Pogoda dość chłodna. Szykująca się do kwitnienia czeremcha zatrzymała rozwój kwiatów. Brzozy stoją z wypuszczaniem liści. Trochę przy domu zaczęły kiełkować liście babki, ale trawy jeszcze nie widać. No, troszkę na pastwisku, ale minimalnie. Kozy pasą się kilka godzin dziennie na kaczym dołku, a właściwie przechadzają po zagrodzeniu. Wciąż są dokarmiane sianem, czasem ściągamy z lasu jakieś gałęzie brzozowe i sosnowe z przecinki do ogryzania i korowania. Czekamy, aż trawa ruszy na pastwisku, wcześniej nie ma sensu puszczać stada i marnować ją na starcie. Przeważnie rusza z początkiem maja. Na razie noce są zimne, ok. 1-2 stopnie, dziś był przymrozek, bo rano zalegała lekka szadź. Na szczęście zimny wiatr, który dokuczał w okolicy nowiu księżyca ustał, a w południe zaczęło pojawiać się słonce, co czyni czas przyjaźniejszym dla prac zewnętrznych.
Wczoraj udało się złapać chłopaka z wioski i 6 fur gnoju pojechało szczęśliwie na ogród. Już trzy główne boksy są wyczyszczone, kozy przestały fruwać pod sufitem i przeskakiwać do siebie nawzajem przez płot. Ulga, bo było już z tym sporo zamieszania o poranku, gdy niecierpliwiły się w sprawie dojenia i swojej śniadaniowej porcji owsa przy tym. Z czwartym, w tej chwili pełniącym rolę odsadnika dla młodzieży, jakoś sobie same poradzimy, gdy samochód wróci od mechanika. Coś tam trzeba w nim wymienić, podkręcić, sprawdzić, nie to, żeby nie jeździł.
Co do chłopaków z wioski, to się wykruszyli. Jedni słabują z powodu nadmiaru alkoholu, który im zwyczajnie szkodzi na zdrowie i nie nadają się do cięższej roboty, inni odsiadują kolejne wyroki w więzieniu. Zostało tak naprawdę dwóch, w tym jeden chodzi jeszcze do szkoły i na razie nie jest dostępny.
Do tej pory rzadko u nas pracowali, bo młodzi i jakoś im nie szło tak dobrze jak innym. Ale skończyło się wybrzydzanie.
Na obiad nasz "kwiatuszek" dostał gęsio-indyczy rosół z makaronem, na drugie pieczone koźlęce żeberka i wyszedł mocno zadowolony. Jest jeszcze w tym wieku, gdy młody męski organizm zjada i spala każdą ilość karmy nieważne nawet jakiej jakości. Z tym wart jest tego, co zjada, że nie woła do tego piwa ani papierosów, jak starsi pomagierzy.
Ponieważ dzieciaki są na noc zamykane osobno pierwszy udój jest dla nas. Zaczynam serowarzenie. Na razie spokojne, rozruchowe. Zresztą nie ma jeszcze zbyt wiele mleka. Niemniej wdrażam się w codzienne obowiązki sezonowe. Nie ma to-tamto.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
22 kwietnia 2015
17 kwietnia 2015
Czerwone i czarne
Było ich dwóch. Czarny i czerwony. Dwie wielkie nadęte piłki, a raczej piły samonadmuchujące się i parskające jak dawne parowozy, gdy wypuszczano z nich nadmiar pary przed odjazdem z peronu (może ktoś jeszcze pamięta? ja pamiętam, bo taki stawał zawsze na torze koło boiska piłkarskiego w mojej rodzinnej miejscowości i dawał różne sygnały dźwiękowe, gdy nasi gola wbili), a potem gulgające namiętnie wokół siebie. Skąd Indianie pólnocnoamerykańscy z pewnością swoje indiańskie okrzyki wzięli, tudzież puszenie się w ptasich piórach, przez naśladownictwo. W ogóle nawiasem mówiąc najczęściej spotykany drób miejscowy bywał często natchnieniem dla rdzennej ludności, co do zwyczajów, muzyki, dźwięków i strojów. Nie na darmo zielononóżka była swego czasu oznaką polskiego patrioty.
Od dzisiaj jest jeden. Czerwony.
Czarny musiał odejść. Gdy jest dwóch, to nawet, gdy są dwie panny do wzięcia, to bardziej pilnują siebie nawzajem, żeby blokować swoje wobec nich posunięcia, niż zajmują się sprawami właściwymi na wiosnę.
Na razie daleko nie wylądował. Bo w zamrażarce. Ponad pięć kilo, tyle wiem, bo więcej moja elektryczna waga nie obsługuje. A taki wydawał się mikrus jeszcze w zimie!
Chyba tytułem wyrównania energii, jedna z jenduszek jajo dziś po południu uroczyście zniosła. Duże, kropkowane.
