31 października 2022

Czas leci, obrazy znikają

Czas leci, ale co tam! To tylko czas. Iluzja wieczności. Jak fotografie, które robimy z taką pasją, aby go zatrzymać, a zasada pozostaje zawsze poza.

Tak naprawdę nie lubię zdjęć. Mój ojciec był zapalonym i utalentowanym fotografem, wywoływał zdjęcia samodzielnie w domu przy czerwonej żarówce, w czym mu towarzyszyłam jako kilkulatka. Fascynowały mnie kształty i postaci wynurzające się na białym papierze po zanurzeniu w wywoływaczu, które miałam za zadanie przenosić w porę do utrwalacza. Trzeba było wyczuć moment, żeby nie przedobrzyć, bo kontury robiły się zbyt ciemne.

Niestety, nie odkryłam w sobie jego uzdolnień. To jakieś specjalne czucie chwili. Gdy trzeba pstryknąć, i aby zdjęcie miało w sobie ducha, a nie było beztreściową kopią zewnętrznego świata. To znaczy zawsze jest kopią, w sensie filozoficznym, ale bywa że lepszą lub gorszą. No, więc mnie wychodziły zazwyczaj gorsze kopie. Może dlatego, że mam wadę wzroku? Ale mój tata też ją miał i mam ją po nim. Brakło mi zwyczajnie tego czegoś, co starożytni nazywali talentem właśnie.

Między innymi to jest przyczyna niewielkiej ilości zdjęć na tym blogu. Zresztą przeważnie nie są mojego autorstwa. Już dawno zarzuciłam aparat fotograficzny, a obsługi bardziej skomplikowanych komórek po prostu nie opanowałam, ani nawet nie mam takiego zamiaru. 

Niektóre prymitywne ludy uważają, że zdjęcie zabiera istocie sfotografowanej duszę. Może coś w tym jest. Może nie aż tak, ale poniekąd, zwłaszcza gdy się nie pojmuje -jak owe ludy - zasady mechanicznej robiącej fotografie i przypisuje jej coś, co teraz może nazwalibyśmy sztuczną inteligencją, martwą świadomością, deux ex machina. Jednak współcześnie pojawiły się wieści, prawdziwe czy nie, ty to wiesz, że technologia pracuje nad zassaniem w siebie ludzkiej duszy. Zatem gruszek w popiele nie zasypujmy, czuwajmy, bo jak zaśniemy, nie wiadomo czy się obudzimy! Tacy jak teraz, bo może coś nam odmieni świat na inny, podobny jedynie, pozbawiony "talentu", "iskry bożej", "geniuszu", "ducha" i duszy właśnie? Brr.

Dawniej słowa, opowieści służyły za medium przekazujące obrazy. A wraz ze słowami ton głosu, dźwięki, melodia mowy, powtórzenia, okrzyki i inne chrumkania, oraz miny i gesty, które z pewnością opowiadający czynił. Każdy więc odbierał przekazywany obraz w sobie, w głębi, na bazie własnych doświadczeń. Czasem więc pewnie dociekał czegoś, czego nie pojął, rozpytując opowiadającego o szczegóły, przybliżenia i była taka możliwość, aby się dogadać, a nawet razem coś odkryć.

Obecnie fotka czyni to za tysiąc słów. W całkowitym milczeniu. Czasem waląc w oczy rażącą albo prze-zachwycającą treścią ujętą w kolory i kontury, ujęcia perspektywy, a czasem znikając wraz z zamknięciem na nią oczu bezpowrotnie.

Właściwie to nie wiem o czym chciałam konkretnie powiedzieć. Ten wpis jest bezzasadny. Dlatego dam na koniec kilka fotek z gospodarstwa dla nakarmienia niczyjej uwagi.

Jesień.

Z daleka i z bliska.

