Ostatnio znów zrobiło się pracowicie, jak w lipcu. Zamówienie firmowe, rżnięcie drewna na zimę i pole. Dziś rano zjawił się Jary, umówiony do pomocy przy gnoju. Wielka kupa się uzbierała jeszcze z zimy i wiosny, trzeba ją było załadować na pożyczoną przyczepkę i rozrzucić po polu.
Niby wszyscy już zaorali swoje pola, czy to pod oziminę, czy właśnie jako przygotowanie gleby na wiosnę pod siew. Ale nam paru powiedziało, że pole na zimę orze się zwyczajowo po Pokrowie. Najpierw chciałyśmy, tak jak inni robią, żeby stalerzować trawę, która ruszyła na rżysku, ale ktoś mądrze stwierdził, że talerzowanie spowoduje rozdrobnienie kłączy perzu, który tym sposobem bujnie sobie w dwójnasób albo i w trójnasób w przyszłym roku. No, a my nie chcemy stosować chemicznych środków chwastobójczych (lub stosować jak najmniej), więc rada wydała nam się roztropna. Od razu orka, a przedtem konieczne rozrzucenie gnoju...
Jary spisał się jak zawsze świetnie. Jest pracowity, silny i wytrzymały. Razem z Anią załadowali 7 przyczepek i rozrzucili sprawnie w kilka godzin.
I ja troszeczkę pomagałam pod koniec, ale generalnie talentu do wideł nie mam... Więcej musiałam się nabiegać przy przygotowywaniu posiłków, paleniu w piecach i karmieniu zwierzyny.
Zaraz po obiedzie przyjechał z trzeciej wsi oracz z czteroskibowym pługiem i zaorał bardzo starannie całe pole oraz dodatkowo jakieś 15 arów dotychczasowego nieużytku porosłego słabą dziką trawą, wrzosem i samosiejkami czeremchy i brzózek. No, właśnie, otworzyło się nowe pole dla permakulturowych działań. Czego już tam żeśmy nie planowały zrobić! Nawet wigwam albo ziemlankę postawić, pokazowo oczywiście. Może ktoś ma jakiś pomysł?
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
17 października 2011
16 października 2011
Zimne uszy
Ponieważ nie oglądamy tv, radio warszawskie kiepskie jest w tym, bo podaje prognozy dla mieszczuchów zaledwie w przeddzień, a nam zdarza się wtedy nie słuchać, to nas mroźna noc niejako zaskoczyła. Może niezbyt, bo znajoma wieczorem przez telefon powiedziała, że u niej termometr zewnętrzny pokazuje -1 stopień, a chwilę potem Jasio zamiauczał za drzwiami tarasu i sprowadził się z całą powagą do domu na noc, co mu się od wiosny chyba nie zdarzyło. Ale nie przypuszczałam, że opadnie aż tak. Mimo napalonej ścianówki, wcześniejszego palenia pod płytą w nocy zaczęły mi marznąć uszy. Tak się objawia spadek temperatury, znam to wrażenie od lat. Rano o siódmej na termometrze było 6-7 stopni na minusie (słupek bywa, że nieco fałszuje wyniki w obrębie 1 stopnia). To ile musiało być w nocy?
A poza tym kury przestały się nieść, na pięć jedna się wypierza, a reszta niesie się co kilka dni, czyli dziennie przybywa jedno-dwa jajka.
Kozy dają połowę letniej dawki, ale jeszcze nie jest źle, bo dostały pozwolenie paść się na unijnym owsie na polu za Górą i najadają się po pachy zielonego (tak, ziemia jest tam tak słaba, że nieco później zasiany owies ledwie na 20 cm wyrósł i jest zielony). Podczas wypasu w tym zaskakująco pięknym miejscu, strzeżonym przez magiczny dąb, znalazłam jeszcze wczoraj prawie półkilogramowego zdrowiutkiego prawdziwka. Ale po dzisiejszej nocy nie ma już co liczyć na grzyby... No, cóż taki rok.
A poza tym kury przestały się nieść, na pięć jedna się wypierza, a reszta niesie się co kilka dni, czyli dziennie przybywa jedno-dwa jajka.
Kozy dają połowę letniej dawki, ale jeszcze nie jest źle, bo dostały pozwolenie paść się na unijnym owsie na polu za Górą i najadają się po pachy zielonego (tak, ziemia jest tam tak słaba, że nieco później zasiany owies ledwie na 20 cm wyrósł i jest zielony). Podczas wypasu w tym zaskakująco pięknym miejscu, strzeżonym przez magiczny dąb, znalazłam jeszcze wczoraj prawie półkilogramowego zdrowiutkiego prawdziwka. Ale po dzisiejszej nocy nie ma już co liczyć na grzyby... No, cóż taki rok.
14 października 2011
Jesienne zajęcia
Kiedyśmy dwa dni temu wracały z powiatu goniła nas potężna chmura w kolorze prawie czarnym, z której lał obfity deszcz. Towarzyszył jej zimny, północny wiatr. W domu było jeszcze sucho i w miarę pogodnie, zatem rozstawiłyśmy grilla koło tarasu, żeby zrobić szybki obiad. I wkrótce zagrzmiało, raz, drugi... Grzmoty były długie, głośne, w końcu trochę popadało. I tyle z tego, że po pełni księżycowej (która zawsze, tak jak i nów przynosi zmianę pogody) zrobiło się mocno rześko i często dmie przeszywający, choć niezbyt silny wiatr. Jasiek jeszcze daje radę nocować na dworze, ale Łacio już spędza noce w domu, zwinięty w kłębek albo w moich nogach na łóżku, albo na krześle w jadalnym. Kicia nocuje od niedawna na poddaszu, korzysta z kuwety i bardzo powoli się adaptuje do towarzystwa psio-kociego.
Dzisiaj Pokrowa, wielikoje świato na wiosce, poza tym prywatnie święto chrztu naszego domu (opisywałam w zeszłym roku dlaczego). Z tego powodu umyłam wszystkie okna w chacie, ku czci owego oczyszczenia wodnego, które zainaugurowało kilka lat temu budowę. W nocy pojękując z bolesnych zakwasów w rękach.
