29 września 2015

Jesienne zbiory

Zaczęły się zimne noce. To i w ścianowym piecu wypada czasem napalić po południu, aby wytworzyć miłe i bezpieczne ciepło w nocy. Oprócz codziennego palenia pod płytą, na której twaróg i obiad warzę. Noc z zaćmieniem Księżyca, bardzo jasną, koty przespały razem w swoich objęciach na fotelu szefowej, zamiast jak dotąd, na dworze. Najwyraźniej było im bardzo przyjemnie w ogrzanym wnętrzu i przypomniały sobie, że bywają domatorami.
Pszczoły dokarmione, przez kilka bardzo ciepłych dni zdążyły zużyć sporą ilość zadanego w podkarmiaczce słodkiego syropu. Mają poza tym zapas tegorocznego miodu, którego im szkoda podbierać. To ciągle młody rój i w fazie rozwojowej, może w przyszłym roku, jak dobrze pójdzie osiągnie znaczniejszą wielkość i zasiedli cały ul. Wtedy będziemy inaczej myśleć.
Litr miodu, jaki udało nam się od nich pozyskać i tak niezwykle nas cieszy. Wosk ma przeznaczenie kremowe, (gdy będzie go więcej zaczniemy wyrabiać świece), a żółty gęsty pachnący miód podjadamy na różne sposoby. Ja najbardziej lubię kanapkę z twarogiem (kozim domowym oczywiście) polanym miodem. Nie ma nic smaczniejszego!

Zaczynają nieść się młode kurki. Znajdujemy codziennie w którymś żłobie, zmiennie, jedno-dwa niewielkie jajeczka. Stare gęsi też się niosą, zatem jajecznego dobra nam nie brakuje.
Koguty nabrały już masy, podobnie jak i tegoroczne białe gęsi. Zatem czasem pojawiają się na stole. W formach pieczonych (nie ma nic lepszego od kotletów z młodej koguciej piersi, nie podpędzanej hormonalnie! i rosołków z gęsiny). Sporo ich jeszcze na podwórzu biega, a ponieważ zbliżają się chłody i głody więc jeszcze trochę pracy przed nami, żeby ten plon zebrać i zabezpieczyć. Pozostawiając do wiosny tylko sztuki przetrwaniowe i nieśne.

Z dojrzałych śliwek węgierek uwarzyłam w wolnowarze konfiturę. Wyszło kilka słoiczków. Wiele nie trzeba dla dwóch osób, ot, smakołyk. W ogrodzie pozostają nadal rosnące jeszcze dynie. Nie są zbyt wielkie, ale na tej naszej pustyni zamienionej niedawno w permakulturową działkę jakimś cudem przetrwały letnie upały i suszę zupełnie bez podlewania, a teraz nabierają masy. Inne warzywka, które nawet przeżyły, to jednak pozostały w formie karłowatej i nieowocującej. Połowa zaściółkowanych truskawek wyschła (ale połowa przeżyła!), podobnie zmarniało trochę sadzonek porzeczek, ale teraz przy jesiennych deszczach widać, że zaczynają odbijać i może nie będzie bardzo źle. Zeszłoroczne ziemniaki, które pozostały w glebie, bo były tak śmiesznie niewydarzone, wielkości piłeczki pingpongowej, że szkoda było zachodu je wykopywać, na wiosnę puściły pięknie liście i zielenią się do tej pory. Zbieram siły, aby wreszcie pójść do nich ze szpadlem i dokonać zbiorów. Jest tego kilkanaście całkiem dorodnych krzaczków.

Przy okazji trwa okazjonalna wymiana ze znajomymi owych dóbr, dzielimy się tym, co kto ma w nadmiarze. To miły zwyczaj wśród wszystkich działkowiczów. Nikt nie lubi patrzeć na marnowanie się nadmiernych plonów przecież. Tym sposobem nastawiam właśnie kolejną jesienną napojkę z mieszanki winogron, niezwykle słodkich po tegorocznym arabskim lecie, czeremchy i jarzębiny. Zajadam się także cygańskim leczo (leczem? głupio brzmi) z dorodnych podarowanych cukinii (nasze już zamieniły się w keczup).
I popijam dary gospodarstwa domowym kefirem.
Słuchając, i nie widząc, lecących wysoko nad chmurami stad dzikich gęsi i żurawi, ciągnących w tym roku jakby kapkę wcześniej i prosto na południe. Co, przypomnę, wróży wczesną zimę. Z innych wróżb, obrodziły latoś dęby żołędziami, a to ponoć także na mroźną i śnieżną zimę wskazuje.

22 września 2015

Siła natury

Dzięki błogosławionemu działaniu jagód leśnych i naparu z korzenia kobylaka (niniejszym bardzo dziękuję doradzającym!) jestem już w praktyce zdrowa i uwolniona od dręczącej przypadłości, która zabrała mi radość życia w ciągu dwóch tygodni swego trwania.
Niniejszym radzę wszystkim, którzy cierpią z powodu biegunki, bądź gdyby im się coś podobnego w życiu przytrafiło: żadnych tabletek i farmaceutycznych środków, choćby z największą wiarą rekomendowanych. Dwa miesiące cierpień? Jak to znieść?
Jagody zadziałały w ciągu 24 godzin. Jeden słoiczek po dżemie pasteryzowanych owoców zasypanych cukrem zatrzymał niagarę, której nic nie było w stanie zatrzymać, żadna chemia, ani nawet biochemia! Drugi sprawę umocnił. Po czym wszedł w grę kabylak. Po wypiciu trzech kubków naparu (jeden w ciągu jednego dnia) mogę śmiało powiedzieć, że wszystkie objawy znikły całkowicie!
Trochę się nabiedziłam, żeby go znaleźć. W pobliżu nie rośnie. Być może widziałam go rosnącego na naszej łące przygranicznej, ale nie szlo specjalnie na nią jechać. W aptekach nie ma. Znalazłam za pośrednictwem internetu w pewnej hajnowskiej firmie sprzedającej przyprawy i zioła. Kupiłam następnego dnia.
Teraz już tylko piję dwa kubki probiotycznego jogurtu domowej roboty dziennie, na bazie bakterii nabytych w Agrovisie. Czasem dojadam jeszcze białym twarożkiem z dodatkiem czosnku.

