17 marca 2016

Ogrodowy przegląd

Spadł śnieg i stopniał po dwóch dniach. Wzięło nas zatem na przeglądanie włości. Anię to już do ogródka ciągnie grządki robić, ale jej perswaduję, że dopóki zielone nie zacznie kiełkować i nasz drób nie zmieni kierunku, to to, co wykona zawczasu i przygotuje, w diabły jej rozgrzebią do cna. Trzeba czekać.
Zatem kubki toczy i miseczki lepi z gliny, i rozpoczyna kurs w domu kultury, mianowicie naukę szycia ze słomy. Ma on do samej zimy się ciągnąć po kilka godzin w tygodniu. Czyli nowy fach obstalowuje.

Na razie mleka jest niedużo. Co dwa dni robię twaróg, resztę wypijają psy i my. Ja w postaci kwaśnego, Ania mleka do kawy. Zatem pracy poza obrządkiem i paleniem w piecu nie ma. Ślęczę jeszcze nad pisaniem, kilka rzeczy pokończyłam lub kończę i zaczynam myśleć o ich pchnięciu w świat. Pojawiają się też nowe inspiracje, pewnie z wiosną i przeszukuję sieć, aby swoją wiedzę ugruntować. I może wnioski jakieś twórcze wyciągnąć.

No, ale o tych włościach zaczęłam...
Zabrałyśmy taczkę pełną przerobionego żyznego kompostu, widły i szpadel oraz wszystkie psy, żeby odwiedzić ogród permakulturowy. Do ogrodu jeszcze mu daleko, ale że sam wyraz od ogrodzenia pochodzi, to i nie wstyd go tak nazywać w zgodzie z prawdą. Ogrodzenie stoi, ma się dobrze i dziki go nie sforsowały już drugą zimę z rzędu.
Tam, nieco w głębi, blisko uli wykopałam kilka dołków, nałożyłam w nie obficie pokarmu, bo ziemia tam gorzej, niż nijaka i nic poza lichutką rzadką trawą nie rośnie, a Anna wsadziła kupione na targu krzaczki. Pigwy, jagody amerykańskiej i wiśni kaukaskiej.
Przejrzałyśmy stan porzeczek, które w zeszłym roku, podczas suszy mocno dostały po liściach. Bałam się, że większość uschła. Ale nie! Co najmniej 70 procent stanu żyje i chce mu się żyć, choć drobne jest. Nadrobiłyśmy zatem jesienne zaniedbanie, wynikłe z mojego szpitalowania i potem długiego osłabienia. Rozwiozłyśmy po całej plantacji kilka pełnych taczek nadgniłej starej słomy, złożonej w pryzmie w rogu ogrodu dwa lata temu i otuliłyśmy każdy żyjący krzaczek tak, aby słomiany kołnierz dał mu zastrzyk pokarmu, no i trzymał wilgoć, gdy przyjdzie susza. Bo przyjdzie na pewno prędzej, czy później. Nadchodzące lata będą upalne i coraz upalniejsze, choć na razie jeszcze wilgotne na początku. I to trzeba nauczyć się wykorzystywać. Permakulturowy sposób pokrywania grządek słomą i gnijącym łatwo sianem wydaje się do takich warunków stworzony.
W zeszłym roku, przypomnę nasz świeżo i tylko częściowo zorganizowany, a w dużej części sezonu w ogóle nie doglądany ogród dał nam koszyk ziemniaków dziko wyrosłych, piękne i dorodne rzodkiewki w dużej ilości (na jesień w drugim rzucie nie wyrosły z powodu suszy), trochę czerwonych buraczków, kilka truskawek i dwie pełne taczki całkiem sporych dyń różnego rodzaju. Te urosły najlepiej na pryzmach słomy i miały się dobrze bez podlewania, przetrwały suszę i właśnie ostatnią dynię dzisiaj skarmiłam zwierzętom, bo dobrze się przechowały na poddaszu aż do teraz.

11 marca 2016

Pierś kogucia

W ostatnich dniach przyszły na świat kolejne koźlęta. Dwoje nie przeżyło. Mela urodziła trójkę, w tym jedno martwe. Anna musiała pomagać w jego wyciągnięciu na świat. Pozostałe mają się dobrze, choć trzeba je dokarmiać, w czym pomaga spokojnie Fela. Która już swojego Felusia odkarmiła na tyle, że zasysa ją coraz rzadziej. Druga matka bez dziecka to Róża, vel Rozalka. Okazuje się, że jak na pierwiastkę ma całkiem dużo mleka. Dwa litry dziennie, kiedy nie ma jeszcze trawy i wypasu, a od porodu minęło niewiele więcej, niż tydzień, to bardzo dobre parametry.
Gwiazda wykociła się w samo zaćmienie słoneczne. Maleństwa, koziołek i kózka są bardzo żwawe, dobrze nakarmione i zdrowe.

