Kilka dni temu, jak co roku o tej mniej więcej porze, czyli jak Pan Bóg przykazał, zakisiłyśmy kapustę w beczce. Około trzydziestu kilku kilogramów, w tym kilkanaście [sic!] małych główek w całości. Bo obie uwielbiamy gołąbki zawijane w liście kiszone, zamiast w świeże. Ja mam ten zwyczaj z domu rodzinnego, moja mama tylko takie gołąbki przyrządzała od zawsze. Gdy Anna ich spróbowała, szybko przeszła na ten właśnie smak. I przyrządza je, jak nikt na świecie!
Poza tym ukulturalniamy się.
Najpierw zaliczyłam koncert ukraińskiego zespołu pieśni i tańca, którego nazwę, darujcie zabyła ja już zupełnie. W naszym Domu Kultury oczywiście. Wystąpili tancerze w różnych strojach ludowych z rejonu Ukrainy, huculskich, kozackich i mniej mi znanych. Także takich bliskich najbardziej rosyjskim skazkom. Do muzyki z plejbeku, ale takie były warunki. Zwłaszcza męska część zespołu była rewelacyjna, prysiudy, podskoki, obroty, te sprawy... Towarzyszył im pokaźny chór, śpiewający a capella wielkimi glosami. Bardzo pięknie.
Występ trwał krótko, około godziny, ale był starannie i profesjonalnie wyreżyserowany. Poczułam się jak za minionej epoki. Dziewczęta z zespołu miały wyraźne i krzykliwe makijaże, mocno uróżowione policzki, poczernione brwi, podobnie jak członkinie naszych "cepeliowskich" zespołów Mazowsze, czy Śląsk. Wszyscy przyjechali i odjechali wielkim autobusem.
Widownia była pełna, choć nie przepełniona. Niektórzy nawet podśpiewywali sobie refreny wraz z chórem, gdy znana im była piosenka. W końcu nasze okolice są od zawsze enklawą ukraińską na Podlasiu.
Tak zajrzał "wielki świat" w te nasze gminne progi.
Drugi raz i drugi "światowy" koncert odbył się wczoraj. Soulowo-jazzowy. Wystąpiła Amerykanka Patsy Gamble, saksofonistka i śpiewaczka, z trójką polskich muzyków.
Tym razem sala zapełniła się tylko w połowie, ale - o ile wiem - muzykom to wcale nie przeszkadzało. Byli w trasie i potraktowali występ na małej sali jako próbę między większymi występami w miastach. Grali półtorej godziny dłużej, niż ukraiński zespół. Potem jeszcze sprzedawali swoją płytę z autografami. Okazało się, że jest na nią całkiem wielu chętnych.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
18 października 2015
13 października 2015
W kręgu Wielkiego Węża
Najpierw trzeba było zadzwonić, żeby się umówić na termin. W poniedziałek o wpół do dziewiątej pasowało. O dziesiątej był już umówiony następny człowiek.
Wejściem bocznym poprzez pomieszczenia domu do niewielkiej i prawie pustej pakamerki zaprowadziła starsza, wysoka i postawna kobieta około osiemdziesiątki. Nie trzeba było kłaść się, ani rozbierać. Zabieg został dokonany na stojąco. Wprawnymi dłońmi przeciągnęła wzdłuż całego kręgosłupa.
- Boli? - spytała.
- Nie.
- A teraz?
- Oj!
- To już dawne sprawy. Wszystko opuchnięte, zniekształcone. Jeszcze trochę, a nie wstałaby pani z łóżka.
Kobieta palcami wcisnęła kręgi, podtrzymujący kark i gdzieś w okolicach pasa.
- To od tego górnego drętwieją pani ręce. Może trzeba będzie powtórzyć, przyjść jeszcze raz. Jak będzie bolało na trzeci dzień niech pani jeszcze raz do mnie przyjdzie.
- A jak się mam zachowywać teraz? Uważać? Leżeć?
- Nie, nie trzeba się ze sobą pieścić. Można wszystko robić, byle po równo, dwiema rękami. Nic nie nosić, ani dźwigać w jednej ręce.
- Dobrze. Ile płacę?
- Ile pani chce. Jeśli pani nie ma pieniędzy, też dobrze.
Anna wróciła do domu nieco zdziwiona szybkością i efektami zabiegu u miejscowej kręglarki. Do której z każdym problemem kręgosłupowym chodzi się od lat. Ból zaczął się nieco później. Zmusiłam ją, aby jednak nie forsowała się tego dnia i nie podejmowała żadnej cięższej pracy. Około wieczora zaczęła wspominać, że "jest jakby trochę lepiej, wiesz?"... W nocy jednak ręce jeszcze jej drętwiały, lecz ból w plecach zniknął.
- Zdrętwiały, ale już minimalnie. I szybko przeszło, naprawdę - oznajmiła rano ucieszona.
- Wiesz, co? - dodała po chwili - Chyba zacznę z tobą Tai-chi ćwiczyć...
Wejściem bocznym poprzez pomieszczenia domu do niewielkiej i prawie pustej pakamerki zaprowadziła starsza, wysoka i postawna kobieta około osiemdziesiątki. Nie trzeba było kłaść się, ani rozbierać. Zabieg został dokonany na stojąco. Wprawnymi dłońmi przeciągnęła wzdłuż całego kręgosłupa.
- Boli? - spytała.
- Nie.
- A teraz?
- Oj!
- To już dawne sprawy. Wszystko opuchnięte, zniekształcone. Jeszcze trochę, a nie wstałaby pani z łóżka.
Kobieta palcami wcisnęła kręgi, podtrzymujący kark i gdzieś w okolicach pasa.
- To od tego górnego drętwieją pani ręce. Może trzeba będzie powtórzyć, przyjść jeszcze raz. Jak będzie bolało na trzeci dzień niech pani jeszcze raz do mnie przyjdzie.
- A jak się mam zachowywać teraz? Uważać? Leżeć?
- Nie, nie trzeba się ze sobą pieścić. Można wszystko robić, byle po równo, dwiema rękami. Nic nie nosić, ani dźwigać w jednej ręce.
- Dobrze. Ile płacę?
- Ile pani chce. Jeśli pani nie ma pieniędzy, też dobrze.
