Były trudne chwile przez upały i suszę, która całkowicie wypaliła pastwisko. Kozy, wściekłe z niezaspokojonego apetytu dawały się we znaki, znikając w buszu, i wymuszając wielogodzinne spacery z nimi, w celu kontroli, aby gdzieś w szkodę nie weszły. Bo przecież zboża i uprawy na polach jeszcze.
Od czasu jednak, gdy zaczęło wreszcie padać, zrazu słabowicie, ale ostatnio całkiem porządnie, ziemia dostała odpowiednią ilość pomocy z nieba i trawa w zagrodzie zaczyna powolutku odrastać. Na tyle, że kozy spędzają tam kilka godzin dziennie bez ucieczek. Niemniej na spacer też trzeba się od czasu do czasu wybrać, aby pragnienie zielonego zaspokoić.
Były już zbiory porzeczek. Mimo suchej wiosny jakoś okazało się, że nawet w sumie obrodziły kapkę lepiej, niż w zeszłym roku. Jednak czarnych było mniej, za to rezultat podbiły porzeczki czerwone, i przede wszystkim białe. Które uginały się do ziemi pod ciężarem owoców. Rosną w ogródku przy domu, gdzie mają cień w razie upału i są systematycznie podlewane.
Zrobiłam trochę galaretki porzeczkowej, soków i reszta poszła na wino. Kilka gąsiorków pyrka pracowicie. Czyli zapasy witaminek zostały uzupełnione.
W ogródku zielenina rośnie bujnie, dynie kwitną i rozrastają się wszerz i wzdłuż. Zioła również. Bób już został zjedzony, zaczęła się fasolka jako przystawka. Jarmuż i sałata w zamian za szpinak. Pomidory spowolniły dojrzewanie z racji chłodów i zachmurzenia. Za to dojrzewają systematycznie ogórki i mamy ich do woli. Sezon ogórkowy rozpoczęty zatem.
Poza tym były nowe lęgi. Kolejna partia indycząt poszła na swoje. Gąsięta mają się dobrze i zaczynają obrastać w pierwsze piórka. Kurczaki dawno samodzielne.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
18 lipca 2019
19 czerwca 2019
Zalęgi
Upały nieco zelżały, był jeden dzień wręcz chłodny, dzięki czemu oziębiłam dom, wietrząc w nocy i o poranku. Teraz znów rosną, choć zachowują pewien umiar. Za to całkowity brak deszczu. W ogrodzie permakulturowym posucha. Nasionka dyni, które nawet skiełkowały, uschły. Zatem przez dwa ostatnie dni dosiewałyśmy ubytki, robiąc dołki w starych wałach, nasypując do nich wilgotnego przerobionego kompostu i siejąc nasiona z kilku ostatnich dyń zeszłorocznych, które nam dotrwały do teraz. Jeśli jednak deszcz nas ominie, mimo zapowiedzi na najbliższe dni, rzecz się nie uda.
Za to dynie i ogórki posiane na grządkach w obejściu, gdzie jest możliwość podlewania, rosną bardzo dobrze, więc jest pewne pocieszenie.
A na koniec niespodzianka. Indyczka jednak wysiedziała. Trzeba było im pomóc wyjść z jajek, bowiem inna gatunkowa mama nie daje stuprocentowego komfortu. W tym wypadku odpowiedniej wilgotności, którą zapewnia gęś, często kąpiąca się w wodzie. Indyki jeśli się kąpią, to zawsze w piasku. Trzeba było nawilżyć nieco nadklute jaja, co sprawiło, że gruba błonka pod skorupką łatwiej pękała i pisklę mogło samo ją rozerwać od środka. Gdybyśmy tego nie uczyniły, pewnie nie poradziłyby sobie same. Najpierw pojawiała się mała dziurka, zrobiona maleńkim dzióbkiem od środka i rozlegało się popiskiwanie. Gdy nie powiększała się w dostatecznym tempie do akcji ratunkowej przystępowała Anna, delikatnie odłupując skorupkę wokół. Ostatecznie z siedmiu podłożonych jaj, wyszło na świat sześć mięciutkich kuleczek. Jedno jajo niestety uległo rozbiciu na początku wysiadywania.
Tak, garbonose.
Za to dynie i ogórki posiane na grządkach w obejściu, gdzie jest możliwość podlewania, rosną bardzo dobrze, więc jest pewne pocieszenie.
A na koniec niespodzianka. Indyczka jednak wysiedziała. Trzeba było im pomóc wyjść z jajek, bowiem inna gatunkowa mama nie daje stuprocentowego komfortu. W tym wypadku odpowiedniej wilgotności, którą zapewnia gęś, często kąpiąca się w wodzie. Indyki jeśli się kąpią, to zawsze w piasku. Trzeba było nawilżyć nieco nadklute jaja, co sprawiło, że gruba błonka pod skorupką łatwiej pękała i pisklę mogło samo ją rozerwać od środka. Gdybyśmy tego nie uczyniły, pewnie nie poradziłyby sobie same. Najpierw pojawiała się mała dziurka, zrobiona maleńkim dzióbkiem od środka i rozlegało się popiskiwanie. Gdy nie powiększała się w dostatecznym tempie do akcji ratunkowej przystępowała Anna, delikatnie odłupując skorupkę wokół. Ostatecznie z siedmiu podłożonych jaj, wyszło na świat sześć mięciutkich kuleczek. Jedno jajo niestety uległo rozbiciu na początku wysiadywania.
Tak, garbonose.
15 czerwca 2019
Dlaczego nie chcę ratować świata
Znów po jednodniowej uldze i niewielkim deszczu, praży. Przeglądając internet wyraźnie widzę, że do ludzi zaczyna docierać
fakt ocieplenia klimatu i zagrożeń z tego płynących. Ukazuje się
dużo wypowiedzi, mniej lub bardziej depresyjnych i sfrustrowanych. Osób zatroskanych o stan przyrody i zaangażowanych w odkręcanie zniszczeń, jakie czyni ludzka cywilizacja. Ciekawy wpis na ten temat popełniła Krysia Cornuet na swoim blogu, pt. "Uspokajacze sumienia", do którego odsyłam, a także do artykułu w nim zareklamowanego. Warte przemyślenia.
Żyję z uczuciem lęku i bezradności jako jednostka świadomie przynajmniej od 20 lat, a tak naprawdę od
dziecka. Kwestia "końca świata" zawsze była mi bliska. Z tym się urodziłam, może po to, aby coś z tym zrobić na ostatek. Apokaliptyczne koszmary trapiły mnie przez całe lata. Chcę pomóc zrozumieć ludziom, że to się naprawdę stanie i to nieodwołalnie. Nie po to, aby popadli w przygnębienie, ale stanęli oko w oko z prawdą, bo tylko prawda rzeczywiście wyzwala.