Z innych wieści zwierzęcych: ostatnia stara kura zaczęła się z dnia na dzień wypierzać i to jej życie uratowało. Skubanie wypierzającego się ptaka nie jest najłatwiejsze i trzeba poczekać, aż dostanie świeżej szaty zewnętrznej. Kokoszki niosą się, ale nierówno, można powiedzieć w połowie. Miewają przerwy, to normalne jesienią, zwłaszcza, gdy nie dokarmiać ich podpędzaczami z zawartością soi i kukurydzy, od jakiegoś czasu podejrzanymi o modyfikowane pochodzenie. Bo jedynym podpędzaczem, który moje kurki stale zażywają to zsiadłe mleko i twaróg. Poza tym jedzą próżone żytko, gotowane resztki warzywne i obierki z ziemniaków oraz ziarno owsiane. Choć nasza sąsiadka uważa, że jeśli kury pasą się w lesie (a nasze notorycznie to robią) to dokarmianie jest właściwie zbędne.
Poza tym pracujemy, pracujemy. Firmowo-rolniczo-domowo. Kozie ciućki w wersji sezamkowej bardzo zasmakowały mojemu łakomemu siostrzeństwu i oto mam robótkę na popołudnia, przy okazji palenia pod kuchnią.
Dzisiaj Pokrowa, wielikoje świato na wiosce, poza tym prywatnie święto chrztu naszego domu (opisywałam w zeszłym roku dlaczego). Z tego powodu umyłam wszystkie okna w chacie, ku czci owego oczyszczenia wodnego, które zainaugurowało kilka lat temu budowę. W nocy pojękując z bolesnych zakwasów w rękach.
Z innych wieści zwierzęcych: ostatnia stara kura zaczęła się z dnia na dzień wypierzać i to jej życie uratowało. Skubanie wypierzającego się ptaka nie jest najłatwiejsze i trzeba poczekać, aż dostanie świeżej szaty zewnętrznej. Kokoszki niosą się, ale nierówno, można powiedzieć w połowie. Miewają przerwy, to normalne jesienią, zwłaszcza, gdy nie dokarmiać ich podpędzaczami z zawartością soi i kukurydzy, od jakiegoś czasu podejrzanymi o modyfikowane pochodzenie. Bo jedynym podpędzaczem, który moje kurki stale zażywają to zsiadłe mleko i twaróg. Poza tym jedzą próżone żytko, gotowane resztki warzywne i obierki z ziemniaków oraz ziarno owsiane. Choć nasza sąsiadka uważa, że jeśli kury pasą się w lesie (a nasze notorycznie to robią) to dokarmianie jest właściwie zbędne.
Poza tym pracujemy, pracujemy. Firmowo-rolniczo-domowo. Kozie ciućki w wersji sezamkowej bardzo zasmakowały mojemu łakomemu siostrzeństwu i oto mam robótkę na popołudnia, przy okazji palenia pod kuchnią.
Labels:
Astrologia,
Budownictwo,
Ekologia,
Koty,
Kulinaria,
Kury,
Mięso,
Ogrzewanie,
Pamięć,
Pogoda,
Praca,
Region,
Zdrowie
11 października 2011
Susz
Całą noc padało, a ranek okazał się z tego wszystkiego ciepły, no, i mgła niewielka. Podobno pokazały się opieńki w lesie.
Grzybów w tym roku niewiele, susza, ale Ania czasem spaceruje z kozami po okolicznych lasach i przynosi zawsze garść grzybów, przeważnie podgrzybków, trochę kurek. Rozkładam je na płycie i uzbierał się już woreczek tegorocznych suszonych.
Są jeszcze zapasy zeszłoroczne, więc żaden kryzys. Tyle, że brak marynatów, ale to może właśnie opieńki podratują.
Rano zjawił się Iwan ze swoim 15-letnim stillem i cały dzień (no, z przerwami na kawę i obiad) rżnął stare bale rozbiórkowe pozostałe po budowie, na kawałki zdatne do pieca c.o. i ścianówki. Na koniec część z tych grubszych porąbał i zwiózł na taras, gdzie już niezła ścianka powstała "podręcznego opału". W zimie jak znalazł, gdy zasypie podwórko, ciemno się zrobi, a tu do pieca trzeba cosik prędko dorzucić...
Noce zimne, palę zatem w ścianowym od kilku dni i w chacie zapanowało przyjemne ciepełko.
Grzybów w tym roku niewiele, susza, ale Ania czasem spaceruje z kozami po okolicznych lasach i przynosi zawsze garść grzybów, przeważnie podgrzybków, trochę kurek. Rozkładam je na płycie i uzbierał się już woreczek tegorocznych suszonych.
Są jeszcze zapasy zeszłoroczne, więc żaden kryzys. Tyle, że brak marynatów, ale to może właśnie opieńki podratują.
Rano zjawił się Iwan ze swoim 15-letnim stillem i cały dzień (no, z przerwami na kawę i obiad) rżnął stare bale rozbiórkowe pozostałe po budowie, na kawałki zdatne do pieca c.o. i ścianówki. Na koniec część z tych grubszych porąbał i zwiózł na taras, gdzie już niezła ścianka powstała "podręcznego opału". W zimie jak znalazł, gdy zasypie podwórko, ciemno się zrobi, a tu do pieca trzeba cosik prędko dorzucić...
Noce zimne, palę zatem w ścianowym od kilku dni i w chacie zapanowało przyjemne ciepełko.
