Deszczowa pogoda z jednej strony wygodna jest. Bo zwierzęta już tak nie absorbują nas swoimi potrzebami, stoją i siedzą w oborze, kurniku i innych zamknięciach (jak dwie kwoki z pisklętami - w sumie 22 + 1 perliczątko "czerwona nóżka"). A my możemy się zająć sprawami wewnętrznymi albo spotkaniami z ludźmi we wnętrzu. Ale z drugiej strony niepokój z tego narasta z dnia na dzień większy. Bo sianokosy odwlekają się w nieskończoność... Bobrowa łąka jest w połowie chłonna jak gąbka i nie daje się na nią wjechać traktorem, nawet po kilku słonecznych i upalnych dniach. Zatem nie da rady ściąć, wysuszyć i zebrać siano z doskoku, w jakiejś krótkiej przerwie między deszczowymi dniami. Musi przyjść naprawdę ocieplenie, lub chociaż susza, aby udało się przedsięwzięcie. Ostatecznie trzeba będzie kilka dni ciepłych wymodlić i skosić tylko tę mniej podmokłą część łąki, tak jak to było zrobione w 2010 roku. Wtedy jednak musimy myśleć o zakupie dodatkowego siana od kogoś innego. Ech, jakoś to będzie. Księga I-Cing pociesza mnie, że nasz pomocny sołtys bobrowy zrobi pokos odważnie z doskoku w przerwie międzydeszczowej i zwieziemy siano, choć po dłuższym czasie zestresowanego oczekiwania. Ostatecznie można jeszcze poczekać. Kozy są o tyle wdzięcznymi zwierzętami, że lubią przejrzałą trawę, nasiona i owocki. Jeszcze na Dąbrowie, pierwszego roku naszej hodowlanej przygody skosiłyśmy trawę we wrześniu i kozy spokojnie na nim przetrwały zimę. Nie grymasząc.
No, to już wiadomo, że wylęgły się kolejne pisklęta, jeszcze przed Przesileniem Letnim. Z 17 jaj wykluło się 15 "ciplonek" zielonej nóżki. Kwoka jest pożyczona, od pani Mikołajowej. W pogodne dni prowadza swoją dzieciarnię na dworze, ale tak jak dzisiaj, wysiaduje z nimi w lamusie. Zasiadła niedawno jeszcze jedna kwoka, tym razem z naszego stada, choć wcale nie zielona nóżka, tylko leghornka. Nie wiem co z tego wyjdzie, bo się denerwowała na początku zmianą miejsca, wyrzucała jaja z gniazda, stłukła kilka. Przeniosłyśmy ją więc z resztą jaj do kurnika i tam siedzi od jakiegoś czasu spokojnie.
W niepogodę pchamy remontowe czynności do przodu. Maleńkimi kroczkami. Dwa słupy gankowe zostały wyczyszczone, wygładzone i pomalowane. I także założona przez nas osobiście (no, Ania była główną mistrzynią, ja przede wszystkim podawałam narzędzia jako "młotkowy" i podtrzymywałam to i owo) podłoga w łazience na górze, z resztek desek podłogowych, które zostały. Wyszły co do jednej. Zjechał już kurierem kupiony internetowo brodzik, kibelek i insze akcesoria. Powoli przymierzamy się do skoku tygrysa.
No, i jeszcze lodówkowy zbieg okoliczności... nie tylko z dzisiejszym wpisem pana Jacka... he. Trzy dni temu odmrażałam lodówkę, aby mogła przyjąć w siebie kolejny zapas mięsiwa na dłużej. Umyta, wysuszona, ustawiona i włączona do prądu zadziałała, ale na drugi dzień okazało się, że spływa wodą we wnętrzu. Przetarłam, wyczyściłam tak, jak umiałam i zdecydowałam się poczekać z konkluzjami co jest. Dzisiaj znowu zgromadziła się woda w dołku odpływowym. Ale jednocześnie coś się wydarzyło samo. Rano przy dojeniu, podeszła do płota nasza sąsiadka i przekazała Ani wiadomość, że pani Hela ma kłopot ze swoją lodówką, woda nie odpływa, zadzwoniła zatem do serwisu w Bielsku i tam powiedziano jej, że jest to drobna naprawa, najwyżej coś trzeba wymienić, ale że przyślą pracownika do domu, jeśli znajdzie innych klientów na usługę, bo inaczej nie opłaci mu się jechać (tu dzwonek!). Dostałyśmy numer i po obrządku Ania wykonała telefon do nadmienionej firmy. Najpierw nie zdradzając się, że w porozumieniu z drugą osobą. Padła kwota 50 złotych za dojazd (80 km w dwie strony). Wtedy wspomniała o drugiej osobie i pan raczył zniżyć kwotę do 40.
- Halo, ale chyba na pół wychodzi po 25 złotych! - upomniała się o swoje.
- Powiedzmy 30.
Nie dało się wynegocjować mniej, to nie te klimaty. Na Podlasiu coś takiego jak rywalizacja o klienta NIE ISTNIEJE! Za to polowanie na jelenia jak najbardziej!
- To kiedy mam się spodziewać kogoś od państwa? - spytała Ania. Nie wiedzieli.
- Teraz czy koło trzeciej?
- Tak, koło trzeciej.
15 minęła nam spokojnie na zakładaniu podłogi w łazience. I 16, i 17, i 18 też. W końcu zaczęło się trochę przejaśniać i kozy wyskoczyły na szybką przekąskę do lasu i sadu, tak samo kaczki i gęś. Odpuściłam sobie czekanie na naprawiacza lodówek, tylko wzięłam się w końcu za dojenie.
Zajechał po 19, gdy już kończyłam obrządek.
I wyjechał ledwie 10 minut później.
Przeczyścił rurkę odpływową. Zainkasował 20 złociszy za czynność i 30 za dojazd.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
26 czerwca 2012
22 czerwca 2012
W naszym ogródeczku
Codzienne zajęcia latem są na tyle absorbujące przez cały dzień, że brak czasu na zrobienie zdjęć i tym bardziej umieszczenie ich na blogu. Tym razem mam chwilę, ale dzielę się zdezaktualizowanym obrazem mojego świata.
Ogródek ma się dobrze, nawet zaskakująco. Porównanie z warzywniakami sąsiadów i znajomych wypada in plus. Roślinki są bujne i dobrze rosną. Oczywiście widz z zachodniej Polski wzruszy ramionami, bo u niego wszystko gęstsze i bujniejsze, ale trzeba wziąć pod uwagę, że u nas panuje podlaski klimat i uwarunkowania (długi czas zimne noce na wiosnę). Oto stan sprzed tygodnia mojej własnoręcznie zbudowanej spirali (za materiał posłużyły mi stare cegły z rozebranej kuchni i komina). Mięta jakoś kiepsko przezimowała, częściowo wymarzła, ale już odbija i przyrasta. To ważne dla mnie ziółko, bo warzę czasem świeże serki podpuszczkowe z miętą właśnie. Tymianek, oregano, szczypior, czosnek zwykły (a wcześniej niedźwiedzi), lubczyk, szałwia mają się dobrze i służą codziennie swoimi liśćmi do przygotowania posiłków.

Jedni chwalą się kurkami zbieranymi w lesie, które - o ile wiem - pierwsze pokazały się na wschodzie Polski i na Podlasiu, już od początku czerwca, a ja się pochwalę innym grzybem. Kanie już się pokazują na naszym siedlisku i jadamy co jakiś czas kaniowy obiad albo przekąskę.

Poniżej na tle folii odrobinę podwyższona grządka z sałatą, selerem, cebulką. Widok sprzed tygodnia.

Teraz jest obfitsza, choć po Przesileniowym ulewnym deszczu część liści sałacianych została zbita i oklapła. Nie martwi mnie to, bo pomimo, że staram się przyrządzać sałatkę codziennie, aby nasycić organizm surowymi witaminami z pełnym wykorzystaniem pory roku, to i tak jest jej dla nas dwóch za dużo. I część idzie dla gęsi, która bardzo lubi sałaciany przysmak. Pewną ilość Ania przesadziła do folii i tam szykuje się drugie tyle pełnych sałatowych główek. W ogóle w folii pomidory ładnie w tym roku się wiążą i mają już zielone owoce.
A następnie przedstawienie najwyższej grządki, jaką udało mi się usypać w naszym ogródeczku. Mogła być wyższa, ale Ania nie była przekonana i tak mi marudziła, że odstąpiłam od planu.

