O czym my to? O Babciach ze starszyzny świata (na Podlasiu zowie się je babkami), doświadczających wizji rozwoju wydarzeń na Ziemi w najbliższych latach i objeżdżających świat ze swoim przesłaniem. O budownictwie naturalnym i nie. O wiosce eko i ludziach z korporacji uciekających na wieś, cisnących się do nauki rzemiosła prostego, zostawiających wypasione mieszkania w stolicy. O sterylnych miejskich "chigienistach" i ich biednych dzieciach, myjących na wsi ręce z częstotliwością bliską nerwicy natręctw. O sposobach pozyskiwania wody, filtrowania deszczówki i zużywania w ubikacji szarej wody, zamiast czystej wprost z kranu.
Dzisiaj powstała kolejna tabliczka krówek-kózek, tym razem dodałam 1/3 objętości cukru. Wyszły smaczniejsze, bo cukier zabija smak, ale nieco bledsze.
No, i pan elektryk zmienił położenie włącznika światła w trzecim pokoju oraz zamontował kontakt i dodatkową lampę na poddaszu.
Ania znów lepi z gliny, na kolejnych warsztatach w GOK-u. Tym razem powstają podstawki pod doniczki i kilka ozdobnych kafelków do kuchni.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
16 września 2011
14 września 2011
Kozie ciućki
Powoluniu, powoluniu wracamy do sprawy, której remont na imię. Ania w wolnych chwilach maluje brązowym drewnochronem oborę, a dziś powróciła do tematu szalowania ściany wewnętrznej w trzecim pokoju. Nawet kilka desek udało się dociąć i przykręcić. W przerwach między pracami firmowymi. Ja pomalowałam trochę sztachet również drewnochronem, ale zielonym, na wciąż powstające ogrodzenie ogródka i ściany północnej działki. A w przerwie napaliłam pod płytą, spasteryzowałam chiński sos (wyszedł smakowity, ciekawe, jak się przechowa) i sałatkę z ćwikły. A przy okazji uwarzyłam kolejną tabliczkę kozich cukierków.
Tu przez nieuwagę wzięłam na warsztat starsze mleko, które wzięło i się zwarzyło przy gotowaniu. Jako rasowy alchemik nie przestraszyłam się, nie wylałam mikstury osom na pożarcie, tylko ciągnęłam proces dalej. Z naukowym podejściem...
Hm, wyszło coś fajnego... Ania popadła w kontemplację przy wylizywaniu garnka.
- Skąd ja znam ten smak?
Tu wpadłyśmy na pomysł jak urozmaicić produkt, ale to na przyszły raz. Bo na ten wyszła tabliczka, którą śmiało mogę nazwać (za inspiracją Naszej Polany): Kozie ciućki.
Tu przez nieuwagę wzięłam na warsztat starsze mleko, które wzięło i się zwarzyło przy gotowaniu. Jako rasowy alchemik nie przestraszyłam się, nie wylałam mikstury osom na pożarcie, tylko ciągnęłam proces dalej. Z naukowym podejściem...
Hm, wyszło coś fajnego... Ania popadła w kontemplację przy wylizywaniu garnka.
- Skąd ja znam ten smak?
Tu wpadłyśmy na pomysł jak urozmaicić produkt, ale to na przyszły raz. Bo na ten wyszła tabliczka, którą śmiało mogę nazwać (za inspiracją Naszej Polany): Kozie ciućki.
12 września 2011
Historia piły
Piła, ta sama, chińska podróba sztila, o jakiej można poczytać w sąsiedzkim blogu, kupiona jednak nie u Rumunów (za jakich uchodzą w głębi Polski), a u Cyganów (jak prosperują przy granicy) też nam dość szybko padła. (Szczęście w nieszczęściu, tym można się pochwalić, żeśmy ją za pół ceny kupiły, po targu, względem tego, co zapłacił był za nią Big Johnny).
Ktoś podał namiar na dobry serwis, w którym jedno na osiem takich cudeniek może dostąpić reaktywacji. Pojechałyśmy jakiś czas temu, piła została w serwisie, acz pan od razu powiedział, że mała jest szansa i że, gdy taką otworzyć to wszystko się sypie z miejsca. No, a dziś nagle telefon od pana (wziął, zapisał sobie telefon i nawet imię i nazwisko), że zamyka zakład na tydzień i że piła jest do odbioru, gotowa. Pojechałyśmy, a co. Warzenie sosu chińskiego i buraczków czerwonych (na inny przysmak zimowy) zostawiając na później. Przy okazji w Biedronce trochę makaronu dokupione zostało, ludzkiego, dla psów (psi makaron jakiś taki drogi w cenie się zrobił względem najtańszych ludzkich i ekonomia sama tym rządzi).
Piła odebrana, w rękach aninych ruszyła, ale okazało się, że słabiutką ma moc cięcia, lepiej nie ryzykować ciężkiej nią pracy. Ot, przyda się do jakichś doraźnych cięć na działce gałęzi drzew w rejonach, gdzie nie dociera kabel elektryczny. Bo, z kolei piła elektryczna, marki zapomnianej, kupiona w supermarkecie warszawskim za średnie pieniądze już od początku naszego osiedlenia się na Wsi (2005 rok) działa, ma się dobrze, i tylko w serwisie trzeba było niedawno łańcuch fachowo naostrzyć (osobiste ostrzenie już się nie sprawdzało) i coś tam podokręcać. A całkiem sporo już ta piła narżnęła, i to solidnego drewna, grubych pni grabowych i dębowych, olchy i brzozy.
- Pod choinkę od Mikołaja życzę sobie nową piłę spalinową - oznajmiła dzisiaj Ania w powietrze... No, bo gdzie?
Ktoś podał namiar na dobry serwis, w którym jedno na osiem takich cudeniek może dostąpić reaktywacji. Pojechałyśmy jakiś czas temu, piła została w serwisie, acz pan od razu powiedział, że mała jest szansa i że, gdy taką otworzyć to wszystko się sypie z miejsca. No, a dziś nagle telefon od pana (wziął, zapisał sobie telefon i nawet imię i nazwisko), że zamyka zakład na tydzień i że piła jest do odbioru, gotowa. Pojechałyśmy, a co. Warzenie sosu chińskiego i buraczków czerwonych (na inny przysmak zimowy) zostawiając na później. Przy okazji w Biedronce trochę makaronu dokupione zostało, ludzkiego, dla psów (psi makaron jakiś taki drogi w cenie się zrobił względem najtańszych ludzkich i ekonomia sama tym rządzi).
Piła odebrana, w rękach aninych ruszyła, ale okazało się, że słabiutką ma moc cięcia, lepiej nie ryzykować ciężkiej nią pracy. Ot, przyda się do jakichś doraźnych cięć na działce gałęzi drzew w rejonach, gdzie nie dociera kabel elektryczny. Bo, z kolei piła elektryczna, marki zapomnianej, kupiona w supermarkecie warszawskim za średnie pieniądze już od początku naszego osiedlenia się na Wsi (2005 rok) działa, ma się dobrze, i tylko w serwisie trzeba było niedawno łańcuch fachowo naostrzyć (osobiste ostrzenie już się nie sprawdzało) i coś tam podokręcać. A całkiem sporo już ta piła narżnęła, i to solidnego drewna, grubych pni grabowych i dębowych, olchy i brzozy.
