17 grudnia 2022

Śmięciowisko

W przerwie między śniegami zajechała do nas ekipa urzędowa zbadać komisyjnie i udokumentować na piśmie i fotograficznie jak sobie radzimy z kompostowaniem odpadów roślinnych tudzież segregacją śmieci. Ponoć z losu nas ten zaszczyt kopnął, ale mniemam, że to początek zaciskania się więzi systemu z prostym ludem. Bowiem opłat za pewien rodzaj wywożonych śmieci nie chcemy, bo z jakiej racji.

Cóż może robić rolnik i do tego ogrodnik z odpadami butwiejącymi i gnijącymi, jeśli nie wyrzucać na kompost? Aby i zwierzyna też z tego coś miała, no i gleba. Nawet popiół piecowy z drewna jest bardzo cennym składnikiem tegoż.

Komisja zajrzała także do kosza, robiąc fotkę śmieciom i badając czy są właściwie posegregowane.
Szkoda, że los nie padł na jakąś samotną niedorajdę, starowinkę albo ród troglodycki, bo z pewnością włos by się jeżył, a urząd miałby co robić dodatkowo, uświadamiając pospólstwo jak odróżnić plastik od szkła, a tkaninę od papieru. Szkło klasycznie w las leci w miarę jak naczynia są opróżniane w drodze ze sklepu, butelki plastikowe i puszeczki również, więc po co kosze i te wszystkie udziwnienia, jak i tak śmieć to śmieć, nie inaczej.

Kompostownik urządzony w zarekwirowanej spod gminnego sklepu dużej drewnianej skrzyni opakowaniowej spodobał się nader. Fotogeniczny. Brnąć dalej pośród śniegów w pole, gdzie więcej odpadów się kisi nikomu nawet nie przyszło do głowy. I tak pod białym puchem niewiele było widać.

Teraz to już zupełnie nic, bo efekty śnieżycy sprzed kilku dni zostały wczoraj dowartościowane i uwznioślone, aczkolwiek obyło się bez poprawki z łopatowania. 
Karmimy ptaszki, które zaglądają codziennie na taras. Głównie to młoda sójka w towarzystwie sikorek bogatek jak na razie. Skórki ze słoniny wywieszone, dodaję jeszcze naczyńko z kawałkami smalcu, posypanego różnymi ziarenkami, który całkiem dziobatym wchodzi, jak widzę. Potrafią również podczas obrządku rano i popołudniu żwawo i szaloną śmiałością zlecieć z nieba i porwać kawałek dyni z nasionami, krojonej dla kóz.  

12 grudnia 2022

Zimowanie

Na zimowe smętki, rodzące się z krótkiego dnia, długich wieczorów i przebywania we wnętrzu, do czego u mnie dochodzi zmęczenie wzroku sztucznym światłem i żmudną pracą pisarską najlepsze jest odśnieżanie w piękny, spokojny i pogodny dzień po śnieżycy, która już przeszła.

Napadało, owszem. Wyskoczyłam na taras wystawić tłuszczyk dla sikorek, które w taki czas zaglądają codziennie w moje okienko przy komputerze. Potem przedarłam się z łopatą do ziemianki po zapasy i po powrocie triumfalnie postawiłam pełną torbę zakupową na blacie kuchennym oznajmiając:
- Wróciłam ze sklepu!
Dowcip w tym, że na Podlasiu piwniczki zewnętrzne zwane są sklepami, skrótem od słowa sklepienie.
I wypakowałam świeżą dostawę ogórków, przecieru pomidorowego, soku jabłkowego, dżemu i paprykowego sosu do pizzy. Zimować bez wizyty w Biedronce mogłybyśmy do wiosny, a na upartego i dłużej, bez większego dyskomfortu, zatem nawet duże niedogodności pogodowe nie są nam straszne. Jak zresztą każdemu zapobiegliwemu wieśniakowi.
Zwykłam przed zimą zaopatrywać się w większy zapas kawy, kakao, herbaty, soli, cukru, mąki ziemniaczanej, ryżu, makaronu i płatków kukurydzianych, także w przyprawy nieziołowe (bo ziołowych jest aż nadto ze swojej uprawy) w rodzaju pieprzu czy ziela angielskiego albo przyprawy korzenne są zawsze w większej ilości kupowane, żeby nie musieć stanąć nagle przed ich brakiem. Takoż są w domu zawsze tłuszcze, zapałki, papier toaletowy, mydło, środki czyszczące w większym zapasie niż czynią to miastowi. No, i trochę domowego wina albo cydru na ewentualnego grzańca, stawianego na piecokuchni w zimny czas również się znajduje, gdyby ochota przyszła. Mocnych trunków nie używam, to już nie ten wiek i zdrowie. Choć zdrowotną nalewkę na porzeczkach czy aronii zazwyczaj nastawiam w niewielkiej ilości. Przydaje się, gdy dobiera się jakiś bakcyl albo trzeba się szybko rozgrzać po powrocie z pracy na dworze. 