17 października 2022

Naturalny nadruk

Pośród ostatnich zbiorów i przetwarzań Anna wpadła w objęcia nowego hobby. Jakiś czas temu musiała, ze względu na projekty w domu kultury, wrócić do sitodruku. Co obudziło w niej dawne zamiłowania poligrafa. Z tego powodu zaliczyła w tym roku odpowiednie kursy, aby się dokształcić. Jeden w temacie druku na ceramice. I ostatnio - sztuki zwanej ekoprintem. Oznacza to drukowanie liśćmi na tkaninie. Nie tylko liśćmi, bo kolory można uzyskać z różnych przypraw, typu kurkuma czy papryka. Wciągnęło ją. 

Na kuchnię powędrował wyciągnięty z piwnicy wielki kocioł, służący do farbowania. A szanowna artystka buszuje po krzakach wszędy i owędy, aby najbardziej farbujące liście odnaleźć i jeszcze przed zimą wykorzystać, opanowując nowe rzemiosło. Ponoć najefektowniej wychodzi liść sumaka.

Rezultaty może są jeszcze dyskusyjne, ot, pierwsze próby, ale popatrzcie sami.


Osobiście widzę tu świetny biznes preppersowski, koszulki maskujące dla buszujących w lesie.

Ewentualnie pamiątka z Puszczy.


Osobiście, przyzwyczajam się dopiero do tego kanonu piękna. Choć bycie niewidzialnym na tle lasu, który mnie otacza, jest bezwzględnie w moim guście.

To co powyżej oddaje możliwości nadruku przez naturalne zabarwienie liści jesiennych. Na wiosnę będzie nowa przygoda i nowa jakość kolorystyczna.

9 października 2022

Grzyby, ceny, porządki

Niedawno pojawiły się wreszcie grzyby, głównie maślaki, z rzadka kurki, prawdziwki to tylko na zdjęciach fejsbókowych niektórych szczęściarzy można podziwiać. Bywają też zielonki, co zapowiada doroczny "koniec grzybów". Czyli nie ma co liczyć na uzupełnienie zapasów suszu. Nawet zajączków, czyli podgrzybków nie uświadczysz.
Anna wybrała się jednego popołudnia w las za domem, nazbierała wiadereczko maślaków, nad którym biedziłam się całe kolejne popołudnie. Część trafiła na patelnię do obiadu, garść do leczo następnego dnia, a resztę zapakowałam do dwóch słoiczków i zalałam zaprawą octową, będą na później. Również kani jest wysyp w naszym sadzie, na pastwisku i niekiedy przyrządzam sławny kotlet.

Ostatnie pomidory z tunelu, ostatnie jabłka, antonówki. Przerabiam je na mus. Pomidory na pastę do pizzy. Ostatnie maleńkie dyńki w ogródku przy domu, seler naciowy na susz. Układamy także porżniętą gałęziówkę pod daszkami, gdzie się da, aby nie mokła. 

W Biedrze uzupełniamy zapas cukru, bo zeszłoroczny wyszedł. Przydał się w czasie nagłej cukrowej zwyżki cen. Nie liczę na ich spadek. Pozory mylą. To się już nie stanie. Sklep zresztą stosuje chwyty zachęcające do kupowania, dając rabat 15 złotych za zakupy powyżej 100. W przeliczeniu na uchwyt cukru obniża to jego cenę około złotówki, z 6 na 5. W gospodarstwie to ważny konserwant i raczej nie należy zdawać się na przypadek, gdy jest wysyp owoców. Nawet gdy pszczelarstwo padło i nie trzeba owadów dokarmiać.

W komisie meblowym w sąsiednim powiecie kupiłyśmy duży drewniany stół na taras. Udało się go samodzielnie załadować na pakę (nieco wystawał, ale kulturalnie), umocować, przywieźć, wyciągnąć i ustawić. Taras wymaga jeszcze sporo porządkowania, co wymaga wolnego czasu. W miarę postępu jesieni będzie go więcej, więc trwam w spokoju.

