25 lipca 2022

Czas słońca

Środek roku, czerwiec i lipiec to czas, gdy napór koniecznych prac i nowych sytuacji jest w naszym życiu dużo silniejszy, niż w ciągu całej reszty roku. Nie tylko dlatego, że rolnictwo to dyktuje, ale i dlatego, że obie jesteśmy spod znaku Koziorożca, a lato stwarza dla nas wyzwanie z racji położenia słońca naprzeciw naszych zimowych urodzin. W efekcie nie ma wiele czasu na rozrywkę, a gdy już się taka trafia, to jest ona powiązana ściśle z wysiłkiem i pracą, a nawet ich eskalacją.
Od momentu przesilenia letniego wysiłek się wzmógł. Najpierw sianokosy, potem drugie sianokosy i zwózka siana, całkiem samodzielna, przy całkowitym braku rąk do pracy w okolicy. Potem jeszcze odbył się u nas jak co roku pokaz pieczenia chleba, urządzany przez GOK w ramach projektu albo półkolonii dla dzieci. To jeden dzień przygotowań i następny poświęcony imprezie, zabawianiu "gości" i stadka dzieciaków, które przyjechały z opiekunami na rowerach. Poczęstunek, pokazywanie, objaśnianie itp. 
Zaraz potem rzucił się ogór, podlewanie, zbiór. I porzeczki, to samo. Przy czym w tej sprawie los mi pomógł, a raczej przeszkodził, bowiem większość krzaków czerwonych i białych porzeczek zdążyły przede mną opędzlować kury. Kiedy tylko zobaczyły, że zrywam, zaraz wzięły się do dzieła. To co zostawiłam na następny dzień, cudownie po prostu znikło. Skończyło się zatem na kilkunastu słoiczkach dżemu i gąsiorze wina, które już pięknie chodzi. Przepadło przynajmniej drugie tyle. 
- O, nie! - stwierdziła Anna - koniec z kurami! KONIEC! W przyszłym roku zostają tylko kaczki i indyki.
Mnie w to graj. Kurzych jaj i tak nie mogę jeść, więc całe to bieganie koło kur nadmierne mi się wydaje. Choć kocham wszystkie swoje ptaki i nigdy im nic nie brakuje, ale logika dziejów przemawia przeciw dalszej ich hodowli. Nie wybijemy ich, ale spokojnie dojdą swego końca bez odmładzania stada. Kaczki, gęsi i indyki również znoszą jaja i dla nas aż nadto wystarcza.
 
A potem nadszedł czas festiwalu i kolejne zakręcenie. Głównie dlatego, że Anna prowadzi na nim warsztaty ceramiczne jako pomoc mistrza oraz własne stoisko, co zajmuje cały boży dzień, aż do nocy. Docierałam na imprezę po południu, gdy już prace domowe były ukończone i co nieco towarzysko się odprężałam, witając się ze starymi znajomymi i rozmawiając o tym i owym.

Zdarzało mi się też pilnować kramu. Przy okazji uaktualniam swoją gębusię, po kilku ładnych latach od ostatniego zdjęcia.

A tu też ja w tle, ale bez głowy. I dobrze, bo prace najważniejsze. Wszystkie dzieła z sitodrukiem sprzedały się pięknie. To ostatnie zdobnicze zainteresowanie rozwijane przez Annę, mającą z sitodrukiem i poligrafią dużo wspólnego od lat. I jeszcze zbliżonko.


Poniżej przykłady prac Aninych, których dawno na blogu nie było. 


Mydelniczki...


Na jarmarku wystawiało się przynajmniej kilku profesjonalnych ceramików, ale nie było tak źle z utargiem. Kilka rzeczy trafiło ludziom do gustu i sięgnęli do portfelików. Mimo widma nadchodzącej inflacji czy też gorszego krachu, o którym wieszczą jasnowidze i ekonomiści.

Doroczne trzydniowe świętowanie rdzenności naszej narodowej i tutejszej zakończyłyśmy goszcząc na kolacji mistrza ceramiki Jerzego z rodziną, a raczej częścią rodziny, żoną i najstarszą córką. Piecyk do pizzy spisał się na medal. Sera, cebulki, jarmużu, bazylii oraz sosu paprykowego własnej roboty nie żałowałam. Pogaduszki na tarasie przy świetle solarnym były równie pyszne.