Powiem tak, moje wieszczenia zawsze się nie podobały, nikt
tego nie trawił i nie trawi, jestem z tym samotna, ale żyję tak,
aby jak najbardziej opóźnić zmianę, równoważyć nieuchronne
zniszczenia i ignorancję społeczną, zmniejszyć ostateczny szok. Trendy uzdrawiające ziemię nieco mnie śmieszą, bo
widzę jak młodzi są naiwni i coraz bardziej odrealnieni. Moje pokolenie jest ostatnie z tych, które rozumieją, co się dzieje.
Późniejsze wpadną w wir szybko narastających zmian i albo wymrą
szybko i nieporadnie (nie łudzę się), albo dostosują się do
zmienionych/zmieniających się gwałtownie warunków, z gotowością
transmigracji na wschód włącznie. Bo na wschodzie, nawet nie w Polsce, lecz dalej ludzie przetrwają.
Nie mam z tego powodu depresji, tylko stały
smutek w sobie, (choć podszyty radością, bo wiem czemu to służy). Także dlatego, że ciągle innym buczę za nisko, za
ponuro, przygnębiająco, ale przecież znam prawdę i jej się trzymam. Żadnych
iluzji. Jest jeszcze Bóg, metafizyka, cele, o których niewielu ma
pojęcie. Może się ujawnią większej ilości ludzi właśnie pod wpływem szokowych zmian, od których najlepsi złapią wiatr w żagle.
Zmiany
nie będą z dnia na dzień. Jest czas, aby się dostosować do nich, porzucić przyzwyczajenia, lęk przed samodzielnością, okowy mentalne. Te najtrudniejsze do zniesienia są tuż przed nami. Im większa ignorancja i wypieranie, typu "jakoś to będzie", albo "tyle razy już to słyszałem i nic", albo "to się da zaleczyć, poprawić, lepiej zorganizować, uświadomić ludzi itp." tym będzie większy szok i dzikie przerażenie, gdy nagle, z dnia na dzień stabilne filary naszego świata po prostu znikną.
Późniejsze zmiany obejmą dwa trzy pokolenia, wszystko co najgorsze dopełni się do końca tego stulecia. W sensie takim: najpierw zarazy i wojny o energię i przestrzeń dla uciekinierów z
krajów zbyt gorących, o dominację kulturowo-religijną, o wodę i
pokarm, epidemie zwierząt i ludzi, potem zniknięcie granic, enklawy przetrwaniowe i utopijne oraz swobodne przemieszczania się tam, gdzie da się żyć.
Będą pojawiały się ostre
katastrofy pchające szybciej procesy zmian do przodu, np. pustoszące
tornada, pożary lasów, deszcz meteorów, jałowienie ziemi, upały,
wymieranie gatunków, po 40 latach suszy 40 lat deszczowych, ogromne
powodzie i podniesienie się poziomów mórz, większość Europy
zalana, trzeba będzie przesunąć się ku północy i na wschód. Tak, porzucić nawet polskie tereny, które w latach 30 i 40 będą jeszcze dość sprawnie funkcjonowały. Przy okazji wszystkie zgromadzone wirusy i bakcyle w tajnych
laboratoriach wyjdą na zewnątrz i zrobią co swoje, znikając tym
samym. Podobnie z reaktorami atomowymi... Życie przetrwa, obecna
cywilizacja nie.
Jeśli zobaczymy, że matrix to nie tylko system
niewolniczy, w którym tkwimy, ale ogólnie cały materialny świat, biologii i natury, kultury, nauki, ot, niedoskonałe i spłaszczone, uwięzione
odbicie świata boskiej świadomości, to wspólnie możemy go
porzucić bez żalu, i bez powrotu. Ziemia ma w sobie moc, aby się odrodzić i robi to od milionów lat.
Ci, którzy chcą doskonalić ten
niedoskonały świat pewnie będą mieli następną szansę, i pewnie
na wyższym poziomie. Aby mogli dojść do tych wniosków sami. W
każdym razie procesy, które się zaczynają ujawniać posłużą
udoskonaleniu ludzkiego ducha, wykasowaniu wszystkiego, co nim nie
jest. Spójrzmy na to w ten sposób, a nie będziemy źli, ani się
bać.
Przy okazji zapraszam na inny mój blog "Nostradamus po polsku", gdzie zamieszczam ostatnio artykuły o odczytanych datach w przepowiedniach tego wielkiego jasnowidza, który naprawdę nigdy się nie pomylił.
12 czerwca 2019
Upał w wiejskich opłotkach
Jak znosicie ten wzmożony upał?
U nas na razie odczuwalna 31-32, choć ma być większa, nieco orzeźwiające podmuchy wiatru, piasek wydmy rozgrzany bucha w południe gorącem jak plaża, pastwisko żółknie w oczach. Kozy pasą się jedynie wczesnym rankiem, przedwczoraj o 9, a wczoraj już o 8 wołały do obory. Kąśliwe i krwiopijcze bąki i gzy, podjarane słońcem nie dają im w ciągu dnia spokoju. Nawet na zacienionym zapleczu w zagrodzie.
U nas na razie odczuwalna 31-32, choć ma być większa, nieco orzeźwiające podmuchy wiatru, piasek wydmy rozgrzany bucha w południe gorącem jak plaża, pastwisko żółknie w oczach. Kozy pasą się jedynie wczesnym rankiem, przedwczoraj o 9, a wczoraj już o 8 wołały do obory. Kąśliwe i krwiopijcze bąki i gzy, podjarane słońcem nie dają im w ciągu dnia spokoju. Nawet na zacienionym zapleczu w zagrodzie.
Z tego
powodu wstaję, o zgrozo, jak Pan Bóg rolnikowi przykazał, o
świcie, aby mogły coś skubnąć choćby trochę. W sadzie, albo jak na zdjęciu powyższym, w cienistym lesie opodal.
Po południu dopiero w okolicach 18, gdy powietrze staje się znośniejsze, wyskakują na chwilę na łąkę, pasą się w wielkim pośpiechu, biegiem albo na leżąco/siedząco, pobekując, po czym galopem całe stado wbiega do obory, uciekając przed muszą zarazą. Zadyszane, utrapione upałem.
Po południu dopiero w okolicach 18, gdy powietrze staje się znośniejsze, wyskakują na chwilę na łąkę, pasą się w wielkim pośpiechu, biegiem albo na leżąco/siedząco, pobekując, po czym galopem całe stado wbiega do obory, uciekając przed muszą zarazą. Zadyszane, utrapione upałem.
