20 listopada 2011

A ostatni będą pierwszymi

Przymrozki nocne odchodzą, odrobina deszczu... Tak suchej jesieni dawno nie było!
Dostałam polecenie od domowej szefowej, aby drugą grządkę permakulturową uszykować. No, to zaczęłam pogłębiać, humus ściągając na osobną kupkę.
A tu z dala, z drogi głos się odzywa jednego z wioskowych "chłopaczków", nie powiem jakiego, żeby nie było, że skarżę. I z fałszywym współczuciem w głosie oraz źle ukrywaną ciekawością pyta:
- Hej, dziewczyny, a co wy tam takiego robicie?!
Na myśli niewątpliwie mając to, że listopad to jest miesiąc oszczędzania sił i słodkiego popijania śpirta na wszelkie gryzące duszę robaki, a nie grzebania się w ogródkowej glebie.
Wzruszyłam ramionami, bo mnie wnerwił obibok i pijaczyna jeden. I tylko odburknęłam pod nosem (czego nie usłyszał, bo zresztą nic by z tego nie pojął, tym bardziej mego żartu):
- A to nie wiesz, że Ziemia ma się obrócić do góry nogami i w przyszłym roku ostatni będą pierwszymi? Trzeba być gotowym!

A na poważniej, to po kolejnej zaprawie z rozrzucaniem gnoju (och, jeszcze tylko jeden boks został do wyczyszczenia) i kolejnych warsztatach glino-lepienia wczytuję się w prognozy kolegów i koleżanek po astrologicznym fachu.
Dla zilustrowania głównych tez przedstawiam kawałek wywiadu z Jackiem Gronertem, specem od horoskopów pieniędzy, giełdy i inszych procesów zbiorowych w skali swiata.

"Kiedy będzie lepiej?

- Lepiej to już było.

Straszysz? Nie wierzę, że aż tak będzie źle. Choć patrząc na Grecję, Hiszpanię, Japonię i nawet Stany Zjednoczone już widać kryzys.

-Ja nie straszę, to wy się boicie. Ja opisuję jedynie korelacje kosmicznych rytmów i cykli, sprzężonych z ziemskim życiem.
2011 rok, kiedy Jowisz znajdzie się w znaku Byka radzę poświęcić na gromadzenie zapasów, sił i środków, jakie uznamy dla siebie za najniezbędniejsze. Jedni będą budować schrony, piwnice, gromadzić ubrania, jedzenie, drudzy paliwo, inni złoto, a jeszcze inni baterie, książki, naboje, lub alkohol. Dla każdego coś innego jest najwartościowsze i najważniejsze. Może okazać się, że wygrany będzie posiadacz własnej studni?
[...]
No to gdzie będzie najbezpieczniej?

- Daaaleko stąd. W Australii. Jednak nawet i tam pogorszy się standard życia Ale Polska nie ma najgorszych prognoz, choć nie unikniemy zapaści ekonomicznej. Dużo poważniejsze wyzwania czekają wszystkich naszych sąsiadów. Mniej bezpiecznie będzie się wiodło Niemcom, Rosjanom, a nawet mieszkańcom Czech i Słowacji.

A Ameryka? Przecież to mimo wszystko potęga!

- Amerykanie doświadczą kontrastowo różnej rzeczywistości, w porównaniu z obecnym dobrobytem. Nie tylko wieloraki i „szerokopasmowy” kryzys ekonomiczno-polityczny ich wyniszczy. Spotęgują się zagrożenia tragediami geologiczno-klimatycznymi."


Więcej można poczytać na stronie:
http://astrologia.kaluski.net/prognozy.php?id=927

15 listopada 2011

Początek wakacji

Wykopałam dwa ostatnie dołki pod słupki na płot. Cały czas suchutki miałki piasek. Od tak dawna nie padało! Mimo suszy mgły wieczorne i poranne sprawiają, że roślinność jest dostatecznie nawilżona.
Nawiozłam też kilka taczek liści i wysypałam na warstwie nawozu, którą ułożyła wcześniej Ania, po czym narzuciłam na liście zdjęty wcześniej humus. Grządka pod truskawki zbudowana.
Zaraz potem lunął deszcz. Krótki ale intensywny.

