U was pewnie padało. U nas nic, bo tych kilku kropel rosy przez 10 minut pewnego poranka nie ma co liczyć, nawet śladu na piasku nie zostawiły. Czyli od ponad miesiąca susza. Dobrze, że się ochłodziło, wiatr ucichł i często chmury zasłaniają słońce. Dzięki temu bliskość lasu utrzymuje dłużej wokół mokrą rosę, która odżywia trawę i roślinność. Niemniej pastwisko wygląda żałośnie i wciąż czeka na zmiłowanie. Trawa wegetuje zaledwie i nie ma stosownej porcji dżdżu, który by napoił korzenie.
Śliwy, dzikie grusze, czeremcha i porzeczki już przekwitły. W sadzie kwitną dwie jabłonie, które to robią co roku, nawet obficie.
Codziennie spędzamy trochę czasu w ogródku przydomowym, organizując grządki. Większość już zasianych. Kilka przykrytych włókniną, a nad kilkoma zbudowałyśmy z wygiętych rurek pcv rusztowanie, nakryte włókniną imitują tunele foliowe. Dzięki temu to, co już kiełkuje i wzrasta, ma przestrzeń do rozwinięcia liści i łodyg. Na razie co prawda to dopiero szczypior, szpinak i powolutku rzodkiewka, ale już pierwsza sałatka z użyciem szczypioru miała miejsce. Jako dodatek do twarożku koziego z olejem lnianym.
Bo już kilkoro dzieciaków zostało odstawionych od matek i co rano doimy kilka kóz. Daje to raptem 4-5 litrów mleka, ale to całkowicie starcza na nasze prywatne potrzeby wiosenne: twaróg, serek podpuszczkowo-twarogowy, jogurt. Niewielkie ilości serwatki idą czasem do szejków owocowych albo warzywnych, które jakiś czas temu wdrożyłyśmy w codzienną dietę. W rezultacie brakuje nam gąb do jedzenia! Bo ile można zmieścić.
Mnie wystarczają dwa posiłki dziennie, z odpowiednią ilością białka (teraz głównie to jaja, albo serki i kwaśne mleko, choć czasem zastępuje je rosół kolagenowy), tłuszczu (masło, olej lniany, oliwa z oliwek albo smalec ze słoniny) i węglowodanów czerpanych z warzyw (czyli dojadam ostatnie dynie w różnej postaci, czasem ziemniak, marchew, rzepka, buraki, ogórki, cebula i czosnek). Ryż, jagły albo kasza gryczana są rzadkością na stole. Dodatkowy szejk ze świeżej zielonej pokrzywy i jabłka na wodzie, albo z zeszłorocznych jagód lub porzeczek na serwatce to już niekiedy przesada dla brzucha. Prawdą jest, że dieta optymalna powoduje stałą sytość, rzadką potrzebę jedzenia i niezawracanie sobie nim głowy w ciągu dnia.
Poza tym na podwórze zjechały wczoraj dwie fury drewna. Po raz pierwszy kupionego. Zwiększa to koszty opałowe, ale do sumy, która i tak dla przeciętnego mieszkańca Polski może wydać się śmiesznie niska, wręcz nieprawdopodobna. I tak oszczędzamy na samodzielnym cięciu, bo to dodatkowy spory koszt, liczący się właściwie w dwójnasób.
Noce są zimne, czasem przepalamy jeszcze w piecu ścianowym wieczorem, choć zazwyczaj starcza ogrzanie ścianki grzewczej od kuchni kaflowej, podczas gotowania obiadu. Na szczęście przymrozki, jak na razie nas omijają.
Ponadto koziarnia została wreszcie oczyszczona z obornika całkowicie, urobek wywieziony do ogrodu permakulturowego, gdzie czeka na solidny deszcz, bo w takim stanie nie nadaje się do zasiewu. Trudno, zaczekamy. Nie ma innego wyjścia.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
8 maja 2019
25 kwietnia 2019
Sucho i kwaśno
Wiosna rozwija u nas dopiero pąki. Suchy wiatr saharyjski wzniecił miejscowe kurze i pyły z polnych dróg i z wydmy, na której mieszkamy. I z której kury pracowicie wydziobały wszelki listeczek, stąd pustynia wcale mi nie obca, nawet w pobliżu białowieskiej puszczy. Piasek zgrzytał w zębach, a jakże, zwłaszcza, że nas na pierwsze prace w obejściu wzięło. Wywózkę obornika, na razie o własnych siłach głównie do ogródka przy domu, sadzanie indyczek na jajach i łatanie ogrodzeń.
Rozkwita śliwa węgierka i czeremcha przy domu. Z wolna budujemy grządki i systematycznie je zasiewamy tym i owym, okrywając je potem włókniną, chroniąca przed drapieżnymi kurami.
Chińska numerologia, do której nieco wróciłam ostatnio, twierdzi, że obecny rok jest rokiem żywiołu ognia. Co nieco się w tym względzie wydarzyło w Europie, jak wiemy z mediów, a nasz rząd radośnie rozgłasza, że właśnie ma powód wycinki starodrzewia i puszcz, w tym znów ostrzy sobie zęby na naszą Puszczę. Trzeba modlić się o deszcz. Niniejszym mobilizuję wszelkie nieliczne już niestety potomstwo dawnych słowiańskich płanetników, ponieważ moc sterowania pogodą przechodzi ponoć genetycznie w rodzinie. Przypomnijcie sobie swoją sztukę tajemną i działajcie w skupieniu! Niech moc będzie z wami.
Wielkanoc dzięki Bogu przeszła spokojnie. Kapkę wcześniej udało nam się przygotować z zapasów zeszłorocznego mięsiwa kiełbasę, jakieś 7 kilogramów. Nie wędzimy jej, ot, zaparzam ją najwyżej i zjadamy w białej postaci.
Przyrządziłam także zakwas na barszcz, jak mi poradziła Czytelniczka niniejszego bloga, z mąki gryczanej, a nie pszennej czy żytniej. Co istotne jest dla bezglutenowców takich, jak ja. Udał się jak najbardziej. Zupa wyszła i smakowała. Więc za dobrą radę serdecznie dziękuję!
Składniki:
5 łyżek mąki gryczanej
szklanka wody przegotowanej (jeśli ktoś wierzy, że ma w kranie zdrojową wodę, to może być kranowa)
liść laurowy (chroni od pleśni)
2 łyżki wody z ogórków bądź łyżka naturalnie kwaśnego mleka (jak ktoś taki szczęśliwy i bogaty, że takim dysponuje)
Składniki mieszamy najlepiej w glinianym garnuszku, pozostawiając je na kilka dni pod nieścisłym przykryciem w ciepłym miejscu kuchni. Klasycznie stawia się taki garnuszek na ciepłym piecu kuchennym, którego kafle trzymają długo temperaturę.
Po trzech czterech dniach, a gdy ciepło sezonowe wzrośnie to i częściej, mamy odpowiednią ilość do ugotowania zalewajki. Z kilkoma grzybkami suszonymi i ziemniaczkami, z zapieczoną na płycie połówką cebuli i posiekanym drobno ząbkiem czosnku. Z dodatkiem białej kiełbaski domowej roboty i połówki jaja na twardo miałam wreszcie prawdziwie wielkanocny posiłek.
Po zużyciu porcji nie myjemy garnuszka, ale zaprawiamy kolejną dawkę mąki gryczanej z wodą. Co prawda, potrzeba częściej sztucznego zakwaszacza, czyli wody z kiszonki czy mleka kwaśnego, ale na drugi raz wystarczą jeszcze resztki z poprzedniego nastawu.
Rozkwita śliwa węgierka i czeremcha przy domu. Z wolna budujemy grządki i systematycznie je zasiewamy tym i owym, okrywając je potem włókniną, chroniąca przed drapieżnymi kurami.
Chińska numerologia, do której nieco wróciłam ostatnio, twierdzi, że obecny rok jest rokiem żywiołu ognia. Co nieco się w tym względzie wydarzyło w Europie, jak wiemy z mediów, a nasz rząd radośnie rozgłasza, że właśnie ma powód wycinki starodrzewia i puszcz, w tym znów ostrzy sobie zęby na naszą Puszczę. Trzeba modlić się o deszcz. Niniejszym mobilizuję wszelkie nieliczne już niestety potomstwo dawnych słowiańskich płanetników, ponieważ moc sterowania pogodą przechodzi ponoć genetycznie w rodzinie. Przypomnijcie sobie swoją sztukę tajemną i działajcie w skupieniu! Niech moc będzie z wami.
Wielkanoc dzięki Bogu przeszła spokojnie. Kapkę wcześniej udało nam się przygotować z zapasów zeszłorocznego mięsiwa kiełbasę, jakieś 7 kilogramów. Nie wędzimy jej, ot, zaparzam ją najwyżej i zjadamy w białej postaci.
Przyrządziłam także zakwas na barszcz, jak mi poradziła Czytelniczka niniejszego bloga, z mąki gryczanej, a nie pszennej czy żytniej. Co istotne jest dla bezglutenowców takich, jak ja. Udał się jak najbardziej. Zupa wyszła i smakowała. Więc za dobrą radę serdecznie dziękuję!
Bezglutenowy zakwas do zalewajki
Składniki:
5 łyżek mąki gryczanej
szklanka wody przegotowanej (jeśli ktoś wierzy, że ma w kranie zdrojową wodę, to może być kranowa)
liść laurowy (chroni od pleśni)
2 łyżki wody z ogórków bądź łyżka naturalnie kwaśnego mleka (jak ktoś taki szczęśliwy i bogaty, że takim dysponuje)
Składniki mieszamy najlepiej w glinianym garnuszku, pozostawiając je na kilka dni pod nieścisłym przykryciem w ciepłym miejscu kuchni. Klasycznie stawia się taki garnuszek na ciepłym piecu kuchennym, którego kafle trzymają długo temperaturę.
Po trzech czterech dniach, a gdy ciepło sezonowe wzrośnie to i częściej, mamy odpowiednią ilość do ugotowania zalewajki. Z kilkoma grzybkami suszonymi i ziemniaczkami, z zapieczoną na płycie połówką cebuli i posiekanym drobno ząbkiem czosnku. Z dodatkiem białej kiełbaski domowej roboty i połówki jaja na twardo miałam wreszcie prawdziwie wielkanocny posiłek.
