Wiatr ustał, w nocy wyjrzały gwiazdy, w dzień słońce. Tym niemniej woda, zostawiona na dworze zamarzła w gusinej misce.
Wczoraj nagle, dla poprawienia smutnego nastroju po stracie domownika, zadegustowałyśmy jeden z serów, któremu minęły już konieczne 2 tygodnie dojrzewania. Zrobiłam go według przepisu niemieckiego, który zmodyfikowałam o pewien istotny element.
Rzeczywiście czadzi nieźle starymi skarpetkami (jeszcze nigdy nie robiłam śmierdziela, więc byłam pod wrażeniem). Rozkrojony pokazał klasę. Cienką mięciutką warstwę tuż pod skórką, która daje niezwykle przyjemne wrażenie na języku. Środek jest pięknie bielutki (jak to w kozim serze), dziurkowany, twardszy, bardzo-bardzo łagodny w smaku. Jednym słowem, ser dla koneserów. Nazwałam go, posłuchajcie... Batiuszka! (w oryginalnej niemieckiej wersji zowie się Mniszkiem lub Monastyrkiem).
Zjadłyśmy od jednego posiedzenia 2\3 z 65-dekagramowej całości. Doskonały do czerwonego wina lub piwa.
Pomimo czadu rzecz jasna, który rozszedł się po całej jadalni i osiadł w niej na długo.
Na wiosce było świniobicie przedświąteczne, więc przetopiłam w garnku na płycie i zrobiłam kilka słoiczków smalcu ze skwarkami ze świeżej słoniny. Kola także dostała swój żelazny zapas tłuszczu i dzisiaj muszę go przerobić. Ha, będzie kolejny czad w domu!
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
11 kwietnia 2011
9 kwietnia 2011
Żałoba po kocie
Kicia przed północą przekroczyła Wielką Wodę. Po prostu nie miała już siły oddychać. Oddychała coraz wolniej i słabiej, w końcu przestała. Bez żadnych drgawek i oznak agonii. Jakby zasnęła.
Żal, wspomnienia, tęsknota za jej maleńką, a jakże potężną osóbką na moich kolanach albo ramieniu. Tak samo głębokie, jak po odejściu Kociej Babci, która dożyła prawie dwudziestu lat i odeszła w dzień i w porze zaćmienia słońca, zatem spektakularnie. Kicia miała lat 5, urodziła sporo dzieci, z których kilkoro nie przeżyło, ale resztę wychowała wspaniale na łowne i dzielne koty. Takie, jakim sama była. Miała wielkiego ducha, moja kicia-kicia, Kita...
Gdy zasnęłam zwidywała mi się jako maleńkie kocię ssące matkę, potem udręczona chorobą ostatnią. Zdawało mi się też całkiem na jawie, że układa się, jak ostatnio często na moich nogach w kłębek.
Dzisiaj pochowałyśmy ją w naszej brzezinie, przy ugorze. To było jej terytorium łowieckie i spędzała tam latem większość czasu. Niech stamtąd czuwa w Krainie Wielkich Łowów.
Nocny bardzo silny wiatr narobił trochę bałaganu, pozrzucał blachę okrywającą stosy drewna, połamał trochę gałęzi wśród akacji za chatą.
Żal, wspomnienia, tęsknota za jej maleńką, a jakże potężną osóbką na moich kolanach albo ramieniu. Tak samo głębokie, jak po odejściu Kociej Babci, która dożyła prawie dwudziestu lat i odeszła w dzień i w porze zaćmienia słońca, zatem spektakularnie. Kicia miała lat 5, urodziła sporo dzieci, z których kilkoro nie przeżyło, ale resztę wychowała wspaniale na łowne i dzielne koty. Takie, jakim sama była. Miała wielkiego ducha, moja kicia-kicia, Kita...
Gdy zasnęłam zwidywała mi się jako maleńkie kocię ssące matkę, potem udręczona chorobą ostatnią. Zdawało mi się też całkiem na jawie, że układa się, jak ostatnio często na moich nogach w kłębek.
Dzisiaj pochowałyśmy ją w naszej brzezinie, przy ugorze. To było jej terytorium łowieckie i spędzała tam latem większość czasu. Niech stamtąd czuwa w Krainie Wielkich Łowów.
Nocny bardzo silny wiatr narobił trochę bałaganu, pozrzucał blachę okrywającą stosy drewna, połamał trochę gałęzi wśród akacji za chatą.
8 kwietnia 2011
Dech i oczyszczalnia
Wczoraj Kicia wyszła rano z domu (dychająca) i nie wróciła na noc. Mocno to przeżywałam. Szukałam jej w obejściu, ale znajdź tu kota, który ma opracowany tysiąc skrytek, większości których człowiek nie jest w stanie zauważyć ze swojej wysokości patrzenia na świat! Nie znalazłam, nie wyszła na wołanie.
Wróciła dzisiaj rano, wychłodzona, z trudem oddychająca, słabiusieńka. Ze dwa razy przewróciła się z pozycji siedzącej i już sądziłam, że ją żegnam.
Dostała kolejne dwa zastrzyki z rąk Ani, ale żadnej poprawy nie było widać. Tyle, że leżąc uspokoiła się.
Tymczasem na dzisiaj zamówiony był pan Koparkowy ze swoją kopareczką i pan P. z pomocą przy montażu kupionej jeszcze późną jesienią oczyszczalni ścieków. Zjawili się obaj i sprawnie zabrali się do pracy. Przy czym okazało się, że brakuje kolanka przejściowego z redukcją o dużej średnicy, mającej połączyć rurę ściekową wychodzącą z domu ze zbiornikiem. Ania wsiadła w samochód i pojechała do Siemiatycz kupić ją w sklepie hydraulicznym, a przy okazji zabrała chorą kotkę do weterynarza. Wsadziłam ją w wiklinowy koci domek wyściełany poduszeczką, w którym jeszcze świętej pamięci Kocia Babcia podróżowała, zamknęłam szczelnie, choć kotka była tak słaba, że nie było mowy o jej jakimkolwiek buncie i ustawiłam koło Ani, aby miała ją na oku.
Tym razem była inna pani doktor, która Kicię sterylizowała rok temu. Stwierdziła po badaniu, że płuca nie są zajęte, za to jest silny obrzęk krtani, który powoduje, że kotka nie może nic przełknąć i ma trudności z oddychaniem.
Zaaplikowała jej antybiotyk, środek zmniejszający obrzęk i kroplówkę wzmacniającą. Kazała przyjechać z nią jutro. I życzyła cierpliwości.
Łoj, trzeba jej nam, trzeba. Przez kilka godzin po powrocie kotka była wyraźnie spokojniejsza i nawet zasnęła, posapując. Ale, gdy środek przestał działać znów zaczęło się łapanie powietrza z wielkim trudem i świstem. Ania odkryła, że nieco łatwiej jej złapać dech, gdy ma głowę wyżej, więc leży na łóżku z poduszeczką podtrzymującą kark. Tyle możemy zrobić. Słabizna z niej wielka. Ale trzyma się życia.
Księga I-Ching, pytana w jej sprawie radzi Czekać, mówi o Cierpliwości i Osłabieniu Sił oraz o Opresji powoli-powoli zmieniającej się w Radość. Oby! To tylko Księga, tak trudno jest uwierzyć chińskiej wyroczni, gdy patrzy się na tyle cierpienia.
Przez 7 godzin oczyszczalnia została umieszczona w naszym wydmowym piasku, 4 pakiety V-Box wypoziomowane na głębokości poniżej poziomu zamarzania (w tutejszym rejonie jest to metr dziesięć), wszystko co trzeba połączone rurami i zasypane.