Labels:
Budownictwo,
Kozy,
Las,
Maszyny,
Ogrzewanie,
Pogoda,
Praca,
Zbiory
9 października 2011
Białe rosy
No, i przyszło jesienne zimno. W nocy biesiadowaliśmy w większym gronie znajomych, rozważając różne kwestie mniejszościowo-narodowościowe również w naszym najpiękniejszym z krajów i najmądrzejszym z państw, porównując ze śmiechem sławnych z lenistwa Greków z Podlasiakami, którzy im z pewnością w niczym nie ustępują, no, i takie tam różne dywagacje uskuteczniając. Na przykład konstatując fakt, że nagle dookoła wśród znajomych par obrodziło w ciąże, a dzieci mają się rodzić blisko lub już w samym magicznym 2012 roku! Wygląda to na znak czasu. Że przetrwamy.
Stąd też wiem, że temperatura była bliska zeru, a rano jeszcze około ósmej zalegała na polu i łące biała rosa, tj. szron. Trzeba zacząć już palić w piecu ścianowym, nie tylko pod płytą, jak do tej pory.
Mgły rozciągają się przepięknie. Tak samo mgliście jest w sercach tych, którzy zdecydowali się pójść na wybory ("Boże, na kogo zagłosować?", Nie ma na kogo!", "Wszyscy już byli i się nie sprawdzili!"), jak tych, co zdecydowali się je zbojkotować lub potraktować obojętnością. Do tych i ja należę, czego Ania nie podziela, i na rowerku przez las pomknęła wypełnić "obywatelski obowiązek" tak, aby nie zalegalizowano podatku katastralnego ani GMO w Polsce. Trzymam się przepowiedni Nostradamusa, że w 100 miejscach na naszej półkuli ludzie będą żyli wolni od polityki. A owa pierwotna Morusowa utopia zacznie realizować się na styku dwóch chrześcijańskich kalendarzy. Czekam na nią. I święcę oba porządki jednakowo. A najbardziej porządek naturalny, polny i leśny, tudzież kosmiczny.
Stąd też wiem, że temperatura była bliska zeru, a rano jeszcze około ósmej zalegała na polu i łące biała rosa, tj. szron. Trzeba zacząć już palić w piecu ścianowym, nie tylko pod płytą, jak do tej pory.
Mgły rozciągają się przepięknie. Tak samo mgliście jest w sercach tych, którzy zdecydowali się pójść na wybory ("Boże, na kogo zagłosować?", Nie ma na kogo!", "Wszyscy już byli i się nie sprawdzili!"), jak tych, co zdecydowali się je zbojkotować lub potraktować obojętnością. Do tych i ja należę, czego Ania nie podziela, i na rowerku przez las pomknęła wypełnić "obywatelski obowiązek" tak, aby nie zalegalizowano podatku katastralnego ani GMO w Polsce. Trzymam się przepowiedni Nostradamusa, że w 100 miejscach na naszej półkuli ludzie będą żyli wolni od polityki. A owa pierwotna Morusowa utopia zacznie realizować się na styku dwóch chrześcijańskich kalendarzy. Czekam na nią. I święcę oba porządki jednakowo. A najbardziej porządek naturalny, polny i leśny, tudzież kosmiczny.
Labels:
Astrologia,
Duchowość,
Dziwne,
Filozofia,
Goście,
Narodziny,
Ogrzewanie,
Pionierstwo,
Pogoda,
Region,
Religia,
Urzędy,
Wspólnota
6 października 2011
Bryndza-mate
Bryndza udała się. Smakuje jak bryndza, jest tylko nieco za sucha, ale to normalne w kozich produktach. W owczych też. Dlatego górale magazynowali zasoloną bryndzę na zimę, po czym w zimie, gdy owce (jak i kozy) mleka nie dają uzupełniali ją świeżym twarogiem krowim. I ja tak dzisiaj zrobiłam (z tą różnicą, że dodałam twaróg kozi) próbując przepisu na placki ziemniaczane z bryndzą. Wyszły bardzo smaczne i pożywne, najlepsze do zsiadłego mleka (he, postrachu Mieszczuchów), ale gotowane ziemniaki kiepsko się ścieły i tym samym przysmażyły, toteż resztę gotowego farszu postanowiłam zapakować do wnętrza pierożków, na wzór ruskich zrobionych. Mniam! I tak oto powstały kozie-rogi.
A Ania postanowiła zostać nałogowcem i od tygodnia pije codziennie jakieś ogromne (jak dla mnie) dawki yerba mate. Mnie wydaje się owo zielę podobne do każdego innego ziela i tyle. Żadnego "lepszego samopoczucia" po nim nie mam, no, ale wielbiciele pewnie powiedzą, że za mało wypiłam. To prawda, ale co zrobić, gdy Matka Natura wyposażyła mnie w niewielkie zapotrzebowanie na napoje w ogóle. I zalecane 2 litry wody dziennie to dla mnie kosmiczna ilość, którą mogę zagospodarowywać przez kilka dni. Ot, poranna kawa, potem wieczorem jaka herbata albo piwo, i tyle. Chwacit. Cybuchowe zielsko, siedmiokrotnie parzone zostawiam Indianom w dżungli.
A Ania postanowiła zostać nałogowcem i od tygodnia pije codziennie jakieś ogromne (jak dla mnie) dawki yerba mate. Mnie wydaje się owo zielę podobne do każdego innego ziela i tyle. Żadnego "lepszego samopoczucia" po nim nie mam, no, ale wielbiciele pewnie powiedzą, że za mało wypiłam. To prawda, ale co zrobić, gdy Matka Natura wyposażyła mnie w niewielkie zapotrzebowanie na napoje w ogóle. I zalecane 2 litry wody dziennie to dla mnie kosmiczna ilość, którą mogę zagospodarowywać przez kilka dni. Ot, poranna kawa, potem wieczorem jaka herbata albo piwo, i tyle. Chwacit. Cybuchowe zielsko, siedmiokrotnie parzone zostawiam Indianom w dżungli.
4 października 2011
Siła przetrwania
Zwierzęcych przygód nigdy dość.
W sobotę Jerzy odebrał od nas cztery kurczaki zielononożne, na zaczątek swego pierwszego w życiu stada (oby mu się powiodło!). Pozostaję w pewnym niedowierzaniu co do sensu wegetariańskiej hodowli kur, ale może wszystko pójdzie po myśli niedoświadczonych jeszcze hodowców i nauczą się prowadzić stado odpowiednio do swoich przekonań.