Od dzisiaj jest jeden. Czerwony.
Czarny musiał odejść. Gdy jest dwóch, to nawet, gdy są dwie panny do wzięcia, to bardziej pilnują siebie nawzajem, żeby blokować swoje wobec nich posunięcia, niż zajmują się sprawami właściwymi na wiosnę.
Na razie daleko nie wylądował. Bo w zamrażarce. Ponad pięć kilo, tyle wiem, bo więcej moja elektryczna waga nie obsługuje. A taki wydawał się mikrus jeszcze w zimie!
Chyba tytułem wyrównania energii, jedna z jenduszek jajo dziś po południu uroczyście zniosła. Duże, kropkowane.
16 kwietnia 2015
Zgnojny kurz
Dość mazgajenia się i depresyi twórczej. Dziś od rana zajebiście jest. Trzy fury gnoju załadowane i rozładowane w ogrodzie, mającym się kiedyś stać permakulturowym. We 2. Mimo, że pod wiatr. Który gnojnym kurzem prosto w twarz zawiał nie raz. Jutro będę liczyć kości, ale na razie jeszcze stukam zgrabnie w klawisze. Przed nami jeszcze z 15-16 takich fur, lekko licząc. Ot, wiosnę czuć!
14 kwietnia 2015
Ciągle to samo
Pogoda chłodna, dość wietrzna. Na wiosce nieskończone wielikoje świato. Marazm jakiś taki przed-wiosenny ogarnia. Kulturalnego człowieka. Oczy bolą od ślepienia w ekran monitora. W głowie pustka, natchnienie zdaje się może nie tyle wyczerpane, co zmęczone. Sam rozum podpowiada, że lepiej odziać adidasy i polatać po lesie, niż dłubać w niewidzialnym i nieprzekazywalnym. Ale co, jeśli rozum nie ma siły ich włożyć, ruszyć z miejsca? Zapada się w siebie razem z rozleniwionym ciałem. To wszystko wina pogody - słyszę. No, nie wiem.
Jednostajność bodźców codziennych od lat. Te same zajęcia, w kółko. Te same emocje, powtarzane jak katarynka. Trwanie.
Dziś dzieciaki zostały odstawione od matek do osobnego boksu. Dla nich to traumatyczna chwila. Bek zbiorowy unosił się jeszcze dość długo z obory. Dorosłe kozy próbowały je trochę pocieszać, ale na głos matek płacz wzbierał do nieba. Potem umilkł. Tak będzie ze trzy dni z rzędu. Potem się przyzwyczają, a nawet polubią swoją dziecięcą wspólnotę i małe stadko wewnątrz dorosłego stada. Mnie to już nie wzrusza.
Co to dla mnie znaczy?
Ano, właśnie zaczyna się sezon. Dojenia. Jutro wstaję skoro świt. I tak będzie ciągle...
De-pressss-ja....
Jednostajność bodźców codziennych od lat. Te same zajęcia, w kółko. Te same emocje, powtarzane jak katarynka. Trwanie.
Dziś dzieciaki zostały odstawione od matek do osobnego boksu. Dla nich to traumatyczna chwila. Bek zbiorowy unosił się jeszcze dość długo z obory. Dorosłe kozy próbowały je trochę pocieszać, ale na głos matek płacz wzbierał do nieba. Potem umilkł. Tak będzie ze trzy dni z rzędu. Potem się przyzwyczają, a nawet polubią swoją dziecięcą wspólnotę i małe stadko wewnątrz dorosłego stada. Mnie to już nie wzrusza.
Co to dla mnie znaczy?
Ano, właśnie zaczyna się sezon. Dojenia. Jutro wstaję skoro świt. I tak będzie ciągle...
De-pressss-ja....
11 kwietnia 2015
Przepis na chorobę
Święta przeszły migiem. Anna przeleżała je w łóżku. Jak się przeziębić, oto przepis warszawski. Chodzisz cały boży dzień w ubraniu na cebulkę, co najmniej potrójna warstwa na sobie koszulek, sweterków i na wierzch jeszcze bluza. W mieszkaniu masz (nie)stałą temperaturę od 20 w nocy i rano, przez 25 w południe i 30 stopni wieczorem. Wyskakujesz na dwór, bo coś tam. Jak to w rolnictwie. A to drewna przywieźć, narąbać, a to kozy wypuścić, a to wpuścić, rozgonić indory bo się biją, odebrać jajo gęsi, żeby pies nie znalazł pierwszy itd. itp. I te twoje poty mieszkaniowe zawiewa chłodny wiosenny wietrzyk. I jesteś gotów/gotowa.
