15 lutego 2025

Zimowanie

Minął styczeń, mija luty. Niespodziewanie nadeszły mrozy, większe niż około-zerowe przymrozki, nocą dochodzące nawet dwunastu stopni. Sucho przy tym, śniegu jak na lekarstwo. Ptaki domowe snują się zmarznięte po obejściu, dwie kury już zostały pożarte przez las, więc nie spodziewamy się niczego innego, niż zaofiarowała nam wiosna zeszłoroczna, gdy trzeba było wybić prawie całe stado drobiu w wyścigu z drapieżnikami.

Nabrałam nowego pro-zdrowotnego zwyczaju, wychodzenia o poranku na krótki spacer (w sumie jakiś kilometr) traktem koło chaty. Z psami, które to uwielbiają. Obserwacja przyrody codzienna otwiera zmysły lepiej,  niż jakiekolwiek inne rozważania. Namierzyłam dzięcioła-sąsiada, raz słyszałam już nawet głos pojedynczego żurawia zza lasu, było to przed mrozami, więc mam nadzieję, że zawrócił do swoich. Poza tym głównie aktywne są gawrony i para kruków mieszkająca opodal przez okrągły rok, która właśnie rano, gdy sobie chodzę, kończy swoje obloty po terenie i zwołuje się krakliwie do gniazda. W nocy pohukują sowy, odzywa się też ptak, którego nazywam "śmiszkiem", bo jego głos przypomina rechotliwy śmiech, albo też "gwizdacz", z którym już umiem pogadać, naśladując jego gwizdy całkiem zgrabnie. Widuję również w dzień na tarasie jak zawsze małe ptactwo w typie sikorek, w te mrozy podrzucam im trochę karmy. 

Mimo tej spacerowej nowej tradycji dopadła mnie zaraza przedwiosenna, zwleczona przez Annę z warsztatów z dziećmi, jak zawsze to bywa. Najpierw ona, teraz ja. Na szczęście nic poważnego, raptem katar, zrazu nieco gardło, i potem pokasływanie, gorączka malutka albo wcale. Uruchomiłam materac elektryczny i pokonałam atak dreszczy jednego popołudnia. Biorąc tylko witaminy i krople do nosa. Przez ten czas jedna z kóz poroniła, (zdarzało się i to w naszej hodowli, choć na kilku palcach można zliczyć przypadki), nie jest najmłodsza, poza tym ma agresywną bodącą siostrę dominatorkę. Zatem zaczyna się dojenie, na razie tyle co do kawy, ale w sumie w samą porę. Bo już trzeba było raz dokupić mleko sklepowe do śniadaniowej jaglanki i do kawy właśnie.

Zimowe wieczory zaś i noce częściowo w czas przebudzeń spędzam na lekturze. Och, co radość mieć takie przestrzenie do penetracji wyobraźnią. Głównie czytam fantastykę, począwszy od najstarszych dzieł, ale i nieco filozofów i ksiąg świętych różnych kultur, oraz ufologów. Moje dzieło życia wreszcie żmudnie złożone, pofrunęło do drukarni i czeka na egzemplarz próbny.

18 stycznia 2025

Się kręci


Zofka przywitała z nami nowy rok. Kilka dni temu drugi raz. Miejscowi bowiem obchodzą również małankę według "ruskiego kalendarza", która wypada 13 stycznia. W praktyce odbywa się klasycznie, trochę petard i fajerwerków puszczanych w niebo z poszczególnych wsi. Chłopaki zazwyczaj robią to kulturalnie, koło dwudziestej pierwszej, bo później już pewnie nie trzymają się prosto na nogach, albo w ogóle leżą. 
Pogoda tego stycznia leniwa jest, udaje tylko zimę. Choć znajomi znad morza piszą o ogromnych śnieżycach i przeszkodach drogowych, u nas jest grzecznie. Kilka dni popadało nieco, nie na tyle jednak, aby trudzić się specjalnym odśnieżaniem, teraz zeszło całkiem i stopniało. Nad polami unosi się biała mgła. Czasem widać na skraju lasu idącą majestatycznie klępę albo rogatego jelenia, także zostawiają swoje ciężkie ślady na szutrowej drodze obok, z czego wnoszę, że podchodzą dużo bliżej naszej chaty, niż nam się zdaje. To dlatego prawie co noc pies warczy pod drzwiami i szczeka zawzięcie w ciemność, budząc mnie ze snu.
Młoda kura zaczęła się nieść, stąd zwiększyła się ilość jajek do dwóch co dwa dni. Pulcheria zakończyła swoją zimową sesję nieśną, ale jestem usatysfakcjonowana, bo mam duży zapas w lodówce na swoje potrzeby. 
Pierwszy raz w życiu przyrządziłam kartacze i nawet mi wyszły, acz nie z mięsa klasycznie wieprzowego. 

