26 grudnia 2015

Postne święta

Tak ciepło i jednocześnie wilgotno, bo i często dżdży i mgli, że drób od rana z pasją grzebie w ziemi, zostawiając karmę nieruszoną. Jakoś tak się najada glebą, korzonkami traw i pewnie jakimś robactwem także, że zmuszona zostałam do oszczędzania ziarna i osypki na cięższy czas. Jednocześnie cały czas od lata kury się niosą, do czego doszły już wreszcie na nowo opierzone dwie emerytki, oraz gęsi (które z tego powodu dostały odroczenie), więc jaj naprawdę nam nie brakuje, a przychodzi też częstować znajomych, żeby miejsce na nowe w lodówce zrobić.
Jeden z trzech kogutów poszedł na swoje, w podarunku świątecznym dla pewnej pani, do kurnika, nie do rosołu, więc miał szczęście.

Dzisiaj wykociła się kolejna koza, szybko i bez problemów, przyprowadzając na ten świat dwa dorodne, zdrowe koziołeczki maści srebrzystoszarej. Dorwały się do cyca prawie natychmiast po urodzeniu. Z powodu wykotów od jakiegoś czasu mamy trochę mleka dla siebie, nie tylko do kawy, ale i na zsiadłe stawiam, bez którego głupio się czuję i jak się przekonałam, czegoś wyraźnie mi brakuje, jeśli nie wypiję choćby jednego, a najlepiej dwóch kubków dziennie. Po poszpitalnych sensacjach jelitowych nie ma już śladu, ale nie czuję, że wszystko wróciło do zupełnej normy. O czym przekonuję się właśnie wtedy, gdy przerywam picie kwaśnego mleka.
Anna zbiera zapas siary na kolejne mydło (zamraża je w plastikowych butelkach w zamrażarce). Zostaje też trochę dla psów i kotów. Poza tym pasjami, czyli godzinami, rozpaliwszy sobie pierwej w spichlerzyku, tudzież chatce dziadka na pracownię przerobionej, aby nie marznąć, kręci z gliny na kole garncarskim kubki, kufelki, miseczki, cukiernice z przykrywkami, ćwicząc pilnie rękę. W takt nastawionego głośno radia. Bo bez codziennego ćwiczenia nie ma co mówić o sztuce garncarskiej, co najwyżej o mniej lub bardziej udanych próbach ulepienia garnka takiego, czy owakiego. Muszę przyznać, że wychodzi jej wszystko coraz lepiej. I ja się do podobnego zajęcia także po cichutku przymierzam.

Z okazji Świąt, jak co roku o tej porze pościmy, czyli przez trzy dni zajadamy się potrawami na kolację wigilijną przygotowanymi. Barszczem z buraków, sałatką warzywną, śledziami z cebulką i sernikiem. Odkryłam zapomniany gąsiorek z winem z naszych tegorocznych pierwszych czarnych porzeczek. Mniam! Grzaniec z niego na piecu, z dodatkiem goździków, kardamonu, cynamonu, wanilii i imbiru, a na koniec odrobiny miodu, cudowny jest na wieczorną popitkę w kubku własnej roboty.

24 grudnia 2015

Świąteczne bekania

Wszystkim Czytelnikom i Czytelniczkom tego bloga, naszym bliskim i dalszym znajomym, którzy tu zaglądają, życzymy niniejszym wszystkiego dobrego, szczodrych  Świąt i bezpiecznego całego nowego roku 2016. 

Ewa i Ania z Kresowej Zagrody

w towarzystwie grupki psów, pary kotów, stada kóz oraz drobiu: gęsi, kur i indyków
(które beczą i szczekają, miauczą i gęgają, gdaczą i gulgają: Hosanna na wysokościach!, Alleluja! i co tam jeszcze Bozia wymyśliła)

Poniżej prezentują swoje wigilijne wdzięki najnowsze dzieciaki w koziej zagrodzie, Mała Me


oraz Plamka i Mysza.


