Na niebie kształtują się marsowe negatywne aspekty do naszych horoskopów, zatem nie dziwne mi wydarzenia, które niosą ze sobą. Głównie jest to przepracowanie, napięcie sił i emocji, związane z pracą, którą trzeba koniecznie wykonać, bez żadnego odpoczynku, aż do łez.
Tuczenie, brojlerów, kaczek, karmienie nowonarodzonych 20 piskląt zielonożnych to nie lada wyzwanie. Pewne czynności muszę wykonywać stale i codziennie (karmić co dwie, godzinę i pół, pamiętać co kiedy co, gotować i przygotowywać karmę), a nakładają się one jedynie na inne stałe obowiązki sezonowe. U mnie jest to wyrób sera każdego dnia, czyli przerabianie świeżego mleka i reszta prac domowych (posiłki, sprzątanie), a u Anny wypas kóz do południa, załatwianie różnych interesów i papierów, warsztaty tu i tam. Na to codziennie nakłada się kończenie projektu, który niby jest już blisko końca, ale wciąż to wydaje się takie dalekie. Trzeba zrobić balustrady, które cierpliwie powstają, dokończyć sufit w altanie, pomalować drewnochronem podbitkę dachu, dodać obróbki tu i tam, no, i postawić tablicę informacyjną. W tym natłoku zajęć codziennych sprawy mają się tak, że znów musimy przedłużyć termin oddania.
Bo zwariujemy z przepracowania.
12-13 godzin pracy codziennie chyba nikomu z Was by się nie podobało nawet na krótki okres. Tymczasem mamy tak od kilkunastu dni, bez przerw na święta nawet, a przedtem może tych godzin pracy dziennie było 10. Niewielka różnica, prawda?
Kwadratura Marsa uściśla się właśnie i na dniach, pogodnych, bardzo ciepłych, bez deszczu, z lekkim wietrzykiem szykują się sianokosy. Czyli kulminacja.
Felicja urodziła dwa dni temu, koziołka. Wkrótce zaczął słabować. Po napiciu się siary dostał ostrej biegunki i wyglądał tak, jakby dusza z niego uchodziła. Zaczęłyśmy go karmić ręcznie, tj. łyżeczką. Dostał też dwa razy kawę zbożową. Szczęśliwie przeżył pierwszą noc. Udało się go z tego wyprowadzić i już próbuje nieśmiało brykać. Felicja miała problemy z dawaniem mleka, przede wszystkim odpychała malca i nas przy próbach dojenia, silnie kopiąc i wierzgając. Po dwóch dniach mały zassał i matka karmi go już bez problemu. Nadmiar mleka doimy, także już spokojniej.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
17 czerwca 2013
Przepracowujemy
Labels:
Astrologia,
Budownictwo,
Narodziny,
Pionierstwo,
Pogoda,
Praca,
Zdrowie,
Zwierzęta
15 czerwca 2013
Pokaz tkania
Dzisiaj odbył się w naszej zagrodzie kolejny, już trzeci pokaz. Tym razem tkania na krosnach.
Przybyły dziewczynki z opiekunkami z miasteczka oraz sąsiad z Polesia. I zaczęła się zabawa w tkanie chodnika.
Oto scena, którą ujrzałam wchodząc do "szkółki ginącego rzemiosła", urządzonej na chwilę w chatce dziadka.
(Obróbki okna i drzwi z framugą tj. zaokrąglenia, przybyły niedawno).
Kiedy dzieci z opiekunkami odjechały, pierwej po pilnej pracy obejrzawszy z ciekawością pasące się stada owiec i kóz na naszej wiosce, rowerami, bo połączone to było z wycieczką plenerową, zjawili się nowi goście i nowe chętne do zapoznania się ze starożytną sztuką tkania na krosnach. Aż z samej Ameryki i Albionu. Jak widać nasza znajoma polska amerykanka poczuła wenę, i powiem, że ruchy, które wykonywała znamionowały specjalistkę, chyba z poprzedniego życia.
I towarzysząca jej osoba, którą pewnie niektórzy rozpoznają rodem z innego bloga... Świeża Podlasianka, nowa sąsiadka z drugiej wsi. Nie omieszkała wpleść w powstający chodnik swojego rządka.
Swoją drogą tyle właśnie udało się dzisiaj wyprodukować chodniczka rękami różnymi, dzieci wybierały kolory według własnego gustu i tkały tyle, ile chciały.
13 czerwca 2013
Przekaz pokoleń
No, więc tak to mniej więcej wyglądało w naszej chatce dziadka. Od ósmej rano rozpoczął się przekaz pokoleń. Pani Nadzia uczyła Anię podstaw sztuki snowalniczej.
W tle córeczka Oli, kilka minut wytrzymała spokojnie, a jakże, i ciekawie się wszystkiemu przyglądała. Może kiedyś to sobie przypomni? I poczuje impuls, kto wie?
Tu już pracują pilnie trzy pary rąk. Pani Nadzi, pani Wiery i Anine.
Starszyzna skupiona na rzeczy samej. Żadnych banialuk i bajek, tylko przewlekanie i wiązanie nici w odpowiednich oczkach.
Obok nasze nowe stare krosna w prawie całej okazałości (zostały one podniesione z kompletnego zapomnienia i odrzucenia w obórce sąsiada z Polesia, gdzie przed dewastacją i spróchnieniem uchroniły je jedynie zwały słomy, pod którymi były ukryte całe lata). Z sosnowego drewna.
Obok zaś, po raz pierwszy na blogu we fragmencie ujawnia się kredens Czar Podlasia, który przywracałam do blasku w zeszłym roku.
- "Stare ręce już nie takie jak za mołodoj diewcziny" - stwierdzała filozoficznie pani Nadzia, pracowicie się nimi posługując. Bez odpoczynku cały dzionek.
O, tak to wyglądało. Każde oczko w nicielnicy trzeba było przewlec nicią.