Na szczęście nie była to angina, choć zaczęło się bólem gardła. Przyszedł katar i wyrównał. Tym niemniej "grożenie bliską śmiercią" już się zaczęło. Witaminy C starczyło na pierwsze mocne uderzenie i to ustabilizowało postęp spraw, jak myślę. Cofnął się ból gardła. Potem poszły do walki syropki naturalne, sok malinowy do herbaty, herbata napotna z kwiatu lipy własnoręcznie zrobiona w zeszłym roku, sok z czarnego bzu i mikstura na occie jabłkowym, którą sobie przyrządziłam byłam niedawno (ocet plus czosnek, imbir, chrzan, papryczka chili, pieprz cayenne, kurkuma), mocna jak ogień. No, i gorący rosół z gęsiny. Chora jęczała, wzdychała, spała i w sieci buszowała, leżąc w pościeli oczywiście, smarkając i łzawiąc obficie. Co rano wstawała jednak, słaniając się i robiła z poświęceniem obrządek, bo rolnik nie ma zastępstwa w chorobie. Popołudniowy był mój. A także cała reszta domowych obowiązków. Po świętach zdołała wsiąść do samochodu i pojechać do apteki. Kupiła nowy zapas witaminy i rutinoscorbinu. I uderzyła natychmiast w chorobę znowu. Wykaraskała się potem w półtora dnia. Uff.
Mnie nic nie wzięło. Choć odgrażam się, że chętnie przy pierwszej lepszej okazji się rozłożę. Bo mnie ciągnie do łóżka nieprzespany sen. Całe życie. Tymczasem jednak nie stosuję warszawskiego przepisu i na nic nie choruję. Od dawna biegam po dworze w samej koszulce z krótkim rękawkiem, nierzadko bez skarpetek nawet.
Teraz zaczynają się kolejne święta. Właśnie mamy Wielką Sobotę. Anna odbiera życzenia od dzieciaków i znajomych, bez zmrużenia oka. Wywalanie gnoju musi poczekać najmniej tydzień. Nikogo przecież nie znajdzie się do pomocy. Oj, bycie mniejszością to czasem kłopot, czasem przywilej, zależy od której strony patrzeć.
Na szczęście nie była to angina, choć zaczęło się bólem gardła. Przyszedł katar i wyrównał. Tym niemniej "grożenie bliską śmiercią" już się zaczęło. Witaminy C starczyło na pierwsze mocne uderzenie i to ustabilizowało postęp spraw, jak myślę. Cofnął się ból gardła. Potem poszły do walki syropki naturalne, sok malinowy do herbaty, herbata napotna z kwiatu lipy własnoręcznie zrobiona w zeszłym roku, sok z czarnego bzu i mikstura na occie jabłkowym, którą sobie przyrządziłam byłam niedawno (ocet plus czosnek, imbir, chrzan, papryczka chili, pieprz cayenne, kurkuma), mocna jak ogień. No, i gorący rosół z gęsiny. Chora jęczała, wzdychała, spała i w sieci buszowała, leżąc w pościeli oczywiście, smarkając i łzawiąc obficie. Co rano wstawała jednak, słaniając się i robiła z poświęceniem obrządek, bo rolnik nie ma zastępstwa w chorobie. Popołudniowy był mój. A także cała reszta domowych obowiązków. Po świętach zdołała wsiąść do samochodu i pojechać do apteki. Kupiła nowy zapas witaminy i rutinoscorbinu. I uderzyła natychmiast w chorobę znowu. Wykaraskała się potem w półtora dnia. Uff.
Mnie nic nie wzięło. Choć odgrażam się, że chętnie przy pierwszej lepszej okazji się rozłożę. Bo mnie ciągnie do łóżka nieprzespany sen. Całe życie. Tymczasem jednak nie stosuję warszawskiego przepisu i na nic nie choruję. Od dawna biegam po dworze w samej koszulce z krótkim rękawkiem, nierzadko bez skarpetek nawet.
Teraz zaczynają się kolejne święta. Właśnie mamy Wielką Sobotę. Anna odbiera życzenia od dzieciaków i znajomych, bez zmrużenia oka. Wywalanie gnoju musi poczekać najmniej tydzień. Nikogo przecież nie znajdzie się do pomocy. Oj, bycie mniejszością to czasem kłopot, czasem przywilej, zależy od której strony patrzeć.
30 marca 2015
Żmij przy drodze
Po raz pierwszy, odkąd mieszkam na Podlasiu poczułam groźną bliskość lasu. I po raz pierwszy zobaczyłam żmiję. Wygrzewała się na słońcu, zwinięta w kłębek, w resztkach zeszłorocznej trawy przy drodze koło pastwiska. Kozy przebiegły obok szczęśliwie, zainteresował się nią pies. Kola mianowicie. Wilczur. Który lubi przeganiać gryzonie i krety z okolic, rozkopując im norki. Ale to nie był kret. Dziabnęła. Kola odskoczyła.