Kozy już dają nam odpocząć. Wychodzą na dość krótki spacer po lesie, gdzie żywią się spadłymi liśćmi i zabawiają ogryzaniem gałęzi poszycia. Wracają po godzinie z widoczną chęcią do obory na siano, ciężkie, powolne, rozleniwione.
Zasuszamy je stopniowo. Już tylko Gwiazdę i Lubaszkę doimy dwa razy, a Kazi i Dziuni wcale. W sumie dziennie jest najwyżej 3-4 litry mleka. Nadchodzą moje wakacje!

11 listopada 2011

Święto Niepodległości na wsi

Tak ważne numerologicznie dni z jedynkami, dwa pod rząd, a my zamiast na jakiś Marsz albo z Oburzeniem takim i owakim patrzeć jak się ludziska nawalają za i przeciw, w niewierze w koniec świata tak szybki i kontrolowany, do roboty!
Ciężkiej, fizycznej.
Oj, tyle zostało zrobione, a tak mało wciąż widać rezultatów...
Ania załadowała wczoraj całą przyczepkę gnojem, wywiozła ją na nowe poletko i rozrzuciła ów żyzny ekstrakt widłami. Na skrawku pod brzeziną, na którym umyśliła posadzić truskawki. Skopała też grządki pod folią, łącząc glebę z nawozem.
A wieczorem zabrałyśmy się wreszcie za KISZENIE KAPUSTY! Nieco zbyt późno, bo zwyczajowo robi się to pod koniec października lub na samym początku listopada. Ale lepiej późno, niż wcale, prawda?
Ania starła kapuściane głowy na specjalnej tarce, ja wymieszałam je w miednicy razem z solą, startą marchewką i kminkiem, a potem mieszankę załadowałam do beczki (plastikowej, wyłożonej specjalnym foliowym workiem), ubiłam pałką, przycisnęłam całość deseczką i kamieniem i zakręciłam beczkę. Stoi na razie w rogu ciepłej kuchni, aby temperatura wsparła procesy fermentacyjne, a za co najmniej tydzień, może 10 dni, przeniesiemy ją do piwnicy. Kapusta ma się tam dobrze, nie zamarza zimą i o to chodzi.
Dzisiaj od rana zaś Ania walczyła w ogródku przydomowym. Razem ze mną, z większą flegmą wyległą na boży świat z ciepłego domku.
Zebrałam wierzchni humus na powierzchni grządki, która ma stać się truskawkową, a Ania nakładła na nią pierwszą warstwę drewnianych patyków i starych korzeni, przesypując je liśćmi, obficie spadającymi wokół naszej chaty z klonów, akacji i olchy. Kiedy grządka uzyska już odpowiednią wysokość przyjdzie czas na inne specjały gleborodne.
Ponadto wykopałam trzy dołki i wkopałyśmy trzy kolejne słupy pod ogrodzenie frontowe. Zdjęłyśmy też resztę starego płotu i Ania pocięła go na krajzedze do palenia. Kurczę, dębowy 50-letni płot, słupki i przęsła wytrzymałyby jeszcze z 10 lat, gdyby nie sparciałe sztachety i ogólne pochylenie starcze.
A na koniec dnia... stopiłam kilka startych na drobno serów żółtych, które odłożyłam kiedyś na bok do lodówki, a to, że skórka wyschła i pękła, a to, że jakaś pleśń nieciekawa się wdała, a to, że serwatkowały zbyt długo, wraz z odpowiednią ilością twarogu, także pięknie zgliwiałego. Do tego soda, żółtko, trochę masła i kminek jako przyprawa. Zlałam do miseczek kolejny zapas świetnego żarła. Ania podjadła z chlebem na ciepło, jak najsmaczniejsze fondu, i dzieląc się szczodrze z Łaciem - nałogowym serojadem i smakoszem.