11 czerwca 2013
Terminowanie rzemieślnicze
To był zająbisty dzień. Kwadratura Marsa do "mojego" Plutona, zatem wysiłek, "padanie na pyszczek", regeneracja też. No, więc regenerujemy stary sprzęt. Krosna. Aby je uruchomić, po dłuższym czasie składania wszystkich części do tzw. kupy w chatce dziadka, na koniec należało założyć na nie osnowę. W tym celu z rana przyjechała nasza nieoceniona i niespożyta pani Nadzia, przyszła jej z pomocą także nasza pani sąsiadka, Anna chłonęła, uczyła się i pomagała jak mogła starszyźnie. I trwało to dosłownie od ósmej (rano) do ósmej (wieczorem). Z przerwą oczywiście na obiad (panie nawet śniadania nie chciały, tak się zajęły mozolną pracą) i kusztyczek naleweczki porzeczkowej, dla wzmocnienia.
Była jeszcze jedna uczestniczka, Ola, ale bardziej tytułem widza i wstępnej uczennicy, niż pracownicy. Przyjechała z małą córeczką, którą bardziej interesowały pisklaki, indyczęta, koźlęta, koty, niż przeciąganie i motanie nici. I pozostała niedługi czas, zapoznawszy się bardzo wstępnie z najważniejszą czynnością tkacką, czyli snuciem osnowy. Jest jednak osobą bardzo zainteresowaną praktyczną stroną tego rzemiosła. Tym niemniej, powiem od siebie, jako obserwatorka, jest to sztuka bardzo pracochłonna, do której nadaje się niewiele osób. Samo tkanie chodnika, makaty to już pikuś przy tworzeniu osnowy. Trzeba mieć cierpliwość, wytrwałość, dobre oczy, odporność na zmęczenie.
Niegdyś kobiety uczyły się tej sztuki od siebie nawzajem, matka uczyła córkę. Wypadało matce zaopatrzyć córkę w wiano, lniane koszule, płachty, chodniki, makaty i co tam jeszcze. Córka miała wiele lat na cierpliwe przyswajanie tej żmudnej znajomości przedmiotu. Nikt nie nauczy się snuć za pierwszym, drugim, ani nawet trzecim razem. Usłyszałam dzisiaj, że "za pięć lat" Anna już wszystko sama opanuje. A zaliczyła już kilka razy. Całe szczęście, że żyją jeszcze takie panie Nadzie i można się od nich uczyć.
Opanować też trzeba tajemny język i nazewnictwo. Na wschodzie są to trostki, nicielnice, oczka, berdo, protok, są też oszybki, które trzeba na koniec cierpliwie znaleźć i naprawić w gotowej osnowie.
Na mojej wyłącznie głowie było w tym czasie (ciągłe) karmienie inwentarza, zaganianie do obory przed deszczem, palenie pod płytą, szykowanie karmy, gotowanie i podanie obiadu, a na koniec wypas kóz po deszczu i udój. Zapewniam, że nie mniej mnie to wysiłku kosztowało.
Zdjęcia będą następnym razem. Gdy odpoczniemy.
Była jeszcze jedna uczestniczka, Ola, ale bardziej tytułem widza i wstępnej uczennicy, niż pracownicy. Przyjechała z małą córeczką, którą bardziej interesowały pisklaki, indyczęta, koźlęta, koty, niż przeciąganie i motanie nici. I pozostała niedługi czas, zapoznawszy się bardzo wstępnie z najważniejszą czynnością tkacką, czyli snuciem osnowy. Jest jednak osobą bardzo zainteresowaną praktyczną stroną tego rzemiosła. Tym niemniej, powiem od siebie, jako obserwatorka, jest to sztuka bardzo pracochłonna, do której nadaje się niewiele osób. Samo tkanie chodnika, makaty to już pikuś przy tworzeniu osnowy. Trzeba mieć cierpliwość, wytrwałość, dobre oczy, odporność na zmęczenie.
Niegdyś kobiety uczyły się tej sztuki od siebie nawzajem, matka uczyła córkę. Wypadało matce zaopatrzyć córkę w wiano, lniane koszule, płachty, chodniki, makaty i co tam jeszcze. Córka miała wiele lat na cierpliwe przyswajanie tej żmudnej znajomości przedmiotu. Nikt nie nauczy się snuć za pierwszym, drugim, ani nawet trzecim razem. Usłyszałam dzisiaj, że "za pięć lat" Anna już wszystko sama opanuje. A zaliczyła już kilka razy. Całe szczęście, że żyją jeszcze takie panie Nadzie i można się od nich uczyć.
Opanować też trzeba tajemny język i nazewnictwo. Na wschodzie są to trostki, nicielnice, oczka, berdo, protok, są też oszybki, które trzeba na koniec cierpliwie znaleźć i naprawić w gotowej osnowie.
Na mojej wyłącznie głowie było w tym czasie (ciągłe) karmienie inwentarza, zaganianie do obory przed deszczem, palenie pod płytą, szykowanie karmy, gotowanie i podanie obiadu, a na koniec wypas kóz po deszczu i udój. Zapewniam, że nie mniej mnie to wysiłku kosztowało.
Zdjęcia będą następnym razem. Gdy odpoczniemy.
10 czerwca 2013
Pomyłka-zmyłka
Śmiech. Zaszła pomyłka w obliczeniach. O równy miesiąc. Felicja ma termin na mn.w. 15 czerwca, a nie maja, jak to w pośpiechu po tylu kryciach co miesiąc obliczyła była Anna. A potem nie sprawdziła drugi raz. Zatem proroctwo naszego szanownego Gościa, że będzie kózka, ma szansę jeszcze się spełnić!
Dzisiaj znów były dwie burze, kozy większość czasu przestały w oborze, ale rankiem i przedwieczorkiem zdążyły się popaść. Zachmurzyło się i nieco ochłodziło, cieszy mnie to, bo można ze stadem wytrzymać na łące, nic nie lata z gwizdem i bzykiem wokół głowy i nie trzeba się oganiać od nalatujących zewsząd ślepaków.
Anna bierze ze sobą na wypas laptopa, aby zajmować się projektowaniem grafiki do tego i owego. Ja trzymam jedynie laskę pasterską i wchodzę w rytm rośnięcia traw, i żerowania kóz. Takie spowolnienie tempa wycisza organizm, ale nic to w porównaniu z rytmem kamieni, morza, gór, kosmosu!