Przyjrzałam się gadzinie dokładnie. Trzeba było wrócić z kozami do obejścia i pozamykać w oborze, dopiero potem zajrzałam do internetu. Kola siedziała na swoim posłaniu z dziwnie sztywno trzymaną głową. Rzuciłam jej chleb, zjadła, dobry objaw. Poczytałam o żmijach i jadzie. Spojrzałam jeszcze raz, pies wyraźnie powiększył się na pysku, zaczął puchnąć.
Za telefon. Niedziela, ale prywatnie do weterynarza, jeśli tylko jest w domu, zawsze można podjechać. Był (czyli gwiazdy sprzyjały), rozpytał o objawy. Kazał przyjechać. Pies pojechał, w przeciągu 40 minut. Dostał jakiś steryd i witaminy, oraz wapno. Potem w domu zimny okład na pysk. Który spuchł jak bania.
Następny dzień Kola przywitała normalnie. Popiskując i poszczekując zachęcająco pod drzwiami, na znak, że chce wyjść. Zjadła śniadanie z apetytem. I tak cały dzień. Dostała jeszcze raz dawkę wapna (zwykłe rozpuszczalne tabletki w wodzie, wstrzykiwane w roztworze prosto do pyska).
Będzie żyć.
Ja mam za to zagwozdkę. Co z tą cholerną żmiją przy pastwisku?
Flet sobie zmajstrować i grać, żeby ją zahipnotyzować i wyprowadzić gdzieś dalej?
Przyjrzałam się gadzinie dokładnie. Trzeba było wrócić z kozami do obejścia i pozamykać w oborze, dopiero potem zajrzałam do internetu. Kola siedziała na swoim posłaniu z dziwnie sztywno trzymaną głową. Rzuciłam jej chleb, zjadła, dobry objaw. Poczytałam o żmijach i jadzie. Spojrzałam jeszcze raz, pies wyraźnie powiększył się na pysku, zaczął puchnąć.
Za telefon. Niedziela, ale prywatnie do weterynarza, jeśli tylko jest w domu, zawsze można podjechać. Był (czyli gwiazdy sprzyjały), rozpytał o objawy. Kazał przyjechać. Pies pojechał, w przeciągu 40 minut. Dostał jakiś steryd i witaminy, oraz wapno. Potem w domu zimny okład na pysk. Który spuchł jak bania.
Następny dzień Kola przywitała normalnie. Popiskując i poszczekując zachęcająco pod drzwiami, na znak, że chce wyjść. Zjadła śniadanie z apetytem. I tak cały dzień. Dostała jeszcze raz dawkę wapna (zwykłe rozpuszczalne tabletki w wodzie, wstrzykiwane w roztworze prosto do pyska).
Będzie żyć.
Ja mam za to zagwozdkę. Co z tą cholerną żmiją przy pastwisku?
Flet sobie zmajstrować i grać, żeby ją zahipnotyzować i wyprowadzić gdzieś dalej?
26 marca 2015
Hodowanie gęsi
Pierwszy dzień astronomicznej wiosny przywitał nas śniegiem i dość sporym ochłodzeniem. Wiał silny i lodowato zimny wiatr ze wschodu (ha, czyżby wróżba roczna?). W nocy było kilka stopni na minusie. Trzeba było dbać o gąski, aby się nie wychłodziły. Podobno przez pierwsze dwa tygodnie życia optymalna dla nich temperatura to 30 stopni! Jezusie, nie znoszę takiego gorąca, nawet w najgorętsze dni lata tyle w mieszkaniu nie ma. Pod kwoką mają co najwyżej, jak pokazuje bałwanek, 25-26 stopni. W nocy nie palę, bo szło by oszaleć z przegrzania. Zatem muszą zadowolić się niższą temperaturą, średnią 25, no, w nocy nieco spada, bo grzeje je głównie lampa kwoka.
Każde większe przechłodzenie, o czym przekonałam się w zeszłym roku, grozi gąsiętom "pokręceniem". Przeziębienie chwyta je szybko, kręci im nóżki, stawy, w końcu na ogół zdychają. Czasem nie. I taka kulawka kulga się potem pracowicie aż do końca żywota, ledwie nadążając za stadem.
Zatem grzeję w dzień c.o. tak, że pot po plecach spływa. Gąsięta zaś, jak świeżo wyjęte z pieca bułeczki rozciągają się w skrzyni na świeżej słomie, jak na plaży. Piją jak smoki. Co rusz dolewam im wody. Musi być przegotowana. Dodaję kilka kropel witaminy C, tyle.
Jedzą też stale. W przerwach śpią, cichutko kwiląc do siebie. Podwajają swoje gabaryty co tydzień, można powiedzieć, rosną w oczach, rano budzą się większe, niż zasnęły...