Poza tym rozleniwiłam się. Kończymy skład książki, o której napiszę, gdy wyjdzie z drukarni, zatem głównie teraz czytam. Wróciłam do dawnego zainteresowania ufologią, ze względu na temat, który odżył na amerykańskim Wschodnim Wybrzeżu przy okazji dziwnych dronów (teraz przyćmiony przez pożar w LA). Przypominam sobie dawne filmy i książki na ten temat, wywiady z badaczami itp. Anna zaś kręci na kole talerze, ozdabia je i wypala w słoneczne dnie. I tak życie leci.

31 grudnia 2024

Noworocznie

 I kolejny Sylwester przybieżał...


Wrzucam zdjęcie naszej tegorocznej choinki świątecznej na pamiątkę. Gałęzie świerkowe, z naszej działki uszczknięte, związane i wetknięte w naczyńko zwilżane. Na koniec posłużą jeszcze kozuchom do ogryzienia, w przyrodzie nic się nie marnuje.

Pulcheria się niesie, obdarowując mnie zdrowo. A w noc przed moimi kolejnymi odrodzinami narodziło się szczęśliwie dzieciąteczko, Zofka. Imię dostała po swej praprapraprababce Zofiji. 

Wszystkiego dobrego wszystkim Ludziom i zwierzętom!

20 grudnia 2024

Przedświątecznie

 Przedświąteczne przejęcia i zajęcia. 


Taka jak powyższa gwiazda kolędnicza powstaje również z rąk Anny, która w ubiegłym roku przeszła szkolenie w tej dziedzinie. I urzeczywistnia je teraz dalej samodzielnie.


Przy tworzeniu choinkowych łańcuchów ogląda się najlepiej filmy, takie jak trzyczęściowy "Hobbit" czy "Władca pierścieni", a ręce same "chodzą". Jeszcze się zastanawiamy czy będzie choinka czy podłaźnica. Trzeba wybrać się do naszej brzezinki, gdzie na skraju rosną jodełki, już niektóre mocno powyginane przez wiatr i blokujące wzrost innym drzewom, to zdecydujemy już z siekierką w ręku. 
Póki co śledzie w trzech smakach czekają na przyrządzenie.
Pogoda znośna, po kilku dniach słonecznego wyżu i lekkiego kilkustopniowego mrozu nocnego i porannego, przyszedł wiatr i przywiał wilgoć, niż i pochmurność. 

W taki późno-grudniowy czas nie wiem, czy zechce mi się robić dodatkowy wpis na blogu w tym temacie, zatem teraz składam już życzenia wszystkim moim Czytelnikom i Czytelniczkom niniejszego bloga. Z okazji Świąt i Odrodzin Światła oraz Nowego Roku. Niech się wam (i nam) darzy w przyszłym obrocie Słońca - zdrowie, wiara, przyjaźń. Nie kłóćmy się, a wspierajmy, aby wytrwać zawirowania dziejów, które ponoć się gotują dopaść świat. Świadomość pomaga, emocje okłamują, obyśmy o tym nie zapomnieli!

7 grudnia 2024

Troiście

Zdjęcie okolicznościowe, ot z jakiejś drogi. U nas Mikołaj jeszcze na biegunie dobrze chrapie. 

Szczęściem, poprzednio opisana awaria skończyła się po czterech dniach ciurkania, a nie po siedmiu, jak żem sobie pożartowała. Od tej pory nastrajam się do przedświątecznych porządków i przede wszystkim mycia lodówki, którego najbardziej nie lubię i zawsze trzeba mnie gonić batem. Tym razem mikołajowym, tym na renifery... 

Anna już się rozpędziła i wieczorami spędza czas na robieniu choinkowych ozdób ze słomy i kolorowej bibułki przy świątecznych filmach na Netfliksie lecących. Ja się na razie skusiłam na obejrzenie w ciągu trzech wieczorów trzech części "Hobbita", pewnie dzięki skojarzeniu krasnali z atmosferą świąteczną. Przed nami jeszcze "Władca pierścieni" też w trzech odsłonach. Nabrałam smaku po przeczytaniu całej trylogii Tolkiena po raz trzeci (i pewnie ostatni) w życiu, wziąwszy ponad dwudziestoletnie przerwy wymagane, aby zapragnąć tego po raz kolejny.

Z atrakcji ostatnich była konieczna wizyta w gabinecie dentystycznym i dzisiejsze jajo, które zniosła stara Pulcheria, może w ramach podarunku świątecznego dla mnie? bo już zapas kaczych i indyczych wziął mi się i wyczerpał... Co prawda, odkryłam niedawno, próbując wszystkiego wpierw z wielką ostrożnością, eksperymentalnie, że moje alergie cudownie zniknęły. Hurra! Mogę jeść glutenowe specjały, fasolę i groch oraz jaja kurze, curry i kurkumę, cieciorkę i ciecierzycę, zupełnie bez efektów ubocznych. Kupiłam więc sobie zapas mąki orkiszowej, i Anna na dobry początek ulepiła nam pierogi z kapustą i grzybami. Kiedy ich spróbowałam dopiero poczułam, czego mi brakowało tyle lat! Jem już też chleb, ale bez przesady i tylko domowego wypieku.