Świąteczny luz

Ciepło, słonecznie. Temperatura w nocy prawie taka sama, jak w ciągu dnia, czyli w okolicach 10 stopni, sprawia, że można wysiadywać na poddaszu w najlepsze, bo dom kumuluje ciepło. To plus.
Przed samymi świętami wzięło nas na budowanie. To taki nastrój zbliżającego się własnego znaku zodiaku, który już jest u władzy w tej chwili. W tym celu w pokoju sypialnym wszystko stanęło na głowie, szafy i szafki nieomal fruwały w powietrzu, aby odsłonić ścianę. Co do której nagle ogarnęło nas zwątpienie i niewiedza, co z nią zrobić i jak. Czy zwykły gipsokarton, a potem zabudowa z półek po całości, czy może tynk gliniany własnoręcznie położyć? I tak jakoś szafy wróciły na miejsce, a Anna przerzuciła się na deski szalunkowe do "sklepu" (to nazwa robocza i całkiem bezpodstawna dla jednej części kurniko-paszarni), zalegające we wnętrzu od roku bez żadnego ruchu z naszej strony. Deski pojechały do stolarza, aby je odpowiednio obrobić w maszynie, dojechały szczęśliwie i ta część planu została pomyślnie zrealizowana. W dalszą część zaingerował jednak los.
Coś zafurkotało pod maską samochodu i nie ruszył już. Spod sklepu w miasteczku (szczęście w nieszczęściu), gdzie w drodze od stolarza Anna zatrzymała się ostatnie przed świętami zakupy uskutecznić.
Wróciła okazją do domu, po czym na drugi dzień zamówiła lawetę u mechanika z Bielska, który ostatnio samochód naprawiał. Ten podjechał, zabrał mechaniczne zwłoki i dziś zawiadomił telefonicznie, że śruba od silnika się urwała i samochód jest do kasacji.
To żadna niespodzianka. Ale jaki wkurw na myśl, ile forsy poszło na niepotrzebne ostatnie naprawy, gdy mechanicy, jeden po drugim zwodzili nas, że to może trzeba wymienić, a może tamto, a może jeszcze tamto i kasiora warta polowy nowego starego samochodu wyleciała bez sensu z kieszeni.
W każdym razie jest o czym myśleć w święta. Jaki samochód będzie następny?

Co do świąt, to umyłam i wyszorowałam wszystko w kuchni, Anna na zajęciach w domu kultury zrobiła stroik świąteczny w miejsce choinki, której od lat nie stawiamy w domu, mając je rosnące pięknie na działce, i moczę śledzie. Tyle. I aż tyle. Nie mając blisko rodziny, która mogłaby przybyć, lub my do niej, nie musimy się wysilać. Daję sobie na luz. Świąteczny oczywiście.

16 grudnia 2015

Wieczór w wieczór

Ostatnie obniżone nastroje przezwyciężyłam, dzięki wizytom towarzyskim, tu i ówdzie. W urzędzie miejskim, u znajomych osiedleńców i miejscowych znajomych, trafiły się wręcz dzień po dniu, wieczór po wieczorze. Wreszcie mogłam pogadać w dowolnej obfitości, posłuchać cudzych opowieści i doszłam do wniosku, że winna smętkowi była przedłużająca się samotność i przepracowanie przy pisaniu. 
Klują się pewne zamierzenia, konkretyzują plany na cały przyszły rok, mimo, że temperatura nieco spadła i znowu pojawił się nocny mróz, choć niewielki. Jakoś nas ten zbliżający się czas urodzin i naszego urodzeniowego znaku Koziorożca zawsze nastraja pozytywnie względem przyszłości.
Muszę stwierdzić, że wraz z grupą owych znajomych, rozrzuconych po różnych wioskach i miejscowościach, tworzymy jakiś taki ciekawy zaprzyjaźniony światek, w którym dzieją się sprawy wolno, statecznie, zależnie od osoby i jej przedsięwzięć lub przechodzonych właśnie kłopotów, ale także tworzą się jakieś zręby, wyręby, podpory i otwory na dalsze takie wspólne funkcjonowanie, w oparciu o wzajemną obecność, czasem drobną pomoc, radę, posiadane kontakty i wiedzę albo bieżące potrzeby.
To jest jak najbardziej lokalne zjawisko, można się spotkać od czasu do czasu, odwiedzić w wolniejszej chwili, pogadać nawet o głupstwach, powspominać albo podyskutować o polityce, czy dalekim świecie. Bez jakichś sąsiedzkich niesnasek, podejrzeń, krytykanctwa czy rywalizacji.
Nasze umiejętności potrafią dodawać się do siebie, albo pomóc komuś znaleźć nowy sposób, przepis, drogę. Zmobilizować do działania, mimo biedy. Choć przecież jesteśmy zgoła mocno różni i różnie nieraz do tych samych zagadnień podchodzimy i je urzeczywistniamy.
Każde inaczej traktuje swoje zwierzęta, gospodarstwo, ogródek, uprawy, sprawę zarabiania i prosperowania, tak samo jak i zdrowego odżywiania się. Każde interesuje się czym innym i w czym innym jest dobre.
Ale właśnie, gdy choćby raz czy dwa do roku jest okazja w wakacje rolnika się spotkać i pogwarzyć o codzienności (w ciągu roku kontakty przeważnie zachodzą stale, lecz najczęściej drogą internetową i telefoniczną), poza interesami, albo w ich sprawie, to jest to miłe i ma swój poufały klimat.
Dla siebie jesteśmy już miejscowi, tutejsi, choć autochtoni oczywiście tak tego nie widzą. I nigdy pewnie nie zobaczą. Taka jest zasada. Jednak lata mieszkania tutaj, blisko lub dalej stąd, czynią nas powinowatymi w duchu.
Ktoś mieszka od lat 16, ktoś - jak my - od dziesięciu, inny od 7 albo tylko 4 czy 3. Są różnice w doświadczeniu, bo ci najmłodsi stażem jeszcze mogą się wykruszyć, zrejterować, dlatego "starsi" są bardziej tutejsi, niż oni i mniej się ciskają, mądrzą, nie opowiadają dyrdymałów o tym, jak się powinno żyć, jeść i pić, zarabiać i prosperować. Życie codzienne na Podlasiu, zmiany pogody, stanu zdrowia, wydarzenia zwykłe i niebywałe, dłuższe, niż krótsze relacje z sąsiadami i tubylcami z dziada pradziada dodaje do siebie rok po roku cierpliwość, spokój, wyciszenie, pewną nawet obojętność na wyzwania i zadania do wykonania, wyniki pracy, jej jakość, przemijające zawsze sukcesy i klęski.
To jest dobre.

