Od ostatniego razu przybyła w oborze jeszcze jedna para gąb do wykarmienia, znowu koziołki. Są w dużej przewadze w tym roku. Ostatnia koza już nie zdoła wyrównać stosunku liczbowego dziewczynek do chłopców, nawet gdyby się postarała.
Dzieciaczki mają się dobrze. Niektóre już z zapałem biegają po dworze.
Dzisiaj intensywne słońce sprawiło, że po raz pierwszy na poważnie wyległy na świeże powietrze pszczoły. Podejrzałam, wybrawszy się do permakulturowego ogródka. Wszystkie ule ożyły, więc jest dobrze.
Tak samo, po zimie krzaczki porzeczek, malin i truskawek gotowe są do wskrzeszenia.
Anna miała niedawno sen. Była w nim prognoza pogody na ten sezon. Dostała ostrzeżenie, że wiosna ruszy szybko, a późnym latem i jesienią będzie mocna susza. Dlatego trzeba wcześnie siać, aby roślinki zdołały urosnąć, zakwitnąć i wydać owoce.
Sen odnotowuję, będzie można sprawdzić w swojej porze, czy się spełnił.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
27 lutego 2017
25 lutego 2017
Trudne narodziny
Tynia dała nam jednak popalić
Zaczęło się przed południem. Porykiwała boleśnie przy każdym skurczu. Długo
szło. Zostawiona w zamkniętej oborze i boksie, dla spokoju. Anna chodziła tylko
co jakiś czas posłuchać, czy jeszcze jęczy, czy już cisza.
- Powróż, co będzie.
- Ty rzuć monetami. Jesteś bardziej przejęta.
- I co wyszło?
- 43 na 1.
- To znaczy?
- Hm... Ryk będzie trwał dotąd, aż trzeba będzie użyć siły do pomocy. Ale sprawy idą już do rozwiązania i dobrze się zakończą.
Rozłożyłam też karty. Piątka pik i Królowa kier.
- Ból, krzyk i szczęśliwa mama na koniec.
W końcu nastała cisza. I z nią urodzona samodzielnie brązowa córcia.
- Powróż, co będzie.
- Ty rzuć monetami. Jesteś bardziej przejęta.
- I co wyszło?
- 43 na 1.
- To znaczy?
- Hm... Ryk będzie trwał dotąd, aż trzeba będzie użyć siły do pomocy. Ale sprawy idą już do rozwiązania i dobrze się zakończą.
Rozłożyłam też karty. Piątka pik i Królowa kier.
- Ból, krzyk i szczęśliwa mama na koniec.
W końcu nastała cisza. I z nią urodzona samodzielnie brązowa córcia.
- Zapasłam kozuchę
- robiłam sobie wyrzuty - za dużo owsa dostawała. I stąd problem.
- Niekoniecznie - uznała Anna
- Dziecko jest duże, a Tynia miała jakiś czas temu kłopot z
kośćmi miednicy, pamiętasz?
Nie był to jednak
koniec kłopotu, co była zapowiedziała Księga I-Cing, a raczej tylko jego lekki zwiastun. Po kilkunastu minutach zaczęło się
znowu parcie. Na świat chciało wyjść kolejne koźlątko. Znów zaczęły się
ekspresyjne jęki. Tym razem dość szybko pokazała się na zewnątrz nóżka i
pyszczek. Co robić?
Ano, Bozia telefon po coś stworzyła.
Najpierw kontakt ze znajomą hodowczynią, która też taki przypadek już kiedyś rozwiązywała.
Wniosek: ciągnąć! Nie ociągać się.
Poszłam do pomocy. Kozę
trzeba było unieruchomić i mocno trzymać za rogi. Bardzo prędko jednak Anna straciła pewność
siebie. I w tej niepewności swojej zadzwoniła do weterynarza. Akcja była już
zaawansowana, zanim by dojechał ze swojej gminy upłynęłoby dużo
cennego czasu. Dał więc kilka ważnych instrukcji przez
telefon. Ciągnąć, ale nie za głowę i nogę, ale za dwie nóżki. Głowę trzeba
wepchnąć z powrotem i znaleźć drugą nóżkę.
Na umyte i odkażone jak do operacji ręce, Anna wylała sobie nieco oleju jadalnego i zabrała się do zabiegu, nie zwlekając. Trzymałam kozę za rogi z całej siły, aby nie odbiegła. Ryczała wniebogłosy. Po dłuższej chwili udało się przeprowadzić całą rzecz, znalazła się druga nóżka. Nie mając pewności, czy właściwa, przednia, bo może tylna, Anna rozpoczęła ciągnięcie płodu.
Koza zwijała się z
bólu. Parła w skurczach, Anna ciągnęła, choć w ferworze pierwszego razu
trudno było poznać kiedy przebiega skurcz, a kiedy
rozkurcz. W końcu biedna koza upadła na kolana, i położyła się na boku.
Rycząc oczywiście. Paradoksalnie ułatwiło to nagle sytuację. Anna zaparła się
mocniej i przy użyciu całej swej siły wyciągnęła koźlątko
na świat.
Ryk umilkł.
Obrane z błonki porodowej
dziecko okazało się żywe, więcej, nawet nieuszkodzone! Wkrótce zaczęło wstawać
na nóżki i zostało podstawione do zassania. Bo Tynia
natychmiast po porodzie podniosła się na nogi i zajęła ogarnianiem swoich matczynych
spraw.
Dostała gar posłodzonej wody
na wzmocnienie, którą wypiła ze smakiem. Nadstawiła wymię
nowonarodzonym córeczkom, bo druga też się okazała córcią,
i można było wreszcie odetchnąć od nadmiaru emocji.
Gdzie tam!
- Patrz! Kropa zaraz
urodzi...
Na szczęście nie było z
nią problemów. W ciągu pół godziny w sąsiednim boksie pojawili się na
świecie dwaj brązowi żwawi malcy.
22 lutego 2017
Przednówek
Deszcz zmywa ostatki śniegu. Wybieram i wybieram wodę gromadzącą się przed progiem ziemianki.
Drób jakby mniej karmy wołał. Kury niosą się świetnie, całą zimę nie odpuszczają, choć miały w okresie największych mrozów pewne przystopowanie. Jednak nawet wtedy coś w gnieździe zostawiały dla nas. Teraz bywa i do 10 jaj dziennie. Niesie się także co drugi dzień gąska Kuba[nka], zawsze strzeżona przez drepczącego u jej boku wiernie Balbina.
Główny indor ogląda się już za jenduszkami i odstrasza od nich zamaszyście młodszych rywali.
Tylko patrzeć wiosny.
Dzisiaj wykociła się córa Gwiazdy, pierwiastka, Zorka. Bezproblemowo. Ku naszemu zaskoczeniu przyprowadziła dwójkę chłopaków. Zorra i sierżanta Garsiję. Silni, przysadziści, od razu wypili cały zapas siary i czekają na następny.
Drób jakby mniej karmy wołał. Kury niosą się świetnie, całą zimę nie odpuszczają, choć miały w okresie największych mrozów pewne przystopowanie. Jednak nawet wtedy coś w gnieździe zostawiały dla nas. Teraz bywa i do 10 jaj dziennie. Niesie się także co drugi dzień gąska Kuba[nka], zawsze strzeżona przez drepczącego u jej boku wiernie Balbina.
Główny indor ogląda się już za jenduszkami i odstrasza od nich zamaszyście młodszych rywali.
Tylko patrzeć wiosny.
Dzisiaj wykociła się córa Gwiazdy, pierwiastka, Zorka. Bezproblemowo. Ku naszemu zaskoczeniu przyprowadziła dwójkę chłopaków. Zorra i sierżanta Garsiję. Silni, przysadziści, od razu wypili cały zapas siary i czekają na następny.