Jedna drewutnia, najstarsza, zbutwiała już zupełnie i wymaga postawienia od nowa. Tej zimy trzeba będzie wybrać z jej obrębu zalegające tam drewno (o ile śnieg go nie zasypie), a w przyszłym sezonie będziemy znów bawić się w budowlańców.

Poza tym ważne: obecna pełnia księżycowa na niebie przekonała jednak kozy do dorocznego święta miłości. Dwa dni wcześniej zaczęła ruję jedna koza, teraz już wszystkie merdają ogonkami. Trwają zaloty.

I tyle nowin gospodarskich.

28 września 2022

Jabłkowisko

Grzybów wciąż nie ma, za to jabłka nadal spadają i nie ma temu końca. Teraz najsmaczniejsze, najdojrzalsze i najzdrowsze. Aż żal nie pozbierać i nie przetworzyć, kozom oddając na pożarcie albo jakimś nocnym gościom w sadzie, sarnom, może jeleniom albo dzikom nawet. Zatem codziennie jakiś dżem dorabiam, teraz jeszcze z dodatkiem śliwek, Anna pracowicie sok tłoczy, albo jak dziś przygotowuje przetwór z antonówki w cukrze, dobrze się przechowujący i mogący służyć i jako sok, i jako wkład do szarlotki. Oraz susz jabłkowy organizuje. W słoneczny dzień w elektrycznej suszarce, w mglisty - na specjalnej siatce ustawionej na rozgrzanej płycie kuchennej opalanej leśnym chrustem. Na ogół służącej nam do suszenia grzybów, ale w tym roku ani jednego nie udało się trafić. Taki susz świetny jest do pojadania przy jakimś nudnym serialu netfliksowym albo amazońskim, a także świetny kompot świąteczny z niego można uwarzyć, antonówka do tego najsmaczniejsza jest.

Psy zostały zaszczepione, pan weterynarz rozmowę zagaił, że mu kobiety po wioskach skarżą się na brak grzybów. I brak możliwości podreperowania budżetu domowego. No, tak, pokiwaliśmy głowami.
- Ale biedy nie ma. Gdyby była, to by jabłka nie gniły pod drzewami, bo nie ma komu ich przerabiać. Choćby na wino. Czyli piwo "durackie" jest za co kupić - ot, i moja filozofia.

Laba już nie pamięta, że była chora. Wróciła jej zupełnie radość życia.

Hydraulika wymieniona i naprawiona gdzie trzeba. Wreszcie! Bojler elektryczny, zmywarka, nowy zlew kuchenny, prysznic, umywalka w łazience, jak i nowy sedes (z powodu nienaprawialnej awarii spłuczki trzeba było wymienić komplet). Większość sprzętu czekała od dwóch lat, część nieco krócej, więc nie był to mega wydatek jednorazowy, ot, wreszcie udało się pana hydraulika wyhaczyć i zamontował wszystko jak należy. Trochę śmiesznie, bo podgrzewany bojler w zimie nam niepotrzebny zupełnie, więc wypróbujemy go dopiero za niespełna rok. Jak Bozia pozwoli, oczywiście dożyć, albo wojny, zarazy, braku prądu nie ześle.

Kozy doimy raz dziennie. Twarogu mniej, bo mleko słabiej kiśnie w niskiej temperaturze, takoż i serków też. Nie brakuje jogurtu ani mleka do kawy czy placków. Uzupełniam zapasy zimowe, także mleka, które zamrażam, ostatnia chwila. Ostatnie deszcze sprawiły, że trawa miejscami nieco odrosła i stado nawet się pasie na wyschłym pastwisku przez kilka godzin dziennie. Czekamy na ruję.