Anna wróciła do domu nieco zdziwiona szybkością i efektami zabiegu u miejscowej kręglarki. Do której z każdym problemem kręgosłupowym chodzi się od lat. Ból zaczął się nieco później. Zmusiłam ją, aby jednak nie forsowała się tego dnia i nie podejmowała żadnej cięższej pracy. Około wieczora zaczęła wspominać, że "jest jakby trochę lepiej, wiesz?"... W nocy jednak ręce jeszcze jej drętwiały, lecz ból w plecach zniknął.
- Zdrętwiały, ale już minimalnie. I szybko przeszło, naprawdę - oznajmiła rano ucieszona.
- Wiesz, co? - dodała po chwili - Chyba zacznę z tobą Tai-chi ćwiczyć...
8 października 2015
Pastwisko
Kilka dni trwała praca. Do której trzeba było nająć chłopaka ze wsi. Dzięki temu obora została wyczyszczona z gnoju, a nawóz wywieziony furą i roztrząśnięty ręcznie widłami na pastwisku. Nie starczyło go co prawda na cały obszar (ponad hektar), ale pokrył najmniej żyzne części tego dawnego pola. Wczoraj przyjechał traktorzysta i zaorał całość starannie. Tak ma zostać do wiosny. Jednym słowem szykujemy pastwisko z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko z nazwy.
Siły wracają mi dość szybko, choć codziennie wyleguję się po południu na łóżku przez co najmniej godzinę, bo nogi jeszcze nie te. Za to doję już codziennie, przed wieczorem, sama wszystkie kozy. Choć pasą się już na resztkach trawy, liści i gałęziach z leśnych krzewów, to dziennie dają jeszcze blisko 15 litrów mleka i nadal je pracowicie przerabiam. Na ser żółty twardy, rzadziej na miękki, oraz co dwa dni na twaróg. Nastawiam też stale kefir, który bardzo nam obu zasmakował i wypijamy go w dużych ilościach.
Twaróg zjadam ja, psy, kury i indyki, a Anna piecze z niego od czasu do czasu pyszny sernik.
Zaczęły się nocne mrozy, nie tylko lokalne przymrozki. Woda w wiadrze zamarza. Dzisiaj po raz pierwszy napaliłam w piecu c.o. Oj, cieplutko się zrobiło w całym domu.
Siły wracają mi dość szybko, choć codziennie wyleguję się po południu na łóżku przez co najmniej godzinę, bo nogi jeszcze nie te. Za to doję już codziennie, przed wieczorem, sama wszystkie kozy. Choć pasą się już na resztkach trawy, liści i gałęziach z leśnych krzewów, to dziennie dają jeszcze blisko 15 litrów mleka i nadal je pracowicie przerabiam. Na ser żółty twardy, rzadziej na miękki, oraz co dwa dni na twaróg. Nastawiam też stale kefir, który bardzo nam obu zasmakował i wypijamy go w dużych ilościach.
Twaróg zjadam ja, psy, kury i indyki, a Anna piecze z niego od czasu do czasu pyszny sernik.
Zaczęły się nocne mrozy, nie tylko lokalne przymrozki. Woda w wiadrze zamarza. Dzisiaj po raz pierwszy napaliłam w piecu c.o. Oj, cieplutko się zrobiło w całym domu.
1 października 2015
Bulwiaste żniwo
W nocy był przymrozek. Dorodne liście dyni w ogródku zwinęły się bezpowrotnie. Trzeba było pójść z taczką i dokonać ostatecznych zbiorów. Wyszło tego dwie czubate taczki. Dynie wyrosły różnej wielkości, i choć nie było wśród nich gigantów, to kilka jest naprawdę dorodnych. Kozy zaczynają dostawać swój smakołyk przy dojeniu jako dodatek do owsa. Pokrojony w wygodną do gryzienia kostkę. Ma działanie zwiększające mleczność, jak i jajeczność u drobiu, zatem karmimy teraz, nie czekając, bo to ostatni miesiąc pozyskiwania od nich mleka.
Przy okazji wykopałyśmy ziemniaki. Wiele krzaczków było w ogóle bez bulw. A to te, którym trafiło się miejsce niezasilone nawozem. Za to kilka, które wyrosły w sąsiedztwie pryzmy gnijącej słomy okazały się mieć duże i liczne potomstwo. Jest tego pełna duża reklamówka.
W ogrodzie pozostaje jeszcze kilka rządków czerwonych buraczków. Na razie niech rosną, przymrozek im nie zaszkodził.
Jak można sobie wyobrazić, sądząc po wielkości zbiorów, ogrodniczkami jesteśmy marnymi, co najwyżej bardzo przeciętnymi i nawet się tym przestałam przejmować. Tym niemniej, pocieszające dla kogoś, kto nigdy się tym nie parał i boi się spróbować, może być stwierdzenie faktu, że nawet przy takim braku talentu i czasu do grzebania w ziemi oraz tylu przeciwnościach, jak u nas, typu piaszczysta sucha gleba, brak wody do podlewania, naloty drobiu na zasiewy, to zawsze COŚ UROŚNIE. I to coś daje się zjeść ze smakiem i satysfakcją, a nawet stworzyć czasem niewielki zapas bądź przetwory na zimę.
Czeka mnie jeszcze robienie leczo do przechowania w zamrażarce. To wygodny prędki obiad w chwilach, gdy nie ma na gotowanie czasu albo chęci.
Przy okazji wykopałyśmy ziemniaki. Wiele krzaczków było w ogóle bez bulw. A to te, którym trafiło się miejsce niezasilone nawozem. Za to kilka, które wyrosły w sąsiedztwie pryzmy gnijącej słomy okazały się mieć duże i liczne potomstwo. Jest tego pełna duża reklamówka.
W ogrodzie pozostaje jeszcze kilka rządków czerwonych buraczków. Na razie niech rosną, przymrozek im nie zaszkodził.
Jak można sobie wyobrazić, sądząc po wielkości zbiorów, ogrodniczkami jesteśmy marnymi, co najwyżej bardzo przeciętnymi i nawet się tym przestałam przejmować. Tym niemniej, pocieszające dla kogoś, kto nigdy się tym nie parał i boi się spróbować, może być stwierdzenie faktu, że nawet przy takim braku talentu i czasu do grzebania w ziemi oraz tylu przeciwnościach, jak u nas, typu piaszczysta sucha gleba, brak wody do podlewania, naloty drobiu na zasiewy, to zawsze COŚ UROŚNIE. I to coś daje się zjeść ze smakiem i satysfakcją, a nawet stworzyć czasem niewielki zapas bądź przetwory na zimę.