Było trochę zamieszania w lamusie, gdzie je wcześniej przymknęłam, aby je wyłapać do pudeł. I w tym zamieszaniu, jak się potem okazało na drugi dzień rano zaginął jeden kogutek. Z sześciokurczakowego stadka, po odjęciu czterech powinno zostać dwóch (kurczaków, czyli kuraków). Tymczasem wyszedł ku mnie tylko jeden, i to dość ogłupiały samotnością. Stadko maluchów, czyli dzieci naszej kwoki i Ancymona trzymały się razem i nie były jeszcze dobrze zintegrowane ze starszymi kurami, choć już od jakiegoś czasu sypiały w kurniku. Gdzie jeszcze jeden? O ksywce Kurdupel, bo był z nich najmniejszy?
- Przysięgłabym, że zamknęłam wszystkie maluchy, trzy kokoszki i trzy kogutki. Kurdupel wbiegł na końcu, pamiętam! - zamyśliłam się. Mógł ze strachu zaszyć się gdzieś wśród lamusowych klamotów i przyczaić, bo operacja wyłapywania była mocno dramatyczna i histeryczna. Sprawdziłam kąty, zawołałam kilka razy, ale żaden głos się nie odezwał i odeszłam. Myśląc z żalem, że mi się zdawało i znowu coś nam porwało kurczaka pod nieobecność.
Dzisiaj dopiero, czyli we wtorek rano, szykując jedzenie dla kóz w lamusie usłyszałam ciche gdaknięcie. Wyostrzyłam uszy. Powtórzyło się jeszcze raz. Więcej nie.
- Szukajmy! - zawołałam - Bo mi się zdaje, że się kurdupel odezwał i gdzieś tu żyje, może już ledwie dycha!
Ania weszła na stos kostek słomy, zmagazynowanych w lamusie i zaczęła penetrować zakamarki przy pomocy długiego kija. Ja nasłuchiwałam obok. I kiedy już miałyśmy odchodzić, odezwało się coś!
- Jest! O, masz ci los...
Zdjęłyśmy trzy kostki ze stosu i spoza nich wystrzelił jak rakieta ucieszony i całkiem żywy Kurdupelek. Prosto w otwarte drzwi na podwórko, pomiędzy kury, rzucając się z ogromnym apetytem na jedzenie i picie...
Przetrwał trzy dni w zupełnej ciszy, bez wody, mógł się żywić co najwyżej jakimiś kłosami żytnimi pośród słomy pozostałymi, i tyle.
W sobotę Jerzy odebrał od nas cztery kurczaki zielononożne, na zaczątek swego pierwszego w życiu stada (oby mu się powiodło!). Pozostaję w pewnym niedowierzaniu co do sensu wegetariańskiej hodowli kur, ale może wszystko pójdzie po myśli niedoświadczonych jeszcze hodowców i nauczą się prowadzić stado odpowiednio do swoich przekonań.
Było trochę zamieszania w lamusie, gdzie je wcześniej przymknęłam, aby je wyłapać do pudeł. I w tym zamieszaniu, jak się potem okazało na drugi dzień rano zaginął jeden kogutek. Z sześciokurczakowego stadka, po odjęciu czterech powinno zostać dwóch (kurczaków, czyli kuraków). Tymczasem wyszedł ku mnie tylko jeden, i to dość ogłupiały samotnością. Stadko maluchów, czyli dzieci naszej kwoki i Ancymona trzymały się razem i nie były jeszcze dobrze zintegrowane ze starszymi kurami, choć już od jakiegoś czasu sypiały w kurniku. Gdzie jeszcze jeden? O ksywce Kurdupel, bo był z nich najmniejszy?
- Przysięgłabym, że zamknęłam wszystkie maluchy, trzy kokoszki i trzy kogutki. Kurdupel wbiegł na końcu, pamiętam! - zamyśliłam się. Mógł ze strachu zaszyć się gdzieś wśród lamusowych klamotów i przyczaić, bo operacja wyłapywania była mocno dramatyczna i histeryczna. Sprawdziłam kąty, zawołałam kilka razy, ale żaden głos się nie odezwał i odeszłam. Myśląc z żalem, że mi się zdawało i znowu coś nam porwało kurczaka pod nieobecność.
Dzisiaj dopiero, czyli we wtorek rano, szykując jedzenie dla kóz w lamusie usłyszałam ciche gdaknięcie. Wyostrzyłam uszy. Powtórzyło się jeszcze raz. Więcej nie.
- Szukajmy! - zawołałam - Bo mi się zdaje, że się kurdupel odezwał i gdzieś tu żyje, może już ledwie dycha!
Ania weszła na stos kostek słomy, zmagazynowanych w lamusie i zaczęła penetrować zakamarki przy pomocy długiego kija. Ja nasłuchiwałam obok. I kiedy już miałyśmy odchodzić, odezwało się coś!
- Jest! O, masz ci los...
Zdjęłyśmy trzy kostki ze stosu i spoza nich wystrzelił jak rakieta ucieszony i całkiem żywy Kurdupelek. Prosto w otwarte drzwi na podwórko, pomiędzy kury, rzucając się z ogromnym apetytem na jedzenie i picie...
Przetrwał trzy dni w zupełnej ciszy, bez wody, mógł się żywić co najwyżej jakimiś kłosami żytnimi pośród słomy pozostałymi, i tyle.
29 września 2011
Adaptacja do nowego
Nów, zamiast wieszczonej katastrofy na Ziemi, przyniósł u nas nagle... burzę (niezbyt groźną, przeszła bokiem od południa) i lunął długo wyczekiwany deszcz (dość krótki jednak, choć intensywny).
Pracujemy, jak zawsze. Ania do tego znów lepi garnki na kolejnych warsztatach.
