20 lutego 2011

Zdrowe niezdrowie

Mam kłopoty ze snem. Zasypiam, owszem, ale dość szybko budzę się i zaczynają się godziny trzeźwości aż do świtu. Na szczęście, nie chodzę do pracy na wczesną godzinę i stres z tego powodu mnie nie gryzie. Że się nie wyśpię. Zazwyczaj przecież jednak o świcie zasypiam i śpię mocnym snem kilka bitych godzin, nawet do 10 albo i 11. I śni mi się wtedy, łoj, śni się.
Już nie próbuję przeniknąć (ani tym bardziej niweczyć) przyczyn. Przeważnie bowiem są natury... telepatycznej. Żeby przyczynę bezsenności usunąć musiałabym po prostu odłączyć się od... internetu. Tak jak to udało mi się już dokonać z telewizją. A jak na razie do tego nie dojrzałam.
Nie jest łatwo i prosto mieć unerwienie subtelne jak mimoza. Jeśli komuś trudno jest uwierzyć, że przez cudze emocje, takie i owakie zagadnienia i intensywne myślenie kilku nieznanych mi całkiem osób akurat poruszone, można się notorycznie nie wysypiać, to wytłumaczę całą rzecz na bazie ściśle fizycznej.
I nawet pominę kwestię moich kilku spanikowanych wizyt u lekarzy-specjalistów, spowodowanych niepokojącymi mnie objawami. Objawy zawsze przechodziły mi dokładnie i ostatecznie po wizycie i konsultacji. A po jakimś czasie nadchodziła wiadomość, że ten czy owa z moich znajomych zachorował właśnie na to, co w panice swojej sobie byłam suponowałam.

Oprócz prze-wrażliwości telepatycznej cierpię też na nadwrażliwość na wszystko co chemiczne i sztuczne. Nie jest to co prawda alergia, ale blisko, całkiem blisko. Np. nie jestem w stanie zatrzymać się w sklepie na dłużej, niż minuta-dwie przy stoisku z produktami chemicznymi, tj. środkami czyszczącymi (proszki i płyny do prania i czyszczenia) lub kosmetykami (od szamponów po kremy ochronne). Nie tylko dostaję wtedy swędzenia na całym ciele, ale przede wszystkim czuję smak tych sybstancji w ustach! Całkowicie realnie i fizycznie. Brrr!
Zmusiłam tym Anię do poszukiwań i zakupiła jakiś czas temu orzechy piorące zamiast proszków do prania, które straszyły mnie zgromadzone w łazience. Pierwsze pranie było dla nas obu eksperymentem, bo rozwieszone na piecu ścianowym napełniło cały pokój specyficznym zapachem, tak samo intensywnym. Ta intensywność nieco mnie z początku przeraziła (że będzie podobnie jak z proszkami), ale już przy drugim praniu wcale nie zareagowałam i teraz okazuje się, że można bez chemii spokojnie żyć.
Wymieniłam także mydła kąpielowe z zapachami na zwykłe mydło szare. Ulga. Bo ilekroć z pośpiechu umyję ręce aromatyzowanym mydełkiem Ani czuję cały ten jego cholernie sztuczny aromat w ustach, aż do mdłości i bólu głowy.

Z biegiem czasu zauważyłam, że wystarczy, że na coś zwrócę uwagę, a od razu zaczyna się reaktywna jazda mojego ciała. A to na pasteryzowane i dosmaczane spirytusem pseudo-piwo czy państwową whódkę, a to na super-konserwowane jedzonka zawarte w puszkach i słoikach, a to na napoje dosładzane aspartamem i inszymi fruktozami. Mogłabym się z moim ciałem zwyczajnie umówić, aby dawało znak w określony sposób, gdy cosik się z czymś nie tak, jak trzeba... Niezależnie od tego, czy mi rzeczywiście dana rzecz szkodzi.
Bo w rzeczywistości, jak dotąd (odpukać!) na nic specjalnego nie narzekam i należę do ludzi odpornych na większość dolegliwości trapiących przeciętną ludzkość. Najgorszą chorobą jaką przebyłam w życiu to grypa hiszpanka w dzieciństwie, przez co zostałam na nią uodporniona zresztą. A od kiedy zamieszkałam na wsi i mieszkam w ogrzewanym glinianym piecem mieszkaniu nie wiem co to przeziębienie, katar, grypa, angina i tego typu sezonowe dolegliwości. Zresztą Ania również ma się w tych sprawach bardzo dobrze. Co oznacza, że ważne/najważniejsze są warunki, w jakich się mieszka i żyje na co dzień.
Jeśli nawet pojawia się kichanie, ból gardła, ból głowy czy dreszcze, u mnie czy u niej, to szybkie działanie lecznicze (łóżko, termoforek, cytryna z cukrem, gorąca herbata, kilka kropel amolu do buzi) szybko sprawę załatwia i unicestwia.

Jaki z tego morał?
Wieś a-cywilizacyjna jest panaceum na większość bolączek. Zaś częstą bezsenność zaczynam coraz lepiej wykorzystywać do wchodzenia w stan czystej medytacji. Może kiedyś uda mi się uzyskanym spokojem promieniować na wszelkie zawichrowania, ludzi, spraw i rzeczy...?

12 komentarzy:

  1. Tego Ci życzę!

    Z tym dostrajaniem się i "uczulaniem się" na rożne rzeczy to rzeczywiście jest jak piszesz. Ciał dostosowuje się do oczekiwań umysłu.

    Sam najpoważniejsze problemy problemy z trawieniem miałem tuż po tym jak przeczytałem książkę o chorobach jelit. Musiałem organizmowi "przypomnieć", że nigdy wcześniej nie miałem tego typu sensacji, więc na pewno się książką zasugerował. Taka medytacja trwała z 5 minut i potem wszystko wróciło do normy...

