24 sierpnia 2022

Klosik

Poza przestojem spowodowanym brakiem samochodu, poszukiwaniami i zakupem nowego działo się w tym czasie jeszcze jedno stresujące wydarzenie. Związane ze zdrowiem Laby.
Jej choroba wystąpiła dość nagle (choć jej zalążki są dawniejsze), z dnia na dzień zaczęło manifestować się pogorszenie. Uformowało się bolące zapalenie na podbrzuszu. Decyzja zapadła natychmiast, ratujemy.
W zeszły nów wylądowała na badaniu w lecznicy w sąsiednim powiecie. Szczęściem trafiła na lekarza prowadzącego i kiedy wyniki krwi okazały się bardzo dobre (jak na 10-letniego psa) zaraz trafiła na stół operacyjny. Wycięto jej torbiel i przy okazji wysterylizowano, w cenie 700 złotych. Anna przywiozła ją do domu późnym popołudniem w stanie śpiączki narkotycznej. Zniosłyśmy ją, ubraną w specjalny strój ochronny, z samochodowej paki na rękach i ułożyłyśmy na jej posłaniu. Otworzyła przytomnie oczy już właściwie nocą. 

Dwa pierwsze dni po operacji były niepewne. Anna robiła zalecone zastrzyki. Laba na szczęście jadła i piła, co jest zawsze dobrą wróżbą w przypadku choroby zwierzęcia, ale nie wstawała z posłania. Aby wyszła na siku, musiałyśmy ją dźwigać na tylne nogi, po czym powolutku szła sama do drzwi i za taras. Porządnie załatwiła się dopiero po kilku dniach. Dopiero wtedy odetchnęłam z ulgą.

Wizyta w lecznicy w wyznaczonej porze wykazała, że rana goi się słabo. Szwy nie zostały zdjęte. Ubranko wymienione na nowe, dostała też klosz na głowę (i ksywkę Klosik), dalszy zestaw antybiotykowych zastrzyków do zrobienia i jakieś płyny odkażająco-gojące do przemywania.
Mocno ten klosik przeżywała, ubranko było zbyt ciasne w ramionach. Dozorowanie jej przykuwało uwagę i w dzień i w nocy. Ale dobra opieka zrobiła swoje.

Pies zaczął odzyskiwać humor, a to najważniejsze. Co prawda padł nam samochód i kolejna wizyta na zdjęcie szwów nie mogła się powieść. Ale od czego liceum medyczne, które ukończyła swego czasu Anna! I jej krawieckie doświadczenie! Nożyczki do paznokci w ręce, pinceta, okulary na nos, ja robiłam za unieruchomienie, nitki udało się pomyślnie i sprawnie wyciągnąć. Co pies przyjął z wdzięcznością, bo zaraz ruszał się sprawniej, widocznie coś przedtem ciągnęło.
W tej chwili już nie używa klosza ani ubranka, wychodzi na dwór gdy chce, interesuje się światem, szczeka i czuwa jak zawsze. Rana jest w stadium wchłaniania się i codziennie ją przemywamy. 

18 sierpnia 2022

Ogarnianie

Jest tyle pracy, że nie nadążam z zapisywaniem bieżących wydarzeń na tym blogu. Sypnęły zbiory owoców, trzeba je przerabiać, nie ociągać się, bo nas zasypią i zmarnują się. Jabłka, czyli dżemy, soki, teraz wyciskane nastawy na cydr. Pomidory, czyli sok pomidorowy i sprzedaż nadwyżek. Ogórek już szczęśliwie się skończył, właśnie pasteryzuję ostatnie słoiki sałatki w zalewach miodowej i meksykańskiej. Trochę też zakisiłam, a małosolne są w codziennym użyciu od dawna. Resztę zjadają kozy. I kaczusia, która je uwielbia. Przy tym cały czas trwa codzienny przerób mleka, sery takie i śmakie oraz jogurt.
Dopiero wieczór, po obrządku i drugim udoju daje chwilę spokojnego oddechu. Spędzamy ją na tarasie, tak od 19 do 21, pijąc herbatkę kwiatową albo domowego cienkusza, z psami u stóp.  I czasem rozpytując kart lub Księgę I-Cing o najlepsze rozwiązania problemów, które się ostatnio międlą. Ale po kolei.

W zeszłą niedzielę Anna wybrała się na wyprawę do Ciechanowca, gdzie urządza się co roku w tamtejszym skansenie "Święto chleba", jarmark z wielką pompą. 