Czeka mnie jeszcze robienie leczo do przechowania w zamrażarce. To wygodny prędki obiad w chwilach, gdy nie ma na gotowanie czasu albo chęci.
29 września 2015
Jesienne zbiory
Zaczęły się zimne noce. To i w ścianowym piecu wypada czasem napalić po południu, aby wytworzyć miłe i bezpieczne ciepło w nocy. Oprócz codziennego palenia pod płytą, na której twaróg i obiad warzę. Noc z zaćmieniem Księżyca, bardzo jasną, koty przespały razem w swoich objęciach na fotelu szefowej, zamiast jak dotąd, na dworze. Najwyraźniej było im bardzo przyjemnie w ogrzanym wnętrzu i przypomniały sobie, że bywają domatorami.
Pszczoły dokarmione, przez kilka bardzo ciepłych dni zdążyły zużyć sporą ilość zadanego w podkarmiaczce słodkiego syropu. Mają poza tym zapas tegorocznego miodu, którego im szkoda podbierać. To ciągle młody rój i w fazie rozwojowej, może w przyszłym roku, jak dobrze pójdzie osiągnie znaczniejszą wielkość i zasiedli cały ul. Wtedy będziemy inaczej myśleć.
Litr miodu, jaki udało nam się od nich pozyskać i tak niezwykle nas cieszy. Wosk ma przeznaczenie kremowe, (gdy będzie go więcej zaczniemy wyrabiać świece), a żółty gęsty pachnący miód podjadamy na różne sposoby. Ja najbardziej lubię kanapkę z twarogiem (kozim domowym oczywiście) polanym miodem. Nie ma nic smaczniejszego!
Zaczynają nieść się młode kurki. Znajdujemy codziennie w którymś żłobie, zmiennie, jedno-dwa niewielkie jajeczka. Stare gęsi też się niosą, zatem jajecznego dobra nam nie brakuje.
Koguty nabrały już masy, podobnie jak i tegoroczne białe gęsi. Zatem czasem pojawiają się na stole. W formach pieczonych (nie ma nic lepszego od kotletów z młodej koguciej piersi, nie podpędzanej hormonalnie! i rosołków z gęsiny). Sporo ich jeszcze na podwórzu biega, a ponieważ zbliżają się chłody i głody więc jeszcze trochę pracy przed nami, żeby ten plon zebrać i zabezpieczyć. Pozostawiając do wiosny tylko sztuki przetrwaniowe i nieśne.
Z dojrzałych śliwek węgierek uwarzyłam w wolnowarze konfiturę. Wyszło kilka słoiczków. Wiele nie trzeba dla dwóch osób, ot, smakołyk. W ogrodzie pozostają nadal rosnące jeszcze dynie. Nie są zbyt wielkie, ale na tej naszej pustyni zamienionej niedawno w permakulturową działkę jakimś cudem przetrwały letnie upały i suszę zupełnie bez podlewania, a teraz nabierają masy. Inne warzywka, które nawet przeżyły, to jednak pozostały w formie karłowatej i nieowocującej. Połowa zaściółkowanych truskawek wyschła (ale połowa przeżyła!), podobnie zmarniało trochę sadzonek porzeczek, ale teraz przy jesiennych deszczach widać, że zaczynają odbijać i może nie będzie bardzo źle. Zeszłoroczne ziemniaki, które pozostały w glebie, bo były tak śmiesznie niewydarzone, wielkości piłeczki pingpongowej, że szkoda było zachodu je wykopywać, na wiosnę puściły pięknie liście i zielenią się do tej pory. Zbieram siły, aby wreszcie pójść do nich ze szpadlem i dokonać zbiorów. Jest tego kilkanaście całkiem dorodnych krzaczków.
Przy okazji trwa okazjonalna wymiana ze znajomymi owych dóbr, dzielimy się tym, co kto ma w nadmiarze. To miły zwyczaj wśród wszystkich działkowiczów. Nikt nie lubi patrzeć na marnowanie się nadmiernych plonów przecież. Tym sposobem nastawiam właśnie kolejną jesienną napojkę z mieszanki winogron, niezwykle słodkich po tegorocznym arabskim lecie, czeremchy i jarzębiny. Zajadam się także cygańskim leczo (leczem? głupio brzmi) z dorodnych podarowanych cukinii (nasze już zamieniły się w keczup).
I popijam dary gospodarstwa domowym kefirem.
Słuchając, i nie widząc, lecących wysoko nad chmurami stad dzikich gęsi i żurawi, ciągnących w tym roku jakby kapkę wcześniej i prosto na południe. Co, przypomnę, wróży wczesną zimę. Z innych wróżb, obrodziły latoś dęby żołędziami, a to ponoć także na mroźną i śnieżną zimę wskazuje.
Pszczoły dokarmione, przez kilka bardzo ciepłych dni zdążyły zużyć sporą ilość zadanego w podkarmiaczce słodkiego syropu. Mają poza tym zapas tegorocznego miodu, którego im szkoda podbierać. To ciągle młody rój i w fazie rozwojowej, może w przyszłym roku, jak dobrze pójdzie osiągnie znaczniejszą wielkość i zasiedli cały ul. Wtedy będziemy inaczej myśleć.
Litr miodu, jaki udało nam się od nich pozyskać i tak niezwykle nas cieszy. Wosk ma przeznaczenie kremowe, (gdy będzie go więcej zaczniemy wyrabiać świece), a żółty gęsty pachnący miód podjadamy na różne sposoby. Ja najbardziej lubię kanapkę z twarogiem (kozim domowym oczywiście) polanym miodem. Nie ma nic smaczniejszego!
Zaczynają nieść się młode kurki. Znajdujemy codziennie w którymś żłobie, zmiennie, jedno-dwa niewielkie jajeczka. Stare gęsi też się niosą, zatem jajecznego dobra nam nie brakuje.
Koguty nabrały już masy, podobnie jak i tegoroczne białe gęsi. Zatem czasem pojawiają się na stole. W formach pieczonych (nie ma nic lepszego od kotletów z młodej koguciej piersi, nie podpędzanej hormonalnie! i rosołków z gęsiny). Sporo ich jeszcze na podwórzu biega, a ponieważ zbliżają się chłody i głody więc jeszcze trochę pracy przed nami, żeby ten plon zebrać i zabezpieczyć. Pozostawiając do wiosny tylko sztuki przetrwaniowe i nieśne.