- Pod choinkę od Mikołaja życzę sobie nową piłę spalinową - oznajmiła dzisiaj Ania w powietrze... No, bo gdzie?
11 września 2011
Obsesyjne kucharzenie
To zakrawa już na śmiech, co ja/my robię/my. Świątek, piątek. To nie uchodzi, doprawdy.
Trzeba przystopować, bo czasu braknie na delektowanie się życiem samym!
Kolejna dawka pasty pomidorowo-paprykowej, najpierw na ostro, że para z gęby bucha, a teraz w wersji słodko-kwaśnej (bez ostrych papryczek) zrobiona, spasteryzowana, w piwniczce zamelinowana.
Dalsze dwie butle soku z czeremchy, przyprawionych kilkoma kiściami czerwonych winogron z ogródka pani Ziny, z odrobiną cukru, dla złamania goryczki - zrobione.
W ogóle czeremcha w tym roku obrodziła i mnóstwo jej na krzewach i drzewkach wisi po lasach okolicznych, a w ilościach niemal sadowniczych na naszym ugorze. Kozy uwielbiają zajadać owoce, zbierają je delikatnie wargami, zostawiając gołe łodyżki na drzewie, a łykają z pestkami bez krępacji.
Ponadto zlałam już czeremchówkę do butelek. Po różnych zeszłorocznych próbach robię bez dodatku cukru, bo jest to owoc szczególnie naładowany słodyczą. Kiedy posłodzić, robi się po jakimś czasie istny ulepek, trudny do wypicia. Z początku smak jest nieco cierpki, ale cierpkość znika całkiem po kilku miesiącach. I myślę, że na święta czeremchówka będzie już miała smak i zapach wiśniówki. Różni się jedynie kolorem, prawie czarnym! No, i tym, że nie ma w sobie grama sztucznego cukru.
Krówki-kózki wciąż powstają, bo nieustannie obczajam proces i moment kończenia i rozlewania masy do formy. Na razie doszłam do koloru bardzo już zbliżonego do krówek,
wiem kiedy robi się "nutella", czyli smarowidło do ciasteczek, wiem kiedy mordoklejka, a jutro-pojutrze już na pewno wyjdzie prawdziwy kruchy cukierek!
Wstrzymam nerwy i dowarzę do odpowiedniego momentu.
Przy okazji gar kapuśniaku ze świeżej kapusty na koźlęcych kościach, obiad na trzy dni co najmniej wyszedł. Oraz warzy się jeszcze z ostatku zebranych z folii pomidorów (oraz dokupionej papryki) sos chiński... przepis według wynalazku Ani (w internecie oczywiście). Skutki będą znane jutro.
Bo z tego wszystkiego w taki piękny letni dzień zrobiło się w domu kapkę za ciepło.I nie pomaga na to gorąca kąpiel niedzielna...
Nawet kozy wolały pół dnia spędzić w cienistej zagrodzie.
Kicia, nasza kotka dochodząca, wpada dwa-trzy razy dziennie na jedzenie. Jej także lubię pichcić i zwierzątko ma się coraz lepiej. Choć na to, że się bardziej oswoi już nie liczę...
Zaś Ania, w przerwach od pracy zawodowej i kucharzenia chwali się swymi dziełami...
Trzeba przystopować, bo czasu braknie na delektowanie się życiem samym!
Kolejna dawka pasty pomidorowo-paprykowej, najpierw na ostro, że para z gęby bucha, a teraz w wersji słodko-kwaśnej (bez ostrych papryczek) zrobiona, spasteryzowana, w piwniczce zamelinowana.
Dalsze dwie butle soku z czeremchy, przyprawionych kilkoma kiściami czerwonych winogron z ogródka pani Ziny, z odrobiną cukru, dla złamania goryczki - zrobione.
W ogóle czeremcha w tym roku obrodziła i mnóstwo jej na krzewach i drzewkach wisi po lasach okolicznych, a w ilościach niemal sadowniczych na naszym ugorze. Kozy uwielbiają zajadać owoce, zbierają je delikatnie wargami, zostawiając gołe łodyżki na drzewie, a łykają z pestkami bez krępacji.
Ponadto zlałam już czeremchówkę do butelek. Po różnych zeszłorocznych próbach robię bez dodatku cukru, bo jest to owoc szczególnie naładowany słodyczą. Kiedy posłodzić, robi się po jakimś czasie istny ulepek, trudny do wypicia. Z początku smak jest nieco cierpki, ale cierpkość znika całkiem po kilku miesiącach. I myślę, że na święta czeremchówka będzie już miała smak i zapach wiśniówki. Różni się jedynie kolorem, prawie czarnym! No, i tym, że nie ma w sobie grama sztucznego cukru.
Krówki-kózki wciąż powstają, bo nieustannie obczajam proces i moment kończenia i rozlewania masy do formy. Na razie doszłam do koloru bardzo już zbliżonego do krówek,
wiem kiedy robi się "nutella", czyli smarowidło do ciasteczek, wiem kiedy mordoklejka, a jutro-pojutrze już na pewno wyjdzie prawdziwy kruchy cukierek!
Wstrzymam nerwy i dowarzę do odpowiedniego momentu.Przy okazji gar kapuśniaku ze świeżej kapusty na koźlęcych kościach, obiad na trzy dni co najmniej wyszedł. Oraz warzy się jeszcze z ostatku zebranych z folii pomidorów (oraz dokupionej papryki) sos chiński... przepis według wynalazku Ani (w internecie oczywiście). Skutki będą znane jutro.
Bo z tego wszystkiego w taki piękny letni dzień zrobiło się w domu kapkę za ciepło.I nie pomaga na to gorąca kąpiel niedzielna...
Nawet kozy wolały pół dnia spędzić w cienistej zagrodzie.
Kicia, nasza kotka dochodząca, wpada dwa-trzy razy dziennie na jedzenie. Jej także lubię pichcić i zwierzątko ma się coraz lepiej. Choć na to, że się bardziej oswoi już nie liczę...
Zaś Ania, w przerwach od pracy zawodowej i kucharzenia chwali się swymi dziełami...
10 września 2011
Krówki-kózki
Przespałam oglądanie zorzy polarnej nad Polską. Pamiętałam jeszcze o 20.30, żeby wyjrzeć na dwór koło północy, ale już pół godziny później zasypiałam w łóżku jak co wieczór. I nic mnie ze snu nie wyrwało, żadne kosmiczne blaski zaglądające w okienko. A mogło być widać, bo podczas zachodu słońca chmury zaczęły się rozstępować, a latarnie wioskowe palą się od jakiegoś czasu oszczędnościowo chyba tylko przez godzinę (bo po co wieśniakom latarnie! tylko spać ludziom i zwierzętom nie dają), potem już nic nie przeszkadza obserwować nieba w jego jesiennej gwiezdnej krasie. Trudno. Sądząc z tego, co się zaczyna wyprawiać w kosmicznym otoczeniu naszej planety, nie była to jedyna taka okazja niecodziennego widoku... zatem poczekamy, zobaczymy.