Jednym słowem sianko, woda,
cień, i mało mleka. Ale już mi nawet o to mleko wcale nie chodzi,
bo w taki czas jedynie twaróg, jogurt i kefir się udają. Tylko,
aby miały chociaż trochę ulgi.
Dodam, chemiczne środki odstraszające
zostały zastosowane. Nic nie wnoszą, albo tak niewiele, że tego
wcale nie widać. Dzisiaj jednak użyty olejek herbaciany w widoczny sposób ulżył tym najbardziej atakowanym. Czyli jest jakiś sposób.
Oby udało się przeżyć ten tydzień. I następny, który też niewiele ma być lżejszy.
Poza
tym zielenina w ogródku krzaczy w oczach, pomidory wznoszą się
szybko do góry, papryka ma już owoce, dynie wypuszczają liść za
liściem. W mieszkaniu, mimo krótkiego palenia w południe pod płytą, ze względu na robienie twarogu, temperatura jest niższa, niż na zewnątrz, zasługa cienistych drzew
wokół, z pewnością. Które także okazują się dobrą przesiewającą światło zasłoną dla roślin ogródkowych.
Drób chowa się w cieniu w najgorsze godziny. Trzeba dbać o wodę, aby była zawsze w potrzebie. I dokarmiać co rusz najmłodszych. Pisklęta indycze i kurze, pod jenduszką prowadzącą i kwoką, mają się świetnie i zdrowo. Z zapałem polują na muchy. Taka temperatura akurat im w tym wieku bardzo sprzyja.
Ku pamięci zamieszczam zdjęcie jeszcze niedawno bujnie kwitnących akacji (robinii) za domem. Ich zapach był oszałamiający i popołudniu i wieczorami pchał się do pokoju przez drzwi na taras zachwycającą chmurą. Od wczesnego rana huczały w koronach drzew przeróżne owady (och, nie tylko pszczoły żywią się pyłkiem, pełno tam przeróżnego bzyczącego tałatajstwa, pszczółek dzikich, os, osek, trzmieli, szerszeni leśnych, chrząszczyków i muchowatych też). Któregoś dnia zawiał wiatr i w ogródku przydomowym spadł śnieg z płatków akacjowych. Pozostało nam po tym przełomowym czasie winko kwiatowe, które bulgocze w gąsiorze.
Ku pamięci zamieszczam zdjęcie jeszcze niedawno bujnie kwitnących akacji (robinii) za domem. Ich zapach był oszałamiający i popołudniu i wieczorami pchał się do pokoju przez drzwi na taras zachwycającą chmurą. Od wczesnego rana huczały w koronach drzew przeróżne owady (och, nie tylko pszczoły żywią się pyłkiem, pełno tam przeróżnego bzyczącego tałatajstwa, pszczółek dzikich, os, osek, trzmieli, szerszeni leśnych, chrząszczyków i muchowatych też). Któregoś dnia zawiał wiatr i w ogródku przydomowym spadł śnieg z płatków akacjowych. Pozostało nam po tym przełomowym czasie winko kwiatowe, które bulgocze w gąsiorze.
9 czerwca 2019
Sienne zbiory
Sianokosy przez trzy pierwsze dni szły
jak po grudzie.
Kośba poszła szybko i sprawnie. Pogoda dopisywała.
Chciałyśmy zmieścić się w kilku prognozowanych dniach
słonecznych, po których miało zacząć solidniej padać. Jednak,
gdy siano wyschło i można już je było zbierać, 2 razy padła
maszyna do kostkowania na łące. Kilku innych właścicieli
kostkarek odmówiło z różnych przyczyn. Akurat pracowali, mieli
nieprzygotowane maszyny, albo tłumaczyli, że właśnie jest
wielikoje świato prawosławne. Tymczasem czas naglił. Kolejnego
dnia Anna, po wysłuchaniu kolejnej odmowy ruszyła sama na łąkę i
kilka razy przywiozła na przyczepce i pace samochodu siano luzem.
Ale umęczyła się tylko, względem niewielkich efektów. Do tego
siano owo zajęło całe pomieszczenie w budynku. W kostkach
zmieściłoby się tam wielokrotnie więcej. Na szczęście nagle
trafił się katolik ze sprawną i zadbaną maszyną z dalszej wsi.
Anna zmobilizowała znajomych, którzy przypominali sobie kto gdzie co
ma i w ten sposób dostała odpowiedni namiar.
Przyjechał punktualnie na łąkę,
skostkował wały szybko i sprawnie. Po raz pierwszy, odkąd robię
sianokosy widziałam tak dobrze ściśnięte i związane kostki.
Znalazł się także pomocnik, Andrij, w całkiem dobrej formie,
pracujący w niesamowitym tempie i z ogromną wytrwałością, której
już u młodych mężczyzn się nie spotyka. Siano zostało zwiezione
w kilku obrotach samochodem z przyczepką. Pomagałam ile mogłam,
raz spadła większość kostek na zakręcie przy chacie, trzeba było
zwieźć taczką. Potem donosiłam kostki Andriuszy, który je
widłami wrzucał na stryszek.
To właśnie dlatego, że nie mamy
dużej stodoły, a miejsca do gromadzenia zapasów są pod dachem,
nie możemy skorzystać z belarki, która weszła w modę wśród
rolników od jakiegoś czasu. I stąd kostkarek jest coraz mniej, są
w coraz gorszym stanie i psują się łatwo.
Prognozy tego dnia były burzowe, ale
jak zazwyczaj okazały się przesadzone. Było gorąco i wiał
orzeźwiający wiatr. Dopiero po zmierzchu raz czy dwa zamruczało za
horyzontem, i nie spadła ani jedna kropla deszczu. Jedynie nieco
zelżała temperatura. Udało się bez problemu umieścić zapasy pod
dachem.
Ostatnie reklamy prognostyczne, którymi
bombarduje internet, a czasem nawet ostrzeżenia rozsyłane
telefonami uczą ludzi paniki i strachu przed przyrodą. To nowy
wynalazek, żeby straszyć zbiorowo pod płaszczem ostrzegania. Nie
ma nic bardziej denerwującego, gdy co chwila brzęczy któryś z
kilku telefonów, dostający SMSa przed burzą. Która wcale nie
nadchodzi, albo okazuje się zwykłą przymiarką do czegoś w
rodzaju burzy. Bo przecież zapowiadane opady wcale nie nadeszły...