Wszystkiemu towarzyszył wielki wiatr z zachodu, w porywach tak silny, że wznosił tumany piasku i żwiru leżące tu i ówdzie po różnych rozkopach na podwórzu i roznosił je po obejściu, pokrywając cienką warstwą ziemię, niczym pustynię saharską.
Z innych nowin, przedwczoraj Niewidzialne Złe zabrało mi w lesie kokoszkę Zieloną Nóżkę. Są już tylko cztery. Myślimy intensywnie o ogrodzeniu.
Wróciła dzisiaj rano, wychłodzona, z trudem oddychająca, słabiusieńka. Ze dwa razy przewróciła się z pozycji siedzącej i już sądziłam, że ją żegnam.
Dostała kolejne dwa zastrzyki z rąk Ani, ale żadnej poprawy nie było widać. Tyle, że leżąc uspokoiła się.
Tymczasem na dzisiaj zamówiony był pan Koparkowy ze swoją kopareczką i pan P. z pomocą przy montażu kupionej jeszcze późną jesienią oczyszczalni ścieków. Zjawili się obaj i sprawnie zabrali się do pracy. Przy czym okazało się, że brakuje kolanka przejściowego z redukcją o dużej średnicy, mającej połączyć rurę ściekową wychodzącą z domu ze zbiornikiem. Ania wsiadła w samochód i pojechała do Siemiatycz kupić ją w sklepie hydraulicznym, a przy okazji zabrała chorą kotkę do weterynarza. Wsadziłam ją w wiklinowy koci domek wyściełany poduszeczką, w którym jeszcze świętej pamięci Kocia Babcia podróżowała, zamknęłam szczelnie, choć kotka była tak słaba, że nie było mowy o jej jakimkolwiek buncie i ustawiłam koło Ani, aby miała ją na oku.
Tym razem była inna pani doktor, która Kicię sterylizowała rok temu. Stwierdziła po badaniu, że płuca nie są zajęte, za to jest silny obrzęk krtani, który powoduje, że kotka nie może nic przełknąć i ma trudności z oddychaniem.
Zaaplikowała jej antybiotyk, środek zmniejszający obrzęk i kroplówkę wzmacniającą. Kazała przyjechać z nią jutro. I życzyła cierpliwości.
Łoj, trzeba jej nam, trzeba. Przez kilka godzin po powrocie kotka była wyraźnie spokojniejsza i nawet zasnęła, posapując. Ale, gdy środek przestał działać znów zaczęło się łapanie powietrza z wielkim trudem i świstem. Ania odkryła, że nieco łatwiej jej złapać dech, gdy ma głowę wyżej, więc leży na łóżku z poduszeczką podtrzymującą kark. Tyle możemy zrobić. Słabizna z niej wielka. Ale trzyma się życia.
Księga I-Ching, pytana w jej sprawie radzi Czekać, mówi o Cierpliwości i Osłabieniu Sił oraz o Opresji powoli-powoli zmieniającej się w Radość. Oby! To tylko Księga, tak trudno jest uwierzyć chińskiej wyroczni, gdy patrzy się na tyle cierpienia.
Przez 7 godzin oczyszczalnia została umieszczona w naszym wydmowym piasku, 4 pakiety V-Box wypoziomowane na głębokości poniżej poziomu zamarzania (w tutejszym rejonie jest to metr dziesięć), wszystko co trzeba połączone rurami i zasypane.
Wszystkiemu towarzyszył wielki wiatr z zachodu, w porywach tak silny, że wznosił tumany piasku i żwiru leżące tu i ówdzie po różnych rozkopach na podwórzu i roznosił je po obejściu, pokrywając cienką warstwą ziemię, niczym pustynię saharską.
Z innych nowin, przedwczoraj Niewidzialne Złe zabrało mi w lesie kokoszkę Zieloną Nóżkę. Są już tylko cztery. Myślimy intensywnie o ogrodzeniu.
7 kwietnia 2011
Koci szpital
Nie wspomniałam o tym do tej pory, żeby o sprawie opowiedzieć, gdy już się skończy, ale nie skończyła się i zaczęła mi czas i uwagę zabierać, więc opowiem teraz.
W nocy z 26 marca (dnia ogłoszonego porą nadejścia największego japońskiego skażenia nad Polskę, to tak trochę a propos synchroniczności zdarzeń) było wyjątkowo zimno, chwycił mróz. Łacio wrócił rano do chaty kichający na potęgę.
Kichał tak stale przez dwa dni, po czym dostał potężnego kataru. Ciekło mu z oczu, z nosa, zaczął w końcu oddychać otwartym pyszczkiem. Przestał chodzić na wycieczki i większość czasu spędzał w jakimś spokojnym kącie w domu, sypiał na mojej kołdrze i rzęził, rzęził. Trzeba jednak przyznać, że Łacio - doświadczony nie jeden raz trudnymi i bolesnymi dolegliwościami (zazwyczaj raz do roku spada na niego jakiś dopust Boży) - znosi chorobę profesjonalnie. Zachowuje spokój, wycisza się, stara się jeść, choćby cokolwiek, śpi dużo. Od wczoraj mogę powiedzieć, że wyzdrowiał w pełni. Trwało to więc całe dwa tygodnie...
Ale tydzień temu zaczęła chorować Kicia. Jej objawy z początku były całkiem inne i przez to mylące. Nie mogła nic jeść, wymiotowała, rzęziła, prychała. Weterynarz z miasta, do którego zadzwoniłyśmy stwierdził, że może to być zatkanie jelita sierścią mysią i trzeba podać jej specjalną pastę. Albo może samo przejdzie. Nie przeszło jednak. Kotka zaczęła w końcu sapać, pojękiwać, ledwie liznęła wody, chowała się w różne kąty domu i obejścia. Pod łóżko, pod biurko, do kredensu, do szafki na buty albo pod stos ułożonych żerdzi na podwórku. Zestresowana, dramatyczna. Zupełne przeciwieństwo flegmatycznego Łacia.
Wczoraj zatem Ania przyspieszyła konieczny wyjazd do miasta S. w celu przeglądu auta i odbioru dokumentów od dawnej księgowej, aby pójść w jej sprawie do weterynarza. Kotka została w domu. 45 km jazdy w jedną stronę w zamknięciu byłoby dla niej nie lada stresem, nie chciałam ją na to narażać.
Ania wysłuchała długiego pouczającego kazania od młodej pani doktor, że kota nie przywiozła. Bo jej zdaniem to wcale nie jest zatkanie mysią sierścią, a koci katar. Lub druga opcja zatkanie jelita kłąbem tasiemca. Według niej wszystkie koty polujące mają tasiemca, wystarczy, że poliżą pchłę, już go mają. Leczenie tego jest długie i trzeba je często powtarzać, w czym pobrzmiewała nutka farmacji zarabiającej na przestraszonych wizją owego niewidzialnego tasiemca właścicielach kotów. No, ale pozostawmy to. Jest to przypadłość wszystkich weterynarzy od drobnych zwierząt w każdym większym mieście i już żeśmy to przy psie przerabiały w Warszawie. Straszą chorobami, pouczają, toczą oczami z oburzeniem, że pies dostał kleszcza (TO NIEDOPUSZCZALNE!), dają dwa razy tyle zastrzyków (na wszelki wypadek), przepisują najdroższe leki i za każdą wizytę przy byle czym doją biednego właściciela z pieniędzy niczym krowę.
Ania przyjechała zatem z tabletką na odrobaczenie i czterema zastrzykami do zrobienia.
- Jak jej dać tabletkę, gdy Kicia nic nie je? Zaraz ją zwymiotuje, to absurd! - stwierdziłam. I odłożyłyśmy tę sprawę aż do powrotu apetytu.