Tymczasem czwórka dorosłych gęsi (trzy kubańskie i jedna biała) zabrała się za niesienie jaj. Każdego dnia jedna, albo druga balbina siada w koziarni na gnieździe i znosi jajo. Zbieramy, a co. Podłożymy pod gęś, gdy usiądzie, albo pod indyczkę. Bo te też w miłosnym nastroju stroszą się i gulgają całe dnie.
Na szczęście pogoda się zmienia na cieplejszą. Czynne c.o. zamienia pobyt w chacie w małe piekiełko, więc radośnie jest popracować na dworze. Wożę i układam na ścianie kurnika drewno, albo maluję części do balustrady tarasu, jaką zaczynamy wreszcie robić. Może się uda do świąt choć częściowo chatę przyozdobić.
Dziś obudziłam się skoro świt. Przegrzane mieszkanie to sprawiło. Nie mogąc uleżeć, wstałam, ubrałam nowe adidaski i pobiegłam truchcikiem, razem z trzema szalejącymi ze szczęścia psami drogą przy lesie. Jakieś 400 metrów w jedną, 400 metrów w drugą stronę. No, nie zawsze biegnąc, ale oddychając z ulgą wiosennym powietrzem, napełnionym śpiewem pierwszych wiosennych ptaków. Ach, to jest szczęście, tak zacząć dzień!
Każde większe przechłodzenie, o czym przekonałam się w zeszłym roku, grozi gąsiętom "pokręceniem". Przeziębienie chwyta je szybko, kręci im nóżki, stawy, w końcu na ogół zdychają. Czasem nie. I taka kulawka kulga się potem pracowicie aż do końca żywota, ledwie nadążając za stadem.
Zatem grzeję w dzień c.o. tak, że pot po plecach spływa. Gąsięta zaś, jak świeżo wyjęte z pieca bułeczki rozciągają się w skrzyni na świeżej słomie, jak na plaży. Piją jak smoki. Co rusz dolewam im wody. Musi być przegotowana. Dodaję kilka kropel witaminy C, tyle.
Jedzą też stale. W przerwach śpią, cichutko kwiląc do siebie. Podwajają swoje gabaryty co tydzień, można powiedzieć, rosną w oczach, rano budzą się większe, niż zasnęły...
Tymczasem czwórka dorosłych gęsi (trzy kubańskie i jedna biała) zabrała się za niesienie jaj. Każdego dnia jedna, albo druga balbina siada w koziarni na gnieździe i znosi jajo. Zbieramy, a co. Podłożymy pod gęś, gdy usiądzie, albo pod indyczkę. Bo te też w miłosnym nastroju stroszą się i gulgają całe dnie.
Na szczęście pogoda się zmienia na cieplejszą. Czynne c.o. zamienia pobyt w chacie w małe piekiełko, więc radośnie jest popracować na dworze. Wożę i układam na ścianie kurnika drewno, albo maluję części do balustrady tarasu, jaką zaczynamy wreszcie robić. Może się uda do świąt choć częściowo chatę przyozdobić.
Dziś obudziłam się skoro świt. Przegrzane mieszkanie to sprawiło. Nie mogąc uleżeć, wstałam, ubrałam nowe adidaski i pobiegłam truchcikiem, razem z trzema szalejącymi ze szczęścia psami drogą przy lesie. Jakieś 400 metrów w jedną, 400 metrów w drugą stronę. No, nie zawsze biegnąc, ale oddychając z ulgą wiosennym powietrzem, napełnionym śpiewem pierwszych wiosennych ptaków. Ach, to jest szczęście, tak zacząć dzień!
18 marca 2015
Wiosenne gęsi
Wzielim się za kończenie tarasu przy domu. Długo czekał, ale się doczekał. Trzeba wyheblować słupy, co powoli się posuwa do przodu, a potem pomalować drewnochronem. Deseczki dostały już ozdobne wycięcia w ciągu zimy. Są na ten sam wzór co w altanie. Teraz je pomalowałam. Korzystając z ciepłej pogody. I tego, że obiad w wolnowarze sam się gotuje.
Na obiad zupa z soczewicy, z dodatkiem domowego koncentratu pomidorowego z zeszłorocznych zbiorów, na koźlęcej kości.
Przelotów dzikich gęsi jak dotąd nie widziałam. Anna warczy godzinami piłą albo inną machiną na dworze, nie słychać gęgania, a więc i w niebo się nie patrzy.
Jednak dzisiaj po południu przyjechały gąsięta. Z Bielska. Nomen omen trzynaście sztuk. Żółciutkie jednodniówki. I znów w domu znajome kwilenie i lampa-kwoka świeci non-stop.
Na obiad zupa z soczewicy, z dodatkiem domowego koncentratu pomidorowego z zeszłorocznych zbiorów, na koźlęcej kości.