Rozłożyła tam stoisko na spółkę z internetowo poznaną koleżanką rękodzielniczką.

Impreza trwała cały boży dzień. Przywiozła z niej jeden z takich ciekawie zdobionych kubków kupionych zadziwiająco tanio od bułgarskich ceramików. Oraz kolejne doświadczenie "młodego wystawcy".


Niestety był to dzień, gdy na niebie uściślała się opozycja Słońca z Saturnem z kwadraturą ogniskową czynioną przez Marsa z Uranem, co skwitowałam już tydzień wcześniej, gdy Anna podejmowała decyzję o wyjeździe, że bez denerwującego opóźnienia się nie obejdzie. I stało się.
W drodze z powrotem, wieczorem, samochód zaczął stawiać opór. Pękła zdaje się miska olejowa i maszyna nie dojechała do domu, stanęła w sąsiedniej gminie. Na amen. Trzeba było wzywać lawetę, co szczęśliwie się udało. I Anna wróciła ciemną nocą, wieziona za kierownicą na przyczepie.

Od tej pory ogarniamy problem. Po naradzie z mechanikiem wiemy już, że trzeba kupić nowy wóz. Zatem dyskutujemy jaki i na ile nas stać. Samochody dostawcze bowiem podrożały, i starsze od naszej renówki, z dużo większym przebiegiem, kosztują 1/3 drożej niż nasza przed kilku laty. Jest o czym gadać letnimi wieczorami na tarasie. 

12 sierpnia 2022

Ogórki i pomidory

Kilka dni temu przyjechała kostkowana słoma z pola zaprzyjaźnionego rolnika. Zapas na podściółkę dla drobiu i kóz do przyszłego roku uczyniony został. Na przyczepę rzuciły się od razu ptaki, wydziobując kłosy.

Wciąż rosną ogórki, choć Anna od dawna krzyczy, że się kończą. Otóż noce zrobiły się cieplejsze i ogór ruszył cudownym sposobem. 

Mamy zapasy kiszonych i kwaszonych jeszcze z zeszłego sezonu, uzupełniam sałatki, na razie w zalewie miodowej, mojej ulubionej. I podrzucam stary sprawdzony 

przepis na ogórek konserwowy

Sprawdza się doskonale, jeśli tylko ogórki są świeże, prosto z krzaka i odpowiednio drobne. Ja dodaję octu jabłkowego 2-letniego i czasem zamiast gorczycy sypię ziarenka kozieradki, lubię smak jaki dają.

Koper również rośnie pod ręką. W pełnym rozkwicie swej mocy.

Poza tym dojrzewają pomidory. 

Może nierówne, spękane i niewystawowe, ale niepryskane, słodkie, miękkie i soczyste. 

Przerabiam je wyciskarką, która oddziela ziarenka i skórkę od soku, potem go zagotowuję z dodatkiem soli kamiennej i szczypty ostrej suszonej papryki zeszłorocznej. Przelewam na gorąco do butelek, które już bez dodatkowej pasteryzacji idą do piwniczki zimować. Jest jeszcze kilka z zeszłego roku, stąd wiem, że sok przechowuje się długo i bezproblemowo i daje niepowtarzalne smakowo zupy i sosy. Bez porównania z tymi z dodatkiem przecierów sklepowych! Nadaje się też do picia lub drinków.

Co jeszcze? Ano bociany odleciały.

7 sierpnia 2022

Na straganie

Anna wykorzystuje możliwości, jakie dają wakacje i rozhulała się z wyjazdami na festyny i jarmarki. Nawet samochodu do końca nie wypakowuje. Wczoraj czyli w sobotę, zaliczyła Muzyczne Dialogi w Mielniku nad Bugiem. 

Nie było dokarmiających kół gospodyń wiejskich, można było kupić sobie gofra, loda, frytki, miód lub piwo itp. Na straganach "plastik-fantastik", wyroby szydełkowe, makramy, wyroby z drewna, no i nasza ceramika. Oto kilka przykładów. Kubki z motywem kawowym.

Patery z ręcznie malowanymi wzorami.

I "liść" z niedawno kupionym fajnym szkliwem.

Z muzyki zespoły klezmerski, cygański, białostocka "Szeptucha" i ukraińskie Hajdamaki, jako gwiazda wieczoru.