Siły wracają dość szybko. Odbyłam pierwszą konsultację u szpitalnej lekarki. Stwierdziła jeszcze trzęsące się kolana, co jest prawdą. Szybko się męczę i muszę godzinę-dwie poleżeć w ciągu dnia, aby odpocząć. Czasem boli mnie głowa, zwłaszcza przed zmianą pogody, albo serce, także plecy. Ale w domu robię już wszystko co trzeba. Serowarzę, sprzątam, gotuję, palę ogień. Uwarzyłam kilkadziesiąt słoiczków keczupu, przyrządziłam i upiekłam pracochłonny pasztet z podrobów koźlęcych, zrobiłam trochę soku z czeremchy. Przy okazji układania nowego zapasu keczupu w piwnicy znalazłam zapomniany słoiczek tegoż z zeszłego roku;. Rewelacja! Mimo upałów sierpniowych przetrwał bez skazy jakościowej. Właśnie się nim raczę.
Ukradłyśmy także naszym pszczółkom jedną ramkę z miodem, pięknie zasklepionym woskiem z obu stron. Za mało, żeby korzystać z miodarki, którą mamy po poprzednich właścicielach siedliska. Ramka została, za radą pani Leny, po zerwaniu warstwy wosku nakłuta specjalnym pszczelarskim dłuto-grzebieniem i ustawiona w pozycji skośnej nad garnkiem odpowiednio szerokim. Miód skapywał cały wieczór, noc i ranek. Jest wspaniały, gęsty. Gęstość mi dotąd nieznana. Znają ją chyba jedynie pszczelarze, bo nie ich klienci. Taka nasza pierwsza drobna radość z posiadania zalążka pasieki.

12 września 2015

Rekonwalescencja

Powoli, bardzo powoli odzyskuję siły. Na tyle, że od powrotu ze szpitala udzielam się w domowych pracach, a wczoraj pomogłam po raz pierwszy Ani w wieczornym udoju. Wszystko byłoby lepiej, gdyby nie dokuczająca ciągle poszpitalna biegunka. Pierwsze dni były bardzo trudne do zniesienia. Bez no-spy nie dało mi się zasnąć. Pomogły trochę bakteryjne środki, kupione w aptece za poradą pani farmaceutki. Która przy okazji pocieszyła mnie, że zaburzenia mogą potrwać nawet i dwa miesiące. Owe środki okazały się doraźne i przestały skutkować dość szybko, zatem przeszłam na naturę. Odtruwające zioła kilku rodzajów, czosnek, jagody, węgiel. I na wieczór kieliszek nalewki. Który cudem prawdziwym zastępuje świetnie no-spę i udaje mi się po nim wreszcie przespać całą noc bez wychodzenia do łazienki. Poranek jest jednak wciąż podobny jeden do drugiego.
Udało się też nam dokończyć obudowę tarasu. I to na tyle.

2 września 2015

Powrót znikąd

Od wczoraj jestem już w domu. Zaliczyłam 2 tygodnie w szpitalu hajnowskim na oddziale zakaźnym. Musiałam się tam jednak zjawić, bo znów pojawił się ból głowy i gorączka, która szybko skoczyła do 39 i nie było na co czekać. Zaraz mnie tam wzięli w obroty. Krew, EKG, badanie neurologiczne, tomografia mózgu, w końcu punkcja kręgosłupa. Bardzo nieprzyjemne i bolesne doświadczenie, po którym przez dobę nie mogłam podnieść głowy od poduszki i w razie potrzeby musiałam wzywać siostrę basen. Badanie wykazało obecność wirusa KZM, kleszczowego zapalenia mózgu. Ostatni kleszcz, jaki sobie wyciągnęłam ze stopy był jednak zakażony. 
Potem przez tydzień wisiałam na kroplówkach, w porywach do czterech razy na dobę, sole, lekarstwo antywirusowe, antybiotyk, sterydy. Po tygodniu wyjęto mi zaworek z pokłutej trzykrotnie żyły i już tylko leżałam i regenerowałam spory ubytek sił. Chodziłam niepewnie, trzymając się ściany, siedzenie sprawiało, że bolał mnie przekłuty kręgosłup i musiałam zaraz się kłaść, wzrok też szwankował. Zresztą ciągle tak jest, tylko stopniowo coraz dłużej wytrzymuję bez polegiwania. Kuchnia szpitalna to osobna opowieść. Sterylna, beztłuszczowa, bezcukrowa i bezwitaminowa idealnie. I ciągle dla mnie bezglutenowej ryżowe chrupki i ryż pod każdą postacią. W każdym razie wróciłam z ciągłym rozwolnieniem i nocnymi bólami brzucha. Z którymi teraz zaczynam codzienny pokarmowy pojedynek. Jogurt domowy już nastawiony, zaczynam popijać powolutku. Twarożki, smaczne i na zimno tłoczone oleje, zioła, pożywne rosołki, łagodne sałatki.
Pierwszy tydzień był prawie w innym stanie świadomości. Gapiłam się w okno na skrawek nieba ponad murami szpitalnymi. Rano i wieczorem fruwały tam ptaki. Albo słuchałam odgłosów z oddziału, czasem wymieniłam kilka zdań ze współchorymi albo pielęgniarkami. Przez pierwsze dni leżałam na 3 osobowej sali, potem przeniesiono mnie do innej, już bez chorych, wreszcie dołączono do kobiety gorączkującej nie wiadomo, z jakiego powodu. Wyszłyśmy jednego dnia.
W sumie nasz powiatowy szpital zostawił we mnie zaskakująco pozytywne wrażenie. Jest zbudowany dość niedawno, wygodny dla chorych, wyciszone podwójnymi drzwiami sale 3 i najwyżej 6 osobowe, w każdej z nich umywalka i osobna łazienka z prysznicem.