A poza tym rano przywitały nas w oborze dwie świeżo narodzone córeczki Luby.

12 grudnia 2015

Długie wieczory

Było kilka nocy z temperaturą około zera, rano witała nas malownicza szadź na polu i drzewach. Teraz znów pada. Niech pada. Ziemia przyjmuje wodę z radością po tak upalnym i suchym lecie.
Anna odbyła dwudniowe szkolenie u zawodowego ceramika z Warszawy i jest z niego bardzo zadowolona. Wreszcie udało jej się utoczyć glinianą butelkę i dzbanek. Pilnie ćwiczy na swoim kole, choć najpierw trzeba mocno przepalić w piecu, aby móc w pracowni wytrzymać kilka godzin. 
W tym czasie w wolnowarze warzy się przeważnie jakiś wywar na kościach koźlęcych bądź gęsich. Pożywne rosoły, zupy warzywne, fasolowe, cebulowe. 
Długie popołudnio-wieczory skłoniły mnie do pisania. Walczę przy jego pomocy z odzywającą się od czasu do czasu depresją, niechybnie jesienną.

21 listopada 2015

Mydlane impresje

Osiedleńcze życie rozwija się powoli, z różnymi wspólnotowymi skutkami. Staramy się wspomagać, lub chociaż wysłuchiwać nawzajem. To chyba potrzeba każdego zwykłego człowieka, prawda?
Czasem nasze talenty dodają się do siebie i starają uderzyć we wspólny ton. Na przykład mydlano-fotograficzny. Aby uderzyć nim i przekazać go dalej. Zademonstrować, dać poczuć.


Podziwiajcie fantazję Małgosi Klemens, mieszkającej kilka dobrych rzutów beretem od nas w leśnym Wygonie, która ją oddała swoim aparatem pewnego wieczoru.


Tematem sesji była oczywiście umiłowana twórczość Ani, gliniano-mydlana.


Czarno, biało, brązowo, zielono...


Mydelniczkowo...


Rozmaita.