21 lutego 2017
20 lutego 2017
Czekanie, aż wypadnie
Kapie, odmarza, pod białą pierzynką mokro. Kiedy buty gumowe straciły z latami szczelność, jak moje, wraca się z wypadu na podwórze w mokrych skarpetkach. Zawieszam je zaraz na kaloryferze, żeby zdążyły przeschnąć przed następnym wyjściem. W ruch idzie głęboka plastikowa szufla, co kilka godzin wylewam nią wodę, która zbiera się w dołku przed drzwiami do ziemianki i przesącza się szczelinami kiepsko zrobionego progu i pod owym progiem, po schodkach w dół, czyniąc kałuże w pierwszym pomieszczeniu (sklepiona głębina, gdzie trzymam ziemniaki i warzywa jest niżej, chroniona wyższym progiem i tam woda nigdy na szczęście nie dociera).
Dzisiaj sparło córkę Felicji, Franię. Dość łatwo i bez niczyjej pomocy wypuściła spod ogonka na świat maleńką Florę. Maści alpejskiej, ładniutką, dużą, silną, grubiutką i z miejsca samodzielną. Anna biega co kilka godzin do obory patrzeć, jak się sprawy mają. Bo wciąż są opóźnienia z wydaleniem łożyska po porodzie. A przypomnę, że właśnie z Franią był ten kłopot za pierwszym jej porodem w zeszłym roku. Bez weterynarza wtedy się nie obyło (co było jak na razie jedynym ewenementem w dziejach naszej hodowli, bo nasze kozy kocą się zazwyczaj bezproblemowo). Jak na razie wieści są pocieszające: łożysko ruszyło i powoli jest wydalane samodzielnie. Czekamy zatem z nadzieją na pomyślny rezultat. Popijając winko winogronowo-aroniowo-cydrowe na pocieszenie.
Dzisiaj sparło córkę Felicji, Franię. Dość łatwo i bez niczyjej pomocy wypuściła spod ogonka na świat maleńką Florę. Maści alpejskiej, ładniutką, dużą, silną, grubiutką i z miejsca samodzielną. Anna biega co kilka godzin do obory patrzeć, jak się sprawy mają. Bo wciąż są opóźnienia z wydaleniem łożyska po porodzie. A przypomnę, że właśnie z Franią był ten kłopot za pierwszym jej porodem w zeszłym roku. Bez weterynarza wtedy się nie obyło (co było jak na razie jedynym ewenementem w dziejach naszej hodowli, bo nasze kozy kocą się zazwyczaj bezproblemowo). Jak na razie wieści są pocieszające: łożysko ruszyło i powoli jest wydalane samodzielnie. Czekamy zatem z nadzieją na pomyślny rezultat. Popijając winko winogronowo-aroniowo-cydrowe na pocieszenie.
15 lutego 2017
Słodkości
Nocne mrozy zelżały, śnieg mokry pod nogami, opadł z hukiem ze wszystkich dachów już rano. Czas na brzuchate kozuchy nadszedł. Pierwsza rozpoczęła sezon wykotów Felicja.
Dwójeczką, obu płci. Torcik i Beza.
Jak zawsze dokarmiamy słabsze, czyli tym razem koziołka. Mlekiem matki. Felicja to koza z długim obwisłym cycem, maleństwu trudno jest klękać i nie tracić równowagi. Poza tym matka pochodzi z chowu nowoczesnego, sama odstawiona od matki w drugim dniu życia, z charakteru nie jest zbyt macierzyńska. Choć na szczęście również nie odrzuca dzieci. Ot, nie martwi się o nie. Trzeba to robić za nią. Dzieciaki zatem, dzięki naszej trosce mają się dobrze. Dzisiaj, czyli w drugiej dobie życia, podjęły już próby brykania.
Dwójeczką, obu płci. Torcik i Beza.
Jak zawsze dokarmiamy słabsze, czyli tym razem koziołka. Mlekiem matki. Felicja to koza z długim obwisłym cycem, maleństwu trudno jest klękać i nie tracić równowagi. Poza tym matka pochodzi z chowu nowoczesnego, sama odstawiona od matki w drugim dniu życia, z charakteru nie jest zbyt macierzyńska. Choć na szczęście również nie odrzuca dzieci. Ot, nie martwi się o nie. Trzeba to robić za nią. Dzieciaki zatem, dzięki naszej trosce mają się dobrze. Dzisiaj, czyli w drugiej dobie życia, podjęły już próby brykania.
8 lutego 2017
Sploty wyploty
Ania ukończyła w naszym domu kultury roczny kurs wyplatania ze słomy. Zajęcia trwały rok, dwa razy w tygodniu po cztery godziny. Po końcowej prezentacji, czyli wystawce mogła wreszcie zwieźć swój urobek do domu. Oto niewielki składzik różnych wyrobów, które uwieczniłam przy okazji.
Korobki, czyli nieduże pojemniki z pokrywką, pełniące w domu różne funkcje. Dobrze się w nich przechowuje cebulę i czosnek, bo te oddychają i nie pleśnieją. Tace, na kanapki, chleb czy inne gastronomiczne akcesoria, które trzeba na przykład wynieść z domu na taras albo altanę, by zjeść coś czy też pogrillować na powietrzu. Niektóre, te bez uszu i płytkie mogą służyć kotu za ulubione gniazdko (sprawdzone, koty to naprawdę lubią). Anna wyprodukowała nawet jedną jako kosz dla kwoki, by mogła spokojnie zasiąść na jajach. Świetnie się sprawdzają również kosze na pranie. Wyglądają w łazience nader przytulnie.
Tace, misy i "ptasie gniazda" ciąg dalszy... Jest nawet, uwaga, trzeba oko wytężyć, bo w samym rogu i ustawiony odwrotnie, słomiano-gliniany abażur...
Kosz na bieliznę ustawiony jak się patrzy...
A tu stare krzesło, któremu los zabrał oparcie, dało się zabawnie odnowić.
1 lutego 2017
Kapuściana zima
Zimą chce się jeść inaczej, niż w lecie. Apetyt pracuje w zgodzie z porami roku, wiadomo. Nie wiem jak mają mieszkańcy regionów, gdzie na okrągło mają ciepło, albo zimno, czy też tak? Ale myśl o całorocznej monotonii smakowej przejmuje mnie znudzeniem (nudnością?).
Bo jak można wpie..ać cały czas sałatę i marchewkę, albo cały czas cytryny i banany? Albo cały czas kurczaka z chowu klatkowego? Urozmaicanego mielonym indykiem? Albo ciągle kapustę? brokuła? pojadanymi całorocznym jogurtem naturalnym dosmaczanym proszkiem z mleka i cukrem (to i tak dobry wariant, bo może być słodzik) i na starych zdziczałych bakteriach robionym, które już dawno właściwego smaku jogurtu zapomniały?
Doigrałam się jedzenia w zgodzie z porami roku, to i mam! i się cieszę. Kapusta kiszona już nam wzięła wyszła (na surówki i bigosy), sałatki burakowe albo ogórkowe wychodzą, to się wzięło pomyślało i zrobiło. Niewielkim nakładem pracy, coś naprawdę smacznego. Oto kolejny zapas stoi w kolejce do zjedzenia. Następny jest w planie, nie ma strachu.
Voila! Kiszonki. Czosnkowa Kim-ći, kapusta kiszona z burakami i marchewką, buraki z barszczem kiszonym. Wsio w "sosie własnym".
Oj, od chwili zrobienia zdjęć wczoraj już w dużym słoju tylko polowa wsadu została!
26 stycznia 2017
Mój ulubiony obiad
Ponieważ musiałam dzisiaj, jak nigdy w zimie, wstać wcześniej i obrządek poranny poczynić, bo Anna na zajęcia ceramiczne dla dzieci w domu kultury się wybrała, postanowiłam czymś się wykazać. Bo tym sposobem czas się cudownie rozmnożył i rozciągnął. Zdążyłam ukończyć literackie zajęcie w zwykłym czasie i jeszcze go zostało. W takim razie wzięłam się za ugotowanie ulubionego obiadu. Trochę dłużej się go przygotowuje, niż zwykły codzienny posiłek, ale czemu nie zrobić tego, na co ma się akurat ochotę w taki słoneczny mroźny i długi dzień, jak na przykład dzisiejszy?