Po zużyciu porcji nie myjemy garnuszka, ale zaprawiamy kolejną dawkę mąki gryczanej z wodą. Co prawda, potrzeba częściej sztucznego zakwaszacza, czyli wody z kiszonki czy mleka kwaśnego, ale na drugi raz wystarczą jeszcze resztki z poprzedniego nastawu.
28 marca 2019
Dieta diet
Dieta dietę dietą pogania. Taki mam wniosek po spędzeniu wielu godzin na poszukiwaniu miarodajnych informacji o wymienionej tematyce. Dietetyk dietetykowi wrogiem. Nauka (a raczej naukowcy) służy koncernom żywieniowym do naganiania sobie klientów, skutecznie otumanionych propagandą internetową i nie tylko. Każda sroczka swój ogonek chwali.
Lekarze recytują jedno. Dietetycy co innego. A dietetyczne sekty jeszcze co innego. Każdy za dowód mając doświadczenia na szczurach i myszach robione. I ponoć na ludziach też, tylko w żadnym artykule propagandowym nie znajdzie się informacji jakim kryteriom poddawane były owe doświadczalne króliki. Jeśli smalec wg wielu powoduje sklerozę, to czy badano to na ludziach, którzy tylko tłuszcze i białko jedli, unikając węglowodanów, czy może wpierdzielali i tłuste i słodko-mączyste (co na logikę biorąc, tak własnie miało miejsce). I z tego klątwa padła na tłuszcz, a nie na słodkie. A poza tym ile czasu poświęcono na taki eksperyment.
Albo, czy badani pod kątem szkodliwości mleka spożywali mleko od krów pasionych na łące, czy z ferm zamkniętych i ras modyfikowanych, pasteryzowane czy niepasteryzowane, albo czy sprawdzano skutki picia mleka krowiego tak samo jak koziego, owczego czy bawolego chociażby? I czy byli to ludzie wychowani na mlecznej diecie z tradycyjnej wioski, cz\y może mieszkańcy Nowego Jorku, którzy krowy często na oczy nie widzieli.
Jakakolwiek próba rzeczowej rozmowy z ludźmi np. na fejsie od razu burzy krew. Każdy ma swoją dietę za jedyną cudowną i najwłaściwszą. Weganie są zdrowi, nie chorują na raka, szczęśliwi, łagodni i dobrzy. Wszystko ponoć, albo do czasu. Wszelkie zaprzeczające informacje ostro cenzurują i bombardują krzykiem zbiorowego oburzenia wobec każdego, kto publicznie przyzna, że mu ta dieta w dłuższym okresie czasu zaszkodziła, i to poważnie. A może zaszkodzić. Nie tylko powodując to, co każdy widzi. Weganina poznasz po beztłuszczowym chudym ciałku, pałających dziwnym blaskiem oczach i ziemistej cerze, skórze podatnej na alergiczne wypryski, oraz wątpliwym pięknie resztek mięśni w skórzanym woreczku obkurczonym na szkielecie jak na wieszaku. Jedzenie nisko tłuszczowe grozi także zmianami w mózgu, przyspieszeniem czy ujawnieniem się takich schorzeń jak stwardnienie rozsiane chociażby. Ale tu już głos oponentów się podnosi, którzy uważają, że paliwem dla mózgu jest glukoza (a zatem cukier i węglowodany), a nie tłuszcz.
Z kolei zwolennicy diety ketogenicznej są podjarani, mocno wysportowani, często umięśnieni i gadają jak najęci. Miast alkoholu podkręcają się kawą kuloodporną, czyli z dodatkiem masła i oleju kokosowego. Przynajmniej na filmikach propagujących tę dietę tak się prezentują, bo w życiu żadnego ketomaniaka nie spotkałam. Z trudem przebija się informacja, że to dieta lecznicza dla osób mających padaczkę i podobne problemy neuronalne. Czyli jednak tłuszcze poprawiają pracę mózgu, a nie osłabiają.
Chorym na Haschimoto i problemy tarczycowe zaleca się dietę niskotłuszczową i najlepiej wegańską, lub zbliżoną. Z podkreśleniem produktów nieprzetworzonych i ekologicznie wyrosłych.
Ja sama eksperymentuję z dietami od kilku lat. I nieco się miotam w odkrywaniu tego, co mi szkodzi, a co sprzyja. Nie dowierzam żadnym twierdzeniom, o ile nie odczuję poprawy. Fakt jest taki, że gdy człowiek przekracza pięćdziesiątkę winien zmienić sposób odżywiania się dość radykalnie. Wtedy wegetarianizm czy nawet weganizm powinien wesprzeć siły żywotne i zdjąć z organizmu ciężar przetwarzania substancji potrzebnych już w o wiele mniejszych ilościach. A takimi najczęściej są dania mączne i słodkie. Tworzące zbędny balast kilogramów i blokujące system krwionośny, a zatem powodujące zatory, zawały i miażdżycę. Przy okazji rezygnacji z ciast, makaronów, pierogów, pączków, kremów, chleba i bułeczek u kobiet zaczyna lepiej pracować tarczyca, a to bardzo ważne w okresie przejściowym. Diametralna zmiana diety (na jakąkolwiek inną!) powoduje zbawienny szok dla organizmu, który przechodzi na inny tryb pracy i często usuwa przy okazji wieloletnie przyczyny różnych chronicznych przypadłości.
Właśnie, co do owej tarczycy, odkryłam wreszcie wszystko, co powodowało moje dolegliwości, także brzuszne. Bo mało kto wie, że niepokoje hormonów tarczycowych prowadzą do silnych zaburzeń trawiennych. I dlatego też odpowiednią dietą można je uspokoić.
Metodą eliminacji produktów, niczym innym, doszłam do tego sama.
Szkodliwy okazał się nie tylko gluten. Po jego całkowitej eliminacji okazało się, że reaguję źle także na produkty zawierające syrop glukozowo-fruktozowy, wytwór technologii żywieniowej, całkowicie nienaturalny. Po rezygnacji także z lodów, keczupów i sklepowych napojów, gdzie jest ów syrop radośnie dodawany poczułam się o wiele lepiej. Wtedy jednak okazało się, że dolegliwości powracają co jakiś czas i musi być jeszcze jakiś powód. W tym roku wreszcie odkryłam, że szkodzą mi również strączkowe. Precz poszedł więc zielony groszek, groch i fasola.
Zafundowałam sobie dwa tygodnie beztłuszczowej wegańskiej diety, z jednym posiłkiem dziennie, zakończonej czyszczeniem wątroby metodą Moritza. Przy której odkryłam, że moja wątroba już wcześniej rozpoczęła usuwanie kamieni żółciowych, a to dzięki piciu codziennie soku jabłkowego, od jesieni. I co jakiś czas to robi, nawet bez zażywania soli gorzkiej, przez co pod tym kątem czuję się znacznie lepiej.
Poszukiwania w internecie odkryły mi także informację, że przy zaburzeniach typu Haschimoto szkodzi własnie gluten, strączkowe i olej rzepakowy! A tu cię mam zatem, ostatnia moja zmoro!
Na czym więc stanęłam? Przesłuchując różnych dieto-guru natknęłam się na wypowiedzi dra Kwaśniewskiego. Który swoich zaleceń wcale z sufitu nie wyciągnął, lecz oparł był na badaniach radzieckich lekarzy z czasów wojenno-powojennych. I tu mi się lampka zapaliła. Lekarze owi bowiem mieli dostęp do ludzi, którzy przeżyli długotrwały głód, czy to podczas oblężenia Leningradu, czy wyzwolonych z obozów koncentracyjnych, czy - choć tego oficjalnie nie przyznawano, bo po cóż - więzionych w gułagach. Nie robili zatem wątpliwych eksperymentów na szczurach i myszkach laboratoryjnych, jak współcześni lekarze, lecz obserwowali różne i konkretne skutki działania pokarmów na ludziach stojących praktycznie na krawędzi śmierci. Obserwacje na dużej ilości ofiar, którym podawano różnego rodzaju pokarm, przy wychodzeniu z wygłodzenia, zgromadzono i z pewnością dokładnie przeanalizowano. Cała współczesna reszta, dostępna w sieci, głosząca to i tamto wydaje się przy tej wiedzy twórczością fantastyczno-naukową. Niestety.
Po dwóch tygodniach żałowania sobie tłuszczu i białka oraz akcji oczyszczającej, zastosowałam radę rosyjskiego uzdrawiacza, osiadłego w Polsce, pana Haretskiego, który uważa, że po takim oczyszczeniu zjeść należy tłusty bulion na nóżkach wieprzowych. Zaaplikowałam sobie zatem rosół z domowego indyka, w wolnowarze wiele godzin warzony, z którego wypłynęła prawie centymetrowa warstwa tłuszczu. I dopiero poczułam ulgę. Żadnych rewelacji ani buntów ze strony pęcherzyka żółciowego naprawdę nie było!
A co mówią lekarze? Cytuję:
Z diety należy całkowicie wyeliminować: smalec, słoninę, boczek. Wyklucza się także żółtko jaj, które może powodować silne skurcze pęcherzyka żółciowego.
Boczek pieczony był następnym moim wymarzonym daniem, którego sobie nie poskąpiłam. Co do żółtka, to uwielbiam, na śniadanie albo na obiad jajko sadzone (na słonince) albo jajko gotowane w koszulce. Żadnych sensacji nie ma.
Być może jeszcze się przejadę, i rację będą mieli wrogowie diety optymalnej. Trudno, odszczekam. Na razie jednak czuję się lepiej, niż wcześniej. Co prawda do końca ona optymalna nie jest, bo jej twórca obrzydzeniem pała do jabłek i soków owocowych, jak również do miodu. Otóż od czasu do czasu, tak raz na miesiąc zjadam łyżeczkę miodu. A z dobroczynnych właściwości jabłek w każdej postaci skwapliwie korzystam. Niemniej większość zaleceń całkiem bezwiednie stosuję. Po prostu kierując się instynktem (apetytem) i tym, co mi nie szkodzi.