Autor fotografii M. Klemens - Galeria Leśna Wygon

19 listopada 2015

Ofiara z balbiny, tudzież ochrona wzmocniona

Kilka dni temu lis nam porwał Balbinę. Stało się to w sadzie i w zagrodzeniu. Pod naszą i psów, z racji deszczowej pory przesiadujących dnie całe w domu, nieuważność. Przyparł biedaczkę do siatki i schwytał, jeno kilka piórek zostało. Reszta stada uciekła. Balbin widocznie smutny chodzi, choć mu jeszcze Kuba została. Z imieniem Kuba jest u nas tak jak z Kolą od Coli, a nie od Mikołaja. Miał być gąsiorek, wyrosła gąska, a imię zostało. No, to od wyspy Kuby jest nazwana, a nie od Jakuba, czy też Kubania. Balbina jednak była jego żoną-siostrą od samego pisklęcia znaną. I Kuba ledwie mu serce zajmuje. Mam nadzieję, że jakoś sobie poradzi z tęsknotą. Białe gęsi zupełnie go nie interesują i właściwie kubańskie i owsiane osobno chodzą.
Na białe zresztą kryska jesienna nadeszła i stado zmniejszyło się już do połowy. Anna uskutecznia metodę skubania gęsi na rozgrzanym parniku z kartoflami i coraz szybciej jej to idzie.

To nie z powodu straty Balbiny, ale przy okazji, tudzież innych też, bo z 12 młodych niosek już tylko 7 zostało, nasza posesja zyskała wreszcie, po wielu miesiącach oczekiwania, tylną bramę i w tej chwili psy oraz ptactwo blaszkodziobe nie może już wędrówek niebezpiecznych uskuteczniać. Co do kur i indyków mam poważne wątpliwości, ich nic nie powstrzyma od przedzierania się przez płoty i grzebania w lesie. Choć nabrały czujności po kilku atakach i koguty na alarm biją, nawet, gdy obcego człowieka nagle na podwórzu zobaczą.

Listopad w pełnej krasie. Pada, rosi, tumani. Noce jednak zaskakująco są ciepłe i niewiele chłodniejsze od dnia. Kluseczka zjawia się tylko na śniadanie i kolację, resztę czasu spędzając pod licznymi dachami w obejściu, a to na tarasie, a to w altanie, a to pod okapami obory, kurnika i spichlerza, albo daszkiem drewutni. Najwyraźniej lubi senną słotę.
Długie wieczory przy rozgrzanym kaloryferze skłaniają mnie do twórczości takiej i owakiej. Pracuję nad książką, opisującą moje dzieje osiedlenia się w starej podlaskiej chatce, do czego namówił mnie zaprzyjaźniony pisarz, Alef Stern. Teraz już też mój szef na portalu pressmix.eu, na którym od niedawna zaczęłam się udzielać z felietonami. Także z tematami branymi z Kresowej.
Nostradamus o Arabach w Europie.
Okiem kozy.
Dlaczego kozy.

12 listopada 2015

Tryb awaryjny

Trudny dzień bez samochodu. Bez samochodu życie na wsi podlaskiej jest niełatwe do opowiedzenia i do przeżycia.
Z powodu terminu urzędowego zaznałam najpierw jazdy starym rowerem z niewyregulowanym, przeskakującym z trybu na tryb łańcuchem do miasteczka (3 kilometry), potem podróż autobusem do miasta, następnie kilkugodzinne podążanie piechotą tu i ówdzie, aby zdążyć, nie spóźnić się i jeszcze nie przegapić powrotnego autobusu. Sprawy urzędowe poszły podle, zdołałam jednak uzyskać jakoś przedłużenie terminu i zorganizować sobie kolejne dni awaryjne. Dźwiganie ciężarów (w tym paczkę 9-kilogramową) wzięła litościwie na swoje barki Anna.  Na chwiejących się nogach (niestety wciąż odczuwam dolegliwości po chorobie i każde przemęczenie pada mi przede wszystkim na nogi, ruszają parestezje w stopach i dłoniach, czasem ból czaszki i kręgosłupa, a brak sił po nadwyrężeniu utrzymuje się kilka dni) wsiadłam z powrotem do autobusu, z lekkim przerażeniem myśląc o czekającej mnie jeszcze drodze rowerem do domu. Wnętrze autobusu było niemożebnie przegrzane, może z powodu jakiejś awarii. Kierowca jechał przy otwartym szeroko oknie, a i tak pasażerowie tłoczący się z tyłu krzyczeli o litość. Po drodze trafiła się także, jak NIGDY kontrola biletów! W moim wieku nie jeździ się już na gapę, więc stresu nie ma, ale odnotowuję to jako kolejne kuriozum, dokładające się do nastroju chwili. Anna zlitowała się wtedy nade mną, uruchomiła tymczasowo podreperowany samochód u mechanika i wróciłyśmy nim do chaty, z rowerami na pace.
Stacyjka doszła dzisiaj, reklamacja się należy kurierowi za opóźnienie i kłamstwo (zgłosił firmie, że był przedwczoraj i awizował przesyłkę, bo nikogo nie zastał, tymczasem byłam, czekałam i nawet pies nie zaszczekał, nie mówiąc o braku jakiegokolwiek zawiadomienia o bytności).
Trudności to jeszcze nie koniec, bo sprawy urzędowe wciąż nade mną wiszą. Ale może jakoś się rozejdzie po kościach, przy odpowiednich staraniach, mam nadzieję.
Póki co upiekłam młodego indora, którego trzeba było awaryjnie wczoraj zaciąć, aby nas nie uprzedził. I wysmażyłam w wolnowarze gęsi smalec z ostatnio ubitej gąski. Wyszło z niej pół litra żółtego klarownego specyjału.