Teraz okazuje się, że wzgórek, usypany na stosie próchniejących klocków drewnianych i gałęzi świetnie ochronił ogórki posiane w gruncie podczas przymrozkowych nocy czerwcowych, a teraz - po Przesileniowej ulewie bardzo dobrze poradził sobie z nadmiarem wody. Sąsiedzi narzekają na grząskość w swoich ogródkach, u nas nic takiego nie ma miejsca. Zresztą i bez wzniesionej grządki by nie miała, bo chata znajduje się na wzniesieniu i woda spływa w dół bardzo szybko. W tym wypadku, ta i inne grządki usytuowana jest naprzeciw spływającej w dół fali wody i chwyta ją na dłuższy czas, co się sprawdza w czasie upałów. Bo drewno w niej zawarte magazynuje wilgoć bardzo dobrze.
A na koniec pokażę wam najnowszy przyrząd ogródkowy, jaki sobie sprawiłyśmy (w liczbie dwóch).

Jest to płaskorez (w języku rosyjskim), a po naszemu zapewne ścinak. Wynalazek niejakiego Fokina, opatentowany i produkowany masowo, gdyż zyskał sobie ogromną popularność u działkowiczów za całą wschodnią granicą. My kupiłyśmy go za pośrednictwem naszych zaprzyjaźnionych miejscowych joginów, którym sprowadzili te cud-narzędzia (nie wyglądające wcale skomplikowanie) znajomi Białorusini. Nic nam nie wiadomo, aby można je było kupić gdzieś w Polsce innym sposobem.
Wydatek okazał się opłacalny. Odchwaszczanie stało się przyjemne, szybkie i łatwe. Nie zginasz się, nie klęczysz z nosem przy glebie, nie targasz chwastów spoconymi i ubrudzonymi dłońmi, tylko raz-raz ścinasz niechciane roślinki w międzyrzędziach (ścinaków mamy dwa, węższy i szerszy). Jedynym zaleceniem jest, aby zacząć to robić odpowiednio wcześnie, gdy chwasty dopiero się pojawiają, bo gdy już są i masowo wybujałe nawet ścinak nie pomoże.

Z innych wydarzeń to minęło właśnie Przesilenie Letnie, słońce weszło w znak Raka (przed)wczoraj około północy. W tym samym czasie naszła nas wielka burza i ulewny potokowy deszcz padał do samego rana. Zrobił trochę szkód wśród ptasich gniazd. Ogródek zniósł to dobrze. Kiedy deszcz ustał, odeszła na Drugą Stronę około ósmej rano Miła, nasza starsza suczka. Na guza nowotworowego, który jakiś czas temu zaczął dawać ostre objawy choroby, konwulsje, osłabienie, chudnięcie, zawroty głowy, kłopoty z widzeniem i rozróżnianiem kierunków. Spoczywa pod dużym pamiątkowym kamieniem, nasza czujna strażniczka.
Ogródek ma się dobrze, nawet zaskakująco. Porównanie z warzywniakami sąsiadów i znajomych wypada in plus. Roślinki są bujne i dobrze rosną. Oczywiście widz z zachodniej Polski wzruszy ramionami, bo u niego wszystko gęstsze i bujniejsze, ale trzeba wziąć pod uwagę, że u nas panuje podlaski klimat i uwarunkowania (długi czas zimne noce na wiosnę). Oto stan sprzed tygodnia mojej własnoręcznie zbudowanej spirali (za materiał posłużyły mi stare cegły z rozebranej kuchni i komina). Mięta jakoś kiepsko przezimowała, częściowo wymarzła, ale już odbija i przyrasta. To ważne dla mnie ziółko, bo warzę czasem świeże serki podpuszczkowe z miętą właśnie. Tymianek, oregano, szczypior, czosnek zwykły (a wcześniej niedźwiedzi), lubczyk, szałwia mają się dobrze i służą codziennie swoimi liśćmi do przygotowania posiłków.

Jedni chwalą się kurkami zbieranymi w lesie, które - o ile wiem - pierwsze pokazały się na wschodzie Polski i na Podlasiu, już od początku czerwca, a ja się pochwalę innym grzybem. Kanie już się pokazują na naszym siedlisku i jadamy co jakiś czas kaniowy obiad albo przekąskę.

Poniżej na tle folii odrobinę podwyższona grządka z sałatą, selerem, cebulką. Widok sprzed tygodnia.

Teraz jest obfitsza, choć po Przesileniowym ulewnym deszczu część liści sałacianych została zbita i oklapła. Nie martwi mnie to, bo pomimo, że staram się przyrządzać sałatkę codziennie, aby nasycić organizm surowymi witaminami z pełnym wykorzystaniem pory roku, to i tak jest jej dla nas dwóch za dużo. I część idzie dla gęsi, która bardzo lubi sałaciany przysmak. Pewną ilość Ania przesadziła do folii i tam szykuje się drugie tyle pełnych sałatowych główek. W ogóle w folii pomidory ładnie w tym roku się wiążą i mają już zielone owoce.
A następnie przedstawienie najwyższej grządki, jaką udało mi się usypać w naszym ogródeczku. Mogła być wyższa, ale Ania nie była przekonana i tak mi marudziła, że odstąpiłam od planu.

Teraz okazuje się, że wzgórek, usypany na stosie próchniejących klocków drewnianych i gałęzi świetnie ochronił ogórki posiane w gruncie podczas przymrozkowych nocy czerwcowych, a teraz - po Przesileniowej ulewie bardzo dobrze poradził sobie z nadmiarem wody. Sąsiedzi narzekają na grząskość w swoich ogródkach, u nas nic takiego nie ma miejsca. Zresztą i bez wzniesionej grządki by nie miała, bo chata znajduje się na wzniesieniu i woda spływa w dół bardzo szybko. W tym wypadku, ta i inne grządki usytuowana jest naprzeciw spływającej w dół fali wody i chwyta ją na dłuższy czas, co się sprawdza w czasie upałów. Bo drewno w niej zawarte magazynuje wilgoć bardzo dobrze.
A na koniec pokażę wam najnowszy przyrząd ogródkowy, jaki sobie sprawiłyśmy (w liczbie dwóch).
Jest to płaskorez (w języku rosyjskim), a po naszemu zapewne ścinak. Wynalazek niejakiego Fokina, opatentowany i produkowany masowo, gdyż zyskał sobie ogromną popularność u działkowiczów za całą wschodnią granicą. My kupiłyśmy go za pośrednictwem naszych zaprzyjaźnionych miejscowych joginów, którym sprowadzili te cud-narzędzia (nie wyglądające wcale skomplikowanie) znajomi Białorusini. Nic nam nie wiadomo, aby można je było kupić gdzieś w Polsce innym sposobem.
Wydatek okazał się opłacalny. Odchwaszczanie stało się przyjemne, szybkie i łatwe. Nie zginasz się, nie klęczysz z nosem przy glebie, nie targasz chwastów spoconymi i ubrudzonymi dłońmi, tylko raz-raz ścinasz niechciane roślinki w międzyrzędziach (ścinaków mamy dwa, węższy i szerszy). Jedynym zaleceniem jest, aby zacząć to robić odpowiednio wcześnie, gdy chwasty dopiero się pojawiają, bo gdy już są i masowo wybujałe nawet ścinak nie pomoże.

Z innych wydarzeń to minęło właśnie Przesilenie Letnie, słońce weszło w znak Raka (przed)wczoraj około północy. W tym samym czasie naszła nas wielka burza i ulewny potokowy deszcz padał do samego rana. Zrobił trochę szkód wśród ptasich gniazd. Ogródek zniósł to dobrze. Kiedy deszcz ustał, odeszła na Drugą Stronę około ósmej rano Miła, nasza starsza suczka. Na guza nowotworowego, który jakiś czas temu zaczął dawać ostre objawy choroby, konwulsje, osłabienie, chudnięcie, zawroty głowy, kłopoty z widzeniem i rozróżnianiem kierunków. Spoczywa pod dużym pamiątkowym kamieniem, nasza czujna strażniczka.
Labels:
Astrologia,
Budownictwo,
Ekologia,
Gleba,
Kulinaria,
Maszyny,
Ogród,
Permakultura,
Pionierstwo,
Pogoda,
Praca,
Psy,
Region,
Rośliny,
Siew,
Śmierć,
Woda,
Zbiory,
Zdrowie,
Zioła
15 czerwca 2012
Obrazy codziennych zmian
Ponieważ trwa kolejny deszczowy dzień, zwierzaki są pozamykane, mam czas wpuścić kilka zaległych zdjęć. Najpierw pochwalę się nowym przyozdobieniem chaty, snycerką nad-okienną, osobiście wykonaną przez Anię. Jeśli się dobrze przyjrzycie zauważycie we wzorze dwa koziołki... To nie tylko na cześć naszej hodowli kóz, ale i dlatego, że jesteśmy obie spod znaku Koziorożca.