16 września 2022

Susze i chłody

Pastwisko już coraz mniej interesuje kozy, bo wyschło. Choć codziennie biegną truchtem na wyścigi na swój ogrodzony placyk, poprzez który ścieżkę sobie udeptały, prowadzącą prościutko do sadu. Tam pożywiają się skrupulatnie świeżymi spadami nocnymi. Które przedtem Anna pracowicie przebrała, zwożąc na taras kolejne wiadra albo skrzynki ze zbiorami. 

Dodatkowo dostają dwa razy dziennie krojoną niedojrzałą dynię, która w ten sposób nie marnuje się, resztki ogórków z tunelu, których już nie przetwarzam, obierki z cukinii, jabłek i warzyw. Jako uzupełniacz porcji owsa. Zatem głodu nie ma, jest głównie znudzenie. Ruja się opóźnia, mleka jakby mniej, ale starcza jeszcze na dwa udoje, choć w zmniejszającej się szybko ilości.

Ochłodziło się, zwłaszcza w nocy, toteż i enzymy gorzej działają i tłoczenie pulpy jabłkowej spowolniło, a także i cydry słabo chodzą w gąsiorkach. Jesteśmy już zresztą zmęczone tym gospodarskim kręceniem się w kółko. Ja na zmianę robię raz sokownik (na kuchni opalanej chrustem dla taniości) dający jakieś 2,5-3 litry soku, który butelkuję na gorąco i magazynuję w piwniczce (dwa lata, do następnych zbiorów potrafi dotrwać ilościowo i jakościowo, gdy się postarać i robić go systematycznie), a raz dżem jabłkowy lub z dodatkiem aronii czy dzikiej róży. Zjadamy go powoli razem z jogurtem, więc utrzymanie zrównoważonej stałej ilości zapasów na półkach jest ważne. Przydaje się, a wszelkie marmelady zachowują trwałość nawet kilkuletnią. W niewielkich ilościach także suszymy jabłka, owoce aronii, śliwki i plasterki bananów, z czego Anna komponuje sobie potem ulubione musli. A także pomidorki, liście selera i bazylii jako przyprawy.

Jak na razie, mimo deszczów, które zasiliły nieco przyrodę, grzybów w okolicy brak. Grzybnie wyschły. Trudno, w sumie zjadłam w tym roku stosowną dawkę kurek, resztę mogę darować mojej wątrobie. Choć zeszłoroczny susz już się skończył i trochę mi brakuje wzmacniacza smaku zup i sosów.

Poza tym ruszyła sprawa remontu hydrauliki i kuchni, choć nadal się wlecze, bo są opóźniające drobiazgi. Oraz nowy stary samochód (tym razem Peugeot- Partner, też Francuz) przeszedł wymianę tego i owego, więc jest nadzieja. Sama nie wiem na co. Ot, na sprawne codzienne prosperowanie jak zawsze. Mimo drobnych zmian w przyrodzie i polityce, które przecież się dzieją.

8 września 2022

Małe żniwa

Idzie na pełnię. Z zachodu wieści niosą wraz z wiatrem z wielkiego morza nadchodzące pogorszenie pogody. Zatem śpieszymy się, aby zdążyć z pracami i zabezpieczyć zbiory.

Anna wyszlifowała okna na poddaszu, od strony południowej, proszące się od dawna o odmalowanie, po czym pokryła je kilkakrotnie warstwą nowego lakieru. Mam nadzieję, że wyschną bez problemu, nim ulewa i zimno do nas dotrze.

Podobnie uznała, że czas ściągnąć dynię z ogrodu. Urosła jako tako tylko w okolicach tunelu, gdzie szlauchem można sięgnąć i czasem była podlewana. W dalszym ogródku permakulturowym wszystko zamarło od suszy.  

Dużo maleństw, ale da się coś wybrać dla nas. Maleństwa pójdą na bieżące skarmianie kozom, większe na strych, gdzie będą zimować i nas stopniowo pożywiać.

Pięć skrzyń, jedna pełna balia i trzy wiadra.