1 sierpnia 2022

Niepewne lato

Pogoda się skiepściła, mokro, chłodno. Dla pastwiska to dobrze, ale dla żniwiarzy niekoniecznie. Ceny w skupie dla zbóż na razie znośne, ale czuć jakąś niepewność. Po ogromnej ulewie nocnej trzeba było wyzbierać opadłe jabłka w sadzie. Kilka wiader, dzisiaj przerabiam na soki, bo na tyle już dojrzały, że się da. Dobrze, że pewien zapas cukru zrobiłam, bo w sklepach brakło zupełnie. Choć w internecie można kupić, ale po horrendalnych cenach.

Anna zaliczyła kolejny jarmark, czy też lokalny festyn, jak zwał tak zwał, w sąsiednim powiecie, w Orli. Z rękodzielników były tylko dwa stragany. Reszta odpustowe badziewie, lizaki i plastikowe zabawki dla dzieci. Oraz koła gospodyń wiejskich, które imprezowały pod drzewami i częstowały pysznym żurem z kiełbasą swojską, za przysłowiowe "co łaska". Muzyka była skoczna. "Graj Cyganie" i gwiazda z filmu Smarzowskiego "Wesele". 

Zdjęcia stoiska. 

Pomysł z drabiną i deskami jako przewoźną, łatwo rozstawialną i zwijalną wystawką jest wygodny i sprawdza się w praniu.

Poza tym w tunelu rośnie jak trzeba, acz zimne noce i wilgoć wywierają swoje wpływy. Przede wszystkim wegetacja zwolniła, ogórki się kończą. Kolejne buraki trafiają do garnka i do piwniczki na zapas.

Powolutku zaczynają się pomidory, na razie żółte. Anna podlewa je gnojówką z ziół i psika profilaktycznie roztworem z drożdży, bo przy takiej pogodzie łatwo o pleśnie i zarazy.

Pierwszy raz w dziejach naszych upraw pojawiły się też bakłażany.

W lesie zaś zaczęły się grzyby. Kurki stoją w skupie wysoko. Opłaca się je sprzedawać. Są tacy, którzy oczywiście reperują sobie budżet tym sezonowym sposobem. Nawet Anna, gdy jej się zdarzy nadmierny zbiór, taki nie do przejedzenia, odwozi grzyby i ściąga kaskę. 

Ten akurat dał ponad pół stówki.

25 lipca 2022

Czas słońca

Środek roku, czerwiec i lipiec to czas, gdy napór koniecznych prac i nowych sytuacji jest w naszym życiu dużo silniejszy, niż w ciągu całej reszty roku. Nie tylko dlatego, że rolnictwo to dyktuje, ale i dlatego, że obie jesteśmy spod znaku Koziorożca, a lato stwarza dla nas wyzwanie z racji położenia słońca naprzeciw naszych zimowych urodzin. W efekcie nie ma wiele czasu na rozrywkę, a gdy już się taka trafia, to jest ona powiązana ściśle z wysiłkiem i pracą, a nawet ich eskalacją.
Od momentu przesilenia letniego wysiłek się wzmógł. Najpierw sianokosy, potem drugie sianokosy i zwózka siana, całkiem samodzielna, przy całkowitym braku rąk do pracy w okolicy. Potem jeszcze odbył się u nas jak co roku pokaz pieczenia chleba, urządzany przez GOK w ramach projektu albo półkolonii dla dzieci. To jeden dzień przygotowań i następny poświęcony imprezie, zabawianiu "gości" i stadka dzieciaków, które przyjechały z opiekunami na rowerach. Poczęstunek, pokazywanie, objaśnianie itp. 
Zaraz potem rzucił się ogór, podlewanie, zbiór. I porzeczki, to samo. Przy czym w tej sprawie los mi pomógł, a raczej przeszkodził, bowiem większość krzaków czerwonych i białych porzeczek zdążyły przede mną opędzlować kury. Kiedy tylko zobaczyły, że zrywam, zaraz wzięły się do dzieła. To co zostawiłam na następny dzień, cudownie po prostu znikło. Skończyło się zatem na kilkunastu słoiczkach dżemu i gąsiorze wina, które już pięknie chodzi. Przepadło przynajmniej drugie tyle. 
- O, nie! - stwierdziła Anna - koniec z kurami! KONIEC! W przyszłym roku zostają tylko kaczki i indyki.
Mnie w to graj. Kurzych jaj i tak nie mogę jeść, więc całe to bieganie koło kur nadmierne mi się wydaje. Choć kocham wszystkie swoje ptaki i nigdy im nic nie brakuje, ale logika dziejów przemawia przeciw dalszej ich hodowli. Nie wybijemy ich, ale spokojnie dojdą swego końca bez odmładzania stada. Kaczki, gęsi i indyki również znoszą jaja i dla nas aż nadto wystarcza.
 