Jak się wykonuje taką snycerkę? Wzór został po części zaczerpnięty z tradycji lokalnej podlaskiej i nieco wzbogacony (koziołki) przez Anię. Odrysowany na desce i potem wycięty pracowicie wyrzynarką, a na koniec pomalowany białą farbą olejną. Nie jest to koniec ozdabiania okien po tutejszemu, więc proszę potraktować widok jako fazę przejściową.

Poniżej kacza brygadka pod ochroną Gusi maszeruje na jedno ze swych ulubionych stanowisk w obejściu. W tle znajduje się już zmontowany wóz z dyszlem przystosowanym do haka samochodu. Będzie też zwyczajna kłonica dla konia. I boki furmanki również. Wszystko w swoim czasie, po podlasku.

I na zakończenie nasz stróż domostwa, pasterka nieustraszona i odpowiedzialna policjantka domowa, czyli Kola.


Jak się wykonuje taką snycerkę? Wzór został po części zaczerpnięty z tradycji lokalnej podlaskiej i nieco wzbogacony (koziołki) przez Anię. Odrysowany na desce i potem wycięty pracowicie wyrzynarką, a na koniec pomalowany białą farbą olejną. Nie jest to koniec ozdabiania okien po tutejszemu, więc proszę potraktować widok jako fazę przejściową.

Poniżej kacza brygadka pod ochroną Gusi maszeruje na jedno ze swych ulubionych stanowisk w obejściu. W tle znajduje się już zmontowany wóz z dyszlem przystosowanym do haka samochodu. Będzie też zwyczajna kłonica dla konia. I boki furmanki również. Wszystko w swoim czasie, po podlasku.

I na zakończenie nasz stróż domostwa, pasterka nieustraszona i odpowiedzialna policjantka domowa, czyli Kola.