14 lipca 2022

Owocobranie

Ochłodzenie, a wraz z nim rzadkie, ale za to zlewne deszcze. Przeważnie nocą, ale wczoraj ulewa wypadła w dzień. Przedwczoraj pojawił się Zefir i dmuchnął tak skutecznie, iż przez całe popołudnie i noc nie było prądu w większości regionu. Także złamał do końca starą kosztelę, wysokie drzewo, które już wielokrotnie osypywało się konarami, ale w tym roku obłożone ogromną ilością owocu nie wytrzymało ostatecznie. Jakimś cudem, i to cud nie pierwszy w tym roku związany z drzewami, pień z czubem opadł w stronę, gdzie nie było innych drzew i zaledwie musnął ogrodzenie. Tym sposobem dzisiaj poszłyśmy najpierw, przed wypuszczeniem kóz na łąkę, pozbierać jabłka i naprawić płot. Jeszcze jedna jabłoń w końcu sadu straciła odgałęzienie, zatem zrywałyśmy guguły i wiadrami znosiłyśmy je na taczkę dość długo. Z obawy przed przejedzeniem się nimi kóz. Drobne ilości spadów zjadają już od dawna i to ich przysmak coroczny, więc są już przyzwyczajone, ale taka ilość mogłaby je oszołomić. Kilka lat wstecz jedna z kóz, najadłszy się takich niedojrzałych koszteli ze złamanego konaru dostała silnej gorączki, trzeba było szybko interweniować zastrzykami. Lepiej chuchać na zimne.
Zatem zabrawszy owoc z placu wyżerki i naprawiwszy z grubsza płot (trzeba było dostawić słupek i umocować nadwyrężoną siatkę), wypuściłam kozy z kaczego dołka w południe i ruszyły galopem do sadu. On jeden jest jeszcze w miarę zielony, reszta pastwiska wyschła, zielenią się tylko jakieś niskie porosty. Może przy częstszych opadach trawa odbije, wysieje się nowa, zobaczymy. Przeważnie tak było w deszczowe lato.
Guguły się nie zmarnują. Będę im je skarmiać przy obrządku w kontrolowanych ilościach.

Poza tym porzeczki czarne już właściwie zagospodarowane. Nie było ich zbyt dużo, ale i tak więcej, niż w zeszłym roku, gdy w ogródku permakulturowym krzaki prawie nie miały owocu. W tym każdy jednak zaowocował, to trzeba przyznać. Zrobiłam około 10 słoiczków dżemu, a reszta poszła do gąsiora na wino.

Zaczynają się cukinie, a z nimi leczo cygańskie. Co prawda z zeszłoroczną papryką, zamrożoną przezornie, ale zawsze swoją. Oraz przecierem pomidorowym zeszłorocznym, domowym, który daje boskie smaki, tak w zupie, jak w sosie i w leczo właśnie. Z dodatkiem kurek, które po deszczach zaczynają się pokazywać w pobliskim lesie i Anna wyskakuje na nie z rana przed śniadaniem.

Pierwsze owocowanie świdośliwy zaliczone, owocki były duże i smaczne. Zjadłyśmy prosto z krzaka.

I tak się plecie.

6 lipca 2022

Pierwsze zbiory ogrodnicze

Ostatni transport siana odbył się ostatniego dnia wolności, przed wejściem w życie zakazu zbliżania się do "muru" na odległość 200 metrów. Z ogonem za samochodem, który przystawał i nieruchomiał, gdy się przystawało, aby pogadać albo zapytać o co chodzi, po czym śledził pilnie robotę na polu w cieniu krzaków z sąsiedniej łąki.
Po dwóch dniach zbłądził jednak do nas Andrij i pomógł te ostatki wrzucić na balkonik i rozmieścić pod dachem paszarni. Był jeszcze przy jakich takich siłach z pogodnego rana. Wszystko zatem dobrze się skończyło.
Tym sposobem można się było zabrać za inne inne pilne prace. Przede wszystkim ogórka. Który w ciągu palącej pogody wziął i niepostrzeżenie zaczął dojrzewać.

Z braku czasu na podlewanie pierwsze zbiory trafiły w paszcze kóz, spragnionych orzeźwienia. Bowiem ogórki okazały się puste w środku i gorzkie z braku dostatecznej ilości wody w upale. Kozom to nie przeszkadzało. Pałaszowały, aż im się uszy trzęsły.

Anna zatem przede wszystkim zajęła się ogrodnictwem i pilnymi pracami, przede wszystkim systematycznym podlewaniem spragnionych ogórków. 

W ten sposób kolejne zbiory zaczęły odzyskiwać równowagę smakową i mięsistość. I już mogą iść w ręce klientów i trafić na małosolne do kamionki.

Ponadto trzeba było zająć się też pomidorami, oberwać nadmiarowe liście. 

Takoż wyrwać plony buraka, który pięknie obrodził. W zamian posiany został następny i już został posadzony, w gruncie i tunelu.

Ja tymczasem przerobiłam 5 kilogramów buraków na ćwikłę, wyszło 17 słoiczków, które wylądowały w zbiorach piwnicznych. 

Zaczęły również dojrzewać porzeczki. Trochę się spiesząc zerwałam owoce z krzaków przy domu, aby ubiec żarłoczne kury i indyki. Nastawiłam nalewkę i winko w gąsiorkach. Niewiele, ale zawsze. Reszta jeszcze przede mną. Ptactwo też pastwi się nad pierwszymi cukiniami i truskawkami, trzeba się z nimi ścigać. To nas motywuje, aby do przyszłego roku zmienić trochę hodowlę na mniejszą i mniejszych szkodników. Na przykład takich jak poniżej.

Poza tym palące upały minęły na rzecz opadów co jakiś czas, które ruszyły grzybiarzy do lasu poszukujących pierwszych kurek. Kolik już się chwalił sporymi zbiorami, ale nasze próby poszukiwawcze w bliskim otoczeniu jak na razie spełzają na niczym. Deszcz przyjmujemy z ulgą, jak i cała przyroda wokół. I wynędzniałe od słońca pastwisko.

Spędzamy wieczory na tarasie w towarzystwie psów, szkliwiąc biskwit, dobierając fragmenty do jakichś całości w rodzaju kolczyków czy zawieszek ozdobnych z ceramiki. I czekając na rozbłyśnięcie lampek ładowanych w dzień słońcem. Piękny spokojny czas.

27 czerwca 2022

Sianozbiór

Kończą się drugie sianokosy. Z naszej łąki. Która z racji strugi, jaka przez nią przepływa grząska bywa i w mokrych latach nie jest zbierana, jedynie ścinana. W tym roku postanowiłyśmy zebrać siano. Anna ruszyła na łąkę smokiem i obracarką. Ale zaczęło się oczywiście od mega-deszczu, ulewy trwały dwa dni od pokosu. Potem powoli się uspokoiło i nagle wychynęło słońce zza chmur, sprowadzając dla odmiany mega-spiekotę. Przez dwa dni obracała pilnie, przechodząc tremę i wszelkie napięcia debiutanckie. 
- Spokojnie, nauczysz się - orzekł zaprzyjaźniony kosiarz - ja też się kiedyś uczyłem.
Najtrudniejszy, jak się okazało był dojazd. Niby dwie wioski dalej, trochę w bok na pola, ale godzina jazdy w jedną stronę, godzina w drugą. Dłużej z doczepioną niezgrabną maszyną na trzech kółkach.
W końcu poczuła moc wjechawszy na "swoje".

Żadnych przeszkód, oprócz wieloletnich kolein po różnych ciężkich maszynach, które tu wjeżdżały w grząskie błotko i wyjeździły co chciały. Buszowiska dzików też były potężne, ale dziki jak wiadomo ustąpiły na chwilę innym gatunkom. Na razie kretowiska się pokazały. No, może przy samej strudze trochę intymnych ciuchów porzuconych przez wędrowców granicznych i papieru toaletowego mającego zakryć wstydliwe odpady ludzkiego organizmu można było znaleźć. Ale tam akurat nie zbieramy siana, na szczęście.

Jak widać na załączonym obrazku graniczymy bezpośrednio ze ścianą międzypaństwową. Czasem nad głową przeleci głośno wiertalot, po drodze trzeba się minąć z betoniarką zdążającą na budowę dalszego ciągu tego ustrojstwa i tyle.

A oto siano po pokosie, już przeschłe w ciągu jednego suchego dnia po deszczach. Można zgrabiać.

Dalej już tylko lepiej. Przyjechał nasz kosiarz z kostkarką i zrobił zgrabne ciuki na łące. Teraz należało je ułożyć w łatwiej dostępne kupki i podjechać furą, ładując ile wlezie.

Okazało się, że wlazło tylko 54 sztuki i nie opłaca się spędzać 2 godzin na samym podróżowaniu w tę i z powrotem. Kolejny raz Anna zajechała już klasycznie, renówką z paką i przyczepką, którymi zabiera na raz 38 ciuków. Obraca w ciągu 40-50 minut. Ja rozładowuję na podwórzu i przewożę taczką do paszarni, gdzie układam je starannie i porządnie, aby jak najwięcej zmieścić pod dachem.

Całą niedzielę obracała, 5 razy. W rosnącym upale i nasłonecznieniu. Przechodził obok drogą Andriusza, zmierzając z buta ku gminie. 
- Gniewasz się jeszcze? - zapytał.
- Wiesz co, jestem tak zmęczona, że nie. 
- Jutro wpadnę ci pomóc. Zadzwoń rano.
- Dobrze.

Dzisiaj o poranku zadzwoniła, bezowocnie. Pomagier nie odbierał. Trudno się mówi, praca wre dalej. Nadzieja matką głupich, jak mówią ludzie, co życie znają.
Na łące życie trwa, można podejrzeć i być podglądanym, jak przez tego ciekawskiego sarnaka.

16 czerwca 2022

Furowanie

Popadało, choć wcale nie tak strasznie, jak zapowiadały prognozy meteo. Roślinki zadowolone. Akacje przekwitły, ścieląc drogę pod sobą białymi płatkami. Intensywne zapachy i bzyczenie owadów przy pobieraniu nektaru skończyło się na rzecz śpiewów przeróżnych ptaków w gęstwinie i oblotów kolorowych motyli.

Ostatni wylęg indycząt utknął ze sprzedażą. Karmię i chucham na gromadkę, która mieszka z indyczką w stodółce. 

Anna zaś zwozi naskładane wcześniej drewno z działki leśnej opodal. Jedna fura dziennie, załadować i rozładować. Starczy roboty.

13 czerwca 2022

Sienne przygody

I już po sianokosach. Poszło dobrze, choć zaczęło się dramatycznie. Najpierw oczywiście niepewność i niezdecydowanie czy już zaczynać czy może jeszcze czekać. Pogoda była niepewna. Nasz sołtysiak ruszył na łąkę mimo wszystko, więc na drugi dzień i Annę sparło, aby zadziałać. Kosiarz szybko skosił łąkę i tego samego dnia wlało w nią mocno. Deszcz był tak nagły i silny, istne oberwanie chmury, że nasze jaskółki się pogubiły, chyba coś się im stało, bo dopiero dzisiaj jedna z parki zajrzała do gniazda. A były dwie pary.

Niemniej po deszczu na drugi dzień wyszło słońce i pięknie przygrzało. Zapowiadana burza nie nadeszła. Anna ruszyła obracarkę stojącą od kilku lat w sadzie, którą kupiła okazyjnie od rolnika z drugiej wsi. Trzeba było napompować dętkę w jednym kole, udało się dzięki własnemu sprzętowi. Doczepiłyśmy machinę do Władka i Anna ruszyła w pierwszą swoją dalszą drogę traktorem. Udało się! Wróciła zachwycona. Co prawda kilka kilometrów jechała przez prawie godzinę, ale nie dość że zajechała szczęśliwie to i z obróceniem siana na łące poradziła sobie sama. Zostawiła machinę na łące i wróciła lekko do domu.

Kolejnego dnia zaciągnęła na łąkę furę. Zjawił się także niewołany pomagier, chętny pomóc. Niestety, mimo że nie dajemy pić alkoholu w trakcie pracy, to poradził sobie sposobem, dzwoniąc do usłużnej siostry, która dostarczyła mu dwie puszki. Rolnik zjechał z prasą i ściukował siano, pomagier przydał się do załadowania trzy razy przyczepki i woza, po czym zwarzony już mocno upałem i napitkiem zjechał do obejścia wraz z obracarką z zadaniem wrzucenia jednej partii transportu na górkę. Ja w tym czasie doiłam kozy, więc wykorzystał okazję. Gdy skończyłam doić zapytałam głośno: Andrij, jak ci idzie? Na co odpowiedziała mi głucha cisza.

Stało się to nie pierwszy raz, że wykpił się cichaczem od roboty. Ledwie Anna odjechała na łąkę po kolejną partię zbiorów, czmychnął przez płot w krzaki i lasem, aby nie było go widać na drodze oddalił się w kierunku swego domu.
Nie muszę wam opowiadać, jak Anna była wściekła po przyjeździe. Mimo że zabrałam się natychmiast za pomoc i układanie ciuków w paszarni na dole. Jakoś sobie poradziłyśmy do wieczora z wszystkim, ale ostatnią zwózkę furą trzeba było odłożyć na następny dzień. Niedzielny, świąteczny, ale cóż było robić! Anna zajechała traktorem na łąkę, podczepiła furę i zjechała z ostatnim transportem zaraz rano, po czym do południa rozładowała go i schowała pod dachem. Na spokojnie. I tym razem zapowiadana w prognozach burza nie nadeszła.
Tyle naszego, że pomagierowi musi wystarczyć mleko i jaja, które wziął tytułem zaliczki wcześniej, za niewykonaną robotę.

A dzisiaj rozpadało się od samego rana, niech pada. Ogród i pastwisko tego potrzebują. A oto nasza kakusia we wdzięcznej pozie na progu koziarni.

6 czerwca 2022

Leśny park czyli Chrust+

Czuć w powietrzu, jak planiści wibrują i mózgi im trzeszczą, aby nam życie zrewolucjonizować i system uzdatnić albo zacieśnić, na dwoje babka wróżyła. Wyobrażam sobie, że istnieją tacy pomysłowi scenarzyści, zaopatrzeni w najnowocześniejszy sprzęt komputerowy, łącza i statystyki wszelkiego rodzaju, tudzież mądrzejącą z sekundy na sekundę sztuczną inteligencję, wsadzeni do wielkiej sali z kolumnami, z ogromnym telebimem na każdej ścianie i grają ze sobą grupami w najlepsze scenariusze. Komputer wybiera któryś, a gdy akcja posunie się do takiej niemożliwości, że scenariusz utyka na amen, wchodzi inna grupa ze swoim pomysłem i tak to idzie do przodu, gdzieś nad naszymi przyziemnymi głowami. W końcu, gdy zostanie ustalony wspólny i najbardziej pojemny scenariusz, rządzący dostają wiadomość przez czarny ebonitowy starodawny telefon bez podsłuchu, czego mają się trzymać. I na razie trzymają się.

Ponieważ w Polsce wchodzi scenariusz pt. Chrust+ , muszę stwierdzić, że wyprzedzam epokę o prawie 20 lat. Gdy to żem ze stolicy zjechała do lasu, aby życia u podstaw zaznawać i upajać się nim, z siekierką w ręku. Pchnęłam zatem wczoraj Annę do zrobienia stosownych zdjęć poglądowych, i oto prezentuję czarno na białym, jak można przejść rewolucję paliwowo-energetyczną zimy się nie bojąc. I żeby blog na czasie był i rękę na pulsie zmian trzymać.

Oto chrust. Kupa chrustu. Chrust to podstawa. Zbiera się go w lesie z ziemi, bo sam opada sposobem naturalnym, bowiem drzewa co rusz go z siebie zrzucają. Najgoręcej i najszybciej pali się rzecz jasna chrust sosnowy. Potem brzozowy. Ów chrust po przybyciu na podwórze nie musi leżeć, aby dostać się do pieca i dać z siebie ogień, a z nim obiad czy zaparzoną kawę. Najlepszy jest dla niego piec kaflowy, płytą zwany, ale oczywiście żelazna koza również się nada. A i nawet siekiery nie potrzebuje, bo się daje w rękach łatwo połamać.

Jednak są jeszcze gałęzie, tzw. gałęziówka, która pozostaje po pracy drwali przy wycince leśnej. Ową gałęziówkę pozyskują zwykli ludzie za pewien grosik, tzw. asygnatę, którą się płaci już po zgromadzeniu potrzebnej ilości przed zwózką na podwórze. Leśniczy mierzy i oblicza wartość składowiska, po czym inkasuje stosowną opłatę. Oj, symboliczną już teraz, gdy się porówna z ceną węgla, miału, brykiet czy gazu.
My z takiej gałęziówki korzystamy prawie co roku, gdy tylko w pobliżu jakaś działka leśna idzie pod wyczes. Anna robi to sama, czasem z pomocą pomagiera, gdy trzeba grubsze lub dłuższe gałęzie spomiędzy drzew wyciągnąć na przydroże. Poza tym odpady chrustowe ładuje za pozwoleniem pańskim oczywiście, na przyczepkę i zwozi wiosną, jesienią, kiedy może na podwórze. Po co? Ano służą za przysmak kozom, spragnionym wtedy zielonego i witamin. Kozy okorowują dokładnie taki chrust, co sprawia że dużo szybciej wysycha i nadaje się do porąbania i do pieca. Głównie pod płytę kuchenną, choć grubsze kawałki z powodzeniem potrafią rozgrzać piec kaflowy, ścianowym u nas zwany, bez konieczności rąbania grubych pni.

Grubsze gałęzie i tzw. czuby drzewne rąbie się siekierą lub tnie piłą na mniejsze, składuje w drewutni albo pod ścianami, gdzie schną na wietrze i słońcu, by na zimę trafić do pieca c.o., którego chrustem raczej nie napalisz. Tzn. pewnie by ten co mamy (piecokuchnią zwany) i chrust spokojnie łyknął, ale komu się będzie chciało stać przy piecu godzinami i dokładać stale owe patyczki, by w domu ciepło utrzymać?

Poniżej, o, widać już pocięte i ułożone szczapy, które nam nasz stary klon w tym roku podarował, zrzucając kilka konarów. Najgrubsze są tak twarde, że trzeba albo klinem je łupać, albo ławeczki z nich porobić i poczekać, acz struchleją z czasem. Niektóre dadzą się wrzucić w całości do pieca c.o., a taki kawałek pali się długo i pracowicie, i przez 3 godziny można o dokładaniu nie myśleć.


Takie zabezpieczenie, robione systematycznie co roku pozwala mieć zawsze gotowy zapas wysuszonego odpowiednio drewna (tylko duraki mokrym palą, jak mówią u nas na wiosce) przynajmniej z rocznym, jeśli nie dwuletnim wyprzedzeniem.
Mnie już wieści z Polski dochodzą od ziomków, że zduni się znowu pojawili i furorę robią u co bogatszych. Biedni niech też się cieszą, bo fucha zbierania patyków w lesie również może być opłacalna. Jak mi opowiadał dziadek, przed wojną "las wyglądał jak park, tak był wyczyszczony przez zbieraczy chrustu". Można go było w wiązkach kupić nawet na targu albo zamówić z dowozem od chłopa mieszkającego przy lesie. Staruszkowie, nie mający wtedy emerytury, też się tym parali, na wyścigi z liczną wygłodzoną bosonogą dzieciarnią. Idą nowe czasy, oby z korzyścią dla parków!

30 maja 2022

Koniec maja

Po suszy nadeszły deszcze. U nas na wiosce, przez meliorację przed laty pozbawionej naturalnego wodnego wzmocnienia, a pobudowanej na leśnych piaskach, to łaska boska dla schnących szybko łąk i ogródków działkowych. Coraz zresztą mniej licznych nawet na wsi, bo mało komu się chce w ziemi grzebać, gdy można do Biedry, Lewiatana czy innego zbiorowego potwora marketowego skoczyć i za grosz kupić sobie konserwowane jedzonko w pięknym, kuszącym oko opakowaniu. Słychać jednak, że na wioskach "mokrzejszych" od naszej ludzie już narzekają na nadmiar wilgoci i komary.
Jeśli ktoś u nas narzeka, to kozy, które w ulewny czas muszą siedzieć pod dachem, a siano już im nie w smak.

Z wydarzeń, to odbyły się szczęśliwie dwa lęgi indycze, wszystkie jaja okazały się zalężone i dzieci żwawe. Od razu bez zwłoki wykupione. W narodzie jeszcze duch ostrożności czuwa i jak ktoś pracy się nie boi to inwestuje w drobną hodowlę i działkę przywraca do użyteczności. Mam wciąż nadzieję, że się nie damy czającemu się w krzakach powrotowi komuny w nowoczesnej odsłonie!

Klon znowu się nadłamał podczas porywów wiatru, tym razem konar upadł na wóz stojący pod drzewem. Na szczęście nie był tak wielki i ciężki jak poprzednie i obyło się bez uszkodzenia. Anna wsiadła na Władka Turowicza i miała okazję wykazać się precyzją niedawno upieczonej traktorzystki, podjeżdżając tyłem do woza. Ja zaczepiłam go sprytnie i tak został wydobyty z miejsca zaparkowania, z którego ręcznie może trzy silne osoby by go wypchnęły, a może nie. W sumie od początku roku klon dał sporą ilość drewna opałowego, które pocięte już piłą układamy pod daszkiem na następną zimę.

Zmieniamy także meble w kuchni, przygotowując się do gruntownego remontu instalacji różnego rodzaju i unowocześnień. 

W tunelu zaś sadzonki przyjęły się i rosną. Z nowych zbiorów sami popatrzcie co się dało zyskać.

23 maja 2022

Truskaweczka jaskółeczka

I nagle temperatura wzrosła, suche ciepło, po czym przyszedł wietrzyk, złamał kolejny konar klonu, który upadł na wóz, na szczęście nie był wielki i wóz wytrzymał, i przez kilka godzin trwała awaria prądu w okolicy. Staruszek się wyraźnie sypie i nadchodzi jego czas. Przyzwyczajamy się do myśli o jego wycięciu, dla własnego bezpieczeństwa. Ale łyso nam.

I zaczęło wreszcie padać, głównie w nocy, a w dzień co najwyżej rosić. Pastwisko i poletko dyniowe dostały zatem zastrzyk życia, uff. Sad w samą porę okryty kwiatami został zapylony stadami bzyków w piękny boży dzień przed wiatrem.

Anna przesiaduje na swoich ogrodniczych włościach pasjami. Pieli, podlewa, sadzi. Pomidory i papryka już są w gruncie. Ogór posiany, wschodzi. Ja robię to co zawsze, codzienny ser lub sery, obiad, palenie pod płytą, gotowanie karmy. I czasem w gwiazdy zaglądam, ucząc się widzieć. Coś piszę, notuję, rozmyślam.

Rzodkiewka jeszcze się trafia spomiędzy rosnących już innych roślinek. Ale większość już wyrwana i wykorzystana. Jakieś kim-ći, kwaszone, surowe w sałatkach i na kanapki, raz zupa (jakoś mnie nie zachwyciła), a gros zeżarły z apetytem kozuchy.

I pierwsza truskaweczka-jaskółeczka. Na razie po kilka garści dziennie, ale już niedługo ruszy większe owocowanie.

Oto pozimowa Pasza przed wiosennymi postrzyżynami. Trzeba już kudełki obciąć, bo jest jej zwyczajnie za gorąco w słoneczne dni na dworze.

18 maja 2022

Stary sad

Zimna zośka wieje lodowatym polarnym powietrzem już od kilku nocy, poranki i wieczory są rześkie, acz w ciągu dnia słońce mocno i jasno świeci, przełamując chłód. Niemniej sadzonki wciąż nosimy, rano do tunelu, wieczorem do domu. Ładnie podrosły ostatnio i szkoda by je było w ostatniej chwili stracić przez przymrozek.

Anna wyrwała już ostatni szpinak, którego przerośnięte grube badyle są ogromnym przysmakiem kóz. Wciągają jak odkurzacze także liście rzodkiewki. To takie nowalijkowe zastępstwo za dynię, która właśnie wzięła wyszła, a całą zimę jadły ją dwa razy dziennie. Codziennie też wychodzą na pastwisko, więc już też na sianie jest oszczędność. Dostają tylko od wielkiego dzwonu, gdy muszą jednak w oborze z jakiegoś powodu zostać dłużej.

Forsycja, klon i czeremcha już przekwitły. Ruszył bez. I sad. A raczej jego resztki, które już się chylą co roku bardziej. Po każdej zimie jedno, dwa drzewa wycinamy, złamane pod śniegiem, albo uschłe. Niemniej, choć zawsze wątpimy, czy zakwitnie, bo te dawne odmiany mają swoje ustalone pory, to zawsze bucha kwieciem. I zawsze w najchłodniejszy czas maja, w zimną zośkę! I choć to zawsze nieprawdopodobne nam się wydaje, nigdy nie zwarzyło kwiecia na tyle, aby nie było owoców.


W części wyłysiałej już z drzew stanął tunel, grządki wzniesione, i posadziłyśmy w zeszłym i w tym roku kilka drzewek owocowych (przyjęły się) i krzewów jagody kamczackiej.

11 maja 2022

Ptasie pogaduszki

Pogodnie, sucho, choć poranki i wieczory jeszcze rześkie. Kilka dni temu stado wybiegło z radością na pastwisko. Było tak szczęśliwe, że długą chwilę stałam i gapiłam się z górki na nie, jak poczuły "wiatr we włosach". Uświadomiłam sobie, że jestem z nimi całością. Bezwzględnie. I jeszcze z drzewami, i ptakami świergoczącymi i furkoczącymi nad głową, z gałęzi zewsząd. Często odgwizduję im i mam wrażenie, że rozmawiamy, bo ptaki kontynuują rozmowę. Choć pewnie podkpiwają sobie ze mnie, bo moja ptasia mowa bardzo jest niezręczna.
Udało się nam wcześniej rozwieźć z dawna przygotowane nowe dębowe słupy w miejsca nadwyrężone przez czas i różne zwierzęce ataki, wykopać dziury, wstawić je, po czym Andriusza pomógł je wpisać w ogrodzenie. Trawa jeszcze niewielka, ale zieleni się, a przestrzeń jest na tyle duża dla nielicznego stadka, że nie ma problemu, że ją wyżrą wcześniej, nim urośnie. Bywają z rzadka lekkie opady nocą, ponadto pojawia się poranna rosa, dzięki bliskości lasu i jakoś rośnie, choć wolno. Niemniej widmo suszy istnieje.

Komarów właściwie nie ma. Ani nawet meszek. Muchy pokazują się pojedynczo. Za to jest sporo bzyków, pszczół sąsiada, dzikich pszczół, osek i trzmieli. Sporadycznie motyle. Kwitnące teraz krzewy i drzewa, czeremcha, klon, śliwa, dzikie grusze, świdośliwa, porzeczki przyciągają ich mnóstwo i od rana aż huczy w ich pobliżu. Przepiękny dźwięk i wibracja pobudzająca do życia i aktywności.

W dużym tunelu rozłożyłyśmy system nawadniający. Podupadłą konstrukcję małego tunelu, zawalonego przez śnieg, pomógł podnieść Andrij i znów coś tam będzie posiane. A może już jest? Anna pilnie ogrodniczy każdego dnia od rana i nie nadążam z jej osiągnięciami. W każdym razie obsiałyśmy już poletko dyniowe i trwają rzodkiewkowe żniwa. Wielka skrzynia codziennie. Korzonki idą do zjedzenia dla nas i kóz (dynie zeszłoroczne już praktycznie się kończą i rzodkiewka jest następnym ich pokarmem), liście zjada drób, kaczka, gęsi, indyki oraz kozy również. Ponadto jako wymiana sąsiedzka i zapłata za pomoc pomagierowi też się przydają.

Do tego codziennie trzeba wiaderko mleka przerobić. Zajęć zatem nie brakuje.

5 maja 2022

Stadny odpoczynek

Prace ogrodowe posuwają się stopniowo do przodu, głównie dzięki determinacji Anny. Ona to naprawdę lubi! Co możecie zobaczyć. Glebogryzarka z boku i efekt jej pracy. Podłoże pod zasiew. Który potem będzie zabezpieczony ściółką przed zarastaniem.

Po pracy odpoczynek, stadny. Trawa jeszcze maleńka, poza tym pogoda szczędzi wody, noce i poranki wciąż są chłodne, więc kozy muszą zadowalać się ogryzaniem krzaczków i gałązek brzozowych głównie. Dzieciaki niedawno po raz pierwszy wyszły na pastwę. Ale było płaczu, nawoływań, strachu i podniecenia!

Wiem, u was już wiosna w pełni. Ale u nas ledwie dwa dni temu zauważyłam rozkwitły w sadzie żółty mniszek, poczułam wieczorem zapach kwiatów czeremchy, zakwitł też stary klon, brzozy puściły listeczki, a u sąsiadów śliwa się bieli. Wiosnę czuć raczej dzięki bzykom, pszczołom i bąkom, które kręcą się za jakimkolwiek pożytkiem, ptakom budzącym o świcie, jaskółkom furkoczącym nad głową i żurawiom lub bocianom lecącym wysoko lub kołującym nad łąkami.