7 listopada 2011

Kozie złoto

Chłopaki piją, od dnia wypłaty renty lub gminnej zapomogi i są niewykrywalni dla pracodawców. Skrywając się w jakichś starych szopach albo w lesie za krzakami, gdy pójść z rana i próbować któregoś wyrwać z grawitacji kolejnej butelki.
- Dobra, ten się śmieje, kto się śmieje ostatni - stwierdziłyśmy. I do roboty! Poczeka się. Na akoholiczny głód i drżączkę.
Od dawna leżało odłogiem wywalanie gnoju z obory. Teraz stało się bardzo pilne, bo truskawki trzeba posadzić przed zimą.
Każdorazowo, gdy Księżyc przechodzi przez znak Barana zdarza mi się fizyczna zaprawa przy remoncie, budowie lub pracach polowych. Tak i dzisiaj się stało. Ania ładowała, a ja woziłam kozie złoto taczkami do ogródka, pod warzywne grządki, permakulturowo podwyższone (jak do tej pory zawsze opadają na jesień do właściwego poziomu, więc pewnie jeszcze wiele lat upłynie nim się wzniosą na stałe) i do folii.
Do 13 udało się nam boks Kaziuków oczyścić (1/4 obory). Łatwo obliczyć ile nam to jeszcze zajmie.

6 listopada 2011

Joga w lesie i ogrodzie

No, i wreszcie wybrałyśmy się z wizytą do joginów, Doroty i Roberta, mieszkających z drugiej strony (patrząc od nas) miasteczka, wśród pól i lasów, niedaleko granicy. Po sadzonki truskawek, których u nich nadmiar się zrobiło, a u nas jeszcze żadnej nie udało się posadzić. Przynajmniej od dwudziestu paru lat. W południe wiatr wiał niezgorzej, niż halny. Ania wystawiła się jednak dzielnie na podmuchy, zbierając z Robertem roślinki do pudła. W ogrodzie permakulturowo zainicjowanym i od kilku lat prowadzonym.
Jogini są oczywiście ścisłymi wegetarianami, a w porywach weganami. Zostałyśmy poczęstowane ryżem z pięknie pachnącym dyniowym sosem, dynia oczywiście własnego chowu, choć ryż oczywiście nie.
Przyznaję bez bicia, jestem żarłokiem (co zresztą od razu widać). I posiłek, złożony ze zwykłej dla mnie ilości warzyw, musiałam dojeść w domu rybą, aby poczuć sytość.
Rozmawialiśmy między innymi o samowystarczalności żywieniowej. Podobno na jedną osobę starcza 70 metrów kwadratowych ogródka, aby mieć jarzyn na cały rok. W sumie dość trudno ją osiągnąć, bo oglądałam potem internetowy wywiad z pewnym permakulturowcem-wegetarianinem, który po 20 latach mieszkania na wsi i uprawiania kilkudziesięcio-arowego ogrodu nie doszedł jeszcze do samowystarczalności. Hm, każdy konwencjonalny rolnik uśmiechnąłby się w tym miejscu z wyższością albo przekąsem.
Bo po co to wszystko?
Mieć kilka hektarów nieoranej ziemi z żywą glebą, na niej nieużytki, samosiejki, dziką trawę, której nie ma się siły wykosić i zebrać, zresztą po co to komu, gdy się zwierząt nie trzyma. Sadzić drzewa, które owocują po wielu latach i walczyć z atakami zajęcy, saren, dzików czy dzikich krów sąsiada, zanim wreszcie wyrosną w pomniejszonym w ten sposób procencie? A do tego czasu kupować cały czas większość żywności w sklepie?
Trudne to wszystko, gdy jest się przy tym inteligentem zajmującym się abstrakcyjnymi sprawami wymagającymi czasu, innymi zgoła, niż dłubanina od świtu do nocy w ogródku przydomowym czy nawet nieco dalszym od domu...