A potem nadszedł czas festiwalu i kolejne zakręcenie. Głównie dlatego, że Anna prowadzi na nim warsztaty ceramiczne jako pomoc mistrza oraz własne stoisko, co zajmuje cały boży dzień, aż do nocy. Docierałam na imprezę po południu, gdy już prace domowe były ukończone i co nieco towarzysko się odprężałam, witając się ze starymi znajomymi i rozmawiając o tym i owym.

Zdarzało mi się też pilnować kramu. Przy okazji uaktualniam swoją gębusię, po kilku ładnych latach od ostatniego zdjęcia.

A tu też ja w tle, ale bez głowy. I dobrze, bo prace najważniejsze. Wszystkie dzieła z sitodrukiem sprzedały się pięknie. To ostatnie zdobnicze zainteresowanie rozwijane przez Annę, mającą z sitodrukiem i poligrafią dużo wspólnego od lat. I jeszcze zbliżonko.


Poniżej przykłady prac Aninych, których dawno na blogu nie było. 


Mydelniczki...


Na jarmarku wystawiało się przynajmniej kilku profesjonalnych ceramików, ale nie było tak źle z utargiem. Kilka rzeczy trafiło ludziom do gustu i sięgnęli do portfelików. Mimo widma nadchodzącej inflacji czy też gorszego krachu, o którym wieszczą jasnowidze i ekonomiści.

Doroczne trzydniowe świętowanie rdzenności naszej narodowej i tutejszej zakończyłyśmy goszcząc na kolacji mistrza ceramiki Jerzego z rodziną, a raczej częścią rodziny, żoną i najstarszą córką. Piecyk do pizzy spisał się na medal. Sera, cebulki, jarmużu, bazylii oraz sosu paprykowego własnej roboty nie żałowałam. Pogaduszki na tarasie przy świetle solarnym były równie pyszne.

14 lipca 2022

Owocobranie

Ochłodzenie, a wraz z nim rzadkie, ale za to zlewne deszcze. Przeważnie nocą, ale wczoraj ulewa wypadła w dzień. Przedwczoraj pojawił się Zefir i dmuchnął tak skutecznie, iż przez całe popołudnie i noc nie było prądu w większości regionu. Także złamał do końca starą kosztelę, wysokie drzewo, które już wielokrotnie osypywało się konarami, ale w tym roku obłożone ogromną ilością owocu nie wytrzymało ostatecznie. Jakimś cudem, i to cud nie pierwszy w tym roku związany z drzewami, pień z czubem opadł w stronę, gdzie nie było innych drzew i zaledwie musnął ogrodzenie. Tym sposobem dzisiaj poszłyśmy najpierw, przed wypuszczeniem kóz na łąkę, pozbierać jabłka i naprawić płot. Jeszcze jedna jabłoń w końcu sadu straciła odgałęzienie, zatem zrywałyśmy guguły i wiadrami znosiłyśmy je na taczkę dość długo. Z obawy przed przejedzeniem się nimi kóz. Drobne ilości spadów zjadają już od dawna i to ich przysmak coroczny, więc są już przyzwyczajone, ale taka ilość mogłaby je oszołomić. Kilka lat wstecz jedna z kóz, najadłszy się takich niedojrzałych koszteli ze złamanego konaru dostała silnej gorączki, trzeba było szybko interweniować zastrzykami. Lepiej chuchać na zimne.
Zatem zabrawszy owoc z placu wyżerki i naprawiwszy z grubsza płot (trzeba było dostawić słupek i umocować nadwyrężoną siatkę), wypuściłam kozy z kaczego dołka w południe i ruszyły galopem do sadu. On jeden jest jeszcze w miarę zielony, reszta pastwiska wyschła, zielenią się tylko jakieś niskie porosty. Może przy częstszych opadach trawa odbije, wysieje się nowa, zobaczymy. Przeważnie tak było w deszczowe lato.
Guguły się nie zmarnują. Będę im je skarmiać przy obrządku w kontrolowanych ilościach.