Trochę zapasu będzie. 

Poza tym przyjechało na pace nowego starego samochodu kilka kwintali owsa dla kóz i ziemniaki dla drobiu i dla nas, w ilościach wstępnych, ale zawsze jesień puka w ten sposób do drzwi.

6 września 2022

Spadowisko

Dość szybko i skutecznie wielki upał zamienił się w rześkie chłody. Nadal słoneczne i suche. Ta susza sprawia, że dynia w naszych ogródkach zatrzymała w większości wzrost w fazie maleńkiej kulki, częściowo zżółkła, a po dwóch przymrozkach nocnych jej liście sczerniały. Oj, nie będzie dużych zbiorów jesiennych tego roku, po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia jej uprawy! Żal.
Za to udały się pomidory różnej maści, zrobiłam spore zapasy soków pomidorowych i jeszcze przerabiam końcówkę. Nadwyżki sprzedały się bez problemów, bo owoce rzadkich odmian były smaczne, słodkie, bezpieczne jeśli chodzi o nawożenie i wolne od zarazy.

Ostatnie wiaderko ogórków dotarło do kuchni dwa dni temu. Anna wreszcie wyrywa uschłe krzaki. Zapasy kiszonych i sałatek zostały uzupełnione, resztę zjadają kozy. Ze smakiem.

Pastwisko wyschło jak pustynia, kozy pasą się na jabłkach spadowych w sadzie i każde zasilenie dodatkowe witają chętnie, odwdzięczając się mlekiem. Popołudniami Anna zabiera je na ugór, gdzie posilają się liśćmi leśnych krzewów, czeremchy, brzozy, robinii itp. Ale ogólnie marnie to wszystko wygląda.

Zebrana aronia, po raz pierwszy z owocujących naszych krzewów, okazała się mało soczysta. Anna uzupełniła zbiory na nieużytkach za wsią, i owoce wylądowały w zamrażarce, aby je użyć do dżemów jabłkowo-aroniowych i nalewki. Jeśli robić sok, to jedynie na bazie treści jabłkowej. Podobnie jest z dziką różą, którą dodaję do dżemów i cydru. Który powoli, stopniowo się tłoczy i nastawia, zgodnie z biegiem dni i codziennych prac.

Wróciłam do palenia w kuchni (do tej pory, w czas upalny, korzystając z fotowoltaiki używałam do gotowania głównie kuchenki elektrycznej albo gazowej). Chrustem. W domu od razu cieplej się zrobiło. Wieczory i poranki zimne już są i tarasowe przyjemności wieczorne zostały skrócone, a w zasadzie z powrotem wniesione do wnętrza. Niemniej warto spędzić tam trochę czasu o samym zmierzchu, gdy zapalają się światełka solarne, bo z lasów obok można usłyszeć pierwsze ryki byków jeleni i łosi, gotujących się do wrześniowego rykowiska i rui. To niezwykłe, piękne doznanie sił przyrody, które wciąż trwają skryte w swoich leżach.

Codzienny przerób jabłek wygląda następująco. Trzeba je rano zebrać, aby zdążyć przed kozami (zostawiając im te najgorszego sortu), przebrać, pokroić, nastawić sokownik, usmażyć porcję dżemu, rozdrobnić i zasypać pektoenzymem, wytłoczyć, przelać do gąsiora. Gotowe przetwory przelać do butelek i przełożyć do słoików. Gotowe schować do piwnicy. To oprócz serów, także codziennej pracy od kilku miesięcy. 