10 listopada 2015

Przeszkoda

Samochód jakiś czas temu zastrajkował, przestał odpalać. Stojąc grzecznie w garażu. Telefoniczna konsultacja z jednym i drugim mechanikiem potwierdziła podejrzenie, padła elektryka. Trzeba do sprawdzenia i naprawy. Najpierw miała się odbyć w Bielsku, ale zawiezienie naszej Żeńki na lince okazało się zbyt ryzykowne, bo przestały działać hamulce. Wylądowała u mechanika w najbliższej miejscowości. No, i co? Gdy tylko zajrzał pod maskę, postukał i popatrzył na szczegóły, znalazł przyczynę bez żadnego komputera. Trzeba wymienić starą stacyjkę, bo nie styka. 
Anna zamówiła onąż przez internet i czeka teraz na kuriera. Jutro święto narodowe, pewnie nie zdąży dojechać. Wygląda na to, że znów nie zjawię się na badaniu kontrolnym w szpitalnej przychodni. Wizytę u neurologa już musiałam przełożyć na późniejszy termin.

Kozy zasuszone. Serów nie trzeba robić. Zaczęłam pisać kolejną książkę. 
Anna udziela się społecznie i co rusz jeździ na jakieś szkolenie w sprawie dotacji i inicjatyw unijnych. A to w gminie, a to w starostwie, a to w hotelu białowieskim. Poznaje przy tym ludzi zakręconych w różnych sprawach, nie tylko z naszego regionu. I zbiera inspiracje dla siebie.

29 października 2015

Mleczne wątpliwości

W internecie można znaleźć artykuły promujące lub de-promujące, albo dokładniej to i to razem, różne żywieniowe mody. Których się namnożyło i mnoży wciąż w nieskończoność. Fakt jest taki, że jeśli jakieś lobby naukowe, za którym stoi kartel żywieniowy broni jakichś powszechnych poglądów i przyzwyczajeń dietetycznych, to pojawia się kontr-lobby, które obnaża ukryte błędy badawcze, eksperymenty i oszustwo tamtej grupy naukowców, stają za nim producenci dawniej niedocenianych produktów lub nowatorskich wynalazków, po czym znowu ruszają do boju zaatakowani, opłacani przez zagrożone firmy przetwórcze, wespół z drużynami wynajętych trolli internetowych, wyśmiewając alternatywne badania i rozwiązania kontr-lobbystów. I jak tu się połapać co jest słuszne, a co nie? Co jeść, a czego nie jeść?