Poza tym porzeczki czarne już właściwie zagospodarowane. Nie było ich zbyt dużo, ale i tak więcej, niż w zeszłym roku, gdy w ogródku permakulturowym krzaki prawie nie miały owocu. W tym każdy jednak zaowocował, to trzeba przyznać. Zrobiłam około 10 słoiczków dżemu, a reszta poszła do gąsiora na wino.

Zaczynają się cukinie, a z nimi leczo cygańskie. Co prawda z zeszłoroczną papryką, zamrożoną przezornie, ale zawsze swoją. Oraz przecierem pomidorowym zeszłorocznym, domowym, który daje boskie smaki, tak w zupie, jak w sosie i w leczo właśnie. Z dodatkiem kurek, które po deszczach zaczynają się pokazywać w pobliskim lesie i Anna wyskakuje na nie z rana przed śniadaniem.

Pierwsze owocowanie świdośliwy zaliczone, owocki były duże i smaczne. Zjadłyśmy prosto z krzaka.

I tak się plecie.

6 lipca 2022

Pierwsze zbiory ogrodnicze

Ostatni transport siana odbył się ostatniego dnia wolności, przed wejściem w życie zakazu zbliżania się do "muru" na odległość 200 metrów. Z ogonem za samochodem, który przystawał i nieruchomiał, gdy się przystawało, aby pogadać albo zapytać o co chodzi, po czym śledził pilnie robotę na polu w cieniu krzaków z sąsiedniej łąki.
Po dwóch dniach zbłądził jednak do nas Andrij i pomógł te ostatki wrzucić na balkonik i rozmieścić pod dachem paszarni. Był jeszcze przy jakich takich siłach z pogodnego rana. Wszystko zatem dobrze się skończyło.
Tym sposobem można się było zabrać za inne inne pilne prace. Przede wszystkim ogórka. Który w ciągu palącej pogody wziął i niepostrzeżenie zaczął dojrzewać.

Z braku czasu na podlewanie pierwsze zbiory trafiły w paszcze kóz, spragnionych orzeźwienia. Bowiem ogórki okazały się puste w środku i gorzkie z braku dostatecznej ilości wody w upale. Kozom to nie przeszkadzało. Pałaszowały, aż im się uszy trzęsły.

Anna zatem przede wszystkim zajęła się ogrodnictwem i pilnymi pracami, przede wszystkim systematycznym podlewaniem spragnionych ogórków. 

W ten sposób kolejne zbiory zaczęły odzyskiwać równowagę smakową i mięsistość. I już mogą iść w ręce klientów i trafić na małosolne do kamionki.

Ponadto trzeba było zająć się też pomidorami, oberwać nadmiarowe liście. 

Takoż wyrwać plony buraka, który pięknie obrodził. W zamian posiany został następny i już został posadzony, w gruncie i tunelu.

Ja tymczasem przerobiłam 5 kilogramów buraków na ćwikłę, wyszło 17 słoiczków, które wylądowały w zbiorach piwnicznych. 

Zaczęły również dojrzewać porzeczki. Trochę się spiesząc zerwałam owoce z krzaków przy domu, aby ubiec żarłoczne kury i indyki. Nastawiłam nalewkę i winko w gąsiorkach. Niewiele, ale zawsze. Reszta jeszcze przede mną. Ptactwo też pastwi się nad pierwszymi cukiniami i truskawkami, trzeba się z nimi ścigać. To nas motywuje, aby do przyszłego roku zmienić trochę hodowlę na mniejszą i mniejszych szkodników. Na przykład takich jak poniżej.

Poza tym palące upały minęły na rzecz opadów co jakiś czas, które ruszyły grzybiarzy do lasu poszukujących pierwszych kurek. Kolik już się chwalił sporymi zbiorami, ale nasze próby poszukiwawcze w bliskim otoczeniu jak na razie spełzają na niczym. Deszcz przyjmujemy z ulgą, jak i cała przyroda wokół. I wynędzniałe od słońca pastwisko.

Spędzamy wieczory na tarasie w towarzystwie psów, szkliwiąc biskwit, dobierając fragmenty do jakichś całości w rodzaju kolczyków czy zawieszek ozdobnych z ceramiki. I czekając na rozbłyśnięcie lampek ładowanych w dzień słońcem. Piękny spokojny czas.