30 maja 2019
Na zdrowie
Ogródki zostały jako tako ogarnięte, nawet obszar permakulturowy odnowiony, skoszony i obsiany dynią, gdy znienacka pojawiła się duża przeszkoda. Ankę Warszawiankę podczas pilnej pracy na naszym nieużytku, gdzie ścięła kilka samosiejek, żeby zrobić drogę przez gąszcz, a przy okazji trochę zielonych gałęzi kozom dać do zjedzenia - zawiało. Zwyczajnie, było gorąco, ona zbyt ciepło ubrana, jak to każdy urodzony wielkoblokowy Warszawiak źle oceniający zmiany zewnętrznej temperatury, zdjęła wierzchnie okrycie, zerwał się chłodny wiosenny wiaterek i "złapała wiatr", mówiąc językiem podlaskich babek. Efekt? Silny ból gardła i głowy, zbyt niska temperatura ciała. Szło z pewnością na coroczną anginę.
Nie przymierzając, znów muszę się pochwalić. Zaaplikowałam jej lekarstwo. To samo, które stosuję od kilku lat na sobie i na niej, z całkowitym powodzeniem, opisanym na tym blogu tu, tu i tu. 12 kropelek, już z rana następnego dnia, widząc, że sprawy szybko idą ku kompletnej rozwałce. I kazałam leżeć w łóżku, biorąc na siebie obrządki.
Pojawiła się lekka gorączka i katar, ale ból gardła nie ustępował. Powtórzyłam zatem dawkę, naprawdę niewielką w stosunku do stosowanych ilości, wieczorem. W nocy przyszła nieco większa gorączka, w dopuszczalnych granicach do 38 stopni, i katar się wzmógł. I rano okazało się, że ból gardła całkiem znikł. Zostawiając jeno chrypkę.
Nie będę przedłużać opisu objawów stopniowego ustępowania choroby, które jeszcze trwają, ale mogę powiedzieć, że po dwóch dniach od zachorowania przypadłość zaczęła się cofać, po trzech Anna mogła mi już pomóc w tym i owym na dworze, a dzisiaj już tylko czasem odrywający kaszel pożegnalny ją męczy.
Zaiste, pełen sukces domowego leczenia.
Pogoda nieco się ochłodziła i znów przyniosła wilgoć i deszcze, przeważnie nocne lub poranne. Kozy zatem mogą iść na pastwisko.
Indyczęta stopniowo trafiają w ręce innych hodowców. Zatem mam chwilowo nieco mniej pracy z opieką nad nimi. W kolejce są jeszcze inne lęgi.
Ogródek przydomowy ostatecznie wygląda z powietrza teraz tak:
A od strony wnętrza takie przynosi rezultaty codzienne. (Szpinak już był, i jest jeszcze, więc się nie chcę powtarzać. Do tego dorodny szczypior).
Co oczywiście zjadamy z wdzięcznością dla matki ziemi w różnych formach sałatkowych, ze szpinakiem, albo z jajem, ogórkiem i majonezem. Ewentualnie tak:
Zalane solanką, z dodatkiem przypraw zwykłych do kiszonek, jeden słój samych rzodkiewek, drugi z liśćmi. Pyszny wiosenny dodatek do śniadania, obiadu, czy jako przekąska.
Nie przymierzając, znów muszę się pochwalić. Zaaplikowałam jej lekarstwo. To samo, które stosuję od kilku lat na sobie i na niej, z całkowitym powodzeniem, opisanym na tym blogu tu, tu i tu. 12 kropelek, już z rana następnego dnia, widząc, że sprawy szybko idą ku kompletnej rozwałce. I kazałam leżeć w łóżku, biorąc na siebie obrządki.
Pojawiła się lekka gorączka i katar, ale ból gardła nie ustępował. Powtórzyłam zatem dawkę, naprawdę niewielką w stosunku do stosowanych ilości, wieczorem. W nocy przyszła nieco większa gorączka, w dopuszczalnych granicach do 38 stopni, i katar się wzmógł. I rano okazało się, że ból gardła całkiem znikł. Zostawiając jeno chrypkę.
Nie będę przedłużać opisu objawów stopniowego ustępowania choroby, które jeszcze trwają, ale mogę powiedzieć, że po dwóch dniach od zachorowania przypadłość zaczęła się cofać, po trzech Anna mogła mi już pomóc w tym i owym na dworze, a dzisiaj już tylko czasem odrywający kaszel pożegnalny ją męczy.
Zaiste, pełen sukces domowego leczenia.
Pogoda nieco się ochłodziła i znów przyniosła wilgoć i deszcze, przeważnie nocne lub poranne. Kozy zatem mogą iść na pastwisko.
Indyczęta stopniowo trafiają w ręce innych hodowców. Zatem mam chwilowo nieco mniej pracy z opieką nad nimi. W kolejce są jeszcze inne lęgi.
Ogródek przydomowy ostatecznie wygląda z powietrza teraz tak:
A od strony wnętrza takie przynosi rezultaty codzienne. (Szpinak już był, i jest jeszcze, więc się nie chcę powtarzać. Do tego dorodny szczypior).
Co oczywiście zjadamy z wdzięcznością dla matki ziemi w różnych formach sałatkowych, ze szpinakiem, albo z jajem, ogórkiem i majonezem. Ewentualnie tak:
Zalane solanką, z dodatkiem przypraw zwykłych do kiszonek, jeden słój samych rzodkiewek, drugi z liśćmi. Pyszny wiosenny dodatek do śniadania, obiadu, czy jako przekąska.
22 maja 2019
Szpinakożerstwo
Ogródkowych zatrudnień ciąg dalszy trwa. Trzeba było pojechać do sąsiedniej gminy i powiatu, więc na targu kupione zostały stosowne sadzonki. Także włóknina i rurki plastikowe pod kolejne ochronki na grządki, gdzie roślinki już szybko kiełkują i chcą mieć więcej przestrzeni nad sobą.
Następnego dnia trwało sadzenie. Pomidory i papryka w nowym tunelu, wraz z bazylią, którą bardzo lubię i do pomidorów i do serów dodawać.
Na spirali znalazły się inne zioła: majeranek, oregano, kolendra, czarnuszka, melisa, tymianek. Cząber wylądował w donicy na tarasie. Posadzony wcześniej czosnek niedźwiedzi przyjął się, co cieszy.
Anna także urozmaiciła kącik kwiatowy o nowe rodzaje kwiatów.