Odśnieżyłyśmy na spółkę podjazd, Anna oczywiście więcej, bo młodsza i silniejsza, i teraz mamy malownicze góry na naszej podlaskiej nizinie w zasięgu ręki. Śniegu napadało do kolan. Ale można już poruszać się swobodnie stałymi ścieżkami aż do bramy. Zostało jeszcze przebić się do pracowni, drewutni i na tyły paszarni do drewna zgromadzonego tam pod dachem. To już jutrzejsze zadanie.

Ptaki zostały wypuszczone z tej okazji z zamknięcia i zażyły nieco światła i swego towarzystwa. Z zapałem jedzą świeży śnieg (nie dlatego, że nie mają wody, bo mają, zawsze świeżo nalewaną i nie zamarzniętą). Psy tarzają się, łapią ów śnieg w paszcze, biegają jak szalone robiąc świeże ślady na nietkniętej powierzchni. Jeden Balbin tylko dzisiaj dość szybko zrejterował i skrył się na ściółce w kurniku, widocznie łapki mu zmarzły. Dawał stamtąd uparte i głośne sygnały zawiadamiające gdzie jest i nawołujące niewierną żonkę do powrotu ku niemu.

Póki co dobrze jest.

11 grudnia 2022

Śnieżyca

Brygida ruszyła od wschodu, przynosząc zamieć od wczesnego poranka. Śnieg pada nieustająco, na szczęście jest suchy i lekki, wiatr go zwiewa i nie zalega ciężkimi płatami na gałęziach drzew. Choć wszystko jeszcze przed nami. Póki mamy prąd wrzucam zdjęcia z dzisiejszego dzionka. 

Jutro zaś odśnieżanie. Dzisiaj jakoś udało się przebrnąć do obory na obrządek, choć do kaloszy się nasypało. Drób i kozy pod dachem zostały zatrzymane. W tumanie na pewno by się pogubiły.

Tak patrząc na powyższe zdjęcie uświadomiłam sobie, że ów dąb na schwał, już jakiś 80-latek na pewno, jeśli nie więcej, który strzeże naszego obejścia zasługuje na jakieś imię. Trzeba coś wymyślić. Jutro z nim pogadam.

5 grudnia 2022

Ciepłe sople

No, i gdzie ten wielki mróz, sztuczna inteligencjo? Tu mam na myśli nie tylko twór cybernetyki, ale i inteligentów dziennikarzy odpowiedzialnych za wiadomości...

Przyszedł ciepły wietrzyk, śnieg taje, aczkolwiek zalega płatami na polach i pod dachami, gdzie poczynił skupiska, zsuwając się w dół. Temperatura stała i w dzień i w nocy około zera. Co do wiatru, nawet niezbyt silnego, to nie lubię go zimą, ponieważ zawsze wychładza mieszkanie i trudniej jest je ogrzać. Po prostu i w środku pojawiają się tajemne cugi wewnętrzne, które przeganiają ciepło. Do tego przy odwilży gorzej pali się w piecu, cug jest gorszy i trzeba palić umiejętniej, suchszym i lepiej porąbanym drewnem. Tym niemniej nie ma tragedii przy takim poziomie zimna-ciepła, jakie jest na zewnątrz i słabych powiewach. Kapią sople lodu, tworzące się w dzień.