27 czerwca 2022

Sianozbiór

Kończą się drugie sianokosy. Z naszej łąki. Która z racji strugi, jaka przez nią przepływa grząska bywa i w mokrych latach nie jest zbierana, jedynie ścinana. W tym roku postanowiłyśmy zebrać siano. Anna ruszyła na łąkę smokiem i obracarką. Ale zaczęło się oczywiście od mega-deszczu, ulewy trwały dwa dni od pokosu. Potem powoli się uspokoiło i nagle wychynęło słońce zza chmur, sprowadzając dla odmiany mega-spiekotę. Przez dwa dni obracała pilnie, przechodząc tremę i wszelkie napięcia debiutanckie. 
- Spokojnie, nauczysz się - orzekł zaprzyjaźniony kosiarz - ja też się kiedyś uczyłem.
Najtrudniejszy, jak się okazało był dojazd. Niby dwie wioski dalej, trochę w bok na pola, ale godzina jazdy w jedną stronę, godzina w drugą. Dłużej z doczepioną niezgrabną maszyną na trzech kółkach.
W końcu poczuła moc wjechawszy na "swoje".

Żadnych przeszkód, oprócz wieloletnich kolein po różnych ciężkich maszynach, które tu wjeżdżały w grząskie błotko i wyjeździły co chciały. Buszowiska dzików też były potężne, ale dziki jak wiadomo ustąpiły na chwilę innym gatunkom. Na razie kretowiska się pokazały. No, może przy samej strudze trochę intymnych ciuchów porzuconych przez wędrowców granicznych i papieru toaletowego mającego zakryć wstydliwe odpady ludzkiego organizmu można było znaleźć. Ale tam akurat nie zbieramy siana, na szczęście.

Jak widać na załączonym obrazku graniczymy bezpośrednio ze ścianą międzypaństwową. Czasem nad głową przeleci głośno wiertalot, po drodze trzeba się minąć z betoniarką zdążającą na budowę dalszego ciągu tego ustrojstwa i tyle.

A oto siano po pokosie, już przeschłe w ciągu jednego suchego dnia po deszczach. Można zgrabiać.

Dalej już tylko lepiej. Przyjechał nasz kosiarz z kostkarką i zrobił zgrabne ciuki na łące. Teraz należało je ułożyć w łatwiej dostępne kupki i podjechać furą, ładując ile wlezie.

Okazało się, że wlazło tylko 54 sztuki i nie opłaca się spędzać 2 godzin na samym podróżowaniu w tę i z powrotem. Kolejny raz Anna zajechała już klasycznie, renówką z paką i przyczepką, którymi zabiera na raz 38 ciuków. Obraca w ciągu 40-50 minut. Ja rozładowuję na podwórzu i przewożę taczką do paszarni, gdzie układam je starannie i porządnie, aby jak najwięcej zmieścić pod dachem.

Całą niedzielę obracała, 5 razy. W rosnącym upale i nasłonecznieniu. Przechodził obok drogą Andriusza, zmierzając z buta ku gminie. 
- Gniewasz się jeszcze? - zapytał.
- Wiesz co, jestem tak zmęczona, że nie. 
- Jutro wpadnę ci pomóc. Zadzwoń rano.
- Dobrze.

Dzisiaj o poranku zadzwoniła, bezowocnie. Pomagier nie odbierał. Trudno się mówi, praca wre dalej. Nadzieja matką głupich, jak mówią ludzie, co życie znają.
Na łące życie trwa, można podejrzeć i być podglądanym, jak przez tego ciekawskiego sarnaka.

16 czerwca 2022

Furowanie

Popadało, choć wcale nie tak strasznie, jak zapowiadały prognozy meteo. Roślinki zadowolone. Akacje przekwitły, ścieląc drogę pod sobą białymi płatkami. Intensywne zapachy i bzyczenie owadów przy pobieraniu nektaru skończyło się na rzecz śpiewów przeróżnych ptaków w gęstwinie i oblotów kolorowych motyli.

Ostatni wylęg indycząt utknął ze sprzedażą. Karmię i chucham na gromadkę, która mieszka z indyczką w stodółce. 

Anna zaś zwozi naskładane wcześniej drewno z działki leśnej opodal. Jedna fura dziennie, załadować i rozładować. Starczy roboty.

13 czerwca 2022

Sienne przygody

I już po sianokosach. Poszło dobrze, choć zaczęło się dramatycznie. Najpierw oczywiście niepewność i niezdecydowanie czy już zaczynać czy może jeszcze czekać. Pogoda była niepewna. Nasz sołtysiak ruszył na łąkę mimo wszystko, więc na drugi dzień i Annę sparło, aby zadziałać. Kosiarz szybko skosił łąkę i tego samego dnia wlało w nią mocno. Deszcz był tak nagły i silny, istne oberwanie chmury, że nasze jaskółki się pogubiły, chyba coś się im stało, bo dopiero dzisiaj jedna z parki zajrzała do gniazda. A były dwie pary.