Ania miała gorzej. I wciąż ma, ponieważ siły jeszcze do codziennej pracy nie mam. Całe gospodarstwo na głowie, do tego własne zajęcia i jeszcze wizyty u mnie co drugi dzień, ponad 80 km w obie strony.
No, ale wychodzimy z zakrętu. Może z nowymi wnioskami? I doświadczeniami do spożytkowania?

13 sierpnia 2015

Festiwalowe wspomnienia

Nie pisałam nic o tegorocznym festiwalu. Przyczyna jest taka, że złożyła mnie właśnie wtedy boleść nieznana, zaczynająca się silną 39-stopniową gorączką w noc po pierwszym koncercie, a potem to już tylko gorzej było. Aż do podejrzenia choroby odkleszczowej, a mianowicie zapalenia mózgu. Na szczęście wyszłam z tego po półtora tygodniu obronną ręką, i takim cudem, że żadnych farmaceutyków nie używałam, ponieważ dolegliwość była pod obserwacją i żaden lekarz nic nie przepisał, oprócz badań podstawowych, zdjęcia rentgenowskiego i badania krwi, tylko babcine sposoby zadziałały.
Ale mniejsza o mniejszość, jeśli udało mi się z niej wyjść zdrowo, prawda?
Tym niemniej tym, którzy są ciekawi i chcą pouczestniczyć zapodaję tutaj filmiki robione podczas festiwalu różną ręką. Można się zaaklimatyzować, proszę bardzo.

XX Festiwal Z Wiejskiego Podwórza, dzień 1, część 1 - trochę naszych tubylczych klimatów w przemówieniu pana wójta. Jak to Jaskółka z Wróblem rękę sobie podawali.

XX Festiwal Z wiejskiego Podwórza, dzień 1, część 2 - konferencja, nalot kamerą na nasz dom kultury.

XX Festiwal z Wiejskiego Podwórza, dzień 1, część 3 - koncert nadchodzi, wraz z pewnym arabskim egzotycznym wątkiem, który rozwinął się podczas koncertu Czeremszyny. Nasz stragan nie załapał się, ale niektórzy znajomi i owszem.

XX Festiwal, dzień 1, część 4 - stragany, koncert Todara, czyli Żmiciera Wajciuszkiewicza z Wajciuszek. Tu muszę się pochwalić, że po koncercie całkiem niespodziewanie miałam okazję uścisnąć go serdecznie i pochwalić za miłe chwile muzyczne, których zawsze od lat mi dostarcza.

XX Festiwal, dzień 1, część 5 - koncert zespołu DAAB, wielu osobom przypomniały się młode lata, mnie też, bo zdarzało mi się wędrować po Polsce autostopem na różne koncerty bluesowe i rockowe, ich także.

XX Festiwal, dzień 1, część 6 - wieńczący dzień koncert Czeremszyny urozmaicony występem Marokańczyków.

Inne rejestracje dam w innym wpisie, bo trochę chyba jest do oglądania!
Po koncercie Czeremszyny był powrót w pielesze domowe i jeszcze z godzinę, mimo późnej pory, sączyliśmy z przyjaciółmi-gośćmi znakomite czerwone wino z przydomowej winiarni Jana-Słowaka. Następnie padłam, czując się zaatakowana temperaturą, wzrastającą z głębi organizmu w błyskawicznym tempie...

10 sierpnia 2015

Ślad węża

Z jednej strony hiszpańskie upały na Podlasiu dają się znieść, jeśli po prostu człowiek skryje się w zaciszu domu, ma co pić, i czym się od czasu do czasu polać, i nie musi nic robić. Bo nie ma do tego żadnej siły ani motywacji. Sery podpuszczkowe wariują, nie ma na to żadnej rady (oprócz klimatyzacji, na którą mnie nie stać), zatem przeszłam na kwaszenie mleka i robienie twarogów. Nadmiar mrożę, gdy temperatura spadnie powstaną z nich serniki i bułeczki z serem. W takim razie jest czas na lenistwo. I sjestę poobiednią. Do jedynych obowiązków należy dolewanie wody zwierzakom, a znika w pojemnikach bardzo szybko.