Zaczęło się także zasiewanie dyń w ogródku permakulturowym. Przejrzałam warunki. Ostatnie deszcze pięknie namoczyły zwały obornika zeszłorocznego i tegorocznego. Można trafić na żyjące tam dżdżownice, nasze polskie, czyli proces naturalnego tworzenia się gleby próchniczej jest w toku. Porzeczki trzymają się i podrosły, mają dużo zawiązków. Także rozwijają się dobrze: posadzony kilka lat temu i nikły do tej pory dereń, wiśnia syberyjska i pigwowce.
W ogródkach przydomowych (a mamy ich dwa, a nawet trzy, na wygospodarowanych przestrzeniach między ogrodzeniem a innymi budynkami gospodarczymi) dynia i cukinia już kiełkują.
Kontynuujemy zbiory nowalijek. Poszła pod żniwa druga grządka szpinaku. I zaczynają się zbiory rzodkiewki, jest zdrowa, duża i bardzo smaczna. Pierwszy słoik rzodkiewki już się kisi. Jest pyszna w tej formie, polecam jako sałatkę!
Na ogołoconych grządkach rośnie już bób, oraz selery, pory, kalarepka i pomidorki koktajlowe.
Szpinak oczywiście idzie albo na patelnię z czosnkiem i odrobiną białego serka oraz jajkiem. Albo przyrządzam ulubioną sałatkę, którą się codziennie ostatnio zajadamy. Oto przepis:
3 ząbki czosnku - zmiażdżyć
Szczypiorek wedle upodobania posiekać
Garść orzechów włoskich - posiekać na drobno
Trochę białego świeżego serka koziego, może być twaróg albo bundz
2-3 rzodkiewki zetrzeć na tarce
Dodać pieprzu czarnego i szczyptę chili
Dodać łyżkę miodu, kapkę oleju słonecznikowego albo świeżego lnianego
Wszystkie składniki wymieszać.
Smacznego!
A poza tym przywitała nas rano niespodzianka. Kolejne zajęcie. Trwają lęgi.
Pierwsza piętnastka indycząt. Czeka już na wyjazd do klienta.
Następnego dnia trwało sadzenie. Pomidory i papryka w nowym tunelu, wraz z bazylią, którą bardzo lubię i do pomidorów i do serów dodawać.
Na spirali znalazły się inne zioła: majeranek, oregano, kolendra, czarnuszka, melisa, tymianek. Cząber wylądował w donicy na tarasie. Posadzony wcześniej czosnek niedźwiedzi przyjął się, co cieszy.
Anna także urozmaiciła kącik kwiatowy o nowe rodzaje kwiatów.
Zaczęło się także zasiewanie dyń w ogródku permakulturowym. Przejrzałam warunki. Ostatnie deszcze pięknie namoczyły zwały obornika zeszłorocznego i tegorocznego. Można trafić na żyjące tam dżdżownice, nasze polskie, czyli proces naturalnego tworzenia się gleby próchniczej jest w toku. Porzeczki trzymają się i podrosły, mają dużo zawiązków. Także rozwijają się dobrze: posadzony kilka lat temu i nikły do tej pory dereń, wiśnia syberyjska i pigwowce.
W ogródkach przydomowych (a mamy ich dwa, a nawet trzy, na wygospodarowanych przestrzeniach między ogrodzeniem a innymi budynkami gospodarczymi) dynia i cukinia już kiełkują.
Kontynuujemy zbiory nowalijek. Poszła pod żniwa druga grządka szpinaku. I zaczynają się zbiory rzodkiewki, jest zdrowa, duża i bardzo smaczna. Pierwszy słoik rzodkiewki już się kisi. Jest pyszna w tej formie, polecam jako sałatkę!
Na ogołoconych grządkach rośnie już bób, oraz selery, pory, kalarepka i pomidorki koktajlowe.
Szpinak oczywiście idzie albo na patelnię z czosnkiem i odrobiną białego serka oraz jajkiem. Albo przyrządzam ulubioną sałatkę, którą się codziennie ostatnio zajadamy. Oto przepis:
Sałatka ze szpinaku
Szpinak - w ilości dostępnej, u mnie to miska dobrze umytych liści prosto z ogródka, rozdrobnionych w palcach. Posolić je lekko i skropić octem jabłkowym lub innym owocowym na początek. Ocet można zastąpić sokiem z cytryny. U mnie ostatnio robi furorę słabiutki, ale aromatyczny ocet melisowy.3 ząbki czosnku - zmiażdżyć
Szczypiorek wedle upodobania posiekać
Garść orzechów włoskich - posiekać na drobno
Trochę białego świeżego serka koziego, może być twaróg albo bundz
2-3 rzodkiewki zetrzeć na tarce
Dodać pieprzu czarnego i szczyptę chili
Dodać łyżkę miodu, kapkę oleju słonecznikowego albo świeżego lnianego
Wszystkie składniki wymieszać.
Smacznego!
A poza tym przywitała nas rano niespodzianka. Kolejne zajęcie. Trwają lęgi.
Pierwsza piętnastka indycząt. Czeka już na wyjazd do klienta.
18 maja 2019
Nowalijki
W okolicy ludzie odprawili korowaj na świętego Jurię i deszcz się pojawił, nawet w obfitości. Zimna zośka przeminęła i robi się teraz ciepło, parno i burzowo w planie. Trawa na pastwisku ruszyła, kozy mają większy apetyt, bo dotąd ledwie coś na łące skubnęły już chciały wracać na siano. Pewnie była mało soczysta i niesmaczna.
My zaś stopniowo organizujemy ogródek. Dziś odbył się pierwszy zbiór nowalijek. Anna zebrała szpinak z grządki pod niewielką folijką, w kolejce czekają rzodkiewki. Szczypior też pięknie się prezentuje i jest w stałym użytku. Wyszła miedniczka liści szpinakowych, łodygi także zjadamy, w postaci szejka, zimny i zielony kozi kefirek, mniam!
W ogóle owe nakrycia włókniną albo folią rozciągniętą na pałąkach to świetny pomysł na taką mokrą porę w warzywniku. Roślinki są bezpieczne od nadmiernego zalania i stłuczenia silnym deszczem, czy nie daj Boże gradem.
Poza tym dawno już funkcjonuje spirala ziołowa przy domu, a na niej dorodny lubczyk, żywokost, szczypior i mięta. W tle permakulturowe grządki obornikowe z wysianą dynią, która - mam nadzieję - obrodzi i zakryje nieciekawy widok swoimi szerokimi liśćmi.
Ponadto przez kilka dni montowałyśmy własnoręcznie zakupioną przez internet konstrukcję pod tunel foliowy z rurek aluminiowych, z przeznaczeniem pod pomidory. Nie było to trudne i spokojnie się wszystko udało. Przypomniały mi się czasy dzieciństwa, gdy z pasją budowałam modele samolotów. Dzisiaj okopałam stelaż dookoła, naciągnęłyśmy folię i zasypałam dolne krawędzie ziemią dla zabezpieczenia przed odfrunięciem.