Anna najczęściej zajmuje się ostatnio wyrzynaniem deseczek do altany i snuciem nici do kolejnego projektu tkackiego. Całe gospodarstwo zatem na mojej głowie.
Jest już na świecie 13 kurczaczków zielononóżek.
Dzisiaj znów były dwie burze, kozy większość czasu przestały w oborze, ale rankiem i przedwieczorkiem zdążyły się popaść. Zachmurzyło się i nieco ochłodziło, cieszy mnie to, bo można ze stadem wytrzymać na łące, nic nie lata z gwizdem i bzykiem wokół głowy i nie trzeba się oganiać od nalatujących zewsząd ślepaków.
Anna bierze ze sobą na wypas laptopa, aby zajmować się projektowaniem grafiki do tego i owego. Ja trzymam jedynie laskę pasterską i wchodzę w rytm rośnięcia traw, i żerowania kóz. Takie spowolnienie tempa wycisza organizm, ale nic to w porównaniu z rytmem kamieni, morza, gór, kosmosu!
Anna najczęściej zajmuje się ostatnio wyrzynaniem deseczek do altany i snuciem nici do kolejnego projektu tkackiego. Całe gospodarstwo zatem na mojej głowie.
Jest już na świecie 13 kurczaczków zielononóżek.
9 czerwca 2013
Notatki codzienne
Łacio zniknął. Nie pokazał się od ponad tygodnia. Obawiam się niestety, najgorszego tym razem. Jego zapach zaczął znikać z domu i obejścia i w rolę naczelnego kocura z dnia na dzień wciela się Jasiek. Polega to głównie na głośnym kocim zawodzeniu podczas obchodzenia terytorium. Jak to on, rzadko bywa w domu, wpadając jedynie na główne posiłki i świeże mleko.
Wczorajszy nów księżyca sprowokował wylęg jaj, na których zasiadła Usia pod wanną. Jakiś czas temu zabrałyśmy je stamtąd, dołożyłyśmy do jednego z gniazd i posadziłyśmy na nich Usię, w zamian za jedną kwokę, która ma chyba ptasie ADHD i nie potrafiła cierpliwie usiedzieć w gnieździe. Jest już 8 kurczątek na tym świecie. Zostały odebrane kwoce, przebywają w pudełku pod żarówką w kuchni. Kwoka musi wysiedzieć jeszcze pozostałe jaja, które mają nieco późniejszy termin.
Dzisiaj były dwie burze. Druga trwała długo, kręciła się nad okolicą i kilka razy wracała. Spadł długi obfity deszcz, który ochłodził i oczyścił wreszcie atmosferę. Kiedy wyszło w końcu słońce kozy zdążyły się jeszcze popaść na łące, bardzo zadowolone ze zniknięcia mucholi.
Pogoda nie przeszkodziła uwędzić kilka serków.
Wczorajszy nów księżyca sprowokował wylęg jaj, na których zasiadła Usia pod wanną. Jakiś czas temu zabrałyśmy je stamtąd, dołożyłyśmy do jednego z gniazd i posadziłyśmy na nich Usię, w zamian za jedną kwokę, która ma chyba ptasie ADHD i nie potrafiła cierpliwie usiedzieć w gnieździe. Jest już 8 kurczątek na tym świecie. Zostały odebrane kwoce, przebywają w pudełku pod żarówką w kuchni. Kwoka musi wysiedzieć jeszcze pozostałe jaja, które mają nieco późniejszy termin.
Dzisiaj były dwie burze. Druga trwała długo, kręciła się nad okolicą i kilka razy wracała. Spadł długi obfity deszcz, który ochłodził i oczyścił wreszcie atmosferę. Kiedy wyszło w końcu słońce kozy zdążyły się jeszcze popaść na łące, bardzo zadowolone ze zniknięcia mucholi.
Pogoda nie przeszkodziła uwędzić kilka serków.
8 czerwca 2013
Kuba daj dzióba
Felicja okazała się niezapłodniona. Mimo, że czterokrotnie miała bliskie spotkanie z kozłem. Natomiast cyc jej rośnie i ma w nim mleko. Zastanawiamy się, co robić. Takiego dziwa jeszcze nie spotkałam wśród zwyczajnych kóz.
Wyraźnie gorzej znosi warunki upalne i ataki gzów, które jak na złość ją sobie ulubiły. W większości więc chowa się w cieniu, gdzieś przy płocie i pasie na siedząco.
Zdecydowanie nie lubię genetycznych pomysłów ludzi, ingerujących w typy zwierzęce. Być może dawne sposoby hodowli selekcyjnej sprawdzały się, ale zapewne w ostatnich latach przyspieszono pewne procesy, dodać sztuczne mleko i karmę z dodatkiem soi lub kukurydzy GMO, którymi faszeruje się koźlęta odstawione od cyca matki od drugiego dnia po urodzeniu, i oto - tadam - jaki rezultat.
Będziemy oczywiście starać się ją zakocić ponownie, gdy przyjdzie czas rui. Jak na razie ona sama nie wykazuje żadnej ochoty na bliskie spotkanie. Od miesięcy. Co nas zmyliło, że jednak zaszła.
Inne twory ręki ludzkich bio-technologów, które przeżywam, to brojlery. To trzeba zobaczyć, jak tyją od pierwszych dni, jak nienaturalnie wyglądają, jak nieustająco są głodne... Trzymamy je w zamknięciu, w specjalnie ogrodzonej zagródce w stodole. Raczej nie tęsknią do normalnego życia kur. Karmię je co godzina, ale gdyby dawać co pół godziny, też byłyby zachwycone.
Kontakt z czymś tak wynaturzonym budzi w psychice zwykłego człowieka odruch wstrętu. Dopiero trzeba sobie przetłumaczyć, poznać uwarunkowania, przyczyny i cele, aby zrozumieć i racjonalnie nad owym wrodzonym ludziom wstrętem zapanować. A niektórym osobnikom pozwala popaść zapewne w samozachwyt nad sprytem człowieczej rasy. Że tak potrafi unowocześnić wytwór boskiej ręki, i z kury zrobić kuro-przedmiot produkcji kurzych piersi, skrzydełek i udek, a ze świni chodzące schaby, balerony, szynki i tłuste żeberka. Zaś z kozy żywą mleczarnię.
