25 lutego 2018

Pasztetowa w słoikach

Dawniej mawiano, i ja też to powtarzam, żeby nie zginęło doświadczenie przodków. Zima w Polsce musi się wymrozić, choćby przez 2 tygodnie. Jeśli tego nie zrobi w grudniu czy w styczniu, to raczej pewne jest, że mróz wypadnie w lutym. I mamy!
Oczywiście, w zależności od zimy będzie to mróz mniejszy lub większy. Ale dobrze jest, gdy potrzyma trochę w okolicach 15-20 stopni, a raz czy dwa spadnie jeszcze niżej. Tak dla zdrowotności!

Ach, moja niezapomniana pierwsza zimo na Podlasiu! 2005... Mróz trzymał kilka miesięcy, raz sięgnął prawie 40 stopni, a gdy temperatura z 28 w dzień spadła wreszcie do 15, czułam taką wzniosłą radość, jakby wiosna już przyszła!

Ponieważ dzisiaj w nocy ma być najchłodniej, to trochę czynności kuchennych sobie dodałam, żeby jakoś to znieść i wykorzystać dłuższe, niż zazwyczaj palenie w piecu.

Co więc dzisiaj mamy? Ano...

Pasztet do smarowania, pakowany w słoikach

Składniki: 
0,8 kg mięsa koźlęcego, karkówki bądź łopatki
0,25 kg wątróbki koźlęcej
0,20 kg podrobów koźlęcych (serce, płucka)
0,30 kg słoniny
Warzywa jak do rosołu, zatem 2 marchewki, pietruszka, seler, cebula
Przyprawy: sól, pieprz prawdziwy, kilka ząbków czosnku, cząber, albo czarnuszka czy mieszanka prowansalska

Przyrządzenie:
Wrzucamy do gara z wodą z dodatkiem ziela angielskiego i kilku listków laurowych najpierw warzywa, gdy chwilę się pogotują dodajemy mięso i podroby, a na koniec wątróbkę. Tę warzymy około 5 minut i odstawiamy wszystko do przestygnięcia.
Następnie mielimy drobno mięso, podroby, surową cebulę i czosnek, gotowane warzywa oraz słoninę. Dodajemy przyprawy do smaku według własnego gustu i dokładnie mieszamy.
Pakujemy masę w wyparzone wcześniej słoiczki po dżemie, dokładnie ubijając, aby nie było przerw i pasteryzujemy przez półtorej godziny w temperaturze w granicach 65-75 stopni. Odstawiamy do ostygnięcia.
I pałaszowania.

"Weki mięsne w słoikach 2 razy pasteryzować trzeba w odstępie 1 dniowym." Dodaję i podaję za czytelniczką bloga Ewą G. ;)

Oczywiście mięso można stosować dowolnie, każde się nadaje. My korzystamy z tego, co daje gospodarstwo.

Sposób na konserwy domowe w słoikach z różnych mięs gospodarczych w piecu chlebowym zapiekane i pasteryzowane, jaki poznałam z ust wioskowej starszyzny opiszę może innym razem.

19 lutego 2018

Śledzie z kurkumą

Zima trwa, mimo różnych fluktuacji. Ma się przeciętnie dobrze. My też. Kozy wciąż brzuchate. Ptactwo drepczące po śniegu ze zmarzniętymi łapkami zaczęło się już nieść (kaczka znosi sporadycznie jedno jajo, gęsi na razie niezainteresowane) i dziennie przynoszę z kurnika 8-9 jaj. Anna stara się je zużywać do ciast i ciasteczek oraz domowego makaronu, jemy jaja zawsze na śniadanie, przeważnie w formie jaja sadzonego, bo nieścięte żółtko zachowuje wszelkie witaminy i aminokwasy ważne dla organizmu, a czasem na kolację robię omlet z dodatkiem tartego żółtego sera koziego (już tylko w formie parmezanu resztka służy) oraz raczę surowymi jajami koty i psy. Bardzo to lubią i cenią sobie jako przysmak. Podobno ma też kosmetyczny wpływ na wygląd sierści. Zatem kury żywią drapieżców gospodarskich i wszyscy wraz z nimi mamy się doskonale.