Poza tym powrócił niespodziewanie na podwórko jeden z trzech zeszłorocznych kogutów. Wydany szczęśliwie do sąsiedniej gminy okazał się jednak agresywny dla właścicielki. Która generalnie kogutów się boi i zapewne tym strachem prowokowała ptaka do obronnych zachowań. Bo przecież spośród trzech wybrałyśmy jej najłagodniejszego pierdołę.
No, ale wrócił (właścicielka nie jest w stanie zjeść swojej kury, a trzyma stado głównie na jaja, bowiem dzieciaki są uczulone na fermowe jaja i pryskane ziemniaki ze sklepu, od tych z własnego chowu nie mają żadnych reakcji) i na podwórku od razu zawrzało. Obcy!
Do akcji włączyły się nawet indory. Nowy stoczył walkę z naszym głównym kogutem, ciapatym i obaj zranili siebie do krwi. Gdy krew im z czubów trysnęła, do boju ruszył trzeci, najmniejszy, zielona nóżka i dzieła kasacji by dokończył, gdyby nie Ania, która akurat wyjrzała była przez okno i zobaczyła co się święci. Porzuciła gorącą zupę na stole i wybiegła ratować towarzystwo.
Uratowała w ten sposób, że nowy już po chwili był bez głowy i trzeba było go sprawiać.
Ciapaty, ranny i zakrwawiony ukrył się w zakamarku obejścia tak dobrze, że i jego przeznaczyłyśmy z żalem na straty. Na szczęście ujawnił się przed zmrokiem i jak na razie liże rany, sypiając w koziarni na belce i w dzień omijając z dala zielononożnego, który bezczelnie przejął berło w kurniku i nie chce oddać. Kury oczywiście zdradziły momentalnie starego króla i stadnie przeszły pod skrzydła zwycięzcy.

No, a my znowu jemy rosół, dziś zaś smażoną pierś kogucią na obiad. I mamy zapasu na kilka dobrych dni  najlepszego w świecie jedzenia.

9 marca 2016

Tajemnice koźlęciny

Pytają mnie o przyrządzanie mięsa koziego. Zdecydowałam się odpisać na blogu, aby rzecz przybliżyć większej ilości osób ewentualnie zaciekawionych tematem.
No, cóż, idzie Wielkanoc. Nasze koziołki wielkanocne wciąż czekają na kupca, a mimo, że miałyby pójść nawet po tańszej cenie, nie ma chętnego. Pewnie po świętach się znajdzie. Gdy trawa ruszy. I cena także skoczy. Bo trzeba będzie zapłacić za ich przedłużoną hodowlę i skarmianie sianem i owsem.
No, dobra, przystępuję do wyjaśnień szczegółowych.

Zastrzegam, że kucharką wybitną nie jestem. Korzystam z przepisów, czasem coś wyjdzie, innym razem nie. Próbuję tego i owego. Ale przez 10 lat bez mała hodowli kóz co nieco doświadczeń i wiedzy uzbierałam. Zapewne mieszczuchom nie na wiele ona, a może właśnie na wiele, bo informacji konkretnej nie mają, jedynie tę z polowań w sklepach urządzanych.

Mięso kozie powolutku zdobywa sobie miłośników i to widzę ja ze swojej wioski, bez żadnych liczników internetowych. Ot, po prostu więcej ludzi się pyta w sezonie o mięso, albo kupuje chętnie koziołki na odchowanie z przeznaczeniem na pieczyste. W 2006, gdy zaczynałam hodować kozy najpierw trudno je było w ogóle kupić, bo na znacznym obszarze powiatu było ledwie kilku (2-3?)  hodowców maleńkich przydomowych stad, a potem sprzedać nadwyżkę młodzieży, bo mało kto z apetytem patrzył na kozie mięso. I na mleko też większość się tylko krzywiła. Choć baraninę ze smakiem jedli i płacili za nią dużo więcej, nie kojarząc jej w ogóle z koźlęciną.
Po dziesięciu latach popyt wyraźnie się zwiększył, choć wciąż baranina wiedzie prym. Ten i ów spróbował u sąsiada na grillu i zachwycił się i chce też tak.

Zacznę od tego, że koźlęcina koźlęcinie nierówna. Czym innym jest mięso z dwumiesięcznego oseska, który (teoretycznie) nie jadł jeszcze innej paszy, niż mleko matki, a czym innym mięso z półrocznego koźlaka, który pasł się do jesieni na łące i osiągnął wagę od 15 do 20 kg dochodzącą. Pierwsze jest bardzo delikatne, nie wymaga wielkiej obróbki termicznej, no, i ma posmak i zapach mleka (czego osobiście nie lubię). Przyrządza się je tak, jak jagnięcinę i nie będę się nad tym rozwodzić, bo przepisy można łatwo znaleźć w internecie. Dodam jedynie, że naukowcy wytropili, iż młoda koźlęcina jest nawet bogatsza w składniki odżywcze od jagnięciny, tradycyjnie uważanej za potrawę wzmacniającą i podawaną dzieciom i chorym, podobnie jak rosół.

Jeśli ktoś ma dostęp do całej tuszki, to oczywiście pierwszą sprawą jest właściwy podział mięsa. Gdyż nie każde nadaje się do wszystkiego. Na pieczeń nadają się udka i łopatki takiego podrostka. Z karku i kręgosłupa można wyciąć kotlety, jeśli ktoś potrafi, to z kością (można podejrzeć w internecie jak to się robi), a jeśli nie - to wyciąć delikatnie schab i polędwicę nożem. Nie jest ona imponująca, to dość cienkie wałki mięsa, które nadaje się i na tatar i na malutki befsztyczek. To drugie polecam jako szybkie, smaczne i wzmacniające danie na patelnię.