Tak, wiem, że niektórzy są tym zachwyceni. Gdy koza daje mleko sama z siebie i nie wiadomo jak długo, "tylko z miłości do właściciela". Ale ja wcale nie jestem ciekawa takich wielbicieli. Chyba znam ten typ, także z całkiem innych branż i dziedzin życia.
Podobne, sztuczne, potwarcze, defektowe efekty nie wydają mi się jednak ziemio-lubne, eko-logiczne, pro-ziemskie (szukam właściwego określenia) i pro-ludzkie w konsekwencji. Jeśli patriarcha Jakub mógł być uznany za zręcznego pierwszego genetyka-hodowcę, ingerującego w ubarwienie owiec swego wuja za pomocą cętkowanych patyków podstawianych zapłodnionym owcom przed oczy przy karmieniu i pojeniu, przez co rodziły potomstwo w większości cętkowane, to z pewnością w niczym nie szkodziło to rasie tych owiec, w jej odporności, płodności, sile fizycznej, zdrowiu, długości życia. Dzisiejsze "Kubusie" w fartuchach jednak przekroczyły miarę zdrowego rozsądku i poziomu harmonii z przyrodą w gatunkach zwierzęcych, w które ingerują swoimi sposobami (nie chcę nawet wnikać jakimi, żeby mi się nie śniło po czarnych nocach). Odczuwam to, co odczuwam, i nie oszukuję się. Widzę jak jest. Na tle przyrody i warunków niewymagających sprawa wygląda wyraźnie, jak obrysowana grubą kreską. Jeśli cele wyznacza potrzeba ekonomiczna, wyjęta całkowicie z ram całej przyrody planety i ograniczona jedynie do potrzeb gatunku ludzkiego, to na tych biednych przepotwarczanych stworzeniach widać szybkie potwornienie zbiorowego umysłu ludzkiego i cywilizacji.
Wyraźnie gorzej znosi warunki upalne i ataki gzów, które jak na złość ją sobie ulubiły. W większości więc chowa się w cieniu, gdzieś przy płocie i pasie na siedząco.
Zdecydowanie nie lubię genetycznych pomysłów ludzi, ingerujących w typy zwierzęce. Być może dawne sposoby hodowli selekcyjnej sprawdzały się, ale zapewne w ostatnich latach przyspieszono pewne procesy, dodać sztuczne mleko i karmę z dodatkiem soi lub kukurydzy GMO, którymi faszeruje się koźlęta odstawione od cyca matki od drugiego dnia po urodzeniu, i oto - tadam - jaki rezultat.
Będziemy oczywiście starać się ją zakocić ponownie, gdy przyjdzie czas rui. Jak na razie ona sama nie wykazuje żadnej ochoty na bliskie spotkanie. Od miesięcy. Co nas zmyliło, że jednak zaszła.
Inne twory ręki ludzkich bio-technologów, które przeżywam, to brojlery. To trzeba zobaczyć, jak tyją od pierwszych dni, jak nienaturalnie wyglądają, jak nieustająco są głodne... Trzymamy je w zamknięciu, w specjalnie ogrodzonej zagródce w stodole. Raczej nie tęsknią do normalnego życia kur. Karmię je co godzina, ale gdyby dawać co pół godziny, też byłyby zachwycone.
Kontakt z czymś tak wynaturzonym budzi w psychice zwykłego człowieka odruch wstrętu. Dopiero trzeba sobie przetłumaczyć, poznać uwarunkowania, przyczyny i cele, aby zrozumieć i racjonalnie nad owym wrodzonym ludziom wstrętem zapanować. A niektórym osobnikom pozwala popaść zapewne w samozachwyt nad sprytem człowieczej rasy. Że tak potrafi unowocześnić wytwór boskiej ręki, i z kury zrobić kuro-przedmiot produkcji kurzych piersi, skrzydełek i udek, a ze świni chodzące schaby, balerony, szynki i tłuste żeberka. Zaś z kozy żywą mleczarnię.
Tak, wiem, że niektórzy są tym zachwyceni. Gdy koza daje mleko sama z siebie i nie wiadomo jak długo, "tylko z miłości do właściciela". Ale ja wcale nie jestem ciekawa takich wielbicieli. Chyba znam ten typ, także z całkiem innych branż i dziedzin życia.
Podobne, sztuczne, potwarcze, defektowe efekty nie wydają mi się jednak ziemio-lubne, eko-logiczne, pro-ziemskie (szukam właściwego określenia) i pro-ludzkie w konsekwencji. Jeśli patriarcha Jakub mógł być uznany za zręcznego pierwszego genetyka-hodowcę, ingerującego w ubarwienie owiec swego wuja za pomocą cętkowanych patyków podstawianych zapłodnionym owcom przed oczy przy karmieniu i pojeniu, przez co rodziły potomstwo w większości cętkowane, to z pewnością w niczym nie szkodziło to rasie tych owiec, w jej odporności, płodności, sile fizycznej, zdrowiu, długości życia. Dzisiejsze "Kubusie" w fartuchach jednak przekroczyły miarę zdrowego rozsądku i poziomu harmonii z przyrodą w gatunkach zwierzęcych, w które ingerują swoimi sposobami (nie chcę nawet wnikać jakimi, żeby mi się nie śniło po czarnych nocach). Odczuwam to, co odczuwam, i nie oszukuję się. Widzę jak jest. Na tle przyrody i warunków niewymagających sprawa wygląda wyraźnie, jak obrysowana grubą kreską. Jeśli cele wyznacza potrzeba ekonomiczna, wyjęta całkowicie z ram całej przyrody planety i ograniczona jedynie do potrzeb gatunku ludzkiego, to na tych biednych przepotwarczanych stworzeniach widać szybkie potwornienie zbiorowego umysłu ludzkiego i cywilizacji.