Pozostając przy kolorze żółtym użyczę prostego przepisu na smaczną i przy okazji zdrową dla wątroby i nie tylko - sałatkę. Jej głównym i najważniejszym składnikiem jest kurkuma, o której nawet polska nader zdawkowa Wikipedia wspomina, że jest podejrzewana o lecznicze właściwości. Więcej informacji o jej rewelacyjnych właściwościach można znaleźć oczywiście na blogach dietetycznych i w artykułach sponsorowanych na temat suplementów. 
Tyle ze swego doświadczenia powiem, że w dawnych czasach, gdy miewałam niekiedy długo trwające bóle w okolicach wątroby, których wedle badań wszelakich być nie mogło, pomagały mi na nie bardzo szybko krople Solaren, które są aptecznym wyciągiem z kurkumy. Teraz nie muszę ich zażywać, bo doszłam przyczyny dolegliwości, notorycznie się powtarzających. Okazało się nią uczulenie na gluten. Wyeliminowanie glutenu z diety postawiło mnie na nogi bardzo szybko i skutecznie. Niemniej pozostaję przy swoim szacunku dla wpływu kurkuminy na organizm i często ją stosuję w kuchni.

Należy zapamiętać taki kulinarny myk, i stosować jako przykazanie: kurkuma musi być zjedzona w towarzystwie pieprzu prawdziwego i najlepiej rozpuszczona w ciepłym/ogrzanym tłuszczu. Wtedy jej przyswajalność zwiększa się w ogromnym stopniu. Zatem podaję przepis na sałatkę, którą można zjeść ze smakiem, a jednocześnie potraktować jako aplikację leczniczej substancji.





Sałatka śledziowa z kurkumą

Składniki:
3-4 płaty śledziowe typu matjas (mogą być jakiekolwiek inne)
1 duża cebula
czubata łyżeczka kurkumy
czubata łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu prawdziwego
odrobiona soli
jakikolwiek smaczny olej tłoczony na zimno

Śledzie moczymy przez kilka godzin w wodzie. Potem kroimy w dość drobną kostkę. Jeśli utraciły słoność, lekko solimy do smaku. Kroimy cebulę na płatki, lub kostkę, jak kto lubi. Całość mieszamy z przyprawami: kurkumą i pieprzem (ważne, aby był świeżo zmielony, bo ten kupowany jako mielony w ogóle nie jest ostry i pewnie utracił połowę właściwości) i taką ilością oleju, która wyda się nam odpowiednia. Nie za dużo, aby nie pływały, ale i nie za mało. 
Można dodać zielony groszek, bądź fasolkę, albo krojony w kostkę ogórek kiszony bądź marynowany w occie. Co tam zbywa w lodówce. Dla większej sytości potrawy.
Odstawiamy sałatkę na kilka godzin do lodówki, aby się składniki dobrze przegryzły. Jeśli zrobimy rano, będzie świetną przekąską na kolację, jeśli wieczorem, to na drugi dzień.

Zjadać z chlebem, najlepiej własnego wypieku, lub gotowanymi ziemniakami.

22 stycznia 2018

Zapiekany ser pleśniowy w fazie śmierdzielinka

Dojadamy resztki serów. Doszły swoich dni. Starsze robią się trudne do zjedzenia, choć u nas gąb i dziobów nie wybrzydzających, a wręcz odwrotnie, dość. Żółte już tylko na parmezan.
Jednak jest taki czas. Że domowy quasi-camembert osiągnął fazę płynną i tak ostrą, nie mówiąc o intensywnej woni, jaką wydziela, że nawet butla wina na popitkę niewiele pomaga, żeby się nim raczyć. A szkoda wyrzucić przecież.


[niniejsze zdjęcie pochodzi z internetu, ale mniej więcej ilustruje fazę rozwoju takiego sera]

Wzięłam się więc za potrawę na ciepło ze śmierdzielinka. Eksperyment. Bardzo prosta w wykonaniu, jeśli ma się główny składnik. A tutaj, powiem wam, trudno jest. Śmierdzielinków bowiem w Polsce nie kupisz łatwo, ani w sklepie, ani prywatnie, taki to ich zakazany urok. Choć można samemu łatwo się dochować, jeśli ktoś kupi tzw. kozi ser miękki zrobiony na bakteriach pleśniowych i w odpowiedni sposób go przechowa w lodówce, bądź w piwniczce, najmniej miesiąc.
Ale dość o tym. Do dzieła!