No, cóż liczą się drobne radości. Anna uruchomiła władka dzięki wyprostowaniu akumulatora w domu i wyruszyła kończyć zwózkę przygotowanych gałęzi z leśnej działki. Leśniczy już był ostrzegł, że trzeba się pospieszyć, bo wchodzą wielkie machiny i będą wszystko mielić na miejscach ścinki.
A ja piszę, studiuję, czytam, oglądam filmy w internecie i gotuję. Dziś krupnik z kaszy gryczanej niepalonej z warzywami. Uwarzony na fajerach piecokuchni. Anna wolała jednak pizzę z żółtym serem od naszych kóz i sosem paprykowym mojej roboty z elektrycznego piecyka do pizzy.

28 listopada 2022

Urlop za pasem

W szybkim tempie zmieniła się diametralnie narracja sztucznego proroka odnośnie pogody tej zimy, mamy już zapowiedzi nadchodzących przedwcześnie silniejszych mrozów. Na razie oscylujemy przy temperaturach granicznych między plusem a minusem. Śnieg zsuwa się hałaśliwie z dachów, powoli topnieje, ale nie jest to zewnętrznie odróżnialne.

Palenie w piecu mam we krwi, od dziecka, zatem nie jest to nic, na co bym narzekała. Anna przeszła na zajęcia domowe, przez co mnie przybyło nieco wolnego czasu, bo zdarza się, że pozamiata, obiad ugotuje, przynosi też drewno i rano czyni sama obrządek. Trochę urlopu obu nam się należy.

Ponieważ śnieg zakrył panele fotowoltaiczne na dachu to i oszczędzać na elektryce trzeba. Zimno nie sprzyja lepieniu ani wysychaniu gliny, zatem czekamy do wiosny. Ruszyło trochę szycie, przeszywanie, łatanie, zszywanie w zamian. Także czytanie książek i oglądanie filmów.

Póki co pokażę ceramiczne dzieła Anny z minionego sezonu.


 Trochę koloru urozmaica biało-czarne kontrasty zimowe w otoczeniu.

25 listopada 2022

Fałszywe ciepło

Sztuczny prorok z takim fałszywym triumfem obwieszczał ciepłą zimę w tym roku, że zmiana na zimną, która nadeszła z dnia na dzień, każe wierzyć w tekst święty. Prawda jest w nas i nas wyzwoli. 

Na szczęście zgromadzone zapasy pozwalają nam zimować nawet do wiosny bez żadnych zakupów w Biedronce, zatem zaśnieżone drogi nie są nam straszne. 

Gusie, Balbin z żoną Pulcią ciekawie zaglądają do wnętrza, nie tylko z ciekawości, ale i dla rozgrzewki, bo z ziemianki bucha ciepłem w porównaniu z temperaturą zewnętrzną, ciągle już na minusie. 

Cieplica skulona pod śniegiem skrywa wewnątrz trochę świeżej zieloności. W tle zaś długi tunel już bez osłony, którą przedwczoraj udało się nam ściągnąć dosłownie w ostatniej chwili przed nadejściem większego mrozu, w chwili lekkiego ocieplenia klimatu. Ostatnie zielone liście pekińskiej kapusty trafiły do ptasich dziobów na osłodzenie monotonnego czasu i uboższej w witaminy diety.

Kozy zaś całymi dniami stacjonują pod dachem na sianie i owsie, przy otwartych wrotach, aby mogły zaznawać światła dziennego i świeżego powietrza. Zorka i Florka wręcz tak się przestraszyły białej zasłony, że trzeba je za uszy wyciągać na śniadanie i kolację z boksów.

22 listopada 2022

Funkcjonalność

Piecokuchnię udało się odpalić bez problemu. Acz ciśnienie trzeba jeszcze ciągle kontrolować, nim się ustabilizuje woda w instalacji. Daje to pewną niedużą nerwową napinkę, ale poza tym jest dobrze i ciepło. Łazienne ablucje można wypełniać w pełnym komforcie. Piec chodzi od południa do 19 wieczorem. Po czym jego funkcję przejmuje ścianówka, aż do rana. 