Permakulturowiec oznajmił, że gdyby wszyscy ludzie zrezygnowali z hodowli i uwolnili ziemię dla upraw roślin jadalnych dla ludzi, planeta Ziemia mogłaby wyżywić wszystkich głodnych...
A ja jakoś podejrzewam, że to iluzja. O ile nie ściema dla ideologicznie zakręconego umysłu.
Widzę to w praktyce. Moje bydło potrafi paść się od rana do wieczora, kręcąc przysłowiową mordą i przeżuwając w nocy to, co w dzień zjadło. W swoich dwóch albo czterech żołądkach. A pies-mięsożerca je dwa razy dziennie po pół michy i biega wokół stada z wielką energią cały dzień.
Coś mi się wydaje, że... podobnie jest z ludźmi. Roślinożercy muszą jeść częściej, są łagodniejsi, flegmatyczni, niestworzeni do codziennej ciężkiej pracy fizycznej i trudów zmiennej pogody. Mięsożercy jedzą treściwiej, a więc mogą (nie mówię, że to robią, bo... wiadomo... zepsucie świadomości przez cywilizację) jeść rzadziej. I skuteczniej.
I pewnie dlatego na pytanie, czy osiągnęłyśmy już samowystarczalność w wyżywieniu w pierwszym odruchu chciało mi się powiedzieć:
- Tak, jesteśmy już całkiem blisko... A nawet mamy nadmiary, którymi możemy karmić kilka osób przez dłuższy czas.
Ale zdałam sobie sprawę, że mówię o innym rodzaju białka, którego wegetarianie nie trawią. A naszym ogródkiem warzywnym nie ma się naprawdę co chwalić. Choć... w drodze wymiany za nabiał ze znajomym rolnikiem zostałyśmy obdarowane worem warzyw, które wciąż jeszcze zjadamy. Więc i tak można samowystarczalnie prosperować, permakulturowo z rękami za pasem.

A poza tym ciekawie jest. I zgłębiam wewnętrznie glebę jako bazę Wszystkości, aby wyrosnąć z niej i przemieniać się swobodnie duszą poprzez ciała, bakterii, roślin, robactwa, zwierząt, ptaków i ludzi, w duchy przyrody i żywiołów, aż po anioły i bogów.

4 listopada 2011

Księżycowe pływy

Po huśtawce nastrojów, od za do przeciw - byciu dalej tutaj (tak, nie jest słodko, gdy wszystko zdaje się isć jak po grudzie, a pamięć przywołuje stołeczno-lukierkowe wspomnienia) i dwóch dniach straconych na męczące dywagacje i spory, nastał poranek dzisiejszy. Obudziło mnie warczenie piły i stukanie młotka... Ania zerwała się skoro świt i... dokończyła szalowanie trzeciego pokoju!
Ta dziewczyna nie przestanie mnie zadziwiać. Ja jestem flegmatyczką zorientowaną na trwanie i przetrwanie, przeczekującą ciosy losu, choćby w przyczajeniu na samym dnie rozpaczy. Ona jest choleryczką walczącą i przeciwności, po pierwszej burzy emocji, zawsze budzą u niej odruch walki. Oj, trudno się współ-mieszka z dyktatorską i krytyczną naturą, kiedy ma się tak wolno płynącą krew z zamiłowaniem do spokoju, jak moja...
No, więc jednak coś zostało - wyraźnie - pchnięte do przodu.
Pocieszona, zrobiłam w takim razie kolejną partię bryndzy na zimę (tamta już została wyjedzona), wyszło z 4 kilogramy. Tym razem dodałam nieco przegotowanej wody, aby uzyskać bardziej zwartą i smar owalną konsystencję.