Ostatnimi czasy, w ramach robienia wojennych, tfu! zimowych (oczywiście) zapasów wzięło mnie na wspominki. Jak to moja prababcia warzyła w czas II wojny cukierki z mleka, a wujek woził je do miasta na sprzedaż. Mleko jest, może warto wykorzystać je i do tego? - pomyślałam.
Znalazłam w internecie kilka przepisów. Przeważnie nie różnią się w istocie całej pracy, jedynie w proporcjach składników. Pierwszy raz zatem wzięłam proporcję 1:1 mleka i cukru. Cukierki wyszły zbyt kruche i łamliwe, choć smaczne, lecz zdecydowanie za słodkie. Wczoraj przeszłam więc na proporcję 1:2, na litr mleka pół litra cukru (objętościowo mierząc). Smak zdecydowanie lepszy, lecz tym razem nie dowarzyłam mikstury i przelałam ją do formy zbyt wcześnie. Nie skrystalizowała się, tylko pozostała w stanie ciągnącym się, przypominającym klasyczną nutellę do smarowania (i nie ustępuje tamtej smakiem). Zawzięłam się i dzisiaj, już dziiiisiaj będzie wsio ok.
Zastanawiam się nad nazwą dla tych cukierków. Bo popularnie zowie się je krówkami. Lecz, jeśli są robione z mleka koziego powinny zwać się - kózkami, prawda? Ich smak jest nieco inny, niż krówek, może nawet lepszy, są też bledsze w kolorze, bo tłuszcz mleka koziego nie ma żółtego barwnika, jak krowi.
W każdym razie robię zapasy i już! Korzystając z tego, że ochłodziło się i codziennie palę pod płytą, co wydatnie zmniejsza koszty wytwórcze tego słodkiego luksusu.
Ostatnimi czasy, w ramach robienia wojennych, tfu! zimowych (oczywiście) zapasów wzięło mnie na wspominki. Jak to moja prababcia warzyła w czas II wojny cukierki z mleka, a wujek woził je do miasta na sprzedaż. Mleko jest, może warto wykorzystać je i do tego? - pomyślałam.
Znalazłam w internecie kilka przepisów. Przeważnie nie różnią się w istocie całej pracy, jedynie w proporcjach składników. Pierwszy raz zatem wzięłam proporcję 1:1 mleka i cukru. Cukierki wyszły zbyt kruche i łamliwe, choć smaczne, lecz zdecydowanie za słodkie. Wczoraj przeszłam więc na proporcję 1:2, na litr mleka pół litra cukru (objętościowo mierząc). Smak zdecydowanie lepszy, lecz tym razem nie dowarzyłam mikstury i przelałam ją do formy zbyt wcześnie. Nie skrystalizowała się, tylko pozostała w stanie ciągnącym się, przypominającym klasyczną nutellę do smarowania (i nie ustępuje tamtej smakiem). Zawzięłam się i dzisiaj, już dziiiisiaj będzie wsio ok.
Zastanawiam się nad nazwą dla tych cukierków. Bo popularnie zowie się je krówkami. Lecz, jeśli są robione z mleka koziego powinny zwać się - kózkami, prawda? Ich smak jest nieco inny, niż krówek, może nawet lepszy, są też bledsze w kolorze, bo tłuszcz mleka koziego nie ma żółtego barwnika, jak krowi.
W każdym razie robię zapasy i już! Korzystając z tego, że ochłodziło się i codziennie palę pod płytą, co wydatnie zmniejsza koszty wytwórcze tego słodkiego luksusu.
8 września 2011
Zimowe zapasy
Tak jakby chłodniej się robiło... Zarzucam już na siebie koszulę, gdy wychodzę na dwór. A przy komputerze okrywam chłodne kolana skórą z koziołka.
Wczoraj znalazłam w domu utopioną w misce z wodą spasłą mysz... znaczy zimno idzie i myszy do domu się pchają.
Wciąż nie możemy wyjść na prostą z pracami i remontem. No, remont stoi praktycznie od czerwca. Z powodu różnych zadań podejmowanych w firmie. I prac polowych, takich i owakich. Sianokosy, żniwa. Czeka jeszcze przygotowanie pola na zimę z zagospodarowaniem gnoju i jesienne czyszczenie obory.
Z wolna robimy zapasy zimowe. Zwierzęta już są zabezpieczone, teraz my. Trzeba uzupełnić "prowiant wojenny", tj. puszki z fasolą, grochem i rybkami oraz mąka, kasza, ryż, olej, sól, cukier, kawa, herbata itp. To oprócz przetworów, które zawsze szykujemy własnymi rękami z tego, co daje ogródek.
Ten prowiant to moja obsesja od dziecka. Jeszcze z czasów, gdy straszono nas w szkołach wojną atomową. Śniłam wtedy często o tym, że buduję sobie bunkier na rodzinnej działce, aby przetrwać. Co prawda nigdy nie przeżyłam prawdziwego głodu, ale mieliśmy w domu okres zaciskania pasa, gdy ojciec zachorował i nie zarabiał, ja jeszcze nie skończyłam szkoły, a kredyty trzeba było spłacać. I żyliśmy z jednej okrojonej pensji Mamy. Udało się, dzięki częściowej samowystarczalności żywieniowej. Ale pamiętam do dziś pustki w lodówce przez wiele miesięcy. Zawsze jednak była kasza (najtańsza, kupowana dla psów i kur), świeże jaja (od naszych trzech kurek), słonina i smalec (bo lepszy od oleju dla psów i kota), mleko od krowy (kupowane od sąsiada 3 razy w tygodniu po cenie skupu w mleczarni), a z niego śmietana, zsiadłe i twarożek. Były też warzywa z ogródka, mąka, kiszona w beczce kapusta i ziemniaki. Głodu zatem być nie mogło. Bo zalewajki, ziemniaków z kwaśnym mlekiem i potraw z jajek (Mama robiła pyszny makaron) było zawsze pod dostatkiem. Bywało też mięso z własnej niewielkiej hodowli gęsi i indyków, które Mama trzymała. Potem poszłam do pracy, zaczął się tak jakoś kryzys i stan wojenny i moje "stanowisko" nagle sprawiło, że miałam dobrego, swojskiego jedzenia po pachy. I nigdy tak się najadłam jak wtedy, gdy wszyscy w kolejkach stali i handlowali kartkami. Ot, paradoksy dziejowe.
Wracając do "prowiantu wojennego", to nawet w stanie pokoju ma on sens, kiedy się żyje na Wsi. Do najbliższego sklepu mamy 7 kilometrów i nie zawsze czas i możliwość pojechania po zakupy. Rosnące ceny paliwa każą już ograniczać te wypady do minimum i coraz częściej Ania przesiada się zwyczajnie na rower. Poza tym większy zapas w piwniczce niezbędny jest na zimę. Bo bywa, że jakikolwiek wyjazd do miasteczka uniemożliwia pogoda albo awaria samochodu na przykład. Siedzi się wtedy w chacie, pali w piecu i zajada zapasy i produkty zgromadzone w sezonie ciepłym, gotując, piekąc i smażąc różne przysmaki. Nieraz i przez kilka tygodni bez wyjazdu poza wioskę. (Zdecydowanie lubię zimę pod tym względem, a podstawą tego lubienia jest dobry piec i ogrzewanie).