Najpierw oczywiście zniosłam drewno, nabiłam piec c.o. po brzegi i odpaliłam ogień. Już po kilkunastu minutach ruszyła pompa elektryczna i rozprowadziła po pokojach ożywcze ciepełko.
W takim razie mogłam się zająć przygotowywaniem ulubionej wyżerki.
Zaczęłam od porąbania żeberek koźlęcych siekierką na pieńku pod tarasem, podzielenia ich na drobne kawałki i zamarynowania na krótko, skropione octem jabłkowym, w ziołach i przyprawach. Lubię ostro.
Te pozostawiwszy do zmacerowania, zajęłam się drugim z kluczowych składników ulubionego obiadu.
Składniki:
Ziemniaki obrane niekrojone w ilości akuratnej dla czterech osób, bądź dwóch na dwa dni, czyli ok. 1 kg
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2-3 łyżki mąki bezglutenowej (sprawdza się każdy rodzaj, ryżowa, kukurydziana, bądź gryczana)
2 jaja
1 łyżka soli kamiennej niejodowanej
Ziemniaki ucieramy, w proporcji 1/2 raz na tarce drobnej, a raz średnio grubej (żeby się nie przemęczać). Najlepiej zrobić to na durszlaku, wtedy utarta masa od razu obcieka z wody. Żeby wyłapać cenny krochmal stawiamy taki durszlak w misce. Masę ziemniaczaną solimy 1 płaską łyżką soli kamiennej i mieszamy, przyspiesza do wydzielanie wody. Po jej odlaniu z miski mieszamy treść ziemniaczaną z pozostałym na dnie krochmalem. Dodajemy odpowiednie ilości mąki ziemniaczanej i bezglutenowej, wbijamy jajka i energicznie mieszamy całość łyżką.
W tym czasie wstawiamy garnek z osoloną wodą na ogniu i zagotowujemy. Kiedy woda wrze ostrożnie i powoli, aby nie przerywać wrzenia wrzucamy masę ziemniaczaną, zwyczajnie czerpaną łyżką, do wody. Zostawiając takie nieduże kupeczki w jednym miejscu. One opadają na dno, ale niedługo się podniosą. Po kilku minutach, gdy już wszystkie kluski pływają wyławiamy je łyżką cedzakową z wrzątku na talerz.
Woda po kluskach jest gęsta od krochmalu, proszę się nie dziwić. Ja wykorzystuję ją z powodzeniem, jako dodatek do karmy dla drobiu. Ptaki to uwielbiają!
Uwaga: jeśli kluska nie trzyma kształtu i rozpuszcza się w wodzie to znak, że trzeba dodać składników zlepiających, mąki, albo jaja. Dlatego ja najpierw upuszczam jedną małą próbną kluseczkę i sprawdzam, jak się ma we wrzątku. W drugą stronę też można przedobrzyć i kluski wychodzą zbyt ścisłe, ale na ciepło dają się zjeść, gorzej z nimi na drugi dzień, po odgrzaniu. Swoją drogą odgrzewane kluski są równie pyszne, i świetnie smakują po prostu ze skwarkami i cebulką.
Drugim składnikiem mojego ulubionego obiadu jest sos, i do niego zabieram się w podobnym czasie. Można czynności zgrać ze sobą. Kiedy utarte ziemniaki odsączają się, my już stawiamy patelnię na ogień.
Składniki:
Żeberka koźlęce, pokrojone i zmacerowane wcześniej w occie jabłkowym i ulubionych ziołach
2 łyżki smalcu lub garść pokrojonej na skwarki słoniny
1 marchew
1 pietruszka
1/2 niedużego selera
1 cebula
Garść pokrojonej w kosteczkę dyni
2-3 suszone grzybki
Przyprawy: liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego, pół łyżki soli, pieprz prawdziwy, pieprz cayenne, odrobina kozieradki, tymianku, majeranek, czarnuszka, albo co się lubi najbardziej.
Na rozgrzany tłuszcz na (bezwarunkowo) żeliwnej patelni układamy żeberka i smażymy dotąd , aż mięso się zrumieni. Pod koniec smażenia dodajemy pokrojoną cebulkę, aby nabrała smaku.
W tym czasie w osobnym garnku wstawiamy wodę na sos, tyle, żeby zakryła mięso, wrzucając do niej pokrojone drobno warzywa, grzyby suszone oraz podstawowe długo gotujące się przyprawy. Zagotowujemy. Kiedy zacznie wrzeć przeważnie już żeberka są gotowe na patelni do wrzucenia do wody. Dodajemy je razem z cebulą i tłuszczem. Gotujemy pod przykryciem, aż mięso zmięknie. Zazwyczaj, przy koźlęcinie jest to więcej, niż godzina, nawet półtorej. Pod sam koniec dodajemy inne ulubione przyprawy, które nie lubią długiego gotowania, bo tracą wtedy smak.
Podajemy na stół, gdy sos upajająco pachnie, a mięsko odchodzi łatwo od kości.
Kluski ziemniaczane kładzione polane sosem z żeberkami, najlepiej smakują z dodatkiem surówki bądź kiszonki, albo kwaszonki.
U nas króluje ostatnio w roli dodatku ostre czosnkowo-paprykowe kim-ći z kiszonej kapusty pekińskiej, ale już się gotowią i smaku nabierają inne kapuściane cuda. O nich napiszę przy innej okazji.
Dla pobudzenia smaku można się wcześniej uraczyć dojrzałym czerwonym winem z aronii, bądź aroniowo-winogronowym.
Ewentualnie zostawić sobie buteleczkę na po ulubionym obiedzie.
Najpierw oczywiście zniosłam drewno, nabiłam piec c.o. po brzegi i odpaliłam ogień. Już po kilkunastu minutach ruszyła pompa elektryczna i rozprowadziła po pokojach ożywcze ciepełko.
W takim razie mogłam się zająć przygotowywaniem ulubionej wyżerki.
Zaczęłam od porąbania żeberek koźlęcych siekierką na pieńku pod tarasem, podzielenia ich na drobne kawałki i zamarynowania na krótko, skropione octem jabłkowym, w ziołach i przyprawach. Lubię ostro.
Te pozostawiwszy do zmacerowania, zajęłam się drugim z kluczowych składników ulubionego obiadu.
Kluski ziemniaczane kładzione na wodzie, bezglutenowe
Składniki:
Ziemniaki obrane niekrojone w ilości akuratnej dla czterech osób, bądź dwóch na dwa dni, czyli ok. 1 kg
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2-3 łyżki mąki bezglutenowej (sprawdza się każdy rodzaj, ryżowa, kukurydziana, bądź gryczana)
2 jaja
1 łyżka soli kamiennej niejodowanej
Ziemniaki ucieramy, w proporcji 1/2 raz na tarce drobnej, a raz średnio grubej (żeby się nie przemęczać). Najlepiej zrobić to na durszlaku, wtedy utarta masa od razu obcieka z wody. Żeby wyłapać cenny krochmal stawiamy taki durszlak w misce. Masę ziemniaczaną solimy 1 płaską łyżką soli kamiennej i mieszamy, przyspiesza do wydzielanie wody. Po jej odlaniu z miski mieszamy treść ziemniaczaną z pozostałym na dnie krochmalem. Dodajemy odpowiednie ilości mąki ziemniaczanej i bezglutenowej, wbijamy jajka i energicznie mieszamy całość łyżką.
W tym czasie wstawiamy garnek z osoloną wodą na ogniu i zagotowujemy. Kiedy woda wrze ostrożnie i powoli, aby nie przerywać wrzenia wrzucamy masę ziemniaczaną, zwyczajnie czerpaną łyżką, do wody. Zostawiając takie nieduże kupeczki w jednym miejscu. One opadają na dno, ale niedługo się podniosą. Po kilku minutach, gdy już wszystkie kluski pływają wyławiamy je łyżką cedzakową z wrzątku na talerz.
Woda po kluskach jest gęsta od krochmalu, proszę się nie dziwić. Ja wykorzystuję ją z powodzeniem, jako dodatek do karmy dla drobiu. Ptaki to uwielbiają!