24 listopada 2024

Ciurkanie


Nie sugerujcie się  powyższym zdjęciem, bo jest sprzed... Ścichapęk napadało białe i trwa, przy lekkich nocnych przymrozkach. I tak nagle kran zasyczał, zakrztusił się, znów zasyczał i ucichł. Dobra, poczekajmy, jest kapka w czajniku odłożona i wiaderko napełnione dla kóz, trochę zlewek do spłukiwania toalety też się znajdzie. Przecież nieraz bywało... Aha, akurat kurier przywiózł paczkę, a w niej dwa zamówione w jakimś natchnieniu wiaderka metalowe. Bo stare jedno straciło szczelność, a drugiego nie starcza do jednorazowego napojenia.

W światku ezo- modne jest sformułowanie: "wszechświat daje sygnały"... Teraz już wiem, że te wiadra to była sygnalizacja wszechświatowa.
Odłożyłam na bok zmywanie, kubki pobrudzone, łyżki, miski, garnki, wróci woda, to pozmywam. Na szczęście, wczoraj zdążyłam użyć zmywarki i jest zapas czystych naczyń. Gorzej z myciem. No, raz można przyoszczędzić na myciu zębów i prysznicu wieczornym, jakoś to będzie. 
Anna w nerwach włączyła pralkę. Krzyknęłam:
- Zwariowałaś, babo!? Nie ma wody!
Trzeba było wyłączyć z kontaktu, machina stanęła nim się na dobre rozbujała.
Zerknęłam oczywiście w gwiazdy. Tak jakoś po 13 godzinie. Znalazłam w horoskopie odpowiednie sygnifikatory, zmierzyłam odległości w stopniach, zamieniłam na czas i wygłosiłam ze zdziwieniem: Siedem godzin? Tak, woda wróci wieczorem tak jakoś koło 20... I po przerwie, żartując: A może siedem dni?

Powiem wam, dziwnie się robi, gdy w żyłach domu nie krąży woda dostępna na każde zwołanie. Nawet jak wydaje się wszystko pod bieżącą kontrolą. Tak jakby coś się czaiło w przyszłości nie do ogarnięcia, niepokój.
Anna pojechała do sklepu po wodę, ale nie było już w sprzedaży piątek, kupiła tylko kilka litrówek, wodociąg stanął przecież w całej gminie. Napaliłam pod płytą, ale ze względu na możliwość przegrzania rur dopływowych do bojlera wygasiłam szybko ogień. Miałyśmy tego dnia ruszyć piec c.o. ale odłożyłam sprawę, do tego też jest potrzebny na początku dopływ i uzupełnienie wody w kaloryferach. Napaliłyśmy mocno w ścianowym, który nie jest zależny od wody w żaden sposób, ani od prądu.
- Siku robimy na dworze! - zakomenderowała Anna. - Reszta zlewek do spłukiwania musi być oszczędzana.
Przyszła wyznaczona przeze mnie i gwiazdy godzina. I cisza w kranie. Kuźwa, musiałam pomylić się w ocenie sygnifikacji, stwierdziłam. Dopuściłam jednak błąd oceny plus minus jeden stopień, który przy ruchu księżyca zmienia się na dwie godziny. Do tego Wenus też się zdążyła przesunąć. Nie liczyłam dokładnie sekund, które zamieniają się w minuty, wszystko "na oko". I gdy już oczy mi się przymknęły na zakończenie wielodniowej lektury Tolkienowskiego "Władcy Pierścienia" zabulgotało charakterystycznie w rurach. Oho! Jest. Zerknęłam na zegar. 22. Czyli jeden stopień pomyłki, który dopuściłam.
W łazience umyłam zęby, próbowałam nalać do wiadra dla kóz zapas na rano, ale woda prychała, kaszlała, rzęziła i ciurkała tak wolno, że zostawiłam sprawę na rano. Poszłam spać. Rano obudziła mnie Anna.
- Nie ma wody znowu...
Zajrzała w internet, na stronę urzędu, i tam wyczytała informację, wczoraj przegapioną, że "woda będzie włączona o 20.00 na jedną godzinę, a potem rano o 7.00, także na godzinę. Potem będzie włączana co 4 godziny na jedną godzinę, aż do usunięcia awarii."
Aha, jednak nie pomyliłam się wczoraj w ocenie czasu! Wodociąg włączyli o 20.00, ale nim woda doszła na naszą wioskę było dużo później, jak i szybko się skończyła. Tak, i dzisiaj o wyznaczonej 7.00 kran milczał.
- Trudno się mówi. Działajmy, kozy nie mogą stać o suchym pysku!
Udało się nam odtajać szlauch, podłączyć do pompy i nalać kilka wiader żółtawej, dawno nie ciągniętej wody z gruntu używanej zwykle do podlewania. Nie było łatwo, szlauch zamarzł z resztką wody w środku, trzeba było zagrzać resztkę cennej wody w czajniku, aby polać końcówkę i rozgiąć linkę. Przydały się też kupione wiadra. Ręce zamarzały, więc przyniosłam grube rękawice kuchenne. Kozy zaspokoiły pragnienie, acz mało chętnie, bo o tej zimnej porze lubią wodę podgrzaną z kranu, której brak. 
Wodociąg rozruszał się dwie godziny później i zdołałam pozmywać wczoraj odłożone kubki, sztućce i wszelkie "skorupy". Woda w kranie tymczasowo pozostaje, ale nauczka w pamięci również.