Wieczorami przedzieramy się przez mega-niezrozumiałą i skomplikowaną instrukcję do wniosku o dotację unijną, pisaną językiem Księżycowym przez ludzi z Księżyca. Ten bełkot urzędowy wypala mi resztki komórek mózgowych po kilku punktach. To straszniejsze od Nostradamusa jest!
Ale Ania radzi sobie dzielnie. I nawet rozmawiała w tej sprawie z Księżycowym urzędnikiem, ucząc się ambitnie Księżycowego języka. Ja go tylko śniłam. Ach, te visions. Co oznacza Księżyc w tym wypadku? Iluzję? Nierealne projekty? Marzenia bez pokrycia? Marzenia, które mogą zostać spełnione? Ech, przekonamy się. Czas pokaże.

1 listopada 2011

Hałas i cisza

Ludzie, zapowiedziani i niezapowiedziani, przedświątecznie, harmider rozbijający codzienny porządek i ustaloną jak w zegarku pracę. Zwierzęta w tym są podobne do autyków, że lubią, gdy wszystko jest zawsze tak samo. Jakakolwiek zmiana wprowadza element niepokoju, a nawet chaosu. Im bardziej się tym denerwować, tym bardziej bezład narasta. Wyciszyć się w trakcie i przemawiać do nich spokojnie, zwykłym tonem głosu to prawdziwa sztuka opanowania emocji, własnych.
Zwierzaki są ich obrazem i uosobieniem, po prostu wcieleniem naszej własnej podświadomości. Praca z nimi to praca ze sobą, nad sobą i jednocześnie nad całą Ziemią, zakodowaną w naszych człowieczych genach.
Przy tym wszystkim najtrudniej jest opanować chaos wytwarzany przez ludzi. Standardy zachowań służą płynięciu utartymi szlakami i omijaniu mielizn i nieporozumień. Gorzej, gdy standardy okazują się różne i jest mało czasu, aby je przedyskutować i ustalić. Chaos wpada jak wiatr, burzy spokój, hałasuje, gada-gada, po czym wir odlatuje w swój świat, cichnąc tak samo gwałtownie, jak się pojawił.
Trudno nawet przemyśleć, ba, nawet zauważyć, że generowana energia wprowadza chaos i niepokój. Nadmiarem słów, których nikt nie słucha w głębi siebie, różną skalą ważności tematów.
Ech, cisza i spokój zwierząt hodowanych w stałych warunkach - to jest to, co lubię i cenię najbardziej.

29 października 2011

Eko-spotkanie

Zaniosło nas wieczorem, dzięki J. do pewnej wsi i domu, gdzie odbyło się jedno z wielu spotkań założycielskich powstającej właśnie grupy ekowioskowej. Młodzi ludzie, około trzydziestki, dzieci. Zajęcia głównie inteligenckie. Wegetarianie.
Klimaty zbiorowe znane mi z lat moich dość młodych, gdy jeździło się co rusz na wielodniowe koncerty i spędy hippisowskie, punkowe i mieszane.
Są podekscytowani, próbują rzeczy ogarnąć, ale na razie wsio teoria, praktyka pokaże, do czego są zdolni, a do czego nie. Każde ma nieco inne wyobrażenie o tym jak to będzie. Trochę doświadczeń z wizyt w zachodnich grupach tego typu.
Przyglądałam się ciekawie i słuchałam uważnie, próbując w hałasie popłakujących, grymaszących, rozkrzyczanych i biegających kilkulatków wyłowić jakieś wnioski, konkluzje. Nie dla mnie (bez "niestety").
My już mamy swoje, niezbywalne doświadczenie i wiele prób charakteru za sobą. W starciu z oporem materii, gleby, przyrody, ludzi i systemu. W oparciu o tradycję przodków, z którymi od zawsze odczuwam głęboki kontakt. I cześć dla ich cichej pracy, uporu, twardości charakteru i miękkości ducha.
Myślę, że jeśli prawdziwa Wspólnota nie odrodzi się z serca ludu i z szacunku świadomych wagi czystej Przyrody Mieszczan dla prostych ludzi i ich siły, to nigdy i nigdzie się nie narodzi na sztuczny sposób.
Czy przemawia przeze mnie starczy pesymizm? Hm, ja uważam go za realizm i trzymanie się ziemi przede wszystkim.