Zapiekanka z ostrym bardzo dojrzałym serem pleśniowym

Składniki:
ziemniaki
łyżka masła
śmietana bądź podkwaszone mleko słodkie
ser w fazie zaawansowanej płynności
przyprawy: sól, świeżo zmielony pieprz prawdziwy, kurkuma, odrobina czarnuszki

Przyrządzenie
Ziemniaki obrać i wybrać jedną z dwóch wersji przyrządzania. Albo najpierw ugotować (można użyć takie, które zostały z wczorajszego obiadu), albo pokroić surowe w plastry. Położyć na dno naczynia żaroodpornego nieco masła, ułożyć warstwę ziemniaków, posypać hojnie przyprawami, i znów odrobiną masła, na to kolejna warstwa i znów przyprawy, tak do trzech razy. Całość polać serem dokładnie wymieszanym ze śmietaną, bądź podkwaszonym mlekiem i wstawić do piekarnika. Jeśli ziemniaki były surowe, to zapiekać przez godzinę w temperaturze 200 stopni. Jeśli były gotowane wystarczy pół godziny, a na koniec trochę poopiekać, aby zrumienić zapiekankę z wierzchu.

Hm, zapach może nie stanie się różany, ale na pewno bardziej znośny.
Podawać na ciepło z surówką lub sałatką ćwikłową, z kapustką kiszoną lub, co kto lubi.
Ja się zadowoliłam ćwikłą i mocnym kim-ći czosnkowym, idącym w parze z ostrym smakiem sera, a przełożoną na talerz zapiekankę potraktowałam jeszcze ulubionym domowym keczupem, żeby jej kolorków dodać. Mniam!

Najważniejsze: daje się zjeść! Nic się nie zmarnowało!

17 stycznia 2018

Zimny czas

Kilka ostatnich dni było trudne do zniesienia. Dokuczało przeszywające zimno. Wiatr zwiększał odczucie zimowego chłodu wielokrotnie. Wyjście do obrządku wymagało poświęcenia. Grabiały dłonie, szczypały policzki, kapało z nosa, marzły kolana i stopy w kaloszach. Kacze i indycze towarzystwo wypuszczane było tylko na dwie godziny w ciągu dnia, bo przykro było patrzeć jak ptaki kulą się z zimna, przysiadają na zmarzniętych bosych łapkach i stroszą pióra.
W domu wcale nie szło szybko poczuć się komfortowo. Dom w nocy wychładzał się na tyle, że piec napalony przed południem długo się rozgrzewał, a wiatr, wiejący z południowego wschodu nie ułatwiał tego procesu. Nawet rozpalenie ścianowego na noc nie przynosiło wielkiej ulgi, budziłam się z zimnym nosem.
W taką pogodę wykociła się Fela. Mimo, że po wielkości jej brzucha nastawiłyśmy się na parkę, to okazało się, że urodziła jedynaczkę, dorodną kózkę z kłapciatymi uszami przekazanymi przez Gucia, po części mającego anglonubijską krew. Szybko stanęła na nóżki, zassała, nie trzeba było nawet przynosić do domu. Dzisiaj już zwyczajem wszystkich zdrowych koźląt próbuje podskoków. Zowie się Fruzia, bo jest z klanu na F.

W nocy wiatr wreszcie ustał. Za to zaczął padać śnieg. Szybko pokrył ziemię i las grubą mokrą kołdrą. Zaczęła się kolejna zimowa zabawa. Odśnieżanie. Pięćdziesiąt metrów od garażu do drogi to nie w kij dmuchał. Zwłaszcza, że zawiewa właściwie ciągle i końca nie widać. Anna wyskakuje raz na jakiś czas, aby przelecieć szuflą mimo wszystko i ułatwić sobie końcową robotę, gdy już padać przestanie. Jedynie, co lepsze, to w domu zrobiło się od razu ciepło i przytulnie.

5 stycznia 2018

Podsumowanie bez postanowień

Przyznaję, że wpisy na tym blogu stały się rzadsze od jakiegoś czasu. Wpływa na to kilka powodów. Po pierwsze i najważniejsze: szczegóły z osiedlania się, budowania, hodowania i zagospodarowywania przestrzeni zostały już tu wielokrotnie opisane pod różnymi kątami. W tym nowym roku minie 9 lat od chwili przeprowadzki do Kresowej Zagrody. Nastawienie zdążyło się zmienić. Pewnie najbardziej to dojrzeć i ustabilizować się na jednym poziomie, i dlatego brak koniecznej ekscytacji codziennymi zdarzeniami czy osiągnięciami, osiąganymi co rusz w podobny sposób. Ot, przyzwyczajenie.
Jesteśmy teraz na etapie każdego, nieomal każdego rolnika gospodarującego z roku na rok niezmiennie z dziada pradziada. Chyba trochę tak. W takim razie, o czym tu pisać więcej? W większości sytuacje powtarzają się podobnie, rok po roku.