28 października 2024

Zgniła jesień


Zaraz po wejściu Słońca w znak Skorpiona zmieniła się pogoda. Zapanowała zimna wilgoć, powszechne pleśnienie i gnicie zrzucanych letnich szat przez Mać przyrodę. Rdzawo-żółty liść zbrązowiał i  chybcikiem zaczął opadanie, spadła temperatura w nocy, a poranki do samego południa zasnuły się gęstymi tumanami mgły. Które kozy przeczekują w oborze, bo boją się mgły i nie lubią mokrych raciczek maczanych w zimnej rosie na pastwisku. Niewiele już mają do robienia na pastwie, choć potrafią się pracowicie raczyć uschłymi badylami, wiechami i kiściami nasion traw i chwastów, znajdują jeszcze niedojedzone gdzieniegdzie usypy żołędzi pod takimi, jak ten na powyższym zdjęciu dębami, których kilka wokół naszego obejścia rośnie. Bardzo lubią żołędzie, żarło wysokoproteinowe, powodujące, że dają mleko tłuste i mocne.
Mleka więc wciąż dostatek, aż jestem tym nieco już znużona. Bo zapas serów żółtych poczyniony został dostateczny dla nas, twaróg przerabiam na ruskie pierogi, kluski z ruskim nadzieniem, awanturkę, sernik, placki z serem, a resztę smażę na serek topiony z kminkiem albo zamrażam. Na szczęście zaobserwowałyśmy rosnące brzuchy u kilku kóz, zatem może zaszły w ciążę niepostrzeżenie, w tzw. "cichej rui", która ponoć w tym roku masowo się wydarzała w hodowlach. Wiem-ci to z grupy dyskusyjnej hodowców krętorogiego bydełka. Są pod obserwacją i codziennie patrzymy, czy płód się nie ruszy w brzuchu, potwierdzając podejrzenie. Brzuchy zaczyna być widać po połowie ciąży, więc jest jeszcze trochę czasu na udój, ale trzeba czuwać i powoli zmniejszać własną korzyść. Której dostajemy jednak wystarczająco na nasze potrzeby.

Ponadto zaczął się czas opozycji planetarnych na niebie i zaczęło bujać naszym życiem codziennym, jak to w takich razach się przytrafia. Padł internet i naprawa łącza trwała 5 dni. Technik przyjeżdżał dwa razy, dyskusji z AI i żywymi konsultantami było co niemiara, aż w końcu pomogła wymiana modemu na taki nowszej generacji. Technik stwierdził brak synchronizacji z sygnałem, swoim cudownym sposobem, badając sprawę przy odpiętym kablu do komputera. Gdy Anna próbowała mu to powiedzieć, przerywał: "Słucha! Nie gada! Tu się nic nie poradzi!". I rzeczywiście miał rację, do czego doszła, włączywszy kabel, gdy już odjechał, ustrojstwo zamigotało przez chwilę i zlało nas na nowo. W końcu pojechała do salonu w drugim powiecie, siemiatyckim (w naszym powiecie salon ponoć istnieje, ale nie ma żadnych namiarów adresowych w sieci, a podany telefon już dawno jest nieaktualny, odzywa się tylko zmęczony głos nowego właściciela numeru, "tak, wiem, znam sprawę, salonu już tu nie ma, numer nieaktualny") i przywiozła nowy modem. Który zadziałał rzeczywiście sprawnie od pierwszego włączenia, za to nie można wyłączać wi-fi przez 10 dni. "Czyli jesteśmy na stałym podsłuchu" - stwierdzam, jako badaczka teorii spiskowych. "W razie czego mów do mnie na migi".
Po tej akcji pojawiła się awaria wodociągu, która trwała całą noc, ale wciąż są jakieś prace i zaniki wody w kranie. A to jeszcze nie koniec tego, co szykują planety.