Kicia robi postępy wręcz szokujące. Cały dzień spędza w domu, poznaje wszystkie skrytki, miejsca, zwierzęcych współmieszkańców i uczy się manier domowego kota. Dostała już tabletkę na odrobaczenie. Przeszukałam internet, aby dowiedzieć się o różnych objawach, które jeszcze miewa. Wychodzi na to, że przeszła zapalenie ucha środkowego, które teraz, pod wpływem systematycznego jedzenia i wysypiania się w cieple, ustępuje. Nawet bez specjalnego leczenia. Już rzadko potrząsa głową, nie ma zaburzeń równowagi i jeszcze rzadziej pokrzykuje z bólu. Nie ma też pcheł, z uszu nic się nie sączy, nie ma świerzba. O ile w pierwszym dniu spała cały dzień na poddaszu w swoim gniazdku, to dzisiaj jest ciekawska, zwiedza pokoje, wysiaduje przy mnie. Nie wiem jeszcze czy będzie umiała zachować czystość, dlatego wolę, aby uczyła się przez obserwację kocurów i psów, które wołają, gdy chcą wyjść i wejść. I dlatego jeszcze nocuje w lamusie (zaadaptowała tam sobie pudełko do spania).
Pracujemy, jak zawsze. Ania do tego znów lepi garnki na kolejnych warsztatach.
Kicia robi postępy wręcz szokujące. Cały dzień spędza w domu, poznaje wszystkie skrytki, miejsca, zwierzęcych współmieszkańców i uczy się manier domowego kota. Dostała już tabletkę na odrobaczenie. Przeszukałam internet, aby dowiedzieć się o różnych objawach, które jeszcze miewa. Wychodzi na to, że przeszła zapalenie ucha środkowego, które teraz, pod wpływem systematycznego jedzenia i wysypiania się w cieple, ustępuje. Nawet bez specjalnego leczenia. Już rzadko potrząsa głową, nie ma zaburzeń równowagi i jeszcze rzadziej pokrzykuje z bólu. Nie ma też pcheł, z uszu nic się nie sączy, nie ma świerzba. O ile w pierwszym dniu spała cały dzień na poddaszu w swoim gniazdku, to dzisiaj jest ciekawska, zwiedza pokoje, wysiaduje przy mnie. Nie wiem jeszcze czy będzie umiała zachować czystość, dlatego wolę, aby uczyła się przez obserwację kocurów i psów, które wołają, gdy chcą wyjść i wejść. I dlatego jeszcze nocuje w lamusie (zaadaptowała tam sobie pudełko do spania).
27 września 2011
I Cing
Oto rzecz, którą wyjęłyśmy z wielkiej paczki, przywiezionej przez kuriera i potem taczką do domu. Efekt moich przemyśleń z okresu co najmniej 30 lat i pracy zapisującej je przez 3 ostatnie jest już gotów do pójścia w świat.
Wspominałam kiedyś na tym blogu, że są książki, które czytane pasjami w dzieciństwie wróżyły nam przeznaczenie późniejsze... Tej nie poznałam w dzieciństwie, bo nieco potem. Ale właśnie tę księgę, jedyną, mogłabym zabrać ze sobą na bezludną wyspę. Bo nigdy nie można się nią znudzić.
Wspominałam kiedyś na tym blogu, że są książki, które czytane pasjami w dzieciństwie wróżyły nam przeznaczenie późniejsze... Tej nie poznałam w dzieciństwie, bo nieco potem. Ale właśnie tę księgę, jedyną, mogłabym zabrać ze sobą na bezludną wyspę. Bo nigdy nie można się nią znudzić.
25 września 2011
Kiciowe egzaltacje
Rano klucz gęsi, w drodze gdzieś znad Narwi pewnie, odleciał na południe...
Sobotnie prace. Ja - astrologiczne zatrudnienie, ser, palenie, obiad, cukierek. Ania zaś pożyczoną przyczepką ściągnęła resztę jabłoniowych gałęzi, zalegających kupami w sadzie od wiosny. Poprzednią zwiezioną kupę pomógł nam rozpracować gość ze Śląska, więc zrobiło się miejsce na nowe składowisko.
A poza tym muszę odnotować nadzwyczajne kroki, jakie podjęła Kicia, aby wreszcie zbliżyć się ku nam. Noce zaczynają już być zimne (choć kocury wciąż jeszcze nocują na dworze) i kotka zaczęła szukać cieplejszego miejsca do spania. Wczorajszą noc spędziła w lamusie przy koziarni, w połowie zapełnionym teraz słomą. Weszła tam sama tuż przed zamknięciem drzwi wieczorem i wyjść nie chciała do południa, śpiąc w ciepłym kąciku. Gdy już wreszcie wstała i najadła się, napotkałam ją nagle na tarasie, zezującą w stronę drzwi do pokoju. Zaprosiłam do środka i oto weszła, nieco zalękniona. Szybko zbadała pokoik jadalny pod kątem skrytki dla siebie, po czym powędrowała schodami na poddasze. I tam nagle... oszalała ze szczęścia i zachwytu!
Oznajmiła mi pomiaukiwaniem, że tu jest tak fajnie, że ona chce tu właśnie mieszkać i spać.
Hm, ponieważ nie ma na razie w domu kuwety (kocury jej nie używają, wołają na dwór), a ja byłam zajęta wyniosłam egzaltowane zwierzę na dwór.
Nie zapomniała wrażenia. Po dwóch godzinach znów zawitała w domowe progi, tym samym sposobem, czatując przed drzwiami.
Wpuszczona pobiegła od razu na strych i dalejże zachwycać się tak samo. Wkrótce odkryła złożoną starą kołdrę i umościła sobie gniazdko, zapadając w drzemkę. Pozwoliłam jej na tę radość, ale w końcu zdecydowałam, że wróci do lamusa. Nie jest jeszcze odrobaczona i odpchlona, musi przejść kwarantannę.
Sobotnie prace. Ja - astrologiczne zatrudnienie, ser, palenie, obiad, cukierek. Ania zaś pożyczoną przyczepką ściągnęła resztę jabłoniowych gałęzi, zalegających kupami w sadzie od wiosny. Poprzednią zwiezioną kupę pomógł nam rozpracować gość ze Śląska, więc zrobiło się miejsce na nowe składowisko.