7 czerwca 2013
Chłonność
Właściwie to lubię, jak leje raz dziennie, z dokładnością do dwóch godzin. Po pierwsze parność i nasłonecznienie przed południem ożywia tak mocno gryzące muchy, małe, większe i największe krwiopijcze, że kozy uciekają z pastwiska bardzo szybko, kryjąc się w cieniu zagrody lub wręcz w boksach w środku dnia. Popołudniowa ulewa oczyszczała atmosferę (piszę w czasie przeszłym, bo dzisiaj zanosi się na to, że żadnego deszczu o zgrozo! nie bude) i znikały te latające potwory do samego wieczora. Kozuchy przeczekawszy deszcz i burzę, a właściwie mruczankę kulturalnie pod dachem szły jeszcze na dwie-trzy godziny przedwieczorne spokojnie popaść się na jakże żyznej i czystej łące.
Nawet spore ilości wody lejące się z nieba na naszym piaskowym polu wchłaniają się błyskawicznie i bezśladowo. Jeśli nie liczyć niesamowitej zieleni trawy, liści drzew i krzewów, lasu oraz owsa rosnącego gęsto i szybko, jak dawno już mu się nie zdarzyło.
Wysokie grządki łykają każdą ilość płynu niebiańskiego, nawet nie mlasnąwszy. Anna co jakiś czas oczyszcza je ścinakiem z chwastów, które nieco zaczęły być upierdliwe.
A oto co w temacie łykania wody przez glebę napisała mi Krysia C.
"Opady są spore, ale bez przesady. To gleba nie wchłania już wilgoci. Na Zachodzie 80% gleb jest martwych. Poza tym na skutek używania ciężkiego sprzętu tworzy się w podglebiu twarda, martwicowa "podeszwa". Wycina się drzewa na miedzach i zalesienia śródpolne. Likwiduje łąki zalewowe wzdłuż rzek. I tak pierwsza lepsza ulewa powoduje falę powodziową.
Nawet spore ilości wody lejące się z nieba na naszym piaskowym polu wchłaniają się błyskawicznie i bezśladowo. Jeśli nie liczyć niesamowitej zieleni trawy, liści drzew i krzewów, lasu oraz owsa rosnącego gęsto i szybko, jak dawno już mu się nie zdarzyło.
Wysokie grządki łykają każdą ilość płynu niebiańskiego, nawet nie mlasnąwszy. Anna co jakiś czas oczyszcza je ścinakiem z chwastów, które nieco zaczęły być upierdliwe.
A oto co w temacie łykania wody przez glebę napisała mi Krysia C.
"Opady są spore, ale bez przesady. To gleba nie wchłania już wilgoci. Na Zachodzie 80% gleb jest martwych. Poza tym na skutek używania ciężkiego sprzętu tworzy się w podglebiu twarda, martwicowa "podeszwa". Wycina się drzewa na miedzach i zalesienia śródpolne. Likwiduje łąki zalewowe wzdłuż rzek. I tak pierwsza lepsza ulewa powoduje falę powodziową.
Żywa gleba reaguje zupełnie inaczej, podobna jest do gąbki, bardzo
puszysta. Zatrzymuje większość wody w sobie, następnie wzdłuż korzeni drzew (a
mogą one sięgać do 30 metrów w głąb) przesącza się do cieków podziemnych. Pasy
zadrzewień zatrzymują ściekającą w dół wodę. Rzeki rozlewają się leniwie po
łąkach zalewowych i fala powodzi się nie akumuluje. U nas masa wody wciśnięta
między wały p-powodziowe leci w dół, coraz bardziej wzbierając.
Śmierć gleb jest tematem mało znanym i rzadko poruszanym, a przecież
na martwym podłożu nic nie wyrośnie. Stąd coraz większa konieczność nawożenia.
Rośliny są jednak słabe i podatne na choroby, stąd masa trujących pestycydów i
innych świństw, które wnikają do gleby i niszczą w niej resztkę życia. Marne
resztki próchnicy, które zostały, są wypłukiwane przez wodę. Taka ziemia, nawet
pozostawiona w ugorze, nie wróci do żyzności wcześniej, niż za kilkaset lat, a
może dłużej.
To nie żywioły czy rozpętane moce są winne, winni jesteśmy my,
ludzie. Zwróć uwagę, na jakich terenach zdarzają się największe powodzie - tam,
gdzie są największe uprawy i "najnowocześniejsze" rolnictwo."
Tak sobie gwarzymy czasem, ale muszę wyznać, że mam pewien projekt w głowie, który mi się układa z wolna, zwłaszcza, gdy po południu kozy pasę. Gdy już mi się klocki poukładają i wskoczą na swoje miejsca pewnie cokolwiek o tym bąknę.
Labels:
Ekologia,
Gleba,
Las,
Ogród,
Permakultura,
Pionierstwo,
Pogoda,
Rośliny,
Woda
5 czerwca 2013
Gdybanie
W Europie ulewy zaczynają budzić co najmniej zaniepokojenie stanem wód i powodziami, które nadchodzą. I nadejdą zapewne. Choć niekoniecznie jeszcze te najgorsze, które czekają nasz kontynent. Przyzwyczajajmy się. Albo róbmy coś. Jak na razie robienia czegokolwiek nie ma, bo każdy jest we śnie swego codziennego dnia i nie bierze pod uwagę, że może go coś nieprzyjemnego spotkać z dnia na dzień, co nigdy dotąd nie bywało, a co zmieni jego życie diametralnie, a zburzy już na pewno. A nawet jak bywało, to przecież niekoniecznie musi dotknąć nas osobiście, może zmoże sąsiada? albo znajomego znajomego? albo nieznajomego? I tak się to czeka i przeczekuje...
Ja wiem, co zrobiłabym, gdybym mieszkała nad rzeką grożącą powodzią z gór albo z dolin. Po prostu wyprowadziłabym się stamtąd zawczasu, szukając miejsca mniej zagrożonego, niepodtapialnego tak łatwo. Oczywiście wszelkich zagrożeń się nigdy nie przewidzi, ani nie uniknie (są jeszcze wiatry, tornada, pożary, trzęsienia ziemi, osuwiska, zaspy śnieżne, albo zarazy), ale akurat to powodziowe jest już całkowicie jawne i przewidywalne. I nie ma co się łudzić, że będzie lepiej. Będzie coraz gorzej! Aż do najgorszego.