Poza tym ściągnęłyśmy furę gałęzi i pociętych pni jabłoni z sadu i kilka brzózek na ugorze, Zwiozłam też taczką wcześniej pocięte kawałki z drzew połamanych zimą na kaczym dołku, głównie sosna, ale też trochę grabiny i okazało się, że drewutnia sama się zapełniła. 
Wiem, że już palicie w c.o. w większości, albo wam palą, gdy mieszkacie w bloku. U nas wciąż starcza popalić 2-3 godziny przysłowiowym "chrustem z lasu" pod płytą kuchenną, nagrzewającą ściankę kaflową między kuchnią a pokojem oraz bojler z wodą. Anna zabawia się teraz naturalnym farbowaniem i na płycie stoi wielki gar parowy, zwiększający "powierzchnię grzewczą". Na wieczór przymykamy drzwi do drugiej, dziennej części domu i to ogrzewanie całkowicie wystarcza do następnego dnia. Trzeba jedynie zadbać, aby przynieść drewno wcześniej do wyschnięcia, bo o tej jesiennej porze nasiąka na dworze wilgocią choćby tylko od mgły i rosy, niekoniecznie musi padać deszcz.

19 października 2024

Śledzik w ostrej zalewie pomidorowej

 
Śledziowa Krwawa Mary

Przepis, którym się raczymy ostatnio pasjami, podał Gieno Mientkiewicz w "Śledziożercach", ale można go też spotkać w necie pod nazwą śledzi po kaszubsku. Zdjęcie powyżej pochodzi z internetu i nie oddaje do końca wyglądu potrawy, która rzeczywiście jest zrobiona z sokiem pomidorowym, a nie żadną pastą. Zapisuję tu ku pamięci, aby nie szukać ciągle w zapiskach pisanych.

Skład: 

4 wymoczone płaty śledziowe
1 cebula
1 liść laurowy
8 ziarenek pieprzu prawdziwego
8 ziarenek ziela angielskiego
2 łyżki octu jabłkowego
2 łyżeczki cukru
3 łyżki oleju
150 ml soku pomidorowego
szczypta soli, pieprzu, sosu tabasco do wzmocnienia smaku. Ja z braku tabasco dodaję łyżkę chińskiego sosu sojowego i szczyptę pieprzu cayenne.
posiekana nać pietruszki do posypania
Oraz, uwaga!
wódka czysta - 50 g, ale to opcjonalnie. Ja jednak wolę napić się naleweczki klasycznie osobno.

Najpierw zeszkliwiamy pokrojoną w talarki cebulę z dodatkiem oleju, przypraw, cukru i octu, potem dolewamy soku, wzmacniamy smak i zagotowujemy całość. Studzimy zalewę, mieszamy z pokrojonymi śledziami i wstawiamy do chłodziarki na 12 godzin. Na talerzu posypujemy zieloną pietruszką. 

Smacznego! I na zdrowie!

9 października 2024

Ecie plecie

 


I spokojnie. trochę chyłkiem zaczęła się jesień. Nie jest jak dotąd nazbyt przykra, choć są już pierwsze chłody i codziennie muszę palić pod płytą, aby nagrzać ściankę kaflową i podgrzać mieszkanie. Na razie wystarcza godzina palenia, aby ugotować co trzeba przy okazji i nagrzać wodę w bojlerze. Do kąpieli trzeba oczywiście palić przynajmniej dwie godziny.
Anna kupiła nową piłę, stara zaczęła kaprysić i pozostaje jako zapas, i z tą piłą szaleje, tnąc gałęzie ściągnięte z sadu i działki furą, które znakomicie uzupełniają zapasy w drewutni na zimę. To chyba już drugi rok z rzędu, gdy nie kupujemy drewna ani nie ściągamy gałęziówki z leśnictwa. Starczają zimowe połamańce, uschłe stare jabłonki, chrust gromadzony latem, którym palę w ciepłym sezonie, bo to najpraktyczniejsze i najszybciej wodę ogrzewa nie rozgrzewając niepotrzebnie domu. 
Kozy wciąż nie weszły w ruję, co już zaczyna nas niecierpliwić.
Dokupiłyśmy ponadto kilka młodych kurek, jeszcze nie niosek i adoptowałyśmy mini kogutka ozdobnej rasy chińskiej, na tym skończyło się Anine odgrażanie się, że koniec z drobiem. Przeważył fakt, że pozostało trochę karmy, która by się zwyczajnie zmarnowała. Ale tak naprawdę sentyment, i wyraźna pustka na podwórku, która nastała po likwidacji większości stada na wiosnę z powodu ataków lisa. Lis na razie odstąpił pola, czasem jedynie słyszę jego szczekanie z głębi lasu, więc może uda się dalsza hodowla. A karmienie drobiu tak weszło mi w krew, że odczuwałam nawet lekką depresję, nie mając do kogo zawołać i zagadać za progiem, jak przywykłam przez tyle lat (właściwie od dziecka). Nowe kurki są zabawnie oswojone, biegną ku mnie, gdy tylko wyjdę na zewnątrz i towarzyszą wszędzie krok w krok. Pulcherii poprawił się humor z tego powodu i spokojnie kontroluje obejście z jakiegoś wyższego stanowiska, które sobie obiera do obserwacji. Daje głośny sygnał przy każdym niebezpieczeństwie, czy ze strony lasu, drapieżnych ptaków czy obcych ludzi przy bramie. I tak się plecie.