Wyjrzałam kilka razy na dwór popatrzeć na dym z komina. Na początku po rozpaleniu leci trochę białego dymku, po czym zanika, to jeśli chodzi o piecokuchnię. W ścianowym pali się zaś wieczorem naręcz drewna przez półtorej godziny, i ten sam brak efektu wizualnego. Jest zatem jak trzeba.

Ptaki przeszły pierwszy zimowy szok, ale także już nabrały wprawy. Tylko jedna najstarsza kura wzięła i zdechła. Słabowała już od jakiegoś czasu i tak doczekała naturalnego końca w kurniku bez ostatecznej wyzwalającej z okowów żywota traumy. W ten sposób odchodzi od nas stado, które w tym roku nie zechciało się odnowić, a my nie naciskałyśmy. W przyszłym sezonie spróbujemy życia bez kur, ale z innym drobiem, mniej inwazyjnym.

Anna wybrała się tymczasem na badania. Drętwieje jej ręka, lekarz zbadał, podejrzewa cieśnię i dał kolejne adresy do obskoczenia. Terminy badań są aż do wiosny. Namawiam ją na sposoby alternatywne. Sama preferuję ćwiczenia chińskie, najlepsze dla 50+. Przeżyłam już w ten sposób zapalenie barku i kłopoty z nadgarstkiem również, wywołane wiosennym wzmożonym dojeniem.

Także samochód dostał nowe zimówki.

Co do użytkowania zmywarki, którą wreszcie, dawno już kupioną, dołączyłyśmy jakiś czas temu do systemu domowego, mam dobre recenzje. Latem oszczędzając szambo wylewałam wodę ze zmywania do ogródka, co dawało jeszcze duży zysk dla roślin w czas suszy, więc wiem ile dziennie szło. Bywało że 10-12 wiaderek szarej wody. Przy przetwarzaniu mleka i warzyw sporo tego zawsze wychodzi. Teraz rewelacja! Zmywarka jest włączana raz na 4 dni, bo tyle nam zajmuje zabrudzenie zestawu talerzy, sztućców i słoików. W funkcji eko zużywa 10 litrów wody, a prądu też malutko, zwłaszcza w słoneczne dni - to właściwie nic. Jest niesamowita różnica. A ja mam wreszcie suche dłonie i nie zmywam co chwila przez cały dzień, drugi zysk.

Dla ozdobienia wpisu zdjęcie pracy rąk Aninych (już znalazły nowy dom):




17 listopada 2022

Przedzimie

Nadeszły niskie "pograniczne z zerem" temperatury, co prawda raptem od dzisiaj. Jeszcze trwam przy paleniu w kuchni, ale jutro planujemy rozruch c.o.

Anna przez dwa dni wydobyła z ostatniego boksu urobek kozi w ilości dwóch czubatych fur i wywiozła go częściowo na kompost, a częściowo do użyźnienia ogrodu. Sama, przy mojej zgoła niewielkiej pomocy przy rozładunku. Pomocników brak. Ci co są mało się już nadają do ciężkiej pracy. Najmłodszy, silny i sprawny, który by to zrobił w kilka godzin, akurat "nie lubi babrać się w gnoju" i co poradzisz!

Odinstalowałyśmy także nawodnienie tunelu, ostatki roślinne zostały zebrane (oprócz pekinki, która potrafi przetrwać przymrozki bez uszczerbku), zatem buraki ćwikłowe, brukiew, rzepa, rzodkiewka, resztki pomidorków koktajlowych (wrzucam je kurom do gara i mają smakowite jedzonko, które uwielbiają), seler naciowy, różne zieleninki, które idą na susz i zasilają nas w swoje smakowitości do następnego sezonu.