Skłonny do ogłupienia Mieszczuch, przestraszony wizją nieuleczalnych chorób i śmierci, które niosą ze sobą różne produkty żywnościowe, miota się od diety bezglutenowej, wegetarianizmu i weganizmu po dietę paleo czy Kwaśniewskiego itp. Odstawia margarynę, mąkę, chleb, jajka, cukier, sól, mleko, smalec, kartofle, mięso wieprzowe, mięso czerwone, teraz już wieść niesie, że umiera się też po białym. Nie mówiąc o alkoholu takim-śmakim. Szkodzi też czarna kawa i czarna herbata, jak i coca-cola.
Swoją drogą nie przestaję zachodzić w głowę, czym żywią się owi ludzie. Niewielkie obserwacje zaś, które mam, każą mi myśleć, że aby mogli przeżyć z tymi wszystkimi wyrzeczeniami muszą zachować w swoich głowach jakiś procent nieświadomości, ignorancji w stosunku do tego, co jedzą i tym właśnie się dożywiają. Niektórzy zatem piją mleko i jedzą dużo sera, zamiast mięsa, które jest be, niektórzy zajadają się w jego miejsce kopami jaj, nieważne, że z ferm kurzych pozyskanych, niektórzy zagłuszają ciągły głód w organizmie tabliczkami czekolady (wedlowskiej, a jakże!) i innym słodkim badziewiem, choć programowo słodzą wszystko stewią i miodem. Znam też jaroszów żywiących się zupkami błyskawicznymi i chińskimi, makaronem i rybami z puszek. Ale i tak większość owych śmiałków przecierających nowe szlaki dla ludzkości, na moje oko jest niedożywiona, co widać często nie tylko po zbyt wielkim wychudzeniu, ale i szarej cerze, łamliwych włosach, błyszczących oczach, albo innych objawach, jak nerwowość, alergie skórne, odpluwanie flegmy czy ciągłe pochrząkiwanie. I dodatkowo ogólna słabość i prędkie męczenie się. Czego w Mieście siedząc przy komputerze albo za kierownicą nie uświadamia się sobie zbyt szybko.

Z tych wszystkich walk na argumenty interesuje mnie głównie dyskusja odnośnie szkodliwości bądź zdrowotności picia mleka. Bo praktyczne doświadczenie jakieś już mam. Także zwykłe obserwacje życiowe i rozsądne wnioski z nich wyciągane też. Ostatnio przeczytałam, że naukowcy dowiedli po przebadaniu grupy 100 tys. osób, że picie mleka przyśpiesza śmierć. Naszła mnie oczywiście oczywista zdziwiona myśl: Jeśli tak jest rzeczywiście, to na Boga, jak to się stało, że nasi przodkowie nie wymarli tysiące lat temu i w ogóle my się narodziliśmy?

Picie świeżego mleka w starszym wieku to oczywiście szkodliwa sprawa. Choć czy śmiertelnie, sprzeczałabym się. Dorośli ludzie nie mają odpowiedniego enzymu, który ścina białko z mleka w żołądku, ot i przyczyna. Pomijam kwestie alergików, bo to osobna przypadłość. Jakoś tak ostatnio dziwnie coraz częstsza, dlatego przyczyna zapewne nie leży w samym mleku, a gdzie indziej.
Na mojej wiosce żyją jeszcze starzy weterani, w przedziale 80-90 lat, rolnicy, którzy nigdy nie zaprzestali spożywać mleka. Co prawda nie liczą stu tysięcy, ale gdyby tak wziąć wszystkie wioski na Podlasiu na pewno by się stosowna grupa takich okazów znalazła. Byłaby to świetna grupa badawcza dla kontr-lobbystów poglądu o szkodliwości mleka jako takiego.
Bowiem ci staruszkowie robią to od dziecka, mając dostęp do mleka dzięki własnej krowie w oborze. Takiej, która jest ich przyjaciółką i pasie się cały ciepły sezon na łące. Wiem, że jadają codziennie gotowane zupy mleczne na śniadanie, poza tym mleko kwaszą i zmieniają w twarożek, pozyskują śmietanę, kręcą z niej masło. Mają różne przypadłości, jak to staruszkowie, ale jeszcze sami koło siebie wszystko robią i mieszkają samodzielnie, bez dzieci ani wnuków. Wnioskuję zatem, że jeden z punktów ustalonych przez naukowców, wytykających przyczyny szkodliwości picia mleka, pasteryzowanie, może być najważniejszy, plus jeszcze inne rzeczy, które dzieją się w mleczarniach, a które dziwnie rzadko w podobnych artykułach są wymieniane (dodawanie antybiotyków i chemii, aby mleko uzdatnić smakowo) są główną przyczyną owej szkodliwości. Dodać trzeba też wyższe wydelikacenie nowych pokoleń, karmionych konserwantami i szczepionych namiętnie od niemowlęcia. Bo tego wszystkiego nie robią, ani nie mają "moi" starzy mlekopije z dziada pradziada.