20 września 2024

Trwanie w nietrwałości

 

[Powyższe zdjęcie upamiętnia sierpniowy plener malarski, jaki się odbył w naszej gminie, a przy okazji malarze zawitali do naszej wioski i uwiecznili kilka widoków, w tym naszego sadu również.]

Tak poza tym powoli kończymy prace, choć nie było jeszcze rui, więc i nie ma zwieńczenia sezonu i jego przegibnięcia się na przyszły rok. Jedynie jelenie z pobliskich lasów nie zapomniały terminu i kilka nocy ryczały groźnie w pełni swej męskiej mocy w krąg. Pokazały się też wilki, więc drżymy o stadko, wybiegając na byle bek z pastwiska. Tak, polują również w dzień, i potrafią nieomal na oczach gospodarza rozerwać swój łup, odskakując w las dopiero, gdy ten jest już blisko, np. z odgryzioną owczą głową w zębach. 

- A my nawet kapiszonów nie mamy, żeby straszyć! - jęczę.
- Trzeba czarów użyć?
- Na wzór Milarepy, można by narysować swoje pole na piasku i nakryć je przetakiem, dookoła niech się dzieje co chce, w środku mistyczny zakaz - żartuję sobie, bo i właśnie książkę o jodze indyjskiej i tybetańskiej skończyłam czytać po nocach.
Póki co zawierzam wszystko aniołowi stróżowi, bo co więcej można zrobić w takiej sytuacji?

Na innym pograniczu polskim trwa tymczasem walka z żywiołem wody, zalewającym miasta i wsie. Już w 2013 napisałam na tym blogu o tym , co wiem i co bym zrobiła, mieszkając na takich terenach. Zawczasu. Zastanawia ludzki upór trwania w niebezpieczeństwie. I odbudowywania się co rusz. W końcu - zapewniam was - nie będzie nic do odbudowania, a uparciuchy odpłyną w inny wymiar, wraz z tymi, którzy podtrzymują sens stawiania czoła żywiołom. Ziemia się zmienia, planeta wchodzi w czas przemiany i klimat z roku na rok oszaleje. Do stopnia, który jest wam sobie trudno wyobrazić. Co rozważam od 20 lat w pismach mojego Mistrza, który opisał te zjawiska pół tysiąca lat temu. A wydarzy się to i wypełni w trakcie obecnego stulecia.

Mobilność, otwartość na zmiany, ustępowanie żywiołom miejsca, roztropność, uwaga i czujność mogłaby co nieco uratować w swoim czasie, ale nie zatrzyma zmian i nie przywróci czasów, które właśnie mijają. Mamy za zadanie przeistoczyć się jako społeczeństwo i jednostkowo, organizacyjnie i w świadomości, aby wejść w ewolucję, zarządzoną przez naturę i wymogi czasu. Jak na razie wszystkie rozwiązania i projekty zakładają trwanie tego co było i posiłkują się starymi metodami, a zarządzający słabo albo wcale zdają sobie sprawę z nadchodzącej wielkimi krokami zmiany. I dlatego będą musieli odejść, zginąć, w najlepszym razie dać drapaka. Tylko ostatecznie, gdzie? Oto jest pytanie. Przetrwają ci "co idą, a nie stąpają po ziemi".

Na szczęście nic nie dzieje się nagle na tyle, aby nie było jeszcze czasu na zastanowienie się i decyzję. Choć jest go coraz mniej, przekonacie się.

Póki co obornik został wywieziony z koziarni i kozy mają czas na miłość i rozmnożenie się w przyszłym roku. Dalej myślę ostrożniej.