W nocy, po wizycie śniło mi się, że dziewczyny z grupy chciały mnie wybrać na... papieża. :-)))))

27 października 2011

Stan

Kurczak odratowany. Po pobycie w szpitalnej izolatce, tj. samotnym wypasie w nieczynnym już tunelu foliowym wyzdrowiał. Okazało się, że oko jest całe, dostał kogucim dziobem w dolną powiekę, która już się szczęśliwie zrosła i krwawe ślady zniknęły. Zatem mógł dzisiaj dołączyć bezpiecznie do stada. Niestety bowiem, kury to małe kurozaury i każda krwawa rana lub dziwne zachowanie chorej sztuki budzi w zdrowym stadzie dziką zbiorową agresję, której delikwent może nie przeżyć. Tym razem się udało. Dzięki naszej zdecydowanej interwencji, wykasowaniu agresywnego koguta i nie liczeniu na litość pobratymców z kurnika.
Wstawione dwa kolejne słupy pod płot, od drogi.
I kolejne warsztaty ceramiczne.

25 października 2011

Babska siekierezada

Panowie dwaj mieli zjawić się wczoraj, tj. w poniedziałek, aby dokończyć robotę przy płocie, jednak nie było ich i ani słychu dlaczego. Jakże to do nich, i nie tylko do nich podobne! I wypróbowane przez nas na wiele sposobów w tutejszym świecie...
Załatwiłyśmy za to, żeby nie marnować dnia, zmianę opon na zimowe, u pierwszego w okolicy (sąsiednia gmina) mechanika samochodowego, który niedawno zakład otworzył. I nie trzeba już będzie grzać 40 km do powiatu jednego, drugiego albo trzeciego, aby ktoś pod maskę zajrzał. Młody człowiek, po studiach. Który postanowił "ruszyć trochę ten martwy teren" swoją przedsiębiorczością i tym, że "mu się chce". Oby nie oklapł w tym zapale, jak inni!
Dzisiaj nie zjawił się także Jary, choć wieczorem przysięgał, kiedy przyszedł sępić na papierosy, że rano na pewno już będzie do roboty. Ania podjechała rowerem do jego chaty, pytać co się dzieje. Ano, chłopak już w lesie gałęziówkę ładował dla kogo innego. Tym się różniącego od nas, że wcześniej go z łóżka ściągnął. I że chłop, nie baba..

Z gniewnej bezsilności wzięłyśmy się same za stawianie płota.
A raczej przestawienie na razie jego zrobionej już części w nieco inne miejsce, jakiś metr dalej. W tym celu trzeba było odmierzyć nową prostą linię pod linkę, wyznaczyć miejsca na słupki, wykopać pod nie dołki, przestawić słupki i przybić na nowo do nich przęsła ze sztachetami. Wymagało to pewnej logistyki, przewidywania i planowania, rąbania i wycinania pieńka po osice, która niegdyś rosła w miejscu na płot wyznaczonym, a także pogłębiania dołków po szpadlu rękami, zwiezienia starych cegieł do ich umocnienia w ziemi i różnych takich drobnych czynności organizacyjnych. Nic zatem, czego by baba nie umiała sama zrobić, gdy się zaprze.
W międzyczasie toczyłyśmy kilka rozmów sąsiedzkich, uzgadniających różne stanowiska względem kilku palących dla każdej strony spraw. I psioczyłysmy na Podlasiaków między sobą ile weszło, a co! To nie żadne święte krowy przecież, tylko ludziska chytre, wykrętne, zazdrosne, działające nie wprost, obłudne, robotne, a leniwe jak mało kto, odkładające wszystko na święty nigdy, i sto podobnych innych cech można by wymienić, już my wiemy jakich... Oczywiście, mamy dystans, ale kiedy emocje same chodzą, to i trzeba im dać upust, nieprawdaż?
Nie tylko ich "dusza bolit" (i zapijać ów ból muszą notorycznie), nas też szlag trafia nie raz, i nie dwa.