Także las się ruszył ku wodzie. Widać, że przyroda jest zdumiona śródziemnomorskim klimatem.
Pojawiają się w chłodzie poranka na przykład ogromne chrząszcze, typu jelonka, szukające odrobiny wilgoci.
Pod kranem zewnętrznym spotkałam dzisiaj ropuchę szarą. Musiałam ją trochę namawiać, aby się schowała w garażu przed drobiem, który miał właśnie wyjść z kurnika.
A przed domem natknęłam się na dziwny podłużny ślad.
Wiódł przez całe obejście, wzdłuż wszystkich budynków, widać starannie obejrzanych, zakręcając kilka razy, w tym tuż koło wiaderka z wodą dla gęsi, zostawionego na noc pod śliwą i kończył się gdzieś w lesie.
- Co za zwariowany rowerzysta! - zawołałam zdziwiona.
Ale to nie był ślad roweru.

Kto wie, może odwiedził nas dzisiaj w nocy ktoś taki?

Gniewosz plamisty

5 sierpnia 2015

Przygoda w lesie


W poniedziałek wpadły koło południa panie z agencji rolnej, sprawdzić stan koziego stada w zgodzie z księgą. Bierzemy dopłaty, są kontrole. Już się zaczynał upał. Kozy (w nieustająco trwającej rui) szalały już od wczesnych godzin rannych na dużym pastwisku. Anna gwizdnęła i zawołała. Stado natychmiast z końca pola przybiegło pod ogrodzenie przy drodze i dało się odliczyć.
- Och, jak to dobrze, że nie musimy za nimi biegać - westchnęła z ulgą jedna z urzędniczek.

Blisko południa ściągamy kozy z pastwiskowej patelni na kaczy dołek. Tam rosną wysokie chłodzące drzewa, klony, dęby, grusze, graby i brzozy. Dajemy im siano i wodę i tak spędzają najgorętszy czas, w cieniu. Na godzinę przed spędzeniem do obory Anna wypuszcza je jeszcze w pobliski las, aby pojadły liści i gałęzi z zarośli. 
Dzisiaj wypadły stadnie na dukt leśny przy drodze dojazdowej do wsi, przejęte krzakami czeremchy. Anna z psami szła przy nich, usiłując dopilnować jakiegoś porządku. Nagle Laba przebiegła przez przycupnięty na ziemi w trawie... rój dzikich pszczół. Widocznie w tym miejscu szukały ochłody. Pszczoły zaatakowały, Pasię i Labę, z kóz flegmatyczną Felę, rzuciły się też na Annę. Anna w jednej chwili zarządziła odwrót psom i sobie, zostawiając kozy własnemu instynktowi. Im w rzeczywistości nic się nie stało, choć łaziły blisko roju jeszcze jakiś czas. Pszczoły nie uznały ich za wrogów. Labie spuchł nos, a Anna doliczyła się na sobie pięć użądleń. Nie były jakieś znaczne, tylko w jednym miejscu utkwiło żądło. Trafiły w ręce, nogi i twarz. Przyłożyła sobie połówkę pomidora do opuchnięć, a Laba dostała rozpuszczone wapno.

4 sierpnia 2015

Teorie spiskowe w poczekalni u lekarza

I po tygodniu, spędzonym na ogół w łóżku lub jego okolicach wylądowałam dzisiaj znowu w poczekalni do lekarza chorób zakaźnych w hajnowskim szpitalu. Zapowiadany upał przygnał nas odpowiednio wcześniej, aby go uprzedzić, choć trochę. W kolejce przede mną siedziało osiem osób. 
Jakiś czas czekaliśmy na lekarkę, w końcu, gdy zaczęła przyjmować panowie się rozgadali. Pierwszy rozmowny jednak dość szybko został załatwiony, zapadła po nim na korytarzu wymowna cisza.
Jednak niezbyt długa. W zamian odezwał się nagle milczący dotąd poważny mężczyzna w średnim wieku, nawiązując do miejsca, w którym siedzimy i chorób, o których rozmawiamy lub mamy je jedynie na myśli.
Okazał się pasjonatem jakiegoś kanału TV, nie pamiętał jakiego, z którego można się dowiedzieć, że medycyna medycynie nierówna. Jest jedna dla bogatych i wiedzących i druga dla zwykłych ludzi. On podejrzewa, że z boreliozą też tak może być.
- Proszę pana, w Warszawie jest taka klinika, gdzie leczą antybiotykiem CAŁY ROK. A tutaj - pokazał wokół ręką - tylko dwa tygodnie.
Drugi pan wdał się w opowieść o swoich bolących stawach, które smaruje "maścią z internetu", która tak piecze, że nie idzie wytrzymać. Ale tylko, gdy posmaruje nią bolące miejsce trzy razy może obrać ziemniaki na obiad.
- No, tak. Tak to już jest - westchnął na koniec filozoficznie - Z boreliozą idzie się do grobu.
W końcu przyszła moja kolejka i weszłam do gabinetu. Lekarka poznała mnie. W zeszłym tygodniu dała mi skierowanie na obserwację szpitalną, z podejrzeniem odkleszczowego zapalenia mózgu. Nie zgodziłam się i, jak się teraz okazało, miałam rację.
Przejrzała moje wyniki badań. Wszystkie ujemne. 
- Jeszcze tylko KZM, już doktor bada, zaraz będziemy wiedzieć. Niech pani zaczeka na korytarzu.
Zaczekałam. Już tylko w towarzystwie starszego pana, który czekał na żonę. Grubiutki, dowcipny, z uśmiechem w oczach. Także rozmowny się okazał. I miał również swoją teorię spiskową.
- Upał dzisiaj, prawda? Ja tak sobie myślę, że to ci wszyscy Arabowie, którzy tak się pchają do Europy ten żar ze sobą niosą. Coraz więcej żaru...
Uśmiechnął się miło.
- Bo, proszę pomyśleć. W 39, pamiętam, zimy takie się zaczęły, że drzewa w lesie pękały od mrozu. Ruskie przysłali tych swoich czerwonoarmiejców z Syberii, te stały w śniegu po pas, rozchełstane i popijały z beczki czysty spirytus. Dla nich 40 stopni to normalne zimno, przyzwyczajone. Ale jak szli na zachód to mróz z nimi. Tak samo teraz jest i z Arabami. Z nimi idzie upał.