Befsztyk koźlęcy
Trzeba pociąć schab na kotlety grubości najmniej 2-2,5 cm, po czym delikatnie je zbić, skropić octem jabłkowym (który bardzo się lubi z koźlęciną), posypać ulubionym ziołem (są różne szkoły, ze świeżych polecany jest siekany zielony lubczyk, z suszonych jakieś zioła myśliwskie, typu tymianek, rozmaryn, z ostrych pieprz prawdziwy lub cayenne). Skropić olejem i chwilę pomacerować. Wrzucić na dobrze rozgrzany tłuszcz, na którym nieco wcześniej podsmażyło się cebulkę i ząbek posiekanego czosnku. Smażyć z każdego boku ok. minuty-dwóch i dawać na talerz, z cebulką oczywiście. Może być jeszcze lekko zaróżowione w środku. Trzeba wiedzieć, że dłuższe smażenie powoduje twardnienie mięsa i jeśli przegapić odpowiedni moment, czeka nas już tylko długie duszenie pod przykryciem, aby je móc zjeść bez gubienia zębów.
Soli się zawsze na talerzu, nigdy wcześniej. Zresztą mięso kozie zazwyczaj jest słone samo w sobie (kozy lubią pasjami sól lizawkę, co daje się potem odczuć) i dla kogoś, kto nie używa dużo soli może nawet takie wystarczyć bez specjalnego przyprawiania. Pasuje do niego jakaś surówka. I chleb. Najlepiej domowy z pieca.

Pieczeń koźlęca
Tu są różne szkoły. Ważne jest z jak wiekowego kozła, bądź kozy mamy mięso. Im bowiem zwierzę starsze, tym dłuższej obróbki termicznej wymaga. Co do kozy to problemu nie ma, lecz kozły, te starsze, mające około roku, a tym bardziej więcej, bywa, że capią. Jeśli są jednak właściwie ubite i sprawione nie powinno być z tym problemu większego, niż przy baraninie (która moim zdaniem bardziej wonieje). Najważniejsze, aby w takim wypadku dokładnie pozbawić mięso błony i przerostów tłuszczu, gdyż w nich ukrywa się ewentualny "smaczek". Wyczyszczone mięso dobrze jest skropić octem jabłkowym i dać mu tak poleżeć przez noc. Dodatkowo zmniejsza to "samczy aromat". I wreszcie przy pomocy czubka ostrego noża ponadziewać je ząbkami czosnku gdzie się da. I nasmarować ulubionymi przyprawami.
Mówi się, że do koźlęciny, jak i do baraniny pasują zioła używane do dziczyzny.
Z pewnością także Arabowie mają swoje patenty przyprawowe, i jeśli ktoś ma dostęp do sklepu z przyprawami arabskimi warto chyba podpytać sprzedawcę w tej sprawie. Podobno (tylko słyszałam, nie próbowałam) mają takie, które nawet największego i najstarszego capa rozbroją w ciągu dwóch godzin.
Przepis na świetny w smaku gulasz koźlęcy z fasolką i przyprawą garam masala podaję osobno. Także na gyrosy z nadzieniem z koźlęcego mięsa prawie po grecku tutaj.
Oraz nader smaczną zapiekankę z ziemniaków i mielonego mięsa koziego.

Mięso koźlęce jest chude, dlatego pieczeń można śmiało obłożyć plastrem słoniny czy boczku. Najlepiej zapakować je w rękaw, albo jeszcze lepiej piec w naczyniu glinianym, tzw. rzymskim. Świetnie sprawia się także wolnowar. W innym przypadku, na brytfannie trzeba je podlać wodą i nakryć kawałkiem folii aluminiowej. W piekarniku piec w jak najniższej temperaturze najdłużej jak się da. Generalnie wysoka temperatura 170 stopni daje jakieś 2,5-3 godziny pieczenia (to jeszcze zależy od wielkości pieczystego). Obniżona nawet do 100 stopni - wymaga odpowiednio dłuższej obróbki. Zbyt wcześnie wyciągnięta pieczeń jest łykowata i trudno ją pogryźć. Dlatego lepiej przedobrzyć, niż nie dopiec.
Gotową kroić na grube plastry, podawać z warzywami i pieczonymi ziemniakami, surówką, winem. Na zimno też jest pyszna i starcza na kilka dni do kanapek.

Polecam grilla z dość grubo krojonych kawałków mięsa z udźca albo łopatki, odpowiednio i długo wcześniej macerowanego w różny sposób co najmniej przez noc. Moim zdaniem nie ma nic lepszego!

Inne potrawy
Zostają żeberka i różne kości, np. giczki czy te z karku. Te świetnie nadają się do gęstych zup, krupniku, grochówki, fasolowej, kapuśniaku, bigosu. Albo dodatek do mięsa drobiowego w pożywnym rosole.
Jeśli je uwędzić, jeszcze lepiej. Fasolka po bretońsku, mmm!
Sos na żeberkach polecam. Najlepiej robić go z dodatkiem suszonych grzybów, a żeberka najpierw podsmażyć na patelni do zrumienienia. Ostatnio testujemy w domu żeberka w miodzie. Pychotka!
Przepisy są do znalezienia w internecie. Tu jeszcze raz namawiam do używania wolnowara (odpowiedni wpis na blogu). To idealne naczynie do potraw z koźlęciny, wymagających stosunkowo niskiej temperatury i długiego przyrządzania. Jeśli gotować mięso na kuchni, to czasem (zależnie od wiekowości zwierza) trzeba i dwie, do trzech godzin pitrasić taki gulasz, uważając, aby nie odparował za bardzo, albo się nie przypalił. Wolnowar załatwia sprawę idealnie.