Inne zapasy biegają żywe i zimują wraz z nami, aby do wiosny. W każdym razie stanowią bazę świeżego mięsa, jaj i mleka na co dzień.
I tak to jest... zwyczajnie, naturalnie.
Obejście jest całym światem, kołem, jak sama nazwa wskazuje... które codziennie się rytualnie obchodzi dwa razy w tak zwanym obrządku. Święte koło, święte obejście...
Wczoraj znalazłam w domu utopioną w misce z wodą spasłą mysz... znaczy zimno idzie i myszy do domu się pchają.
Wciąż nie możemy wyjść na prostą z pracami i remontem. No, remont stoi praktycznie od czerwca. Z powodu różnych zadań podejmowanych w firmie. I prac polowych, takich i owakich. Sianokosy, żniwa. Czeka jeszcze przygotowanie pola na zimę z zagospodarowaniem gnoju i jesienne czyszczenie obory.
Z wolna robimy zapasy zimowe. Zwierzęta już są zabezpieczone, teraz my. Trzeba uzupełnić "prowiant wojenny", tj. puszki z fasolą, grochem i rybkami oraz mąka, kasza, ryż, olej, sól, cukier, kawa, herbata itp. To oprócz przetworów, które zawsze szykujemy własnymi rękami z tego, co daje ogródek.
Ten prowiant to moja obsesja od dziecka. Jeszcze z czasów, gdy straszono nas w szkołach wojną atomową. Śniłam wtedy często o tym, że buduję sobie bunkier na rodzinnej działce, aby przetrwać. Co prawda nigdy nie przeżyłam prawdziwego głodu, ale mieliśmy w domu okres zaciskania pasa, gdy ojciec zachorował i nie zarabiał, ja jeszcze nie skończyłam szkoły, a kredyty trzeba było spłacać. I żyliśmy z jednej okrojonej pensji Mamy. Udało się, dzięki częściowej samowystarczalności żywieniowej. Ale pamiętam do dziś pustki w lodówce przez wiele miesięcy. Zawsze jednak była kasza (najtańsza, kupowana dla psów i kur), świeże jaja (od naszych trzech kurek), słonina i smalec (bo lepszy od oleju dla psów i kota), mleko od krowy (kupowane od sąsiada 3 razy w tygodniu po cenie skupu w mleczarni), a z niego śmietana, zsiadłe i twarożek. Były też warzywa z ogródka, mąka, kiszona w beczce kapusta i ziemniaki. Głodu zatem być nie mogło. Bo zalewajki, ziemniaków z kwaśnym mlekiem i potraw z jajek (Mama robiła pyszny makaron) było zawsze pod dostatkiem. Bywało też mięso z własnej niewielkiej hodowli gęsi i indyków, które Mama trzymała. Potem poszłam do pracy, zaczął się tak jakoś kryzys i stan wojenny i moje "stanowisko" nagle sprawiło, że miałam dobrego, swojskiego jedzenia po pachy. I nigdy tak się najadłam jak wtedy, gdy wszyscy w kolejkach stali i handlowali kartkami. Ot, paradoksy dziejowe.
Wracając do "prowiantu wojennego", to nawet w stanie pokoju ma on sens, kiedy się żyje na Wsi. Do najbliższego sklepu mamy 7 kilometrów i nie zawsze czas i możliwość pojechania po zakupy. Rosnące ceny paliwa każą już ograniczać te wypady do minimum i coraz częściej Ania przesiada się zwyczajnie na rower. Poza tym większy zapas w piwniczce niezbędny jest na zimę. Bo bywa, że jakikolwiek wyjazd do miasteczka uniemożliwia pogoda albo awaria samochodu na przykład. Siedzi się wtedy w chacie, pali w piecu i zajada zapasy i produkty zgromadzone w sezonie ciepłym, gotując, piekąc i smażąc różne przysmaki. Nieraz i przez kilka tygodni bez wyjazdu poza wioskę. (Zdecydowanie lubię zimę pod tym względem, a podstawą tego lubienia jest dobry piec i ogrzewanie).
Inne zapasy biegają żywe i zimują wraz z nami, aby do wiosny. W każdym razie stanowią bazę świeżego mięsa, jaj i mleka na co dzień.
I tak to jest... zwyczajnie, naturalnie.
Obejście jest całym światem, kołem, jak sama nazwa wskazuje... które codziennie się rytualnie obchodzi dwa razy w tak zwanym obrządku. Święte koło, święte obejście...
5 września 2011
Syndrom mieszczucha na wsi
Dawniej żyłam i myślałam jak ludzie z tamtej strony. I nie zdawałam sobie sprawy, tak jak oni sobie nadal nie zdają. Z tego, jak bardzo odstają od życia i rzeczywistości naszej planety, jak dalece są jej obcy.
Źle, wróć. Podejrzewałam coś, i to podejrzenie sprawiało, że nie znalazłam szczęścia ani w miasteczku ani w mieście, nawet stołecznym. Zgnębione poszukiwania przyczyn dyskomfortu sprowadziły mnie tu gdzie jestem. I dyskomfort wziął i zniknął. Jak ręką odjął!
Z dawien dawna istniejący podział na ludzi z miasta i ludzi wsi oparty był na ich roli społecznej, zawodowej i majątkowej. Pochodzenie ze wsi mieli na ogół chłopi, nieco wykształconych z ich klasy inteligentów i rzemieślników, no, i nierzadko ziemianie wraz ze swymi zarządcami. Z miasta byli mieszczanie, kupcy, rzemieślnicy, inteligenci i urzędnicy oraz robotnicy. Lepiej było być z miasta, niż ze wsi. To przekonanie mocno się przez wieki utrwaliło. Pewnie dlatego, że zostało zasadzone na próżności i głaszcze ją do tej pory. I status wyższy, i "chamstwo" mniejsze od razu, i wiedza o świecie szersza.
Ten podział już się przeżył, ale jakże niewielu sobie z tego zdaje sprawę...
Ludzie ze wsi stają wobec oczywistych konkluzji ze swoim wpojonym przez przodków kompleksem niższości wobec mieszczuchów i nie mają odwagi wyciągnąć ostatecznych wniosków, rzucających się im jednak mocno w oczy. Może nawet boją się o tym pomyśleć śmielej. Tylko po staremu kpią z przyjezdnych za ich oczami i doją z pieniędzy ile mogą.
Ludzie z miasta wstawieni na wieś są coraz bardziej jak dzieci we mgle...
Ponieważ jestem na tym świecie kilka dziesięcioleci widzę proces, ostatnimi czasy straszliwie wyraźniejący.