Ponieważ wczoraj objawy nieco się zmieniły i coraz bardziej przypominały katar, choć wciąż Kicia nie kichała ani nic jej nie leciało z noska ani z oczu, czym prędzej dostała 2 pierwsze zastrzyki przeciwzapalne. Ania przypomniała sobie łatwo swoje nauki pobierane w medycznym liceum, które skończyła. I zrobiła je całkiem fachowo, Kicia nawet nie zauważyła.
Po pół godzinie kotka na tyle się uspokoiła pod względem żołądka, że... chlipnęła trochę świeżego mleka z miseczki. Bardzo mnie to pocieszyło. Niestety w nocy nie było dobrze. Obudziła mnie o północy, bo ukryła się pod łóżkiem, tuż pod moją głową i tam głośno rzęziła i pojękiwała. Kręciła się co jakiś czas nerwowo, nie mogąc złapać tchu. Ewidentnie już jednak miała zatkany nosek i oddychała otwartą buzią, co ją bardzo denerwowało. Dramatyczka.
Uspokajał ją mój głos i głaskanie. Po godzinie palenia światła i czuwania wyciszyła się trochę. Uznałam, że pójdę spać, bo co więcej mogę zrobić? Po kilku godzinach kotka wyszła spod łóżka i wskoczyła na kołdrę, układając się w moich nogach.
- Uch, przeżyjesz to! - stwierdziłam z ulgą.
Dziś sapie dalej, nie je, wciąż oddycha buzią, ale mam nadzieję, że najgorsze za nami. Jutro dostanie dwa kolejne zastrzyki.
Jasio również złapał wirusa, ale zdaje się jest na niego w dużej mierze uodporniony. Chorował na koci katar od oseska, bardzo długo. Rozlepiałam mu codziennie zaklejone ropą oczka i cierpliwie znosiłam jego ataki duszności. Teraz jedynie trochę pokichał, miał niewielki wyciek z jednego oka i właściwie (tfu,tfu, odpukać) chyba mu już przeszło, po dwóch-trzech dniach. Piszę chyba, bo ten mój Lion Prince rzadko wpada do chaty coś zjeść albo się zdrzemnąć. Cały czas ma zajęcia w plenerze.
W nocy z 26 marca (dnia ogłoszonego porą nadejścia największego japońskiego skażenia nad Polskę, to tak trochę a propos synchroniczności zdarzeń) było wyjątkowo zimno, chwycił mróz. Łacio wrócił rano do chaty kichający na potęgę.
Kichał tak stale przez dwa dni, po czym dostał potężnego kataru. Ciekło mu z oczu, z nosa, zaczął w końcu oddychać otwartym pyszczkiem. Przestał chodzić na wycieczki i większość czasu spędzał w jakimś spokojnym kącie w domu, sypiał na mojej kołdrze i rzęził, rzęził. Trzeba jednak przyznać, że Łacio - doświadczony nie jeden raz trudnymi i bolesnymi dolegliwościami (zazwyczaj raz do roku spada na niego jakiś dopust Boży) - znosi chorobę profesjonalnie. Zachowuje spokój, wycisza się, stara się jeść, choćby cokolwiek, śpi dużo. Od wczoraj mogę powiedzieć, że wyzdrowiał w pełni. Trwało to więc całe dwa tygodnie...
Ale tydzień temu zaczęła chorować Kicia. Jej objawy z początku były całkiem inne i przez to mylące. Nie mogła nic jeść, wymiotowała, rzęziła, prychała. Weterynarz z miasta, do którego zadzwoniłyśmy stwierdził, że może to być zatkanie jelita sierścią mysią i trzeba podać jej specjalną pastę. Albo może samo przejdzie. Nie przeszło jednak. Kotka zaczęła w końcu sapać, pojękiwać, ledwie liznęła wody, chowała się w różne kąty domu i obejścia. Pod łóżko, pod biurko, do kredensu, do szafki na buty albo pod stos ułożonych żerdzi na podwórku. Zestresowana, dramatyczna. Zupełne przeciwieństwo flegmatycznego Łacia.
Wczoraj zatem Ania przyspieszyła konieczny wyjazd do miasta S. w celu przeglądu auta i odbioru dokumentów od dawnej księgowej, aby pójść w jej sprawie do weterynarza. Kotka została w domu. 45 km jazdy w jedną stronę w zamknięciu byłoby dla niej nie lada stresem, nie chciałam ją na to narażać.
Ania wysłuchała długiego pouczającego kazania od młodej pani doktor, że kota nie przywiozła. Bo jej zdaniem to wcale nie jest zatkanie mysią sierścią, a koci katar. Lub druga opcja zatkanie jelita kłąbem tasiemca. Według niej wszystkie koty polujące mają tasiemca, wystarczy, że poliżą pchłę, już go mają. Leczenie tego jest długie i trzeba je często powtarzać, w czym pobrzmiewała nutka farmacji zarabiającej na przestraszonych wizją owego niewidzialnego tasiemca właścicielach kotów. No, ale pozostawmy to. Jest to przypadłość wszystkich weterynarzy od drobnych zwierząt w każdym większym mieście i już żeśmy to przy psie przerabiały w Warszawie. Straszą chorobami, pouczają, toczą oczami z oburzeniem, że pies dostał kleszcza (TO NIEDOPUSZCZALNE!), dają dwa razy tyle zastrzyków (na wszelki wypadek), przepisują najdroższe leki i za każdą wizytę przy byle czym doją biednego właściciela z pieniędzy niczym krowę.
Ania przyjechała zatem z tabletką na odrobaczenie i czterema zastrzykami do zrobienia.
- Jak jej dać tabletkę, gdy Kicia nic nie je? Zaraz ją zwymiotuje, to absurd! - stwierdziłam. I odłożyłyśmy tę sprawę aż do powrotu apetytu.
Ponieważ wczoraj objawy nieco się zmieniły i coraz bardziej przypominały katar, choć wciąż Kicia nie kichała ani nic jej nie leciało z noska ani z oczu, czym prędzej dostała 2 pierwsze zastrzyki przeciwzapalne. Ania przypomniała sobie łatwo swoje nauki pobierane w medycznym liceum, które skończyła. I zrobiła je całkiem fachowo, Kicia nawet nie zauważyła.
Po pół godzinie kotka na tyle się uspokoiła pod względem żołądka, że... chlipnęła trochę świeżego mleka z miseczki. Bardzo mnie to pocieszyło. Niestety w nocy nie było dobrze. Obudziła mnie o północy, bo ukryła się pod łóżkiem, tuż pod moją głową i tam głośno rzęziła i pojękiwała. Kręciła się co jakiś czas nerwowo, nie mogąc złapać tchu. Ewidentnie już jednak miała zatkany nosek i oddychała otwartą buzią, co ją bardzo denerwowało. Dramatyczka.
Uspokajał ją mój głos i głaskanie. Po godzinie palenia światła i czuwania wyciszyła się trochę. Uznałam, że pójdę spać, bo co więcej mogę zrobić? Po kilku godzinach kotka wyszła spod łóżka i wskoczyła na kołdrę, układając się w moich nogach.
- Uch, przeżyjesz to! - stwierdziłam z ulgą.
Dziś sapie dalej, nie je, wciąż oddycha buzią, ale mam nadzieję, że najgorsze za nami. Jutro dostanie dwa kolejne zastrzyki.
Jasio również złapał wirusa, ale zdaje się jest na niego w dużej mierze uodporniony. Chorował na koci katar od oseska, bardzo długo. Rozlepiałam mu codziennie zaklejone ropą oczka i cierpliwie znosiłam jego ataki duszności. Teraz jedynie trochę pokichał, miał niewielki wyciek z jednego oka i właściwie (tfu,tfu, odpukać) chyba mu już przeszło, po dwóch-trzech dniach. Piszę chyba, bo ten mój Lion Prince rzadko wpada do chaty coś zjeść albo się zdrzemnąć. Cały czas ma zajęcia w plenerze.