Obserwuję również starsze osoby, mieszkające w miasteczku, które nauczyły się pić mleko tak jak rolnik w dzieciństwie (bo np. urodziły się na wiosce i dużo później przeprowadziły się w cywilizowane warunki), a teraz kupują je codziennie w sklepie, bo nie potrafią przestać. Otóż starsze kobiety gromadnie zapadają na osteoporozę. Na odwapnienie jednak chorują teraz krowy hodowlane, genetycznie modyfikowane, które bożego świata w oborze nie widzą, stoją cały rok w zamknięciu i idą na rzeź w wieku dla krowy młodzieńczym. Czy to tylko przypadek? Nie było tego w czasach ich młodości. Nie było takiej choroby w mojej. Gdy w szkołach rozdawano szklankę mleka dla każdego ucznia. I jakoś to wstrętne trucie przeżyliśmy.

Tak na marginesie, serwatka, jogurty, kefiry i twarogi z mleka niepasteryzowanego to najlepsze lekarstwo na żołądek (znam kobietę, która dzięki piciu serwatki uciekła spod noża chirurgowi) i na jelita w wielu przypadkach. Sama własnie się o tym przekonuję, bo wychodzę dzięki nim z ostrej biegunki i utraty ochrony bakteryjnej po leczeniu antybiotykowym. Jeśli jelita są zdrowe i chronione odpowiednimi bakteriami, uzupełnianymi najczęściej przez kwaszone mleko, to idzie za tym także odporność na infekcje, grypy, anginy i biegunki. W Ameryce popularna jest ostatnio antynowotworowa dieta kiszonkowa, gdzie ważną rolę w codziennym żywieniu pełni naturalny twaróg robiony z surowego mleka. Którego w Stanach uświadczyć się teraz nie daje, bo zabroniona jest sprzedaż surowego mleka i klient-pacjent naraża się prawu, tak jak za czasów prohibicji miłośnik alkoholu. Nie mówiąc o pomocnym farmerze, który zrównany został w ten sposób z Al Capone.

Od lat nie piję w ogóle świeżego mleka, zup mlecznych nie jem również, bo intuicyjnie czuję, że chwacit. Od wielkiego dzwonu latem mam apetyt na swojskie (bezglutenowe) musli z mlekiem, często jednak dodaję do niego jogurt albo kwaśne mleko, zamiast świeżego. Bo zsiadłe mleko i twaróg uwielbiam. Co wzbudza wyraźny popłoch w Mieszczuchach, zwłaszcza, gdy chcę ich takim kwaśnym mlekiem zwyczajnie poczęstować.
Zostało mi to po przodkach i w niczym nie mam zamiaru tego zmieniać. W moich czasach na wsiach i w małych miejscowościach piło się zsiadłe mleko do drugiego dania, tak jak kompot. Z ziemniakami, wiadomo, najsmaczniejsze jest. Robię to do dzisiaj. Oczywiście jedynie z koziego mleka, nie tylko dlatego, że takie mam, ale i dlatego, że najbardziej mi smakuje. Kozie ma zresztą dużo lepsze parametry i właściwości, niż mleko krowie. Co w podobnych badaniach i opiniach sponsorowanych nigdy nie jest objaśniane, ani wyszczególniane, a mleko wrzucane do jednego mlecznego kotła.

Podobnie dzieje się dosłownie z każdym innym produktem. Dlatego, myślę sobie, trzeba dla własnego dobra pamiętać, że za takimi wątpliwościami i powszechnymi zwątpieniami w zdrowotność tego czy owego zawsze stoją naukowcy i przemysł spożywczy, który ich sponsoruje. Biedni ludzie zaś, tracący zdrowy rozsądek, i nie mający dostępu do źródła zdrowego doświadczenia, ani zdrowych produktów, toteż opierający się przede wszystkim na opiniach owych uczonych źródeł, są ich królikami doświadczalnymi. Tego typu, że jeden diabeł wie, co w przyszłości jeszcze pokażą badania porównawcze na owych tysiącach konsumentów!

20 października 2015

Ostatnie prace przed zimą

Anna przywiozła dzisiaj na pace w dwóch turach ziemniaki na zimę, 4 metry plus metr pastewnych dla drobiu. Z trzeciej wsi. Trochę się płacąc wymieniliśmy produktami, jak to rolnicy.
Na koniec trzeba było samochód rozładować i wtaszczyć ciężkie worki do ziemianki. Udało się bez wzywania pomocy męskiej. Anna dociągała wór do progu piwnicy, ja go unosiłam z jednego końca i zwalałam po schodach w dół. Zatrzymywał się na półpięterku i tak jeden za drugim. Po czym z półpiętra znów zaciągałyśmy worek po worku do najgłębszej części ziemianki, podnosiłyśmy obie przez wysoki próg i przeszedłszy kilka kroków umieszczałyśmy po porządku na paletach. Nieco się przy tym zmachałam, nie powiem, ale poradziłam sobie bez większych przeszkód, co oznacza, że wracam do formy.
A Anna rzekła:
- No, więc teraz mogę do kręglarki jechać na poprawkę. Już koniec dźwigania na ten rok.