Kilka dni temu stracił głowę główny indor w stadzie. Nie dało się już czekać. Od jakiegoś czasu rozpoczął zawzięte walki z drugim, młodym indorem, który dorósł. Trzeba było ich rozdzielać, każdy nocował gdzie indziej, bo rozpętała się walka na śmierć i życie między samcami-przewodnikami stada. Również w dzień byli wypuszczani na zmianę. Kłopot.
Ostatecznie Anna zerwała mnie raniutko z łóżka, pomogłam jej związać i zapakować do wora delikwenta, po czym obezwładniony kobiecym sposobem, skutecznie stracił łeb na pieńku, wystawiwszy go przez dziurę w zawiązanym worku. Wyszła z tego kupa mięcha i dzisiaj jemy pierwszy rosół, z warzywami z naszego ogródka, marchewką, kalarepką, selerem, jarmużem i cebulą.

24 sierpnia 2022

Klosik

Poza przestojem spowodowanym brakiem samochodu, poszukiwaniami i zakupem nowego działo się w tym czasie jeszcze jedno stresujące wydarzenie. Związane ze zdrowiem Laby.
Jej choroba wystąpiła dość nagle (choć jej zalążki są dawniejsze), z dnia na dzień zaczęło manifestować się pogorszenie. Uformowało się bolące zapalenie na podbrzuszu. Decyzja zapadła natychmiast, ratujemy.
W zeszły nów wylądowała na badaniu w lecznicy w sąsiednim powiecie. Szczęściem trafiła na lekarza prowadzącego i kiedy wyniki krwi okazały się bardzo dobre (jak na 10-letniego psa) zaraz trafiła na stół operacyjny. Wycięto jej torbiel i przy okazji wysterylizowano, w cenie 700 złotych. Anna przywiozła ją do domu późnym popołudniem w stanie śpiączki narkotycznej. Zniosłyśmy ją, ubraną w specjalny strój ochronny, z samochodowej paki na rękach i ułożyłyśmy na jej posłaniu. Otworzyła przytomnie oczy już właściwie nocą. 

Dwa pierwsze dni po operacji były niepewne. Anna robiła zalecone zastrzyki. Laba na szczęście jadła i piła, co jest zawsze dobrą wróżbą w przypadku choroby zwierzęcia, ale nie wstawała z posłania. Aby wyszła na siku, musiałyśmy ją dźwigać na tylne nogi, po czym powolutku szła sama do drzwi i za taras. Porządnie załatwiła się dopiero po kilku dniach. Dopiero wtedy odetchnęłam z ulgą.

Wizyta w lecznicy w wyznaczonej porze wykazała, że rana goi się słabo. Szwy nie zostały zdjęte. Ubranko wymienione na nowe, dostała też klosz na głowę (i ksywkę Klosik), dalszy zestaw antybiotykowych zastrzyków do zrobienia i jakieś płyny odkażająco-gojące do przemywania.
Mocno ten klosik przeżywała, ubranko było zbyt ciasne w ramionach. Dozorowanie jej przykuwało uwagę i w dzień i w nocy. Ale dobra opieka zrobiła swoje.

Pies zaczął odzyskiwać humor, a to najważniejsze. Co prawda padł nam samochód i kolejna wizyta na zdjęcie szwów nie mogła się powieść. Ale od czego liceum medyczne, które ukończyła swego czasu Anna! I jej krawieckie doświadczenie! Nożyczki do paznokci w ręce, pinceta, okulary na nos, ja robiłam za unieruchomienie, nitki udało się pomyślnie i sprawnie wyciągnąć. Co pies przyjął z wdzięcznością, bo zaraz ruszał się sprawniej, widocznie coś przedtem ciągnęło.
W tej chwili już nie używa klosza ani ubranka, wychodzi na dwór gdy chce, interesuje się światem, szczeka i czuwa jak zawsze. Rana jest w stadium wchłaniania się i codziennie ją przemywamy. 