6 września 2024

Koniec lata



Lato kończy się dość upalną suszą. Piszę dość, choć temperatura codziennie sięga 30 stopni, zaś niebo bywa bezchmurne, ale trwa to krótko, a późniejsze poranki i wcześniejsze wieczory zrównują odczucia do przyjemnego ciepła. Cienia ci u nas dostatek, jak widać na powyższym zdjęciu. Drzewa swoje robią.
Powoli dobiega końca przetwarzanie ogrodowych zbiorów, mniejszych niż w latach ubiegłych. To nie jest wynik jakiejś katastrofy, a zamierzony efekt. Po prostu świadomie zmniejszamy nadmiary, nam osobiście niepotrzebne, słabo sprzedawalne albo wcale, które nie przynosiły żadnej satysfakcji z nijakich zysków, a raczej wkład pracy i czasu, aby je uzyskać.
Ogórek już się skończył, ale dał nam siebie tyle, że uzupełniłam braki w zeszłorocznych kiszonych zapasach, głównie w postaci krojonych sałatek o kilku smakach i paru słoiczków korniszonów na domowym occie. Służyły też oczywiście na surowo do mizerii i tza-tziki.
Papryki nie było wcale, bo tej ostrej mam jeszcze mrożony zapasik na tę zimę i Anna wiosną stwierdziła, że w ten sezon zrobi sobie z nią przerwę i przyoszczędzi na podlewaniu.
Teraz kończą się pomidory, w tym roku szybko psujące się i mało słodkie. Uzupełniłam zasób soku pomidorowego, który piję i zjadamy często. Zawiera ważny dla zachowania zdrowia i odporności składnik, likopen, więc czemu go sobie żałować? Wyciskarka wolnoobrotowa daje radę dokładnie oddzielić sok od skórki i ziarenek, potem stawiam sok w garze na ogniu, dosmaczam nieco solą kamienną, pieprzem czarnym albo odrobiną ostrej papryki i wrzący przelewam do butelek. Nie trzeba już pasteryzować. Mniam! Nie ma pyszniejszej zupy czy sosu jak z takiego właśnie soku. Niech się wszystkie koncentraty fabryczne schowają. Butelki przechowuję w ziemiance i nic złego się nie dzieje ich zawartości.
Anna ściągnęła już z ogrodu cukinie. Trzech różnych odmian. Ładnie wyrosły na wzniesionych grządkach i wałach, część leżakuje w ziemiance, część na tarasie, na bieżąco używam je do naszych potraw oraz karmię nimi kozy, robią za dodatek warzywny dla nich, podobnie dzieje się z burakiem liściowym. 
Kapustne i jarmuż tudzież fasolkę szparagową zjadamy na bieżąco. Z ziół skończyła się mięta i kocimiętka, bo zrobiłam z nich syrop, którym dosładzamy napoje. Czeka jeszcze nać pietruszki i selera oraz bazylia do ususzenia na przyprawę.
Buraczków czerwonych było mniej niż w tamtym roku, zrobiłam z nich kilka słoików ćwikły.
Jabłka już się kończą. Spadają resztki, owoce duże i słodkie, w większości nadgryzione przez osy i szerszenie. Dały trochę pysznych dżemów i kilkadziesiąt butelek (małych i dużych) soku z sokownika. Musi starczyć na kolejne 2 lata, do następnego kwitnienia drzew. Co roku zresztą przezimowuje ich mniej, więc i sad minimalizuje nasze uzyski i pracę, sam z siebie.
Kilka późnych śliwek węgierek da pewnie kilka słoiczków dżemu. I jeszcze jakiś kompot z dodatkiem rabarbaru i słodkiego jabłka.
Ziemniaki, przywiezione od znajomego rolnika w dużo mniejszej ilości, bo starzejące się resztki przetrzebionego drobiu są na odchodnym, leżą już złożone w piwnicy, sięgam kiedy i po ile chcę. Zakupiłyśmy beztłuszczową frytkownicę i dość często wrzucamy do niej trochę krojonych kartofelków, cukinię czy pierwszą dynię, cebulkę, czosnek, kilka liści jarmużu, aby mieć szybki obiad albo kolację. Pokropioną na talerzu olejem tłoczonym, lnianym czy z ostropestu. Z dodatkiem sałatki ze świeżych pomidorów i cebulki na przykład.
Do codziennego przetwarzania należy oczywiście serowarzenie, potrwa to jeszcze przez jesień, acz stanie się stopniowo rzadsze i mniejsze. Teraz dopiero robię żółte sery, nawet wychodzą mimo upału, bo zrobiło się sucho, tworzą się więc pewne zapasy na tygodnie i miesiące do przodu. Używamy do kanapek, zapiekanek i pizzy. Co kilka dni zaczyniam w jogurtownicy kolejną dawkę świeżego jogurtu, który zjadamy na śniadanie z dodatkiem dżemu domowego i tak się plecie.
Spytacie zatem, co kupujemy w sklepie, bo chyba niewiele potrzeba... No, tak, ostatnio uzupełniłam zapas cukru, bo był w promocji w Biedronce, soli kamiennej, skrobi ziemniaczanej, kilku cytryn, które używam do napojów, jogurciku activia, którym zaczyniam domowy wyrób z koziego mleka (wypróbowałam kilka i ten najlepiej się sprawdza smakowo i jakościowo) i butelkę czystej wódki, żeby nastawić malinówkę. Maliny bowiem już masowo schną i chyba nie zdołają odrodzić się na jesień z owocami. Kupujemy również makaron, który u nas idzie dla psów, bo ja jem z rzadka tylko bezglutenowy, a Anna własnoręcznie, gdy jest potrzeba przyrządza sobie makaron domowy, z jajek od naszych dwóch ostatnich kur, głównie do rosołu. Takie i podobne zakupy robimy raz na dłuższy czas, koszty żywienia są więc mocno zredukowane.
Co do grzybów, to po zebraniu pewnej ilości kurek na początku lata, zanikły w lesie wszystkie gatunki i jak na razie nie wygląda to słodko dla grzybiarzy. Zdołałam się jednak nimi najeść, nastawiłam kurkówkę i kilka słoiczków w occie. I chwacit, jak to na Podlasiu mawiają.