4 kwietnia 2011
Super-samiec
Zajechałyśmy na chwilę do miasteczka, do jednych i drugich znajomych, a tam ludziska grabią zeszłoroczne liście i zbierają gałęzie opadłe zimową porą z drzew, porządkują podwórka i przydomowe ogródki, kopią grządki i szykują się do siewu nowalijek do gruntu. Jak się dowiedziałam, według kalendarza biodynamicznego wysiew można zacząć od 8 kwietnia. Choć nie jestem pewna czy akurat w naszym regionie ma to sens.
U nas, mimo codziennych różnych zatrudnień, wciąż czas ucieka i w nawale różnych prac do wykonania, częściowo zaczętych, nie widać ani efektu, ani ich końca. Na dokładkę wszystkie kozy (no, z wyjątkiem Tyni i Zuzi) dostały rui! I jest dym nie z tej ziemi.
Winien jest Król, który w wieku trzech i pół miesiąca zaczął błyskawicznie dojrzewać, jest wysoki i zachowuje się jak dorosły kozioł, zaczął już nawet capić! Starym kozom w to graj. Ogonkami merdają, pobekują, niektóre bardzo dramatycznie i ekspresyjnie, a koziołeczek na to w koźlim języku: Łe-łe, łe-łe, łe-łe!
Rada w radę, doszłyśmy do wniosku, że trzeba sprawy kontrolować i nie próbować nawet sprawdzać, czy ten chłopaczek zdolny jest do rozrodu, czy nie. Zatem Król, w towarzystwie męskim Zulusa i Bartosza siedzi w dzień zamknięty w boksie, a kozy idą na wybieg ogryzać gałęzie. Kiedy kozuchy wracają do obory, koziołki wychodzą na trochę na podwórze, aby kości rozprostować, coś sobie skubnąć i napić się wody. Na szczęście to jednak jeszcze dzieci i daje się nimi manewrować bez trudu, choć głośnemu chóralnemu beczeniu nie ma końca.
Jeszcze nam się nie zdarzył tak napalony koziołek. Przeważnie zaczynają interesować się tymi sprawami ok. 8-9 miesiąca życia, no, w każdym razie po pół roku. I nawet, gdy już próbują na kozy skakać to te na ogół traktują lekceważąco zaloty niedorostków i pogardliwie traktują ich z byka rogami. A tu taki ewenement! Wszystkie są niezwykle chętne, nawet najbardziej krytyczna i najstarsza w stadzie Kazia! Jakby się lubczyku opiły.
No, ale... Król urodził się w przesilenie zimowe, w czas pełni księżyca i w porze zaćmienia na dokładkę! Słońce stało blisko planety Pluton, która daje wielki potencjał seksualny i prokreacyjny. No, to mamy super-samca Alfa-Alfa. Uch.
U nas, mimo codziennych różnych zatrudnień, wciąż czas ucieka i w nawale różnych prac do wykonania, częściowo zaczętych, nie widać ani efektu, ani ich końca. Na dokładkę wszystkie kozy (no, z wyjątkiem Tyni i Zuzi) dostały rui! I jest dym nie z tej ziemi.
Winien jest Król, który w wieku trzech i pół miesiąca zaczął błyskawicznie dojrzewać, jest wysoki i zachowuje się jak dorosły kozioł, zaczął już nawet capić! Starym kozom w to graj. Ogonkami merdają, pobekują, niektóre bardzo dramatycznie i ekspresyjnie, a koziołeczek na to w koźlim języku: Łe-łe, łe-łe, łe-łe!
Rada w radę, doszłyśmy do wniosku, że trzeba sprawy kontrolować i nie próbować nawet sprawdzać, czy ten chłopaczek zdolny jest do rozrodu, czy nie. Zatem Król, w towarzystwie męskim Zulusa i Bartosza siedzi w dzień zamknięty w boksie, a kozy idą na wybieg ogryzać gałęzie. Kiedy kozuchy wracają do obory, koziołki wychodzą na trochę na podwórze, aby kości rozprostować, coś sobie skubnąć i napić się wody. Na szczęście to jednak jeszcze dzieci i daje się nimi manewrować bez trudu, choć głośnemu chóralnemu beczeniu nie ma końca.
Jeszcze nam się nie zdarzył tak napalony koziołek. Przeważnie zaczynają interesować się tymi sprawami ok. 8-9 miesiąca życia, no, w każdym razie po pół roku. I nawet, gdy już próbują na kozy skakać to te na ogół traktują lekceważąco zaloty niedorostków i pogardliwie traktują ich z byka rogami. A tu taki ewenement! Wszystkie są niezwykle chętne, nawet najbardziej krytyczna i najstarsza w stadzie Kazia! Jakby się lubczyku opiły.
No, ale... Król urodził się w przesilenie zimowe, w czas pełni księżyca i w porze zaćmienia na dokładkę! Słońce stało blisko planety Pluton, która daje wielki potencjał seksualny i prokreacyjny. No, to mamy super-samca Alfa-Alfa. Uch.
2 kwietnia 2011
Codziennie coś i jest już to
Działając zgodnie z przyjętą zasadą: "codziennie coś" pchamy nasz majdan do przodu krok po kroku. Ania a to pojedzie chodnik tkać, a to rżnie na krajzedze gałęziówkę (a ja układam w ściankach pod daszkiem), a to naprawia pozimowe szkody w naszym tunelu foliowym, a to porządkuje taras. Nowe parapety już są pomalowane bejcą i polakierowane. Ja zbieram suche patyki w obejściu (mnóstwo tego spada z drzew po zimie, a poza tym kozy ogryzają na bieżąco sosnowe gałęzie z lasu i tworzy się nowy zapas opału kuchennego na ciepły sezon) i rozpalam pod płytą. Już c.o. niepotrzebne. Wystarcza piec ścianowy. Gotuję obiad i karmę dla kur (obierki i kawałki ziemniaków) na płycie (dzięki czemu mam ciepłą wodę w kranie), co drugi dzień robię twaróg. Nie ma to jak ciepła płyta pod ser. Bez porównania z kuchenką gazową czy elektryczną...
Co drugi dzień robię także ser podpuszczkowy. Na razie jemy je same, bo eksperymentuję z nowymi przepisami, chcąc wybrać jakiś jeden przepis i w nim się wyspecjalizować. Większość tych serów, aby zadegustować musi skończyć co najmniej 2 tygodnie, stąd niektórzy nasi znajomi muszą poczekać na wynik doświadczeń alchemicznych.
Ania upiekła pierwszy raz pyszny sernik z koziego twarogu, w smaku był doskonały i nie miał żadnego koziego posmaku. Tegoroczne mleko jest wyjątkowo smaczne i słodkie. Dzisiaj zrobiła leniwe kluski. Muszę przyznać, że znów wyjątkowo smaczne!
Z tego wszystkiego właściwie nie kupujemy już w sklepie żadnych wędlin do kanapek. Sery i jaja, wespół z konfiturami całkowicie zaspokajają nasze apetyty śniadaniowo-kolacyjne. Poza tym jest jeszcze zapas koziego mięsa, które zamieniam w gulasze albo befsztyki i pieczenie oraz swojski smalec i solona słonina do chleba, gdy spiera ochota na inne białko. Raz na tydzień Ania piecze żytnio-pszenny chleb, który - z dodatkiem bułek, też w piecu pieczonych albo zwyczajnie kupowanych w sklepie - wystarcza nam dwóm do następnego razu.
Jeśli uda nam się ogródek lub chociaż folia (rzecz zależy najbardziej od ogrodzenia, nie naszej pracowitości) przybędą do diety sałata, pomidory, ogórki, cebula i różne zioła.