Mimo, że staramy się wprowadzać zmiany, inwestycje (drobne), urozmaicać hodowle (dla własnej przyjemności, nie dla pieniędzy, których jest ni mniej ni więcej podobnie od lat), to wciąż na wiosnę trzeba siać i sadzić, potem wciąż łatać ogrodzenie, rąbać i układać drwa, jesienią ganiać z kozami, lub za kozami, które urywają się z nudnego pastwiska w ciekawsze leśne gęstwy sąsiednie, w tym czasie serowarzyć, dbać o pszczoły, miód odciągać, owoce zbierać i przetwarzać, aby na koniec roku móc odpoczywać przy ciepłym piecu, karmiąc dobytek dwa razy na dzień i spokojnie oczekiwać kolejnego przychówku.

Jak zawsze zrobiłam podliczenie roczne dochodów i wydatków i jak zawsze bilans wyszedł na zero. To dobrze, bo było kilka nagłych wypadków w tamtym sezonie i jakiś chochlik kazał nam wymienić podstawowe sprzęty agd, które uległy awarii, przede wszystkim kuchenkę gazową i lodówkę, w którą piorun strzelił. Na dokładkę mój komputer zaczął chodzić jak czołg i też się doprosił wymiany na nowszy i szybszy  model. Jakoś starczyło, Bogu dzięki.

Obecnie zimujemy. Zdrowo się odżywiając i zjadając zapasy starannie jak co roku zrobione i podarowane nam przez gospodarstwo i pracę własnych rąk. Wystarczy na pewno do wiosny, a może i dłużej. Oczywiście, nie wszystko da się samemu wyprodukować. W zasadzie trzeba używać pieniądza, gdy chce się pić kawę naturalną i czarną herbatę, upiec chleb czy ciasto z mąki, której nie mamy swojej, posmarować ten chleb masłem, ugotować ryż czy kaszę. Kupujemy także makaron dla psów i podroby dla kotów i to jest właściwie największy stały wydatek na żywność. Bo domownicy są karmieni z garnka, żadnej sztucznej karmy nie dostają.  Mleko już się w praktyce kończy, jest tyle co do kawy i dla kocieja Macieja, pozostało w zapasie kilka serów, i w zamrażarce zamrożonego twarogu na sernik, oraz mleka w razie potrzeby dla jakiegoś koźlątka na początek. Jaj nie brakuje świeżych, ani mięsa drobiowego i koziego, nieco wędliny domowej, do tego soki, dżemy i powidła, keczup domowy i marynaty grzybowe, ogórkowe i buraczane. Kapusta zakiszona, jak i zawsze jakaś świeża kiszonka z kapusty, buraczków, nawet kalafiora oraz kim-ći stoi w słojach. Zioła zebrane, można w razie chęci jakiś napar herbatopodobny czy leczniczy uskutecznić. Miód w dostatecznej dla nas ilości także do użytku w każdej chwili. Na popitkę jest też piwo domowe i wino.

Właściwie skłamałam pisząc, że nic nie robimy oprócz podstaw. No, tak. Anna szaleje z siekierką w lesie prawie każdego dnia dwie godziny, bo działkę wzięła z leśnictwa i drewno składa na kolejny zapas doroczny. Ja zaś staram się uczyć, zwiększać swoją wiedzę na różne tematy, poznawać nowe dziedziny, udoskonalać to, co już umiem. Myśleć, pisać, rozumować. Ot, jak zawsze.

Co do domowników mają się świetnie. Kola, a właściwie babcia Kola ("babciu, babciu, a dlaczego masz takie wielkie zęby?") ma się dobrze, a nawet jak na swój zaawansowany wiek 13 lat bardzo dobrze. Operacja okazała się udana i potrzebna. Pies jest odrodzony, ma dobry nastrój, interesuje się światem i towarzystwem, to najważniejsze. Nawet jakby milsza się zrobiła, mniej "kolczasta" i warkliwa, z chęcią pozwala się przytulać, czego do tej pory nie lubiła.
Kociej Maciej jest już dorosłym kocurem. I jest piękny. Puszysty, kosmaty, z wielką kitą, znać, że ma w genach jakiegoś rasowego przodka. Być może uda mi się odnaleźć w jakiejś szafie zdjęcioroba, to unaocznię.

Podsumowując: oby nam się (i Wam oczywiście jako nam) wiodło podobnie i po równym także i w tym 2018 roku!