Z dojrzałych śliwek węgierek uwarzyłam w wolnowarze konfiturę. Wyszło kilka słoiczków. Wiele nie trzeba dla dwóch osób, ot, smakołyk. W ogrodzie pozostają nadal rosnące jeszcze dynie. Nie są zbyt wielkie, ale na tej naszej pustyni zamienionej niedawno w permakulturową działkę jakimś cudem przetrwały letnie upały i suszę zupełnie bez podlewania, a teraz nabierają masy. Inne warzywka, które nawet przeżyły, to jednak pozostały w formie karłowatej i nieowocującej. Połowa zaściółkowanych truskawek wyschła (ale połowa przeżyła!), podobnie zmarniało trochę sadzonek porzeczek, ale teraz przy jesiennych deszczach widać, że zaczynają odbijać i może nie będzie bardzo źle. Zeszłoroczne ziemniaki, które pozostały w glebie, bo były tak śmiesznie niewydarzone, wielkości piłeczki pingpongowej, że szkoda było zachodu je wykopywać, na wiosnę puściły pięknie liście i zielenią się do tej pory. Zbieram siły, aby wreszcie pójść do nich ze szpadlem i dokonać zbiorów. Jest tego kilkanaście całkiem dorodnych krzaczków.
Przy okazji trwa okazjonalna wymiana ze znajomymi owych dóbr, dzielimy się tym, co kto ma w nadmiarze. To miły zwyczaj wśród wszystkich działkowiczów. Nikt nie lubi patrzeć na marnowanie się nadmiernych plonów przecież. Tym sposobem nastawiam właśnie kolejną jesienną napojkę z mieszanki winogron, niezwykle słodkich po tegorocznym arabskim lecie, czeremchy i jarzębiny. Zajadam się także cygańskim leczo (leczem? głupio brzmi) z dorodnych podarowanych cukinii (nasze już zamieniły się w keczup).
I popijam dary gospodarstwa domowym kefirem.
Słuchając, i nie widząc, lecących wysoko nad chmurami stad dzikich gęsi i żurawi, ciągnących w tym roku jakby kapkę wcześniej i prosto na południe. Co, przypomnę, wróży wczesną zimę. Z innych wróżb, obrodziły latoś dęby żołędziami, a to ponoć także na mroźną i śnieżną zimę wskazuje.
22 września 2015
Siła natury
Dzięki błogosławionemu działaniu jagód leśnych i naparu z korzenia kobylaka (niniejszym bardzo dziękuję doradzającym!) jestem już w praktyce zdrowa i uwolniona od dręczącej przypadłości, która zabrała mi radość życia w ciągu dwóch tygodni swego trwania.
Niniejszym radzę wszystkim, którzy cierpią z powodu biegunki, bądź gdyby im się coś podobnego w życiu przytrafiło: żadnych tabletek i farmaceutycznych środków, choćby z największą wiarą rekomendowanych. Dwa miesiące cierpień? Jak to znieść?
Jagody zadziałały w ciągu 24 godzin. Jeden słoiczek po dżemie pasteryzowanych owoców zasypanych cukrem zatrzymał niagarę, której nic nie było w stanie zatrzymać, żadna chemia, ani nawet biochemia! Drugi sprawę umocnił. Po czym wszedł w grę kabylak. Po wypiciu trzech kubków naparu (jeden w ciągu jednego dnia) mogę śmiało powiedzieć, że wszystkie objawy znikły całkowicie!
Trochę się nabiedziłam, żeby go znaleźć. W pobliżu nie rośnie. Być może widziałam go rosnącego na naszej łące przygranicznej, ale nie szlo specjalnie na nią jechać. W aptekach nie ma. Znalazłam za pośrednictwem internetu w pewnej hajnowskiej firmie sprzedającej przyprawy i zioła. Kupiłam następnego dnia.
Teraz już tylko piję dwa kubki probiotycznego jogurtu domowej roboty dziennie, na bazie bakterii nabytych w Agrovisie. Czasem dojadam jeszcze białym twarożkiem z dodatkiem czosnku.
Siły wracają dość szybko. Odbyłam pierwszą konsultację u szpitalnej lekarki. Stwierdziła jeszcze trzęsące się kolana, co jest prawdą. Szybko się męczę i muszę godzinę-dwie poleżeć w ciągu dnia, aby odpocząć. Czasem boli mnie głowa, zwłaszcza przed zmianą pogody, albo serce, także plecy. Ale w domu robię już wszystko co trzeba. Serowarzę, sprzątam, gotuję, palę ogień. Uwarzyłam kilkadziesiąt słoiczków keczupu, przyrządziłam i upiekłam pracochłonny pasztet z podrobów koźlęcych, zrobiłam trochę soku z czeremchy. Przy okazji układania nowego zapasu keczupu w piwnicy znalazłam zapomniany słoiczek tegoż z zeszłego roku;. Rewelacja! Mimo upałów sierpniowych przetrwał bez skazy jakościowej. Właśnie się nim raczę.
Ukradłyśmy także naszym pszczółkom jedną ramkę z miodem, pięknie zasklepionym woskiem z obu stron. Za mało, żeby korzystać z miodarki, którą mamy po poprzednich właścicielach siedliska. Ramka została, za radą pani Leny, po zerwaniu warstwy wosku nakłuta specjalnym pszczelarskim dłuto-grzebieniem i ustawiona w pozycji skośnej nad garnkiem odpowiednio szerokim. Miód skapywał cały wieczór, noc i ranek. Jest wspaniały, gęsty. Gęstość mi dotąd nieznana. Znają ją chyba jedynie pszczelarze, bo nie ich klienci. Taka nasza pierwsza drobna radość z posiadania zalążka pasieki.
Niniejszym radzę wszystkim, którzy cierpią z powodu biegunki, bądź gdyby im się coś podobnego w życiu przytrafiło: żadnych tabletek i farmaceutycznych środków, choćby z największą wiarą rekomendowanych. Dwa miesiące cierpień? Jak to znieść?
Jagody zadziałały w ciągu 24 godzin. Jeden słoiczek po dżemie pasteryzowanych owoców zasypanych cukrem zatrzymał niagarę, której nic nie było w stanie zatrzymać, żadna chemia, ani nawet biochemia! Drugi sprawę umocnił. Po czym wszedł w grę kabylak. Po wypiciu trzech kubków naparu (jeden w ciągu jednego dnia) mogę śmiało powiedzieć, że wszystkie objawy znikły całkowicie!