A poza tym muszę odnotować nadzwyczajne kroki, jakie podjęła Kicia, aby wreszcie zbliżyć się ku nam. Noce zaczynają już być zimne (choć kocury wciąż jeszcze nocują na dworze) i kotka zaczęła szukać cieplejszego miejsca do spania. Wczorajszą noc spędziła w lamusie przy koziarni, w połowie zapełnionym teraz słomą. Weszła tam sama tuż przed zamknięciem drzwi wieczorem i wyjść nie chciała do południa, śpiąc w ciepłym kąciku. Gdy już wreszcie wstała i najadła się, napotkałam ją nagle na tarasie, zezującą w stronę drzwi do pokoju. Zaprosiłam do środka i oto weszła, nieco zalękniona. Szybko zbadała pokoik jadalny pod kątem skrytki dla siebie, po czym powędrowała schodami na poddasze. I tam nagle... oszalała ze szczęścia i zachwytu!
Oznajmiła mi pomiaukiwaniem, że tu jest tak fajnie, że ona chce tu właśnie mieszkać i spać.
Hm, ponieważ nie ma na razie w domu kuwety (kocury jej nie używają, wołają na dwór), a ja byłam zajęta wyniosłam egzaltowane zwierzę na dwór.
Nie zapomniała wrażenia. Po dwóch godzinach znów zawitała w domowe progi, tym samym sposobem, czatując przed drzwiami.
Wpuszczona pobiegła od razu na strych i dalejże zachwycać się tak samo. Wkrótce odkryła złożoną starą kołdrę i umościła sobie gniazdko, zapadając w drzemkę. Pozwoliłam jej na tę radość, ale w końcu zdecydowałam, że wróci do lamusa. Nie jest jeszcze odrobaczona i odpchlona, musi przejść kwarantannę.
21 września 2011
Wieści zwierzęce
Nieprzypadkowym przypadkiem nawiążę tematem do sąsiedzkiego blogu. Tym razem (w poprzednim roku był to, przypomnę "chomik", zwierzątko niewiele większe od myszy, ale krzyczące znacznie od niej głośniej, które chciało koniecznie zanurzyć się na zimę w ogródkowym inspekcie koło domu) w nocy obudziło mnie intensywne skrobanie gdzieś w ścianie tarasowej, blisko drzwi. Odgłos jednak był większy od tego, który robi mysz. Coś próbowało - jak sądziłam - dostać się do środka, wgryzając się w trzeszczącą piankę, którą izolowane są okna i drzwi w ścianie. Na szczęście po kilku minutach dźwięki ustały...
Zapomniałam o tym do rana, ale rano Kola zaczęła się dziwnie zachowywać. Nie przychodziła na wołanie, tylko jak przymurowana, z napiętym wzrokiem i merdającym ogonem wpatrywała się intensywnie w jeden punkt w ogródku przed tarasem.
Zachowuje się tak zawsze wtedy, gdy pojawi się obcy przybysz, dzikie zwierzę. Psica z pasją poluje na szczury polne, które kopią nory w zimie pod daszkiem drewutni (raz nawet udało jej się zagryźć wielkiego samotnego samca, ale tylko dlatego, że nie uciekał, tylko próbował się odgryźć). Podobnie reagowała na zeszłorocznego chomika, aż po dwóch dniach musiał się wyprowadzić z obejścia. Zatem i tym razem uznałam, że wizytuje nas ów chomik, szukający jesienno-zimowego przytuliska, nie dociekałam kto zacz, tylko zajęłam się dojeniem kóz.
Tymczasem okazało się inaczej...
Zwierzę, ukryte pod oknami inspektu opartymi o słup, pod naporem ciekawskiego i rozgorączkowanego instynktem łowieckim psa nagle rzuciło się do ucieczki. Kola pogoniła za nim. Rozległ się głośny krzyk, przypominający rozdzierający głos ptaka, rodzaj ćwierkania (wystraszone gryzonie zazwyczaj ćwierkają, to głos u mysz nieco podobny do cykania świerszczy). Dopadła zwierzątko na tyle blisko, że stanęło i zaczęło się bronić, skrzecząc przy tym odstraszająco z całej siły. Pies dostał pazurem po nosie i zaskoczony przystopował w gonitwie...
Pobiegłam kawałek za dom, do lasu, ale nic już nie zobaczyłam. Za to na tarasie i w pobliżu czuć było intensywny ostry zapach...
Raniony psi nos został zdezynfekowany wodą utlenioną.
Sprawdziłam następnie w wikipedii. Łasicowate należą także do skunksowatych i mają gruczoły zapachowe, którymi znaczą teren...
Nie łasica, było z pewnością większe, sądząc po głośnym krzyku. Co innego, kuna albo tchórz. Stawiam na kunę leśną (przyszło z lasu i tam uciekło), tj. tumaka.
Było to trzy dni temu. Nie pojawiło się już z powrotem. Być może bywało wcześniej i łowiło myszy pchające się do chaty, pewnie wchodząc za nimi jakąś szparką pod szalunek.
Z innych wieści zwierzęcych: kogut Ancymon stracił ogon z niewiadomych przyczyn. Wydarte długie, dostojne pióra walają się w kurniku. Niechybnie z czymś walczył i raczej nie sądzę, że był to któryś z młodych kogutków. Te jeszcze nawet nie ośmielają się zapiać przy nim, a co dopiero stanąć do pojedynku. Może to Kola się zemściła za atak, albo poszarpał go kot, usiłujący wydostać się z kurnika (Jasio uwielbia tam spać w dzień). Kogut teraz wygląda, hm... kuso i niepoważnie.
No, i dzisiaj przed wieczorem zobaczyłam pierwszy wielki klucz żurawi w tym roku. Leciały z północy prosto na południe. Znaczy zima szybko się zacznie.