A zgoła niewielu myślących może jeszcze zrobić jakiś ruch życiowy, którym zmienią swój los.
U nas, jak mówię, trwają wiosenne burzo-ulewy, raz dziennie, przeważnie po południu. Dzięki obfitości tego dość krótkiego, kilkunastominutowego opadu pole zieleni się pięknie i rośnie w oczach, podobnie trawy. Bez tego nasza sucha piaszczysta posiadłość już zaczynałaby więdnąć i żółknąć.
Czas słonecznego dnia jest z kolei tak intensywny i dość parny, że od rana powietrze furkocze i drży od przelotu owadów i ich brzęczenia, much, gzów, os, ślepaków, szerszeni, pszczół.
Komarów coraz mniej, bo zaczął się wraz z czerwcem sezon muszy. Ale wciąż jestem pokąsana.
Dzisiaj Anna zdołała zawieźć na pace wszystkie deski potrzebne na altanę do stolarza i je wraz z nim na maszynie heblarskiej pięknie zheblować.
I na tym dzień pracy budowlanej się zakończył. Burzą i ulewą.
Ja wiem, co zrobiłabym, gdybym mieszkała nad rzeką grożącą powodzią z gór albo z dolin. Po prostu wyprowadziłabym się stamtąd zawczasu, szukając miejsca mniej zagrożonego, niepodtapialnego tak łatwo. Oczywiście wszelkich zagrożeń się nigdy nie przewidzi, ani nie uniknie (są jeszcze wiatry, tornada, pożary, trzęsienia ziemi, osuwiska, zaspy śnieżne, albo zarazy), ale akurat to powodziowe jest już całkowicie jawne i przewidywalne. I nie ma co się łudzić, że będzie lepiej. Będzie coraz gorzej! Aż do najgorszego.
A zgoła niewielu myślących może jeszcze zrobić jakiś ruch życiowy, którym zmienią swój los.
U nas, jak mówię, trwają wiosenne burzo-ulewy, raz dziennie, przeważnie po południu. Dzięki obfitości tego dość krótkiego, kilkunastominutowego opadu pole zieleni się pięknie i rośnie w oczach, podobnie trawy. Bez tego nasza sucha piaszczysta posiadłość już zaczynałaby więdnąć i żółknąć.
Czas słonecznego dnia jest z kolei tak intensywny i dość parny, że od rana powietrze furkocze i drży od przelotu owadów i ich brzęczenia, much, gzów, os, ślepaków, szerszeni, pszczół.
Komarów coraz mniej, bo zaczął się wraz z czerwcem sezon muszy. Ale wciąż jestem pokąsana.
Dzisiaj Anna zdołała zawieźć na pace wszystkie deski potrzebne na altanę do stolarza i je wraz z nim na maszynie heblarskiej pięknie zheblować.
I na tym dzień pracy budowlanej się zakończył. Burzą i ulewą.
Labels:
Budownictwo,
Filozofia,
Owady,
Pionierstwo,
Pogoda,
Praca,
Rośliny
4 czerwca 2013
Stopieńki
Mela czuje się dobrze, lekko utyła, nabrała wigoru, dostaje zestaw witaminowo-mineralny, obyło się bez zastrzyków. Ostatnia pogoda , zmienna, ale i wspomagająca żyzność traw na naszej piaskowej wiosce. sprzyja temu, aby się najadła do syta.
Zieleń wszędzie wokół jest głęboka, czysta, intensywna, wciągająca wzrok w jakieś planetarne głębie.
Stworzenia rosną, choć i zaczynają się problemy. Jak z kaczusiami, które upodobały sobie ucieczki na pole. Daleko w pole. Odnaleźć je i przygodnić z powrotem do obejścia to wiele czasu i zachodu. Dzisiaj zrobiły to trzykrotnie.
Odkryłyśmy, że gdzieś na terenie naszego gospodarstwa mieszka dudek! Pierwszy raz, gdy przeleciał mi blisko przed oczami uznałam za czarowny moment jak z baśni, istny zwid. Później jednak Anna natknęła się na niego na poddaszu obory, gdy ściągała siano dla kóz. Dzisiaj widziałam go lądującego na drodze. Pojawia się i znika.
Praca z wolna, bardzo z wolna, ale stopniowo posuwa się do przodu.
Pomiędzy burzo-deszczami, w ciepłym słońcu, pośród brzęczących owadów.
Zieleń wszędzie wokół jest głęboka, czysta, intensywna, wciągająca wzrok w jakieś planetarne głębie.
Stworzenia rosną, choć i zaczynają się problemy. Jak z kaczusiami, które upodobały sobie ucieczki na pole. Daleko w pole. Odnaleźć je i przygodnić z powrotem do obejścia to wiele czasu i zachodu. Dzisiaj zrobiły to trzykrotnie.
Odkryłyśmy, że gdzieś na terenie naszego gospodarstwa mieszka dudek! Pierwszy raz, gdy przeleciał mi blisko przed oczami uznałam za czarowny moment jak z baśni, istny zwid. Później jednak Anna natknęła się na niego na poddaszu obory, gdy ściągała siano dla kóz. Dzisiaj widziałam go lądującego na drodze. Pojawia się i znika.
Praca z wolna, bardzo z wolna, ale stopniowo posuwa się do przodu.
Pomiędzy burzo-deszczami, w ciepłym słońcu, pośród brzęczących owadów.
3 czerwca 2013
Jeden dzień na wsi, wiosna
Wszyscy, jak czytam, z Polski narzekają na pluchę i ulewy. I u nas cokolwiek się rozdeszczyło, nie powiem. Ale wygląda to zgoła wiosennie. Ot, dzień zaczyna się jasny i ciepły, kozy pięknie się pasą kilka godzin na zielonej trawie, łażąc po sąsiadach, Górze i polanie leśnej.