Zwózka gałęziówki utknęła dzisiaj, bo traktor po nocnym przymrozku zastrajkował, trzeba było wymontować akumulator i przynieść do domu. Jednak Anna uparciucha i tak poszła do lasu i popracowała przy ściąganiu gałęzi na dogodne miejsce zbiorcze.

Kury przestały się nieść. Naturalnie. Kozy się nudzą, dostają siano na kaczym dołku i "pasą się" na powietrzu kilka godzin dziennie. Las już opadł z liści, pastwisko wygryzione i uschłe do cna, jabłka przestały spadać, taki czas. Tymczasem okazało się, że zaćmienia na niebie przyniosły złe efekty i wilki wiedziały przed czym ostrzegają wyjąc z wiadomego kierunku w dzień przodków naszych. Ech. Najbliższe lata łatwe nie będą, trzeba nauczyć się znosić codzienne trudy, braki, zakazy i wymagania oraz przede wszystkim strach. Kto jeszcze się nie nauczył i nie wypraktykował, oczywiście. Mnie to jakoś mało wzrusza. I sny odeszły.

7 listopada 2022

Wilcze szczęście

Nastały mgliste wilgotne dni właściwie od chwili, gdy słońce weszło w znak Skorpiona, jeszcze w październiku. Czasem kilka promyków wychyla się w ciągu dnia zza chmur, ale to rzadkość. Do tego zmiana czasu wydłużyła wieczory, i ktoś kto wstaje nawet o 10 rano jak ja, musi szybko cieszyć się dziennym światłem, żeby nie popaść w melancholię.

Anna jeszcze przed Wszystkimi Świętymi chwyciła za widły i zdołała załadować kilka fur obornikiem, który wywiozła tu i ówdzie dla wzmocnienia żyzności gleby ogrodowej. Niestety, wciąż największy boks pozostaje nieruszony. Bo weszły święta a z nimi dopadł nas obie katar z krótkotrwałym na szczęście bólem gardła. Pomogły witaminy C i D3, które zawsze są w domowej apteczce, krople do nosa (oj, bez nich krucho by było!), tabletki od bólu głowy i dawki koncentratu jodu, który od jakiegoś czasu suplementuję. Tu muszę stwierdzić, a ciekawa byłam, że nieco większa niż zwykła codzienna dawka owej słonej wody wywołała zbawienną gorączkę tak samo jak jodek potasu z aptecznej buteleczki o nazwie płyn lugola, o czym opowiadałam na tym blogu już nie raz. Wieczorem chwycił mnie ból gardła, w nocy przyszły dreszcze i zaraz gorączka, która otarła się o 38 stopni, i rano ból zniknął, pozostawiając jedynie chrypkę, która trwała dwa dni. O dolegliwościach już nie pamiętamy obie.

Anna zaś wsiadła na traktor i zwozi od wczoraj "chrust" z działki leśnej, który tam naskładała jeszcze wiosną. Nawilgł od rosy i mgieł i pachnie intensywnie grzybami, ale fura za furą pozwala swoje złożyć do kupki. Rosnącej z dnia na dzień systematycznie. 

Z innych nowin, w sam wieczór Wszystkich Świętych, gdy nad wschodnio-południowym lasem unosił się świetlisty róg księżyca w kwadrze wywołał nas na taras szczególny dźwięk. Wstrzymałyśmy oddech nasłuchując. I zaraz przyszedł odbijający się niesamowitym echem od ściany drzew wilczy głos. Najpierw pojedynczy, potem dołączył drugi i trzeci, w pewnej odległości, od wschodnio-południowej strony. Wilki wyły do siebie, wycie niosło się wilgotnym powietrzem niesamowicie wyraźnie, a psy wioskowe ujadały wściekle spod swoich bud.
- Dziady przyszły! - orzekłam. - Coś się szykuje niedaleko od nas.
- No, pięknie. Jeszcze i wilków nam brak do szczęścia...

31 października 2022

Czas leci, obrazy znikają

Czas leci, ale co tam! To tylko czas. Iluzja wieczności. Jak fotografie, które robimy z taką pasją, aby go zatrzymać, a zasada pozostaje zawsze poza.