Jak widać na powyższym zdjęciu domowniczki, Pasza z Labą mają się dobrze, starannie pilnując obejścia i stad tego i owego. A raczej już stadek. Samo gumno, wydziobane starannie przez drób przypomina plażę, mieszkamy wszak na wydmie leśnej. Wciąż mamy nadzieję, że przynajmniej po bokach jakaś trawka odrośnie w przyszłym roku, jak bywało na samym początku naszego zamieszkania tutaj. Jest plus tej sytuacji taki, że nie potrzeba kosić podwórka i hałasować sąsiadom.

12 sierpnia 2024

Ptasie rozmowy


Czas płynie. Lubię to obserwować, płynąć razem z nim. Takim swoim dziecinnym stylem żabki, czasem na pieska.

Po drugim obrządku, gdy wszystkie dzienne czynności już zostały wykonane, zasiadamy na tarasie. Popijam wtedy prozdrowotnie wodę z cytryną z niewielką domieszką zeszłorocznego cydru i soku jabłkowego z tegorocznych zbiorów, który od jakiegoś czasu warzę codziennie. Aby zebrać go tyle, by starczyło na dwa sezony, bo co tyle owocują drzewa w sadzie. I przyglądam się światu, jego stałemu widokowi. W jego zakres wchodzi kawałek ogródka przydomowego mocno zarośniętego teraz wielkimi liśćmi dyni i cukinii, cieplica, płot, za nim za drogą ogrodzenie pastwiska i pastwisko, już wyschłe nieomal i przy nim obumierający stary sad, długi tunel i jeszcze kilka grządek. Po prawej osłonę stanowi gąszcz wysokich robinii akacjowych, w których gnieżdżą się różnorakie ptaki.
O tej porze lata już odchowały swoje młode i opuściły gniazda, ale buszują niedaleko i właśnie popołudniami zlatują się w nasze pobliże, jak dobrzy sąsiedzi, żeby usiąść na płocie albo blisko tarasu i delikatnym świergotem zagadać, popytać jak się wiedzie, itd. Nie znam się na gatunkach ptasich, rozróżniam wśród nich pleszki, które kocham za ruchliwość, uczuciowość, towarzyskość i pliszki, równie ciekawskie i wesołe. Mamy też mieszkającego wśród koron akacji dzięcioła, którego rzadko widać, ale słychać codziennie. Są też takie szare, większe od pliszek ptaszki, które biegają po ziemi, wygrzebując z niej owady, trochę jak kury, czasem widuję śmigającego głową w dół po pniu kowalika. Inne, wydające różne dziwne dźwięki słychać z większego oddalenia, szczytu dębu, albo z klonu. Lub przesuwają się z południa ku domowi i dalej gromadki kupiących się już przed odlotem bocianów.
Pod dach tarasu codziennie o stałej porze zalatuje także szerszeń samotnik, milkniemy wtedy, nieruchomiejemy i czekamy aż zbada teren i odleci spokojnie. Pojedyncze egzemplarze, żywiące się pośród drzew owocowych nie są agresywne, a groźne mogą się stać tylko przez przypadek, którego zawsze lepiej mądrze unikać.
Czasem z braku tematów do rozmowy, bo o czymże ciągle można gadać, odsłuchujemy jakąś audycję czy podcast. Np. pana Jackowskiego, którego słucham-nie-słucham i który wtapia się w spokój otoczenia swoimi przydługimi opowieściami politykierskimi, z których na ogół dowiaduję się co się w ogóle w świecie dzieje (telewizora nie mamy od lat blisko 20). Kiedy nagle zapada cisza pytam:

- Co to? Zasięg padł?

- Nie. Tylko patrzy sobie w głowę - odpowiada Anna, zerknąwszy na ekranik smartfona i parafrazując Sienkiewicza.

- Aha. A ty co o tym myślisz? Będzie wojna? Będzie krach?

- Będzie, niewątpliwie. Tylko kiedy?

- Ptaków by trzeba zapytać. Zresztą po co wiedzieć? I tak będzie co będzie. Cieszmy się życiem, póki zdrowie i cisza dopisują, a zapasy spokojnie rosną na zimę. Na wszystko jest właściwa pora.

Z innych spraw: zaczęłam robić żółte sery, niewielkie, z racji mniejszej niż dawniejszymi laty ilości mleka. Anna jeździ co rusz na jakiś okoliczny jarmark lub warsztaty wakacyjne dla dzieci. Jedna impreza odbyła się u nas w gospodarstwie. Wycieczka rowerowa dzieci spędziła trochę czasu na robieniu mydła w foremkach, przyrządzaniu i zjadaniu pizzy, oraz oglądaniu naszego bydełka, robiącego za dziką przyrodę na stepie.

Poza tym zbieramy jabłka, systematycznie opadające z drzew, cukinie i kabaczki, resztki ogórków, zaczątek pomidorów. 

- Co jutro na obiad?

- Leczo?

- Może być leczo, czemu nie?