Labels:
Budownictwo,
Kaczki,
Kultura,
Pionierstwo,
Psy,
Region,
Rzemiosło,
Tradycja,
Zwierzęta
14 czerwca 2012
Wiosenne uwagi
Jeszcze jedną anomalią tej wiosny, dużo - nie tylko moim zdaniem - większą od wielu zimnych nocy spowalniających wzrost zieloności, jest prawie kompletny BRAK KOMARÓW... Najstarsi ludzie na wiosce nie pamiętają takiego roku. Maj bez dorocznego masowego wylęgu widliszka, cud! Dziwią się leśni ludzie, dziwią wędkarze i rolnicy. I nikt nie wie co wpłynęło na taką komarzą bezpłodność.
Co prawda Jerzy i jego żona, nocujący niedawno u nas stwierdzili, że komary ostały się w Puszczy Białowieskiej i dały im się tam podczas wycieczki we znaki tak, jak Pan Bóg przykazał, to jednak nie jesteśmy aż tak daleko od Puszczy, której obrzeża zaczynają się już za Czeremchą, żeby się całym zjawiskiem nie niepokoić.
Za to kąsały w zamian, choć nie aż tak licznie i mocno, meszki, które pewnie rozmnożyły się w dwójnasób. A w fazie niemowlęcej potrafią przenikać przez oczka moskitiery, co sprawiało, że budziłam się z rękami i twarzą w czerwonych, swędzących i piekących krostkach. Teraz wydaje mi się ten nalot ustawać, na rzecz much i muchowatych, które pojawiają się zwyczajnie wraz z porą letnią.
Kaczęta zamieniają się już w opierzone kaczuchy. Sprzedawca okazał się kłamcą. Żadna nie ma nawet czarnej plamki na sobie i nie przypomina w niczym francuskiej kaczki. Biała moim zdaniem pekińska. Nam to jednak po nic, jakiej są rasy, bo i tak wszystkie pójdą do garnka. Tym niemniej stwierdzam, że gatunki blaszkodziobe są zabawne i w naszym rozległym obejściu dobrze się komponujące, zatem pewnie nie będzie to jedyna nasza hodowla kwaczącego drobiazgu. Jest to ptactwo wędrowne, które potrafi zniknąć na kilka godzin całkiem z oczu, idąc swoim kołyszącym kroczkiem równym rządkiem jedno za drugim, by skryć się gdzieś w zakamarkach koziej zagrody, sadu lub nawet lasu. Karmię je ziemniakami gotowanymi z dodatkiem żyta i tłuczonymi z twarogiem, zsiadłym mlekiem, serwatką, jajem na twardo lub inszymi resztkami jedzenia. Zjadają też ziarno owsa, gdy czasem zabraknie karmy. Po wypierzeniu się zresztą mają mniejszy apetyt i rzadziej trzeba im napełniać michę.
Ostatnie ulewne nocne deszcze skłoniły Anię do zakupu 200-litrowej beczki na deszczówkę. Szkoda, aby nasze dachy nie pracowały dodatkowo na rzecz podlewania ogródka i pojenia zwierząt.
Poza tym stwierdzam, że nowe poletko nawet rodzi, czemu sprzyjają ostatnie deszcze, ale potrzebuje ogrodzenia od strony lasu. Ziemniaki już są częściowo zryte i wyjedzone przez dziką świnię, która nawet pobliża drogi się nie lęka. Właściwie zasiałyśmy i zasadziłyśmy ten skrawek ziemi próbnie, aby się przekonać. No, to się przekonujemy.
Co prawda Jerzy i jego żona, nocujący niedawno u nas stwierdzili, że komary ostały się w Puszczy Białowieskiej i dały im się tam podczas wycieczki we znaki tak, jak Pan Bóg przykazał, to jednak nie jesteśmy aż tak daleko od Puszczy, której obrzeża zaczynają się już za Czeremchą, żeby się całym zjawiskiem nie niepokoić.
Za to kąsały w zamian, choć nie aż tak licznie i mocno, meszki, które pewnie rozmnożyły się w dwójnasób. A w fazie niemowlęcej potrafią przenikać przez oczka moskitiery, co sprawiało, że budziłam się z rękami i twarzą w czerwonych, swędzących i piekących krostkach. Teraz wydaje mi się ten nalot ustawać, na rzecz much i muchowatych, które pojawiają się zwyczajnie wraz z porą letnią.
Kaczęta zamieniają się już w opierzone kaczuchy. Sprzedawca okazał się kłamcą. Żadna nie ma nawet czarnej plamki na sobie i nie przypomina w niczym francuskiej kaczki. Biała moim zdaniem pekińska. Nam to jednak po nic, jakiej są rasy, bo i tak wszystkie pójdą do garnka. Tym niemniej stwierdzam, że gatunki blaszkodziobe są zabawne i w naszym rozległym obejściu dobrze się komponujące, zatem pewnie nie będzie to jedyna nasza hodowla kwaczącego drobiazgu. Jest to ptactwo wędrowne, które potrafi zniknąć na kilka godzin całkiem z oczu, idąc swoim kołyszącym kroczkiem równym rządkiem jedno za drugim, by skryć się gdzieś w zakamarkach koziej zagrody, sadu lub nawet lasu. Karmię je ziemniakami gotowanymi z dodatkiem żyta i tłuczonymi z twarogiem, zsiadłym mlekiem, serwatką, jajem na twardo lub inszymi resztkami jedzenia. Zjadają też ziarno owsa, gdy czasem zabraknie karmy. Po wypierzeniu się zresztą mają mniejszy apetyt i rzadziej trzeba im napełniać michę.
Ostatnie ulewne nocne deszcze skłoniły Anię do zakupu 200-litrowej beczki na deszczówkę. Szkoda, aby nasze dachy nie pracowały dodatkowo na rzecz podlewania ogródka i pojenia zwierząt.
Poza tym stwierdzam, że nowe poletko nawet rodzi, czemu sprzyjają ostatnie deszcze, ale potrzebuje ogrodzenia od strony lasu. Ziemniaki już są częściowo zryte i wyjedzone przez dziką świnię, która nawet pobliża drogi się nie lęka. Właściwie zasiałyśmy i zasadziłyśmy ten skrawek ziemi próbnie, aby się przekonać. No, to się przekonujemy.
7 czerwca 2012
Zimna wiosna
Pogoda, od początku czerwca mocno chłodna, zwłaszcza nocą, a w dzień deszczowa i pochmurna, o temperaturach marcowo-kwietniowych, wywołała u mnie trzydniówkę kataralną, a potem u Ani. Nie szło się nie przeziębić, choćby nocą pod zbyt lekką kołdrą, albo pracując w ogródku w wilgotnym powietrzu i przeszywającym wietrze. Przypadłości minęły, może też dzięki naturalnej goriłce na dezynfekcję gardła zastosowanej i nalewce cytrynowo-imbirowej.
Chłód mocno spowolnił rośnięcie traw i ogródkowych dóbr. Sąsiadom nawet trochę ogórków wymarzło w gruncie którejś zimnej nocy. Trzeba też palić w piecu, na ogół wystarcza ugotowanie obiadu na płycie, ale ci co korzystają tylko z gazowej kuchenki na noc przepalają w ścianówkach.
U nas wszystko rośnie zdrowo (padły tylko kalafiory posadzone eksperymentalnie w liczbie trzech sztuk, nie wiemy z jakiej przyczyny) i Aneczka zaczyna doceniać permakulturowe grządki, wyraźnie cieplejsze od zwykłych. Jemy już od jakiegoś czasu własną sałatę, rzodkiewkę, szczypior, koper, szpinak oraz zioła z wciąż funkcjonującej spirali. Z wiosną odbił pięknie lubczyk i z nieco większym trudem mięta trzech rodzajów, ale już dogania zeszłoroczną bujność, przyjęło się oregano, tymianek, rośnie czosnek, cebulka i seler. Kwitną niektóre truskawki.
Czosnek niedźwiedzi prawie cały poszedł na antybiotykową nalewkę zdrowotną, wyszła w pięknym kolorze zielonym. Anna wytworzyła już wiosenne syropy na zimę, z mniszka i kwiatu bzu czarnego.
W deszczowe dni kozy stoją w oborze na sianie, mocno zdegustowane więzieniem. Nie wypuszczamy także kaczek, w cieplejszy czas mocno ruchliwych. Rosną szybko, już są prawie całkowicie opierzone i zaczynają przechodzić mutację głosu. Co prawda jednego kaczorka pokręciło i mocno kuleje. Mam nadzieję, że dożyje ocieplenia i słońce jakoś mu pomoże dojść swojej pory.
Pomieszkujące w obejściu dzikie ptaki, pleszka, makolągwy, pliszki wyprowadziły już pierwsze pokolenie na świat.
Samochód został naprawiony. Jest po wymianie rozrusznika i jednej klemy. Możemy także rozwijać skrzydła.
Chłód mocno spowolnił rośnięcie traw i ogródkowych dóbr. Sąsiadom nawet trochę ogórków wymarzło w gruncie którejś zimnej nocy. Trzeba też palić w piecu, na ogół wystarcza ugotowanie obiadu na płycie, ale ci co korzystają tylko z gazowej kuchenki na noc przepalają w ścianówkach.
U nas wszystko rośnie zdrowo (padły tylko kalafiory posadzone eksperymentalnie w liczbie trzech sztuk, nie wiemy z jakiej przyczyny) i Aneczka zaczyna doceniać permakulturowe grządki, wyraźnie cieplejsze od zwykłych. Jemy już od jakiegoś czasu własną sałatę, rzodkiewkę, szczypior, koper, szpinak oraz zioła z wciąż funkcjonującej spirali. Z wiosną odbił pięknie lubczyk i z nieco większym trudem mięta trzech rodzajów, ale już dogania zeszłoroczną bujność, przyjęło się oregano, tymianek, rośnie czosnek, cebulka i seler. Kwitną niektóre truskawki.