Ja w tym czasie zagospodarowuję udojone mleko, palę pod płytą i gotuję 2 gary ziemniaków dla rosnącego drobiu, które potem tłukę z osypką pszenną i rozmiękczam serwatką, kaczkom, brojlerom i indyczętom.
Anna wraca ze stadem z wypasu, zamyka je w zagrodzie, gdzie kozuchy spokojnie przeżuwają trawsko i zabiera się za roboty stolarskie.
Taras przy chacie zamienił się teraz bowiem w warsztacik stolarski. Wycina wyrzynarką kształtne deseczki do altany (wzór podpatrzony na rosyjskim filmie o budownictwie drewnianym), hebluje je i szlifuje.
Podaję obiad. Przeważnie ziemniaki w mundurkach (no, bo mi się dwa razy nie chce gotować, a i zresztą płyty brakuje na garnki) z czymś tam, albo z jajkiem sadzonym (wersja wegetariańska), albo z befsztykiem koźlęcym, albo wątróbką drobiową, jak dziś. Do tego sałatka, której zawartość - oprócz pomidora lub ogórka kupowanych w sklepie - pochodzi z naszego ogródka i gospodarstwa, sałata, roszponka, szczypior, jajo gotowane na twardo, ser w różnej postaci, albo twaróg, albo podpuszczkowy. To skropione lekko octem jabłkowym i wymieszane z olejem rzepakowym lub majonezem. Najlepsze jedzenie na tę porę roku!
Popijam obiad oczywiście mlekiem zsiadłym lub od czasu do czasu jogurtem, gdy mam czym zaprawić odstawiane mleko.
Taki obiadek starcza mi właściwie do śniadania następnego dnia. Jestem kompletnie zaskoczona swoim organizmem. To, w czasach, gdy jadłam chleb, było niemożliwe. Ciągle robiłam sobie kanapki i wciąż było mi mało. Teraz już wiem, zwyczajnie byłam na głodzie, bo nie trawiłam większości składników.
No, i tak dopiero po obiedzie pojawia się chmura, ciągnąca tak jakoś z południa albo południowego-wschodu, a z nią powiew wiatru. Chmurzy się, ale mam czas zabezpieczyć wszystko przed deszczem. Czyli zapakować kozy do boksów, podsypać im zeszłorocznego sianka do żłobów, zagonić kaczki do obórki, nakarmić i napoić, aby siedziały w zamknięciu spokojnie. Kury zostawiam same sobie, radzą sobie znakomicie w różny sposób. Albo chowając się pod daszkami, na ganku, w kurniku, w otwartej oborze, albo pod krzewami i drzewami.
Zaczyna lać, a nawet pogrzmiewać. Ale jak dotąd nigdy z tych grzmotów nie zrobiła się poważna burza z piorunami. Ot, mruczanka.
Wyłączamy jednak internet, na wszelki wypadek, aby modem nie padł, jak nam się już raz kiedyś przytrafiło.
Można się wtedy zdrzemnąć albo napić kawy lub herbaty. I to jest chwila wytchnienia.
Bo, gdy deszcz przejdzie i chmura odpłynie na niebie znów wyłania się słońce i życie wraca szybko do równowagi. Ruszają do oblotów owady, odzywają się ptaki. Kury ruszają na żer. Wypuszczam kaczęta z Gusią, która je oczywiście dozoruje, jak najlepsza niania, a wkrótce kozy. Które zamykamy przeważnie w zagrodzie w sadzie, gdzie spędzają popołudniowe godziny na drugim popasie.
Ruszamy do pracy. Anna znów wyrzyna, szlifuje w pyle drzewnym, od którego kicha co chwila. A ja maluję jej wytwory drewnochronem. Dozorując cały czas zwierzynę. Bo ciągle coś się wydarza. A to stary kogut ściga małego, a to kura zaklinowała się między kominem wędzarki a chatką dziadka, a to kaczęta powędrowały z gęsią aż pod bramę Mikołaja. A to koty chcą jeść, wejść do domu i wyjść, a to Kola chce się pobawić patykiem i marudzi.
I tak czas biegnie, aż do kolejnej chmury, która powoli nadciąga z tego samego kierunku co przedtem. Zresztą już czas na zwinięcie majdana. Ściągamy stado z wypasu, pakujemy do boksów, zaganiam kaczki, karmię je, potem kury zwołuję do kurnika i zamykam. Na koniec szykuję drugi obrządek i udój.
To jeszcze nie koniec pracy, ale zdążamy jakoś przed kolejnym deszczem, przelotnym jednak i mniej ulewnym, ot, wiosennym podlewaczem ogródków.
Teraz jeszcze nakarmić koty, psa, kurczęta i indyczęta, zlać resztę mleka z udoju na zsiadłe, pozmywać, przygotować karmę dla drobiu na rano i można odpoczywać. Zbliża się dziewiętnasta. Uff!
Wieczór trwa spokojny za oknem, być może w nocy trochę popada, ale tak samo jak w dzień, przelotnie.
Ja w tym czasie zagospodarowuję udojone mleko, palę pod płytą i gotuję 2 gary ziemniaków dla rosnącego drobiu, które potem tłukę z osypką pszenną i rozmiękczam serwatką, kaczkom, brojlerom i indyczętom.
Anna wraca ze stadem z wypasu, zamyka je w zagrodzie, gdzie kozuchy spokojnie przeżuwają trawsko i zabiera się za roboty stolarskie.
Taras przy chacie zamienił się teraz bowiem w warsztacik stolarski. Wycina wyrzynarką kształtne deseczki do altany (wzór podpatrzony na rosyjskim filmie o budownictwie drewnianym), hebluje je i szlifuje.
Podaję obiad. Przeważnie ziemniaki w mundurkach (no, bo mi się dwa razy nie chce gotować, a i zresztą płyty brakuje na garnki) z czymś tam, albo z jajkiem sadzonym (wersja wegetariańska), albo z befsztykiem koźlęcym, albo wątróbką drobiową, jak dziś. Do tego sałatka, której zawartość - oprócz pomidora lub ogórka kupowanych w sklepie - pochodzi z naszego ogródka i gospodarstwa, sałata, roszponka, szczypior, jajo gotowane na twardo, ser w różnej postaci, albo twaróg, albo podpuszczkowy. To skropione lekko octem jabłkowym i wymieszane z olejem rzepakowym lub majonezem. Najlepsze jedzenie na tę porę roku!