4 listopada 2017

Dyniowe placuszki na jesienne pocieszenie

Jesień już zaawansowana. Mgła, zimna rosa, mżawki. Z rzadka pokazuje się słońce, na krótko. Kozy wykorzystują każdą taką pogodną chwilę, aby zajadać jeszcze ostatki z pastwiska, a jak się da uciec, albo wypuszczą łaskawie, to buszować po lesie za liśćmi i gałązkami poszycia. Takiego dnia dają wyraźnie więcej mleka. Kiedy w deszczowy czas stoją tylko na sianie i owsie, ilość urobku maleje znacznie. Od jakiegoś czasu doimy jedynie raz dziennie, rano. Przeszłam już zatem tylko na twarogi (częściowo skarmiam je młodzieży indyczej i czupurkom oraz kotu, który go uwielbia, częściowo przyrządzamy z niego od czasu do czasu sernik, a częściowo idzie do zamrażarki na zimową porę, gdy mleka już nie będzie), twarożek podpuszczkowy, który przyprawiam wedle aktualnej fantazji smakowej i zjadamy na bieżąco, kefir albo jogurt, a z rzadka serki świeże podpuszczkowe, które w nadmiarze dojrzewam do kilku tygodni, na smakołyk.
I choć Anna przeszła na częste robienie swego ulubionego rosołu z wolnowara z kawałków wyhodowanych przez nas latem kuraków, kaczek albo indyków z dodatkiem kości koźlęcych, to muszę zaznaczyć, że jakoś specjalnie mięsożernie się nie odżywiamy, o co nas pewnie wielu mieszczuchów podejrzewa. Można powiedzieć, że utrzymujemy równowagę mięsno-warzywną i lubimy robić sobie dni wegetariańskie. W naszym domu nie uświadcza się sklepowych wędlin, chyba, że weźmie nas ochota i same takową przyrządzamy, co wypada jakieś dwa razy w roku. Poza tym posiłki, wierzę, że dlatego, iż z produktów naprawdę naturalnych, świeżych i pełnowartościowych są dla mnie całkowicie sycące i często wystarczają mi dwa dziennie. Nie licząc wieczornego napitku, takiego czy siakiego, ale na bazie soków owocowych własnej roboty, czy nazbieranych i ususzonych ziół.

Z tej okazji podrzucam przepisy na dwa rodzaje placków, które ostatnio bywają na naszym stole w porze obiadu.

Placuszki bezglutenowe z dynią, na słodko

Składniki:
Szklanka mąki bezglutenowej dowolnie wybranej lub pomieszanej z różnych rodzajów, w tym także z odrobiną kokosowej
Szklanka startej na średniej tarce dyni, ulubionego rodzaju
(Zaczęłam eksperymentować z proporcjami i doszłam do wniosku, że wolę, gdy jest nieco więcej dyni, niż mąki)
Kilka łyżek kefiru domowego albo zsiadłego mleka
3-4 jaja
Łyżeczka cukru, szczypta soli, odrobina sody oczyszczonej do spulchnienia

Składniki trzeba wymieszać na jednolitą lejącą się naleśnikową masę i smażyć, najlepiej na oleju kokosowym. Lać z łyżki na gorący olej i smażyć do zrumienienia, krótko po obu stronach niewielkie placuszki.

Podawać z twarożkiem zrobionym na słodko (z żółtkiem jaja i cukrem), z ulubionym dżemem albo pasteryzowanymi jagodami z odrobiną śmietanki, przyprószonymi lekko cukrem pudrem.

Placuszki ziemniaczano-dyniowe

Składniki:
Kilka startych na średniej tarce ziemniaków
Taka sama ilość startej dyni
Posiekana cebula
3-4 jaja
Odrobina soli i pieprzu mielonego, dla koloru można dodać kurkumy
Jeśli masa jest zbyt rzadka można ją zagęścić odrobiną mąki ziemniaczanej

Łączymy wszystkie składniki, mieszamy na jednolitą masę i smażymy nieduże placuszki na rozgrzanym smalcu, z obu stron.

Te placki smakują podobnie do ziemniaczanych, ale są od nich delikatniejsze i szybciej się je przyrządza. Podaje się tak, jak ziemniaczane. Czyli albo w wersji na słodko, ze śmietanką i cukrem, albo z sosem grzybowym czy keczupem, popijając kefirem, jogurtem lub nawet zimnym słodkim mlekiem (co osobiście przedkładam nad wszystko).