Trochę się nabiedziłam, żeby go znaleźć. W pobliżu nie rośnie. Być może widziałam go rosnącego na naszej łące przygranicznej, ale nie szlo specjalnie na nią jechać. W aptekach nie ma. Znalazłam za pośrednictwem internetu w pewnej hajnowskiej firmie sprzedającej przyprawy i zioła. Kupiłam następnego dnia.
Teraz już tylko piję dwa kubki probiotycznego jogurtu domowej roboty dziennie, na bazie bakterii nabytych w Agrovisie. Czasem dojadam jeszcze białym twarożkiem z dodatkiem czosnku.
Siły wracają dość szybko. Odbyłam pierwszą konsultację u szpitalnej lekarki. Stwierdziła jeszcze trzęsące się kolana, co jest prawdą. Szybko się męczę i muszę godzinę-dwie poleżeć w ciągu dnia, aby odpocząć. Czasem boli mnie głowa, zwłaszcza przed zmianą pogody, albo serce, także plecy. Ale w domu robię już wszystko co trzeba. Serowarzę, sprzątam, gotuję, palę ogień. Uwarzyłam kilkadziesiąt słoiczków keczupu, przyrządziłam i upiekłam pracochłonny pasztet z podrobów koźlęcych, zrobiłam trochę soku z czeremchy. Przy okazji układania nowego zapasu keczupu w piwnicy znalazłam zapomniany słoiczek tegoż z zeszłego roku;. Rewelacja! Mimo upałów sierpniowych przetrwał bez skazy jakościowej. Właśnie się nim raczę.
Ukradłyśmy także naszym pszczółkom jedną ramkę z miodem, pięknie zasklepionym woskiem z obu stron. Za mało, żeby korzystać z miodarki, którą mamy po poprzednich właścicielach siedliska. Ramka została, za radą pani Leny, po zerwaniu warstwy wosku nakłuta specjalnym pszczelarskim dłuto-grzebieniem i ustawiona w pozycji skośnej nad garnkiem odpowiednio szerokim. Miód skapywał cały wieczór, noc i ranek. Jest wspaniały, gęsty. Gęstość mi dotąd nieznana. Znają ją chyba jedynie pszczelarze, bo nie ich klienci. Taka nasza pierwsza drobna radość z posiadania zalążka pasieki.
12 września 2015
Rekonwalescencja
Powoli, bardzo powoli odzyskuję siły. Na tyle, że od powrotu ze szpitala udzielam się w domowych pracach, a wczoraj pomogłam po raz pierwszy Ani w wieczornym udoju. Wszystko byłoby lepiej, gdyby nie dokuczająca ciągle poszpitalna biegunka. Pierwsze dni były bardzo trudne do zniesienia. Bez no-spy nie dało mi się zasnąć. Pomogły trochę bakteryjne środki, kupione w aptece za poradą pani farmaceutki. Która przy okazji pocieszyła mnie, że zaburzenia mogą potrwać nawet i dwa miesiące. Owe środki okazały się doraźne i przestały skutkować dość szybko, zatem przeszłam na naturę. Odtruwające zioła kilku rodzajów, czosnek, jagody, węgiel. I na wieczór kieliszek nalewki. Który cudem prawdziwym zastępuje świetnie no-spę i udaje mi się po nim wreszcie przespać całą noc bez wychodzenia do łazienki. Poranek jest jednak wciąż podobny jeden do drugiego.
Udało się też nam dokończyć obudowę tarasu. I to na tyle.
Udało się też nam dokończyć obudowę tarasu. I to na tyle.
2 września 2015
Powrót znikąd
Od wczoraj jestem już w domu. Zaliczyłam 2 tygodnie w
szpitalu hajnowskim na oddziale zakaźnym. Musiałam się tam jednak zjawić, bo znów pojawił się ból głowy i gorączka, która szybko skoczyła do 39 i nie było na co czekać. Zaraz mnie tam wzięli w
obroty. Krew, EKG, badanie neurologiczne, tomografia mózgu, w końcu punkcja
kręgosłupa. Bardzo nieprzyjemne i bolesne doświadczenie, po którym przez dobę
nie mogłam podnieść głowy od poduszki i w razie potrzeby musiałam wzywać
siostrę basen. Badanie wykazało obecność wirusa KZM, kleszczowego zapalenia mózgu. Ostatni kleszcz, jaki sobie wyciągnęłam ze stopy był jednak zakażony.
Potem przez tydzień wisiałam na kroplówkach, w porywach do czterech razy na dobę, sole, lekarstwo antywirusowe, antybiotyk, sterydy. Po tygodniu wyjęto mi zaworek z pokłutej trzykrotnie żyły i już tylko leżałam i regenerowałam spory ubytek sił. Chodziłam niepewnie, trzymając się ściany, siedzenie sprawiało, że bolał mnie przekłuty kręgosłup i musiałam zaraz się kłaść, wzrok też szwankował. Zresztą ciągle tak jest, tylko stopniowo coraz dłużej wytrzymuję bez polegiwania. Kuchnia szpitalna to osobna opowieść. Sterylna, beztłuszczowa, bezcukrowa i bezwitaminowa idealnie. I ciągle dla mnie bezglutenowej ryżowe chrupki i ryż pod każdą postacią. W każdym razie wróciłam z ciągłym rozwolnieniem i nocnymi bólami brzucha. Z którymi teraz zaczynam codzienny pokarmowy pojedynek. Jogurt domowy już nastawiony, zaczynam popijać powolutku. Twarożki, smaczne i na zimno tłoczone oleje, zioła, pożywne rosołki, łagodne sałatki.
Ania miała gorzej. I wciąż ma, ponieważ siły jeszcze do codziennej pracy nie mam. Całe gospodarstwo na głowie, do tego własne zajęcia i jeszcze wizyty u mnie co drugi dzień, ponad 80 km w obie strony.
No, ale wychodzimy z zakrętu. Może z nowymi wnioskami? I doświadczeniami do spożytkowania?