Przelotów dzikich gęsi jak dotąd nie widziałam. Anna warczy godzinami piłą albo inną machiną na dworze, nie słychać gęgania, a więc i w niebo się nie patrzy.
Jednak dzisiaj po południu przyjechały gąsięta. Z Bielska. Nomen omen trzynaście sztuk. Żółciutkie jednodniówki. I znów w domu znajome kwilenie i lampa-kwoka świeci non-stop.
16 marca 2015
Ciepło
Przy niedzieli zajęłam się robieniem pasztetu z podrobów koźlęcych. Trochę zeszło, bo wyszła ilość na trzy brytfanki średniej wielkości. Upiekłam jedną z nich, reszta - bez dodatków i przypraw - poszła do zamrażarki. W ten sposób radzimy sobie bez kupowania wędlin. Na tyle już się od nich odzwyczaiłam, że nawet nie chce mi się ich ostatnio robić samej i wędzić (bądź nie wędzić, tylko parzyć).
Pogoda się zrobiła, ciepło w dzień i w nocy, nie trza już dokładać za długo do pieca. Ot, tyle, żeby karmę ugotować psom, kurom i wodę zagrzać w bojlerze. Anna ostatnio zawzięcie tnie drewno sprowadzone z lasu. Dzisiaj wkopywałyśmy słupki mocujące na ostatniej wolnej ścianie nowego kurnika. Część zwożę pod tylko częściowo opróżniony zimą daszek. Zapasów nie ubyło zatem, a przybyło.
Pszczoły żyją, mają się dobrze, w takie dni jak dzisiejszy, słoneczne i bezwietrzne oblatują.
Pogoda się zrobiła, ciepło w dzień i w nocy, nie trza już dokładać za długo do pieca. Ot, tyle, żeby karmę ugotować psom, kurom i wodę zagrzać w bojlerze. Anna ostatnio zawzięcie tnie drewno sprowadzone z lasu. Dzisiaj wkopywałyśmy słupki mocujące na ostatniej wolnej ścianie nowego kurnika. Część zwożę pod tylko częściowo opróżniony zimą daszek. Zapasów nie ubyło zatem, a przybyło.
Pszczoły żyją, mają się dobrze, w takie dni jak dzisiejszy, słoneczne i bezwietrzne oblatują.
10 marca 2015
Pochwała wolnowara
Jednym z ostatnich nowych wynalazków w naszym domu jest wolnowar. Dla niewiedzących, jest to elektryczny garnek z ceramicznym wkładem, w którym potrawa kitrasi się co najmniej kilka godzin w temperaturze niższej, niż 100 stopni.
Wersja prosta ma tylko włącz i wyłącz. Bardziej skomplikowana ma dwie różne temperatury, wysoką i niską, oraz włączające się automatycznie co jakiś czas podgrzewanie. Prądu podobno czerpie to minimalną ilość, choć jeszcze nie widziałam rachunku elektrycznego, więc nie mam dowodu. W każdym razie wynalazek okazuje się rewelacyjny dla ludzi, którzy lubią dobre domowe jedzenie, a jednocześnie pracują i nie mają czasu na przygotowywanie obiadu po pracy. W praktyce bowiem wystarczy włożyć z samego rana potrzebne składniki potrawy (preferowane są te jednogarnkowe) do wolnowara, włączyć go i zapomnieć. Po powrocie z pracy do domu wita nas apetyczny zapach gorącego gotowego dania. Można zajadać ze smakiem.
Po zakupie tego cuda Anna nagle przypomniała sobie, że lubi gotować. Zaczęły się eksperymenty smakowe i kucharskie. Jak na razie mogę powiedzieć, że świetne z wolnowara są rosoły, buliony, gulasze, gołąbki, bigos i kapusta na gęsto (tak, kapustne to prawdziwa rewelka). Pewnie leczo jest takie również.
Poza tym podobno można w wolnowarze piec i zapiekać, co jeszcze przez nas nie było próbowane, choć jest taki zamiar.
No, i wychodzi świetnie jogurt.
Którym właśnie często się zajadamy, z racji tego, że codziennie kozy użyczają nam jakiś litr mleka. I trzeba je zagospodarować dla siebie. Mała Rozalka jest dokarmiana już tylko raz dziennie, dla porządku i pewności.
Można spytać, po co nam wolnowar, jeśli cały czas przebywamy w domu. Otóż, niekoniecznie jest latem czas na gotowanie. Choć gotować trzeba, przede wszystkim dla zwierząt. Wolnowar ułatwia życie rolnikowi tak samo jak mieszczuchowi spędzającemu 8-10 godzin poza domem. Jest więcej czasu na inne zajęcia w gospodarstwie, albo choćby pogadanie z sąsiadami, a nie stanie murem przy garach i piecu. Latem zajęć naprawdę nie brakuje.