Zapomniałam o tym do rana, ale rano Kola zaczęła się dziwnie zachowywać. Nie przychodziła na wołanie, tylko jak przymurowana, z napiętym wzrokiem i merdającym ogonem wpatrywała się intensywnie w jeden punkt w ogródku przed tarasem.
Zachowuje się tak zawsze wtedy, gdy pojawi się obcy przybysz, dzikie zwierzę. Psica z pasją poluje na szczury polne, które kopią nory w zimie pod daszkiem drewutni (raz nawet udało jej się zagryźć wielkiego samotnego samca, ale tylko dlatego, że nie uciekał, tylko próbował się odgryźć). Podobnie reagowała na zeszłorocznego chomika, aż po dwóch dniach musiał się wyprowadzić z obejścia. Zatem i tym razem uznałam, że wizytuje nas ów chomik, szukający jesienno-zimowego przytuliska, nie dociekałam kto zacz, tylko zajęłam się dojeniem kóz.
Tymczasem okazało się inaczej...
Zwierzę, ukryte pod oknami inspektu opartymi o słup, pod naporem ciekawskiego i rozgorączkowanego instynktem łowieckim psa nagle rzuciło się do ucieczki. Kola pogoniła za nim. Rozległ się głośny krzyk, przypominający rozdzierający głos ptaka, rodzaj ćwierkania (wystraszone gryzonie zazwyczaj ćwierkają, to głos u mysz nieco podobny do cykania świerszczy). Dopadła zwierzątko na tyle blisko, że stanęło i zaczęło się bronić, skrzecząc przy tym odstraszająco z całej siły. Pies dostał pazurem po nosie i zaskoczony przystopował w gonitwie...
Pobiegłam kawałek za dom, do lasu, ale nic już nie zobaczyłam. Za to na tarasie i w pobliżu czuć było intensywny ostry zapach...
Raniony psi nos został zdezynfekowany wodą utlenioną.
Sprawdziłam następnie w wikipedii. Łasicowate należą także do skunksowatych i mają gruczoły zapachowe, którymi znaczą teren...
Nie łasica, było z pewnością większe, sądząc po głośnym krzyku. Co innego, kuna albo tchórz. Stawiam na kunę leśną (przyszło z lasu i tam uciekło), tj. tumaka.
Było to trzy dni temu. Nie pojawiło się już z powrotem. Być może bywało wcześniej i łowiło myszy pchające się do chaty, pewnie wchodząc za nimi jakąś szparką pod szalunek.
Z innych wieści zwierzęcych: kogut Ancymon stracił ogon z niewiadomych przyczyn. Wydarte długie, dostojne pióra walają się w kurniku. Niechybnie z czymś walczył i raczej nie sądzę, że był to któryś z młodych kogutków. Te jeszcze nawet nie ośmielają się zapiać przy nim, a co dopiero stanąć do pojedynku. Może to Kola się zemściła za atak, albo poszarpał go kot, usiłujący wydostać się z kurnika (Jasio uwielbia tam spać w dzień). Kogut teraz wygląda, hm... kuso i niepoważnie.
No, i dzisiaj przed wieczorem zobaczyłam pierwszy wielki klucz żurawi w tym roku. Leciały z północy prosto na południe. Znaczy zima szybko się zacznie.
20 września 2011
Napotkane na granicy światów
Wyjazd do miast okolicznych w różnych bardzo ważnych sprawach papierkowych postanowiłyśmy urozmaicić sobie w drodze powrotnej wycieczką przez wioski jeszcze przez nas nie spenetrowane. Ktoś z naszych gości orzekł, że był na Podlasiu iks lat temu i jakoś wtedy większe na nim zrobiło wrażenie, swoją wiejskością, drewnianym budownictwem i prowincjonalnością. Teraz "wszędzie widać wpływ Unii, kolorowe domy, napisy, miejski szyk". Spytałam, czy zjechali choć raz w bok z głównych tras. Nie. A właśnie tam schronił się dawny świat, Kraina Przodków naszych. Trzeba tylko odwagi wjechania samochodem na szutrowe, piaskowe, polne i leśne drogi, dróżki i trakty.
Podlasie, przynajmniej ten skrawek, w którym my mieszkamy, czyli w dół od Puszczy Białowieskiej robi jeszcze jedno wrażenie. Niesamowicie wielkiej przestrzeni, choć wcale w rzeczywistości tak nie jest. Budzi je tylko to, że tak wiele tu przestrzeni niezamieszkanych, odludnych, dzikich. Wieś od wsi odległa jest od 5 do 7 km (a nawet więcej), co na zachód od Wisły już w praktyce nie występuje i miejscowości przechodzą jedna w drugą prawie bez widocznej granicy, albo z niewielką odległością 1-2 kilometrów. Nie ma też metropolii, jedynie miasta powiatowe, wielkości ok. 20 tysięcy mieszkańców, każde odległe od siebie jakieś 40-45 km. Drogi główne wąskie, często łatane i nieliczne, co rusz zjeżdża się z asfaltu na przedwojenne kocie łby, albo żwir, dobrze, jeśli wyrównany. Dodać trzeba, że wioski są na ogół niewielkie, od kilkunastu do kilkudziesięciu domostw, przeważnie o tradycyjnym wyglądzie, drewnianych. Tu konie, tam krowa, kozy albo barany, ówdzie kury pasące się w pobliżu obejść. Staruszkowie na ławeczkach w niedzielę wysiadujący. I wszędy blisko do lasu. Każda z wiosek to osobna kraina, mentalna i językowa, i religijna także. Ale o tym już kiedyś pisałam.
No, więc jadąc od Hajnówki powiatową trasą ku nam wiodącą wzdłuż granicy zboczyłyśmy w pewnej chwili w las, przejechałyśmy jedną wioskę, potem drugą. W tej udało nam się rozpytać kobietę siedzącą na ławeczce, czy ktoś w pobliżu trzyma kozy, bo słyszałyśmy, że tak, a my szukamy kozy na wymianę. Pani bardzo szeroko i sympatycznie odpowiadając stwierdziła, że owszem są, tacy jedni z miasta, ale to za wsią trzeba jechać, ło, tą drogą, prosto-prosto, aż się trafi w takie miejsce, gdzie tylko dwie chaty stoją. To tam.