Rzecz gotowa prezentuje się z przodu tak:
A z boku tak:
Kazałam od razu zrobić zdjęcie, bo w prognozie jest burza na wieczór i konstrukcja dopiero przejdzie test wiatrowy. Być może zdjęcia okażą się jedyną pamiątką po jej istnieniu...
Przejrzałam krzewy i drzewa, czarne i czerwone porzeczki zawiązały się pięknie, mniej jest zawiązków śliwek, ale są. Będzie też, jak Bóg pozwoli, trochę jabłek z dwóch czy trzech jabłoni.
Póki co niedawno nastawione wino z kwiatów mniszka lekarskiego miło dla ucha bulgocze w gąsiorze.
My zaś stopniowo organizujemy ogródek. Dziś odbył się pierwszy zbiór nowalijek. Anna zebrała szpinak z grządki pod niewielką folijką, w kolejce czekają rzodkiewki. Szczypior też pięknie się prezentuje i jest w stałym użytku. Wyszła miedniczka liści szpinakowych, łodygi także zjadamy, w postaci szejka, zimny i zielony kozi kefirek, mniam!
W ogóle owe nakrycia włókniną albo folią rozciągniętą na pałąkach to świetny pomysł na taką mokrą porę w warzywniku. Roślinki są bezpieczne od nadmiernego zalania i stłuczenia silnym deszczem, czy nie daj Boże gradem.
Poza tym dawno już funkcjonuje spirala ziołowa przy domu, a na niej dorodny lubczyk, żywokost, szczypior i mięta. W tle permakulturowe grządki obornikowe z wysianą dynią, która - mam nadzieję - obrodzi i zakryje nieciekawy widok swoimi szerokimi liśćmi.
Ponadto przez kilka dni montowałyśmy własnoręcznie zakupioną przez internet konstrukcję pod tunel foliowy z rurek aluminiowych, z przeznaczeniem pod pomidory. Nie było to trudne i spokojnie się wszystko udało. Przypomniały mi się czasy dzieciństwa, gdy z pasją budowałam modele samolotów. Dzisiaj okopałam stelaż dookoła, naciągnęłyśmy folię i zasypałam dolne krawędzie ziemią dla zabezpieczenia przed odfrunięciem.
Rzecz gotowa prezentuje się z przodu tak:
A z boku tak:
Kazałam od razu zrobić zdjęcie, bo w prognozie jest burza na wieczór i konstrukcja dopiero przejdzie test wiatrowy. Być może zdjęcia okażą się jedyną pamiątką po jej istnieniu...
Przejrzałam krzewy i drzewa, czarne i czerwone porzeczki zawiązały się pięknie, mniej jest zawiązków śliwek, ale są. Będzie też, jak Bóg pozwoli, trochę jabłek z dwóch czy trzech jabłoni.
Póki co niedawno nastawione wino z kwiatów mniszka lekarskiego miło dla ucha bulgocze w gąsiorze.
Labels:
Budownictwo,
Kulinaria,
Ogród,
Permakultura,
Pionierstwo,
Pogoda,
Siew,
Zbiory,
Zioła
14 maja 2019
Ceramiczne hobby
Zimowe hobby Anny. Ceramiczne kolczyki na sztyftach.
Powstało tego więcej rodzajów. W różnych kształtach i kolorach.
Do wyboru, do koloru.
Nasza przyjaciółka zajmuje się podobną sztuką w szerszym zakresie. Dlatego przy okazji zareklamuję jej blog VintageEve. Nasze elementy ceramiczne zyskały nową oprawę stając się unikatowe.
12 maja 2019
Grządki
Deszcz zaczął padać, choć nie jest to nic nadzwyczajnego. Ziemia potrzebuje więcej. Niemniej kurz został zmyty, a trawa nie rudzieje. oszczędzamy wciąż jeszcze pastwisko, w nadziei, że jednak ruszy, bo prognozy są dżdżyste na ten tydzień. Kozy wędrują po okolicznych łączkach, rowach, nieużytkach, oczywiście pod kontrolą, która musi pędzić za nimi nieraz z całych sił. Młodzież rośnie.
Inne zajęcia w gospodarstwie, to ogródek przydomowy. Permakulturowy, dopóki deszcz go solidnie nie zmoczy musi stać nietknięty. Czeka na obsianie dynią, klasycznie. Przydomowy zaś wymaga zabezpieczeń przed drapieznymi kurami, wiadomo. W tym roku używamy po raz pierwszy sposobu podpatrzonego w internecie. Kilka rurek pcv kupionych w sklepie elektrycznym - pierwotnie służą do kabli, wetkniętych odpowiednio (na pręt stalowy zbrojeniowy lub w wersji ekonomicznej na wycięta gałąź leszczyn) i obciągniętych włókniną. Solidnie przyciśniętą na brzegach, aby uniemożliwić odfrunięcie w razie większego wiatru.
Grządki zostały obsiane, roślinki już kiełkują i rosną. Przez folię prześwituje szpinak i szczypiorek. Gleba na niektórych grządkach pozostaje od dwóch trzech lat ta sama, bez specjalnego wzruszania. Na innych została na nowo zasilona dawką obornika, i dobrze nasączona wodą. Taka grządka jest ciepła, dlatego przymrozki, które miały miejsce w naszym regionie przez dwie noce z rzędu nie zrobiły u nas szkody. Może też przez bliskość domu, zakrzaczeń, ogrodzeń.
Podlewanie nadal z kranu, o czym świadczy wąż.
Labels:
Budownictwo,
Ekologia,
Gleba,
Ogród,
Pionierstwo,
Siew,
Woda
8 maja 2019
Zimny maj
U was pewnie padało. U nas nic, bo tych kilku kropel rosy przez 10 minut pewnego poranka nie ma co liczyć, nawet śladu na piasku nie zostawiły. Czyli od ponad miesiąca susza. Dobrze, że się ochłodziło, wiatr ucichł i często chmury zasłaniają słońce. Dzięki temu bliskość lasu utrzymuje dłużej wokół mokrą rosę, która odżywia trawę i roślinność. Niemniej pastwisko wygląda żałośnie i wciąż czeka na zmiłowanie. Trawa wegetuje zaledwie i nie ma stosownej porcji dżdżu, który by napoił korzenie.
Śliwy, dzikie grusze, czeremcha i porzeczki już przekwitły. W sadzie kwitną dwie jabłonie, które to robią co roku, nawet obficie.