Lekarka zawołała mnie jeszcze raz. KZM wyszło też ujemnie. Jestem zdrowa. Śmiała się nieco zażenowana pomyłką. Dopadł mnie zwyczajny wirus grypy żołądkowej lub czegoś podobnego. Albo nowa skryta jeszcze mutacja na ten, lub przyszły rok. Po dziesięciu latach zdrowia mój organizm doznał szoku, wprowadzając w zdumienie lekarzy.

22 lipca 2015

Z wolna

Z wolna zaczyna się ruja. Wraz z niedawnym nowiem. I kozłem, który doszedł do stada.

20 lipca 2015

Stan klęski żywiołowej

Zacząć muszę ten wpis górnolotnie i dalekosiężnie. A także filozoficznie, było nie było. Sami się za chwilę przekonacie, dlaczego.
Od jakiegoś czasu sięgnęłam z powrotem do tłumaczenia czekających na mnie cierpliwie pism Nostradamusa. Powrót po przerwie odświeżył stare lęki. Trudno się nie bać, czytając niektóre opisy i wiedząc, że dotyczą tego, co zapewne zobaczymy sami na własne oczy jeszcze w tym życiu, albo nasze dzieci czy wnuki. Nie różnią się one zbytnio od zwykłych prognoz robionych ostatnio przez specjalistów od ekonomii, socjologii, technologii, tudzież wojskowych czy politycznych strategów. Wiele z tych opisów już jest ożywionych i rozwijanych w praktyce i w Internecie przez miłośników teorii spiskowych, pisarzy i filmowców, ekologów czy preppersów itp. Wiadome to jest każdemu myślącemu trzeźwo i logicznie człowiekowi. Że obecny stan rzeczy nie może utrzymać się długo, z takich, czy innych względów. A w zamian nic dobrego nas nie czeka. Jeśli zabrać naszemu obecnemu społeczeństwu kilka podstawowych rzeczy, na których osiadło, tuczy się i rozkwita od stu lat, np. prąd, gaz, ropę naftową, środki czystości, wodę i jedzenie z pewnością oszalałoby bardzo prędko. I właśnie takie szaleństwa, ogarniające ten nasz zbytkowny świat opisuje Nostradamus. Nie okiem współczesnego prognostyka, a podglądacza tych wydarzeń żyjącego pół tysiąca lat wcześniej! To świat wstrząsany od rewolucji, zamieszek i konfliktów wewnętrznych, przeniknięty przez „nowego rodzaju wroga”, tj. Arabów i innowierczych uchodźców z trzeciego świata, okrutnych zamachów dokonywanych przez ludzkie roboty, świat oszalały od dżumy, gorączek krwotocznych, które rozłażą się mimo kwarantann i zamkniętych obszarów i sięgają coraz dalej i wyżej w głąb Europy, zdziesiątkowany zarazą kładącą pokotem zwierzęta czteronożne, bydło małe, duże i konie, a potem ludzi, pełen bandytów, złodziei i snujących się po świecie żołdaków z rozpuszczonych luzem wojsk, uderzany bezlitośnie pociskami wojennymi i w ich wyniku rozpętanymi katastrofami klimatycznymi, śmiercionośnymi upałami, całkowitym wyjałowieniem ziemi (na obszarach, gdzie uprawia się teraz rośliny GMO) żywiącej już tylko panoszące się robactwo, rozległymi pożarami, huraganami, trzęsieniami ziemi, wybuchami wulkanów, niesamowitymi burzami i wyładowaniami, wylewami rzek i ogromnymi falami morskimi wdzierającymi się w głąb wybrzeży. Oraz skażeniem radioaktywnym. Wszystko to ma się wydarzyć w obecnym stuleciu i zaprawdę, powiadam wam, cieszmy się ostatnimi chwilami szczęścia i spokoju... Bo nigdy już nie wrócą. Przynajmniej w formie, którą znamy.
O ile człowiek urodzony w 1895 roku, gdyby dane mu było spotkać się ze swoim przodkiem z 1815, nie byłby specjalnie niczym zdziwiony, bo niewiele w sposobie życia codziennego wtedy zdążyło się zmienić, a nawet człowiek z 1995 roku dogadałby się jeszcze z tym z 1915 całkiem do rzeczy, to człowiek z 2095 będzie już zupełnie kimś innym, niż my teraz. Jakby stojącym po drugiej stronie bezdennej przepaści.
No, dobrze, powiecie, po co to opowiadam, po co straszę?
Ten blog jest od spraw gospodarskich, obyczajowych, budowlanych, a nie od straszenia. Tymczasem nie mogę się z tym zgodzić. Powstał on z chęci zapisywania doświadczeń osoby, która zdecydowała się sama zmienić swoje wygodne miejskie bytowanie na wiejski prymityw, żyć w prosty i w miarę bezpieczny sposób, by właśnie owe lęki i przeczucia zbiorowe, które nie tylko ja miewam od dziecka, jakoś zrównoważyć i przerobić w aktywnym działaniu. Nieważne, czy sensownie, czy może nie. Los tym rządzi.
A teraz najnowsze wypadki poniekąd wpisały się w koloryt tych moich uruchomionych świeżo lęków i wyobrażeń. I muszę zdać z nich relację opierając się na owych przyszłych wydarzeniach, które mają się do tych wczorajszych i przedwczorajszych może nijak, choć jednak cokolwiek jakoś tak, chyba…

"Uwaga Podlasie, nadciąga czarny szkwał!" Takie ostrzeżenie, wysłane na fejsie przez znajomego meteorologa amatora dotarło do nas już po ptokach. Czyli po południu wczorajszego dnia. A dziwny burzowy żywioł rozszalał się przedwczoraj mniej więcej koło 18 godziny. Szczęściem zdążyłam zamknąć właśnie wszelkie ptactwo. I kozy już zeszły z pastwiska. Towarzyszyła temu niezmierna i nienaturalna duchota, w której nagle ożywiły się zwykłe muchy. Nagle pojawiły się całymi chmarami, rojąc się z lasu. Poprzednia generacja została przez nas bardzo skutecznie zmniejszona w oborze i kurniku dzięki chemicznemu środkowi, smarowanemu na framugach okien i drzwi. Teraz obsiadły mnie jak nigdy dotąd namolnie w wielkich ilościach, pchając mi się do twarzy i uszu niczym zwariowane. Chwilę potem silny wiatr przywiał wielkie chmury. Zrobiło się prawie ciemno. No, i oczywiście momentalnie zabrakło wody w kranie i zgasło światło.  
Drzewa tańczyły wokół, las kłaniał się i powstawał, a wiatr nosił liście i gałązki w dół i w górę, wśród błysków i w sumie niegroźnych grzmotów i pomruków niebieskich. Trwało to kilka godzin. Spędzonych przy ostatniej znalezionej w domu świeczce. Po kilku godzinach wodę włączono. Światła nie.
Kozy trzeba było wydoić już po burzy, o zmierzchu, bo nauczona doświadczeniem odłożyłam tę czynność w czasie. Mleko dojone w czas wzbierającej duchoty i błyskawic, warzy się i nie nadaje się nawet na twaróg. Zmienia smak w niemiły sposób. Podobnie działa także bliskie uderzenie pioruna na świeże mleko nawet zamknięte w zbiorniku. Ale tym razem piorunów nie było.
Rano wciąż trwał brak prądu. Trudno. Nasza chata jest całkowicie dostosowana do takiego wariantu funkcjonowania. Gorzej byłoby z wodą. W razie dłuższego jej braku trzeba by było pójść po prośbie do sąsiadów, zasobnych w studnie. Wodę na kawę ugotowałam w czajniku na gazie. Gdyby nie było gazu, wystarczyłoby skoczyć do lasu, nazbierać koszyk szyszek i napalić pod płytą. Niemniej pojawił się pewien niepokój o stan zamrożonego mięsiwa w zamrażarce. Wolałam nie otwierać i nie sprawdzać jego stanu, aby nie wypuścić na zewnątrz ducha mrozu. O dziesiątej rano miało minąć gwarantowane w instrukcji 16 godzin, gdy lód się ma trzymać. 
Jak niepokój, to najlepiej spytać się wyroczni. Rzuciłam monetami, pytając o to, co z prądem. 
- Wieczorem dopiero będzie? - zdumiałam się.
Trudno. Tak miało być. Przestałam się martwić. Zapasy w zamrażarce nie są zbyt pokaźne, jak to latem. Indora się najwyżej rozmrozi i upiecze jutro czy pojutrze. Resztę też jakoś przetworzy i znowu zamrozi. Nie problem. (Gdyby nie było prądu i piekarnika można przecież napalić w piecu chlebowym). 
Telefon 911 w elektrowni powiadomił nas kobiecym głosem, że nasza wioska jest na liście awarii nie sprawdzałam jak długiej, bo do końca wysłuchiwania szeregu miejscowości w siemiatyckiem, bielskiem i hajnowskiem nie dotrwałam i włączenia prądu należy się spodziewać za cztery godziny. To mi jednak uświadomiło rozmiar klęski żywiołowej, która padła wczoraj na łącza elektryczne w całym regionie.
Rano, mimo poburzowego cienia i lekkiego ochłodzenia wciąż było parno i muchy nie odpuszczały nawet przed siódmą. Było ich całe mnóstwo, wyroiły się i zasiedliły oborę na całość. Teraz nie dziwi mnie opis plag egipskich. Owe legendarne rojące się muchy i żaby musiały towarzyszyć jakimś zjawiskom elektryczno-magnetycznym w atmosferze, które oddziałują na ich psyche (o ile takową mają), czy też instynkt przetrwania.
Prąd włączyli rzeczywiście o 14. Ledwie jednak zasiadłam do komputera i przeczytałam owo spóźnione ostrzeżenie meteorologiczne znów zniknął. Po kilku próbach zamigotania pojawił się o 19. Ale też jeszcze nie na dobre. Tak miało być. I-Cing nie myli się nigdy.

