Wciąż nie ma się czym pochwalić. Poza tym, że zdołałam przezwyciężyć słabość. Pogoda zimna i wietrzna nie pozwala zbyt długo pracować na dworze. Pierwsza próba przystąpienia do montażu nowego tuneliku poliwęglanowego spełzła na prawie niczym. Coś tam ukręciłyśmy, ale ze zgrabiałymi od wiatru rękami i walcząc z piaskiem i pokryciem złośliwie podnoszonym przez powiewy. Zatem praca została odłożona na później i na razie wygląda na to, że na "święty nigdy".
Mimo wszystko, to, co zostało posiane i posadzone w dużym tunelu, osłonięte od wiatru i w dzień całkiem dobrze podgrzane kiełkuje i nabiera rozmiarów, rzodkiewka, szpinak, dymka, odbija z korzenia zeszłoroczny burak liściasty i kapusta pekińska.
Jak znam tutejsze życie i przyrodę, gdy tylko wiosenne wiatry ustaną i słońce przygrzeje, roślinność ruszy z kopyta i szybko nadrobi opóźnienia względem zachodniej części kraju.
Opowiem więc, jak przezwyciężyłam słabość, słabowanie, polegiwanie, smętki i dolegliwości nieokreślone i dokuczliwe, trwające ponad miesiąc. Teraz już wiem, że było to zawianie, przewianie czy jak tam dawniej zwano tę przypadłość na wsi. Chyba musimy wrócić do tego nazewnictwa w okresie "początku małej ery Wodnika", czyli powietrznej, bo inaczej zaginiemy pod uciskiem chemicznych wynalazków medycyny, która za dekadę, dwie i trzy całkiem się skompromituje, okaże trucicielska i zabójcza oraz kompletnie nieskuteczna wobec zalewu starych i nowych mutacji chorobotwórczych. Jako tłumaczka Nostradamusa wam to mówię, napisane jest.
A więc stało się tak, że zawiało mnie przypadkiem i właściwie niepostrzeżenie. Minęło trochę czasu, nim zdałam sobie z tego sprawę i wróciłam pamięcią, kiedy to mogło się stać. Ano kazałam sobie ostrzyc po zimie włosy i jednego, drugiego dnia wyskoczyłam na chwilę na dwór z gołą głową, aby wnieść drewno do pieca, garnki na karmę dla zwierząt, czy wynieść kubełek z odpadkami na kompost. Wcale do tego nie zaczęło się od głowy, a od drugiego końca tułowia, czyli dał o sobie znać przeziębiony pęcherz. Oj, poznałam już te przyjemności nie raz, w końcu żyję już długo, więc czym prędzej zaaplikowałam sobie Urosept, specyfik ziołowy w tabletkach pomagający w oczyszczeniu zapaleń dróg moczowych. Po dwóch dniach jakby się polepszyło, ale nie do końca. Przygnębienie, osłabienie i smęcenie trwało ze słabą zmiennością w górę i w dół.
Aż którejś nocy obudził mnie silny narastający ostry ból głowy. Czoło aż do czubka czaszki. Nie kwalifikowało się to do migreny, bo owszem połowa, ale jakby nie ten przekrój co trzeba. Wzięłam tabletkę Ibupromu, ale i zagrzałam wodę i położyłam się do łóżka z gorącym termoforem, który przyłożyłam w okolice objęte dreszczami, czyli pobliskie pęcherzowi. I to pozwoliło mi zasnąć, acz ból jedynie trochę osłabł. Rano zrobiłam obrządek i położyłam się znowu, ale tym razem na kocu elektrycznym pod kołdrą, co pozwoliło mi rozgrzać całe ciało i zawalczyć z dokuczliwym "wiatrem". Zasnęłam i po dwóch godzinach obudziłam się dużo żywsza. Głowa przestała boleć, dreszcze znikły, pęcherz przestał cisnąć, tabletki przestały być potrzebne.
Mało tego, mam jeszcze od dawna zwyczaj pomagania sobie akupresurą, zwłaszcza przy zatokach, ale i kłopotach z oczami czy kamicą. Moje ciało już tak się tego nauczyło, że daje mi zawczasu znak, gdzie i co się szykuje, kłującymi pobolewaniami odpowiednich punktów na dłoniach, stopach albo w uszach. I tym razem już w nocy zaczął mnie boleć czubek małego palca u prawej dłoni, odpowiadający za głowę. Uciskałam tam, i poniżej u nasady, gdzie jest punkt odpowiadający za oko. Otóż kilka dni później ze zdumieniem zobaczyłam, że na czubku tego palca uformował się pod skórą wrzód, a kiedy nabrzmiał ropa wypłynęła szczeliną między paznokciem a skórką opuszka. Bezboleśnie. Po czym zaschnął i znikł po kilku dniach całkowicie. W ten sposób wyszły ze mnie wszystkie złe humory, jakby powiedział dawny lekarz. Organizm zlokalizował stan zapalny wędrujący z wiatrem po różnych częściach ciała, skumulował je w jednym miejscu zgodnie z kanałem przewodzącym, o którym wiedzę zachowali Chińczycy i spokojnie wydalił z siebie.
Jednym słowem: trzymajmy się ciepło! Noście czapki i ciepłe okrycia, nie igrajcie z wiatrem w ten zmienny wodnikowy (z-wodniczy) czas. Abyście nie musieli narażać życia poszukując rady współczesnego lekarza, znającego coraz mniej aktualne, niezmutowane jeszcze procedury leczenia chorób, których już nie ma.
Znam jeszcze inne ludowe sposoby na wiatry, bardziej czarodziejskie, z machaniem drzwiami albo szeptaniem nad szklanką gorącego popiołu postawioną na głowie chorego, który potem na cztery wiatry się rzuca, ale tym razem nie był potrzebny żaden z nich. W szafie także leżą sobie zawsze w gotowości do użycia bańki, i szklane po byłych właścicielach siedliska i nowoczesne, suche made in China. Bezbronni nie jesteśmy, o nie!