Czosnek niedźwiedzi prawie cały poszedł na antybiotykową nalewkę zdrowotną, wyszła w pięknym kolorze zielonym. Anna wytworzyła już wiosenne syropy na zimę, z mniszka i kwiatu bzu czarnego.
W deszczowe dni kozy stoją w oborze na sianie, mocno zdegustowane więzieniem. Nie wypuszczamy także kaczek, w cieplejszy czas mocno ruchliwych. Rosną szybko, już są prawie całkowicie opierzone i zaczynają przechodzić mutację głosu. Co prawda jednego kaczorka pokręciło i mocno kuleje. Mam nadzieję, że dożyje ocieplenia i słońce jakoś mu pomoże dojść swojej pory.
Pomieszkujące w obejściu dzikie ptaki, pleszka, makolągwy, pliszki wyprowadziły już pierwsze pokolenie na świat.
Samochód został naprawiony. Jest po wymianie rozrusznika i jednej klemy. Możemy także rozwijać skrzydła.
Labels:
Kaczki,
Maszyny,
Ogród,
Ogrzewanie,
Permakultura,
Pogoda,
Ptaki,
Zdrowie,
Zioła,
Zwierzęta
4 czerwca 2012
Dzień Marsa
Poprawki złożone w ostatnim dniu. Były proste, ale pojawiły się inne kłopoty, trzeba było wydzwaniać do urzędu, radzić się i konsultować, także przekonywać do swoich racji, nie urzędowych, co się szczęśliwie udało.
Na niebie tymczasem ukonstytuowała się kwadratura Słońca do Marsa. I naprzeciw dzisiaj przeleciał się Księżyc, niczym przysłowiowy u astrologów spust w rewolwerze wydarzeniowym.
Tu muszę wrócić do kwestii samochodu. Który zaczął jakiś ładny czas temu z nagła gasnąć. Był z tą dolegliwością u mechanika w K., ten sprawdził całą elektrykę, podokręcał coś, poruszał kablami i jakiś czas auto chodziło bezproblemowo. Aż znowu przestało. Wprawiając Anię w różne tarapaty w drodze. W gminie zawsze łatwo było kogoś poprosić z ulicy, ze sklepu, mniej lub bardziej znajomego, o pych. Gdzieś dalej robiło się makabrycznie nerwicowo straszno. Na ogół nie można było wyłączyć silnika, to jedyna skuteczna rada, aby zajechać i wrócić. Czasem musiałam z nią jechać tylko po to, aby siedzieć i pilnować włączonego samochodu, podczas gdy Anna załatwiała sprawy i sprawunki.
Dzisiaj z owym listem do urzędu Ania załadowała na pakę rower, wsiadła w samochód, nie odpalił oczywiście (a wczoraj, kurczę, tak, i to dwa razy pod rząd), wypchnęłyśmy go z garażu i spadło na mnie to pchanie. Na szczęście mamy z górki do bramy i auto mogło nabrać rozpędu. Ale przy włączeniu sprzęgła kilka metrów przed bramą nie dałam rady, samochód zatrzymał się. Anna w złym humorze, wypisz wymaluj marsowym, wedle dzisiejszego aspektu planetarnego na niebiosach, ja bezradna i zadyszana...
- Mirko! - krzyknęła nagle do kogoś na drodze. W kierunku miasteczka pedałował był właśnie nasz wioskowy chłopiec czasem pomocny. - Chodź-no do nas! Pomożesz. Podwiozę cię za to.
Chłopiec, już wyprzystojniały od ostatniego czasu, gdym go widziała, z romantycznym wąsikiem na gładkim licu, zatrzymał się i przystał na taki układ. Wepchnęliśmy w trójkę nasze chore autko pod górę, na linię startową, Ania zasiadła za kierownicą i pchnęliśmy je oboje, Mirko i ja, w dół, z całej siły nóg i rąk.
Pod bramą silnik zapalił szczęśliwie.
Po drodze zgasł jednak przy zapaleniu świateł, ale ruszył po poruszeniu kablami przy akumulatorze. Anna zajechała na pocztę i wysłała pismo urzędowe, wysadziła pomocnego pasażera w miasteczku i zajechała do sąsiedniej gminy, do naszego znajomego młodego mechanika. Przyjął nasze auto do dokładnego sprawdzenia i przebadania, zatem Anna, zaopatrzywszy się w najpotrzebniejsze artykuły ze sklepu wsiadła na rower i z powrotem do domu się udała.
Po drodze jednak dostałam telefon.
- Pedał się urwał! Nie mogę jechać. Idę pieszo. Będę w domu może wieczorem...
Ja tymczasem w wiecznym codziennym tańcu, tym razem podwójnym. Serowarzę, palę pod płytą, gotuję karmę kaczkom i kurom, nam obiad oraz jednocześnie robię twaróg, wyganiam kury z ogródka, dokarmiam głodne kaczki, kwokę z pisklętami, wyganiam kaczki z pola owsianego, gdzie ulubiły się paść, przeganiam kozy do sadu, wyganiam zbiegłe kozy z pola, dozoruję chorego psa, Miłą, który ma znowu atak padaczki, rozmawiam przez telefon, sprzątam i ogólnie usiłuję nie zwariować.
Anna poradziła sobie jednak dość sprawnie. Doszła z rowerem do granic Czeremchy, tam w napotkanym sklepiku agd udało jej się dobrać i kupić odpowiedni klucz i przykręciła nim pedał. Wróciła zaskakująco wcześnie, w sam raz na obiad (domowy makaron, sos z koźlęciny, sałata z dodatkami z naszego ogródka z octem jabłkowym swojej roboty i jajem zielononóżki na twardo).
Na koniec dnia tak marsowego schwyciła (he, upolowała na podwórzu) koguta, jednego z dwóch, i ucięła mu głowę. Zdrowiutki, pachnący. Na rosół, kotlety i wątróbkę z cebulką.
Na niebie tymczasem ukonstytuowała się kwadratura Słońca do Marsa. I naprzeciw dzisiaj przeleciał się Księżyc, niczym przysłowiowy u astrologów spust w rewolwerze wydarzeniowym.
Tu muszę wrócić do kwestii samochodu. Który zaczął jakiś ładny czas temu z nagła gasnąć. Był z tą dolegliwością u mechanika w K., ten sprawdził całą elektrykę, podokręcał coś, poruszał kablami i jakiś czas auto chodziło bezproblemowo. Aż znowu przestało. Wprawiając Anię w różne tarapaty w drodze. W gminie zawsze łatwo było kogoś poprosić z ulicy, ze sklepu, mniej lub bardziej znajomego, o pych. Gdzieś dalej robiło się makabrycznie nerwicowo straszno. Na ogół nie można było wyłączyć silnika, to jedyna skuteczna rada, aby zajechać i wrócić. Czasem musiałam z nią jechać tylko po to, aby siedzieć i pilnować włączonego samochodu, podczas gdy Anna załatwiała sprawy i sprawunki.
Dzisiaj z owym listem do urzędu Ania załadowała na pakę rower, wsiadła w samochód, nie odpalił oczywiście (a wczoraj, kurczę, tak, i to dwa razy pod rząd), wypchnęłyśmy go z garażu i spadło na mnie to pchanie. Na szczęście mamy z górki do bramy i auto mogło nabrać rozpędu. Ale przy włączeniu sprzęgła kilka metrów przed bramą nie dałam rady, samochód zatrzymał się. Anna w złym humorze, wypisz wymaluj marsowym, wedle dzisiejszego aspektu planetarnego na niebiosach, ja bezradna i zadyszana...
- Mirko! - krzyknęła nagle do kogoś na drodze. W kierunku miasteczka pedałował był właśnie nasz wioskowy chłopiec czasem pomocny. - Chodź-no do nas! Pomożesz. Podwiozę cię za to.
Chłopiec, już wyprzystojniały od ostatniego czasu, gdym go widziała, z romantycznym wąsikiem na gładkim licu, zatrzymał się i przystał na taki układ. Wepchnęliśmy w trójkę nasze chore autko pod górę, na linię startową, Ania zasiadła za kierownicą i pchnęliśmy je oboje, Mirko i ja, w dół, z całej siły nóg i rąk.
Pod bramą silnik zapalił szczęśliwie.
Po drodze zgasł jednak przy zapaleniu świateł, ale ruszył po poruszeniu kablami przy akumulatorze. Anna zajechała na pocztę i wysłała pismo urzędowe, wysadziła pomocnego pasażera w miasteczku i zajechała do sąsiedniej gminy, do naszego znajomego młodego mechanika. Przyjął nasze auto do dokładnego sprawdzenia i przebadania, zatem Anna, zaopatrzywszy się w najpotrzebniejsze artykuły ze sklepu wsiadła na rower i z powrotem do domu się udała.
Po drodze jednak dostałam telefon.
- Pedał się urwał! Nie mogę jechać. Idę pieszo. Będę w domu może wieczorem...
Ja tymczasem w wiecznym codziennym tańcu, tym razem podwójnym. Serowarzę, palę pod płytą, gotuję karmę kaczkom i kurom, nam obiad oraz jednocześnie robię twaróg, wyganiam kury z ogródka, dokarmiam głodne kaczki, kwokę z pisklętami, wyganiam kaczki z pola owsianego, gdzie ulubiły się paść, przeganiam kozy do sadu, wyganiam zbiegłe kozy z pola, dozoruję chorego psa, Miłą, który ma znowu atak padaczki, rozmawiam przez telefon, sprzątam i ogólnie usiłuję nie zwariować.