Potem przez tydzień wisiałam na kroplówkach, w porywach do czterech razy na dobę, sole, lekarstwo antywirusowe, antybiotyk, sterydy. Po tygodniu wyjęto mi zaworek z pokłutej trzykrotnie żyły i już tylko leżałam i regenerowałam spory ubytek sił. Chodziłam niepewnie, trzymając się ściany, siedzenie sprawiało, że bolał mnie przekłuty kręgosłup i musiałam zaraz się kłaść, wzrok też szwankował. Zresztą ciągle tak jest, tylko stopniowo coraz dłużej wytrzymuję bez polegiwania. Kuchnia szpitalna to osobna opowieść. Sterylna, beztłuszczowa, bezcukrowa i bezwitaminowa idealnie. I ciągle dla mnie bezglutenowej ryżowe chrupki i ryż pod każdą postacią. W każdym razie wróciłam z ciągłym rozwolnieniem i nocnymi bólami brzucha. Z którymi teraz zaczynam codzienny pokarmowy pojedynek. Jogurt domowy już nastawiony, zaczynam popijać powolutku. Twarożki, smaczne i na zimno tłoczone oleje, zioła, pożywne rosołki, łagodne sałatki.
Pierwszy tydzień był prawie w innym stanie świadomości.
Gapiłam się w okno na skrawek nieba ponad murami szpitalnymi. Rano i wieczorem
fruwały tam ptaki. Albo słuchałam odgłosów z oddziału, czasem wymieniłam kilka
zdań ze współchorymi albo pielęgniarkami. Przez pierwsze dni leżałam na 3 osobowej sali, potem
przeniesiono mnie do innej, już bez chorych, wreszcie dołączono do kobiety gorączkującej
nie wiadomo, z jakiego powodu. Wyszłyśmy jednego dnia.
W sumie nasz powiatowy szpital zostawił we mnie zaskakująco
pozytywne wrażenie. Jest zbudowany dość niedawno, wygodny dla chorych, wyciszone
podwójnymi drzwiami sale 3 i najwyżej 6 osobowe, w każdej z nich umywalka i osobna łazienka z prysznicem.
Ania miała gorzej. I wciąż ma, ponieważ siły jeszcze do codziennej pracy nie mam. Całe gospodarstwo na głowie, do tego własne zajęcia i jeszcze wizyty u mnie co drugi dzień, ponad 80 km w obie strony.
No, ale wychodzimy z zakrętu. Może z nowymi wnioskami? I doświadczeniami do spożytkowania?
13 sierpnia 2015
Festiwalowe wspomnienia
Nie pisałam nic o tegorocznym festiwalu. Przyczyna jest taka, że złożyła mnie właśnie wtedy boleść nieznana, zaczynająca się silną 39-stopniową gorączką w noc po pierwszym koncercie, a potem to już tylko gorzej było. Aż do podejrzenia choroby odkleszczowej, a mianowicie zapalenia mózgu. Na szczęście wyszłam z tego po półtora tygodniu obronną ręką, i takim cudem, że żadnych farmaceutyków nie używałam, ponieważ dolegliwość była pod obserwacją i żaden lekarz nic nie przepisał, oprócz badań podstawowych, zdjęcia rentgenowskiego i badania krwi, tylko babcine sposoby zadziałały.
Ale mniejsza o mniejszość, jeśli udało mi się z niej wyjść zdrowo, prawda?
Tym niemniej tym, którzy są ciekawi i chcą pouczestniczyć zapodaję tutaj filmiki robione podczas festiwalu różną ręką. Można się zaaklimatyzować, proszę bardzo.
XX Festiwal Z Wiejskiego Podwórza, dzień 1, część 1 - trochę naszych tubylczych klimatów w przemówieniu pana wójta. Jak to Jaskółka z Wróblem rękę sobie podawali.
XX Festiwal Z wiejskiego Podwórza, dzień 1, część 2 - konferencja, nalot kamerą na nasz dom kultury.
XX Festiwal z Wiejskiego Podwórza, dzień 1, część 3 - koncert nadchodzi, wraz z pewnym arabskim egzotycznym wątkiem, który rozwinął się podczas koncertu Czeremszyny. Nasz stragan nie załapał się, ale niektórzy znajomi i owszem.
XX Festiwal, dzień 1, część 4 - stragany, koncert Todara, czyli Żmiciera Wajciuszkiewicza z Wajciuszek. Tu muszę się pochwalić, że po koncercie całkiem niespodziewanie miałam okazję uścisnąć go serdecznie i pochwalić za miłe chwile muzyczne, których zawsze od lat mi dostarcza.
XX Festiwal, dzień 1, część 5 - koncert zespołu DAAB, wielu osobom przypomniały się młode lata, mnie też, bo zdarzało mi się wędrować po Polsce autostopem na różne koncerty bluesowe i rockowe, ich także.
XX Festiwal, dzień 1, część 6 - wieńczący dzień koncert Czeremszyny urozmaicony występem Marokańczyków.
Inne rejestracje dam w innym wpisie, bo trochę chyba jest do oglądania!
Po koncercie Czeremszyny był powrót w pielesze domowe i jeszcze z godzinę, mimo późnej pory, sączyliśmy z przyjaciółmi-gośćmi znakomite czerwone wino z przydomowej winiarni Jana-Słowaka. Następnie padłam, czując się zaatakowana temperaturą, wzrastającą z głębi organizmu w błyskawicznym tempie...
Ale mniejsza o mniejszość, jeśli udało mi się z niej wyjść zdrowo, prawda?
Tym niemniej tym, którzy są ciekawi i chcą pouczestniczyć zapodaję tutaj filmiki robione podczas festiwalu różną ręką. Można się zaaklimatyzować, proszę bardzo.
XX Festiwal Z Wiejskiego Podwórza, dzień 1, część 1 - trochę naszych tubylczych klimatów w przemówieniu pana wójta. Jak to Jaskółka z Wróblem rękę sobie podawali.
XX Festiwal Z wiejskiego Podwórza, dzień 1, część 2 - konferencja, nalot kamerą na nasz dom kultury.
XX Festiwal z Wiejskiego Podwórza, dzień 1, część 3 - koncert nadchodzi, wraz z pewnym arabskim egzotycznym wątkiem, który rozwinął się podczas koncertu Czeremszyny. Nasz stragan nie załapał się, ale niektórzy znajomi i owszem.
XX Festiwal, dzień 1, część 4 - stragany, koncert Todara, czyli Żmiciera Wajciuszkiewicza z Wajciuszek. Tu muszę się pochwalić, że po koncercie całkiem niespodziewanie miałam okazję uścisnąć go serdecznie i pochwalić za miłe chwile muzyczne, których zawsze od lat mi dostarcza.