Tak naprawdę nie lubię zdjęć. Mój ojciec był zapalonym i utalentowanym fotografem, wywoływał zdjęcia samodzielnie w domu przy czerwonej żarówce, w czym mu towarzyszyłam jako kilkulatka. Fascynowały mnie kształty i postaci wynurzające się na białym papierze po zanurzeniu w wywoływaczu, które miałam za zadanie przenosić w porę do utrwalacza. Trzeba było wyczuć moment, żeby nie przedobrzyć, bo kontury robiły się zbyt ciemne.

Niestety, nie odkryłam w sobie jego uzdolnień. To jakieś specjalne czucie chwili. Gdy trzeba pstryknąć, i aby zdjęcie miało w sobie ducha, a nie było beztreściową kopią zewnętrznego świata. To znaczy zawsze jest kopią, w sensie filozoficznym, ale bywa że lepszą lub gorszą. No, więc mnie wychodziły zazwyczaj gorsze kopie. Może dlatego, że mam wadę wzroku? Ale mój tata też ją miał i mam ją po nim. Brakło mi zwyczajnie tego czegoś, co starożytni nazywali talentem właśnie.

Między innymi to jest przyczyna niewielkiej ilości zdjęć na tym blogu. Zresztą przeważnie nie są mojego autorstwa. Już dawno zarzuciłam aparat fotograficzny, a obsługi bardziej skomplikowanych komórek po prostu nie opanowałam, ani nawet nie mam takiego zamiaru. 

Niektóre prymitywne ludy uważają, że zdjęcie zabiera istocie sfotografowanej duszę. Może coś w tym jest. Może nie aż tak, ale poniekąd, zwłaszcza gdy się nie pojmuje -jak owe ludy - zasady mechanicznej robiącej fotografie i przypisuje jej coś, co teraz może nazwalibyśmy sztuczną inteligencją, martwą świadomością, deux ex machina. Jednak współcześnie pojawiły się wieści, prawdziwe czy nie, ty to wiesz, że technologia pracuje nad zassaniem w siebie ludzkiej duszy. Zatem gruszek w popiele nie zasypujmy, czuwajmy, bo jak zaśniemy, nie wiadomo czy się obudzimy! Tacy jak teraz, bo może coś nam odmieni świat na inny, podobny jedynie, pozbawiony "talentu", "iskry bożej", "geniuszu", "ducha" i duszy właśnie? Brr.

Dawniej słowa, opowieści służyły za medium przekazujące obrazy. A wraz ze słowami ton głosu, dźwięki, melodia mowy, powtórzenia, okrzyki i inne chrumkania, oraz miny i gesty, które z pewnością opowiadający czynił. Każdy więc odbierał przekazywany obraz w sobie, w głębi, na bazie własnych doświadczeń. Czasem więc pewnie dociekał czegoś, czego nie pojął, rozpytując opowiadającego o szczegóły, przybliżenia i była taka możliwość, aby się dogadać, a nawet razem coś odkryć.

Obecnie fotka czyni to za tysiąc słów. W całkowitym milczeniu. Czasem waląc w oczy rażącą albo prze-zachwycającą treścią ujętą w kolory i kontury, ujęcia perspektywy, a czasem znikając wraz z zamknięciem na nią oczu bezpowrotnie.

Właściwie to nie wiem o czym chciałam konkretnie powiedzieć. Ten wpis jest bezzasadny. Dlatego dam na koniec kilka fotek z gospodarstwa dla nakarmienia niczyjej uwagi.

Jesień.

Z daleka i z bliska.

17 października 2022

Naturalny nadruk

Pośród ostatnich zbiorów i przetwarzań Anna wpadła w objęcia nowego hobby. Jakiś czas temu musiała, ze względu na projekty w domu kultury, wrócić do sitodruku. Co obudziło w niej dawne zamiłowania poligrafa. Z tego powodu zaliczyła w tym roku odpowiednie kursy, aby się dokształcić. Jeden w temacie druku na ceramice. I ostatnio - sztuki zwanej ekoprintem. Oznacza to drukowanie liśćmi na tkaninie. Nie tylko liśćmi, bo kolory można uzyskać z różnych przypraw, typu kurkuma czy papryka. Wciągnęło ją. 