Codziennie spędzamy trochę czasu w ogródku przydomowym, organizując grządki. Większość już zasianych. Kilka przykrytych włókniną, a nad kilkoma zbudowałyśmy z wygiętych rurek pcv rusztowanie, nakryte włókniną imitują tunele foliowe. Dzięki temu to, co już kiełkuje i wzrasta, ma przestrzeń do rozwinięcia liści i łodyg. Na razie co prawda to dopiero szczypior, szpinak i powolutku rzodkiewka, ale już pierwsza sałatka z użyciem szczypioru miała miejsce. Jako dodatek do twarożku koziego z olejem lnianym.
Bo już kilkoro dzieciaków zostało odstawionych od matek i co rano doimy kilka kóz. Daje to raptem 4-5 litrów mleka, ale to całkowicie starcza na nasze prywatne potrzeby wiosenne: twaróg, serek podpuszczkowo-twarogowy, jogurt. Niewielkie ilości serwatki idą czasem do szejków owocowych albo warzywnych, które jakiś czas temu wdrożyłyśmy w codzienną dietę. W rezultacie brakuje nam gąb do jedzenia! Bo ile można zmieścić.
Mnie wystarczają dwa posiłki dziennie, z odpowiednią ilością białka (teraz głównie to jaja, albo serki i kwaśne mleko, choć czasem zastępuje je rosół kolagenowy), tłuszczu (masło, olej lniany, oliwa z oliwek albo smalec ze słoniny) i węglowodanów czerpanych z warzyw (czyli dojadam ostatnie dynie w różnej postaci, czasem ziemniak, marchew, rzepka, buraki, ogórki, cebula i czosnek). Ryż, jagły albo kasza gryczana są rzadkością na stole. Dodatkowy szejk ze świeżej zielonej pokrzywy i jabłka na wodzie, albo z zeszłorocznych jagód lub porzeczek na serwatce to już niekiedy przesada dla brzucha. Prawdą jest, że dieta optymalna powoduje stałą sytość, rzadką potrzebę jedzenia i niezawracanie sobie nim głowy w ciągu dnia.
Poza tym na podwórze zjechały wczoraj dwie fury drewna. Po raz pierwszy kupionego. Zwiększa to koszty opałowe, ale do sumy, która i tak dla przeciętnego mieszkańca Polski może wydać się śmiesznie niska, wręcz nieprawdopodobna. I tak oszczędzamy na samodzielnym cięciu, bo to dodatkowy spory koszt, liczący się właściwie w dwójnasób.
Noce są zimne, czasem przepalamy jeszcze w piecu ścianowym wieczorem, choć zazwyczaj starcza ogrzanie ścianki grzewczej od kuchni kaflowej, podczas gotowania obiadu. Na szczęście przymrozki, jak na razie nas omijają.
Ponadto koziarnia została wreszcie oczyszczona z obornika całkowicie, urobek wywieziony do ogrodu permakulturowego, gdzie czeka na solidny deszcz, bo w takim stanie nie nadaje się do zasiewu. Trudno, zaczekamy. Nie ma innego wyjścia.
Śliwy, dzikie grusze, czeremcha i porzeczki już przekwitły. W sadzie kwitną dwie jabłonie, które to robią co roku, nawet obficie.
Codziennie spędzamy trochę czasu w ogródku przydomowym, organizując grządki. Większość już zasianych. Kilka przykrytych włókniną, a nad kilkoma zbudowałyśmy z wygiętych rurek pcv rusztowanie, nakryte włókniną imitują tunele foliowe. Dzięki temu to, co już kiełkuje i wzrasta, ma przestrzeń do rozwinięcia liści i łodyg. Na razie co prawda to dopiero szczypior, szpinak i powolutku rzodkiewka, ale już pierwsza sałatka z użyciem szczypioru miała miejsce. Jako dodatek do twarożku koziego z olejem lnianym.
Bo już kilkoro dzieciaków zostało odstawionych od matek i co rano doimy kilka kóz. Daje to raptem 4-5 litrów mleka, ale to całkowicie starcza na nasze prywatne potrzeby wiosenne: twaróg, serek podpuszczkowo-twarogowy, jogurt. Niewielkie ilości serwatki idą czasem do szejków owocowych albo warzywnych, które jakiś czas temu wdrożyłyśmy w codzienną dietę. W rezultacie brakuje nam gąb do jedzenia! Bo ile można zmieścić.
Mnie wystarczają dwa posiłki dziennie, z odpowiednią ilością białka (teraz głównie to jaja, albo serki i kwaśne mleko, choć czasem zastępuje je rosół kolagenowy), tłuszczu (masło, olej lniany, oliwa z oliwek albo smalec ze słoniny) i węglowodanów czerpanych z warzyw (czyli dojadam ostatnie dynie w różnej postaci, czasem ziemniak, marchew, rzepka, buraki, ogórki, cebula i czosnek). Ryż, jagły albo kasza gryczana są rzadkością na stole. Dodatkowy szejk ze świeżej zielonej pokrzywy i jabłka na wodzie, albo z zeszłorocznych jagód lub porzeczek na serwatce to już niekiedy przesada dla brzucha. Prawdą jest, że dieta optymalna powoduje stałą sytość, rzadką potrzebę jedzenia i niezawracanie sobie nim głowy w ciągu dnia.
Poza tym na podwórze zjechały wczoraj dwie fury drewna. Po raz pierwszy kupionego. Zwiększa to koszty opałowe, ale do sumy, która i tak dla przeciętnego mieszkańca Polski może wydać się śmiesznie niska, wręcz nieprawdopodobna. I tak oszczędzamy na samodzielnym cięciu, bo to dodatkowy spory koszt, liczący się właściwie w dwójnasób.
Noce są zimne, czasem przepalamy jeszcze w piecu ścianowym wieczorem, choć zazwyczaj starcza ogrzanie ścianki grzewczej od kuchni kaflowej, podczas gotowania obiadu. Na szczęście przymrozki, jak na razie nas omijają.
Ponadto koziarnia została wreszcie oczyszczona z obornika całkowicie, urobek wywieziony do ogrodu permakulturowego, gdzie czeka na solidny deszcz, bo w takim stanie nie nadaje się do zasiewu. Trudno, zaczekamy. Nie ma innego wyjścia.