Pasztet, podroby i kiełbasa
Oprócz powyższych części zostają jeszcze płaty boczne, podroby i tłuszcz (najmłodsze koźlęta są go pozbawione, ale kilkumiesięczne już miewają go trochę).
Otóż płaty nie nadają się ani do pieczeni, ani do sosu, ani do kiełbasy, są poprzerastane błonami, magazynującymi kozi smaczek, nie dla każdego przyjemny. Za to świetnie sprawdzają się, wraz z płuckami, sercem, nerkami i wątrobą w pasztecie! Przepis na pasztet z koźlęciny sposobem chłopskim znajduje się na tym blogu, proszę sobie zajrzeć.

Wątróbka jest jak najbardziej zjadliwa w formie smażonej w cebulce, choć wchodzi kwestia indywidualnej aromatyczności  kozła i jego wieku. Żołądek nadaje się na flaczki. Lub jakiś salcesonowy wynalazek. Jak najbardziej.

Kiełbasa warta jest zachodu, zwłaszcza, gdy koza była starsza, niż półtora roku. O takiej kiełbasie można sobie poczytać na moim blogu. Można ją przyrządzać na kilka sposobów. Ponieważ mięso jest chude, przeważnie dodaje się do niego jakiś procent słoniny oraz kawałek wieprzowiny, klasycznie łopatkę. Słoninę kroić, nie mielić, bo wypłynie z kiełbasy podczas wędzenia. Przyprawy najprostsze: dużo, dużo czosnku, majeranek, świeżo utłuczony pieprz czarny, kminek w ziarnkach, całkowicie wystarczą.
Kiełbasa z czystego mięsa koźlęcego, bez tłuszczu wymaga dodania pewnej ilości kaszy manny, dla lepszego zlepienia masy. Wędzona w zimnym dymie przez kilka dni, podsuszana potem ma swoje bardzo ciekawe walory. I specjalny smak.

Mięso ze starszych sztuk generalnie nadaje się głównie na mielone, gołąbki, pasztety i kiełbasę, ewentualnie do długiego gotowania w kapuście. Pieczenie można sobie odpuścić.

Tłuszcz, a właściwie łój koźlęcy ma duże wartości odżywcze, należy do tłuszczy omega-3, świetnie i długo się przechowuje. Ma swój specyficzny aromat, do którego można się przyzwyczaić. A koty i psy wręcz go uwielbiają! Dawniej gospodynie używały go, wraz z łojem baranim do smażenia pączków.

To, co tu opisałam nie jest oczywiście wszystkim, co się da o tym mięsie powiedzieć. Ale niech w inne szczegóły bawią się kucharze.

2 marca 2016

Menu małorolne

Zwykły obiad polskiego małorolnika, któremu się chce. Sobie, rodzinie, bo innym przecież prawem zabronione. Tydzień trwa w pełni. Słuchajta, mieszczuchy. Wczorajsze menu: kluski ziemniaczane kładzione z wody, żeberka koźlęce macerowane w miodzie w sosie warzywnym, surówka z rzepy i domowego majonezu. Tylko mąka gryczana tutaj pochodzi ze sklepu. No, i sól i pieprz.
Chcecie wiedzieć co było na śniadanie? Ano jajo sadzone, od zielonej nóżki, jak najbardziej prywatnej, na cebulce.
Na kolację ser kozi się uśmiecha. I winko własnej roboty.
Dzisiaj: rosół na gęsim korpusie z dodatkiem podrobów z makaronem własnej roboty (ja bezglutenowy muszę więc z mąki ryżowej i gryczanej), na jajach od naszych kur.
I tak coś ciekawego co dzień. Wyobrażacie to sobie? Fajne. I nawet wywalanie gnoju dwa razy do roku i sianokosy mi niestraszne. Za codzienne to.

23 lutego 2016

Przy pełni księżyca

Schodząc wczoraj przy pełni Księżyca wieczorową porą na ziemię znalazłam na YT taki kwiatek
Obejrzyjta, mieszczuchy!
Co do mnie, zgadzam się z pełnym pasji mówcą, acz w szczegółach niekoniecznie. Z kilku co najmniej względów.