Na kuchnię powędrował wyciągnięty z piwnicy wielki kocioł, służący do farbowania. A szanowna artystka buszuje po krzakach wszędy i owędy, aby najbardziej farbujące liście odnaleźć i jeszcze przed zimą wykorzystać, opanowując nowe rzemiosło. Ponoć najefektowniej wychodzi liść sumaka.

Rezultaty może są jeszcze dyskusyjne, ot, pierwsze próby, ale popatrzcie sami.


Osobiście widzę tu świetny biznes preppersowski, koszulki maskujące dla buszujących w lesie.

Ewentualnie pamiątka z Puszczy.


Osobiście, przyzwyczajam się dopiero do tego kanonu piękna. Choć bycie niewidzialnym na tle lasu, który mnie otacza, jest bezwzględnie w moim guście.

To co powyżej oddaje możliwości nadruku przez naturalne zabarwienie liści jesiennych. Na wiosnę będzie nowa przygoda i nowa jakość kolorystyczna.

9 października 2022

Grzyby, ceny, porządki

Niedawno pojawiły się wreszcie grzyby, głównie maślaki, z rzadka kurki, prawdziwki to tylko na zdjęciach fejsbókowych niektórych szczęściarzy można podziwiać. Bywają też zielonki, co zapowiada doroczny "koniec grzybów". Czyli nie ma co liczyć na uzupełnienie zapasów suszu. Nawet zajączków, czyli podgrzybków nie uświadczysz.
Anna wybrała się jednego popołudnia w las za domem, nazbierała wiadereczko maślaków, nad którym biedziłam się całe kolejne popołudnie. Część trafiła na patelnię do obiadu, garść do leczo następnego dnia, a resztę zapakowałam do dwóch słoiczków i zalałam zaprawą octową, będą na później. Również kani jest wysyp w naszym sadzie, na pastwisku i niekiedy przyrządzam sławny kotlet.

Ostatnie pomidory z tunelu, ostatnie jabłka, antonówki. Przerabiam je na mus. Pomidory na pastę do pizzy. Ostatnie maleńkie dyńki w ogródku przy domu, seler naciowy na susz. Układamy także porżniętą gałęziówkę pod daszkami, gdzie się da, aby nie mokła. 

W Biedrze uzupełniamy zapas cukru, bo zeszłoroczny wyszedł. Przydał się w czasie nagłej cukrowej zwyżki cen. Nie liczę na ich spadek. Pozory mylą. To się już nie stanie. Sklep zresztą stosuje chwyty zachęcające do kupowania, dając rabat 15 złotych za zakupy powyżej 100. W przeliczeniu na uchwyt cukru obniża to jego cenę około złotówki, z 6 na 5. W gospodarstwie to ważny konserwant i raczej nie należy zdawać się na przypadek, gdy jest wysyp owoców. Nawet gdy pszczelarstwo padło i nie trzeba owadów dokarmiać.

W komisie meblowym w sąsiednim powiecie kupiłyśmy duży drewniany stół na taras. Udało się go samodzielnie załadować na pakę (nieco wystawał, ale kulturalnie), umocować, przywieźć, wyciągnąć i ustawić. Taras wymaga jeszcze sporo porządkowania, co wymaga wolnego czasu. W miarę postępu jesieni będzie go więcej, więc trwam w spokoju.

Jedna drewutnia, najstarsza, zbutwiała już zupełnie i wymaga postawienia od nowa. Tej zimy trzeba będzie wybrać z jej obrębu zalegające tam drewno (o ile śnieg go nie zasypie), a w przyszłym sezonie będziemy znów bawić się w budowlańców.

Poza tym ważne: obecna pełnia księżycowa na niebie przekonała jednak kozy do dorocznego święta miłości. Dwa dni wcześniej zaczęła ruję jedna koza, teraz już wszystkie merdają ogonkami. Trwają zaloty.

I tyle nowin gospodarskich.