W tej chwili zjadamy jeszcze zeszłoroczne zapasy ziemniaków i kiszonej kapusty. Soki jabłkowe, pyszne niesamowicie, już się kończą. Przyszłym razem trzeba będzie zrobić ich co najmniej 2 razy więcej.
I tyle pocieszających mój zniżkowy humor konkluzji życiowych na teraz.
Co drugi dzień robię także ser podpuszczkowy. Na razie jemy je same, bo eksperymentuję z nowymi przepisami, chcąc wybrać jakiś jeden przepis i w nim się wyspecjalizować. Większość tych serów, aby zadegustować musi skończyć co najmniej 2 tygodnie, stąd niektórzy nasi znajomi muszą poczekać na wynik doświadczeń alchemicznych.
Ania upiekła pierwszy raz pyszny sernik z koziego twarogu, w smaku był doskonały i nie miał żadnego koziego posmaku. Tegoroczne mleko jest wyjątkowo smaczne i słodkie. Dzisiaj zrobiła leniwe kluski. Muszę przyznać, że znów wyjątkowo smaczne!
Z tego wszystkiego właściwie nie kupujemy już w sklepie żadnych wędlin do kanapek. Sery i jaja, wespół z konfiturami całkowicie zaspokajają nasze apetyty śniadaniowo-kolacyjne. Poza tym jest jeszcze zapas koziego mięsa, które zamieniam w gulasze albo befsztyki i pieczenie oraz swojski smalec i solona słonina do chleba, gdy spiera ochota na inne białko. Raz na tydzień Ania piecze żytnio-pszenny chleb, który - z dodatkiem bułek, też w piecu pieczonych albo zwyczajnie kupowanych w sklepie - wystarcza nam dwóm do następnego razu.
Jeśli uda nam się ogródek lub chociaż folia (rzecz zależy najbardziej od ogrodzenia, nie naszej pracowitości) przybędą do diety sałata, pomidory, ogórki, cebula i różne zioła.
W tej chwili zjadamy jeszcze zeszłoroczne zapasy ziemniaków i kiszonej kapusty. Soki jabłkowe, pyszne niesamowicie, już się kończą. Przyszłym razem trzeba będzie zrobić ich co najmniej 2 razy więcej.
I tyle pocieszających mój zniżkowy humor konkluzji życiowych na teraz.
Labels:
Budownictwo,
Filozofia,
Kulinaria,
Mięso,
Ogród,
Ogrzewanie,
Pionierstwo,
Praca,
Przepisy,
Rośliny,
Sery,
Zioła
1 kwietnia 2011
Wyżowo-niżowo
Łoj, jak mi się już marzy święty spokój od remontu, od tych obcych ludzi biegających po chałupie, o tym, aby przedmioty znalazły swoje miejsce. Ten nieustanny rozgardiasz, prowizorka, bałagan, konieczność poznawania spraw i tajemnic rzemiosł różnych, które nie są moją pasją, przeszkadzają w otworzeniu umysłu na nowe. Choć może teraz, po awarii japońskiej i otwarciu się "paszczy pożerającej" na naszej planecie (właściwie drugiej, po Zatoce Meksykańskiej) trudno jest mówić o nowym-lepszym. Moje koszmarne wizje sprzed lat zaczynają się spełniać i odczuwam zwyczajnie lęk. Nie mam złudzeń, że się polepszy. Ale nie o tym ja. Już słyszę Anię krytykującą mnie za te dołujące uwagi na blogu bądź co bądź o zamyśle jak najbardziej pozytywnym i nadziejnym.
Zmienię temat. Pogoda zmutowała w nocy z wyżowej na niżową, pada, rosi wiosenny deszczyk. Wczoraj majstrowie skończyli dotychczasowe wnętrzarskie prace. Jest już podłoga w trzecim pokoju, wszystkie parapety, większość obróbek drzwi i wszystkie progi.
Teraz jeszcze czekamy na stolarza od schodów, aby poręcz założył, a resztę robimy same (malowania, ściany gipsokartonem w trzecim pokoju, szpachlowanie, terakota i glazura). Zostało tego trochę, no i przede wszystkim cały bałagan i remont schronił się na koniec w głównym pokoju, gdzie śpimy, odpoczywamy i pracujemy przy komputerach. Nie poprawia to nastroju. Niżowego, jak widzicie.
Zmienię temat. Pogoda zmutowała w nocy z wyżowej na niżową, pada, rosi wiosenny deszczyk. Wczoraj majstrowie skończyli dotychczasowe wnętrzarskie prace. Jest już podłoga w trzecim pokoju, wszystkie parapety, większość obróbek drzwi i wszystkie progi.
Teraz jeszcze czekamy na stolarza od schodów, aby poręcz założył, a resztę robimy same (malowania, ściany gipsokartonem w trzecim pokoju, szpachlowanie, terakota i glazura). Zostało tego trochę, no i przede wszystkim cały bałagan i remont schronił się na koniec w głównym pokoju, gdzie śpimy, odpoczywamy i pracujemy przy komputerach. Nie poprawia to nastroju. Niżowego, jak widzicie.
Labels:
Budownictwo,
Ekologia,
Filozofia,
Kultura,
Pionierstwo,
Pogoda,
Praca,
Rzemiosło,
Śmierć,
Zdrowie
30 marca 2011
Zmiana rytmu
Niekiedy czas przyspiesza i zmienia takt. Tak jest od wczoraj i ma potrwać jeszcze jutro. Takt trójkowy zatem.
Wczoraj wybrałyśmy się do pani Leny, jednej z naszych zaprzyjaźnionych Starek i po krótkiej rozmowie i przedstawieniu naszej chęci zostałyśmy nowymi właścicielkami, no, dziedziczkami, drewnianego krosna. Stało toto biedne, zakurzone już ze 40 lat w stodole, rozłożone na części, pani Lenie żal było toto spalić w piecu, bo kiedyś pięknie służyło i ktoś się napracował, żeby toto zbudować. Nawet nie ruszone przez korniki, zgniliznę czy próchno okazało się. Za ile?
- Ja za darmo chętnie oddam, jeśli ma komuś jeszcze posłużyć - stwierdziła pani Lena. Zatem ustaliłyśmy wymianę świadczeń. Ona nam krosno, my jej od czasu do czasu mleczko, serek i jajeczko podrzucim. O, na takie rozwiązanie chętnie zgodziła się.
Sprzęt okazał się idealnie pasujący do naszego samochodu i idealnie zmieścił się w pace. Dostałyśmy jeszcze 2 worki zalegającej od lat wełny owczej i pakuł lnianych. Posłużą do zaizolowania tego, co jeszcze pozostało nieuszczelnione w chacie.
Pani Lena, bliska już osiemdziesiątki, w filozoficznym nastroju jest od lat.
- Na was też to przyjdzie - rzekła - że człowiek żegna się ze wszystkim i nic mu już niepotrzebne z tego, za czym kiedyś tyle ganiał. I rozdaje, przekazuje, żeby tylko się komuś przydało.
- Tak, kiedyś i ten rower, ło, mój mąż sobie wyszykował pięknie, nowe ogumienie założył, naoliwił, cieszył się, wsio chodziło jak w zegarku, i już nie ma go tyle lat, a rower ciągle tu stoi, kurzy się, rdzewieje. Wszystko odchodzi, zmienia się,człowiek żegna się z tyloma rzeczami i sprawami! Nie ma i już.
Krosna wylądowały na razie w garażu. Wymagają wyszorowania, doczyszczenia z wieloletniego kurzu. Potem zwołamy komisję Starych Kobiet i niech przypominają sobie, jak to się składa i jak pracuje.