Uwaga: jeśli kluska nie trzyma kształtu i rozpuszcza się w wodzie to znak, że trzeba dodać składników zlepiających, mąki, albo jaja. Dlatego ja najpierw upuszczam jedną małą próbną kluseczkę i sprawdzam, jak się ma we wrzątku. W drugą stronę też można przedobrzyć i kluski wychodzą zbyt ścisłe, ale na ciepło dają się zjeść, gorzej z nimi na drugi dzień, po odgrzaniu. Swoją drogą odgrzewane kluski są równie pyszne, i świetnie smakują po prostu ze skwarkami i cebulką.
Drugim składnikiem mojego ulubionego obiadu jest sos, i do niego zabieram się w podobnym czasie. Można czynności zgrać ze sobą. Kiedy utarte ziemniaki odsączają się, my już stawiamy patelnię na ogień.
Sos z żeberek koźlęcych
Składniki:
Żeberka koźlęce, pokrojone i zmacerowane wcześniej w occie jabłkowym i ulubionych ziołach
2 łyżki smalcu lub garść pokrojonej na skwarki słoniny
1 marchew
1 pietruszka
1/2 niedużego selera
1 cebula
Garść pokrojonej w kosteczkę dyni
2-3 suszone grzybki
Przyprawy: liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego, pół łyżki soli, pieprz prawdziwy, pieprz cayenne, odrobina kozieradki, tymianku, majeranek, czarnuszka, albo co się lubi najbardziej.
Na rozgrzany tłuszcz na (bezwarunkowo) żeliwnej patelni układamy żeberka i smażymy dotąd , aż mięso się zrumieni. Pod koniec smażenia dodajemy pokrojoną cebulkę, aby nabrała smaku.
W tym czasie w osobnym garnku wstawiamy wodę na sos, tyle, żeby zakryła mięso, wrzucając do niej pokrojone drobno warzywa, grzyby suszone oraz podstawowe długo gotujące się przyprawy. Zagotowujemy. Kiedy zacznie wrzeć przeważnie już żeberka są gotowe na patelni do wrzucenia do wody. Dodajemy je razem z cebulą i tłuszczem. Gotujemy pod przykryciem, aż mięso zmięknie. Zazwyczaj, przy koźlęcinie jest to więcej, niż godzina, nawet półtorej. Pod sam koniec dodajemy inne ulubione przyprawy, które nie lubią długiego gotowania, bo tracą wtedy smak.
Podajemy na stół, gdy sos upajająco pachnie, a mięsko odchodzi łatwo od kości.
Kluski ziemniaczane kładzione polane sosem z żeberkami, najlepiej smakują z dodatkiem surówki bądź kiszonki, albo kwaszonki.
U nas króluje ostatnio w roli dodatku ostre czosnkowo-paprykowe kim-ći z kiszonej kapusty pekińskiej, ale już się gotowią i smaku nabierają inne kapuściane cuda. O nich napiszę przy innej okazji.
Dla pobudzenia smaku można się wcześniej uraczyć dojrzałym czerwonym winem z aronii, bądź aroniowo-winogronowym.
Ewentualnie zostawić sobie buteleczkę na po ulubionym obiedzie.
23 stycznia 2017
Siedem lat
Gdzieś tam przeczytałam, że najwięcej pracy na zagospodarowanie się na włościach zabiera pierwsze 7 lat. Po tym czasie gospodarstwo zaczyna działać mniej więcej jak w zegarku i już tyle energii i uwagi nie pochłania. Można zająć się rozwijaniem jakiegoś hobby.
Przyznaję rację! Tak jest. Nie inaczej.
Od osiedlenia się naszego w kresowej zagrodzie minęło w maju zeszłego roku okrągłe 7 lat.
W tym czasie wiele się wydarzyło. A najbardziej intensywne były pierwsze 3 lata. Oto wykonane wtedy prace: ogrodzenie działki siedliskowej, budowa obory i stodółki, remont i rozbudowa domu wraz z piecami kaflowymi. Potem budowa altany, pieca chlebowego, ogrodzenie sadu i pastwiska dla kóz. Następne w kolejnych już latach było ogrodzenie ogrodu permakulturowego i budowa grządek. Pierwsze nasadzenia. Budowa kurnika z paszarnią. Nauka pszczelarstwa, to wcale proste nie jest i wciąż miodu, poza tym, co na spróbowanie dla siebie, nie było.
W tym czasie dokonała się zmiana samochodu, na równie stary oraz zakup przyczepki.
Hodowla szła różnie, choć dziękować Bogu, zdrowo i bez awarii. Utrzymuje się na stałym poziomie, ni mniej ni więcej, bo taka jest "przepustowość" gospodarstwa. I naszych sił oraz ambicji.
Po kilku latach, może po owych trzech magicznych na początku, już nie dam rady wrócić pamięcią, gospodarstwo zaczęło wychodzić w rocznym bilansie na zero i tak jest do tej pory. Czyli zarabia na podatki, ubezpieczenia, prąd, gaz, opał, wodę, ścieki, śmiecie, telefon, internet, paliwo, wszystkie zwierzęta zarabiają na swój wikt i opierunek oraz karmią nas przez cały rok. Dając w ramach zapłaty za obsługę: mleko, jaja, mięso, sery. I dokładając się nawozem do prosperowania ogrodu na całkowicie jałowej ziemi ostatniej klasy.
Powoli ta leśna, piaskowa ziemia zaczyna przynosić plony. Poza starym sadem i jabłkami, nowy ogród - dynie, nieco warzyw i nowalijek, i trochę świeżo posadzonych dopiero owoców, truskawek, malin, porzeczek. Jak Bozia ochroni, będzie i miód. Niemniej od wiosny po zimę karmimy się głównie tym, co daje nam nasza ziemia oraz okoliczny las, w postaci jagód, ziół i grzybów.
To wszystko wymaga cały czas pracy i starania. Oczywiście. Choć, jeśli coś wejdzie w nawyk, to się tego nie odczuwa zanadto w kościach. A porównując z miejskimi wymogami, to nawet jest ździebko lepiej, od konieczności 8 godzin nudnej harówki przez 5 dni w tygodniu plus 2 godziny na dojazd do i z pracy, nie licząc koniecznych zakupów i sprzątania mieszkania. Choć w tym wypadku należy brać pod uwagę różnice. Praca w rolnictwie jest sezonowa, i gdy sianokosy, żniwa, wykopki, czy inne rżnięcie przycisną, to nie ma zmiłuj od świtu do późnej nocy. Za to zimą można dać sobie na luz i zmieścić się w kilku godzinach lekkich obowiązków dziennie (palenie w piecu, gotowanie, sprzątanie, karmienie zwierząt, z rzadka zakupy).
W sezonie konieczne jest codzienne przerabianie mleka na sery podpuszczkowe, twarogi, jogurt. Nowalijki, typu rzodkiewka, sałata, szczypior, cebulka, szpinak, bób, razem z pokazującymi się z czasem w większej ilości pomidorami i ogórkami, każą zjadać się systematycznie na świeżo co dzień. Warzywa z biegiem czasu trzeba w jakiś sposób przetworzyć, pomidory, ogórki, fasolkę, maliny, truskawki, tak samo jak agrest i porzeczki. Zimą jest co jeść! Jesienią trzeba zebrać ziemniaki, buraki i insze korzeniowe, no, i śliwki i jabłka, te, co prawda co dwa lata. Trzeba przerobić na dżemy, konfitury, susz, sok, wino i cydr. Naprawdę warto robić to samemu i nie liczyć na łatwy zakup w sklepie! Właśnie robiąc ten wpis popijam go kufelkiem własnoręcznie przyrządzonego latem i zabutelkowanego na zimę cydru. Po trzech latach prób, przyszła i wprawa. Częste picie soku jabłkowego pozwoliło mi się pozbyć piasku w nerkach i woreczku żółciowym. Kolejny zysk.
