28 marca 2010

Palma i ser

Palmowa. Katolicka i prawosławna jednocześnie. To rzadkie. Na dokładkę zmiana czasu. Umówiona na 8 rano Ania trafiła o swojej 8 na 9. Choć w tej samej wsi. No, i pani D. już uroczyście ubrana z palmą w ręku gotowa do wyjazdu do cerkwi. Nie, żeby mleko przelewać w takim stroju.
- Poczekam, aż pani wróci - zapewnia czym prędzej Ania i wraca do domu. Tu trzeba przyjąć kolejną poprawkę czasową. Odświętna msza prawosławna, nazywana powszechnie liturgią trwa trochę dłużej, niż msza katolicka.
Niech ktoś zgadnie o ile.
Można się pomylić o... 4 godziny.
Czyli 1+4=5.
Zatem gdzieś w okolicach grubo po 13 pani D. wróciła.
W tym czasie pasłam kozy na ugorze w asyście psów i kota Jaśka.


Szukałam palmy, prawdziwej, wiosennej, ale nie znalazłam. Co prawda zieleń igłowego lasu nabrała już życia i świeżości, ale reszta jest jeszcze daleko... za Murzynami.



W końcu Ania przywiozła mleko, całe 4 litry (tyle daje krowa pani D. w jednym udoju) plus 2 z wczorajszego wieczornego. Za 1,5 zł za litr. Postanowiła ambitnie dzisiaj zrobić sama samiutka "nastajaszczij syr". (Do tej pory to ja produkowałam sery w domu, przez całe dwa zeszłe lata, uch).
Coś pięknego. Ktoś się biedzi, a ja - baraniczka na kolana, piwo w kuflu, książka w ręce i śpiew ptaków w uszach - tarasuję. Ho, ho!
Żadnych komputerów, żadnych laptopów, żadnych telewizorów, żadnych radi-ów. Tylko kotek Jasiek na kolanach i cisza wiejska w głowie, uszach i sercu.
Ach, zapomniałabym!
To, czego nie spotkałam daleko, znalazłam tuż koło chaty. Prawdziwa, nastajaszcza palma!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz