7 grudnia 2012

Końskie życie

Niektórzy dopiero śnieżynki spadające z nieba oglądają albo podziwiają na ziemi od niedawna, a my już z zimą dawno obeznane i przystosowane, wraz ze zwierzyną, jesteśmy. Wciąż do-pada nowa warstwa śniegu, a rano wita trzeszcząca i śliska od nocnego mrozu dróżka do obory. Kury i kaczki wypuszczam około południa, śniadanie dostają wewnątrz kurnika. Aby około 15 z powrotem tam wrócić i grzać swoje lokum własnymi ciałami.
Doszło zrzucanie siana z górki nad oborą co 2-3 dni. I owies i żyto znikają szybciutko. Zatem wyznaczyłam już ze stada drobiu wszystkie zdatne sztuki na ubicie, aby zwiększyć tym samym zapas karmy dla młodszej i potrzebnej w przyszłym roku reszty. Dziś trafił na pieniek jeden z młodych, tegorocznych kogutków. Na początku było ich wszystkich 5 plus szef, a zostało 3 (z szefem), jastrząb zabrał resztę. Udało się jednego na tyle szybko znaleźć, że dostał się psu w prezencie, co nieco zmniejsza stratę. Zatem nie ma co zwlekać, zamrażarka przecież i tak wciąż chodzi.
Czyli dzisiaj znów na piecu rosół się kitrasił, tym razem z dodatkiem imbiru, na sposób chiński ugotowany. Jutro chłopaki będą zwozić drewno, przyda się im rozgrzewający posiłek po pracy.

Wczoraj zaś, gdyśmy tak na podwórzu z drobiem i kozami się zabawiały w południe, całkiem słoneczne i w miarę ciepłe, rozległ się w powietrzu nagle niepokojący dźwięk.
- Koń zarżał?
Poszłam za chatę, w stronę głosu popatrzeć. Myśląc, że może kuc Iwana (obecnie jedyna koniowata istota na naszej wiosce) znowu się zgubił i trzeba go namierzyć, jak to mu się już kilka razy zdarzyło. Po chwili ukazała się w oddali na drodze sylwetka człowieka prowadzącego konia.
- A po cóż on tu do naszej wioseczki skręcił? - zdumiałam się.
Po kilku minutach człowiek ów doszedł do naszej zagrody i patrzę, oczy przecieram, zwraca się ku naszej bramie. Konia przy niej zostawił, a sam wszedł na podwórze. Starszy, siwy mężczyzna.


O, tak to wyglądało.
Na widok nieznanego potwora u wrót indyki zaczęły w te pędy uciekać.


A kury ukryły się stadnie w kurniku.
Hm, człowiek ów okazał się znanym powszechnie w naszej gminie hodowcą dużych zwierząt. Zwie się go Farmerem, albo - nie wiedzieć czemu, może kiedyś był podobny? - Hansem Klosem (i nie chodzi o znanego bloggera w sieci, o nie, choć ten może się i zainspirował był, kto wie?). Jako hodowca stanowi prawdziwą zagwozdkę dla sąsiadów oraz systemu władzy. Bowiem wszystkie swoje zwierzaki trzyma luzem, bez obory jak, i bez paszy. Czyli stosuje chów wolny, bezoborowy i ekologiczny, a nawet paleolityczny (jakby niektórzy powiedzieli, i libertariański). I krowy, i konie, i świnie, i podobno kozę też ma, jak mi się pochwalił. Wszystkie zimową porą porosłe gęstą szczecią, mnożą mu się zdrowo i nic im nie dolega, chyba, że któreś akurat padnie. Ale to się każdemu hodowcy przecież zdarza.
Problem dla systemu stwarza on taki, iż jego ranczo nie mieści się w konwencjach unijnych w żadnym wypadku, a stada nie trzymają się jego ziemi, tylko buszują najczęściej po działkach, ogródkach i sadach przyległych właścicieli ziemskich. Pustosząc je oczywiście i niszcząc. Gmina na skargi zareagowała jakimiś kontrolami i z innych urzędów też byli, nadziwowali się, Farmer żadnych kar nie uiszcza, bo z czego, poszkodowani podali sprawę do sądu i urząd tę sprawę przegrał. Został wyrokiem zobligowany do znalezienia lokalu dla zwierząt Klosa na zimę. Od miesięcy wisi zatem w urzędzie ogłoszenie poszukujące chętnego rolnika z pustymi budynkami gospodarczymi, który by się zgodził przechować ów inwentarz u siebie, za opłatą oczywiście. I nikt się nie zgłasza, choć pustostanów na podlaskich wioskach większość stoi. Nie chcą ludziska, bo kto by chciał ze zwierzyną, która nigdy w budynku nie stała, użerać się?
- Konie mi uciekły - oznajmił Farmer słodkim głosem, witając się - Jak je prowadziłem przy torach. Pobiegły asfaltem, nie było ich tutaj?
- Nie. A ile uciekło?
- 9 sztuk. Tylko ta jedna klaczka została, bo ją prowadziłem...
Na jego prośbę wykonałyśmy telefon do sołtysa z drugiej wsi z zapytaniem, czy ich nie było. I do innej też. Nie było.
Niezbyt zmartwiony Podlechita poprzyglądał się naszej koziarni, kapelusz na głowę leniwie wcisnął i odszedł w końcu z wolna, tak jak przyszedł. Zapewne w kierunku domu swego, co mu gmina za swoje pieniądze odremontowała, bo konie jego do wolności nawykłe, w lesie z głodu nie zginą i pewnie gdzieś ktoś je znajdzie i da znać.