Anna poradziła sobie jednak dość sprawnie. Doszła z rowerem do granic Czeremchy, tam w napotkanym sklepiku agd udało jej się dobrać i kupić odpowiedni klucz i przykręciła nim pedał. Wróciła zaskakująco wcześnie, w sam raz na obiad (domowy makaron, sos z koźlęciny, sałata z dodatkami z naszego ogródka z octem jabłkowym swojej roboty i jajem zielononóżki na twardo).
Na koniec dnia tak marsowego schwyciła (he, upolowała na podwórzu) koguta, jednego z dwóch, i ucięła mu głowę. Zdrowiutki, pachnący. Na rosół, kotlety i wątróbkę z cebulką.
29 maja 2012
Folwark zwierzęcy na żywo
Kilka dni temu wylęgły się pisklęta. Niestety, z siedmiu podłożonych jaj tylko jedno perliczę, dwa dni po terminie. Reszta to siedem, jak jeden mąż, z naszych siedmiu jaj, zielononóżek, w ciągu jednego dnia. 100 % wylęgalności osiągnęły jaja lęgowe od naszych kurek, u kilku osób, które się zaopatrzyły, i u nas też jak się okazało.
Pisklaczki są silne i aktywne. Zaakceptowały jedynego odmieńca, który na razie niewiele się od nich różni. Jest tak samo w paseczki, w podobnych kolorach i układzie, tylko nieco mniejszy i wydaje z siebie inny głos.
Natomiast Felicja to prawdziwa mutacja, może zabawna dla miłośnika zwierząt (tzw. wegetarianina i ekologa na wzniesionej chorągwi ideowej), rozczulająca dla sentymentalnych panienek i starszych pań oraz niedopieszczonych starych kawalerów, ale... denerwuje mnie to, co jej ludzie zrobili. Bo zrobili jej prawdziwe kuku.
Uczeni człowiekowaci trzymają bydło kozie w wielkiej hali podzielonej na partycje. I zarządzają po swojemu tym, co Matka Natura obmyśliła najdoskonalej. Kiedy koza rodzi koźlę pozwalają jej karmić je przez dni kilka siarą, po czym zabierają je do osobnego działu, gdzie wiele takich maleństw przebywa i ludzie zaczynają je codziennie pocieszać sztucznym preparatem mlekowym (krowim), potem jeszcze sianem, paszą treściwą (nie wiadomo co zawierającą...), owsem i kiszonką. Koźlęta rosną we własnym otoczeniu, zamknięte w boksach i hali i nie widzą ani matek ani ciotek, ani samców, ani świata. Bo nie wypuszcza się ich na pastwisko, nawet, gdy majem trawa bujna i zielona, bo podobno gdzieś na zachodzie Europy komary zakażają kozy śmiertelnym wirusem i prewencja obowiązuje także u nas. Stoją więc, jedzą z rąk ludzkich (pracowników najemnych), i nabywają szczególnych nawyków (u ludzi powiedzielibyśmy: przekonań).
Tę szczególność widać szczególnie dopiero, gdy skonfrontować owo koźlątko z życiem prawdziwym i zdrowo rosnącym i rozwijającym się od lat stadem.
W efekcie żyje ono na uboczu tego stada, nie łączy się w ogóle z kozami i innymi dziećmi kozimi, ani nawet nie wykazuje żadnego tym zainteresowania. Jest flegmatyczne, powolne, istny Tadek Niejadek, przez kilka dni początkowych nie ciekawiło go pastwisko, wąchało jedynie trawę i kichało.
Trzyma się nóg pasterza/rki, i nieważne właściwie kogo, byle miał/a on/a dwie nogi. Po tygodniu o tyle się poprawiło, że Fela zaczęła rozróżniać smaki traw i ziół i zjadać niektóre z widocznym zadowoleniem. I ćwiczę ją przy pomocy Koli w reaktywności na bodźce. Jest bowiem nieposłuszna i uparta, jak rozwydrzony jedynak ludzki. Włazi w szkodę i żadne ostrzeżenia, a nawet uderzenia kijkiem w zadek nie pomagają. Wystarczy jednak, aby Kola pobiegła z impetem za nią (na rozkaz), zaczyna się żwawiej ruszać i nawet biegnie, dołączając prędko (a jednak to potrafi!) do stada. Nie bryka, nie podskakuje, nie biega radośnie, jak inne koźlęta, chowane z matkami i na koźlim mleku.
Najlepiej czuje się z Anią, która ją rozpieszcza w wolnej chwili (obecnie bardzo mało, albo i wcale jej nie ma...). Inne kozy w zagrodzeniu, w sadzie albo za oborą, a Felicja w ogródku, na tarasie, tup tup, zajada sianko, popija wodą, pcha się do mieszkania, gdzie obwąchuje miski psów i kotów, po czym zawiesza się na koszu z drewnem. Pcha się też do domu sąsiadów, to nie śmiech. Trzyma się także ich nogi. Stado pędzę gdzie indziej, a ona spokojnie zostaje przy obcych. Ludziach. Oni są jej stadem. Niestety. Bo najwięksi naturalni wrogowie przecież.
Jej instynkt jest przeinaczony, spaczony, i odłącza ją od wspólnego umysłu i mocy stada, którym kierują się tworzące je kozy. Biegnie gdzieś w krzywą przestrzeń bez celu, bo przecież - te wyrwane naturze z objęć dzieci rosną, dojrzewają, rodzą własne dzieci, pozwalają je sobie odebrać, i tak w koło macieju. I co mamy? Kozę z wielkim cycem, wiecznie zapalnym, ze słabym instynktem macierzyńskim, inteligentną, kontaktową wobec ludzi, ale wrogo nastawioną do innych kóz, nawet z własnego klanu (patrz historia naszych białasek, ich trudnego macierzyństwa, i osobistego konfliktu Zofiji i Misi).
Co do kaczek, mają się świetnie. Rosną z dnia na dzień. Co rano oglądam nowe zmiany w kształcie i charakterze. Bawią mnie. Choć jedzą jak najęte i z rasą francuską nie mają nic wspólnego (jak na razie żadnego czarnego piórka). Zabawne stworzonka. Brudzące, owszem, z wielkim apetytem, ale z charakterem i swoistą inteligencją. Gusia je pilnie strzeże przed kurami i innymi zagrożeniami, pokazuje nowe drogi i czuwa jak anioł stróż. Widzę, że się dziewczyna realizuje jako matka-opiekunka, całkowicie. Zarzuciła także znoszenie własnych jaj.
Pisklaczki są silne i aktywne. Zaakceptowały jedynego odmieńca, który na razie niewiele się od nich różni. Jest tak samo w paseczki, w podobnych kolorach i układzie, tylko nieco mniejszy i wydaje z siebie inny głos.
Natomiast Felicja to prawdziwa mutacja, może zabawna dla miłośnika zwierząt (tzw. wegetarianina i ekologa na wzniesionej chorągwi ideowej), rozczulająca dla sentymentalnych panienek i starszych pań oraz niedopieszczonych starych kawalerów, ale... denerwuje mnie to, co jej ludzie zrobili. Bo zrobili jej prawdziwe kuku.
Uczeni człowiekowaci trzymają bydło kozie w wielkiej hali podzielonej na partycje. I zarządzają po swojemu tym, co Matka Natura obmyśliła najdoskonalej. Kiedy koza rodzi koźlę pozwalają jej karmić je przez dni kilka siarą, po czym zabierają je do osobnego działu, gdzie wiele takich maleństw przebywa i ludzie zaczynają je codziennie pocieszać sztucznym preparatem mlekowym (krowim), potem jeszcze sianem, paszą treściwą (nie wiadomo co zawierającą...), owsem i kiszonką. Koźlęta rosną we własnym otoczeniu, zamknięte w boksach i hali i nie widzą ani matek ani ciotek, ani samców, ani świata. Bo nie wypuszcza się ich na pastwisko, nawet, gdy majem trawa bujna i zielona, bo podobno gdzieś na zachodzie Europy komary zakażają kozy śmiertelnym wirusem i prewencja obowiązuje także u nas. Stoją więc, jedzą z rąk ludzkich (pracowników najemnych), i nabywają szczególnych nawyków (u ludzi powiedzielibyśmy: przekonań).
Tę szczególność widać szczególnie dopiero, gdy skonfrontować owo koźlątko z życiem prawdziwym i zdrowo rosnącym i rozwijającym się od lat stadem.
W efekcie żyje ono na uboczu tego stada, nie łączy się w ogóle z kozami i innymi dziećmi kozimi, ani nawet nie wykazuje żadnego tym zainteresowania. Jest flegmatyczne, powolne, istny Tadek Niejadek, przez kilka dni początkowych nie ciekawiło go pastwisko, wąchało jedynie trawę i kichało.
Trzyma się nóg pasterza/rki, i nieważne właściwie kogo, byle miał/a on/a dwie nogi. Po tygodniu o tyle się poprawiło, że Fela zaczęła rozróżniać smaki traw i ziół i zjadać niektóre z widocznym zadowoleniem. I ćwiczę ją przy pomocy Koli w reaktywności na bodźce. Jest bowiem nieposłuszna i uparta, jak rozwydrzony jedynak ludzki. Włazi w szkodę i żadne ostrzeżenia, a nawet uderzenia kijkiem w zadek nie pomagają. Wystarczy jednak, aby Kola pobiegła z impetem za nią (na rozkaz), zaczyna się żwawiej ruszać i nawet biegnie, dołączając prędko (a jednak to potrafi!) do stada. Nie bryka, nie podskakuje, nie biega radośnie, jak inne koźlęta, chowane z matkami i na koźlim mleku.