Wersja prosta ma tylko włącz i wyłącz. Bardziej skomplikowana ma dwie różne temperatury, wysoką i niską, oraz włączające się automatycznie co jakiś czas podgrzewanie. Prądu podobno czerpie to minimalną ilość, choć jeszcze nie widziałam rachunku elektrycznego, więc nie mam dowodu. W każdym razie wynalazek okazuje się rewelacyjny dla ludzi, którzy lubią dobre domowe jedzenie, a jednocześnie pracują i nie mają czasu na przygotowywanie obiadu po pracy. W praktyce bowiem wystarczy włożyć z samego rana potrzebne składniki potrawy (preferowane są te jednogarnkowe) do wolnowara, włączyć go i zapomnieć. Po powrocie z pracy do domu wita nas apetyczny zapach gorącego gotowego dania. Można zajadać ze smakiem.
Po zakupie tego cuda Anna nagle przypomniała sobie, że lubi gotować. Zaczęły się eksperymenty smakowe i kucharskie. Jak na razie mogę powiedzieć, że świetne z wolnowara są rosoły, buliony, gulasze, gołąbki, bigos i kapusta na gęsto (tak, kapustne to prawdziwa rewelka). Pewnie leczo jest takie również.
Poza tym podobno można w wolnowarze piec i zapiekać, co jeszcze przez nas nie było próbowane, choć jest taki zamiar.
No, i wychodzi świetnie jogurt.
Którym właśnie często się zajadamy, z racji tego, że codziennie kozy użyczają nam jakiś litr mleka. I trzeba je zagospodarować dla siebie. Mała Rozalka jest dokarmiana już tylko raz dziennie, dla porządku i pewności.
Można spytać, po co nam wolnowar, jeśli cały czas przebywamy w domu. Otóż, niekoniecznie jest latem czas na gotowanie. Choć gotować trzeba, przede wszystkim dla zwierząt. Wolnowar ułatwia życie rolnikowi tak samo jak mieszczuchowi spędzającemu 8-10 godzin poza domem. Jest więcej czasu na inne zajęcia w gospodarstwie, albo choćby pogadanie z sąsiadami, a nie stanie murem przy garach i piecu. Latem zajęć naprawdę nie brakuje.
9 marca 2015
Przedwiośnie
Pierwszy naprawdę wiosenny i słoneczny dzień oczywiście pogonił do pracy na dworze. Kozy korowały żerdzie, zwiezione zimą z lasu. Mimo, że ścięte dawno wiele z nich ruszyło, jak żywe i przy cięciu zalewało się świeżym sokiem. Powoziłam trochę ściółki zgromadzonej w stodółce po dorastających tam w zeszłym roku gęsiach i kogutach, na kompostownik. To przygotowania do nowego otwarcia. Przedwczoraj właśnie ruszył inkubator z 30 jajami od naszych zielonych nóżek. Pierwsza próba.
A kur nam ubywa. Już druga źle się poczuła. Ze starości. Sama nie wiem już która ile ma lat. Ta mogła mieć około 5. Od dwóch dni prawie nie wychodziła z kurnika i siedziała nastroszona na grzędzie. Poprzednia też tak się kryła, a potem nagle znalazłam ją padłą w gnieździe. Oddała ducha samodzielnie. Nauczona tym przykładem, że nie ma co czekać, Anna dzisiaj z rana pomogła staruszce odejść. Jutro będzie rosół.
Jeśli ktoś jeszcze wierzy twierdzeniom niektórych kuromaniaków z internetu, że kura żyje do 30 lat, to oto ma przykład. Najstarsza, jaka za mojego długawego już życia odeszła nie poganiana na tamten świat miała 6 lat.
W tym roku zginął nam też już perlik i drugi, zeszłoroczny kogutek. W zębach lisa. Który gdzieś w pobliżu grasuje. Od tamtej pory puszczam często psy, aby szczekały co rusz po lesie w pobliżu i na razie, odpukać, jest spokój. Lis przeniósł się nieco dalej na wioskę, bo sąsiedzi miewają jednak dalej straty.
Perliczka dołączyła do indyków i przestała krzyczeć charakterystycznym głosem. Zrobiło się cicho.
A kur nam ubywa. Już druga źle się poczuła. Ze starości. Sama nie wiem już która ile ma lat. Ta mogła mieć około 5. Od dwóch dni prawie nie wychodziła z kurnika i siedziała nastroszona na grzędzie. Poprzednia też tak się kryła, a potem nagle znalazłam ją padłą w gnieździe. Oddała ducha samodzielnie. Nauczona tym przykładem, że nie ma co czekać, Anna dzisiaj z rana pomogła staruszce odejść. Jutro będzie rosół.