Nasze gospodarstwo jest naprawdę maleńkie i trudno je nazwać nawet produkcyjnym. Ot, nastawione jest nie tylko ideologicznym programem, ale i swoimi niewielkimi możliwościami, na ochronę życia. Naszego oraz zwierząt i roślin, które są pod naszą opieką.
Nie przynosi zysku, jeśli już o tym mowa. Daje jednak spokojne życie, bez strachu o to, że nie będzie czego do garnka włożyć, albo, że ktoś przyjdzie i wyrzuci za długi z mieszkania. Zwierzęta, które je stanowią, są szczęśliwe, syte, zdrowe, pod opieką. Są częścią zaklętego świata, którym jest zagroda. Wbrew pozorom ważną, o ile nie najważniejszą. Oprócz nas samych (wliczając zwierzaki, w tym psy i koty) karmimy przecież kilka osób w ciągu sezonu, nadmiarem produkcji, jajami, mięsem, mlekiem. Gdyby więc trzeba było to jakoś przeliczyć, to zapewne ów nieco ponad hektar przeliczeniowy ziemi (a kilka ha piasków i nieużytków) dałby radę zdrowo wykarmić i ogrzać rodzinę z kilkorgiem dzieci na pewno.
(Tu zaznaczę, że zupełnie nie wiem, jak to jest, gdy gospodarze są wegetarianami i gospodarstwo jest zorientowane tylko na roślinne plony, przypuszczam jednak z doświadczenia, że nie jest to łatwe, a na pewno dużo trudniejsze od utrzymywania także hodowli zwierzęcej).
W przeciągu owych siedmiu lat konieczne było też imać się nam innych zajęć. Od sitodruku i szycia toreb, po druk i sprzedaż książek. Z biegiem czasu nieobce nam się stało rzemiosło. Tkanie na krosnach, wyplatanie ze słomy, lepienie glinianych naczyń, szycie tego i owego. Te umiejętności ułatwiają życie na wsi, pozwalają samemu sobie radzić w wielu sytuacjach bez konieczności wynajmowania fachowca, a także od czasu do czasu zarobić choćby na potrzebny materiał, typu właściwie przygotowana słoma, glina, wełna.
Tego wszystkiego nie daje się jednak przeliczyć na koszty zrozumiałe dla mieszczucha. Który przywykł do brania pensji raz w miesiącu i opłacania swoich potrzeb, które inni załatwiają. Dlatego nie ma też zrozumiałego porównania zysków miejskich z tymi na wsi generowanymi. Dla niejednego mieszczucha proste porównanie cyfr oznaczałoby pewnie istną fantastykę. Bo nigdy nie dałby rady przeżyć za tyle w mieście. To jednak są jedynie papierki w ręku. Nie konkrety, które rodzi ziemia.
Po siedmiu latach wytężonego wysiłku, o którym przeciętny mieszczuch pojęcia nie ma, mogę nieśmiało powiedzieć, że zyskiem pracy na takim zorganizowanym gospodarstwie jest czas. Czas dla siebie. Na rozwój swoich zainteresowań i hobby. Latem oczywiście inaczej i zimą inaczej. I inaczej to wygląda względem miasta i potrzeb generowanych dla mieszczuchów przez miasto. I inaczej psychologicznie rzecz biorąc. Bo przecież nie ma pośpiechu, nerwowości, strachu. Jest rytm. Cykl. Pory roku.
Rozpisałam się. Ale to skutkiem noworocznej wciąż daty, w okolicach której robi się bilanse i plany oraz zimowego długiego wieczoru, który trzeba czymś zapełnić. Po dniu przyjemnie i treściwie spędzonym. Na przyrządzaniu kolejnej kilkukilogramowej porcji domowej kiełbasy z kminkiem, pieprznej i czosnkowej i smacznej kolacji z odrobiny pozostałości kiełbasianych z cebulką na patelni przyrządzonych. Oraz cydrem swoim popitych.
Jutro czeka mnie robienie pasztetu. Kolejne zapachy w domu!
Przyznaję rację! Tak jest. Nie inaczej.
Od osiedlenia się naszego w kresowej zagrodzie minęło w maju zeszłego roku okrągłe 7 lat.
W tym czasie wiele się wydarzyło. A najbardziej intensywne były pierwsze 3 lata. Oto wykonane wtedy prace: ogrodzenie działki siedliskowej, budowa obory i stodółki, remont i rozbudowa domu wraz z piecami kaflowymi. Potem budowa altany, pieca chlebowego, ogrodzenie sadu i pastwiska dla kóz. Następne w kolejnych już latach było ogrodzenie ogrodu permakulturowego i budowa grządek. Pierwsze nasadzenia. Budowa kurnika z paszarnią. Nauka pszczelarstwa, to wcale proste nie jest i wciąż miodu, poza tym, co na spróbowanie dla siebie, nie było.
W tym czasie dokonała się zmiana samochodu, na równie stary oraz zakup przyczepki.
Hodowla szła różnie, choć dziękować Bogu, zdrowo i bez awarii. Utrzymuje się na stałym poziomie, ni mniej ni więcej, bo taka jest "przepustowość" gospodarstwa. I naszych sił oraz ambicji.
Po kilku latach, może po owych trzech magicznych na początku, już nie dam rady wrócić pamięcią, gospodarstwo zaczęło wychodzić w rocznym bilansie na zero i tak jest do tej pory. Czyli zarabia na podatki, ubezpieczenia, prąd, gaz, opał, wodę, ścieki, śmiecie, telefon, internet, paliwo, wszystkie zwierzęta zarabiają na swój wikt i opierunek oraz karmią nas przez cały rok. Dając w ramach zapłaty za obsługę: mleko, jaja, mięso, sery. I dokładając się nawozem do prosperowania ogrodu na całkowicie jałowej ziemi ostatniej klasy.
Powoli ta leśna, piaskowa ziemia zaczyna przynosić plony. Poza starym sadem i jabłkami, nowy ogród - dynie, nieco warzyw i nowalijek, i trochę świeżo posadzonych dopiero owoców, truskawek, malin, porzeczek. Jak Bozia ochroni, będzie i miód. Niemniej od wiosny po zimę karmimy się głównie tym, co daje nam nasza ziemia oraz okoliczny las, w postaci jagód, ziół i grzybów.
To wszystko wymaga cały czas pracy i starania. Oczywiście. Choć, jeśli coś wejdzie w nawyk, to się tego nie odczuwa zanadto w kościach. A porównując z miejskimi wymogami, to nawet jest ździebko lepiej, od konieczności 8 godzin nudnej harówki przez 5 dni w tygodniu plus 2 godziny na dojazd do i z pracy, nie licząc koniecznych zakupów i sprzątania mieszkania. Choć w tym wypadku należy brać pod uwagę różnice. Praca w rolnictwie jest sezonowa, i gdy sianokosy, żniwa, wykopki, czy inne rżnięcie przycisną, to nie ma zmiłuj od świtu do późnej nocy. Za to zimą można dać sobie na luz i zmieścić się w kilku godzinach lekkich obowiązków dziennie (palenie w piecu, gotowanie, sprzątanie, karmienie zwierząt, z rzadka zakupy).
W sezonie konieczne jest codzienne przerabianie mleka na sery podpuszczkowe, twarogi, jogurt. Nowalijki, typu rzodkiewka, sałata, szczypior, cebulka, szpinak, bób, razem z pokazującymi się z czasem w większej ilości pomidorami i ogórkami, każą zjadać się systematycznie na świeżo co dzień. Warzywa z biegiem czasu trzeba w jakiś sposób przetworzyć, pomidory, ogórki, fasolkę, maliny, truskawki, tak samo jak agrest i porzeczki. Zimą jest co jeść! Jesienią trzeba zebrać ziemniaki, buraki i insze korzeniowe, no, i śliwki i jabłka, te, co prawda co dwa lata. Trzeba przerobić na dżemy, konfitury, susz, sok, wino i cydr. Naprawdę warto robić to samemu i nie liczyć na łatwy zakup w sklepie! Właśnie robiąc ten wpis popijam go kufelkiem własnoręcznie przyrządzonego latem i zabutelkowanego na zimę cydru. Po trzech latach prób, przyszła i wprawa. Częste picie soku jabłkowego pozwoliło mi się pozbyć piasku w nerkach i woreczku żółciowym. Kolejny zysk.