27 października 2017

Jesienne kotlety z opieniek

Zdarza się jeszcze tego listopadowego października, że wśród wilgoci i mgieł pokrywających kolorowe paździerze i usychające trawy wzrok padnie na jakąś brązową kupkę liści, a one okazują się kryć w sobie smaczną tajemnicę. Opieńki. Łatwe do nazbierania, bo rosną gromadkami na starych pniach. Tak, więc należy coś z nich przyrządzić, aby łup się nie zmarnował.


Anna przyniosła zasobnik opieniek, nazbieranych w naszym ogródku, daleko nie trzeba było chodzić. A zostawić żal. Zatem na obiad były dzisiaj kotlety opieńkowe.

Kotlety z opieniek

Składniki:
Opieńki
Gotowane uprzednio ziemniaki
1 spora cebula
2-3 jaja
Przyprawy
Trochę mąki, ja stosuję bezglutenową i tego się trzymam.
Tłuszcz do smażenia.

Opieńki należy najpierw obgotować przez kilka minut i odsączyć.
Następnie mielimy grzyby, cebulę i ugotowane ziemniaki w maszynce na równą masę. Jeśli brak maszynki, żaden problem. Można grzyby i cebulę drobno posiekać nożem, a ziemniaki utłuc.
Proporcje grzybów do ziemniaków powinny być 1:1, ale gdy grzybów jest nieco więcej można dodać mąki, aby masa była bardziej zwarta.
Wbijamy jaja. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem prawdziwym oraz dla lepszego i zdrowszego trawienia (w końcu to grzyby!) kurkumę z solidną garścią majeranku.
Na koniec formujemy z masy kotlety, które obtaczamy w mące (komu się chce, może zrobić na bogato w panierce, której ja ze względu na gluten nie przyrządzam) i smażymy na rozgrzanym tłuszczu, najlepiej smalcu z obu stron. Gotowe!

Podajemy ciepłe, z dodatkiem jesiennych sałatek i domowego keczupu. Pasują do nich świetnie ćwikła z chrzanem, świeża kwaszonka, kiszona kapusta albo kiszony ogórek.
Na popitkę świeży domowy kefir z koziego mleka schłodzony w lodówce.

22 października 2017

Nieoczekiwana zmiana płci

Zdarzają się takie historie w chłopskich zagrodach od wieków, tysiącleci. Rzadko, bo rzadko, jednak nie można powiedzieć, że to rzeczy niespotykane. Dziwne o tyle, że rzadkie. Niemniej natura tego wydaje się naturalna i w jakiś sposób wpisana w ewolucję stad i gatunków.
W naszej bywały już podobne historyjki. U kóz, ale i u drobiu również. Pewnego razu kogut zmienił się z piejącego czupurnego kukuryka w opiekuńczą kurę, która młode kurczęta, po odstawieniu przez kwokę pod swoimi skrzydłami długo jeszcze hołubiła. Bywały kogutki, które w wyniku jakiejś choroby traciły wigor, i służyły za kochanki dla prawdziwych samców. Czasem jakiś młody koziołek zakochiwał się na zabój w dominującym samcu w stadzie i przez jakiś czas obaj stanowili nieodłączną parę. Co nie przeszkadzało mu później we zwrocie ku płci przeciwnej, gdy dorósł.
Teraz jednak owa historia wydarzyła się kaczkom.