No, tak, małorolne gospodarstwo to jest gospodarcza nisza, niereklamowana, nieznana, można się nią zająć i zarabiać na reklamie i pośrednictwie, sprowadzając ludzi wracających z zagranicy z kasą, pracowitych i przedsiębiorczych, osadzając, dając im przestrzeń prosperowania i życia. Można, ale w praktyce tak nie jest. I nikt poważny nie chce się tym zająć. Czemu? W Polsce istnieje cała góra przeszkód prawnych, biurokratycznych, przepisów skarbowych, sanitarnych, weterynaryjnych, agencyjnych często od czapy. Wchodzą teraz na przykład w życie nowe przeszkody dla obcych, z miasta chcących kupić ziemię. I niby możesz już, rolniku sprzedawać sławetny dżem, kiełbasę i ser w swoim gospodarstwie (lecz nie poza nim, ani nie przez pośredników), ale na ten przykład na spirytusie na pewno nigdzie daleko nie zajedziesz, chyba, że do więzienia.
Jeśli na takiej gospodarce człek osiądzie, to go cieszy nawet jeszcze po kilku latach ciężkiej pracy, gdy zarobi 10 albo i 20 tysięcy, ale na ROK, a nie na miesiąc, jak się narratorowi wydaje, (a może tylko pomyliło przy przeliczaniu euro na złotówki). Mniejsza o to jednak. Bo w końcu chodzi o gotówkę w papierkach, a nie fakt, że wydatki miesięczne i roczne rzeczywiście mocno potrafią spaść i tu nie ma bezpośredniego przełożenia na zarobki i wydatki miejskie. W podliczeniu zaś notorycznie zysków nie masz, ponieważ, aby wypracować ów „zysk” gotówkowy musisz zainwestować, zapłacić za maszyny rolne, pomocników, materiał budowlany, zwierzęta, weterynarza, karmę dla zwierząt, potrzebne do przerobu akcesoria i energię. Ponadto opłacić podatek, rachunki za prąd, wodę, gaz, benzynę czy ropę, internet i telefon (tu można sobie z czasem przyoszczędzić na tym i owym, wprowadzając wynalazki alternatywne, ale panowie i panie, NIE ŁUDŹMY SIĘ! to są groszowe oszczędności). W sumie naprawdę świetnie jest, a wiem, co mówię, gdy gospodarstwo kilkuhektarowe, bez maszyn, na lichej podlaskiej ziemi pozwoli, mieszkając i żywiąc się gospodarzom, wyjść w rocznym bilansie na ZERO.
Dlatego rodziny z dziećmi w wieku szkolnym muszą podwójnie główkować i pracować, aby zarobić jeszcze na potrzeby latorośli. Co niektórym udaje się, gdy mąż i ojciec potrafi sprostać zadaniom, jest przedsiębiorczy, obrotny, ma zmysł do handlu i żadnej pracy się nie boi. Najlepiej jednak, gdy oboje małżonkowie opanują jakiś fach rzemieślniczy, który pomaga im dorobić. A na wsi są takie możliwości. Znam takich, co choć z miasta przyszli, to nauczyli się zduństwa, tkactwa, garncarstwa, stolarki, ciesielki czy plecionkarstwa, szyją, haftują, lub chociaż drwa rąbią, jagody i zioła zbierają, albo pomagają na budowach. I jakoś ciągną swój wózek, choć wcale nielekki.

Jeśli nie jesteś wegetarianinem (sic!) i zdecydujesz się na jakąkolwiek hodowlę zwierząt, oprócz uprawy ogrodu czy szklarni, możesz siebie i bliskich wykarmić i napoić nawet w 70-80 procentach „za darmo” (w istocie nic nie jest za darmo, bo za twoją ciężką codzienną pracę i dbałość). Ponadto płacisz niższy KRUS, a nie ZUS, a jak prąd sobie odłączysz to jeszcze więcej zaoszczędzisz. Pszczółki wyhodujesz i świeczki sobie zrobisz sam z własnego wosku. Gotować i grzać się możesz wrzucając do pieca chrust z lasu i gałęzie, prawie za darmo, jeśli masz własne zakrzaczenia, lub nawet, jeśli je kupujesz, to za grosze (w porównaniu z tymi, którzy, aby ogrzać zimą murowany dom jednorodzinny wydają ponad 3 tysiące na sezon, to wychodzi nawet 8-10 razy mniej). Wcale się nie podśmiewam.
Ale trochę mi śmieszno i trochę straszno, że są ludzie, którzy myślą, że wystarczy w takim zrujnowanym gospodarstwie na końcu świata zamieszkać i już wszystko samo im da kasę. A oni tylko kupony będą odcinać. Bo przecież klienci w Polsce pchają się drzwiami i oknami po produkty gospodarskie!

Widziałam ludzi, którzy tak jak z wielkim życiowym hukiem zjechali na wieś odmieniać swoje życie na proste i oczywiście lepsze, tak szybko z niej uciekli, zostawiając zwierzątka, kwiatki i ogień w piecu na rzecz zwykłego życia w mieście i stałych zarobków. Oprócz gospodarstwa, na którym trzeba dopiero nauczyć się pracować i rozumieć je jako przestrzeń dającą pracę i zarobek, a nie tylko przyjemność (takie jest zwyczajne myślenie miejskie o wsi), co zajmuje sporo czasu i pożera oszczędności zgromadzone na początek, bo człowiek w radosnej młodzieńczej wierze, że „jakoś to będzie” zużywa posiadane zasoby na sprawienie sobie tego, o czym marzył w mieście, czyli kotka, pieska, konika, kózkę, kurkę, nie biorąc pod uwagę ekonomii takich nabytków. Czyli nie umie, a czasem uwaga! nie chce (z powodu swych zagruntowanych przekonań ideologicznych) na hodowli zarabiać w jakikolwiek sposób. Czyli okazuje się, wciąż myśli po miejsku i musi dorabiać poza gospodarstwem, aby na nie zarobić! Wykarmić swoją inną pracą inwentarz, wykarmić siebie, bo inwentarz nie służy mu z zasady do żywienia się nim.
Istnieje także inna wielka sprawa, nieporuszona w takich reklamach filmowych, jak powyżej przedstawiona, tj. obszar życia społecznego wokół owego gospodarstwa, czyli konieczność dostosowania się do nowego dla mieszczucha życia wiejskiego. A to też bywa w praktyce spory problem do przeskoczenia dla „niekumatych” miejskich odmieńców.

Podsumowując, co mogę powiedzieć?
Nie zamieniłabym życia na dalekiej wiosce w drewnianej chacie wśród zwierząt z żadnym mieszczuchem na jego wymuskane lśniące i zdezynfekowane wnętrze, sute zarobki co miesiąc i miejskie przyjemności (z których dawno wyrosłam), tudzież wyjazdy zagraniczne i inne spędy. Wybieram ciągle ciężką pracę rąk, obcowanie z prawdziwym życiem i śmiercią, porami roku, ludźmi, którzy są różni, ale na pewno nie sztampowi (albo sztampowi inaczej, a to już coś), jak w mieście, zwierzętami i całym majdanem ich radości i smutków.

Pomimo, że znam prawdę i radosne młodzieńcze reklamy życia na wsi nie są w stanie mnie wzruszyć. 

6 lutego 2016

Dzień jajożercy

No, więc była zima, nawet z lekkim przytupem, biała, śliczna, i nie ma zimy. Zmyło ją szybko, stopiła się, wsiąkła w glebę. Sikorki i sójki, które dokarmiałam na tarasie i często patrzyłam na nie przez szybę, jak dziobią zawieszoną wysoko słoninkę, przestały się zlatywać i zaglądać w okno, przypominając o swoich pustych brzuszkach. Ziarno dojadały w pobliżu kurnika, bo zawsze coś kozy po obrządku zostawiają i czuwały zawsze w pobliżu pilnie, czekając aż skończę obrządek. 
Teraz jest na tyle ciepło w nocy, że nawet ciepłolubnej Kici zdarza się spać w drewutni w sobie tylko znanym zakamarku, osłoniętym od wiatru i deszczu, aż do rana. Zadowolona i wyspana bez stresu, który zawsze budzi w niej w domu potrzeba odzywająca się w środku nocy, przybiega na śniadanie często dopiero w porze obiadu!  

Koźlęta rosną zdrowo, są bardzo żywe i wesołe. Wypuszczamy je w ciągu dnia całą gromadką, aby się wybiegały, na swobodzie i hasają po obejściu, skacząc wysoko jak pchły. 
Anna z ostatniej głowy twarogu przechowanej dotąd w zamrażarce od późnego gorącego lata zeszłego roku upiekła sernik. To jedyne ciasto, które jadam ze smakiem, dno z ciasta pszennego oddając psom, które je uwielbiają. 
A na zakończenie dnia jajo gęsie na surowo także i psom się trafiło, zaś ugotowane na twardo Kluseczkowi, który od kociaka jest ich wielkim miłośnikiem. Podobno dobre na sierść dla czworonogów.

Kury i gęsi niosą się na potęgę. Indyczki zaczynają szukać gniazda. Jaj nie brakuje. Wręcz przelewają się na półkach lodówki. Jedząc co rano po jednym jaju na głowę niewiele ich zużywamy. 
W takim razie zarządziłam dzisiaj dzień jajożerczy.

No, i zrobiła makaron na czterech jajach gęsich. Tutaj wyciągnęła ze schowka moją odwieczną maszynkę do robienia cienkiego makaronu-nitek i z zachwytem ukręciła na niej prawdziwie włoski makaron, do rosołu, który akurat uwarzył się w wolnowarze na gęsim korpusie i koźlęcej kości. Podobno wyszedł pyszny, muszę wierzyć na słowo. Bo sama jadam rosół z dodatkiem makaronu ryżowego, albo wręcz z ryżem. 

Pozostałość cieniutkich długich klusek trafiła na brytfannę i schnie przy piecu.

A że był rosół, to i warzywa z rosołu wyjęte poszły na sałatkę. Więc znowu kilka jaj trzeba było na twardo ugotować. W sumie padło dziś ich około dwudziestu sztuk.

20 stycznia 2016

Ważny zakup

Trochę śnieży, trochę ziębi, świat jest biały, czysty i piękny. Ptactwo trzyma się kurników, stroszy pióra. Wczoraj padła ze starości jedna z zielonych nóżek emerytek. Miała jakieś 6-7 lat.
Kilka dni temu Anna podjęła wreszcie decyzję, że już grymasić ani zwlekać z zakupem samochodu nie będzie. Trudno w taki czas jeździć do miasteczka na rowerze, po zakupy, albo na warsztaty w GOKu. Tym bardziej wracać po ciemaku przez las. W niedzielę namierzyła egzemplarz wybranej firmy, typu i ceny, sprzedawany w mieście, do którego mamy dobry dojazd pociągiem. Następnego dnia podjechała na dworzec porannym autobusem szkolnym, który zabiera trójkę dzieci z naszej wioski i po półtorej godzinie była na miejscu.

Wcześniej oczywiście musiałam powróżyć. I to wiele razy, zawsze, gdy znalazła wśród ogłoszeń jakieś interesujące auto. Za każdym razem Księga odpowiadała, że to jeszcze nie teraz, że nawet nie wyjedzie po nie, że idzie o coś innego, żeby czekać. Do tego też układy gwiazd nie były najlepsze na horoskop zakupu, który potem przecież ma działać przez całą eksploatację sprzętu. Czyli czekałyśmy, zabrawszy się powoli za robienie ściany w głównym pokoju.
Tym razem jednak karty zapowiedziały, że znajdzie rzeczony sprzęt poprzez internet w ciągu trzech dni, najpewniej w niedzielę. I tak się stało. Znalazła ogłoszenie, świeżo wstawione, dokładnie w niedzielę i zaraz nawiązała kontakt telefoniczny z właścicielem. Umówili się. W poniedziałek Księga (jak i gwiazdy) była przychylna. Kupi i samochód będzie jeździł, nie rozkraczy się po starcie, jak to bywa z takimi zakupami. Co do gwiazd podałam jej przedział czasu, od którego ma zacząć rozliczenie i wszelkie podpisywanie. Wcześniej, jak stwierdziła moja znajoma, silnik może się zatrzeć, albo co, bo Mars przez Descendent przechodził.

Tego dnia wszelkie obowiązki domowe, obrządki, przywóz drewna, palenie w dwóch piecach, gotowanie spoczęły na mnie. Doszło jeszcze odśnieżanie, bo zapuściłyśmy tę kwestię, nie mając potrzeby.