No, a dzisiaj majstrowie wpadli dwaj z pomagierem. Założyli podłogę w trzecim pokoju, ocieploną pod spodem steropianem i dokończyli montaż ciągu kuchennego, tj. przycięli i dokręcili blaty, baterię kranową (z którą był pewien problem, braku śrubki, i już został załatwiony, bo śrubkę i uszczelki w Hajnówce kupiłyśmy) i zamocowali solidnie zlew. Uf.
Wczoraj wybrałyśmy się do pani Leny, jednej z naszych zaprzyjaźnionych Starek i po krótkiej rozmowie i przedstawieniu naszej chęci zostałyśmy nowymi właścicielkami, no, dziedziczkami, drewnianego krosna. Stało toto biedne, zakurzone już ze 40 lat w stodole, rozłożone na części, pani Lenie żal było toto spalić w piecu, bo kiedyś pięknie służyło i ktoś się napracował, żeby toto zbudować. Nawet nie ruszone przez korniki, zgniliznę czy próchno okazało się. Za ile?
- Ja za darmo chętnie oddam, jeśli ma komuś jeszcze posłużyć - stwierdziła pani Lena. Zatem ustaliłyśmy wymianę świadczeń. Ona nam krosno, my jej od czasu do czasu mleczko, serek i jajeczko podrzucim. O, na takie rozwiązanie chętnie zgodziła się.
Sprzęt okazał się idealnie pasujący do naszego samochodu i idealnie zmieścił się w pace. Dostałyśmy jeszcze 2 worki zalegającej od lat wełny owczej i pakuł lnianych. Posłużą do zaizolowania tego, co jeszcze pozostało nieuszczelnione w chacie.
Pani Lena, bliska już osiemdziesiątki, w filozoficznym nastroju jest od lat.
- Na was też to przyjdzie - rzekła - że człowiek żegna się ze wszystkim i nic mu już niepotrzebne z tego, za czym kiedyś tyle ganiał. I rozdaje, przekazuje, żeby tylko się komuś przydało.
- Tak, kiedyś i ten rower, ło, mój mąż sobie wyszykował pięknie, nowe ogumienie założył, naoliwił, cieszył się, wsio chodziło jak w zegarku, i już nie ma go tyle lat, a rower ciągle tu stoi, kurzy się, rdzewieje. Wszystko odchodzi, zmienia się,człowiek żegna się z tyloma rzeczami i sprawami! Nie ma i już.
Krosna wylądowały na razie w garażu. Wymagają wyszorowania, doczyszczenia z wieloletniego kurzu. Potem zwołamy komisję Starych Kobiet i niech przypominają sobie, jak to się składa i jak pracuje.
No, a dzisiaj majstrowie wpadli dwaj z pomagierem. Założyli podłogę w trzecim pokoju, ocieploną pod spodem steropianem i dokończyli montaż ciągu kuchennego, tj. przycięli i dokręcili blaty, baterię kranową (z którą był pewien problem, braku śrubki, i już został załatwiony, bo śrubkę i uszczelki w Hajnówce kupiłyśmy) i zamocowali solidnie zlew. Uf.
28 marca 2011
Przed zakrętem
Mimo czystego nieba z baranami i wyżowego słońca jest wyjątkowo zimno, nawet w dzień. Korzystając z tego, że majster znów opóźnił rozpoczęcie pracy, wybrałyśmy się do powiatu sprawy załatwić. Oddałam pit w skarbowym, dowiedziałam się w up o ewentualne bezrobocie, ale nie łapię się na zasiłek nawet po 2 latach prowadzenia firmy (bo na zniżkowym zusie jest), więc wzruszywszy ramiony powróciłam do domu, kury i kozy wypuścić choćby na 2 godziny dnia.
Po drodze obgadałyśmy plan działania na ten sezon. Bo marazm jakiś się pojawił.
- To dlatego - wyjaśniłam - że jeden plan już dobiega końca. A drugi w zamian jeszcze się nie pojawił. No, pojawił, ale jeszcze jest za zakrętem i nie przykuwa tak uwagi, jak remont chaty. Trzeba skierować nam uwagę na to, co zakrętem i zacząć przygotowywać się do innej aktywności.
No, więc zgodziłyśmy się, że dobrze by było, oj dobrze, gdyby udało się zamknąć ów remont 15 maja. Czemu? To dzień naszej przeprowadzki i narodziny w tym miejscu, czyli początek Zagrody. Tego dnia krążąc wielokrotnie samochodem zwiozłyśmy do tutejszej obory wszystkie kozy, koty i psy oraz drób i Gusię. Która dzięki owej terapii szokowej przestała obsesyjnie wysiadywać jaja, które kradła co rusz kurom i i je ogrzewała, groźnie sycząc na każdego, kto chciał ją wygonić na świat z kurnika.
Po dwóch latach zakończyć etap domu i zwieńczyć go dopełnionym ogrodzeniem wokół obejścia to byłby sukces, pozwalający otworzyć się na inne rzeczy. Jakie? No, właśnie, trzeba by zerknąć co jest za zakrętem przez jakiś peryskop.
Wczoraj próbowałam to zrobić przy pomocy kart, ale balansowały na skraju owego zakrętu i wracały do spraw bieżących, toczących się od jakiegoś czasu, pokazując co najwyżej ich zakończenie.
Jedno jest pewne, zielone nóżki sprawdzają się i zaczęły już na siebie zarabiać. Kozy powolusieńku również. Niewiele tego, ale zawsze jakiś kroczek do przodu. I myślę, że trzeba iść za ciosem.
Po drodze obgadałyśmy plan działania na ten sezon. Bo marazm jakiś się pojawił.
- To dlatego - wyjaśniłam - że jeden plan już dobiega końca. A drugi w zamian jeszcze się nie pojawił. No, pojawił, ale jeszcze jest za zakrętem i nie przykuwa tak uwagi, jak remont chaty. Trzeba skierować nam uwagę na to, co zakrętem i zacząć przygotowywać się do innej aktywności.
No, więc zgodziłyśmy się, że dobrze by było, oj dobrze, gdyby udało się zamknąć ów remont 15 maja. Czemu? To dzień naszej przeprowadzki i narodziny w tym miejscu, czyli początek Zagrody. Tego dnia krążąc wielokrotnie samochodem zwiozłyśmy do tutejszej obory wszystkie kozy, koty i psy oraz drób i Gusię. Która dzięki owej terapii szokowej przestała obsesyjnie wysiadywać jaja, które kradła co rusz kurom i i je ogrzewała, groźnie sycząc na każdego, kto chciał ją wygonić na świat z kurnika.
Po dwóch latach zakończyć etap domu i zwieńczyć go dopełnionym ogrodzeniem wokół obejścia to byłby sukces, pozwalający otworzyć się na inne rzeczy. Jakie? No, właśnie, trzeba by zerknąć co jest za zakrętem przez jakiś peryskop.
Wczoraj próbowałam to zrobić przy pomocy kart, ale balansowały na skraju owego zakrętu i wracały do spraw bieżących, toczących się od jakiegoś czasu, pokazując co najwyżej ich zakończenie.
Jedno jest pewne, zielone nóżki sprawdzają się i zaczęły już na siebie zarabiać. Kozy powolusieńku również. Niewiele tego, ale zawsze jakiś kroczek do przodu. I myślę, że trzeba iść za ciosem.
26 marca 2011
Niewymierność
Dziś chemiczne chmury zniknęły i wyszło piękne słońce, a na niebieściutkim niebie pasły się jedynie kształtne boże baranki. Co prawda o poranku świat znów był cały biały od spadłego w nocy śniegu, ale biała pierzyna zniknęła prawie całkiem już w południe.