Jeśli ktoś jeszcze wierzy twierdzeniom niektórych kuromaniaków z internetu, że kura żyje do 30 lat, to oto ma przykład. Najstarsza, jaka za mojego długawego już życia odeszła nie poganiana na tamten świat miała 6 lat.
W tym roku zginął nam też już perlik i drugi, zeszłoroczny kogutek. W zębach lisa. Który gdzieś w pobliżu grasuje. Od tamtej pory puszczam często psy, aby szczekały co rusz po lesie w pobliżu i na razie, odpukać, jest spokój. Lis przeniósł się nieco dalej na wioskę, bo sąsiedzi miewają jednak dalej straty.
Perliczka dołączyła do indyków i przestała krzyczeć charakterystycznym głosem. Zrobiło się cicho.
6 marca 2015
Dziecinne problemy
Udało się uratować życie jednemu z koźląt. A było tak. Na kilka dni przed wykotem Amelka, jedna z pierwiastek dostała łupnia od którejś kozy w boksie. W efekcie pojawiła się ranka na nabrzmiałym już wymieniu.
(Amelka to ta sama kózka, którą kiedyś leczyłyśmy na złamanie nóżki, co można zobaczyć i przeczytać na blogu. Wyzdrowiała całkowicie, nie ma śladu po urazie i w tym roku powiła po raz pierwszy jedno dzieciątko.)
Mimo dezynfekcji i stosowania antybakteryjnego aerozolu, który zazwyczaj mamy na takie przypadki w pogotowiu, wymię obrzmiało i wykazywało objawy zapalenia. Stwierdziłyśmy to niedługo po wykocie. Koźlątko zdążyło napić się siary i zaczęło niedomagać.
W te pędy do weterynarza. Amelka dostała antybiotyk w 4 zastrzykach. I karencję na mleko 6-dniową. Koźlątko przeszło na dokarmianie ręczne mlekiem innej kozy, a mleko Amelki było dojone i wylewane. Tymczasem jednak dziecko najwyraźniej chorowało. Słabo jadło, ciągle spało i chwiało się na nóżkach, przewracało się z osłabienia. Z doświadczenia wiemy, że nie dojadając pożyje najwyżej 3 dni. W końcu zauważyłam, że ma powiększony brzuszek i może to być wzdęcie. Nie tylko zwykła u koźląt obstrukcja po napiciu się gęstej i tłustej siary, przy której nieco stękają i wykazują przejściowy spadek humoru. Była niedziela, do weterynarza nijak. Trzeba było szybko decydować samemu. Maleństwo dostało kusztyczek wódki. Skutek był nieomal natychmiastowy. Poleciała rzadka kupa, gazy odeszły. Wkrótce zaczęło lepiej jeść. Choć słaniało się na nogach jeszcze dwa dni, to w tej chwili (wciąż jeszcze dokarmiane ręcznie dla pewności) już biega i skacze razem z innymi koźlętami całkiem zdrowe. Zaczyna też ssać matkę.
(Amelka to ta sama kózka, którą kiedyś leczyłyśmy na złamanie nóżki, co można zobaczyć i przeczytać na blogu. Wyzdrowiała całkowicie, nie ma śladu po urazie i w tym roku powiła po raz pierwszy jedno dzieciątko.)
Mimo dezynfekcji i stosowania antybakteryjnego aerozolu, który zazwyczaj mamy na takie przypadki w pogotowiu, wymię obrzmiało i wykazywało objawy zapalenia. Stwierdziłyśmy to niedługo po wykocie. Koźlątko zdążyło napić się siary i zaczęło niedomagać.
W te pędy do weterynarza. Amelka dostała antybiotyk w 4 zastrzykach. I karencję na mleko 6-dniową. Koźlątko przeszło na dokarmianie ręczne mlekiem innej kozy, a mleko Amelki było dojone i wylewane. Tymczasem jednak dziecko najwyraźniej chorowało. Słabo jadło, ciągle spało i chwiało się na nóżkach, przewracało się z osłabienia. Z doświadczenia wiemy, że nie dojadając pożyje najwyżej 3 dni. W końcu zauważyłam, że ma powiększony brzuszek i może to być wzdęcie. Nie tylko zwykła u koźląt obstrukcja po napiciu się gęstej i tłustej siary, przy której nieco stękają i wykazują przejściowy spadek humoru. Była niedziela, do weterynarza nijak. Trzeba było szybko decydować samemu. Maleństwo dostało kusztyczek wódki. Skutek był nieomal natychmiastowy. Poleciała rzadka kupa, gazy odeszły. Wkrótce zaczęło lepiej jeść. Choć słaniało się na nogach jeszcze dwa dni, to w tej chwili (wciąż jeszcze dokarmiane ręcznie dla pewności) już biega i skacze razem z innymi koźlętami całkiem zdrowe. Zaczyna też ssać matkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)