Choć wiem także, że to nie koniec dążenia do zachowania zdrowia. Czas na leczniczą gimnastykę i ruch na świeżym powietrzu!
Lekarze recytują jedno. Dietetycy co innego. A dietetyczne sekty jeszcze co innego. Każdy za dowód mając doświadczenia na szczurach i myszach robione. I ponoć na ludziach też, tylko w żadnym artykule propagandowym nie znajdzie się informacji jakim kryteriom poddawane były owe doświadczalne króliki. Jeśli smalec wg wielu powoduje sklerozę, to czy badano to na ludziach, którzy tylko tłuszcze i białko jedli, unikając węglowodanów, czy może wpierdzielali i tłuste i słodko-mączyste (co na logikę biorąc, tak własnie miało miejsce). I z tego klątwa padła na tłuszcz, a nie na słodkie. A poza tym ile czasu poświęcono na taki eksperyment.
Albo, czy badani pod kątem szkodliwości mleka spożywali mleko od krów pasionych na łące, czy z ferm zamkniętych i ras modyfikowanych, pasteryzowane czy niepasteryzowane, albo czy sprawdzano skutki picia mleka krowiego tak samo jak koziego, owczego czy bawolego chociażby? I czy byli to ludzie wychowani na mlecznej diecie z tradycyjnej wioski, cz\y może mieszkańcy Nowego Jorku, którzy krowy często na oczy nie widzieli.
Jakakolwiek próba rzeczowej rozmowy z ludźmi np. na fejsie od razu burzy krew. Każdy ma swoją dietę za jedyną cudowną i najwłaściwszą. Weganie są zdrowi, nie chorują na raka, szczęśliwi, łagodni i dobrzy. Wszystko ponoć, albo do czasu. Wszelkie zaprzeczające informacje ostro cenzurują i bombardują krzykiem zbiorowego oburzenia wobec każdego, kto publicznie przyzna, że mu ta dieta w dłuższym okresie czasu zaszkodziła, i to poważnie. A może zaszkodzić. Nie tylko powodując to, co każdy widzi. Weganina poznasz po beztłuszczowym chudym ciałku, pałających dziwnym blaskiem oczach i ziemistej cerze, skórze podatnej na alergiczne wypryski, oraz wątpliwym pięknie resztek mięśni w skórzanym woreczku obkurczonym na szkielecie jak na wieszaku. Jedzenie nisko tłuszczowe grozi także zmianami w mózgu, przyspieszeniem czy ujawnieniem się takich schorzeń jak stwardnienie rozsiane chociażby. Ale tu już głos oponentów się podnosi, którzy uważają, że paliwem dla mózgu jest glukoza (a zatem cukier i węglowodany), a nie tłuszcz.
Z kolei zwolennicy diety ketogenicznej są podjarani, mocno wysportowani, często umięśnieni i gadają jak najęci. Miast alkoholu podkręcają się kawą kuloodporną, czyli z dodatkiem masła i oleju kokosowego. Przynajmniej na filmikach propagujących tę dietę tak się prezentują, bo w życiu żadnego ketomaniaka nie spotkałam. Z trudem przebija się informacja, że to dieta lecznicza dla osób mających padaczkę i podobne problemy neuronalne. Czyli jednak tłuszcze poprawiają pracę mózgu, a nie osłabiają.
Chorym na Haschimoto i problemy tarczycowe zaleca się dietę niskotłuszczową i najlepiej wegańską, lub zbliżoną. Z podkreśleniem produktów nieprzetworzonych i ekologicznie wyrosłych.
Ja sama eksperymentuję z dietami od kilku lat. I nieco się miotam w odkrywaniu tego, co mi szkodzi, a co sprzyja. Nie dowierzam żadnym twierdzeniom, o ile nie odczuję poprawy. Fakt jest taki, że gdy człowiek przekracza pięćdziesiątkę winien zmienić sposób odżywiania się dość radykalnie. Wtedy wegetarianizm czy nawet weganizm powinien wesprzeć siły żywotne i zdjąć z organizmu ciężar przetwarzania substancji potrzebnych już w o wiele mniejszych ilościach. A takimi najczęściej są dania mączne i słodkie. Tworzące zbędny balast kilogramów i blokujące system krwionośny, a zatem powodujące zatory, zawały i miażdżycę. Przy okazji rezygnacji z ciast, makaronów, pierogów, pączków, kremów, chleba i bułeczek u kobiet zaczyna lepiej pracować tarczyca, a to bardzo ważne w okresie przejściowym. Diametralna zmiana diety (na jakąkolwiek inną!) powoduje zbawienny szok dla organizmu, który przechodzi na inny tryb pracy i często usuwa przy okazji wieloletnie przyczyny różnych chronicznych przypadłości.
Właśnie, co do owej tarczycy, odkryłam wreszcie wszystko, co powodowało moje dolegliwości, także brzuszne. Bo mało kto wie, że niepokoje hormonów tarczycowych prowadzą do silnych zaburzeń trawiennych. I dlatego też odpowiednią dietą można je uspokoić.
Metodą eliminacji produktów, niczym innym, doszłam do tego sama.
Szkodliwy okazał się nie tylko gluten. Po jego całkowitej eliminacji okazało się, że reaguję źle także na produkty zawierające syrop glukozowo-fruktozowy, wytwór technologii żywieniowej, całkowicie nienaturalny. Po rezygnacji także z lodów, keczupów i sklepowych napojów, gdzie jest ów syrop radośnie dodawany poczułam się o wiele lepiej. Wtedy jednak okazało się, że dolegliwości powracają co jakiś czas i musi być jeszcze jakiś powód. W tym roku wreszcie odkryłam, że szkodzą mi również strączkowe. Precz poszedł więc zielony groszek, groch i fasola.
Zafundowałam sobie dwa tygodnie beztłuszczowej wegańskiej diety, z jednym posiłkiem dziennie, zakończonej czyszczeniem wątroby metodą Moritza. Przy której odkryłam, że moja wątroba już wcześniej rozpoczęła usuwanie kamieni żółciowych, a to dzięki piciu codziennie soku jabłkowego, od jesieni. I co jakiś czas to robi, nawet bez zażywania soli gorzkiej, przez co pod tym kątem czuję się znacznie lepiej.
Poszukiwania w internecie odkryły mi także informację, że przy zaburzeniach typu Haschimoto szkodzi własnie gluten, strączkowe i olej rzepakowy! A tu cię mam zatem, ostatnia moja zmoro!
Na czym więc stanęłam? Przesłuchując różnych dieto-guru natknęłam się na wypowiedzi dra Kwaśniewskiego. Który swoich zaleceń wcale z sufitu nie wyciągnął, lecz oparł był na badaniach radzieckich lekarzy z czasów wojenno-powojennych. I tu mi się lampka zapaliła. Lekarze owi bowiem mieli dostęp do ludzi, którzy przeżyli długotrwały głód, czy to podczas oblężenia Leningradu, czy wyzwolonych z obozów koncentracyjnych, czy - choć tego oficjalnie nie przyznawano, bo po cóż - więzionych w gułagach. Nie robili zatem wątpliwych eksperymentów na szczurach i myszkach laboratoryjnych, jak współcześni lekarze, lecz obserwowali różne i konkretne skutki działania pokarmów na ludziach stojących praktycznie na krawędzi śmierci. Obserwacje na dużej ilości ofiar, którym podawano różnego rodzaju pokarm, przy wychodzeniu z wygłodzenia, zgromadzono i z pewnością dokładnie przeanalizowano. Cała współczesna reszta, dostępna w sieci, głosząca to i tamto wydaje się przy tej wiedzy twórczością fantastyczno-naukową. Niestety.
Po dwóch tygodniach żałowania sobie tłuszczu i białka oraz akcji oczyszczającej, zastosowałam radę rosyjskiego uzdrawiacza, osiadłego w Polsce, pana Haretskiego, który uważa, że po takim oczyszczeniu zjeść należy tłusty bulion na nóżkach wieprzowych. Zaaplikowałam sobie zatem rosół z domowego indyka, w wolnowarze wiele godzin warzony, z którego wypłynęła prawie centymetrowa warstwa tłuszczu. I dopiero poczułam ulgę. Żadnych rewelacji ani buntów ze strony pęcherzyka żółciowego naprawdę nie było!
A co mówią lekarze? Cytuję:
Z diety należy całkowicie wyeliminować: smalec, słoninę, boczek. Wyklucza się także żółtko jaj, które może powodować silne skurcze pęcherzyka żółciowego.
Boczek pieczony był następnym moim wymarzonym daniem, którego sobie nie poskąpiłam. Co do żółtka, to uwielbiam, na śniadanie albo na obiad jajko sadzone (na słonince) albo jajko gotowane w koszulce. Żadnych sensacji nie ma.
Być może jeszcze się przejadę, i rację będą mieli wrogowie diety optymalnej. Trudno, odszczekam. Na razie jednak czuję się lepiej, niż wcześniej. Co prawda do końca ona optymalna nie jest, bo jej twórca obrzydzeniem pała do jabłek i soków owocowych, jak również do miodu. Otóż od czasu do czasu, tak raz na miesiąc zjadam łyżeczkę miodu. A z dobroczynnych właściwości jabłek w każdej postaci skwapliwie korzystam. Niemniej większość zaleceń całkiem bezwiednie stosuję. Po prostu kierując się instynktem (apetytem) i tym, co mi nie szkodzi.
Choć wiem także, że to nie koniec dążenia do zachowania zdrowia. Czas na leczniczą gimnastykę i ruch na świeżym powietrzu!
22 marca 2019
Zalewajka, królowa zup
Co prawda, jeść już nie mogę z racji alergii na gluten. Ale śnić i wspominać tak. Zamieszczam z tego powodu przepis na zalewajkę, taki, jaki znam z domu, gdzie jadło się ją często.
Zalewajka
Ukiś barszcz z dwóch-trzech łyżek
mąki żytniej i ciepłej wody. Identycznie do zakwasu chlebowego. W
glinianym garnuszku, postaw z boku płyty kuchennej, gdzie ma zawsze
ciepło i odpowiednio.