25 kwietnia 2019
Sucho i kwaśno
Wiosna rozwija u nas dopiero pąki. Suchy wiatr saharyjski wzniecił miejscowe kurze i pyły z polnych dróg i z wydmy, na której mieszkamy. I z której kury pracowicie wydziobały wszelki listeczek, stąd pustynia wcale mi nie obca, nawet w pobliżu białowieskiej puszczy. Piasek zgrzytał w zębach, a jakże, zwłaszcza, że nas na pierwsze prace w obejściu wzięło. Wywózkę obornika, na razie o własnych siłach głównie do ogródka przy domu, sadzanie indyczek na jajach i łatanie ogrodzeń.
Rozkwita śliwa węgierka i czeremcha przy domu. Z wolna budujemy grządki i systematycznie je zasiewamy tym i owym, okrywając je potem włókniną, chroniąca przed drapieżnymi kurami.
Chińska numerologia, do której nieco wróciłam ostatnio, twierdzi, że obecny rok jest rokiem żywiołu ognia. Co nieco się w tym względzie wydarzyło w Europie, jak wiemy z mediów, a nasz rząd radośnie rozgłasza, że właśnie ma powód wycinki starodrzewia i puszcz, w tym znów ostrzy sobie zęby na naszą Puszczę. Trzeba modlić się o deszcz. Niniejszym mobilizuję wszelkie nieliczne już niestety potomstwo dawnych słowiańskich płanetników, ponieważ moc sterowania pogodą przechodzi ponoć genetycznie w rodzinie. Przypomnijcie sobie swoją sztukę tajemną i działajcie w skupieniu! Niech moc będzie z wami.
Wielkanoc dzięki Bogu przeszła spokojnie. Kapkę wcześniej udało nam się przygotować z zapasów zeszłorocznego mięsiwa kiełbasę, jakieś 7 kilogramów. Nie wędzimy jej, ot, zaparzam ją najwyżej i zjadamy w białej postaci.
Przyrządziłam także zakwas na barszcz, jak mi poradziła Czytelniczka niniejszego bloga, z mąki gryczanej, a nie pszennej czy żytniej. Co istotne jest dla bezglutenowców takich, jak ja. Udał się jak najbardziej. Zupa wyszła i smakowała. Więc za dobrą radę serdecznie dziękuję!
Składniki:
5 łyżek mąki gryczanej
szklanka wody przegotowanej (jeśli ktoś wierzy, że ma w kranie zdrojową wodę, to może być kranowa)
liść laurowy (chroni od pleśni)
2 łyżki wody z ogórków bądź łyżka naturalnie kwaśnego mleka (jak ktoś taki szczęśliwy i bogaty, że takim dysponuje)
Składniki mieszamy najlepiej w glinianym garnuszku, pozostawiając je na kilka dni pod nieścisłym przykryciem w ciepłym miejscu kuchni. Klasycznie stawia się taki garnuszek na ciepłym piecu kuchennym, którego kafle trzymają długo temperaturę.
Po trzech czterech dniach, a gdy ciepło sezonowe wzrośnie to i częściej, mamy odpowiednią ilość do ugotowania zalewajki. Z kilkoma grzybkami suszonymi i ziemniaczkami, z zapieczoną na płycie połówką cebuli i posiekanym drobno ząbkiem czosnku. Z dodatkiem białej kiełbaski domowej roboty i połówki jaja na twardo miałam wreszcie prawdziwie wielkanocny posiłek.
Po zużyciu porcji nie myjemy garnuszka, ale zaprawiamy kolejną dawkę mąki gryczanej z wodą. Co prawda, potrzeba częściej sztucznego zakwaszacza, czyli wody z kiszonki czy mleka kwaśnego, ale na drugi raz wystarczą jeszcze resztki z poprzedniego nastawu.
Rozkwita śliwa węgierka i czeremcha przy domu. Z wolna budujemy grządki i systematycznie je zasiewamy tym i owym, okrywając je potem włókniną, chroniąca przed drapieżnymi kurami.
Chińska numerologia, do której nieco wróciłam ostatnio, twierdzi, że obecny rok jest rokiem żywiołu ognia. Co nieco się w tym względzie wydarzyło w Europie, jak wiemy z mediów, a nasz rząd radośnie rozgłasza, że właśnie ma powód wycinki starodrzewia i puszcz, w tym znów ostrzy sobie zęby na naszą Puszczę. Trzeba modlić się o deszcz. Niniejszym mobilizuję wszelkie nieliczne już niestety potomstwo dawnych słowiańskich płanetników, ponieważ moc sterowania pogodą przechodzi ponoć genetycznie w rodzinie. Przypomnijcie sobie swoją sztukę tajemną i działajcie w skupieniu! Niech moc będzie z wami.
Wielkanoc dzięki Bogu przeszła spokojnie. Kapkę wcześniej udało nam się przygotować z zapasów zeszłorocznego mięsiwa kiełbasę, jakieś 7 kilogramów. Nie wędzimy jej, ot, zaparzam ją najwyżej i zjadamy w białej postaci.
Przyrządziłam także zakwas na barszcz, jak mi poradziła Czytelniczka niniejszego bloga, z mąki gryczanej, a nie pszennej czy żytniej. Co istotne jest dla bezglutenowców takich, jak ja. Udał się jak najbardziej. Zupa wyszła i smakowała. Więc za dobrą radę serdecznie dziękuję!
Bezglutenowy zakwas do zalewajki
Składniki:
5 łyżek mąki gryczanej
szklanka wody przegotowanej (jeśli ktoś wierzy, że ma w kranie zdrojową wodę, to może być kranowa)
liść laurowy (chroni od pleśni)
2 łyżki wody z ogórków bądź łyżka naturalnie kwaśnego mleka (jak ktoś taki szczęśliwy i bogaty, że takim dysponuje)
Składniki mieszamy najlepiej w glinianym garnuszku, pozostawiając je na kilka dni pod nieścisłym przykryciem w ciepłym miejscu kuchni. Klasycznie stawia się taki garnuszek na ciepłym piecu kuchennym, którego kafle trzymają długo temperaturę.
Po trzech czterech dniach, a gdy ciepło sezonowe wzrośnie to i częściej, mamy odpowiednią ilość do ugotowania zalewajki. Z kilkoma grzybkami suszonymi i ziemniaczkami, z zapieczoną na płycie połówką cebuli i posiekanym drobno ząbkiem czosnku. Z dodatkiem białej kiełbaski domowej roboty i połówki jaja na twardo miałam wreszcie prawdziwie wielkanocny posiłek.
Po zużyciu porcji nie myjemy garnuszka, ale zaprawiamy kolejną dawkę mąki gryczanej z wodą. Co prawda, potrzeba częściej sztucznego zakwaszacza, czyli wody z kiszonki czy mleka kwaśnego, ale na drugi raz wystarczą jeszcze resztki z poprzedniego nastawu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