XX Festiwal, dzień 1, część 5 - koncert zespołu DAAB, wielu osobom przypomniały się młode lata, mnie też, bo zdarzało mi się wędrować po Polsce autostopem na różne koncerty bluesowe i rockowe, ich także.
XX Festiwal, dzień 1, część 6 - wieńczący dzień koncert Czeremszyny urozmaicony występem Marokańczyków.
Inne rejestracje dam w innym wpisie, bo trochę chyba jest do oglądania!
Po koncercie Czeremszyny był powrót w pielesze domowe i jeszcze z godzinę, mimo późnej pory, sączyliśmy z przyjaciółmi-gośćmi znakomite czerwone wino z przydomowej winiarni Jana-Słowaka. Następnie padłam, czując się zaatakowana temperaturą, wzrastającą z głębi organizmu w błyskawicznym tempie...
10 sierpnia 2015
Ślad węża
Z jednej strony hiszpańskie upały na Podlasiu dają się znieść, jeśli po prostu człowiek skryje się w zaciszu domu, ma co pić, i czym się od czasu do czasu polać, i nie musi nic robić. Bo nie ma do tego żadnej siły ani motywacji. Sery podpuszczkowe wariują, nie ma na to żadnej rady (oprócz klimatyzacji, na którą mnie nie stać), zatem przeszłam na kwaszenie mleka i robienie twarogów. Nadmiar mrożę, gdy temperatura spadnie powstaną z nich serniki i bułeczki z serem. W takim razie jest czas na lenistwo. I sjestę poobiednią. Do jedynych obowiązków należy dolewanie wody zwierzakom, a znika w pojemnikach bardzo szybko.
Także las się ruszył ku wodzie. Widać, że przyroda jest zdumiona śródziemnomorskim klimatem.
Pojawiają się w chłodzie poranka na przykład ogromne chrząszcze, typu jelonka, szukające odrobiny wilgoci.
Pod kranem zewnętrznym spotkałam dzisiaj ropuchę szarą. Musiałam ją trochę namawiać, aby się schowała w garażu przed drobiem, który miał właśnie wyjść z kurnika.
A przed domem natknęłam się na dziwny podłużny ślad.
Wiódł przez całe obejście, wzdłuż wszystkich budynków, widać starannie obejrzanych, zakręcając kilka razy, w tym tuż koło wiaderka z wodą dla gęsi, zostawionego na noc pod śliwą i kończył się gdzieś w lesie.
- Co za zwariowany rowerzysta! - zawołałam zdziwiona.
Ale to nie był ślad roweru.
Kto wie, może odwiedził nas dzisiaj w nocy ktoś taki?
Gniewosz plamisty
Także las się ruszył ku wodzie. Widać, że przyroda jest zdumiona śródziemnomorskim klimatem.
Pojawiają się w chłodzie poranka na przykład ogromne chrząszcze, typu jelonka, szukające odrobiny wilgoci.
Pod kranem zewnętrznym spotkałam dzisiaj ropuchę szarą. Musiałam ją trochę namawiać, aby się schowała w garażu przed drobiem, który miał właśnie wyjść z kurnika.
A przed domem natknęłam się na dziwny podłużny ślad.
Wiódł przez całe obejście, wzdłuż wszystkich budynków, widać starannie obejrzanych, zakręcając kilka razy, w tym tuż koło wiaderka z wodą dla gęsi, zostawionego na noc pod śliwą i kończył się gdzieś w lesie.
- Co za zwariowany rowerzysta! - zawołałam zdziwiona.
Ale to nie był ślad roweru.
Kto wie, może odwiedził nas dzisiaj w nocy ktoś taki?
Gniewosz plamisty
5 sierpnia 2015
Przygoda w lesie
W poniedziałek wpadły koło południa panie z agencji rolnej, sprawdzić stan koziego stada w zgodzie z księgą. Bierzemy dopłaty, są kontrole. Już się zaczynał upał. Kozy (w nieustająco trwającej rui) szalały już od wczesnych godzin rannych na dużym pastwisku. Anna gwizdnęła i zawołała. Stado natychmiast z końca pola przybiegło pod ogrodzenie przy drodze i dało się odliczyć.
- Och, jak to dobrze, że nie musimy za nimi biegać - westchnęła z ulgą jedna z urzędniczek.
Blisko południa ściągamy kozy z pastwiskowej patelni na kaczy dołek. Tam rosną wysokie chłodzące drzewa, klony, dęby, grusze, graby i brzozy. Dajemy im siano i wodę i tak spędzają najgorętszy czas, w cieniu. Na godzinę przed spędzeniem do obory Anna wypuszcza je jeszcze w pobliski las, aby pojadły liści i gałęzi z zarośli.
Dzisiaj wypadły stadnie na dukt leśny przy drodze dojazdowej do wsi, przejęte krzakami czeremchy. Anna z psami szła przy nich, usiłując dopilnować jakiegoś porządku. Nagle Laba przebiegła przez przycupnięty na ziemi w trawie... rój dzikich pszczół. Widocznie w tym miejscu szukały ochłody. Pszczoły zaatakowały, Pasię i Labę, z kóz flegmatyczną Felę, rzuciły się też na Annę. Anna w jednej chwili zarządziła odwrót psom i sobie, zostawiając kozy własnemu instynktowi. Im w rzeczywistości nic się nie stało, choć łaziły blisko roju jeszcze jakiś czas. Pszczoły nie uznały ich za wrogów. Labie spuchł nos, a Anna doliczyła się na sobie pięć użądleń. Nie były jakieś znaczne, tylko w jednym miejscu utkwiło żądło. Trafiły w ręce, nogi i twarz. Przyłożyła sobie połówkę pomidora do opuchnięć, a Laba dostała rozpuszczone wapno.
4 sierpnia 2015
Teorie spiskowe w poczekalni u lekarza
I po tygodniu, spędzonym na ogół w łóżku lub jego okolicach wylądowałam dzisiaj znowu w poczekalni do lekarza chorób zakaźnych w hajnowskim szpitalu. Zapowiadany upał przygnał nas odpowiednio wcześniej, aby go uprzedzić, choć trochę. W kolejce przede mną siedziało osiem osób.