Najlepiej czuje się z Anią, która ją rozpieszcza w wolnej chwili (obecnie bardzo mało, albo i wcale jej nie ma...). Inne kozy w zagrodzeniu, w sadzie albo za oborą, a Felicja w ogródku, na tarasie, tup tup, zajada sianko, popija wodą, pcha się do mieszkania, gdzie obwąchuje miski psów i kotów, po czym zawiesza się na koszu z drewnem. Pcha się też do domu sąsiadów, to nie śmiech. Trzyma się także ich nogi. Stado pędzę gdzie indziej, a ona spokojnie zostaje przy obcych. Ludziach. Oni są jej stadem. Niestety. Bo najwięksi naturalni wrogowie przecież.
Jej instynkt jest przeinaczony, spaczony, i odłącza ją od wspólnego umysłu i mocy stada, którym kierują się tworzące je kozy. Biegnie gdzieś w krzywą przestrzeń bez celu, bo przecież - te wyrwane naturze z objęć dzieci rosną, dojrzewają, rodzą własne dzieci, pozwalają je sobie odebrać, i tak w koło macieju. I co mamy? Kozę z wielkim cycem, wiecznie zapalnym, ze słabym instynktem macierzyńskim, inteligentną, kontaktową wobec ludzi, ale wrogo nastawioną do innych kóz, nawet z własnego klanu (patrz historia naszych białasek, ich trudnego macierzyństwa, i osobistego konfliktu Zofiji i Misi).
Co do kaczek, mają się świetnie. Rosną z dnia na dzień. Co rano oglądam nowe zmiany w kształcie i charakterze. Bawią mnie. Choć jedzą jak najęte i z rasą francuską nie mają nic wspólnego (jak na razie żadnego czarnego piórka). Zabawne stworzonka. Brudzące, owszem, z wielkim apetytem, ale z charakterem i swoistą inteligencją. Gusia je pilnie strzeże przed kurami i innymi zagrożeniami, pokazuje nowe drogi i czuwa jak anioł stróż. Widzę, że się dziewczyna realizuje jako matka-opiekunka, całkowicie. Zarzuciła także znoszenie własnych jaj.
24 maja 2012
Urzędowa bomba z opóźnionym zapłonem albo niewybuch
Urząd przysłał papier. Ale wysłał go dokładnie 18 (miało być w terminie do 18, ale nie będziem się spierać z urzędowym umysłem) i dokument dotarł 21, bo w trakcie był oczywiście łykend. No, powiedzmy, że się załapał na nów księżyca i zaćmienie, widoczne na szczęście-nieszczęście tylko w Azji, co zaowocowało niesamowitym spotem reklamowym hongkongowskiej telewizji, promującym igrzyska Euro2012 w nastroju drugiej wojny światowej (niektórzy twierdzą, że trzeciej) rozgrywanej na Stadionie w Warszawie przez drużynę polską, a może raczej chińską, sądząc po rysach twarzy, do wtóru melodii "Rozszumiały się wierzby płaczące" z chińskim tekstem. Słowami nie wiadomo jakimi, ale może tylko odpowiednikiem naszych lubelskich babuszek "koko koko", kto to wie?
I co w tym dokumencie? Ano, że mamy w ciągu 2 tygodni nanieść zaznaczone poprawki w naszym wniosku. Ok, jakie one są? Ano, adres korespondencyjny w nieodpowiedniej rubryce, kod pocztowy itp. duperele. Po owych 2 tygodniach urząd zapewne w trybie jakichś swoich kolejnych proceduralnych okresów określi się względem onych i przyśle odpowiedź. Na tak albo i nie.
Tymczasem w takim razie Euro-Spoko dotrwamy i przekonamy się, czy będą te zamachy, na które wsie czekają, czy też nie. A potem zadecydujem. Czy ryzykować współpracę z tak kapryśnym, nieprzewidywalnym, flegmatycznym i nieodpowiedzialnym partnerem, czy może onże sam się załamie. Pod naporem chińskiej mądrości, która gola w bramkę wkopnęła najwcześniej ze wszystkich i bomba wzięła i wybuchła.
Na pocieszenie makaronu narobiłam wczoraj. Z kilograma mąki z biedronki i 5 jaj i szklanki wody i szczypty soli. Nie mamy co robić z jajami, więc wpadłam na pomysł makaronowy. Krojenie jeszcze mi nie wychodzi, ale co tam, to tylko wygląd. Smak za to wreszcie taki, jaki pamiętam z dzieciństwa. Moja mama długo makaron sama robiła i nauczyła mnie tego. Zarzuciła tę sztukę w latach 90-tych. Zjadłyśmy zatem na kolację świeżutki makaron z zeszłorocznymi jagodami. Nie da się opowiedzieć satysfakcji.
I co w tym dokumencie? Ano, że mamy w ciągu 2 tygodni nanieść zaznaczone poprawki w naszym wniosku. Ok, jakie one są? Ano, adres korespondencyjny w nieodpowiedniej rubryce, kod pocztowy itp. duperele. Po owych 2 tygodniach urząd zapewne w trybie jakichś swoich kolejnych proceduralnych okresów określi się względem onych i przyśle odpowiedź. Na tak albo i nie.
Tymczasem w takim razie Euro-Spoko dotrwamy i przekonamy się, czy będą te zamachy, na które wsie czekają, czy też nie. A potem zadecydujem. Czy ryzykować współpracę z tak kapryśnym, nieprzewidywalnym, flegmatycznym i nieodpowiedzialnym partnerem, czy może onże sam się załamie. Pod naporem chińskiej mądrości, która gola w bramkę wkopnęła najwcześniej ze wszystkich i bomba wzięła i wybuchła.
Na pocieszenie makaronu narobiłam wczoraj. Z kilograma mąki z biedronki i 5 jaj i szklanki wody i szczypty soli. Nie mamy co robić z jajami, więc wpadłam na pomysł makaronowy. Krojenie jeszcze mi nie wychodzi, ale co tam, to tylko wygląd. Smak za to wreszcie taki, jaki pamiętam z dzieciństwa. Moja mama długo makaron sama robiła i nauczyła mnie tego. Zarzuciła tę sztukę w latach 90-tych. Zjadłyśmy zatem na kolację świeżutki makaron z zeszłorocznymi jagodami. Nie da się opowiedzieć satysfakcji.
17 maja 2012
Barania niespodzianka
Wczoraj zaczęło się chmurzyć. Ale pogoda wytrwała do popołudnia. Choć Ania już rano, jadąc z naszą znajomą Martą od Kóz, osiedleńcem z trzeciej wsi, za Wisłę, do Jastrzębca donosiła mi, że leje i minęła burzę gdzieś w okolicach Sokołowa Podlaskiego.
Dzień był przez ten wczesny poranny wyjazd mocno poszarpany i stresujący dla mnie. Dużo fizycznej pracy. Zajrzałam w efemerydy, no, tak, Księżyc paradował przez początek znaku Barana (fizyczność, waleczność, samodzielność) w kwadraturze do mojej planetarnej obsady Koziorożca. Obliczyłam też szybko, że w okolicach czasu planowanego powrotu Ani będzie przechodził na tle Urana. - "Ho, szykuje się niespodzianka!" - pomyślałam. Ale nic innego nie przyszło mi do głowy, niż owa burza i deszcz, które szły z Polski i szły i widać ich nie było. A czekaliśmy z sąsiadami z utęsknieniem tego dżdżu, bo wszystko już akurat zostało posiane, przedwczoraj także fasola jaś i dynie, nasze i pani Wiery, na spółkę, na jej poletku za chatą.
Poradziłam sobie metodycznie i spokojnie, bez pośpiechu z karmieniem kaczek, dojeniem, mlekiem, nastawiłam ser i poszłam z kozami na trawę do pani Ziny. Zgodnie z charakterem znaku Barana jej syn właśnie zjechał z miasta i odpalił kosiarkę, aby ściąć ów trawnik, na którym kozy tak pięknie się pasły. Cóż, przeniosły się na inny nieużytek wioskowy i tam dojadły, aż nas lekki deszczyk do obejścia z powrotem zagnał.
Zapakowałam kozy do obory, nakarmiłam kaczki, z trudem usuwając z drogi Gusię, która jest w nich po prostu zakochana i je adoptowała. Mały kaczy inwalida zdechł w końcu i pochowałam go w lesie.
Nareszcie zjechała Ania. Z owego Jastrzębca, gdzie z Martą na spółkę kupowały tegorocznego koziołka alpejskiego z hodowli Instytutu Genetyki i Hodowli Zwierząt Polskiej Akademii Nauk . Wyszłam z domu i oczom nie mogłam uwierzyć. Stała, śmiejąc się i trzymając jakieś drobniutkie brązowe stworzenie z pomarańczowymi kolczykami w uszkach.
- A co to? Wzięłaś koziołka do nas? Coś się stało? - zdumiałam się i nagle zajarzyłam, że właśnie dzieje się owa planowana przez niebo niespodzianka.
- Nie - śmiała się dalej Ania.
- No, więc co to jest?
- Przyjrzyj się lepiej, patrz!
- Dziewczynka! Dokupiłaś kózkę!
- No, wreszcie zgadłaś!
I tak Felicja zjawiła się w naszej zagrodzie. Jest ponad miesiąc młodsza od naszych trzebieńców, ale miesiąc starsza od Żuczków. Mimo to Żuki jej dorównują posturą. Koźlę nie widziało nigdy pastwiska, było wcześnie odstawione od matki i karmione sztucznie, mlekowym preparatem i paszą. Co czuć, bo pachnie chemicznie.
Powstał problem gdzie ją umieścić. Koziołki zaczęły ją obwąchiwać i bombardować rogami w zbyt dużej liczbie. Zatem zdecydowałyśmy się przenieść Tynkę do boksu białasek i zostawić nabytek wespół z Melą, naszą księżniczką. Która przy rasowej urodzie nowej kózki stała się momentalnie wice-księżniczką. Dostała też imię Fela. Aby zadość się stało pewnemu mojemu twórczemu pomysłowi z lat młodzieńczych, gdy popełniłam pewne psychodeliczne opowiadanie o dwóch "siostrach" Feli i Meli.
No, i także przywiozła ze sobą deszcz. Który zasnuł niebo chmurami na dłużej. I tak mamy teraz angielską pogodę, dzięki czemu mogę cokolwiek posiedzieć przy komputerze i wszystko wam opowiedzieć.
14 maja 2012
Schrony przy okazji
Przerwa w notatkach, bo i nie ma o czym specjalnie pisać. Ochłodziło się na Ogrodników. Ania okryła sadzonki pomidorów w folii kapturkami z gazety i dobrze je podlała wieczorem. Przetrwały bez problemu. Mówiono o przymrozkach, ale do nas jakoś nie dotarły.
Urząd odwlekł proceduralny termin decyzji wiążącej jeszcze do 18. Jesteśmy właściwie na progu rezygnacji z całości projektu. Bo co, jeśli decyzja będzie jedynie wskazaniem błędów do poprawki i wejdą w życie kolejne tygodnie, a może miesiące procedur zatwierdzających? Ktoś kogoś robi na szaro, ewidentnie.
Póki co zaczęłyśmy to, na co nas stać osobiście i na co mamy już zezwolenia załatwione lub po prostu ich nie trzeba. Czyli naprawiamy podłogę w dawnym śpichlerzyku. Powstała wylewka pod kuchnię z piecem chlebowym i pod komin. Przy okazji zasklepiona została betonowa dziura odwiecznego silosa na podwórzu, w którą notorycznie wskakiwały kozy i gęś i trzeba je było wydostawać sposobem. W ten sposób powstała niechcący kolejna piwniczka zewnętrzna.
Niedawno dowiedziałam się w rozmowie z byłą właścicielką, że na siedlisku w czasie wojny były wykopane dwie dziury w ziemi zakryte deskami przysypanymi ziemią, które służyły za schron rodzinie podczas przechodzenia wojsk, raz niemieckich, raz ruskich. I okolicznych potyczek niemiecko-rosyjskich. ("Nas nie zaczepiali", no, ale raz pocisk wybuchł na tyle blisko, że podmuch wywalił okno od wschodniej strony, które zostało z grubsza załatane, ale dopiero my ubytek naprawiłyśmy porządnie). Właśnie potem zrobiono w jednej ów silos, a w drugiej w latach 60-tych sklep, czyli ziemiankę, czyli piwnicę zewnętrzną. W razie czego zatem mamy dwa schrony...
Kaczęta rosną i są teraz w fazie brzydactw. Chłodne dni spędzają w zagródce w koziarni, na ściółce z siana i słomy. Bardzo nie lubią, gdy jest brudno i mokro wokół nich, krzyczą wtedy razem wniebogłosy. A paskudzą i wychlapują wodę wyjątkowo prędko.
A poza tym na sąsiednim blogu koniarskim pan Jacek zamieścił wpis, do którego i ja się nieco przyczyniłam, oddając się wspomnieniom.
Urząd odwlekł proceduralny termin decyzji wiążącej jeszcze do 18. Jesteśmy właściwie na progu rezygnacji z całości projektu. Bo co, jeśli decyzja będzie jedynie wskazaniem błędów do poprawki i wejdą w życie kolejne tygodnie, a może miesiące procedur zatwierdzających? Ktoś kogoś robi na szaro, ewidentnie.
Póki co zaczęłyśmy to, na co nas stać osobiście i na co mamy już zezwolenia załatwione lub po prostu ich nie trzeba. Czyli naprawiamy podłogę w dawnym śpichlerzyku. Powstała wylewka pod kuchnię z piecem chlebowym i pod komin. Przy okazji zasklepiona została betonowa dziura odwiecznego silosa na podwórzu, w którą notorycznie wskakiwały kozy i gęś i trzeba je było wydostawać sposobem. W ten sposób powstała niechcący kolejna piwniczka zewnętrzna.
Niedawno dowiedziałam się w rozmowie z byłą właścicielką, że na siedlisku w czasie wojny były wykopane dwie dziury w ziemi zakryte deskami przysypanymi ziemią, które służyły za schron rodzinie podczas przechodzenia wojsk, raz niemieckich, raz ruskich. I okolicznych potyczek niemiecko-rosyjskich. ("Nas nie zaczepiali", no, ale raz pocisk wybuchł na tyle blisko, że podmuch wywalił okno od wschodniej strony, które zostało z grubsza załatane, ale dopiero my ubytek naprawiłyśmy porządnie). Właśnie potem zrobiono w jednej ów silos, a w drugiej w latach 60-tych sklep, czyli ziemiankę, czyli piwnicę zewnętrzną. W razie czego zatem mamy dwa schrony...
Kaczęta rosną i są teraz w fazie brzydactw. Chłodne dni spędzają w zagródce w koziarni, na ściółce z siana i słomy. Bardzo nie lubią, gdy jest brudno i mokro wokół nich, krzyczą wtedy razem wniebogłosy. A paskudzą i wychlapują wodę wyjątkowo prędko.
A poza tym na sąsiednim blogu koniarskim pan Jacek zamieścił wpis, do którego i ja się nieco przyczyniłam, oddając się wspomnieniom.
9 maja 2012
Schłodzenie
Tuż po pełni 6 maja 30-stopniowy upał zelżał i pojawiło się ochłodzenie. I nieco deszczu spadło, i troszeczkę zagrzmiało, tak symbolicznie bardziej, niż burzowo. W nocy zapowiadano przymrozki, więc przetrzymałyśmy kupione sadzonki pomidorów w łazience. Dziś zaczęło robić się cieplej, więc Ania umieściła je już w ziemi pod folią.
Jedna kaczuszka nie rośnie. Dostaje czasem drgawek. Reszta ma się świetnie, rośnie w oczach i domaga się jedzenia dosłownie co pół godziny (w dzień, w nocy na szczęście już śpi). Z kaszy przeszły na ziemniaki, tłuczone z dodatkiem paszy dla małego drobiu i czasem dodatkami w rodzaju gotowanego jajka, twarogu, serwatki lub zsiadłego mleka.
Dokupiłyśmy zatem dwa worki ziemniaków-sadzeniaków, które na targu chodzą po 20 groszy za kilogram i rolnicy proszą się, aby kupić. Mają nadmiar, bo w zeszłym roku obrodziły.
Kozy pasą się od rana do zmierzchu na świeżutkiej bujnej trawie i mleczu. Sprzyja to kontaktom sąsiedzkim i rozmowom przy drodze i ogrodzeniach. O zdrowiu (nasi staruszkowie mają jakby coraz więcej dolegliwości, ale trzymają się dzielnie) i o zwierzętach. I o różnych rolniczych doświadczeniach, w hodowli i uprawie tego i owego. I o przetworach tego i owego. I smakach, apetytach, przepisach. O polityce nie. Ani o końcu świata też.
Jedna kaczuszka nie rośnie. Dostaje czasem drgawek. Reszta ma się świetnie, rośnie w oczach i domaga się jedzenia dosłownie co pół godziny (w dzień, w nocy na szczęście już śpi). Z kaszy przeszły na ziemniaki, tłuczone z dodatkiem paszy dla małego drobiu i czasem dodatkami w rodzaju gotowanego jajka, twarogu, serwatki lub zsiadłego mleka.
Dokupiłyśmy zatem dwa worki ziemniaków-sadzeniaków, które na targu chodzą po 20 groszy za kilogram i rolnicy proszą się, aby kupić. Mają nadmiar, bo w zeszłym roku obrodziły.
Kozy pasą się od rana do zmierzchu na świeżutkiej bujnej trawie i mleczu. Sprzyja to kontaktom sąsiedzkim i rozmowom przy drodze i ogrodzeniach. O zdrowiu (nasi staruszkowie mają jakby coraz więcej dolegliwości, ale trzymają się dzielnie) i o zwierzętach. I o różnych rolniczych doświadczeniach, w hodowli i uprawie tego i owego. I o przetworach tego i owego. I smakach, apetytach, przepisach. O polityce nie. Ani o końcu świata też.
6 maja 2012
Krótko o długim łykendzie
Długi łykend za nami, choć nie nasz. Było nieco towarzyskiego zawirowania dzień po dniu, nakładającego się na tradycyjne 1-majowe sadzenie ziemniaków oraz codzienne serowarzenie i pasienie kóz. W upale. Z napojów tequila, czerwone wino, piwo i nalewka zmiękczały serca. Ale i pokazywały słabości, głównie u śpiochów. A z mięs grillowanych najlepsza okazuje się, jak na mój gust koźlęcina.
Kwitnie sad jabłoniowy. Nie ma nic szczęśliwszego, niż pogadać z sąsiadką przy płocie pod gałęziami białych kwiatów huczącymi od pszczół.
Kaczusie rosną równie szczęśliwie.
Kwitnie sad jabłoniowy. Nie ma nic szczęśliwszego, niż pogadać z sąsiadką przy płocie pod gałęziami białych kwiatów huczącymi od pszczół.
Kaczusie rosną równie szczęśliwie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