Są trzy kaki, kupione latem u rolnika, jako kaczor z dwiema żoneczkami. Na rozmnożenie w przyszłym roku. Kaczor rzeczywiście umaszczony inaczej, z zieloną szyją, dwie kaczki w kolorze jasnego brązu, wyraźnie inne. Jak dotąd nic się nie działo. Kaczor adorował obie kaczusie, a one jego, jak Pan Bóg przykazał. A jednak, nastąpiła nieoczekiwana zmiana płci.
Najpierw zauważyłam, że kaczki są dziwnie rozgadane i dyskusjom między nimi końca nie było. Gwarzyły ze sobą głośno i namiętnie nawet późnym wieczorem i wczesnym rankiem, przed wypuszczeniem z kaczarni, za którą stodółka robi. Jak nigdy.
Potem jedna kaczka zaczęła wyraźnie odstawać. Zawieruszała się to tu, to tam. Krzycząc po kaczemu za stadem, ale bezowocnie. A gdy udało mi się je połączyć, ku swojemu zdumieniu zobaczyłam, że kaczor z zawziętością odpędza drugą kaczkę.
- Porąbało go, czy co? - zaczęłam się zastanawiać, i dalejże obserwować ptaki, co zamierzają.
Kaczor oprócz tego, że zaczął paradować tylko z jedną żonką, odpędzać drugą, to jeszcze zrobił się agresywniejszy w stosunku do innego drobiu. Walczył z kogutem zieloną nóżką i młodą indyczką, aż go dorosła indyczka przepędziła, ciągnąc mocno za kuper.
W końcu wczoraj, przy zapędzaniu wszystkich trzech kak do kaczarni oświeciło mnie. Druga kaczusia bowiem wydała mi się nagle jakaś inna. Jakby nieco większa, kolory jej się wyostrzyły, szyja wydłużyła...
- To są dwa kaczory! - odkryłam zagadkę niezgody.
Choć... tak do końca nie wiem. Bo może po prostu kaczusia jest innej orientacji, taka kaczka dziwaczka. Jakiś czas starała się być kaczką, jak należy, ale jej natura stała się inna i nie wytrzymała. Dokonała commin-outu i została Kakiem. Jest więc teraz Kaczor, Kaka i Kak. Całą sprawę jednak da się chyba ustalić dopiero przy przemianie na pieczyste.

11 października 2017

Cukinia na słodko-kwaśno

Spełniam obietnicę. Na dworze siąpi, czasem mocniej pada, lecą z hukiem żołędzie z dębów, w piecu napalone, więc można zająć się przyjemnościami. Oto przepis na przetwór z cukinii.



Cukinia na słodko-kwaśno

Składniki:
2 kg cukinii, najlepiej takiej wąskiej długiej, ale z grubszej też się da coś wykrzesać.
2 łyżki soli.
1 szklanka octu jabłkowego, w tym z dodatkiem 1/4 spirytusowego, dla wzmocnienia kwaśności. Sam jabłkowy też jest fajny, daje jednak słodszy i łagodniejszy smak, poza tym przetwór może gorzej się przechowywać.
2 szklanki cukru. Jeśli ktoś chce na samym occie jabłkowym przyrządzić cukinię, to radzę nieco mniej cukru.
1 łyżeczka mielonego pieprzu czarnego.
Kilka ziarenek ziela angielskiego i liści laurowych.

Przyrządzenie:
Cukinię kroimy na cienkie plastry, ok. 3 mm grubości, podobnie jak się kroi ogórki do mizerii. Jeśli cukinia jest grubsza i starsza radzę zetrzeć ją na grubej tarce, takiej do kapusty. Wychodzą cienkie płatki, które też fajnie się zjada. Mieszamy je z solą i pozostawiamy w misce na 12 godzin w chłodnym miejscu, albo w lodówce.
Gdy ten czas minie gotujemy w garnuszku zalewę ze szklanki octu, z cukrem i przyprawami. Gorącą zalewamy cukinię (która puściła już miły soczek) i pozostawiamy całość na 2 godziny, aby się przegryzła. Potem przekładamy wszystko do garnka i zagotowujemy na 5 minut.
Gorące rozkładamy do wyparzonych słoiczków dowolnej wielkości. I pasteryzujemy przez 5 minut.

Aby sobie pracę usprawnić, najlepiej skroić i zasolić cukinię wieczorem, a resztę dokończyć rano następnego dnia.

Smacznego!

9 października 2017

Dyniowe indorkowo

Zaległe zdjęcia. Najpierw ostatnie zbiory ogrodowe. Latoś dynia mniej obrodziła, niż w zeszłym roku. Wpłynęła na to zimna wiosna, potem susza, która spowolniła owocowanie. Niemniej sztuk ponad setkę udało się zmagazynować na poddaszu, reszta w postaci niewielkich i niedojrzałych jeszcze kulek i piłeczek skarmiana jest na bieżąco ptakom i kozom.


Cukinia, jeszcze nieprzerobiona. O przepisie na cukinię słodko-kwaśną pamiętam, w przeciwieństwie do Anny, która go właśnie zapodziała. Myślę, że zdążę go odnaleźć i wam podać, nim te smaczne warzywka się skończą..


Na koniec nasz indor lawendowy. Obiecałam i pokazuję. Ma krawat, choć nie chciał, uparciuch zapozować bardziej malowniczo i wyraźnie.


28 września 2017

Zrównoważony czwartek

Słońce w znaku Wagi, jak widać i czuć niesie bardziej suchą i ciepłą pogodę, niż przyniosła była Panna. Przyglądałam się owej kwadraturze Merkurego do Saturna, która tak nam namieszała mechanicznie, pod względem pogody, ale nie spowodowała klimatycznej awarii, oprócz tego, że dzień wtedy spochmurniał i ochłódł, ale znośnie. Niemniej już Mars szykuje się następny do kwadratury z Saturnem, kulminacja będzie od 10-11-12 października i spodziewam się wtedy przymrozków nocnych i ogólnie spadku temperatury, bo to planeta ekstremalna. Pożywjom obaczym.
W każdym razie oprócz ćwiczeń z astrologii staram się (wespół zespół) jeszcze przetworzyć na zapasy to, co się da przetworzyć. Najpierw poszły do gara buraki z ogródka, wyszła pyszna sałatka i wylądowała w piwniczce. Ostatnia porcja keczupu, dość spora. Oraz cukinia na słodko-kwaśno, pyszna. Postaram się dać wkrótce szczegółowy przepis, bo dziś po raz pierwszy spróbowałam przy obiedzie i rzeczywiście, rewelka.

Na koniec spodziewana niespodzianka. Santa Klaus zajechał dziś na stację i został zdiagnozowany. Nie obyło się bez wskazówek, co koniecznie trzeba w nim zrobić, aby przeszedł egzamin na drugi rok, ale szef podbił kartę. Niemniej, wiedząc już, że dni naszego auta są krótsze, niż dłuższe musimy się sprężyć z zakupem nowego. I o tym Księga również wspomniała.
- Patrz, jak to miło załatwiać sprawy w dniu, gdy ma się harmonijny Księżyc. Nawet w kłopotach znajdzie się rozwiązanie i dobra rada, a urzędnicy są mili - stwierdziłam, wsiadając do samochodu.
- Niby tak - odpowiedź. Zawsze nie do końca przekonanej sceptyczki.

26 września 2017

Dziwna radość wróżbity

Taka wczoraj rozmowa.
- Mam tydzień czasu, żeby załatwić przegląd samochodu. Powróż mi, jak pójdzie. I kiedy najlepiej jechać na przegląd.
Zaglądam w uczoną księgę, czyli efemerydy planetarne i widać tego dnia kwadraturę Merkurego do Saturna, następnego Księżyc w Strzelcu w kwadraturowych układach prywatnych.
- Dziś i jutro odpada. Same kłopoty. Wstrzymaj się do czwartku.
- Dobrze, ale czy się uda. Od tego zależy kilka rzeczy.
- Rzuć monetami.
Rzut, sześciokrotny, trzema.
- Hm. 35.1.2 na 38. Dziwne. Pojedziesz, ale nie dojedziesz? Jakaś stara babcia ci pomoże.
- Gadasz od rzeczy.
- To rzuć jeszcze raz. Przegląd się uda, czy nie. Konkretnie.
Rzut znowu trzema, sześciokrotnie.
- O, pięknie, 21.4.5 na 42. Przegryziesz się pomyślnie przez procedury i będzie można zainwestować... Ale o czym w takim razie była pierwsza wróżba? Pierwsza linia się zmienia, pewnie dowiemy się bardzo szybko.
- Uff, dzięki. Od tego zależy, czy włożę pieniądze w tego grata, czy w nowego. A teraz jadę do skupu z grzybami.
Wyjeżdża z garażu, staje za bramą, aby ją zamknąć. Ale widzę przez okno, że wysiada i zagląda pod maskę. Wyskakuję z domu. Co się stało?
- Pasek poszedł, patrz, jak wiruje. Zawracam.
Wjechała z powrotem do garażu. Wypakowała skrzynię grzybów. Zapakowała do torby. Wyciągnęła stary rower, przymocowała torbę do bagażnika.
Radość wróżbity w nieszczęściu taka oto:
- Wniosek taki, że przy kwadraturze Merkurego do Saturna nie należy w ogóle wyjeżdżać z garażu. Oraz to, że nasze wioskowe babcie mają najlepsze rozwiązanie w takim wypadku, gdy trzeba do skupu. Wielocyped!
Co pokazała jeszcze Księga? Jakim cudem nasz stary rzęch przejdzie egzamin w czwartek?
Jednak wszystko ma się rzeczywiście ku dobremu. Miejscowy mechanik, dzięki tej samej kwadraturze miał przestój z braku klientów. Zreperował Santa Klausa w ciągu kilku godzin. Poszedł pasek rowkowy, nic strasznego na szczęście...