No, więc pomknęłyśmy wyboistą polną drogą na kolonię owej wioski, ale jak się okazało powtórzenie "prosto" oznaczało dodatkowo, że daleko. Jakieś pięć kilometrów przez las zrobiłyśmy, żeby dotrzeć do dwóch domów. Zapytany mieszkaniec jednego jednak stwierdził, że to nie tu, tylko jeszcze jakieś pół kilometra dalej w las.
W ten sposób trafiłyśmy na ranczo pewnych romantyków z miasta Łodzi...
Mieszkają tam od lat 9. Trzymają stadko kóz, które mieszkają w starej stodole i mają rozległe pastwisko za chatą. Oraz starego konika tarpana i dwa psy. Kozy chowane są w pełni ekologicznie, czyli chodzą sobie luzem. Jedzą tyle, co uzbierają na łące, w sadzie i w lesie, a zimą karmione są jedynie sianem. W sumie stwierdziłyśmy, że może niepotrzebnie tak się przemęczamy dokarmiając nasze stado owsem przy dojeniu?
Chatę wyremontowali na wzór starej, zmienili piec i komin, ale ogrzewają się w zimie ścianówką i płytą. Wewnątrz urządzili sobie coś w rodzaju galerii ze starymi klamotami wiejskimi i zdjęciami własną ręką robionymi.
Teraz budują kuchnię letnią, krytą strzechą słomianą, z piecem chlebowym i grillem.
No, więc wyszło fajnie. Swoi zawsze się znajdą, nawet na kresach cywilizowanego świata, jak widać.
Wróciłyśmy z tego wszystkiego o szarówce. Kury już wszystkie siedziały grzecznie na grzędach, a kozy ledwie po omacku trafiły na stanowisko dojeniowe.
Takie z rzadka miewamy rozrywki towarzyskie na podlaskich bezludziach.
Podlasie, przynajmniej ten skrawek, w którym my mieszkamy, czyli w dół od Puszczy Białowieskiej robi jeszcze jedno wrażenie. Niesamowicie wielkiej przestrzeni, choć wcale w rzeczywistości tak nie jest. Budzi je tylko to, że tak wiele tu przestrzeni niezamieszkanych, odludnych, dzikich. Wieś od wsi odległa jest od 5 do 7 km (a nawet więcej), co na zachód od Wisły już w praktyce nie występuje i miejscowości przechodzą jedna w drugą prawie bez widocznej granicy, albo z niewielką odległością 1-2 kilometrów. Nie ma też metropolii, jedynie miasta powiatowe, wielkości ok. 20 tysięcy mieszkańców, każde odległe od siebie jakieś 40-45 km. Drogi główne wąskie, często łatane i nieliczne, co rusz zjeżdża się z asfaltu na przedwojenne kocie łby, albo żwir, dobrze, jeśli wyrównany. Dodać trzeba, że wioski są na ogół niewielkie, od kilkunastu do kilkudziesięciu domostw, przeważnie o tradycyjnym wyglądzie, drewnianych. Tu konie, tam krowa, kozy albo barany, ówdzie kury pasące się w pobliżu obejść. Staruszkowie na ławeczkach w niedzielę wysiadujący. I wszędy blisko do lasu. Każda z wiosek to osobna kraina, mentalna i językowa, i religijna także. Ale o tym już kiedyś pisałam.
No, więc jadąc od Hajnówki powiatową trasą ku nam wiodącą wzdłuż granicy zboczyłyśmy w pewnej chwili w las, przejechałyśmy jedną wioskę, potem drugą. W tej udało nam się rozpytać kobietę siedzącą na ławeczce, czy ktoś w pobliżu trzyma kozy, bo słyszałyśmy, że tak, a my szukamy kozy na wymianę. Pani bardzo szeroko i sympatycznie odpowiadając stwierdziła, że owszem są, tacy jedni z miasta, ale to za wsią trzeba jechać, ło, tą drogą, prosto-prosto, aż się trafi w takie miejsce, gdzie tylko dwie chaty stoją. To tam.
No, więc pomknęłyśmy wyboistą polną drogą na kolonię owej wioski, ale jak się okazało powtórzenie "prosto" oznaczało dodatkowo, że daleko. Jakieś pięć kilometrów przez las zrobiłyśmy, żeby dotrzeć do dwóch domów. Zapytany mieszkaniec jednego jednak stwierdził, że to nie tu, tylko jeszcze jakieś pół kilometra dalej w las.
W ten sposób trafiłyśmy na ranczo pewnych romantyków z miasta Łodzi...
Mieszkają tam od lat 9. Trzymają stadko kóz, które mieszkają w starej stodole i mają rozległe pastwisko za chatą. Oraz starego konika tarpana i dwa psy. Kozy chowane są w pełni ekologicznie, czyli chodzą sobie luzem. Jedzą tyle, co uzbierają na łące, w sadzie i w lesie, a zimą karmione są jedynie sianem. W sumie stwierdziłyśmy, że może niepotrzebnie tak się przemęczamy dokarmiając nasze stado owsem przy dojeniu?
Chatę wyremontowali na wzór starej, zmienili piec i komin, ale ogrzewają się w zimie ścianówką i płytą. Wewnątrz urządzili sobie coś w rodzaju galerii ze starymi klamotami wiejskimi i zdjęciami własną ręką robionymi.
Teraz budują kuchnię letnią, krytą strzechą słomianą, z piecem chlebowym i grillem.
No, więc wyszło fajnie. Swoi zawsze się znajdą, nawet na kresach cywilizowanego świata, jak widać.
Wróciłyśmy z tego wszystkiego o szarówce. Kury już wszystkie siedziały grzecznie na grzędach, a kozy ledwie po omacku trafiły na stanowisko dojeniowe.
Takie z rzadka miewamy rozrywki towarzyskie na podlaskich bezludziach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)