Dawniej nie było go tak widać. Przeważnie każdy mieszczuch miał krewnych na wsi i żywe wakacyjne i rodzinne związki z nią od dziecka. Pomagał nierzadko w żniwach, wykopkach, świniobiciach, biorąc za to tzw. wałówkę, zasłużoną oczywiście.
Jednak ostatnie dziesięcio-, no, najwyżej piętnastolecie przyspieszyło ruch odśrodkowy wobec siebie, mieszczan i wieśniaków. Nawet do prędkości samolotu odrzutowego.
Efektem jest cyborgizacja najmłodszych mieszczańskich pokoleń w tempie wprowadzania kolejnych nowych udoskonaleń komputerowo-internetowych. I ich matematycznie rosnące od-przyrodowienie, a nawet, powiedziałabym - od-cieleśnienie.
Wieśniacy rozwijają się w swoim własnym tempie, spowolnionym nie tylko słabym zaznajomieniem się z wyżej wymienionymi tematami, ale i - na szczęście - koniecznością codziennego kontaktowania się z naturą rzeczy. Mogę je nazwać po imieniu, czemu nie. Aby może umysł jakiegoś miejskiego Czytelnika załapał o co chodzi.
No, więc wieśniak ma codzienny kontakt, zwyczajny mu i jego przodkom, z zapachami i smrodami, gównem, brudem, potem i prostactwem. Zwierzęcym i ludzkim. Także z pogodą, porami roku, temperaturą zewnętrzną, i żywiołami. Reaguje na te bodźce najzwyczajniej w świecie i w zgodzie z naturą biologiczną swego ciała, jako na oczywistość.
Na wszystkie te rzeczy najnowsze wydania (przepraszam, powinnam powiedzieć: pokolenia) mieszczaństwa reagują jednakowo, niezależnie od poziomu zarobków, choć z wyraźnymi jeszcze różnicami regionalnymi (tak, to jeszcze, regionizację muszą skasować Panowie tego świata, aby ucieszyć się doskonałą wersją ludzkiego cyborga). Mianowicie reagują Syndromem mieszczucha na wsi.
Jakie są jego objawy może napiszę kiedy indziej (właśnie położyłam kury spać i idę za nimi do łóżeczka). Zresztą... jak dobrze byłoby, gdyby nie trzeba było o tym pisać i mówić, ani wyjaśniać. Przede wszystkim zadziwionym mieszczuchom robiącym wielkie oczy, że w ogóle coś takiego mają.
Źle, wróć. Podejrzewałam coś, i to podejrzenie sprawiało, że nie znalazłam szczęścia ani w miasteczku ani w mieście, nawet stołecznym. Zgnębione poszukiwania przyczyn dyskomfortu sprowadziły mnie tu gdzie jestem. I dyskomfort wziął i zniknął. Jak ręką odjął!
Z dawien dawna istniejący podział na ludzi z miasta i ludzi wsi oparty był na ich roli społecznej, zawodowej i majątkowej. Pochodzenie ze wsi mieli na ogół chłopi, nieco wykształconych z ich klasy inteligentów i rzemieślników, no, i nierzadko ziemianie wraz ze swymi zarządcami. Z miasta byli mieszczanie, kupcy, rzemieślnicy, inteligenci i urzędnicy oraz robotnicy. Lepiej było być z miasta, niż ze wsi. To przekonanie mocno się przez wieki utrwaliło. Pewnie dlatego, że zostało zasadzone na próżności i głaszcze ją do tej pory. I status wyższy, i "chamstwo" mniejsze od razu, i wiedza o świecie szersza.
Ten podział już się przeżył, ale jakże niewielu sobie z tego zdaje sprawę...
Ludzie ze wsi stają wobec oczywistych konkluzji ze swoim wpojonym przez przodków kompleksem niższości wobec mieszczuchów i nie mają odwagi wyciągnąć ostatecznych wniosków, rzucających się im jednak mocno w oczy. Może nawet boją się o tym pomyśleć śmielej. Tylko po staremu kpią z przyjezdnych za ich oczami i doją z pieniędzy ile mogą.
Ludzie z miasta wstawieni na wieś są coraz bardziej jak dzieci we mgle...
Ponieważ jestem na tym świecie kilka dziesięcioleci widzę proces, ostatnimi czasy straszliwie wyraźniejący.
Dawniej nie było go tak widać. Przeważnie każdy mieszczuch miał krewnych na wsi i żywe wakacyjne i rodzinne związki z nią od dziecka. Pomagał nierzadko w żniwach, wykopkach, świniobiciach, biorąc za to tzw. wałówkę, zasłużoną oczywiście.
Jednak ostatnie dziesięcio-, no, najwyżej piętnastolecie przyspieszyło ruch odśrodkowy wobec siebie, mieszczan i wieśniaków. Nawet do prędkości samolotu odrzutowego.
Efektem jest cyborgizacja najmłodszych mieszczańskich pokoleń w tempie wprowadzania kolejnych nowych udoskonaleń komputerowo-internetowych. I ich matematycznie rosnące od-przyrodowienie, a nawet, powiedziałabym - od-cieleśnienie.
Wieśniacy rozwijają się w swoim własnym tempie, spowolnionym nie tylko słabym zaznajomieniem się z wyżej wymienionymi tematami, ale i - na szczęście - koniecznością codziennego kontaktowania się z naturą rzeczy. Mogę je nazwać po imieniu, czemu nie. Aby może umysł jakiegoś miejskiego Czytelnika załapał o co chodzi.
No, więc wieśniak ma codzienny kontakt, zwyczajny mu i jego przodkom, z zapachami i smrodami, gównem, brudem, potem i prostactwem. Zwierzęcym i ludzkim. Także z pogodą, porami roku, temperaturą zewnętrzną, i żywiołami. Reaguje na te bodźce najzwyczajniej w świecie i w zgodzie z naturą biologiczną swego ciała, jako na oczywistość.
Na wszystkie te rzeczy najnowsze wydania (przepraszam, powinnam powiedzieć: pokolenia) mieszczaństwa reagują jednakowo, niezależnie od poziomu zarobków, choć z wyraźnymi jeszcze różnicami regionalnymi (tak, to jeszcze, regionizację muszą skasować Panowie tego świata, aby ucieszyć się doskonałą wersją ludzkiego cyborga). Mianowicie reagują Syndromem mieszczucha na wsi.
Jakie są jego objawy może napiszę kiedy indziej (właśnie położyłam kury spać i idę za nimi do łóżeczka). Zresztą... jak dobrze byłoby, gdyby nie trzeba było o tym pisać i mówić, ani wyjaśniać. Przede wszystkim zadziwionym mieszczuchom robiącym wielkie oczy, że w ogóle coś takiego mają.