Anna pojechała na całe popołudnie do Hajnówki. Na Jarmarku Żubra wystawiła się ze swoimi rękodziełami. Prażąc się w dusznym słońcu, które dość późno tego dnia, ale skutecznie wyjrzało zza chmur. Wróciła około 18. Gdy poszła przygonić kozy z zarośli zauważyła dziwne zachowanie naszych pszczół. 
- Roją się, albo co. Kurdę, trzeba chyba coś zrobić.
Kozy wróciły do obory, a ona wzięła pszczelarski sprzęt i poszła je obejrzeć. Pszczoły wielką gromadą kłębiły się u progu swojego ula. Odymiła je, ale nie znalazła wśród nich królowej. Na wszelki wypadek dołożyła im nową ramkę do ula, gdyby się okazało, że nie mają miejsca. Jedna pszczoła użądliła ją w nogę. Ale dym uspokoił wszystkie. Zaczęły kolejno wchodzić do ula i kłąb zniknął.  
Zaś niedługo potem znów rozpętało się osobliwe zjawisko burzowe. To żaden przypadek, że o podobnej godzinie, bo właśnie pora dnia uruchamiała w horoskopie opozycję Plutona  do Marsa i Merkurego. Ledwie włączony prąd wyłączono, chyba tym razem jednak profilaktycznie. Burza była spektakularna, choć odrobinę inaczej, niż poprzedniego wieczora. Błyskom i grzmotom nie było końca. Spadło sporo deszczu. Poszła cała butelka wina bzowego ze świeżego nastawu. Oraz żarówka w żyrandolu przy próbie włączenia światła, którego nie było już dłuższy czas. 
Po burzy, już po 22 godzinie, czyli po ponad dobie od awarii, prąd wrócił. Zajrzałam do zamrażarki. Włączyło się już czerwone światełko alarmowe (o 14 jeszcze go nie było, choć gwarantowane 16 godzin minęło z zapasem, pewnie to zasługa tego, że trzymamy w niej także stale wkłady do lodówki przewoźnej). Mięsiwa pozostały skamieniałe. Podobnie siara zamarznięta w butelkach, odłożona do mydeł, ani drgnęła. Czyli dobra jest. 
Jednak, gdy Anna pojechała dzisiaj rano do Czeremchy (po drodze mijając trochę połamanych wichurą drzew przy drodze), aby między innymi wysłać list polecony powitała ją stanowcza odmowa pani zza lady.
- Nie mamy prądu od wczoraj. Nie działa sprzęt i komputer. Nie przyjmę przesyłki, bo nie wiadomo ile to potrwa. Nie mam jak wpisać, zważyć ani zarejestrować.
Nie dała się ubłagać. Mój nieboszczyk dziadek,  jeszcze przedwojenny naczelnik poczty, w grobie się przewraca. Stan klęski trwa nadal. No, i nadchodzi codzienna niebezpieczna godzina...

13 lipca 2015

Zbawcze ochłodzenie

Po skwarnym upale, gdy południce w południe bydło z pola przepędzały w cień obory, nagle zrobiło się chłodno, z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Najpierw spadł lekki deszczyk, a teraz od chyba trzech dni miewamy deszcz codziennie, nawet kilka razy, a jeśli nie, jak wczoraj, to w nocy pada. Gadam trochę telefonicznie z rodziną z środkowej Polski i tam tego nie mają. Sucho. Z tego powodu nie tracimy nadziei, że trawa zdoła się odnowić do końca lata. Kozy potrafią się jeszcze pracowicie paść na wyjedzonym do cna i spalonym miejscami pastwisku. Podobnie gęsi. Które w części sadu dla siebie przeznaczonej tak trawę przystrzygły, że nie było wcale potrzeby jej kosić, jak w zeszłym roku.
Tym niemniej nagły chłód sprawił, że tak jakby coś w gardło mi weszło i śladowe bóle zatok czołowych się pojawiły. Zadziałałam ochronnie, skarpetki przywołując na stopy i jakieś kapcie po domu nosząc, bo do tej pory na bosaka wszędzie i zawsze biegałam. Na gardło kieliszeczek bimberku pomógł. Za to Annę sparło mocniej i już w lament uderzyła, że znowu angina będzie. Kazałam jej zaaplikować sobie zwiększoną dawkę witaminy C. I od wczorajszego ataku przeziębienia dzisiaj wygląda na to, że katarem się skończy.
Jest jeszcze jedna zaleta owego ochłodzenia.
Wreszcie mogę się wyspać! Ślepaki sobie odpuściły w taką pogodę. Wstaję po dawnemu, przed ósmą rano obrządek szykując, a wieczorny najdalej o 19.
Zabieramy się powolutku do kończenia tarasu przy domu. Na razie przygotowane pole do działania zostało.