Pierwszy barszcz najtrudniej zrobić, bo brak odpowiednich bakterii. To może trwać nawet kilka dni. Na początek więc najlepiej wrzucić kawałek chleba razowego lub żytniego na zakwasie, albo odrobinę kwaśnego zwykłego (sic!) mleka (broń boże kefiru ze sklepu). Gdy skiśnie, poznasz to nieomylnie po zmienionym kwaśnym zapachu.
Pierwszy barszcz najtrudniej zrobić, bo brak odpowiednich bakterii. To może trwać nawet kilka dni. Na początek więc najlepiej wrzucić kawałek chleba razowego lub żytniego na zakwasie, albo odrobinę kwaśnego zwykłego (sic!) mleka (broń boże kefiru ze sklepu). Gdy skiśnie, poznasz to nieomylnie po zmienionym kwaśnym zapachu.
Uwaga, barszcz z sinym wykwitem na powierzchni, specyficznie cuchnący jest nie do użytku, dostały się doń niejadalne bakterie. Może się to zdarzyć właśnie na początku procesu, potem już raczej nie.
Kolejnymi razami postępuj tak: zużywając barszcz do zupy pamiętaj o pozostawieniu odrobiny na dnie. Na tym ukisisz następny barszcz, przy czym może się sprawdzać już mąka pszenna. Ideałem jest, że ma się zawsze "chodzący" barszcz w garnuszku na kuchni, który można zużyć na zalewajkę w dowolnej chwili dnia lub nocy.
Gdy już podstawa istnieje zabieramy się do gotowania. Zupa to wtedy najprostsza i najszybsza w świecie.
Obieramy kilka ziemniaków i kroimy w zupne drobne kawałki. Cięcie na plastry przyjęło się później. Polski lud zawszeć kroił kartofle na ćwierci bądź na ćwierci ćwierci, gdy "wielgie" były. Wrzucamy je na wodę, tyle wody ile zupy potrzebujemy.
Dodajemy liść laurowy, kilka ziaren pieprzu i tyle soli, ile lubimy.
Można wrzucić grzyb suszony oraz koniecznie połówki cebuli podpieczone na płycie kuchennej wcześniej. Kiedy wszystko się zagotuje i kartofle miękkie być zaczną zalewamy je przygotowanym wcześniej barszczem. Wtedy można wrzucić ząbek-dwa czosnku i pogotować jeszcze chwilkę.
Pamiętać należy, aby nie dodać barszczu wtedy, gdy ziemniaki jeszcze są twarde. Wtedy już nie zmiękną bowiem wcale.
Zalewajkę krasi się skwarkami ze
słoniny, czasem z przysmażoną przy okazji pokrojoną cebulką. Z
przypraw lubi pieprz i majeranek, wiosną nać pietruszki.
Niektórzy do kartofli dodają jeszcze seler, pietruszkę i marchewkę (bez pora), ale dla mnie to już udziwnienie.
Zalewajka na bogato to z dodatkiem roztrzepanego w barszczu bądź ugotowanego na twardo jajka (wersja wielkanocna), albo dodanej do zupy kiełbasy, najlepiej białej albo starodawnych parówek (serdelków). Można ją zabielić śmietaną, ale już w talerzu. Podaje się do niej chleb, najlepiej rwąc na kawałki wrzucać go najpierw do zupy i tak zjadać. Wersja absolutnie przepyszna zalewajki może być nazwana zalewajką jesienną. Dodaje się do gotowanych ziemniaków świeże pokrojone na plastry grzyby prosto z lasu (najwspanialej wypadają kurki). Dalej postępuje się jak wyżej.
Na koniec dodam, że zalewajka zaliczana jest w moich stronach (wraz z gęstym krupnikiem, w którym łyżka staje i rosołem z wiejskiej kury) do sprawdzonych zup leczących grypę i przeziębienie. Gorąca, gęsta zalewajka z dużej ilości barszczu ogrzewa dłuższy czas żołądek i zabija buszujące po nim wirusy. Wzmacnia siły, rozgrzewa. O tym pisałam już kiedyś na blogu tutaj.
Niektórzy do kartofli dodają jeszcze seler, pietruszkę i marchewkę (bez pora), ale dla mnie to już udziwnienie.
Zalewajka na bogato to z dodatkiem roztrzepanego w barszczu bądź ugotowanego na twardo jajka (wersja wielkanocna), albo dodanej do zupy kiełbasy, najlepiej białej albo starodawnych parówek (serdelków). Można ją zabielić śmietaną, ale już w talerzu. Podaje się do niej chleb, najlepiej rwąc na kawałki wrzucać go najpierw do zupy i tak zjadać. Wersja absolutnie przepyszna zalewajki może być nazwana zalewajką jesienną. Dodaje się do gotowanych ziemniaków świeże pokrojone na plastry grzyby prosto z lasu (najwspanialej wypadają kurki). Dalej postępuje się jak wyżej.
Na koniec dodam, że zalewajka zaliczana jest w moich stronach (wraz z gęstym krupnikiem, w którym łyżka staje i rosołem z wiejskiej kury) do sprawdzonych zup leczących grypę i przeziębienie. Gorąca, gęsta zalewajka z dużej ilości barszczu ogrzewa dłuższy czas żołądek i zabija buszujące po nim wirusy. Wzmacnia siły, rozgrzewa. O tym pisałam już kiedyś na blogu tutaj.
5 marca 2019
Kamykami w oczy
Problem narastał u mnie od lat. Raz
było lepiej, raz gorzej. W tych gorszych okresach zaczęłam sobie
radzić piciem octu, soku i kompotu jabłkowego. Oraz wyeliminowaniem
z jadłospisu rzeczy mi najbardziej szkodzących. Których jednak z
biegiem czasu zaczęło przybywać, a nie ubywać. Najpierw tylko
kiwi i gluten, potem doszedł syrop glukozowo-fruktozowy, potem
większość grochu i fasoli, w tym zielony groszek, wreszcie nawet
ogórki okazały się podstępne.
Gdy ból pod żebrem nie znikał, a pojawiał się na całe godziny i dni uznałam, że dość tego, muszę coś zrobić. Pozytywne myślenie i eliminacja przyczyn psychologicznych owej przypadłości, czyli tłumiony latami gniew, złośliwość i zgryźliwość przodków, nieprzebaczenie wymagają jeszcze wsparcia fizycznego.
Gdy ból pod żebrem nie znikał, a pojawiał się na całe godziny i dni uznałam, że dość tego, muszę coś zrobić. Pozytywne myślenie i eliminacja przyczyn psychologicznych owej przypadłości, czyli tłumiony latami gniew, złośliwość i zgryźliwość przodków, nieprzebaczenie wymagają jeszcze wsparcia fizycznego.
Od czego internet? Doktor Gógle szybko
znalazł receptę.
Zastosowałam, choć z pewną
modyfikacją.
Przedwiosenna dieta od pełni do nowiu księżyca, tj. 2 tygodnie, a nie tydzień. Czyli jeden posiłek wegański beztłuszczowy dziennie i sok jabłkowy z własnego sadu w poprzednim sezonie przyrządzony pity bez ograniczeń, czasem z domieszką bezcukrowego cydru domowego (nie ze sklepu) dla lekkości bytu. Do tego 2-3 razy dziennie szklaneczka przegotowanej wody z octem jabłkowym własnej roboty.
Jak widać, opłaca się mieć swój sad i przetwarzać owoce! Na koniec gorzka sól, wieczorem i rano zaaplikowana można powiedzieć „w końskiej dawce”. I na osłodę sok z różowego grejpfruta.
I powiem tyle: to naprawdę działa!
Przy dłuższej, niż zalecana diecie i spożywaniu jabłkowych przetworów bez ograniczeń kamienie zaczęły uchodzić już na 3 dni wcześniej same, co wyraźnie dało się odczuć. A na koniec zobaczyć.
Przedwiosenna dieta od pełni do nowiu księżyca, tj. 2 tygodnie, a nie tydzień. Czyli jeden posiłek wegański beztłuszczowy dziennie i sok jabłkowy z własnego sadu w poprzednim sezonie przyrządzony pity bez ograniczeń, czasem z domieszką bezcukrowego cydru domowego (nie ze sklepu) dla lekkości bytu. Do tego 2-3 razy dziennie szklaneczka przegotowanej wody z octem jabłkowym własnej roboty.
Jak widać, opłaca się mieć swój sad i przetwarzać owoce! Na koniec gorzka sól, wieczorem i rano zaaplikowana można powiedzieć „w końskiej dawce”. I na osłodę sok z różowego grejpfruta.
I powiem tyle: to naprawdę działa!
Przy dłuższej, niż zalecana diecie i spożywaniu jabłkowych przetworów bez ograniczeń kamienie zaczęły uchodzić już na 3 dni wcześniej same, co wyraźnie dało się odczuć. A na koniec zobaczyć.
22 lutego 2019
Sterowanie pogodą
I nastał koniec wiosny w zimie. To wszystko moja sprawka, a tak naprawdę znajomej płanetnicy. Przedwczoraj zahaczyła mnie na fejsie pytaniem o pogodę. I czy mi się podoba to słońce ostatnio, bo ona ciągle myśli o słońcu i wiośnie, dlatego nadeszło. Śnieg stopniał i zniknął, pojawiły się pierwiosnki, pierwsze żurawie i dzikie gęsi. Wytłumaczyłam nieświadomej, że suche przedwiośnie to brak wody w glebie i kiepskie plony. Poza tym ruszą pąki zbyt wcześnie i mrozy, które są jeszcze zapowiadane na pewno je zetną. Wzięła pod uwagę. I wczoraj zagadnęła znowu, mówiąc:
- U mnie już pada. A u was?
- Pada śnieg.
- Ok. Myślę.
I dzisiaj powitała nas biała polać śniegu na polu, w lesie i w obejściu. Kury, gęsi i indyki rozczarowane, kozy również. Ale przynajmniej uspokoiły się na ten widok, bo poprzedni przedwiosenny i słoneczny kazał im łomotać rogami w zamknięcia boksów, wydostawać się na podwórze i wszczynać co rusz wzajemne niesnaski.