Niemniej po deszczu na drugi dzień wyszło słońce i pięknie przygrzało. Zapowiadana burza nie nadeszła. Anna ruszyła obracarkę stojącą od kilku lat w sadzie, którą kupiła okazyjnie od rolnika z drugiej wsi. Trzeba było napompować dętkę w jednym kole, udało się dzięki własnemu sprzętowi. Doczepiłyśmy machinę do Władka i Anna ruszyła w pierwszą swoją dalszą drogę traktorem. Udało się! Wróciła zachwycona. Co prawda kilka kilometrów jechała przez prawie godzinę, ale nie dość że zajechała szczęśliwie to i z obróceniem siana na łące poradziła sobie sama. Zostawiła machinę na łące i wróciła lekko do domu.

Kolejnego dnia zaciągnęła na łąkę furę. Zjawił się także niewołany pomagier, chętny pomóc. Niestety, mimo że nie dajemy pić alkoholu w trakcie pracy, to poradził sobie sposobem, dzwoniąc do usłużnej siostry, która dostarczyła mu dwie puszki. Rolnik zjechał z prasą i ściukował siano, pomagier przydał się do załadowania trzy razy przyczepki i woza, po czym zwarzony już mocno upałem i napitkiem zjechał do obejścia wraz z obracarką z zadaniem wrzucenia jednej partii transportu na górkę. Ja w tym czasie doiłam kozy, więc wykorzystał okazję. Gdy skończyłam doić zapytałam głośno: Andrij, jak ci idzie? Na co odpowiedziała mi głucha cisza.

Stało się to nie pierwszy raz, że wykpił się cichaczem od roboty. Ledwie Anna odjechała na łąkę po kolejną partię zbiorów, czmychnął przez płot w krzaki i lasem, aby nie było go widać na drodze oddalił się w kierunku swego domu.
Nie muszę wam opowiadać, jak Anna była wściekła po przyjeździe. Mimo że zabrałam się natychmiast za pomoc i układanie ciuków w paszarni na dole. Jakoś sobie poradziłyśmy do wieczora z wszystkim, ale ostatnią zwózkę furą trzeba było odłożyć na następny dzień. Niedzielny, świąteczny, ale cóż było robić! Anna zajechała traktorem na łąkę, podczepiła furę i zjechała z ostatnim transportem zaraz rano, po czym do południa rozładowała go i schowała pod dachem. Na spokojnie. I tym razem zapowiadana w prognozach burza nie nadeszła.
Tyle naszego, że pomagierowi musi wystarczyć mleko i jaja, które wziął tytułem zaliczki wcześniej, za niewykonaną robotę.

A dzisiaj rozpadało się od samego rana, niech pada. Ogród i pastwisko tego potrzebują. A oto nasza kakusia we wdzięcznej pozie na progu koziarni.

6 czerwca 2022

Leśny park czyli Chrust+

Czuć w powietrzu, jak planiści wibrują i mózgi im trzeszczą, aby nam życie zrewolucjonizować i system uzdatnić albo zacieśnić, na dwoje babka wróżyła. Wyobrażam sobie, że istnieją tacy pomysłowi scenarzyści, zaopatrzeni w najnowocześniejszy sprzęt komputerowy, łącza i statystyki wszelkiego rodzaju, tudzież mądrzejącą z sekundy na sekundę sztuczną inteligencję, wsadzeni do wielkiej sali z kolumnami, z ogromnym telebimem na każdej ścianie i grają ze sobą grupami w najlepsze scenariusze. Komputer wybiera któryś, a gdy akcja posunie się do takiej niemożliwości, że scenariusz utyka na amen, wchodzi inna grupa ze swoim pomysłem i tak to idzie do przodu, gdzieś nad naszymi przyziemnymi głowami. W końcu, gdy zostanie ustalony wspólny i najbardziej pojemny scenariusz, rządzący dostają wiadomość przez czarny ebonitowy starodawny telefon bez podsłuchu, czego mają się trzymać. I na razie trzymają się.

Ponieważ w Polsce wchodzi scenariusz pt. Chrust+ , muszę stwierdzić, że wyprzedzam epokę o prawie 20 lat. Gdy to żem ze stolicy zjechała do lasu, aby życia u podstaw zaznawać i upajać się nim, z siekierką w ręku. Pchnęłam zatem wczoraj Annę do zrobienia stosownych zdjęć poglądowych, i oto prezentuję czarno na białym, jak można przejść rewolucję paliwowo-energetyczną zimy się nie bojąc. I żeby blog na czasie był i rękę na pulsie zmian trzymać.

Oto chrust. Kupa chrustu. Chrust to podstawa. Zbiera się go w lesie z ziemi, bo sam opada sposobem naturalnym, bowiem drzewa co rusz go z siebie zrzucają. Najgoręcej i najszybciej pali się rzecz jasna chrust sosnowy. Potem brzozowy. Ów chrust po przybyciu na podwórze nie musi leżeć, aby dostać się do pieca i dać z siebie ogień, a z nim obiad czy zaparzoną kawę. Najlepszy jest dla niego piec kaflowy, płytą zwany, ale oczywiście żelazna koza również się nada. A i nawet siekiery nie potrzebuje, bo się daje w rękach łatwo połamać.

Jednak są jeszcze gałęzie, tzw. gałęziówka, która pozostaje po pracy drwali przy wycince leśnej. Ową gałęziówkę pozyskują zwykli ludzie za pewien grosik, tzw. asygnatę, którą się płaci już po zgromadzeniu potrzebnej ilości przed zwózką na podwórze. Leśniczy mierzy i oblicza wartość składowiska, po czym inkasuje stosowną opłatę. Oj, symboliczną już teraz, gdy się porówna z ceną węgla, miału, brykiet czy gazu.
My z takiej gałęziówki korzystamy prawie co roku, gdy tylko w pobliżu jakaś działka leśna idzie pod wyczes. Anna robi to sama, czasem z pomocą pomagiera, gdy trzeba grubsze lub dłuższe gałęzie spomiędzy drzew wyciągnąć na przydroże. Poza tym odpady chrustowe ładuje za pozwoleniem pańskim oczywiście, na przyczepkę i zwozi wiosną, jesienią, kiedy może na podwórze. Po co? Ano służą za przysmak kozom, spragnionym wtedy zielonego i witamin. Kozy okorowują dokładnie taki chrust, co sprawia że dużo szybciej wysycha i nadaje się do porąbania i do pieca. Głównie pod płytę kuchenną, choć grubsze kawałki z powodzeniem potrafią rozgrzać piec kaflowy, ścianowym u nas zwany, bez konieczności rąbania grubych pni.

Grubsze gałęzie i tzw. czuby drzewne rąbie się siekierą lub tnie piłą na mniejsze, składuje w drewutni albo pod ścianami, gdzie schną na wietrze i słońcu, by na zimę trafić do pieca c.o., którego chrustem raczej nie napalisz. Tzn. pewnie by ten co mamy (piecokuchnią zwany) i chrust spokojnie łyknął, ale komu się będzie chciało stać przy piecu godzinami i dokładać stale owe patyczki, by w domu ciepło utrzymać?

Poniżej, o, widać już pocięte i ułożone szczapy, które nam nasz stary klon w tym roku podarował, zrzucając kilka konarów. Najgrubsze są tak twarde, że trzeba albo klinem je łupać, albo ławeczki z nich porobić i poczekać, acz struchleją z czasem. Niektóre dadzą się wrzucić w całości do pieca c.o., a taki kawałek pali się długo i pracowicie, i przez 3 godziny można o dokładaniu nie myśleć.


Takie zabezpieczenie, robione systematycznie co roku pozwala mieć zawsze gotowy zapas wysuszonego odpowiednio drewna (tylko duraki mokrym palą, jak mówią u nas na wiosce) przynajmniej z rocznym, jeśli nie dwuletnim wyprzedzeniem.
Mnie już wieści z Polski dochodzą od ziomków, że zduni się znowu pojawili i furorę robią u co bogatszych. Biedni niech też się cieszą, bo fucha zbierania patyków w lesie również może być opłacalna. Jak mi opowiadał dziadek, przed wojną "las wyglądał jak park, tak był wyczyszczony przez zbieraczy chrustu". Można go było w wiązkach kupić nawet na targu albo zamówić z dowozem od chłopa mieszkającego przy lesie. Staruszkowie, nie mający wtedy emerytury, też się tym parali, na wyścigi z liczną wygłodzoną bosonogą dzieciarnią. Idą nowe czasy, oby z korzyścią dla parków!