7 lipca 2015

Podlaskie grzanie

Kontynentalny upał, który ogarnął Podlasie nie jest aż tak okropny, jak by się zdawało. Wczoraj mieliśmy ponad 35 stopni w cieniu, co na szczęście zmniejszył wieczorny deszczyk. Noce są także zaskakująco chłodne, temperatura spada 50-70 procent w stosunku do dziennej. Otwarte okno pozwala wtedy wystudzić wnętrze i ochłonąć od żaru. Przynajmniej tak się dzieje u nas na wsi i w naszej zagrodzie. Z trzech stron otoczonej lasami. Trzeba było tylko zreorganizować czynności codzienne.
Czyli przede wszystkim zmienić rytm dojenia i wypasu kóz. Widmo atakujących perszingów czyli bąków, czyli ślepaków jest dla mnie tak straszliwe, że bez szemrania, ani żadnego przysypiania zrywam się codziennie o 5.30. Aby wykonać konieczny poranny obrządek w spokoju chłodnego cienia. Las zachowuje wilgoć i rześkość, która przy okazji skłania mnie do wykonywania w przerwach między kozami (doimy na zmianę) wstępnych ćwiczeń do tai-chi, rozluźniających stawy. Tu muszę dodać, że sztywność kręgosłupa po tak krótkim czasie wygibasów prawie znikła i przestało mnie boleć przy siedzeniu, co mnie cieszy. Na ćwiczeniach cotygodniowych w Warszawie poznałam starsze kobiety, które opowiadały cuda, jak to wyszły z ciężkich stanów zrostowych i zniekształceń kręgosłupa tylko ćwicząc systematycznie tai-chi. Ta chińska sztuka, czy raczej gimnastyka (posiadająca także metafizyczne właściwości, ale to do innych opowieści się nadaje) oparta jest na bardzo łagodnych i naturalnych ruchach rozciągających, nie lubi forsowania, ruch nie musi być z początku perfekcyjny, ot, taki, na ile pozwala ciało, jego rozciągliwość i giętkość. Powtarzany systematycznie jednak uelastycznia wszystkie stawy i sprawia, że osiemdziesięciolatkowie poruszają się jak młode osoby!
Potem natychmiast, czyli przed siódmą kozy maszerują na pastwisko. Wtedy są jeszcze zainteresowane jedzeniem trawy i temperatura jest znośna. Około dziesiątej Anna wyprowadza je z pastwiska na spacer po pobliskim lesie i nieużytkach, tak do południa.
W południe wraca z nimi do zagrody i pakujemy stado do obory. Kryją się chętnie przed uprzykrzonymi muchami. Siedzą tam bez szemrania do 17 godziny. I wtedy wypuszczamy je do sadu, albo idą znowu na przechadzkę między drzewa.
Anna przynosi z niej czasem garść jagód, a na ogół przechadza się z laptopem, na którym zainstalowała sobie program do nauki angielskiego. I odsłuchuje go, dozorując stado.
Najgorętsze godziny spędzamy w domu, przy różnych koniecznych czynnościach. Wszelkie forsowne prace i działania na zewnątrz są ograniczone do minimum. Zdarza mi się nawet odwalić sobie prawdziwą sjestę i odespać budzenie o świcie.
Obywamy się świetnie bez klimatyzacji i wiatraczków, a nawet i chłodzące prysznice bierzemy tylko po jakichś dłuższych i pot rodzących czynnościach na zewnątrz, żeby szybciej się ostudzić.
Wieczorny udój zaczynamy o 20 albo 21, gdy słońce już się schowało za lasem i muchole odleciały. W ten sposób tak się porobiło, że mleka z wieczornego udoju jest teraz tyle, co dawniej z porannego i vice versa.
Radzę sobie z nadmiarem w ten sposób, że połowę przelewam do garnka i wstawiam do lodówki, a rano dolewam do świeżego mleka. Mieszanie wieczornego z porannym jest nawet zalecane przy niektórych serach. Wykształca się bowiem wtedy w odstałym mleku dojrzała śmietanka i zakwas już może być albo zmniejszony, albo słabszy dodany. Czasem nawet wcale.
Nie mamy niestety studni, w której najlepiej chłodzi się mleko, wpuszczając zbiornik zawieszony na łańcuchu na sporą głębokość, gdzie panuje zawsze piwniczny chłód. To sposób praktykowany jeszcze ciągle w małych gospodarstwach, trzymających jedną, dwie krowy.
W mieszkaniu do południa jest znośnie. Niestety, ze względu na wyrób twarogu i gotowanie karmy, tudzież nagrzanie wody w bojlerze muszę palić pod płytą przez co najmniej półtorej godziny dziennie. W sumie kuchnia jest tak oszczędnie zbudowana, że nagrzewa się tylko symbolicznie, ale i tak po południu uwalnia nieco dodatkowego i odczuwalnego ciepła, co sprawia, że temperatura w samej kuchni staje się na jakiś czas porównywalna z tą na dworze. Nigdy jednak nie jest przesadnie, i także dzięki temu, że podłoga jest wyłożona terakotą (na której z lubością wylegują się w taki czas psy) dość szybko wraca do znośnego poziomu. Nadmiar ciepła wędruje na poddasze, skąd wydostaje się oknami na zewnątrz. Dwa okna na dole, zaopatrzone w w moskitierę i dwa na poddaszu są stale otwarte albo uchylone, jest przewiew. Okna od wschodu są w ciągłym cieniu lasu, słońce tędy nigdy nie zagląda, od południa są ocienione dachem tarasu, więc nie ma żadnego problemu przegrzania pokoi południowych. Tu się kryjemy w najgorsze godziny dnia. Najbardziej nagrzewają się okna od zachodu, stale są więc zasłonięte żaluzjami. Na poddaszu jest duszno tylko wtedy, gdy drzwi do niego są zamknięte. Stały przewiew, żaluzje w oknach i fakt, że połowa domu stoi w cieniu wysokich akacjowych drzew od wschodu, a druga polowa jest wystawiona na słońce, już zniżające się dopiero od 16 godziny do najwyżej 18 (słońce kryje się wtedy za zachodnim lasem obrastającym Górę przed zagrodą), sprawia, że daje się tam wytrzymać nawet w wielki upał. Co nie na wszystkich poddaszach, jak wiadomo jest możliwe w taki czas.

Wczesnym wieczorem, po udoju albo czekając na udój przesiadujemy na tarasie. Popijając różne rzeczy. Zimne piwo, drinka z miętą i cytryną, sok jabłkowy rozcieńczony wodą z lodem. Takiego spokoju i relaksu w otoczeniu przyrody życzę każdemu z was!