- Uwaga, jadę! Otwórz bramę - dostałam telefon.

Zdążyła zrobić zakupy po drodze i wrócić przed zmierzchem. Nasz nowy stary niemiecki czołg, poradził sobie z podjazdem pod ośnieżoną górkę bez problemu. Stanął przed garażem.
Oczywiście wsiadłam, żeby zobaczyć, jak mi się będzie siedziało i jeździło na moim miejscu przy kierowcy.
- Jakiej jest płci? - spytałam.
- On, zdecydowanie to samiec - stwierdziła po chwili namysłu Anna.
- Jak się nim jechało?
- Dobrze. Choć trochę dziwnie. I nie szalałam, bo ślisko. Warczy, jak to stary diesel.

Volksvagen Passat kombi, ciemnoniebieski, dwudziestolatek.

Tego dnia, a raczej nocy, jak się okazało zmarł w swoim domu stary Mikołaj... Niech mu ziemia lekką będzie.

Na pamiątkę którego nasze nowe stare auto dostało imię Santa Claus, czyli świętego Mikołaja.

10 stycznia 2016

Nowi w oborze

Chłopcy ruszyli już jednak w szranki z dziewczynami. Nów tej nocy pchnął na świat najpierw koziołka pierwiastki Frani. Było ciepło, świat zaczął tajać akurat. Więc koźlątko szybko wyschło, przetarte dla pewności do sucha. Frania okazała się tak przerażona i zaskoczona całym zajściem, że nie wydała jak dotąd z siebie głosu, tego charakterystycznego pomrukiwania, jakim kozy matki mówią do swych dzieci, nawet gdy te dopiero szykują się wyjrzeć na świat. Mały też jest wyjątkowo cichutki i trudno stwierdzić w takim razie jak się ma, czy głodny, czy najedzony. Wylizała go pracowicie babcia, czyli Fela, której strzyki nabrzmiały od wczorajszego wieczora tak obficie, że dzisiejszy ranek powitał jeszcze jednego narodzonego franusia. Drugi koziołek większy i żwawszy jest od pierwiastkowego, zaraz się napił i bez ceremonii przypiął do Frani, zamiast do matki. Póki co pierwszego dokarmiamy w domu, dla pewności, udojoną siarą matczyną. Lepiej przekarmić, niż nie dokarmić, to już wiemy na pewno, zwłaszcza w ciągu najważniejszych pierwszych dwóch-trzech dni życia koźlęcia.

7 stycznia 2016

Jak to jest utknąć

Święta przelatują swoim trybem. Mówię w czasie teraźniejszym, bo na Podlasiu właśnie trwa Boże Narodzenie. Wczoraj na Wigilię spadł malowniczy śnieg, który nieco ocieplił mroźną atmosferę w ostatnim tygodniu. W nocy temperatura spadała do ok. minus 15 stopni, u nas w lesie pewnie bywało chłodniej. Nie udowodnię, bo już dawno termometru nie używam. Jedno wiem, gdy wilgotne dłonie przywierają do metalowej klamki na mrozie, znaczy jest co najmniej -6. Im niżej tym bardziej szczypie w nosie i w policzki. No, to trochę poszczypało i poprzymarzało. 
Tuż przed ochłodzeniem majster zdążył szczęśliwie wstawić okno, dawno już przygotowane i pomalowane, w ścianę szczytową "sklepu", i pięknie oszalować wokół deskami z dawna przygotowanymi i właśnie w ostatniej chwili pomalowanymi drewnochronem przez Annę.

Brak samochodu daje się we znaki o tyle, że skończyło się wino w gąsiorku i nie ma jak zaopatrzyć się w więcej. Grzaniec był hitem w mroźne wieczory przy huczącym ogniu w piecach. Wszystkiego innego wciąż nie brakuje. Znaczy, zapasy umiejętnie zrobione. No, i musiałam odmówić dwóm zaproszeniom na imprę, na sylwestra i na prawosławne Boże Narodzenie. Za to w Nowy Rok narodziła się jeszcze jedna zdrowa kózka, co daje sporą ponad dwukrotną przewagę liczebną dziewczynkom nad chłopakami jak dotąd. Na wykoty czeka nadal połowa kóz, więc stosunek może się jeszcze zmienić.

26 grudnia 2015

Postne święta

Tak ciepło i jednocześnie wilgotno, bo i często dżdży i mgli, że drób od rana z pasją grzebie w ziemi, zostawiając karmę nieruszoną. Jakoś tak się najada glebą, korzonkami traw i pewnie jakimś robactwem także, że zmuszona zostałam do oszczędzania ziarna i osypki na cięższy czas. Jednocześnie cały czas od lata kury się niosą, do czego doszły już wreszcie na nowo opierzone dwie emerytki, oraz gęsi (które z tego powodu dostały odroczenie), więc jaj naprawdę nam nie brakuje, a przychodzi też częstować znajomych, żeby miejsce na nowe w lodówce zrobić.
Jeden z trzech kogutów poszedł na swoje, w podarunku świątecznym dla pewnej pani, do kurnika, nie do rosołu, więc miał szczęście.