Nasze gospodarstwo jest naprawdę maleńkie i trudno je nazwać nawet produkcyjnym. Ot, nastawione jest nie tylko ideologicznym programem, ale i swoimi niewielkimi możliwościami, na ochronę życia. Naszego oraz zwierząt i roślin, które są pod naszą opieką.
Nie przynosi zysku, jeśli już o tym mowa. Daje jednak spokojne życie, bez strachu o to, że nie będzie czego do garnka włożyć, albo, że ktoś przyjdzie i wyrzuci za długi z mieszkania. Zwierzęta, które je stanowią, są szczęśliwe, syte, zdrowe, pod opieką. Są częścią zaklętego świata, którym jest zagroda. Wbrew pozorom ważną, o ile nie najważniejszą. Oprócz nas samych (wliczając zwierzaki, w tym psy i koty) karmimy przecież kilka osób w ciągu sezonu, nadmiarem produkcji, jajami, mięsem, mlekiem. Gdyby więc trzeba było to jakoś przeliczyć, to zapewne ów nieco ponad hektar przeliczeniowy ziemi (a kilka ha piasków i nieużytków) dałby radę zdrowo wykarmić i ogrzać rodzinę z kilkorgiem dzieci na pewno.
(Tu zaznaczę, że zupełnie nie wiem, jak to jest, gdy gospodarze są wegetarianami i gospodarstwo jest zorientowane tylko na roślinne plony, przypuszczam jednak z doświadczenia, że nie jest to łatwe, a na pewno dużo trudniejsze od utrzymywania także hodowli zwierzęcej).
W przeciągu owych siedmiu lat konieczne było też imać się nam innych zajęć. Od sitodruku i szycia toreb, po druk i sprzedaż książek. Z biegiem czasu nieobce nam się stało rzemiosło. Tkanie na krosnach, wyplatanie ze słomy, lepienie glinianych naczyń, szycie tego i owego. Te umiejętności ułatwiają życie na wsi, pozwalają samemu sobie radzić w wielu sytuacjach bez konieczności wynajmowania fachowca, a także od czasu do czasu zarobić choćby na potrzebny materiał, typu właściwie przygotowana słoma, glina, wełna.
Tego wszystkiego nie daje się jednak przeliczyć na koszty zrozumiałe dla mieszczucha. Który przywykł do brania pensji raz w miesiącu i opłacania swoich potrzeb, które inni załatwiają. Dlatego nie ma też zrozumiałego porównania zysków miejskich z tymi na wsi generowanymi. Dla niejednego mieszczucha proste porównanie cyfr oznaczałoby pewnie istną fantastykę. Bo nigdy nie dałby rady przeżyć za tyle w mieście. To jednak są jedynie papierki w ręku. Nie konkrety, które rodzi ziemia.
Po siedmiu latach wytężonego wysiłku, o którym przeciętny mieszczuch pojęcia nie ma, mogę nieśmiało powiedzieć, że zyskiem pracy na takim zorganizowanym gospodarstwie jest czas. Czas dla siebie. Na rozwój swoich zainteresowań i hobby. Latem oczywiście inaczej i zimą inaczej. I inaczej to wygląda względem miasta i potrzeb generowanych dla mieszczuchów przez miasto. I inaczej psychologicznie rzecz biorąc. Bo przecież nie ma pośpiechu, nerwowości, strachu. Jest rytm. Cykl. Pory roku.
Rozpisałam się. Ale to skutkiem noworocznej wciąż daty, w okolicach której robi się bilanse i plany oraz zimowego długiego wieczoru, który trzeba czymś zapełnić. Po dniu przyjemnie i treściwie spędzonym. Na przyrządzaniu kolejnej kilkukilogramowej porcji domowej kiełbasy z kminkiem, pieprznej i czosnkowej i smacznej kolacji z odrobiny pozostałości kiełbasianych z cebulką na patelni przyrządzonych. Oraz cydrem swoim popitych.
Jutro czeka mnie robienie pasztetu. Kolejne zapachy w domu!
16 stycznia 2017
Polski bigos domowy
Zima to czas bigosu. Nie przyrządzam go tylko na święta, ale ot, tak, gdy jest ochota.
Na jesieni w każdym porządnym polskim domu, przynajmniej tym na prowincji, w okolicach końca października, ostatecznie początku listopada kisi się kapustę. Ten odwieczny zwyczaj ma swój wielki sens i warto go podtrzymywać.
Dostęp do kiszonej kapusty w zimie to, razem z cebulą możliwość zaopatrzenia swego organizmu w niezbędną witaminę C. Do tego kiszonka ma swoje właściwości zdrowotne innego rodzaju, w czasie mlecznej posuchy uzupełnia dobre bakterie jelitowe oraz skutkuje także antyrobaczo i antygrzybicznie.
Jeśli ktoś ma problemy brzuszne po zjedzeniu kapusty to należy zawsze pamiętać o dodaniu sporej ilości kminku podczas jej kiszenia, oraz podczas przyrządzania czy to surówek z gotowej kiszonki, czy zup albo właśnie bigosu, pod koniec gotowania sypnięciu dobrej dawki majeranku, tymianku, macierzanki, oregano, rozmarynu, bazylii, itp. ziół jasnotowców, czyli wargowców, które ułatwiają trawienie i pomagają pozbyć się nadmiaru gazów. Jeśli i tak ktoś ma po zjedzeniu kapusty nagły problem, szybkim sposobem pozbycia się ciśnienia w jelitach jest zjedzenie czubatej łyżeczki suchego majeranku, popijając go wodą. Działa w kilka minut!
Ale do rzeczy.
Mając w zimie zapas kiszonej kapusty można poszaleć po staropolsku, czyli przyrządzić bigos. W większej ilości, gdyż bigos lubi być przechowywany dłużej. Dawniej wystawiano go w garach na styczniowy mróz, na co najmniej miesiąc, a potem rąbano do spożycia. Przemrożony i dojrzały zyskiwał na smaku.
Oprócz kapusty ważnym składnikiem tej potrawy jest mięso. Tego ci u nas akurat dostatek. Czasem trafia się uwędzony wcześniej przy jakiejś okazji kawałek mięsa z kością, ale przeważnie są to giczki, kark, miednica koźlęce z dodatkiem kurzyny, gęsiny lub indyczyny, tej ze starszych sztuk, które wymagają dłuższego gotowania. Równie dobrze sprawdza się dziczyzna lub mięso z królika, gdy ktoś ma dostęp, lub własną hodowlę. Oraz kawałek podsmażonej kiełbasy domowej roboty, jak zawsze u nas robionej z koziny.
A oto mój przepis. Wybaczcie, ale nie operuję w nim dokładnymi ilościami składników, to się zawsze robi na oko. I każda wersja, zależnie od możliwości będzie dobra.
Składniki:
Kapusta kiszona w ilości dużej, zapełniającej największy posiadany garnek.
Nieduża główka kapusty świeżej
3-5 suszonych śliwek
Garść suszonych grzybów
Kilka łyżek smalcu, lub kawałek pokrojonej słoniny
Mięso różnego rodzaju, czerwone i białe, także to z kością
Trochę boczku
Kawałek wędzonej kiełbasy
Duża cebula
Przyprawy
Gotowanie bigosu trwa 3 dni.
Pierwszego dnia gotujemy kapustę kiszoną w dużym garnku na niewielkim ogniu, mieszając co jakiś czas, z niewielką ilością wody, z dodatkiem liści laurowych, dwóch-trzech łyżek smalcu i mięsa. Trwać to powinno kilka godzin. Najlepiej więc udaje się na plicie, czyli na płycie żelaznej, opalanej drewnem bądź węglem. Ja świetnie pyrkoczę taki gar całe popołudnie na piecu c.o., takim z fajerkami. Wieczorem można zalać suszone grzyby gorącą wodą, choć ja je tylko przemywam, żeby nie straciły całego smaku, mocząc się w wodzie. Będą miały dość czasu, by zmięknąć w kapuście podczas dwóch następnych dni.
Drugiego dnia szatkujemy główkę świeżej kapusty i zagotowujemy krótko w wodzie, przy uchylonej pokrywce. Po odcedzeniu z wody dodajemy ją do wczorajszej porcji kapusty z mięsem i mieszamy. Dodajemy odmoczone grzyby i śliwki. Co do śliwek, osładzają one smak kwaśnej potrawy, ale także ponadto dodają z czasem posmaku spalenizny, dlatego lepiej dodać ich mniej, niż więcej, zależnie od kwaśności, słoności i dojrzałości kapusty. Dorzucamy ziarenka pieprzu, ziela angielskiego, owoców jałowca. Znów pyrkoczemy na piecu kilka godzin. Przy czym najlepiej jest już wtedy bigos przenieść do dużego wolnowara, bo nie trzeba się troszczyć o przypalenie i częste mieszanie potrawy, żeby nie przywarła. Wieczorem oczywiście zdejmujemy garnek z ognia, lub wyłączamy wolnowar, aby potrawa przestygła, najlepiej w jakimś chłodnym miejscu.
Trzeciego dnia po podgrzaniu bigosu wyjmujemy z niego wszystkie kości, które uwolniły się już od mięsa. Na patelni podsmażamy pokrojone w grube skwarki boczek i na plastry kiełbasę z cebulką, po czym dodajemy do bigosu. Pyrkoczemy, już dzisiaj krócej, niż za poprzednich dni. Pod koniec, dosłownie na kilka minut przed zdjęciem z ognia, dodajemy przyprawy. Dużo zmielonego pieprzu prawdziwego, ostrą chili, majeranku nie należy żałować, za to tymianek i rozmaryn z umiarem, bo z czasem gorzknieją. Dosolić, jeśli jest taka potrzeba (a nie zawsze jest, zważywszy, że kapusta z dna beczułki mogła być bardziej słona).
Garnek z bigosem, lub bigos przełożony z wolnowara do garnka wystawiamy na taras bądź balkon, do solidnego przestygnięcia, a najlepiej zmarznięcia w ciągu mroźnej zimowej nocy. Jeśli zamarznie, to może postać dłużej, nic mu to nie zaszkodzi, a wręcz tylko pomoże. W razie braku takich możliwości (lub akurat mrozu na dworze) można bigos po prostu zamrozić w porcjach w zamrażarce.
Na koniec, w kolejnych dniach, po odmrożeniu potrawy można się nią raczyć, a nadmiar zapakować na gorąco do słoików. Dobrze zakręcone nie wymagają pasteryzacji. Odstawić w chłodne miejsce, w spiżarni, w piwnicy, bądź lodówce. Wytrzymują miesiąc i więcej (zdarzyło mi się jeść zapomniany na trzy miesiące bigos ze słoika stojącego w piwniczce i był nienaganny).
Osobiście nie dodaję do bigosu wina (to tradycja nie polska, i bardziej szlachecka, niż chłopska). Za to oczywiście, z gorącą porcją tej potrawy, ostro przyprawionej kojarzy się kieliszeczek dobrej odstałej nalewki, odpowiednio wcześniej na polskich ziołach lub owocach nastawionej.
Na jesieni w każdym porządnym polskim domu, przynajmniej tym na prowincji, w okolicach końca października, ostatecznie początku listopada kisi się kapustę. Ten odwieczny zwyczaj ma swój wielki sens i warto go podtrzymywać.
Dostęp do kiszonej kapusty w zimie to, razem z cebulą możliwość zaopatrzenia swego organizmu w niezbędną witaminę C. Do tego kiszonka ma swoje właściwości zdrowotne innego rodzaju, w czasie mlecznej posuchy uzupełnia dobre bakterie jelitowe oraz skutkuje także antyrobaczo i antygrzybicznie.
Jeśli ktoś ma problemy brzuszne po zjedzeniu kapusty to należy zawsze pamiętać o dodaniu sporej ilości kminku podczas jej kiszenia, oraz podczas przyrządzania czy to surówek z gotowej kiszonki, czy zup albo właśnie bigosu, pod koniec gotowania sypnięciu dobrej dawki majeranku, tymianku, macierzanki, oregano, rozmarynu, bazylii, itp. ziół jasnotowców, czyli wargowców, które ułatwiają trawienie i pomagają pozbyć się nadmiaru gazów. Jeśli i tak ktoś ma po zjedzeniu kapusty nagły problem, szybkim sposobem pozbycia się ciśnienia w jelitach jest zjedzenie czubatej łyżeczki suchego majeranku, popijając go wodą. Działa w kilka minut!
Ale do rzeczy.
Mając w zimie zapas kiszonej kapusty można poszaleć po staropolsku, czyli przyrządzić bigos. W większej ilości, gdyż bigos lubi być przechowywany dłużej. Dawniej wystawiano go w garach na styczniowy mróz, na co najmniej miesiąc, a potem rąbano do spożycia. Przemrożony i dojrzały zyskiwał na smaku.
Oprócz kapusty ważnym składnikiem tej potrawy jest mięso. Tego ci u nas akurat dostatek. Czasem trafia się uwędzony wcześniej przy jakiejś okazji kawałek mięsa z kością, ale przeważnie są to giczki, kark, miednica koźlęce z dodatkiem kurzyny, gęsiny lub indyczyny, tej ze starszych sztuk, które wymagają dłuższego gotowania. Równie dobrze sprawdza się dziczyzna lub mięso z królika, gdy ktoś ma dostęp, lub własną hodowlę. Oraz kawałek podsmażonej kiełbasy domowej roboty, jak zawsze u nas robionej z koziny.
A oto mój przepis. Wybaczcie, ale nie operuję w nim dokładnymi ilościami składników, to się zawsze robi na oko. I każda wersja, zależnie od możliwości będzie dobra.
Bigos domowy polski
Składniki:
Kapusta kiszona w ilości dużej, zapełniającej największy posiadany garnek.
Nieduża główka kapusty świeżej
3-5 suszonych śliwek
Garść suszonych grzybów
Kilka łyżek smalcu, lub kawałek pokrojonej słoniny
Mięso różnego rodzaju, czerwone i białe, także to z kością
Trochę boczku
Kawałek wędzonej kiełbasy
Duża cebula
Przyprawy
Gotowanie bigosu trwa 3 dni.
Pierwszego dnia gotujemy kapustę kiszoną w dużym garnku na niewielkim ogniu, mieszając co jakiś czas, z niewielką ilością wody, z dodatkiem liści laurowych, dwóch-trzech łyżek smalcu i mięsa. Trwać to powinno kilka godzin. Najlepiej więc udaje się na plicie, czyli na płycie żelaznej, opalanej drewnem bądź węglem. Ja świetnie pyrkoczę taki gar całe popołudnie na piecu c.o., takim z fajerkami. Wieczorem można zalać suszone grzyby gorącą wodą, choć ja je tylko przemywam, żeby nie straciły całego smaku, mocząc się w wodzie. Będą miały dość czasu, by zmięknąć w kapuście podczas dwóch następnych dni.
Drugiego dnia szatkujemy główkę świeżej kapusty i zagotowujemy krótko w wodzie, przy uchylonej pokrywce. Po odcedzeniu z wody dodajemy ją do wczorajszej porcji kapusty z mięsem i mieszamy. Dodajemy odmoczone grzyby i śliwki. Co do śliwek, osładzają one smak kwaśnej potrawy, ale także ponadto dodają z czasem posmaku spalenizny, dlatego lepiej dodać ich mniej, niż więcej, zależnie od kwaśności, słoności i dojrzałości kapusty. Dorzucamy ziarenka pieprzu, ziela angielskiego, owoców jałowca. Znów pyrkoczemy na piecu kilka godzin. Przy czym najlepiej jest już wtedy bigos przenieść do dużego wolnowara, bo nie trzeba się troszczyć o przypalenie i częste mieszanie potrawy, żeby nie przywarła. Wieczorem oczywiście zdejmujemy garnek z ognia, lub wyłączamy wolnowar, aby potrawa przestygła, najlepiej w jakimś chłodnym miejscu.
Trzeciego dnia po podgrzaniu bigosu wyjmujemy z niego wszystkie kości, które uwolniły się już od mięsa. Na patelni podsmażamy pokrojone w grube skwarki boczek i na plastry kiełbasę z cebulką, po czym dodajemy do bigosu. Pyrkoczemy, już dzisiaj krócej, niż za poprzednich dni. Pod koniec, dosłownie na kilka minut przed zdjęciem z ognia, dodajemy przyprawy. Dużo zmielonego pieprzu prawdziwego, ostrą chili, majeranku nie należy żałować, za to tymianek i rozmaryn z umiarem, bo z czasem gorzknieją. Dosolić, jeśli jest taka potrzeba (a nie zawsze jest, zważywszy, że kapusta z dna beczułki mogła być bardziej słona).
Garnek z bigosem, lub bigos przełożony z wolnowara do garnka wystawiamy na taras bądź balkon, do solidnego przestygnięcia, a najlepiej zmarznięcia w ciągu mroźnej zimowej nocy. Jeśli zamarznie, to może postać dłużej, nic mu to nie zaszkodzi, a wręcz tylko pomoże. W razie braku takich możliwości (lub akurat mrozu na dworze) można bigos po prostu zamrozić w porcjach w zamrażarce.
Na koniec, w kolejnych dniach, po odmrożeniu potrawy można się nią raczyć, a nadmiar zapakować na gorąco do słoików. Dobrze zakręcone nie wymagają pasteryzacji. Odstawić w chłodne miejsce, w spiżarni, w piwnicy, bądź lodówce. Wytrzymują miesiąc i więcej (zdarzyło mi się jeść zapomniany na trzy miesiące bigos ze słoika stojącego w piwniczce i był nienaganny).
Osobiście nie dodaję do bigosu wina (to tradycja nie polska, i bardziej szlachecka, niż chłopska). Za to oczywiście, z gorącą porcją tej potrawy, ostro przyprawionej kojarzy się kieliszeczek dobrej odstałej nalewki, odpowiednio wcześniej na polskich ziołach lub owocach nastawionej.
12 stycznia 2017
Zwierzęta zimą
Przetrwanie niebywałego od kilku lat ataku Pani Zimy nie jest trudne. Mróz w nocy sięgał 25 stopni. Ot, zamiast jednej taczki drewna trzeba przywieźć pod dom dwie. Rozpalić dodatkowo w ścianowym piecu rano i wieczorem. Ubrać sweter do chodzenia po domu przed południem, gdy jeszcze c.o. nie ruszyło. Po południu już trzeba się rozbierać, bo gorąco. Poza tym tak samo.
Świat zrobił się malowniczo biały za oknem, choć jakoś nie ciągnie do dłuższych spacerów, przynajmniej mnie. Wystarcza mi zrobienie popołudniowego obrządku zwierząt, który trwa dość krótko, bo nie ma o tej porze udoju. Nakarmić każdą kozę osobno, napoić, przynieść z domu kolejne wiadro ciepłej wody (w taki mróz bardzo lubią ciepłą), bo wypijają nawet trzy wiadra, przynieść kostkę siana, podrzucić im do żłobów. Przy okazji nakarmić drób, zamknięty w taki czas w kurniku.
Pogadać z nimi chwilę. Pokrzyczeć, gdy się biją na rogi, lub niecierpliwią. Choć każda zna swoją kolejkę i raczej żadna nie wstaje wcześniej z ogrzanego miejsca, niż wypada, ale zdarzają się niecierpliwe, które uważają, że powinny być pierwsze. Gwiazda, Luba, Malwina, kozy z charakterkiem.
Oba koźlęta mają się dobrze, rosną, są zdrowe, wesołe i ruchliwe.
Po czym należy pożegnać się kulturalnie i zamknąć szczelnie oborę, żeby wiatr nie zrobił jakiejś niespodzianki.
Dla rozrywki wzięło nas na dietę i oczyszczanie tak samo ciała, jak umysłu (haha). Noce, długie i nudne sprzyjają medytacji, którą nagle znowu zaczęłam z przyjemnością uprawiać, nawet godzinami, gdy spać się nie chce.
Maciuś przeszedł dwa dni temu inicjację. Złapał mianowicie w kuchni męcząco tuptającą po kątach od jakiegoś czasu mysz. Mysz okazała się całkiem sporym mysiorem. Było trochę ambarasu, bo zdobycz krzyczała wniebogłosy, psy się zbiegły i koniecznie chciały kotu dopomóc, aż ten nie wiedząc co czyni wziął i swój lup wypuścił z zębów. Mysior przyczaił się w kącie na jakiś czas, ale został ponownie znaleziony i wydobyty, i już ledwie zipał. Kot, nie wiedząc co dalej się robi z nieczynną zabaweczką, oddał ją łagodnie Labie, która wzięła ją w zęby, a wtedy mysior ostatkiem sił drgnął i zdumiony pies wypuścił go z pyska. Myszka zbiegła pod łóżko, gdzie ją w końcu wypatrzyłam przy pomocy latarki. Całkiem blisko. Dało się wyciągnąć padlinę na szufelce i bezpiecznie zutylizować.
- Och, Maciusiu, Maciusiu! Dzielny z ciebie chłopak! - pochwaliła go pani od psów.
Świat zrobił się malowniczo biały za oknem, choć jakoś nie ciągnie do dłuższych spacerów, przynajmniej mnie. Wystarcza mi zrobienie popołudniowego obrządku zwierząt, który trwa dość krótko, bo nie ma o tej porze udoju. Nakarmić każdą kozę osobno, napoić, przynieść z domu kolejne wiadro ciepłej wody (w taki mróz bardzo lubią ciepłą), bo wypijają nawet trzy wiadra, przynieść kostkę siana, podrzucić im do żłobów. Przy okazji nakarmić drób, zamknięty w taki czas w kurniku.
Pogadać z nimi chwilę. Pokrzyczeć, gdy się biją na rogi, lub niecierpliwią. Choć każda zna swoją kolejkę i raczej żadna nie wstaje wcześniej z ogrzanego miejsca, niż wypada, ale zdarzają się niecierpliwe, które uważają, że powinny być pierwsze. Gwiazda, Luba, Malwina, kozy z charakterkiem.
Oba koźlęta mają się dobrze, rosną, są zdrowe, wesołe i ruchliwe.
Po czym należy pożegnać się kulturalnie i zamknąć szczelnie oborę, żeby wiatr nie zrobił jakiejś niespodzianki.
Dla rozrywki wzięło nas na dietę i oczyszczanie tak samo ciała, jak umysłu (haha). Noce, długie i nudne sprzyjają medytacji, którą nagle znowu zaczęłam z przyjemnością uprawiać, nawet godzinami, gdy spać się nie chce.
Maciuś przeszedł dwa dni temu inicjację. Złapał mianowicie w kuchni męcząco tuptającą po kątach od jakiegoś czasu mysz. Mysz okazała się całkiem sporym mysiorem. Było trochę ambarasu, bo zdobycz krzyczała wniebogłosy, psy się zbiegły i koniecznie chciały kotu dopomóc, aż ten nie wiedząc co czyni wziął i swój lup wypuścił z zębów. Mysior przyczaił się w kącie na jakiś czas, ale został ponownie znaleziony i wydobyty, i już ledwie zipał. Kot, nie wiedząc co dalej się robi z nieczynną zabaweczką, oddał ją łagodnie Labie, która wzięła ją w zęby, a wtedy mysior ostatkiem sił drgnął i zdumiony pies wypuścił go z pyska. Myszka zbiegła pod łóżko, gdzie ją w końcu wypatrzyłam przy pomocy latarki. Całkiem blisko. Dało się wyciągnąć padlinę na szufelce i bezpiecznie zutylizować.
- Och, Maciusiu, Maciusiu! Dzielny z ciebie chłopak! - pochwaliła go pani od psów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