A z tą siekierką i mną - to było tak...
Dawno temu zainteresowałam się astrologią, w ten sposób, że koniecznie chciałam poznać swój horoskop i zrozumieć co we mnie siedzi. Taki wiek. Mieszkając w niewielkiej miejscowości miałam słaby dostęp do możliwości nauki tej na poły ezoterycznej, a na poły bardzo ścisłej dziedziny. Działało wtenczas Towarzystwo Astrologiczne w Poznaniu, wydające roczne biuletyny i druki wewnętrzne (tj, to, czego pragnęłam najbardziej, efemerydy gwiazd i tablice domów, niezbędniki do samodzielnego obliczenia kółka), krążące między członkami na subskrybcję. Szczęściem zupełnym w swych hippisowskich wędrówkach po kraju spotkałam młodego człowieka rodem bodajże z Gdańska, Słoniem przezwanego (był duży, powolny i dokładny), który pod moim wpływem zapisał się do Stowarzyszenia, bo miał tę możliwość i załatwił mi podstawowe podręczniki, a potem zjeżdżał do mnie z wizytami, podczas których całe noce żesmy spędzali na omawianiu astrologicznych tematów. No, i on, już taki podszkolony na kursach astrolog zajrzał któregoś razu z wielce mądrą miną w moje gwiazdy i zaraz wytknął:
- O!
- Co takiego?
- Koniunkcja Słońca z Marsem!
- No, i co z tego?... eee.
- U kobiety!
- To takie dziwne?
- No, częste u mistrzyń sportu, siłaczek. Ale na bokserkę nie wyglądasz...
- No, to do czego się nadaję?
- Hm, z siekierką i do lasu, drwa rąbać! - orzekł w prawdziwym natchnieniu (jak teraz to już rozumiem i doceniam) Słonik. Ech, gdzieś do RPA go potem wywiało, pomarańcze zrywać, pod palmami plażować, kokosy łupać, czy jakoś tak.

23 października 2011

Niedzielna rozrywka

Ancymon trafił wczoraj do garnka i... rewelacja. Dotąd tylko słyszałam peany na temat smaku zielononóżek, teraz wiem, że to żadna przesadna reklama. Rosół jest po prostu znakomity! I mięso również. Delikatniejsze od zwykłych kur. Ciekawi mnie jeszcze pieczeń. Ale to zostawiam sobie na zimę, bo kogutki są jeszcze za młode na ubicie. Jeden z nich już zresztą przejmuje rolę szefa (no, na razie to mało powiedziane), pieje najgłośniej, jest najdorodniejszy, ale jeszcze nie oznajmia gdakaniem zniesienia jaja przez kokoszkę, ani nie ogłasza alarmu lotniczego i cicho trochę na podwórzu się zrobiło.
Budowa płota przystopowała z braku czasu, u nas i panów dwóch. Ale Ania w euforii przedzimowej porżnęła na krajzedze stary, co najmniej 50-letni płot, aby już nie zalegał w ogródku i teraz służy mi pięknie do palenia pod płytą. To się nazywa funkcjonalność i pełny recykling zużytych elementów budowlanych. Popiół, który na koniec z tego powstaje wyrzucam na kompostownik i staje się użyźniaczem naszej słabiutkiej gleby. Rozmawiałyśmy niedawno o tym z Jerzym-ceramikiem, który jest wielkim fascynatem naturalnego budownictwa. Gliny co prawda u nas nie ma, albo występuje sporadycznie po wsiach w ilości jak na lekarstwo, ale drewna nie brakuje i to jest podstawowa baza materiałowa okolicznych budowli.
Co ponadto?
Ano baardzo dawno powieszone przez nas na wiejskiej tablicy ogłoszenie nagle zadziałało i zadzwonił telefon. Pan ogłosił, że ma do sprzedania śrutownik, w przystępnej cenie i parę innych klamotów też się znajdzie. Umówiliśmy się na dzisiaj w południe.
A więc zdarzyła się nasza ulubiona wycieczka w teren w celach handlowych, super rozrywka niedzielna. Dotarłyśmy szybko, bo to trzecia wieś od nas, jakieś 12 km na skróty licząc.
Po drodze minęłyśmy sąsiednią wieś, w której mieści się nasza parafialna cerkiew.
Przepięknie odremontowana tego lata. Zresztą sami podziwiajcie:




Już u celu sympatyczny gospodarz zademonstrował nam niewielką machinę pozbawioną silnika, ale łatwą do załączenia np. do silnika krajzegowego, w sam raz na nasze niewielkie potrzeby. I my w gadkę, ulubioną. A może parnik? a może sierp? albo widły? albo kosze? A może koza? A może kucyk? Sporo by się znalazło i dla kolekcjonera i dla osiedleńca, i dla rolnika. Uzgodniliśmy różne potrzeby, ubiliśmy interes ze śrutownikiem, na dokładkę dostałyśmy w gratisie zardzewiałą maszynkę do mięsa i stare chomąto, pogadaliśmy o reperacji starego wozu, który mamy na stanie i o traktorach też, a co. Gospodarz używa na przykład traktora w pełni sprawnego z 1962 roku!
He, może jednak przekonam się kiedyś do prawdziwego kunia? Tego moja wyobraźnia nie przerabiała jeszcze.

19 października 2011

Los Ancymona

Od chwili, kiedy wczoraj pikujący jastrząb napędził niezłego stracha kurom, i oczom nie wierzyłam w jakim tempie i jak wysokim lotem uciekały z pola, gdzie przedtem żerowały, kogutowi coś z głową się porobiło. Grzebień z czerwonego zrobił mu się buraczkowy, adrenalina mu trwale podskoczyła, i dzisiaj z rana jednym uderzeniem dzioba powalił i obezwładnił białą leghornkę. Trafiony w oko kurczak zalał się krwią, stracił równowagę i zaniosłam go w tym stanie do lamusa na kwarantannę.
Najpierw deliberowałyśmy, czy go od razu nie zdekapitować, żeby się nie męczył, ale w końcu postanowiłyśmy dać mu szansę. Może się odpichci na osobności, jak kiedyś pamiętny Tancerzyk.
Dzisiejszego rana, dość niespodziewanie, bo ledwie z 2-dniowym opóźnieniem zjawili się wreszcie, obiecujący się już od wiosny, panowie dwaj do postawienia brakującej części ogrodzenia z tyłu domu i od strony tarasu.
Rozmierzyli, wyznaczyli, osmalili dębowe słupki w ognisku, co jest ponoć najlepszą impregnacją przed ich butwieniem w ziemi, rozmieścili je w odpowiednich miejscach, wykopali dołki i wkopali.


Po południu Ancymon znów zaczął demonstrować nadzwyczajną agresywność wobec kurczaków. Jednemu, który mu się nawinął wyrwał z szyi garść piór.
- No, cóż, przyszła na ciebie kryska - stwierdziłam bez serca.
Korzystając z obecności znających się na rzeczy mężczyzn, Ania schwytała w kurniku Ancymona, a jeden z nich na pieńku skrócił wściekusa o głowę już chwilkę potem...
No, i tak będzie czym robotników nakarmić...