- U mnie już pada. A u was?
- Pada śnieg.
- Ok. Myślę.
I dzisiaj powitała nas biała polać śniegu na polu, w lesie i w obejściu. Kury, gęsi i indyki rozczarowane, kozy również. Ale przynajmniej uspokoiły się na ten widok, bo poprzedni przedwiosenny i słoneczny kazał im łomotać rogami w zamknięcia boksów, wydostawać się na podwórze i wszczynać co rusz wzajemne niesnaski.
13 lutego 2019
Gra w pieska i liska
Śniegi tają z dnia na dzień. Trzeba uważać na lodowisko na dworze, bo zdarza się nagły fikołek, gdy poruszać się zbyt pewnie siebie.
Kury ruszyły na żer do lasu, grzebią, wyszukując korzonki spod śniegu, ale i jedząc glebę, która jest im potrzebna do budowy skorupek jaj. W efekcie od dwóch tygodni zamiast jednego dziennie mamy już 6-8 świeżych jajeczek. Gąska Pulcheria przestała się nieść w momencie, gdy zaczęły kury. To się nazywa równowaga w przyrodzie. Całą zimę nie trzeba było kupować.
Kury zwęszył oczywiście lis. Kury są czujne, kogut ostrzega, puszczam wtedy psa. Laba rusza biegiem w pogoń za przecherą, który potrafi nawet na drodze przy domu w środku dnia buszować i polować na drób. Na razie wszystko wydaje się w porządku. Lis ucieka, Laba wraca zziajana i wybiegana, co uwielbia. Lis co jakiś czas pojawia się za to w nocy i stojąc za ogrodzeniem od strony lasu, dwa metry od domu, ujada szczekliwie. Pewnie odgraża się psom i obiecuje kurom, że kiedyś na pewno je dopadnie.
Pasza ma cieczkę, więc odbywa na razie kwarantannę domową. Towarzyszy jej zakochany Pikuś, mały jak pięść, wysiadując godzinami na tarasie, a w nocy długo i melodyjnie wyjąc tęskne miłosne pieśni.
Kury ruszyły na żer do lasu, grzebią, wyszukując korzonki spod śniegu, ale i jedząc glebę, która jest im potrzebna do budowy skorupek jaj. W efekcie od dwóch tygodni zamiast jednego dziennie mamy już 6-8 świeżych jajeczek. Gąska Pulcheria przestała się nieść w momencie, gdy zaczęły kury. To się nazywa równowaga w przyrodzie. Całą zimę nie trzeba było kupować.
Kury zwęszył oczywiście lis. Kury są czujne, kogut ostrzega, puszczam wtedy psa. Laba rusza biegiem w pogoń za przecherą, który potrafi nawet na drodze przy domu w środku dnia buszować i polować na drób. Na razie wszystko wydaje się w porządku. Lis ucieka, Laba wraca zziajana i wybiegana, co uwielbia. Lis co jakiś czas pojawia się za to w nocy i stojąc za ogrodzeniem od strony lasu, dwa metry od domu, ujada szczekliwie. Pewnie odgraża się psom i obiecuje kurom, że kiedyś na pewno je dopadnie.
Pasza ma cieczkę, więc odbywa na razie kwarantannę domową. Towarzyszy jej zakochany Pikuś, mały jak pięść, wysiadując godzinami na tarasie, a w nocy długo i melodyjnie wyjąc tęskne miłosne pieśni.
5 lutego 2019
Zdrowe kwasy
Zima, wygląda na to, że powoli odpuszcza. Kilka odwilżowych dni i w miarę ciepłych nocy rozpuściły śniegi do warstwy zmarzniętej grudy na podwórku, na której łatwo się pośliznąć, zatem stąpamy ostrożnie.
W ostatnim czasie zawitała do nas choroba. Anna złapała katar w miasteczku pośród ludzi, po czym zaczęła narzekać na ból gardła. Tym razem dała się namówić na leczenie moim sposobem, pamiętając zeszłoroczne boleści. Przechorowała sprawę w 2 dni. Niestety zarazek przeszedł na mnie. I ruszył kłopot z szybko postępującym zapaleniem zatok. Ból głowy, katar, dreszcze. Czym prędzej zaaplikowałam sobie lekarstwo, jakże niedoceniane przez masową klientelę, bo pani w aptece musiała je sprowadzać specjalnie dla nas. Po pierwszej nocy dreszcze i gorączka ustały jak ręką odjął. Wzięłam jeszcze poprawkę na drugą noc i dzisiaj już wyszłam śmiało na obrządek. Czyli przeszło.
Z tej radości uzdrowienia, ale też mocno zainspirowana treścią grubej księgi, którą sobie sprawiła na długie zimowe wieczory pt. Sztuka fermentacji, Anna zabrała się z wielką mocą do kwaszenia i kiszenia (co w jej wykonaniu na jedno wychodzi).
Zaznaczam, że kiszonki różnego rodzaju są u nas zawsze od jesieni, szybko się kończą, więc co rusz trzeba zapasy uzupełniać, a menu urozmaicać. Dzisiaj nastawiła kapustę białą szatkowaną z buraczkami w solance, kim-ći z dynią, oraz kapustę białą drobno szatkowaną z gotowanymi ziemniakami. Kiszona kapusta czerwona z tartym jabłkiem dzisiaj właśnie wyszła, była pyszna. Jednak przebojem okazała się kiszona cebula, świetny dodatek na kanapkę, do sałatek, czy jako zakąska. Znikła tak szybko, że kisi się już następna, tym razem do śledzi przeznaczona.
Cebula kiszona
Składniki:
Cebula czerwona
Przyprawy: gorczyca, suszony koper, czosnek, liść laurowy, garść na 1 litr.
1 łyżka soli kamiennej na 1 litr przegotowanej wody
Przyrządzenie:
Pokroić cebulę w ćwiartki lub półćwiartki, zależnie od wielkości. Włożyć do zamykanego słoika, zasypać garścią przypraw. Przygotować wodę z solą. Przegotowaną wystudzić do ok. 40 stopni, rozpuścić w niej odpowiednią ilość soli i zalać cebulę. Zamknąć szczelnie słoik i nie otwierać przez ok. 5-6 dni. Trzymać w ciepłej kuchni.
17 stycznia 2019
Zapiekanka z ziemniaków i koziego mięsa
Zima się plecie. Kilka dni śnieżnych i mroźnych w stylu nie-polskim (czyli krótko najwyżej 12 na minusie, a średnio -3), przeplatanych odwilżą, deszczem zrodziły już grudę śnieżną, która przy idących znowu przymrozkach zaczyna nieźle utrudniać poruszanie się. Łopata z plastiku do śniegu już połamana, najtrwalsze są jednak te własnoręcznie klecone z kija, gwoździków i kawałka sklejki.
Kury jak zaczarowane przestały się nieść dokumentnie już jakiś miesiąc temu. Świąteczne i codzienne zapotrzebowanie na jajka pokrywa gąska Pulcheria, która za to - w prawdziwym natchnieniu - zaczęła znosić co dwa dni po swoim dużym gęsim jaju, jakie za dwa kurze robi. W ten sposób jakoś obywamy się bez sklepowych. Starcza do ciasta i placków co jakiś czas.
Tydzień temu Mucia wydała na świat dwójkę dorodnych koziołków. Ale ponieważ sama jest młodziutka i nierozdojona, bliźnięta dokarmiamy tym, co daje się jeszcze wysączyć z cyca ostatniej dojnej kozy Malwiny. Anna od ust sobie odjęła ulubione mleczko do kawy i nawet Maciuś musi pić mleko sklepowe, absolutnie nam wstrętne. Chłopcy codziennie wypijają oprócz maminego jeszcze kwaterkę mleka ciotuchy. Dudląc z butelki przez specjalny smoczek dla koźląt, zakupiony w Chinach. Są zdrowi, weseli i zabawni. Reszta dzieci nadal w brzuchach matek.
Długie wieczory zapełniamy rozrywką masową. Broń Boże telewizją publiczną, bo od niej i od radia rodzi się we mnie wisielczy humor. Ot, każdy wieczór spędzamy oglądając stare, publiczności dawno znane, a nam nie, z racji zajęć wielorakich i długiego odcięcia od mediów. W tej chwili leci piąty sezon serialu "Gry o tron", który mnie nieco bawi, nieco rozśmiesza, w każdym razie nie zasypiam przy nim od razu, co mi się zdarza nierzadko. Popijając w trakcie herbatę zaparzaną w glinianym czajniku, stojącym na gorącym piecu c.o. - taka jest najsmaczniejsza, rozgrzewająca i daje się zalewać wodą dwa-trzy razy z podobnie smacznym efektem. Zakąszaną latem i jesienią przyrządzonymi konfiturami ze śliwek, oraz jabłkowo-różanymi. Sposobem rosyjskim, łyżeczką ze spodeczka, własnoręcznie ulepionego i wypalonego.
Zajęcia zimowe, pisanie, czytanie, oglądanie, przyswajanie nowej wiedzy urozmaica też gra w scrabble, odkopana podczas poremontowych porządków. I gotowanie.
Dzisiaj uskuteczniłam prostą zapiekankę na bazie greckiego przepisu. Zapamiętuję przepis, bo smaczna wyszła.
Składniki:
0,7-0,8 kg ziemniaków
Kilka łyżek smalcu
0,4 kg zmielonego mięsa koziego
Dwie cebule
3 ząbki czosnku
3 łyżeczki koncentratu pomidorowego
Szklanka wody
Sól, pieprz, kozieradka, kurkuma, kumin rzymski, tymianek, chili do smaku
Przyrządzenie:
na rozgrzanym smalcu zasmażyć króciutko drobno posiekane ząbki czosnku. Gdy wydzielą zapach wyjąć je z tłuszczu na talerz, a na patelnię wrzucić pokrojone w talarki ziemniaki. Podsmażyć do zarumienienia po każdej stronie, soląc lekko i mieszając je z jakąś ulubioną przyprawą do ziemniaków. Zależnie od patelni trzeba to zrobić przynajmniej w dwóch turach. Następnie wyjąć ziemniaki, a na tłuszcz wrzucić pokrojoną cebulę, podsmażyć lekko, dodać czosnek i mięso. Przyprawić do smaku. Ułożyć w naczyniu żaroodpornym warstwę ziemniaków, na niej warstwę mięsa, potem znów ziemniaki, i znów mięso. Na wierzchu pozostawić ziemniaki. Polać zaprawką pomidorową, zrobioną z koncentratu pomidorowego i wody. I wstawić do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni. Piec bez przykrycia, może być z termoobiegiem, lub góra i dół, około godziny (w praktyce nieco mniej).