16 komentarzy:

  1. O masz, a ja już miałam nadzieję, że w Kresowej Zagrodzie koń zamieszkał nareszcie...!

    Farmer może coś z Cygana ma, oni lubią wypasać na państwowych nieużytkach :) A konie pewnie miały dość i poszły w las, skorzystać z paśników, gdzie się żubry dokarmia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. U nas żubrów nie ma, bywają przechodem bardzo rzadko, są łosie, jelenie, sarny i mniejsze "łosie". A pan jest jak najbardziej rasy podlechickiej. i duszę ma wolną, od wolności i powolności, jak na swojaka przystało. Przynajmniej go nie bolit, bo nie powinna. ;-)

    Co do Cyganów, to ich tu się boją, jak to i ja taki popłoch na wsi z piotrkowskiego z lat 60-tych pamiętam, gdy jeszcze tabory chodziły. Teraz co prawda baby chyba kur nie kradną i nie chowają na haku pod spódnicą, ale i ich mężowie noży nie ostrzą, ani garnków nie lutują, czasem jeszcze patelnie sprzedają na targu, ale też trzeba uważać, czy nie podpucha. Zjawiają się czasem przemytnicy wciskający fałszywe sztile albo inne badziewia, jednego chcieli leczyć magnetycznie, stracił przytomność w taki "trans" wszedł, a jak się ocknął to oszczędności w chacie już nie było.

    Pozdrawiam, ech, taka jest rzeczywistość
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  3. I nie na państwowych nieużytkach wypasa, ale na pańskich/cudzych użytkach najczęściej, zresztą bydło samo wybiera, nie żeby on się o to troszczył. Zwierzyna Szuka tam, gdzie najwięcej jedzenia pod śniegiem można znaleźć, albo smacznych gałęzi ogryźć, zrozumiałe, toć niewinna. ES

    OdpowiedzUsuń
  4. Tylko koni żal... Ehh szkoda, ze nic z tym fantem nie da się zrobic:(

    OdpowiedzUsuń
  5. A dlaczego żal? Mają się dobrze. Krowy też, jak mi opowiadano. ;-) ES

    OdpowiedzUsuń
  6. a ja napiszę z innej beczki... piękne macie widoki i żal, że tak mało fotek wklejasz...
    sielskość przebija się przez nie niesamowita !

    OdpowiedzUsuń
  7. Jakiś to "ciekawy" człek musi być. Wart by był sportretowania przez np. Jana Jakuba Kolskiego. Już go widzę, jak z uduchowioną na sposób wiejskomagiczny twarzą Pieczki opowiada o zaginionych koniach...Już słyszę tę filozoficzną nutkę w jego tubalnym głosie i spojrzenie typu, "jakim mnie Boże stworzyłeś, takim mnie masz".
    Oj, i na wsi się czasami ciekawie coś dzieje i historie swoje plecie a przy tym nieśpiesznie i pogodnie raczej...A snieżek pada i pada...

    OdpowiedzUsuń
  8. Joanno, o widokach to ja chyba jakiś wpis osobny urodzę, jak mnie zeprze samo.
    ;-)
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no mam nadzieję... takimi widoczkami czasami dzikimi tylko nasze Podlasie może się pochwalić !

      Usuń
  9. Zawsze zazdroszczę takim bezstresowym osobom. Prawie jak z biblijnej przypowieści, o tych, co to się o dzień jutrzejszy nie martwią. Czy dobrze robią (zwierzętom i bliźnim)? To już inna sprawa..

    OdpowiedzUsuń
  10. A czy moglabys Ewo podac jakis blizszy przepis na ten rosol? Ostatnio kury tutaj tanie a juz mi sie znudzilo robic tak jak zwykle...z imbirem musze przyznac jeszcze nie robilam. Z gory dziekuje.

    OdpowiedzUsuń
  11. futrzaku, generalnie skład takiego rosołu się nie zmienia, dodaje się tylko trochę korzenia imbiru na początku gotowania. Chiński sposób gotowania, tzw. 5 przemian nakazuje też specjalny porządek wrzucania przypraw i warzyw w trakcie gotowania, a to mi z głowy wyleciało (mam zapisane w innym komputerze). Ale po polsku też wychodzi, zaczynać od zagotowania kury plus podrobów (żołądek, serce) w zimnej wodzie i zebrania szumów, posolenia, i kiedy już zacznie wydzielać aromat rosołowy (ja tak po godzinie to robię) wrzuca się liść laurowy, potem pieprz, włoszczyznę, ziele angielskie i gotuję do przepisowych 2 godzin 20 minut. Jak młoda kura to pewnie i nie trzeba tyle. Można na koniec mięsko oddzielić od kości i dodać pokrojone do rosołu, ale ja to jeszcze wykorzystuję kolejnego dnia do gulaszu. Smacznego! ;-) Mam nadzieję, że się w Buenos już się normuje poziom toksyn?
    Ewa S.

    OdpowiedzUsuń
  12. Dzieki!
    Na szczescie nikt sie nie strul. Chmura opadla po poludniu, ludzie mieli tylko podraznione sluzowki, oczy i ciut pokasywali. W kontenerze bylo to, co stalo w papierach celnych czyli jakis pestycyd, pozar szybko ugaszono. A potem miasto zalala woda...
    Mam szczescie, ze mieszkam w dzielnicy, ktorej woda nigdy nie zalewa.

    OdpowiedzUsuń
  13. To chyba jeden z tych przypadków, gdzie trudno jednoznacznie określić czy to dobro czy zło. Jedno jest pewne: takich oryginałów już ze świecą szukać!
    PS: A może właśnie ten człowiek jest naprawdę szczęśliwy?

    OdpowiedzUsuń