2 września 2011
Tradycja bez nowoczesności
Przed południem przyszła umówiona wcześniej pani Marusia z mężem. Na naukę warzenia bundzu i sera topionego z kminkiem. Do tego drugiego przyniosła własne składniki, tj. twaróg z krowiego mleka, jajo i masło własnej roboty. Łoj, pogadało się przy okazji. Z czasem już językiem mieszanym, polsko-ruskim, rusko-polskim. O wszystkim, co na dierewni ważne jest. Czyli o krowach, jak wodzą jedna drugą w lies, o psach, co sjeli husońku, i nasze kurczaki w zeszłym roku przy okazji, o jastrzębiach i świniach, i koniach tak samo. Także o kartoszkach, co w tym roku obrodziły (z dziesięciu worków wyrosło 42). o pomidorach i pomidorowych przetworach, o kapuście i czeremchowym winie. Starsi ludzie mają tak wielkie doświadczenie, tylko słuchać! Przy tym oboje, pani Marusia s diedom, mimo, że osiemdziesięcioletni, niejednego mogliby obdzielić radością życia i umiejętnością cieszenia się nim.
Ja za swoją naukę dostałam osełkę pysznego masła. Ale za przyjemność bycia z nimi chyba niczym się nie umiem wypłacić...
Zresztą, nie tylko oni sami tryskają wewnętrznym spokojem i rozwojem. Wcale na naszej wiosce i w okolicy nie są żadnym wyjątkiem. Większość ze znanych mi tutaj starszych osób zachowuje do końca jasność umysłu, pogodę ducha, harmonię, zainteresowanie światem, poznawaniem go, zdolność zdumiewania się stworzeniem i chęć przekazywania doświadczeń młodszym pokoleniom. Są normalnymi ludźmi, takimi, jak zawsze byli starsi wobec młodszych, spełnieni i pewni swojej niezbywalnej wartości. Nie są zastraszonymi miejskimi emerytami, wyżywającymi się jedynie w kolejkach do lekarza albo do spowiedzi, o nie!
Nie są też jakoś specjalnie chorzy, a jeśli nawet mają poważną chorobę, to nie użalają się nad sobą i żyją z nią latami, albo nawet potrafią ją przezwyciężyć! (jak np. mąż p. M., który ziołami wyleczył się z choroby Bergera i uratował stopę przed amputacją). I nie wywarło na nich żadnego niedobrego wpływu, z taką lubością opisywanego przez "naukowców-dietetyków", ani jedzenie mięsa, ani nabiału w dużych, codziennych ilościach, ani nawet popijanie tego wszystkiego spirytusową trucizną!!!!
Daję to pod szczególną rozwagę osobom bojącym się pić mleko, świeże i kwaśne, jeść tłusto i mięśnie oraz pić alkohol.
Warunkiem długowieczności i zdrowia na starość jest jednak, aby jeść naturalne i świeże produkty oraz pracować fizycznie na świeżym powietrzu. Tylko tyle. I aż tyle, dla współczesnych mieszczuchów! Z zanikającą z pokolenia na pokolenie świadomością i wiedzą, co jest prawdą, a co kłamstwem tego świata, czym jest człowiek, a czym maszyna, czym jest ziemska przyroda, a czym miejskie więzienie.
Kiedy odjechali na rowerach, zostawiając produkt w fazie zastygania w formach do wieczora u nas, zabrałam się z mocą do warzenia soku z czeremchy (tym razem w wersji z dodatkiem winogron i bez cukru) oraz twarogu. Ania zaś pomknęła do drugiej wsi dzikiej róży nazrywać...
Ja za swoją naukę dostałam osełkę pysznego masła. Ale za przyjemność bycia z nimi chyba niczym się nie umiem wypłacić...
Zresztą, nie tylko oni sami tryskają wewnętrznym spokojem i rozwojem. Wcale na naszej wiosce i w okolicy nie są żadnym wyjątkiem. Większość ze znanych mi tutaj starszych osób zachowuje do końca jasność umysłu, pogodę ducha, harmonię, zainteresowanie światem, poznawaniem go, zdolność zdumiewania się stworzeniem i chęć przekazywania doświadczeń młodszym pokoleniom. Są normalnymi ludźmi, takimi, jak zawsze byli starsi wobec młodszych, spełnieni i pewni swojej niezbywalnej wartości. Nie są zastraszonymi miejskimi emerytami, wyżywającymi się jedynie w kolejkach do lekarza albo do spowiedzi, o nie!
Nie są też jakoś specjalnie chorzy, a jeśli nawet mają poważną chorobę, to nie użalają się nad sobą i żyją z nią latami, albo nawet potrafią ją przezwyciężyć! (jak np. mąż p. M., który ziołami wyleczył się z choroby Bergera i uratował stopę przed amputacją). I nie wywarło na nich żadnego niedobrego wpływu, z taką lubością opisywanego przez "naukowców-dietetyków", ani jedzenie mięsa, ani nabiału w dużych, codziennych ilościach, ani nawet popijanie tego wszystkiego spirytusową trucizną!!!!
Daję to pod szczególną rozwagę osobom bojącym się pić mleko, świeże i kwaśne, jeść tłusto i mięśnie oraz pić alkohol.
Warunkiem długowieczności i zdrowia na starość jest jednak, aby jeść naturalne i świeże produkty oraz pracować fizycznie na świeżym powietrzu. Tylko tyle. I aż tyle, dla współczesnych mieszczuchów! Z zanikającą z pokolenia na pokolenie świadomością i wiedzą, co jest prawdą, a co kłamstwem tego świata, czym jest człowiek, a czym maszyna, czym jest ziemska przyroda, a czym miejskie więzienie.
Kiedy odjechali na rowerach, zostawiając produkt w fazie zastygania w formach do wieczora u nas, zabrałam się z mocą do warzenia soku z czeremchy (tym razem w wersji z dodatkiem winogron i bez cukru) oraz twarogu. Ania zaś pomknęła do drugiej wsi dzikiej róży nazrywać...
31 sierpnia 2011
Zupa z kury
Wysłanie książki do drukarni uczciłam ugotowaniem rosołu z kury. Na płycie. Robię według przepisu francuskiego, bo to Francuzi wymyślili "soupe de poule" i jest to od paru stuleci ich potrawa narodowa. Co prawda nie ładuję doń brukselki, ani liści kapusty, ale gotuję jak nakazuje francuski obyczaj, 2 godziny i 20 minut. Tyle wystarczy, aby najstarsza kura zmiękła i wydzieliła z siebie boski ekstrakt. Przy tym gotowanie na ogniu dodaje mu tylko odpowiedniego aromatu i gorącej energii. Mniam!
Zimą już na pewno zaczniemy robić własny makaron. Wtedy niczego nie zabraknie naszym rosołom do doskonałości.
Przy okazji niejako, aby ogień się nie marnował i nie buzował tylko pod jednym garnkiem i czajnikiem, wstawiłam w drugim garze pomidory z papryką, słodką i ostrą, na pastę paprykową. Wyszło trochę niewielkich słoiczków z czymś ostrym do smarowania kanapek.
Na ostatek gorąca kąpiel, zmywająca trudy dnia i pracowitego ostatniego czasu.
Zimą już na pewno zaczniemy robić własny makaron. Wtedy niczego nie zabraknie naszym rosołom do doskonałości.
Przy okazji niejako, aby ogień się nie marnował i nie buzował tylko pod jednym garnkiem i czajnikiem, wstawiłam w drugim garze pomidory z papryką, słodką i ostrą, na pastę paprykową. Wyszło trochę niewielkich słoiczków z czymś ostrym do smarowania kanapek.