Zaordynowałyśmy odpoczynek po ciężkiej pracy. Z tej okazji mogłam na spokojnie zająć się pomiarami. Nie będę tu podawać szczegółów co i jak, w każdym razie wyszłam z różdżką na zewnątrz, potem zbadałam nią cały dom i wykryłam kilka nieszczelności. Których tak do końca nie byłam świadoma. Np. lekko wypaczone okno w trzecim pokoju, albo rura na poddaszu wstawiona w szczyt, które ma odprowadzać smrodek z oczyszczalni ścieków. Gałązka kiwała się zatem prawidłowo w tych miejscach. Pomedytowałam nad mlekiem i każdym serem, a jakże. Nic, różdżka ani drgnęła. Zatem przygotowałam innego rodzaju badanie, którego procedurę pozostawiam do własnej wiedzy. I wyszło mi jak wyszło.
Nie będę tutaj podawać wyników, ani nikogo nakręcać na tak albo nie, za albo przeciw. Bo jest to moja subiektywna gra ze światem i z życiem i to ja biorę odpowiedzialność za swoje i tylko swoje decyzje w tej arcy-poważnej sprawie. Mogę przecież się mylić i opierać na kruchej i ułudnej podstawie nie mającej żadnego racjonalnego podłoża. Ot, fiku-miku w głowie i fanatyzm w oczach. Powiem tyle, że wynik mnie zaskoczył, a to znak, że różdżka nie działała pod wpływem autosugestii. Tym niemniej wynik jest tymczasowy, będę sprawdzać najczęściej jak się da (najlepiej codziennie), i - mam nadzieję - że z tego dostanę takiego czuja, że będzie mnie strzykało w łokciu albo drapało w gardle na samo zwyżkowanie promieniowania. Jan, mój znajomy radiesteta od wahadełka, szukający wody pod studnie, doszedł do takiej wprawy, że określa ciek wodny na podstawie łupania w małym palcu lewej ręki. To się daje osiągnąć przy pewnej sensytywności i powtarzaniu badań, czyli nakierowaniu uwagi podświadomej na konkretne zjawisko.
W każdym razie wypuściłam kury z więzienia, a potem kozy, które i tak większość dnia pokutowały w oborze i mocno już były znudzone. 7 jaj, czekających w gnieździe, w tym 5 od zielonych nóżek, to jest radość dnia. Wszystkie się niosą!
Na obiad naleśniki (tylko mąka ze sklepu) z twarożkiem i zeszłorocznymi powidłami śliwkowymi.
Zaordynowałyśmy odpoczynek po ciężkiej pracy. Z tej okazji mogłam na spokojnie zająć się pomiarami. Nie będę tu podawać szczegółów co i jak, w każdym razie wyszłam z różdżką na zewnątrz, potem zbadałam nią cały dom i wykryłam kilka nieszczelności. Których tak do końca nie byłam świadoma. Np. lekko wypaczone okno w trzecim pokoju, albo rura na poddaszu wstawiona w szczyt, które ma odprowadzać smrodek z oczyszczalni ścieków. Gałązka kiwała się zatem prawidłowo w tych miejscach. Pomedytowałam nad mlekiem i każdym serem, a jakże. Nic, różdżka ani drgnęła. Zatem przygotowałam innego rodzaju badanie, którego procedurę pozostawiam do własnej wiedzy. I wyszło mi jak wyszło.
Nie będę tutaj podawać wyników, ani nikogo nakręcać na tak albo nie, za albo przeciw. Bo jest to moja subiektywna gra ze światem i z życiem i to ja biorę odpowiedzialność za swoje i tylko swoje decyzje w tej arcy-poważnej sprawie. Mogę przecież się mylić i opierać na kruchej i ułudnej podstawie nie mającej żadnego racjonalnego podłoża. Ot, fiku-miku w głowie i fanatyzm w oczach. Powiem tyle, że wynik mnie zaskoczył, a to znak, że różdżka nie działała pod wpływem autosugestii. Tym niemniej wynik jest tymczasowy, będę sprawdzać najczęściej jak się da (najlepiej codziennie), i - mam nadzieję - że z tego dostanę takiego czuja, że będzie mnie strzykało w łokciu albo drapało w gardle na samo zwyżkowanie promieniowania. Jan, mój znajomy radiesteta od wahadełka, szukający wody pod studnie, doszedł do takiej wprawy, że określa ciek wodny na podstawie łupania w małym palcu lewej ręki. To się daje osiągnąć przy pewnej sensytywności i powtarzaniu badań, czyli nakierowaniu uwagi podświadomej na konkretne zjawisko.
W każdym razie wypuściłam kury z więzienia, a potem kozy, które i tak większość dnia pokutowały w oborze i mocno już były znudzone. 7 jaj, czekających w gnieździe, w tym 5 od zielonych nóżek, to jest radość dnia. Wszystkie się niosą!
Na obiad naleśniki (tylko mąka ze sklepu) z twarożkiem i zeszłorocznymi powidłami śliwkowymi.
25 marca 2011
Deszczyk z dreszczykiem
Mierzyć promieniowania jeszcze nie zaczęłam. Trzeba przemyśleć procedurę i skalę owej miary oraz - jak myślę - robić dzienne zapisy wyników. No, a poza tym ręce mi dzisiaj drżą z przepracowania, muszę odpocząć.
Bo niestety, mimo deszczyku, na szczęście niewielkiego i przelotnego wyciąganie gnoju z drugiego boksu musiało się odbyć. Po prostu musiało. Idą przymrozki i nocne mrozy, nie dało się już czekać.
Wczorajsze zakwasy dawały w kość. I, choć boks był mniejszy okazał się bardziej napakowany przerobioną treścią, ubitą przez większą ilość kóz i trudniej się ją odrywało od podłoża. Ania rwała, ja woziłam taczki. Częściowo na kupę, częściowo do ogródka, pod wzniesione grządki permakulturowe.
Z racji możliwego skażenia schowałam kury w kurniku, gdy tylko zaczęło popadywać, kozy też były upchnięte w innych boksach pod dachem, tylko ja pracowałam w pocie czoła na świeżym powietrzu. Trudno się mówi. Raz kozie śmierć.
Do tego musiałyśmy jeszcze przywieźć nową porcję kostek siana ze stodoły sąsiadki. Cztery obroty taczką. Nie było lekko.
Praca trwała prawie do zmroku. W przerwie napaliłam w c.o., aby mieć potem gorącą wodę na kąpiel i spłukanie z siebie tych plutonowych niewidzialności.
I tyle nowin. Aaa, chłopcy wpadli. Po kasę za gałęziówkę.
Bo niestety, mimo deszczyku, na szczęście niewielkiego i przelotnego wyciąganie gnoju z drugiego boksu musiało się odbyć. Po prostu musiało. Idą przymrozki i nocne mrozy, nie dało się już czekać.
Wczorajsze zakwasy dawały w kość. I, choć boks był mniejszy okazał się bardziej napakowany przerobioną treścią, ubitą przez większą ilość kóz i trudniej się ją odrywało od podłoża. Ania rwała, ja woziłam taczki. Częściowo na kupę, częściowo do ogródka, pod wzniesione grządki permakulturowe.
Z racji możliwego skażenia schowałam kury w kurniku, gdy tylko zaczęło popadywać, kozy też były upchnięte w innych boksach pod dachem, tylko ja pracowałam w pocie czoła na świeżym powietrzu. Trudno się mówi. Raz kozie śmierć.
Do tego musiałyśmy jeszcze przywieźć nową porcję kostek siana ze stodoły sąsiadki. Cztery obroty taczką. Nie było lekko.
Praca trwała prawie do zmroku. W przerwie napaliłam w c.o., aby mieć potem gorącą wodę na kąpiel i spłukanie z siebie tych plutonowych niewidzialności.
