go rosnącego na naszej łące przygranicznej, ale nie szlo specjalnie na nią jechać. W aptekach nie ma. Znalazłam za pośrednictwem internetu w pewnej hajnowskiej firmie sprzedającej przyprawy i zioła. Kupiłam następnego dnia.
Teraz już tylko piję dwa kubki probiotycznego jogurtu domowej roboty dziennie, na bazie bakterii nabytych w Agrovisie. Czasem dojadam jeszcze białym twarożkiem z dodatkiem czosnku.

Siły wracają dość szybko. Odbyłam pierwszą konsultację u szpitalnej lekarki. Stwierdziła jeszcze trzęsące się kolana, co jest prawdą. Szybko się męczę i muszę godzinę-dwie poleżeć w ciągu dnia, aby odpocząć. Czasem boli mnie głowa, zwłaszcza przed zmianą pogody, albo serce, także plecy. Ale w domu robię już wszystko co trzeba. Serowarzę, sprzątam, gotuję, palę ogień. Uwarzyłam kilkadziesiąt słoiczków keczupu, przyrządziłam i upiekłam pracochłonny pasztet z podrobów koźlęcych, zrobiłam trochę soku z czeremchy. Przy okazji układania nowego zapasu keczupu w piwnicy znalazłam zapomniany słoiczek tegoż z zeszłego roku;. Rewelacja! Mimo upałów sierpniowych przetrwał bez skazy jakościowej. Właśnie się nim raczę.
Ukradłyśmy także naszym pszczółkom jedną ramkę z miodem, pięknie zasklepionym woskiem z obu stron. Za mało, żeby korzystać z miodarki, którą mamy po poprzednich właścicielach siedliska. Ramka została, za radą pani Leny, po zerwaniu warstwy wosku nakłuta specjalnym pszczelarskim dłuto-grzebieniem i ustawiona w pozycji skośnej nad garnkiem odpowiednio szerokim. Miód skapywał cały wieczór, noc i ranek. Jest wspaniały, gęsty. Gęstość mi dotąd nieznana. Znają ją chyba jedynie pszczelarze, bo nie ich klienci. Taka nasza pierwsza drobna radość z posiadania zalążka pasieki.