Na ostatek gorąca kąpiel, zmywająca trudy dnia i pracowitego ostatniego czasu.
28 sierpnia 2011
Kurza ofiara
Wielką prawdą jest to, co stwierdziła kiedyś któraś z komentatorek tego bloga, przytaczając pogląd swojej znajomej gospodyni, że grzechem jest zaciąć szczęśliwą kurę, bo robi się to dopiero wtedy, gdy staje się smutna...
Wszystkie zwierzęta to mają. Gdy są chore wpadają w depresję i izolują się, intuicyjnie gotując się na śmierć.
Ale od początku.
Około południa oderwał mnie od komputera wielki alarm koguta. Nawet kapci nie szukałam tylko wypadłam boso na taras, puszczając przed sobą psy. Spłoszyły natychmiast powietrznego bandytę, ktory oderwał się od ziemi przy drodze koło sadu i odfrunął. Kury, prowadzone przez uciekającego najżwawiej i rozwrzeszczanego szefa ewakuowały się gromadnie z pastwiska i ukryły czym prędzej w różnych zakamarkach. Tak, że już po chwili żadnej nie było widać na podwórzu.
Poszłam sprawdzić (włożywszy przedtem kapcie wyjściowe) i znalazłam kilka piórek wyszarpanych z zielononożnego kogutka, a sąsiadki stojące przy płocie opowiadały mi z daleka, jak to "ten, wiadomo co" wylądował, a one krzyczały, żeby go spłoszyć, ale dopiero pies go odgonił.
Wróciłam do domu, a tam na progu, w otwartych drzwiach na taras stała niedoszła ofiara drapieżcy, kogutek średniak, tak zszokowany, że chętnie by się chyba do mnie przytulił, w każdym razie przynajmniej może posiedział sobie ze mną przy komputerze.
Kiedy już go miałam wziąć do ręki ocknął się z transu i wziął nogi za pas.
Nie był to koniec dnia. Kurza kostusia po prostu zasadziła się na nasze obejście.
Podczas zamykania kóz w boksach Zofija otworzyła uderzeniem rogów wejście od swojego, Ania zatrzasnęła je mocno i przy okazji trafiła w głowę przebywającą tam dorosłą nioskę, brązową, trzylatkę. Ta poczuła się z miejsca nieswojo... Tu trzeba wyjaśnić, że zachowywała się podobnie już jakiś niedawny czas temu. Czym zwróciła naszą uwagę. Towarzyszyło temu zniesienie jaja bez skorupki. Znaczy - zaczyna być smutna. Bo ma poważny defekt. No, to teraz od walnięcia furtką od razu posmutniała na amen.
Decyzja zapadła właściwie od razu.
Po dojeniu, o nadchodzącym zmierzchu, gdy grzeczne kury już powinny wejść na grzędy, ale były niegrzeczne i rozlazły się jeszcze po obejściu, krogulec znowu zaatakował... Nie najadł się dzisiaj najwyraźniej i nie chciał odpuścić. Znów alarm koguta wywołał nas na dwór i psy spłoszyły rozbójnika. Znów odleciał znad kogutka zielonożnego. Bo znów nie zdołał go dopaść.
Zostawiłam psy na dworze, poczekałam, aż kury wejdą do kurnika i z latarką w ręku wyciągnęłam smutną kurę (skrytą w kącie pod grzędami) na dwór. Zjeżyła się ze strachu, gdy ją wzięłam do ręki, ale tylko przez chwilę.
Ania w tym czasie przygotowała miejsce i siekierę.
Zanim zdążyłam skończyć zmawiać pacierz kura już przeszła na drugą stronę.
Dorodna, zdrowa. Będą z niej co najmniej dwa sute rosoły.
Wszystkie zwierzęta to mają. Gdy są chore wpadają w depresję i izolują się, intuicyjnie gotując się na śmierć.
Ale od początku.
Około południa oderwał mnie od komputera wielki alarm koguta. Nawet kapci nie szukałam tylko wypadłam boso na taras, puszczając przed sobą psy. Spłoszyły natychmiast powietrznego bandytę, ktory oderwał się od ziemi przy drodze koło sadu i odfrunął. Kury, prowadzone przez uciekającego najżwawiej i rozwrzeszczanego szefa ewakuowały się gromadnie z pastwiska i ukryły czym prędzej w różnych zakamarkach. Tak, że już po chwili żadnej nie było widać na podwórzu.
Poszłam sprawdzić (włożywszy przedtem kapcie wyjściowe) i znalazłam kilka piórek wyszarpanych z zielononożnego kogutka, a sąsiadki stojące przy płocie opowiadały mi z daleka, jak to "ten, wiadomo co" wylądował, a one krzyczały, żeby go spłoszyć, ale dopiero pies go odgonił.
Wróciłam do domu, a tam na progu, w otwartych drzwiach na taras stała niedoszła ofiara drapieżcy, kogutek średniak, tak zszokowany, że chętnie by się chyba do mnie przytulił, w każdym razie przynajmniej może posiedział sobie ze mną przy komputerze.
Kiedy już go miałam wziąć do ręki ocknął się z transu i wziął nogi za pas.
Nie był to koniec dnia. Kurza kostusia po prostu zasadziła się na nasze obejście.
Podczas zamykania kóz w boksach Zofija otworzyła uderzeniem rogów wejście od swojego, Ania zatrzasnęła je mocno i przy okazji trafiła w głowę przebywającą tam dorosłą nioskę, brązową, trzylatkę. Ta poczuła się z miejsca nieswojo... Tu trzeba wyjaśnić, że zachowywała się podobnie już jakiś niedawny czas temu. Czym zwróciła naszą uwagę. Towarzyszyło temu zniesienie jaja bez skorupki. Znaczy - zaczyna być smutna. Bo ma poważny defekt. No, to teraz od walnięcia furtką od razu posmutniała na amen.
Decyzja zapadła właściwie od razu.
Po dojeniu, o nadchodzącym zmierzchu, gdy grzeczne kury już powinny wejść na grzędy, ale były niegrzeczne i rozlazły się jeszcze po obejściu, krogulec znowu zaatakował... Nie najadł się dzisiaj najwyraźniej i nie chciał odpuścić. Znów alarm koguta wywołał nas na dwór i psy spłoszyły rozbójnika. Znów odleciał znad kogutka zielonożnego. Bo znów nie zdołał go dopaść.
Zostawiłam psy na dworze, poczekałam, aż kury wejdą do kurnika i z latarką w ręku wyciągnęłam smutną kurę (skrytą w kącie pod grzędami) na dwór. Zjeżyła się ze strachu, gdy ją wzięłam do ręki, ale tylko przez chwilę.
Ania w tym czasie przygotowała miejsce i siekierę.
Zanim zdążyłam skończyć zmawiać pacierz kura już przeszła na drugą stronę.
Dorodna, zdrowa. Będą z niej co najmniej dwa sute rosoły.