Podawać z surówką z kapusty lub kiszonkami.
Kury jak zaczarowane przestały się nieść dokumentnie już jakiś miesiąc temu. Świąteczne i codzienne zapotrzebowanie na jajka pokrywa gąska Pulcheria, która za to - w prawdziwym natchnieniu - zaczęła znosić co dwa dni po swoim dużym gęsim jaju, jakie za dwa kurze robi. W ten sposób jakoś obywamy się bez sklepowych. Starcza do ciasta i placków co jakiś czas.
Tydzień temu Mucia wydała na świat dwójkę dorodnych koziołków. Ale ponieważ sama jest młodziutka i nierozdojona, bliźnięta dokarmiamy tym, co daje się jeszcze wysączyć z cyca ostatniej dojnej kozy Malwiny. Anna od ust sobie odjęła ulubione mleczko do kawy i nawet Maciuś musi pić mleko sklepowe, absolutnie nam wstrętne. Chłopcy codziennie wypijają oprócz maminego jeszcze kwaterkę mleka ciotuchy. Dudląc z butelki przez specjalny smoczek dla koźląt, zakupiony w Chinach. Są zdrowi, weseli i zabawni. Reszta dzieci nadal w brzuchach matek.
Długie wieczory zapełniamy rozrywką masową. Broń Boże telewizją publiczną, bo od niej i od radia rodzi się we mnie wisielczy humor. Ot, każdy wieczór spędzamy oglądając stare, publiczności dawno znane, a nam nie, z racji zajęć wielorakich i długiego odcięcia od mediów. W tej chwili leci piąty sezon serialu "Gry o tron", który mnie nieco bawi, nieco rozśmiesza, w każdym razie nie zasypiam przy nim od razu, co mi się zdarza nierzadko. Popijając w trakcie herbatę zaparzaną w glinianym czajniku, stojącym na gorącym piecu c.o. - taka jest najsmaczniejsza, rozgrzewająca i daje się zalewać wodą dwa-trzy razy z podobnie smacznym efektem. Zakąszaną latem i jesienią przyrządzonymi konfiturami ze śliwek, oraz jabłkowo-różanymi. Sposobem rosyjskim, łyżeczką ze spodeczka, własnoręcznie ulepionego i wypalonego.
Zajęcia zimowe, pisanie, czytanie, oglądanie, przyswajanie nowej wiedzy urozmaica też gra w scrabble, odkopana podczas poremontowych porządków. I gotowanie.
Dzisiaj uskuteczniłam prostą zapiekankę na bazie greckiego przepisu. Zapamiętuję przepis, bo smaczna wyszła.
Zapiekanka z ziemniaków i koźlęciny
Składniki:
0,7-0,8 kg ziemniaków
Kilka łyżek smalcu
0,4 kg zmielonego mięsa koziego
Dwie cebule
3 ząbki czosnku
3 łyżeczki koncentratu pomidorowego
Szklanka wody
Sól, pieprz, kozieradka, kurkuma, kumin rzymski, tymianek, chili do smaku
Przyrządzenie:
na rozgrzanym smalcu zasmażyć króciutko drobno posiekane ząbki czosnku. Gdy wydzielą zapach wyjąć je z tłuszczu na talerz, a na patelnię wrzucić pokrojone w talarki ziemniaki. Podsmażyć do zarumienienia po każdej stronie, soląc lekko i mieszając je z jakąś ulubioną przyprawą do ziemniaków. Zależnie od patelni trzeba to zrobić przynajmniej w dwóch turach. Następnie wyjąć ziemniaki, a na tłuszcz wrzucić pokrojoną cebulę, podsmażyć lekko, dodać czosnek i mięso. Przyprawić do smaku. Ułożyć w naczyniu żaroodpornym warstwę ziemniaków, na niej warstwę mięsa, potem znów ziemniaki, i znów mięso. Na wierzchu pozostawić ziemniaki. Polać zaprawką pomidorową, zrobioną z koncentratu pomidorowego i wody. I wstawić do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni. Piec bez przykrycia, może być z termoobiegiem, lub góra i dół, około godziny (w praktyce nieco mniej).
Podawać z surówką z kapusty lub kiszonkami.
22 grudnia 2018
Gyros domowy prawie po grecku
Dawno nie pisałam. Od czasu, gdy gospodarstwo zimuje życie codzienne stało się monotonne i skupione wokół ciepłego pieca. Trudno znaleźć w tym temat, którego bym już nie poruszała na tym blogu w ubiegłe zimy. Wreszcie dzisiaj coś się znalazło. Witajcie!
Mając tak wiele czasu dla siebie zajęłam się rozwijaniem swoich hobby. Piszę horoskopy chętnym poznać swój indywidualny charakter i trochę los, uczę się astrologii pytaniowej, to mocno pasjonująca mnie dziedzina, analizuję swoje sny i pracuję ze śnieniem (tak, że nie nudzę się nawet w nocy), ponadto podciągam się w sztuce kucharskiej. I właśnie to ostatnie natchnęło mnie do dzisiejszego wpisu.
Zdecydowałam się przyrządzić po raz pierwszy w życiu gyrosa prawie po grecku, w wersji zimowej, mocno własnej. W tym celu najpierw przestudiowałam kilka filmików jutubowych, na których każdy z prezenterów przyrządzał tę potrawę po swojemu, zapewniając, że ta właśnie jest najoryginalniejsza z oryginalnych. I zgromadziłam dane, co i jak robić.
Na to, jak w końcu rzecz całą wykonałam wpłynęły zasoby przyprawowe i lodówki. Zrezygnowałam z sosu tzatziki ponieważ zimą nie jadam świeżych ogórków (choć kusiło mnie spróbować z kwaszonym) ani pomidorów, a także z powodu wahań temperatur dziennych i nocnych jogurt przestał się dobrze warzyć, więc go nie nastawiam. Tę część gyrosowego wtajemniczenia zostawiam sobie na czas letniego sezonu, gdy jogurt jest u nas codziennością.
Zamiast chlebka pita wybrałam tortille, te same, których nauczyłam się z książki kucharskiej. Nie mogę jeść mąki pszennej, jednak tortille są całkowicie dopuszczalnym zastępnikiem pity. Mięso wzięłam koźlęce, z łopatki, wychodząc z założenia, że to jest bardziej Grekom podobne, niż kurczak z fermy (którego też nie jadam). Zamiast sosu tzaziki użyłam zwykłej kapusty podsmażanej (nie cierpię pekińskiej) i keczupu domowego swojej roboty. A oto, co z tego wyszło:
Składniki:
Ok. 0,4-0,5 kg mięsa koźlęcego z łopatki
Łyżka octu jabłkowego
2 łyżki kwaśnego mleka (jogurtu)
1 cebulka
2 ząbki czosnku
Łyżeczka zmielonej gałki muszkatołowej
Łyżka czerwonej papryki słodkiej
Łyżeczka kurkumy
Łyżeczka kminu rzymskiego
Szczypta tymianku (oryginalnie powinno być oregano, ale nie miałam na podorędziu)
Składniki i sposób przyrządzania tortilli znajduje się tutaj;
Ponadto do farszu:
Cienko pokrojona kapusta zwykła w ilości zapełniającej patelnię
Szczypta soli
Szczypta pieprzu czarnego mielonego
Kapka pomidorowego koncentratu
Keczup domowy
1 cebula pokrojona w cienkie płatki
Przyrządzenie:
Mięso kroimy na bardzo cienkie i nieduże płatki, wcześniej usuwając błony. Marynujemy je z octem jabłkowym, dwiema łyżkami jogurtu (ja użyłam mleka kwaśnego, bo tylko to było w domu, potrawa się nie pogniewała), papryką, kminem rzymskim, gałką muszkatołową, kurkumą i oregano (lub tymiankiem albo zielem prowansalskim), dokładamy drobno posiekaną cebulę i zmiażdżone 2 ząbki czosnku i tak pozostawiamy. Najlepiej zrobić to na kilka godzin przed przystąpieniem do kucharzenia.
Następnie zajmujemy się usmażeniem tortilli. Z podanej na tym blogu ilości składników wychodzi 10 placków ze średniej patelni. Staramy się je lepiej usmażyć po jednej stronie, drugą pozostawiamy bladą (do czasu).
Mięso wstawiamy w nakrytym naczyniu żaroodpornym do rozgrzanego piekarnika w temperaturze 165 stopni na pół godziny. Czas pieczenia jest zależny oczywiście od rodzaju mięsa, którego używamy. Po tym czasie odkrywamy naczynie i pieczemy drugie pół (albo nieco więcej) godziny w temperaturze 200 stopni. Powinno się zrumienić na wierzchu i odparować cały sok, no, i nabrać stosownej miękkości, zatem jest to sprawa zależna od rodzaju mięsa, wieku zwierzęcia i własnych upodobań. W każdym razie warto zaglądać i próbować, czy już doszło.
Kiedy mięso się piecze, a tortille już zostały usmażone bierzemy się za kapustkę. Cienko poszatkowana, leciutko posolona i popieprzona idzie na patelnię z łyżką smalcu. Podsmażona i podduszona lekko, pod koniec z dodatkiem kapki koncentratu pomidorowego i oregano (ja dodałam w to miejsce majeranku, ponieważ kapusta lubi takie zioła, nie wzdyma po zjedzeniu) posłuży do wypełnienia farszu placków.