Jest jeszcze kilka rzeczy do zrobienia. Np. drzwi do piwnicy się rozchwiały i z trudem je zamykam. Trzeba naprawić starą futrynę. Albo dorobić nową, to musi stwierdzić jakiś majster.
No, i gęsi do nieba zacząć posyłać.

Wczoraj nie wróciła do obory na nocleg stara Usia. Zasłużona, sześcioletnia nioska zielononóżka. Miała dożywocie, bo wyprowadziła nam wiele zdrowych kurcząt, wysiadywała jaja nawet dwa razy w sezonie i jako kwoka była rewelacyjna. Lubiłam ją bardzo. Ale czas na nią przyszedł, trudno. Teraz panoszą się w obejściu brązowe i pstrokate młode tegoroczne nioski i kilka kolorowych kogutów. Dziennie bywa do 5 jajek. Gęsi kubańskie na razie ustały w nieśności.

Zapasy zrobione, kapusta w beczce, przetwory w słoikach, mięso w zamrażarce albo w kurniku, sery dojrzewają, wino w gąsiorach bąbelkuje, ziemniaki w piwnicy, karma dla zwierząt także zgromadzona. Można spokojnie zimować.

18 października 2015

Pogranicze kultur

Kilka dni temu, jak co roku o tej mniej więcej porze, czyli jak Pan Bóg przykazał, zakisiłyśmy kapustę w beczce. Około trzydziestu kilku kilogramów, w tym kilkanaście [sic!] małych główek w całości. Bo obie uwielbiamy gołąbki zawijane w liście kiszone, zamiast w świeże. Ja mam ten zwyczaj z domu rodzinnego, moja mama tylko takie gołąbki przyrządzała od zawsze. Gdy Anna ich spróbowała, szybko przeszła na ten właśnie smak. I przyrządza je, jak nikt na świecie!

Poza tym ukulturalniamy się.
Najpierw zaliczyłam koncert ukraińskiego zespołu pieśni i tańca, którego nazwę, darujcie zabyła ja już zupełnie. W naszym Domu Kultury oczywiście. Wystąpili tancerze w różnych strojach ludowych z rejonu Ukrainy, huculskich, kozackich i mniej mi znanych. Także takich bliskich najbardziej rosyjskim skazkom. Do muzyki z plejbeku, ale takie były warunki. Zwłaszcza męska część zespołu była rewelacyjna, prysiudy, podskoki, obroty, te sprawy... Towarzyszył im pokaźny chór, śpiewający a capella wielkimi glosami. Bardzo pięknie.
Występ trwał krótko, około godziny, ale był starannie i profesjonalnie wyreżyserowany. Poczułam się jak za minionej epoki. Dziewczęta z zespołu miały wyraźne i krzykliwe makijaże, mocno uróżowione policzki, poczernione brwi, podobnie jak członkinie naszych "cepeliowskich" zespołów Mazowsze, czy Śląsk. Wszyscy przyjechali i odjechali wielkim autobusem.
Widownia była pełna, choć nie przepełniona. Niektórzy nawet podśpiewywali sobie refreny wraz z chórem, gdy znana im była piosenka. W końcu nasze okolice są od zawsze enklawą ukraińską na Podlasiu.
Tak zajrzał "wielki świat" w te nasze gminne progi.

Drugi raz i drugi "światowy" koncert odbył się wczoraj. Soulowo-jazzowy. Wystąpiła Amerykanka Patsy Gamble, saksofonistka i śpiewaczka,  z trójką polskich muzyków.
Tym razem sala zapełniła się tylko w połowie, ale - o ile wiem - muzykom to wcale nie przeszkadzało. Byli w trasie i potraktowali występ na małej sali jako próbę między większymi występami w miastach. Grali półtorej godziny dłużej, niż ukraiński zespół. Potem jeszcze sprzedawali swoją płytę z autografami. Okazało się, że jest  na nią całkiem wielu chętnych.