27 sierpnia 2011
Stan obejścia
Upał od wczoraj, nie wysypiam się z tego powodu.
Ubyło jeszcze jednego kurczaczka z maluchów, jest teraz sześć.
Gusia nabrała dawnej werwy i zaczyna trenować odlatywanie. To zabawny widok na podwórzu, startującego na rozbiegu samolotu, choć przy tym osypuje się jeszcze puchem i nie wszystkie lotki są już wykształcone.
Wciąż jeszcze przerabiam pomidory na przeciery. Nastawiłam nalewki i zrobiłam dwie butelki soku z czeremchy. Lekko gorzkawy, ale słodki, z nutą wiśniową w tle. Można polubić, bo nie otrząsa kwachem, jak np. soki z porzeczek. Poeksperymentuję jeszcze i dodam następnym razem winogron, powinno to usunąć goryczkę. Ania nazbierała dzisiaj owoców dzikiego bzu, również na sok.
W tym roku jabłek w sadzie na lekarstwo, spady załatwiają w całości kozy, ale za to zapasy innych soków są równie bogate, jak w zeszłym stanowiły jabłkowe. Jest sok malinowy, z czarnej porzeczki, czeremchowy i będzie z czarnego bzu.
W piwniczce zewnętrznej prace nie posunęły się ani o jotę. Majster oczywiście zajęty innymi pracami. I poradziłyśmy sobie inaczej. Sklepiszcze ma zresztą mieszkańców. Na razie gryzoni nie zauważyłam, już posadzka je przystopowała, ale bywają czarne ślimaki bez skorupek, pomrowami zwane i polująca na nie... ropucha szara. Odkąd się ujawniła, wysiadując bardzo często na stopniach schodów prowadzących w głąb piwnicy stąpam z wielką ostrożnością, aby nie rozdeptać jej przypadkiem, jak suchy liść, który do złudzenia przypomina. W sumie cieszę się, że tam mieszka i dba o równowagę ekologiczną wewnątrz naszego schronu.
Ubyło jeszcze jednego kurczaczka z maluchów, jest teraz sześć.
Gusia nabrała dawnej werwy i zaczyna trenować odlatywanie. To zabawny widok na podwórzu, startującego na rozbiegu samolotu, choć przy tym osypuje się jeszcze puchem i nie wszystkie lotki są już wykształcone.
Wciąż jeszcze przerabiam pomidory na przeciery. Nastawiłam nalewki i zrobiłam dwie butelki soku z czeremchy. Lekko gorzkawy, ale słodki, z nutą wiśniową w tle. Można polubić, bo nie otrząsa kwachem, jak np. soki z porzeczek. Poeksperymentuję jeszcze i dodam następnym razem winogron, powinno to usunąć goryczkę. Ania nazbierała dzisiaj owoców dzikiego bzu, również na sok.
W tym roku jabłek w sadzie na lekarstwo, spady załatwiają w całości kozy, ale za to zapasy innych soków są równie bogate, jak w zeszłym stanowiły jabłkowe. Jest sok malinowy, z czarnej porzeczki, czeremchowy i będzie z czarnego bzu.
W piwniczce zewnętrznej prace nie posunęły się ani o jotę. Majster oczywiście zajęty innymi pracami. I poradziłyśmy sobie inaczej. Sklepiszcze ma zresztą mieszkańców. Na razie gryzoni nie zauważyłam, już posadzka je przystopowała, ale bywają czarne ślimaki bez skorupek, pomrowami zwane i polująca na nie... ropucha szara. Odkąd się ujawniła, wysiadując bardzo często na stopniach schodów prowadzących w głąb piwnicy stąpam z wielką ostrożnością, aby nie rozdeptać jej przypadkiem, jak suchy liść, który do złudzenia przypomina. W sumie cieszę się, że tam mieszka i dba o równowagę ekologiczną wewnątrz naszego schronu.
25 sierpnia 2011
Co i jak
Przedwczoraj ciemnym wieczorem nad lasem, z zachodu sunęła na wschód srebrzyście błyszcząca... gwiazda, równą prostą linią, jak samolot.
- O, gwiazda leci - zauważył znajomy - jaka błyszcząca i duża!
- Leci jak samolot, ale świeci jakoś inaczej - stwierdziłam. Jako ekspertka, ale teraz już słabo widząca, od patrzenia w niebo.
Zaraz ruszyły mniejsze, i znajdujące się o wiele wyżej dwie gwiazdy, lecąc jakby ku sobie z naprzeciwka podobną trajektorią.
- Satelity? - zastanowiłam się - ale dlaczego najpierw stały na niebie, a teraz nagle lecą? i to całkiem szybko?
- Może to UFO? - zaśmiał się znajomy i patrzył zafascynowany na trzy poruszające się żywo po niebie światełka, aż ta najjaśniejsza zniknęła za koronami drzew na wschodzie. Obserwował niedawno spadające perseidy i jakoś teraz mniej nim ten widok wstrząsnął. Niebo było rozjarzone od Drogi Mlecznej. Sierpniowe.
I biała mgła snująca się nisko i rozlegle znad pól.
Dzisiaj, po całym dniu spędzonym na korekcie książki, ruszyłam w towarzystwie kóz w czemszynę na naszym ugorze na zbiór dojrzałych już owoców "czarnej wiśni". Zerwałam wiadereczko. Zaraz część poszła na zimową nalewkę, a reszta trafi do sokownika. Ania zaś wdrapała się na jedyne na wiosce drzewo jarzębinowe, rosnące przy kapliczce na końcu i nazbierała trochę kiści. Na jarzębiak.
- O, gwiazda leci - zauważył znajomy - jaka błyszcząca i duża!
- Leci jak samolot, ale świeci jakoś inaczej - stwierdziłam. Jako ekspertka, ale teraz już słabo widząca, od patrzenia w niebo.
Zaraz ruszyły mniejsze, i znajdujące się o wiele wyżej dwie gwiazdy, lecąc jakby ku sobie z naprzeciwka podobną trajektorią.
- Satelity? - zastanowiłam się - ale dlaczego najpierw stały na niebie, a teraz nagle lecą? i to całkiem szybko?
- Może to UFO? - zaśmiał się znajomy i patrzył zafascynowany na trzy poruszające się żywo po niebie światełka, aż ta najjaśniejsza zniknęła za koronami drzew na wschodzie. Obserwował niedawno spadające perseidy i jakoś teraz mniej nim ten widok wstrząsnął. Niebo było rozjarzone od Drogi Mlecznej. Sierpniowe.
I biała mgła snująca się nisko i rozlegle znad pól.
Dzisiaj, po całym dniu spędzonym na korekcie książki, ruszyłam w towarzystwie kóz w czemszynę na naszym ugorze na zbiór dojrzałych już owoców "czarnej wiśni". Zerwałam wiadereczko. Zaraz część poszła na zimową nalewkę, a reszta trafi do sokownika. Ania zaś wdrapała się na jedyne na wiosce drzewo jarzębinowe, rosnące przy kapliczce na końcu i nazbierała trochę kiści. Na jarzębiak.
Subskrybuj:
Posty (Atom)