18 sierpnia 2022

Ogarnianie

Jest tyle pracy, że nie nadążam z zapisywaniem bieżących wydarzeń na tym blogu. Sypnęły zbiory owoców, trzeba je przerabiać, nie ociągać się, bo nas zasypią i zmarnują się. Jabłka, czyli dżemy, soki, teraz wyciskane nastawy na cydr. Pomidory, czyli sok pomidorowy i sprzedaż nadwyżek. Ogórek już szczęśliwie się skończył, właśnie pasteryzuję ostatnie słoiki sałatki w zalewach miodowej i meksykańskiej. Trochę też zakisiłam, a małosolne są w codziennym użyciu od dawna. Resztę zjadają kozy. I kaczusia, która je uwielbia. Przy tym cały czas trwa codzienny przerób mleka, sery takie i śmakie oraz jogurt.
Dopiero wieczór, po obrządku i drugim udoju daje chwilę spokojnego oddechu. Spędzamy ją na tarasie, tak od 19 do 21, pijąc herbatkę kwiatową albo domowego cienkusza, z psami u stóp.  I czasem rozpytując kart lub Księgę I-Cing o najlepsze rozwiązania problemów, które się ostatnio międlą. Ale po kolei.

W zeszłą niedzielę Anna wybrała się na wyprawę do Ciechanowca, gdzie urządza się co roku w tamtejszym skansenie "Święto chleba", jarmark z wielką pompą. 

Rozłożyła tam stoisko na spółkę z internetowo poznaną koleżanką rękodzielniczką.

Impreza trwała cały boży dzień. Przywiozła z niej jeden z takich ciekawie zdobionych kubków kupionych zadziwiająco tanio od bułgarskich ceramików. Oraz kolejne doświadczenie "młodego wystawcy".


Niestety był to dzień, gdy na niebie uściślała się opozycja Słońca z Saturnem z kwadraturą ogniskową czynioną przez Marsa z Uranem, co skwitowałam już tydzień wcześniej, gdy Anna podejmowała decyzję o wyjeździe, że bez denerwującego opóźnienia się nie obejdzie. I stało się.
W drodze z powrotem, wieczorem, samochód zaczął stawiać opór. Pękła zdaje się miska olejowa i maszyna nie dojechała do domu, stanęła w sąsiedniej gminie. Na amen. Trzeba było wzywać lawetę, co szczęśliwie się udało. I Anna wróciła ciemną nocą, wieziona za kierownicą na przyczepie.

Od tej pory ogarniamy problem. Po naradzie z mechanikiem wiemy już, że trzeba kupić nowy wóz. Zatem dyskutujemy jaki i na ile nas stać. Samochody dostawcze bowiem podrożały, i starsze od naszej renówki, z dużo większym przebiegiem, kosztują 1/3 drożej niż nasza przed kilku laty. Jest o czym gadać letnimi wieczorami na tarasie. 

12 sierpnia 2022

Ogórki i pomidory

Kilka dni temu przyjechała kostkowana słoma z pola zaprzyjaźnionego rolnika. Zapas na podściółkę dla drobiu i kóz do przyszłego roku uczyniony został. Na przyczepę rzuciły się od razu ptaki, wydziobując kłosy.

Wciąż rosną ogórki, choć Anna od dawna krzyczy, że się kończą. Otóż noce zrobiły się cieplejsze i ogór ruszył cudownym sposobem. 

Mamy zapasy kiszonych i kwaszonych jeszcze z zeszłego sezonu, uzupełniam sałatki, na razie w zalewie miodowej, mojej ulubionej. I podrzucam stary sprawdzony 

przepis na ogórek konserwowy

Sprawdza się doskonale, jeśli tylko ogórki są świeże, prosto z krzaka i odpowiednio drobne. Ja dodaję octu jabłkowego 2-letniego i czasem zamiast gorczycy sypię ziarenka kozieradki, lubię smak jaki dają.

Koper również rośnie pod ręką. W pełnym rozkwicie swej mocy.

Poza tym dojrzewają pomidory. 

Może nierówne, spękane i niewystawowe, ale niepryskane, słodkie, miękkie i soczyste. 

Przerabiam je wyciskarką, która oddziela ziarenka i skórkę od soku, potem go zagotowuję z dodatkiem soli kamiennej i szczypty ostrej suszonej papryki zeszłorocznej. Przelewam na gorąco do butelek, które już bez dodatkowej pasteryzacji idą do piwniczki zimować. Jest jeszcze kilka z zeszłego roku, stąd wiem, że sok przechowuje się długo i bezproblemowo i daje niepowtarzalne smakowo zupy i sosy. Bez porównania z tymi z dodatkiem przecierów sklepowych! Nadaje się też do picia lub drinków.

Co jeszcze? Ano bociany odleciały.

7 sierpnia 2022

Na straganie

Anna wykorzystuje możliwości, jakie dają wakacje i rozhulała się z wyjazdami na festyny i jarmarki. Nawet samochodu do końca nie wypakowuje. Wczoraj czyli w sobotę, zaliczyła Muzyczne Dialogi w Mielniku nad Bugiem. 

Nie było dokarmiających kół gospodyń wiejskich, można było kupić sobie gofra, loda, frytki, miód lub piwo itp. Na straganach "plastik-fantastik", wyroby szydełkowe, makramy, wyroby z drewna, no i nasza ceramika. Oto kilka przykładów. Kubki z motywem kawowym.

Patery z ręcznie malowanymi wzorami.

I "liść" z niedawno kupionym fajnym szkliwem.

Z muzyki zespoły klezmerski, cygański, białostocka "Szeptucha" i ukraińskie Hajdamaki, jako gwiazda wieczoru.

1 sierpnia 2022

Niepewne lato

Pogoda się skiepściła, mokro, chłodno. Dla pastwiska to dobrze, ale dla żniwiarzy niekoniecznie. Ceny w skupie dla zbóż na razie znośne, ale czuć jakąś niepewność. Po ogromnej ulewie nocnej trzeba było wyzbierać opadłe jabłka w sadzie. Kilka wiader, dzisiaj przerabiam na soki, bo na tyle już dojrzały, że się da. Dobrze, że pewien zapas cukru zrobiłam, bo w sklepach brakło zupełnie. Choć w internecie można kupić, ale po horrendalnych cenach.

Anna zaliczyła kolejny jarmark, czy też lokalny festyn, jak zwał tak zwał, w sąsiednim powiecie, w Orli. Z rękodzielników były tylko dwa stragany. Reszta odpustowe badziewie, lizaki i plastikowe zabawki dla dzieci. Oraz koła gospodyń wiejskich, które imprezowały pod drzewami i częstowały pysznym żurem z kiełbasą swojską, za przysłowiowe "co łaska". Muzyka była skoczna. "Graj Cyganie" i gwiazda z filmu Smarzowskiego "Wesele". 

Zdjęcia stoiska. 

Pomysł z drabiną i deskami jako przewoźną, łatwo rozstawialną i zwijalną wystawką jest wygodny i sprawdza się w praniu.

Poza tym w tunelu rośnie jak trzeba, acz zimne noce i wilgoć wywierają swoje wpływy. Przede wszystkim wegetacja zwolniła, ogórki się kończą. Kolejne buraki trafiają do garnka i do piwniczki na zapas.

Powolutku zaczynają się pomidory, na razie żółte. Anna podlewa je gnojówką z ziół i psika profilaktycznie roztworem z drożdży, bo przy takiej pogodzie łatwo o pleśnie i zarazy.

Pierwszy raz w dziejach naszych upraw pojawiły się też bakłażany.

W lesie zaś zaczęły się grzyby. Kurki stoją w skupie wysoko. Opłaca się je sprzedawać. Są tacy, którzy oczywiście reperują sobie budżet tym sezonowym sposobem. Nawet Anna, gdy jej się zdarzy nadmierny zbiór, taki nie do przejedzenia, odwozi grzyby i ściąga kaskę. 

Ten akurat dał ponad pół stówki.