Dzisiaj wykociła się kolejna koza, szybko i bez problemów, przyprowadzając na ten świat dwa dorodne, zdrowe koziołeczki maści srebrzystoszarej. Dorwały się do cyca prawie natychmiast po urodzeniu. Z powodu wykotów od jakiegoś czasu mamy trochę mleka dla siebie, nie tylko do kawy, ale i na zsiadłe stawiam, bez którego głupio się czuję i jak się przekonałam, czegoś wyraźnie mi brakuje, jeśli nie wypiję choćby jednego, a najlepiej dwóch kubków dziennie. Po poszpitalnych sensacjach jelitowych nie ma już śladu, ale nie czuję, że wszystko wróciło do zupełnej normy. O czym przekonuję się właśnie wtedy, gdy przerywam picie kwaśnego mleka.
Anna zbiera zapas siary na kolejne mydło (zamraża je w plastikowych butelkach w zamrażarce). Zostaje też trochę dla psów i kotów. Poza tym pasjami, czyli godzinami, rozpaliwszy sobie pierwej w spichlerzyku, tudzież chatce dziadka na pracownię przerobionej, aby nie marznąć, kręci z gliny na kole garncarskim kubki, kufelki, miseczki, cukiernice z przykrywkami, ćwicząc pilnie rękę. W takt nastawionego głośno radia. Bo bez codziennego ćwiczenia nie ma co mówić o sztuce garncarskiej, co najwyżej o mniej lub bardziej udanych próbach ulepienia garnka takiego, czy owakiego. Muszę przyznać, że wychodzi jej wszystko coraz lepiej. I ja się do podobnego zajęcia także po cichutku przymierzam.

Z okazji Świąt, jak co roku o tej porze pościmy, czyli przez trzy dni zajadamy się potrawami na kolację wigilijną przygotowanymi. Barszczem z buraków, sałatką warzywną, śledziami z cebulką i sernikiem. Odkryłam zapomniany gąsiorek z winem z naszych tegorocznych pierwszych czarnych porzeczek. Mniam! Grzaniec z niego na piecu, z dodatkiem goździków, kardamonu, cynamonu, wanilii i imbiru, a na koniec odrobiny miodu, cudowny jest na wieczorną popitkę w kubku własnej roboty.

24 grudnia 2015

Świąteczne bekania

Wszystkim Czytelnikom i Czytelniczkom tego bloga, naszym bliskim i dalszym znajomym, którzy tu zaglądają, życzymy niniejszym wszystkiego dobrego, szczodrych  Świąt i bezpiecznego całego nowego roku 2016. 

Ewa i Ania z Kresowej Zagrody

w towarzystwie grupki psów, pary kotów, stada kóz oraz drobiu: gęsi, kur i indyków
(które beczą i szczekają, miauczą i gęgają, gdaczą i gulgają: Hosanna na wysokościach!, Alleluja! i co tam jeszcze Bozia wymyśliła)

Poniżej prezentują swoje wigilijne wdzięki najnowsze dzieciaki w koziej zagrodzie, Mała Me


oraz Plamka i Mysza.


Świąteczny luz

Ciepło, słonecznie. Temperatura w nocy prawie taka sama, jak w ciągu dnia, czyli w okolicach 10 stopni, sprawia, że można wysiadywać na poddaszu w najlepsze, bo dom kumuluje ciepło. To plus.
Przed samymi świętami wzięło nas na budowanie. To taki nastrój zbliżającego się własnego znaku zodiaku, który już jest u władzy w tej chwili. W tym celu w pokoju sypialnym wszystko stanęło na głowie, szafy i szafki nieomal fruwały w powietrzu, aby odsłonić ścianę. Co do której nagle ogarnęło nas zwątpienie i niewiedza, co z nią zrobić i jak. Czy zwykły gipsokarton, a potem zabudowa z półek po całości, czy może tynk gliniany własnoręcznie położyć? I tak jakoś szafy wróciły na miejsce, a Anna przerzuciła się na deski szalunkowe do "sklepu" (to nazwa robocza i całkiem bezpodstawna dla jednej części kurniko-paszarni), zalegające we wnętrzu od roku bez żadnego ruchu z naszej strony. Deski pojechały do stolarza, aby je odpowiednio obrobić w maszynie, dojechały szczęśliwie i ta część planu została pomyślnie zrealizowana. W dalszą część zaingerował jednak los.
Coś zafurkotało pod maską samochodu i nie ruszył już. Spod sklepu w miasteczku (szczęście w nieszczęściu), gdzie w drodze od stolarza Anna zatrzymała się ostatnie przed świętami zakupy uskutecznić.
Wróciła okazją do domu, po czym na drugi dzień zamówiła lawetę u mechanika z Bielska, który ostatnio samochód naprawiał. Ten podjechał, zabrał mechaniczne zwłoki i dziś zawiadomił telefonicznie, że śruba od silnika się urwała i samochód jest do kasacji.
To żadna niespodzianka. Ale jaki wkurw na myśl, ile forsy poszło na niepotrzebne ostatnie naprawy, gdy mechanicy, jeden po drugim zwodzili nas, że to może trzeba wymienić, a może tamto, a może jeszcze tamto i kasiora warta polowy nowego starego samochodu wyleciała bez sensu z kieszeni.
W każdym razie jest o czym myśleć w święta. Jaki samochód będzie następny?

Co do świąt, to umyłam i wyszorowałam wszystko w kuchni, Anna na zajęciach w domu kultury zrobiła stroik świąteczny w miejsce choinki, której od lat nie stawiamy w domu, mając je rosnące pięknie na działce, i moczę śledzie. Tyle. I aż tyle. Nie mając blisko rodziny, która mogłaby przybyć, lub my do niej, nie musimy się wysilać. Daję sobie na luz. Świąteczny oczywiście.