Gdy wszystko jest już gotowe bierzemy się za nadziewanie gyrosów. Kładziemy każdy placek lepiej usmażoną stroną do środka, wykładamy na niego łyżkę-dwie mięsa, potem na nie idzie duszona kapusta, kilka plasterków cebuli i łyżka keczupu domowego. Zawijamy w sposób, którego wam niestety, nie oddam w opisie. Podejrzałam go na jednym z filmików, gdzie prezenter rodem z Kaukazu popisywał się właśnie zawijaniem farszu w tortille.W każdym razie wychodzi z tego paczuszka z zawiniętymi wszystkimi bokami tak, że farsz nie ma prawa wypłynąć.
Takie zawijaski wkładamy na patelnię i przysmażamy do zrumienienia placków z każdej strony.
I gotowe!
Podawać na talerzu, z dodatkiem jakiejś kiszonki lub kwaszonki (to już będzie po polsku), a ponieważ potrawa wychodzi całkiem ostra użyłam do popicia kwaśnego mleka koziego. Zamiast tzatziki.
Po spróbowaniu jestem podekscytowana swoją nową umiejętnością. I obiecuję sobie przyrządzić na wiosnę wersję wiosenną, potem letnią, ze stosownym sosem jogurtowym. A także - jak przystało - użyć do tego grilla, zamiast patelni.
Z potrawą, która z racji długiego przyrządzania wypadła w porze mocno poobiedniej nie pokłóci się lampka wina. Nie jestem snobką, ani nie udaję Greka na tej mojej podlaskiej wioseczce. Ot, winko aroniowe, właśnie świeżo zlane do drugiego dojrzewania fajnie się skomponowało.
Mając tak wiele czasu dla siebie zajęłam się rozwijaniem swoich hobby. Piszę horoskopy chętnym poznać swój indywidualny charakter i trochę los, uczę się astrologii pytaniowej, to mocno pasjonująca mnie dziedzina, analizuję swoje sny i pracuję ze śnieniem (tak, że nie nudzę się nawet w nocy), ponadto podciągam się w sztuce kucharskiej. I właśnie to ostatnie natchnęło mnie do dzisiejszego wpisu.
Zdecydowałam się przyrządzić po raz pierwszy w życiu gyrosa prawie po grecku, w wersji zimowej, mocno własnej. W tym celu najpierw przestudiowałam kilka filmików jutubowych, na których każdy z prezenterów przyrządzał tę potrawę po swojemu, zapewniając, że ta właśnie jest najoryginalniejsza z oryginalnych. I zgromadziłam dane, co i jak robić.
Na to, jak w końcu rzecz całą wykonałam wpłynęły zasoby przyprawowe i lodówki. Zrezygnowałam z sosu tzatziki ponieważ zimą nie jadam świeżych ogórków (choć kusiło mnie spróbować z kwaszonym) ani pomidorów, a także z powodu wahań temperatur dziennych i nocnych jogurt przestał się dobrze warzyć, więc go nie nastawiam. Tę część gyrosowego wtajemniczenia zostawiam sobie na czas letniego sezonu, gdy jogurt jest u nas codziennością.
Zamiast chlebka pita wybrałam tortille, te same, których nauczyłam się z książki kucharskiej. Nie mogę jeść mąki pszennej, jednak tortille są całkowicie dopuszczalnym zastępnikiem pity. Mięso wzięłam koźlęce, z łopatki, wychodząc z założenia, że to jest bardziej Grekom podobne, niż kurczak z fermy (którego też nie jadam). Zamiast sosu tzaziki użyłam zwykłej kapusty podsmażanej (nie cierpię pekińskiej) i keczupu domowego swojej roboty. A oto, co z tego wyszło:
Gyros prawie po grecku, wersja zimowa
Składniki:
Ok. 0,4-0,5 kg mięsa koźlęcego z łopatki
Łyżka octu jabłkowego
2 łyżki kwaśnego mleka (jogurtu)
1 cebulka
2 ząbki czosnku
Łyżeczka zmielonej gałki muszkatołowej
Łyżka czerwonej papryki słodkiej
Łyżeczka kurkumy
Łyżeczka kminu rzymskiego
Szczypta tymianku (oryginalnie powinno być oregano, ale nie miałam na podorędziu)
Składniki i sposób przyrządzania tortilli znajduje się tutaj;
Ponadto do farszu:
Cienko pokrojona kapusta zwykła w ilości zapełniającej patelnię
Szczypta soli
Szczypta pieprzu czarnego mielonego
Kapka pomidorowego koncentratu
Keczup domowy
1 cebula pokrojona w cienkie płatki
Przyrządzenie:
Mięso kroimy na bardzo cienkie i nieduże płatki, wcześniej usuwając błony. Marynujemy je z octem jabłkowym, dwiema łyżkami jogurtu (ja użyłam mleka kwaśnego, bo tylko to było w domu, potrawa się nie pogniewała), papryką, kminem rzymskim, gałką muszkatołową, kurkumą i oregano (lub tymiankiem albo zielem prowansalskim), dokładamy drobno posiekaną cebulę i zmiażdżone 2 ząbki czosnku i tak pozostawiamy. Najlepiej zrobić to na kilka godzin przed przystąpieniem do kucharzenia.
Następnie zajmujemy się usmażeniem tortilli. Z podanej na tym blogu ilości składników wychodzi 10 placków ze średniej patelni. Staramy się je lepiej usmażyć po jednej stronie, drugą pozostawiamy bladą (do czasu).
Mięso wstawiamy w nakrytym naczyniu żaroodpornym do rozgrzanego piekarnika w temperaturze 165 stopni na pół godziny. Czas pieczenia jest zależny oczywiście od rodzaju mięsa, którego używamy. Po tym czasie odkrywamy naczynie i pieczemy drugie pół (albo nieco więcej) godziny w temperaturze 200 stopni. Powinno się zrumienić na wierzchu i odparować cały sok, no, i nabrać stosownej miękkości, zatem jest to sprawa zależna od rodzaju mięsa, wieku zwierzęcia i własnych upodobań. W każdym razie warto zaglądać i próbować, czy już doszło.
Kiedy mięso się piecze, a tortille już zostały usmażone bierzemy się za kapustkę. Cienko poszatkowana, leciutko posolona i popieprzona idzie na patelnię z łyżką smalcu. Podsmażona i podduszona lekko, pod koniec z dodatkiem kapki koncentratu pomidorowego i oregano (ja dodałam w to miejsce majeranku, ponieważ kapusta lubi takie zioła, nie wzdyma po zjedzeniu) posłuży do wypełnienia farszu placków.
Gdy wszystko jest już gotowe bierzemy się za nadziewanie gyrosów. Kładziemy każdy placek lepiej usmażoną stroną do środka, wykładamy na niego łyżkę-dwie mięsa, potem na nie idzie duszona kapusta, kilka plasterków cebuli i łyżka keczupu domowego. Zawijamy w sposób, którego wam niestety, nie oddam w opisie. Podejrzałam go na jednym z filmików, gdzie prezenter rodem z Kaukazu popisywał się właśnie zawijaniem farszu w tortille.W każdym razie wychodzi z tego paczuszka z zawiniętymi wszystkimi bokami tak, że farsz nie ma prawa wypłynąć.
Takie zawijaski wkładamy na patelnię i przysmażamy do zrumienienia placków z każdej strony.
I gotowe!
Podawać na talerzu, z dodatkiem jakiejś kiszonki lub kwaszonki (to już będzie po polsku), a ponieważ potrawa wychodzi całkiem ostra użyłam do popicia kwaśnego mleka koziego. Zamiast tzatziki.
Po spróbowaniu jestem podekscytowana swoją nową umiejętnością. I obiecuję sobie przyrządzić na wiosnę wersję wiosenną, potem letnią, ze stosownym sosem jogurtowym. A także - jak przystało - użyć do tego grilla, zamiast patelni.
Z potrawą, która z racji długiego przyrządzania wypadła w porze mocno poobiedniej nie pokłóci się lampka wina. Nie jestem snobką, ani nie udaję Greka na tej mojej podlaskiej wioseczce. Ot, winko aroniowe, właśnie świeżo zlane do drugiego dojrzewania fajnie się skomponowało.
11 listopada 2018
Cydrowy dzień niepodległości
Święto listopadowe, mgliste, jak Pan Bóg przykazał, w ochładzającym się klimacie (trzeba będzie na dniach zakręcić kran zewnętrzny, aby nie przemarzł w nocy) spędzamy domowo, w ciepełku (c.o. chodzi od południa już od pół miesiąca, a wieczorem na noc i poranek piec ścianowy), przy ulubionych zajęciach.
Anna szlifuje i dopieszcza ostatnie swoje wypały ceramiczne, maleńkie ozdoby, w różnych kolorach, z których powstaną kolczyki. Uruchomiła wreszcie kupiony dawno, ale nieczynny z pewnych drobnych przyczyn nieduży, ale własny piec ceramiczny. Udało się naprawić awarię i pomyślnie przeszedł proces pierwszego próbnego palenia. Powstającej pracowni brakuje jeszcze tylko terakoty na podłodze (pod koło garncarskie i piec) i kafelków na ścianie w miejscu, gdzie piec stanie, dla bezpieczeństwa p/poż. To już są plany na wiosnę.
Ja z kolei oglądam ulubione stare filmy, w których nie ma grama agresji i popijam cydr, nasz narodowy trunek własnymi rękami przyrządzony i z jabłek z własnego sadu pochodzący. Mamy tego sporo, ale od nadmiaru głowa nie boli, o nie!
Napój wyszedł boski w smaku. O wiele lepszy, niż w latach zeszłych. I różni się nieco pośród siebie, zależnie od gatunków jabłek, akurat przerabianych. Szły na sok po kolei i stopniowo wedle dojrzewania swego na drzewach. Jeden jest bardziej kwaśny, inny słodszy. Jeden trochę dosłodzony (Anna nie lubi wytrawnych trunków, niestety), inny mniej, albo miodem, lub wcale. Jeden z mieszanek soków różnymi sposobami pozyskanych. A to z sokownika, a to z tłoczni ręcznej, a to z pulpy zmiażdżonych jabłek zasypanej pektoenzymami i drożdżami cydrowymi odlanych i odciśniętych. W każdym razie zrezygnowałyśmy z pomocy sokowirówki, która do tej pory była często w użyciu. Daje ona sok kwaśny, mętny i zalatujący długo surowizną.
W efekcie zapełnione zostały wszystkie gąsiory, gąsiorki i zbiorniki plastikowe, jakie były w domu sokiem 100-procentowym, bez najmniejszego dodatku wody. Dlatego można go pić także w formie rozcieńczonej wodą, na wzór wina greckiego. Pewnie niedługo jakąś część zabutelkujemy, aby uzyskać cydr musujący. Osobiście lubię się jednak na co dzień raczyć cydrem z niewielkim dodatkiem wody, którą dolewam już w kufelku.
Niektórym mija już dwa miesiące, a to czas pierwszego próbunku. Aczkolwiek cydr dojrzewający nawet pół roku staje się mocno pyszny, to i takiego niemowlaczka można już pić.
Co czynię właśnie z przyjemnością i dumą.
Na zdrowie!
Bo, dodać muszę w nawiasie, że tendencje mojej wątroby do wytwarzania kamieni żółciowych (ach, ta zgryźliwość moich przodków!) dają się zdrowo kontrolować między innymi codzienną szklenicą tego wspaniałego napoju. W roku, gdy nie ma u nas cydru (sad rodzi co dwa lata) pomagam sobie piciem wody z dodatkiem octu jabłkowego domowej roboty. Wyśmienity napój i lekarstwo! Już odnotowuję spadek nadmiernego apetytu, wystarczają mi dwa, albo i jeden posiłki dziennie.
Ocet wyleczył mnie także z przypadłości skórnych oraz wzmocnił włosy, i nigdy nie przestanę go chwalić. Jabłka nade wszystko!
Czyli podsumowując: da się zdrowo pić i żyć!
Anna szlifuje i dopieszcza ostatnie swoje wypały ceramiczne, maleńkie ozdoby, w różnych kolorach, z których powstaną kolczyki. Uruchomiła wreszcie kupiony dawno, ale nieczynny z pewnych drobnych przyczyn nieduży, ale własny piec ceramiczny. Udało się naprawić awarię i pomyślnie przeszedł proces pierwszego próbnego palenia. Powstającej pracowni brakuje jeszcze tylko terakoty na podłodze (pod koło garncarskie i piec) i kafelków na ścianie w miejscu, gdzie piec stanie, dla bezpieczeństwa p/poż. To już są plany na wiosnę.
Ja z kolei oglądam ulubione stare filmy, w których nie ma grama agresji i popijam cydr, nasz narodowy trunek własnymi rękami przyrządzony i z jabłek z własnego sadu pochodzący. Mamy tego sporo, ale od nadmiaru głowa nie boli, o nie!
Napój wyszedł boski w smaku. O wiele lepszy, niż w latach zeszłych. I różni się nieco pośród siebie, zależnie od gatunków jabłek, akurat przerabianych. Szły na sok po kolei i stopniowo wedle dojrzewania swego na drzewach. Jeden jest bardziej kwaśny, inny słodszy. Jeden trochę dosłodzony (Anna nie lubi wytrawnych trunków, niestety), inny mniej, albo miodem, lub wcale. Jeden z mieszanek soków różnymi sposobami pozyskanych. A to z sokownika, a to z tłoczni ręcznej, a to z pulpy zmiażdżonych jabłek zasypanej pektoenzymami i drożdżami cydrowymi odlanych i odciśniętych. W każdym razie zrezygnowałyśmy z pomocy sokowirówki, która do tej pory była często w użyciu. Daje ona sok kwaśny, mętny i zalatujący długo surowizną.
W efekcie zapełnione zostały wszystkie gąsiory, gąsiorki i zbiorniki plastikowe, jakie były w domu sokiem 100-procentowym, bez najmniejszego dodatku wody. Dlatego można go pić także w formie rozcieńczonej wodą, na wzór wina greckiego. Pewnie niedługo jakąś część zabutelkujemy, aby uzyskać cydr musujący. Osobiście lubię się jednak na co dzień raczyć cydrem z niewielkim dodatkiem wody, którą dolewam już w kufelku.
Niektórym mija już dwa miesiące, a to czas pierwszego próbunku. Aczkolwiek cydr dojrzewający nawet pół roku staje się mocno pyszny, to i takiego niemowlaczka można już pić.
Co czynię właśnie z przyjemnością i dumą.
Na zdrowie!
Bo, dodać muszę w nawiasie, że tendencje mojej wątroby do wytwarzania kamieni żółciowych (ach, ta zgryźliwość moich przodków!) dają się zdrowo kontrolować między innymi codzienną szklenicą tego wspaniałego napoju. W roku, gdy nie ma u nas cydru (sad rodzi co dwa lata) pomagam sobie piciem wody z dodatkiem octu jabłkowego domowej roboty. Wyśmienity napój i lekarstwo! Już odnotowuję spadek nadmiernego apetytu, wystarczają mi dwa, albo i jeden posiłki dziennie.
Ocet wyleczył mnie także z przypadłości skórnych oraz wzmocnił włosy, i nigdy nie przestanę go chwalić. Jabłka nade wszystko!
Czyli podsumowując: da się zdrowo pić i żyć!
6 listopada 2018
Kapusta na słodko kwaśno
Pogoda nieco się ociepliła, bywa nawet czasem słonecznie. W każdym razie jest mglisto, żółto-brązowe liście szeleszczą pod nogami, noce ciepłe, bo koty śpią jak zwykle na dworze. W taki czas zdarzyło się Annie przynieść z lasu naręcz opieniek, które teraz mają swój wysyp. I wiadereczko podgrzybków, częściowo napoczętych przez ślimaki, ale zdrowych. Te poszły na susz. Szkoda, aby zbiór się zmarnował, w końcu to darmowe jedzenie. Wczoraj zatem przyrządziłam z połowy opieńkowego zbioru kotlety grzybowo-mięsne. Przepis taki jak dla kotletów z opieniek, ale zamiast ziemniaków użyłam mielonego mięsa indyczego. Bo niedawno staruszek indor już tak się posunął, że trzeba było zrobić egzekucję. Na pieczyste się nie nadaje, ale na kotlety i owszem.
Reszta kotletów, przynajmniej na dwa kolejne obiady dla nas dwóch poszła do zamrażarki. A dzisiaj ma być gulasz z pozostawionych grzybów.
Do tych obiadów nadaje się znakomicie jako dodatek, uwaga, surówka, której przepis sobie zostawię na tym blogu. Przystosowałam go z książki pani Pośpieszyńskiej w oryginale do nieco zmienionej zawartości. Wypróbowałam po swojemu i jest wspaniale. Na ten kapuściany czas przysmak jak znalazł.
Anna nieco za późno zaczęła myśleć o kiszeniu kapusty w tym roku. Przeszkodziły różne zajęcia wcześniejsze. I na targu miejscowym kupiła już tylko dwie ostatnie główki kapuściane. Trudno. Jedną zakisiła w słoiku klasycznym sposobem, z solą i kminkiem. A drugą ja wzięłam w obroty.
Składniki:
1 kg poszatkowanej kapusty
2 łyżki soli kamiennej
3 papryczki chili, albo gdy nie ma papryka ostra w proszku lub pieprz cayenne w ilości wg własnego uznania, ale polecam zrobić na ostro
4 i 1/2 łyżeczki zmiażdżonego czosnku
5 łyżeczek octu owocowego mocy przynajmniej 6% (ja używam swojego z czarnej porzeczki, z zeszłorocznego nastawu, odstał swoje w piwnicy i jest bosko smaczny i mocny)
1/2 szklanki cukru
Przyrządzenie:
Kapustę poszatkować na cienkie paski. Zasypać solą, dokładnie wymieszać i odstawić najlepiej na cały dzień (albo noc).
Następnie dodać czosnek i paprykę. Ocet zagotować i zalać gorącym kapustę. Posypać cukrem, wymieszać. Całość zapakować do 2-litrowego słoika i dobrze ubić. Trzymać w lodówce jeszcze 24 godziny, do solidnego przegryzienia się.
Po tym czasie smacznego! Dla mnie bomba.
Reszta kotletów, przynajmniej na dwa kolejne obiady dla nas dwóch poszła do zamrażarki. A dzisiaj ma być gulasz z pozostawionych grzybów.
Do tych obiadów nadaje się znakomicie jako dodatek, uwaga, surówka, której przepis sobie zostawię na tym blogu. Przystosowałam go z książki pani Pośpieszyńskiej w oryginale do nieco zmienionej zawartości. Wypróbowałam po swojemu i jest wspaniale. Na ten kapuściany czas przysmak jak znalazł.
Anna nieco za późno zaczęła myśleć o kiszeniu kapusty w tym roku. Przeszkodziły różne zajęcia wcześniejsze. I na targu miejscowym kupiła już tylko dwie ostatnie główki kapuściane. Trudno. Jedną zakisiła w słoiku klasycznym sposobem, z solą i kminkiem. A drugą ja wzięłam w obroty.
Kapusta na słodko-kwaśno
Składniki:
1 kg poszatkowanej kapusty
2 łyżki soli kamiennej
3 papryczki chili, albo gdy nie ma papryka ostra w proszku lub pieprz cayenne w ilości wg własnego uznania, ale polecam zrobić na ostro
4 i 1/2 łyżeczki zmiażdżonego czosnku
5 łyżeczek octu owocowego mocy przynajmniej 6% (ja używam swojego z czarnej porzeczki, z zeszłorocznego nastawu, odstał swoje w piwnicy i jest bosko smaczny i mocny)
1/2 szklanki cukru
Przyrządzenie:
Kapustę poszatkować na cienkie paski. Zasypać solą, dokładnie wymieszać i odstawić najlepiej na cały dzień (albo noc).
Następnie dodać czosnek i paprykę. Ocet zagotować i zalać gorącym kapustę. Posypać cukrem, wymieszać. Całość zapakować do 2-litrowego słoika i dobrze ubić. Trzymać w lodówce jeszcze 24 godziny, do solidnego przegryzienia się.
Po tym czasie smacznego! Dla mnie bomba.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