Jakiś czas czekaliśmy na lekarkę, w końcu, gdy zaczęła przyjmować panowie się rozgadali. Pierwszy rozmowny jednak dość szybko został załatwiony, zapadła po nim na korytarzu wymowna cisza.
Jednak niezbyt długa. W zamian odezwał się nagle milczący dotąd poważny mężczyzna w średnim wieku, nawiązując do miejsca, w którym siedzimy i chorób, o których rozmawiamy lub mamy je jedynie na myśli.
Okazał się pasjonatem jakiegoś kanału TV, nie pamiętał jakiego, z którego można się dowiedzieć, że medycyna medycynie nierówna. Jest jedna dla bogatych i wiedzących i druga dla zwykłych ludzi. On podejrzewa, że z boreliozą też tak może być.
- Proszę pana, w Warszawie jest taka klinika, gdzie leczą antybiotykiem CAŁY ROK. A tutaj - pokazał wokół ręką - tylko dwa tygodnie.
Drugi pan wdał się w opowieść o swoich bolących stawach, które smaruje "maścią z internetu", która tak piecze, że nie idzie wytrzymać. Ale tylko, gdy posmaruje nią bolące miejsce trzy razy może obrać ziemniaki na obiad.
- No, tak. Tak to już jest - westchnął na koniec filozoficznie - Z boreliozą idzie się do grobu.
W końcu przyszła moja kolejka i weszłam do gabinetu. Lekarka poznała mnie. W zeszłym tygodniu dała mi skierowanie na obserwację szpitalną, z podejrzeniem odkleszczowego zapalenia mózgu. Nie zgodziłam się i, jak się teraz okazało, miałam rację.
Przejrzała moje wyniki badań. Wszystkie ujemne.
- Jeszcze tylko KZM, już doktor bada, zaraz będziemy wiedzieć. Niech pani zaczeka na korytarzu.
Zaczekałam. Już tylko w towarzystwie starszego pana, który czekał na żonę. Grubiutki, dowcipny, z uśmiechem w oczach. Także rozmowny się okazał. I miał również swoją teorię spiskową.
- Upał dzisiaj, prawda? Ja tak sobie myślę, że to ci wszyscy Arabowie, którzy tak się pchają do Europy ten żar ze sobą niosą. Coraz więcej żaru...
Uśmiechnął się miło.
- Bo, proszę pomyśleć. W 39, pamiętam, zimy takie się zaczęły, że drzewa w lesie pękały od mrozu. Ruskie przysłali tych swoich czerwonoarmiejców z Syberii, te stały w śniegu po pas, rozchełstane i popijały z beczki czysty spirytus. Dla nich 40 stopni to normalne zimno, przyzwyczajone. Ale jak szli na zachód to mróz z nimi. Tak samo teraz jest i z Arabami. Z nimi idzie upał.
Lekarka zawołała mnie jeszcze raz. KZM wyszło też ujemnie. Jestem zdrowa. Śmiała się nieco zażenowana pomyłką. Dopadł mnie zwyczajny wirus grypy żołądkowej lub czegoś podobnego. Albo nowa skryta jeszcze mutacja na ten, lub przyszły rok. Po dziesięciu latach zdrowia mój organizm doznał szoku, wprowadzając w zdumienie lekarzy.
Jakiś czas czekaliśmy na lekarkę, w końcu, gdy zaczęła przyjmować panowie się rozgadali. Pierwszy rozmowny jednak dość szybko został załatwiony, zapadła po nim na korytarzu wymowna cisza.
Jednak niezbyt długa. W zamian odezwał się nagle milczący dotąd poważny mężczyzna w średnim wieku, nawiązując do miejsca, w którym siedzimy i chorób, o których rozmawiamy lub mamy je jedynie na myśli.
Okazał się pasjonatem jakiegoś kanału TV, nie pamiętał jakiego, z którego można się dowiedzieć, że medycyna medycynie nierówna. Jest jedna dla bogatych i wiedzących i druga dla zwykłych ludzi. On podejrzewa, że z boreliozą też tak może być.
- Proszę pana, w Warszawie jest taka klinika, gdzie leczą antybiotykiem CAŁY ROK. A tutaj - pokazał wokół ręką - tylko dwa tygodnie.
Drugi pan wdał się w opowieść o swoich bolących stawach, które smaruje "maścią z internetu", która tak piecze, że nie idzie wytrzymać. Ale tylko, gdy posmaruje nią bolące miejsce trzy razy może obrać ziemniaki na obiad.
- No, tak. Tak to już jest - westchnął na koniec filozoficznie - Z boreliozą idzie się do grobu.
W końcu przyszła moja kolejka i weszłam do gabinetu. Lekarka poznała mnie. W zeszłym tygodniu dała mi skierowanie na obserwację szpitalną, z podejrzeniem odkleszczowego zapalenia mózgu. Nie zgodziłam się i, jak się teraz okazało, miałam rację.
Przejrzała moje wyniki badań. Wszystkie ujemne.
- Jeszcze tylko KZM, już doktor bada, zaraz będziemy wiedzieć. Niech pani zaczeka na korytarzu.
Zaczekałam. Już tylko w towarzystwie starszego pana, który czekał na żonę. Grubiutki, dowcipny, z uśmiechem w oczach. Także rozmowny się okazał. I miał również swoją teorię spiskową.
- Upał dzisiaj, prawda? Ja tak sobie myślę, że to ci wszyscy Arabowie, którzy tak się pchają do Europy ten żar ze sobą niosą. Coraz więcej żaru...
Uśmiechnął się miło.
- Bo, proszę pomyśleć. W 39, pamiętam, zimy takie się zaczęły, że drzewa w lesie pękały od mrozu. Ruskie przysłali tych swoich czerwonoarmiejców z Syberii, te stały w śniegu po pas, rozchełstane i popijały z beczki czysty spirytus. Dla nich 40 stopni to normalne zimno, przyzwyczajone. Ale jak szli na zachód to mróz z nimi. Tak samo teraz jest i z Arabami. Z nimi idzie upał.
Lekarka zawołała mnie jeszcze raz. KZM wyszło też ujemnie. Jestem zdrowa. Śmiała się nieco zażenowana pomyłką. Dopadł mnie zwyczajny wirus grypy żołądkowej lub czegoś podobnego. Albo nowa skryta jeszcze mutacja na ten, lub przyszły rok. Po dziesięciu latach zdrowia mój organizm doznał szoku, wprowadzając w zdumienie lekarzy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)