I tyle nowin. Aaa, chłopcy wpadli. Po kasę za gałęziówkę.
24 marca 2011
Promieniowanie Niewidzialnego
No, i zgadłam. Chemiczne smugi dotąd wałkował silny wiatr na niebie, aż rozwlokły się na nim w postać gęstej i szczelnej chmurnej zawiesiny od krańca do krańca horyzontu. Zalegającej dzisiaj od rana przez cały dzień. Wiatr nie ustał ani nie zmienił kierunku, z czego wnoszę, że gdyby nie samoloty, mielibyśmy taką samą pięknie słoneczną i bezchmurną pogodę, jak wczoraj.
Ale mniejsza o to. Mniejsza też o panikę sianą przez niektórych ludzi odnośnie skażenia radioaktywnego, które ponoć zwlokło się nad nasz kraj już wczoraj, a w najbliższą sobotę ma osiągnąć wartości maksymalne. Nie powiem, że się nie boję tej ewentualności, albo że absolutnie ufam państwowym mediom i instytucjom ostrzegającym o skażeniach. Zaglądam jednak na stronę Instytutu w Lublinie, który zamieszcza poziom skażenia na bieżąco. Przede wszystkim mowa jest w tych internetowych andergrandowych ostrzeżeniach o fali promieniowania idącej od zachodu, przez Atlantyk. W takim razie na razie mamy u nas silny wiatr ze wschodu, czyli przeciwny.
Cholera, zamiast melinować się w chacie i nosa nie wyściubiać przez co najmniej tydzień musimy dokonać kilku ważnych wyczynów, które dłużej już nie poczekają. I chociaż do tej niebezpiecznej soboty zdążyć z głównymi pracami na zewnątrz.
Ponadto, ponieważ - jak się dowiedziałam od wtajemniczonych - skażenie jest innego rodzaju, niż z konwencjonalnych bomb i reaktorów atomowych, gdyż z plutonowego paliwa MOX to i liczniki Geigera i inne ostrzegacze nie pokazują tego, co trzeba, a przynajmniej pełnych rozmiarów zagrożenia, no, a dostań tu taki czy inny wykrywacz na mojej wiosce! - doszłam do wniosku, że... najlepiej mi będzie przeprosić się z najlepszym miernikiem niewidzialnych promieniowań wszelkiego rodzaju. Dawno zarzuciłam zabawę z tym przyrządem, ale widzę, że na nadchodzące czasy będzie jak znalazł! Mam na myśli... wahadełko, tudzież różdżkę (którą można zmontować ze zwykłej rozdwojonej gałązki drzewa).
Jeśli potrafię zmierzyć ciśnienie sobie i innym przy pomocy złotej albo srebrnej obrączki zawieszonej na nitce oraz krawieckiej miarki, a potem wynik porównany z ciśnieniomierzem okazuje się prawie w 100 procentach jednakowy, to czemu nie zacząć mierzyć w jakiś podobny sposób poziom szkodliwego promieniowania?
Na razie jednak praca była pilniejsza od eksperymentów badawczych, nawet jeśli groziła chorobą popromienną.
I tak od godzin przedpołudniowych do godziny prawie 16 wydobywałyśmy gnój z obory. Narosło go od wczesnej jesieni tyle, że zrobiła się warstwa bliska metra, kozy już przeskakiwały do siebie nawzajem przez płotki. Z tego też powodu przy wytężonej pracy udało nam się "zerwać parkiet" i wywieźć go na taczce w kilka strategicznych miejsc raptem w boksie kaziuków.
Jutro najpewniej (o ile nie będzie padał deszcz, diabli wiedzą czy napromieniowany) czeka nas powtórka z rozrywki i parkiet w boksie białasek.
Trudno się mówi, chłopaki wioskowi zawiedli, zresztą nieczęsto można liczyć na ich obietnice, ta praca musi być wykonana bez dwóch zdań. W kolejce przecież czekają inne pilne wiosenne prace.
Na pocieszenie, gdy już kończyłyśmy dzisiejszą robotę zawołał mnie z nieba nad głową klangor gęsi. Leciał wielki klucz i już na szczęście, dzięki Ci Panie Boże! we właściwą stronę, czyli z południa na północ.
Ale mniejsza o to. Mniejsza też o panikę sianą przez niektórych ludzi odnośnie skażenia radioaktywnego, które ponoć zwlokło się nad nasz kraj już wczoraj, a w najbliższą sobotę ma osiągnąć wartości maksymalne. Nie powiem, że się nie boję tej ewentualności, albo że absolutnie ufam państwowym mediom i instytucjom ostrzegającym o skażeniach. Zaglądam jednak na stronę Instytutu w Lublinie, który zamieszcza poziom skażenia na bieżąco. Przede wszystkim mowa jest w tych internetowych andergrandowych ostrzeżeniach o fali promieniowania idącej od zachodu, przez Atlantyk. W takim razie na razie mamy u nas silny wiatr ze wschodu, czyli przeciwny.
Cholera, zamiast melinować się w chacie i nosa nie wyściubiać przez co najmniej tydzień musimy dokonać kilku ważnych wyczynów, które dłużej już nie poczekają. I chociaż do tej niebezpiecznej soboty zdążyć z głównymi pracami na zewnątrz.
Ponadto, ponieważ - jak się dowiedziałam od wtajemniczonych - skażenie jest innego rodzaju, niż z konwencjonalnych bomb i reaktorów atomowych, gdyż z plutonowego paliwa MOX to i liczniki Geigera i inne ostrzegacze nie pokazują tego, co trzeba, a przynajmniej pełnych rozmiarów zagrożenia, no, a dostań tu taki czy inny wykrywacz na mojej wiosce! - doszłam do wniosku, że... najlepiej mi będzie przeprosić się z najlepszym miernikiem niewidzialnych promieniowań wszelkiego rodzaju. Dawno zarzuciłam zabawę z tym przyrządem, ale widzę, że na nadchodzące czasy będzie jak znalazł! Mam na myśli... wahadełko, tudzież różdżkę (którą można zmontować ze zwykłej rozdwojonej gałązki drzewa).
Jeśli potrafię zmierzyć ciśnienie sobie i innym przy pomocy złotej albo srebrnej obrączki zawieszonej na nitce oraz krawieckiej miarki, a potem wynik porównany z ciśnieniomierzem okazuje się prawie w 100 procentach jednakowy, to czemu nie zacząć mierzyć w jakiś podobny sposób poziom szkodliwego promieniowania?
Na razie jednak praca była pilniejsza od eksperymentów badawczych, nawet jeśli groziła chorobą popromienną.
I tak od godzin przedpołudniowych do godziny prawie 16 wydobywałyśmy gnój z obory. Narosło go od wczesnej jesieni tyle, że zrobiła się warstwa bliska metra, kozy już przeskakiwały do siebie nawzajem przez płotki. Z tego też powodu przy wytężonej pracy udało nam się "zerwać parkiet" i wywieźć go na taczce w kilka strategicznych miejsc raptem w boksie kaziuków.
Jutro najpewniej (o ile nie będzie padał deszcz, diabli wiedzą czy napromieniowany) czeka nas powtórka z rozrywki i parkiet w boksie białasek.
Trudno się mówi, chłopaki wioskowi zawiedli, zresztą nieczęsto można liczyć na ich obietnice, ta praca musi być wykonana bez dwóch zdań. W kolejce przecież czekają inne pilne wiosenne prace.
Na pocieszenie, gdy już kończyłyśmy dzisiejszą robotę zawołał mnie z nieba nad głową klangor gęsi. Leciał wielki klucz i już na szczęście, dzięki Ci Panie Boże! we właściwą stronę, czyli z południa na północ.
Subskrybuj:
Posty (Atom)