Popijam obiad oczywiście mlekiem zsiadłym lub od czasu do czasu jogurtem, gdy mam czym zaprawić odstawiane mleko.
Taki obiadek starcza mi właściwie do śniadania następnego dnia. Jestem kompletnie zaskoczona swoim organizmem. To, w czasach, gdy jadłam chleb, było niemożliwe. Ciągle robiłam sobie kanapki i wciąż było mi mało. Teraz już wiem, zwyczajnie byłam na głodzie, bo nie trawiłam większości składników.
No, i tak dopiero po obiedzie pojawia się chmura, ciągnąca tak jakoś z południa albo południowego-wschodu, a z nią powiew wiatru. Chmurzy się, ale mam czas zabezpieczyć wszystko przed deszczem. Czyli zapakować kozy do boksów, podsypać im zeszłorocznego sianka do żłobów, zagonić kaczki do obórki, nakarmić i napoić, aby siedziały w zamknięciu spokojnie. Kury zostawiam same sobie, radzą sobie znakomicie w różny sposób. Albo chowając się pod daszkami, na ganku, w kurniku, w otwartej oborze, albo pod krzewami i drzewami.
Zaczyna lać, a nawet pogrzmiewać. Ale jak dotąd nigdy z tych grzmotów nie zrobiła się poważna burza z piorunami. Ot, mruczanka.
Wyłączamy jednak internet, na wszelki wypadek, aby modem nie padł, jak nam się już raz kiedyś przytrafiło.
Można się wtedy zdrzemnąć albo napić kawy lub herbaty. I to jest chwila wytchnienia.
Bo, gdy deszcz przejdzie i chmura odpłynie na niebie znów wyłania się słońce i życie wraca szybko do równowagi. Ruszają do oblotów owady, odzywają się ptaki. Kury ruszają na żer. Wypuszczam kaczęta z Gusią, która je oczywiście dozoruje, jak najlepsza niania, a wkrótce kozy. Które zamykamy przeważnie w zagrodzie w sadzie, gdzie spędzają popołudniowe godziny na drugim popasie.
Ruszamy do pracy. Anna znów wyrzyna, szlifuje w pyle drzewnym, od którego kicha co chwila. A ja maluję jej wytwory drewnochronem. Dozorując cały czas zwierzynę. Bo ciągle coś się wydarza. A to stary kogut ściga małego, a to kura zaklinowała się między kominem wędzarki a chatką dziadka, a to kaczęta powędrowały z gęsią aż pod bramę Mikołaja. A to koty chcą jeść, wejść do domu i wyjść, a to Kola chce się pobawić patykiem i marudzi.
I tak czas biegnie, aż do kolejnej chmury, która powoli nadciąga z tego samego kierunku co przedtem. Zresztą już czas na zwinięcie majdana. Ściągamy stado z wypasu, pakujemy do boksów, zaganiam kaczki, karmię je, potem kury zwołuję do kurnika i zamykam. Na koniec szykuję drugi obrządek i udój.
To jeszcze nie koniec pracy, ale zdążamy jakoś przed kolejnym deszczem, przelotnym jednak i mniej ulewnym, ot, wiosennym podlewaczem ogródków.
Teraz jeszcze nakarmić koty, psa, kurczęta i indyczęta, zlać resztę mleka z udoju na zsiadłe, pozmywać, przygotować karmę dla drobiu na rano i można odpoczywać. Zbliża się dziewiętnasta. Uff!
Wieczór trwa spokojny za oknem, być może w nocy trochę popada, ale tak samo jak w dzień, przelotnie.
2 czerwca 2013
Na co dzień i od święta
Toczą się dnie bardzo pracowite, całkiem wbrew temu co pokazuje poniższa ilustracja. Chce się powiedzieć za Szekspirem: "Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś..."... A marzy mi się taka spokojna drzemka bez zobowiązań, oj, marzy. Kluseczka zagospodarował sobie wolną przestrzeń i wygospodarował mieszkanko w korobce słomianej, ręką Anny uczynionej. Oto przykład, do czego mogą nadawać się słomiane naczynia, świetne z nich gniazdka, i gniazdeczka dla domowych milusich. Zresztą.
Dnie kręcą się stale wokół tych samych czynności, jak to ciepłą porą, jeden za drugim przelatują jednakowo. Warzę sery, karmię drób, tuczę to i owo, pasę i doję. Mało czasu na cokolwiek innego. Tym niemniej czasem zdarza się okazja odetchnięcia od pracy.
Wczoraj odbyły się w Czeremsze ukraińskie "Dżereła", w innym terminie niż zazwyczaj. Miejscowi zeszli się licznie, a muzyczka zagrała, całkiem całkiem. Na zdjęciu gra zespół z Narwi "Narwa", śpiewający (moim zdaniem) po ukraińsku. Podobało mi się. Mieli "narwa".
Były tez stoiska. W tym roku przyjechali wystawcy z Ukrainy z innych branż, niż dotychczas. Ceramicy. Oto przykład na przykład.
Na Ukrainie, zresztą podobnie jak na Białorusi rękodzieło ludowe wysoko stoi. Nie zostało zniszczone przez przestrojenie systemu. Są tam ludzie, którzy umieją, prosperują i mają zbyt. Nie to, co u nas. A ich wyroby wcale nie są powalająco drogie, jak to bywa u polskich rzemieślników.
Oprócz ceramiki można się było wystroić, nastroić, ustroić, jak kto woli. Kobiece soroczki, pięknie ręcznie haftowane. Do wyboru do koloru.
I dziewczęta i chłopcy z regionalnego zespołu tańca, nie pamiętam już z jakiej podlaskiej miejscowości, więc nie będę zmyślać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