    OdpowiedzUsuń
  2. tak jest, jak ktoś dobrze żyje z naturą to z cywilizacją gorzej. w sensie alergicznym.

    a przy bezsenności to skupiać się na pełnym i prawdziwym oddychaniu proszę. i skupiać się na liczeniu powolnym na bezdechu- fantastycznie się po takiej sesji zasypia :))

    OdpowiedzUsuń
  3. byazi, reberting, medytacje takie i owakie, także zen ze ścianą mam przerobione od lat. W efekcie najlepiej mnie usypia ciepły kot przy uchu w łóchu. ;-) Ewa

    OdpowiedzUsuń
  4. Z tym odlaczeniem od internetu to masz racje ;) ja tez tak mam ;)a potem wyrzucam sobie ,ze dzien " rozwalony " i pedem musze robic to i owo ...Prawda tez jest taka ,ze my kobiety w pewnym wieku mamy problem z zasypianiem i tymi nocnymi czuwaniami ...a jak do tego jeszcze dojdzie jakis klopot ,to pewne ,ze oka nie zmrozymy:( Co do reakcji na " chemie to ja tak tez mam ...jak wyczuje swierza farbe olejna to od razu zgaga ,jak cos jest konserwowane i sypane to nie musze czytac etykietki ...zoladek reaguje natychmiast ....no widze Ewo ,ze nie jestem wyjatkiem ;)Moje corki mowia ,ze sobie wmawiam ,a moze z wiekiem stajemy sie bardziej uwazne i zaczynamy szanowac ten swoj organizm i cenic te lata ,ktore nam pozostaly ? A z tym oddychaniem ,o ktorym pisze byazi,to prawda !!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Niestety, mam tak samo. Przewrażliwiona na ludzkie emocje, ludzkie myśli i te dobre i złe, niekoniecznie na swój temat, zaliczam wiele bezsennych nocy. Staram się radzić sobie w ten sposób, aby nie siedzieć przy komputerze do późnej nocy, a jeśli już, nie czytać blogów, komentarzy, a jedynie robić coś off-line.

    Już rok po przeprowadzce na wieś, mój Chłop przestał chorować, a zdechlakiem w mieście był okrutnym. Alergie, astma, grypy z gorączką po 40 st, etc. Owszem, latem kicha, bo alergia na pyłki pozostała, ale nie ma już mowy o dusznościach, grypach. Ja niestety łapię infekcje, ale to inna bajka, bo muszę brać leki immunosupresyjne, które obniżają mi odporność. Wystarczy, że pojadę do sklepu w sezonie zachorowań i już leżę. Prawdziwym dowodem na dobroczynny wpływ życia na wsi, jest Chłop, który ode mnie się po prostu nie zaraża. W mieście mieliśmy zawsze łańcuszek. Choroba chodziła od jednego do drugiego. No i to jego samoistne wyleczenie się z astmy!

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja śpię jak dziecko. Wstając tylko nakarmić kota.

    I nie mam czasu chorować...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ewo, czytam Twoj blog tak po cichutku. Ale Wasza historie znam od dawna, tj.od momentu, gdy przeczytalam o Was reportaz "W zacisznej chatce". Wycielam go i mam do dzis,jak wszystko to,co mnie fascynuje,a Wasza historia jest fascynujaca. Sama pragne takiego zycia i ucieczki od cywilizacji.
    Mialyscie niezwykle szczescie, ze na siebie trafilyscie. Stworzylyscie przepiekne siedlisko i zyjecie tak jak pragnelyscie w zgodzie z przyroda i w wewnetrznej harmonii. Podziwiam i zazdroszcze takiego zycia!
    Tak, to prawda, zycie na wsi ma dobroczynny wplyw na czlowieka. Wiem, bo mieszkalam kiedys cztery lata na wsi i to byly moje najpiekniejsze lata zycia... Potem wrocilam do miasta i bylam bardzo chora... I do dzis jestem uczulona na te cala wszechobecna wszedzie chemie... i marze o powrocie na wies.
    A moze to zycie na wsi jest wlasnie skrojone na miare czlowieka?!
    Tak medytacja dobra na bezsennosc.. ale zgadzam sie z Toba, ze najlepszy cieply kot przy uchu!
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  8. amelio, a cóż to za reportaż? Mnie nic o nim nie wiadomo. Chyba to jakaś pomyłka, jak sądzę... ;-) Ewa

    OdpowiedzUsuń
  9. a ja bym chciała:
    a- kota
    b- też przeczytać ten reportaż

    OdpowiedzUsuń
  10. To reportaz z "Wrozki", jakies dwa, trzy lata temu pt. Zaciszna chatka. Wydawalo mi sie ze to o Was, bo bohaterki tez maja na imie Ania i Ewa i tez gdzies na Mazurach prowadza gospodarstwo agroturytyczne.
    Ale widocznie to o jakiejs innej mazurskiej chatce.
    Ale to w koncu bez znaczenia, bo i tak jest mi bardzo bliskie, to co robicie i to jak zyjecie. I jestem pelna podziwu dla Waszych poczynan.
    Wiec bede czytac i sledzic nadal Wasze losy, choc niekiedy tak tylko po cichutku.
    pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Amelio, imiona się zgadzają, ale miejsce i czas nie. My mieszkamy na Podlasiu, paręset km dalej od Mazur. Poza tym nasza chata trrzy lata temu istniała w formie bardzo do zamieszkiwania niezdatnej jeszcze... ;-) Ewa

    OdpowiedzUsuń