17 listopada 2010

Nawłoć i stado

Prace posuwają się do przodu. Majstrowie pracują od 8 do 17-18 codziennie. Co się odmieniło? Ano, nie mają innych klientów, doczekałyśmy się ich wolnego czasu. I tak jakoś mniej dyskusji o cenach jak na razie. Że niby w Hajnówce to tyle, a w Białymstoku to tyle budowlańcy biorą, więc oni na mniej nie mogą się zgodzić... "Panowie, tu mamy wioskę. Jeśli chcecie to jedźcie do Hajnówki szukać roboty, tam na pewno zarobicie tę legendarną kasę! Ludzie bogaci, nie liczą każdej złotówki. Ale za to więcej wymagają no, i dojazd i wyżywienie własne."
Już te nasze targi weszły w obopólny zwyczaj i nie ma kłótni, tylko dyskusje i rozważania.

Jest już oszalowany jeden skos (zeszło na to dwa dni) i stoi słupek pod ściankę działową przy otworze schodowym. Założone dwa progi. Musimy dokupić trochę płyt gipsokartonowych na ściankę do łazienki i drugi szczyt. Trak-ista ma przetrzeć na deski dwa pnie ściętych starych grusz z koziej zagrody.

Mawiam: trzeba zbudować dom siłami miejscowych majstrów i pomocników, wtedy na koniec razem z domem można być też już zintegrowanym ze wspólnotą. Bo to służy wzajemnemu poznaniu się.
Jeśli jesteś osiedleńcem z miasta, czyli tzw. tutaj "nawłocią" i zjeżdżasz z nieznanych stron, nikt nie jest świadom twoich korzeni i osoby, zaczynasz swoje gospodarzenie od sprowadzenia firm zamiejscowych, którym zlecasz to i tamto, nie dając zarobić chłopakom ze wsi, z miejsca budujesz mur między sobą a społecznością lokalną. Będzie ci go z czasem coraz trudniej przełamać, o ile nie wyjdziesz z czymś (jakąś własną pracą i pomocą) ku innym okolicznym mieszkańcom.
Słyszę czasem o takich osiedleńcach, którzy już się pobudowali, mieszkają, coś tam robią, a milczenie wokół nich trwa i nasila się aż do zimnej wojny, a nawet pogróżek padających z ust miejscowych. Moim zdaniem oni nigdy nie przestali być ludźmi z Miasta, zmienili tylko obrazek za oknem. To nie jest dobre, w żadnym wypadku. Życie na wsi często wymaga wzajemnej pomocy i układów, choćby w zimie, gdy cię zasypie i do sklepu nie dojedziesz, albo zamarznie kaloryfer, albo musisz pilnie wyjechać i trzeba poprosić sąsiada o napalenie w piecu, nakarmienie psa czy wydojenie kozy. Zamykanie się w swoich czterech ścianach nie popłaca. Także trzeba być ostrożnym z kultywowaniem jakichś niepolskich zwyczajów zbyt ostentacyjnie (chyba, że jest się cudzoziemcem, wtedy nie budzi się wrogości, a zaciekawienie i chęć naśladowania) czy pouczaniem innych, że powinno się tak jeść i pić a nie inaczej, robić coś czy itp.
Zamknięcie się (odczytywane jako wywyższanie się) powoduje, że ludzie z wioski nie mają do ciebie przystępu i w swoim odczuciu nie mogą liczyć na twoją pomoc, wspierającą obecność czy zrozumienie. Z miejsca budzi to drwinę, jako samoobronę i z czasem nawet wrogość, jeśli ktoś miejscowy (nawet taki, który powszechnie jest krytykowany, ale ma tę wyższość nad tobą, że jest "swój") poczuje się pogardliwie potraktowany i ugodzony do żywego w swym poczuciu godności.
Trzeba wiedzieć, że wspólnota wiejska daje jej członkom, na różnym poziomie umysłowym, wykształcenia, kultury, bogactwa, poczucie równości i wsparcia zbiorowego na świętej zasadzie "swój-obcy". Jeśli to naruszysz z miejsca zaliczasz punkty ujemne i może być coraz gorzej, jeśli tego nie zrozumiesz.
Co prawda tu na wschodzie nie zauważyłam przejawów nietolerancji religijnej, inność religii jest jak najbardziej szanowana, nawet ateistyczne deklaracje co niektórych też, ale źle jest widziane zamykanie się na sprawy innych, pouczanie, lekceważenie zwyczajów większości i demonstracyjne okazywanie swej wyższej formy zachowań i wiedzy (typu: jestem z Miasta, to widać, słychać i czuć). Każde inne od normy zachowanie jest zauważane i dyskutowane. Z czasem zostaje zazwyczaj zaakceptowane (jak np. nasze siedzenie przy komputerach, czyli "bawienie się", zamiast widocznej fizycznej pracy od rana do nocy) i przechodzi w codzienność, lecz musisz być nastawiony, że przez pierwsze trzy lata każda twoja czynność i decyzja będzie szeroko omawiana i różnorako oceniana przez otoczenie. To norma, standard w zachowaniu wszelkich ludzkich grup.
Trzeba dać się poznać, przebadać, obwąchać. I przejść okres podejrzliwej kwarantanny. Jak w każdym szanującym się stadzie.

17 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Możesz rozwinąć ten punkt, bo nie za bardzo wiem co to może być?
    "Także trzeba być ostrożnym z kultywowaniem jakichś niepolskich zwyczajów zbyt ostentacyjnie".

    Od jakiegoś czasu mnie zastanawia Indianka, która ma rożne nieprzyjemne perypetie. Ot choćby jej ostatni wpis zaczyna się od słów:

    "Podłość ludzka nie zna granic, a mechanizmy jej działania są skomplikowane i poza zrozumieniem prawej, spokojnej, uczciwej Indianki, dlatego gdy ją wczoraj krzywda i perfidna podłość spotkała, Indianka w słup soli się ze zdumienia zamieniła i w tym stanie trwa i próbuje myśli zebrać, by pojąć to co ją spotkało i co z tym począć, bo wszak nie można na podłość zezwalać"
    http://kreatywnaromantyczka.blogspot.com/2010/11/wielka-krzywda.html

    To w kontekście tego, że sąsiedzi (najprawdopodobniej) jej część drzewek z sadu ukradli/zniszczyli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powtarzasz jej słowa zupełnie nie dbając o fakty.Rzekoma kradzież nie została udowodniona a wniesioną sprawę przegrała,podobnie jak sprawę kradzieży linki, czy koziołka.Oskarżona osoba wniosła sprawę o pomówienie i oczernienie,która indianka przegrała i wyrokiem sądu miała wnieść sprostowanie i publicznie przeprosić osobę niesłusznie oskarżoną.Została obciążona kosztami tychże spraw..ale kto by się tam pochylał nad tym,prawda?

      Usuń
  3. Ha! U mnie jest inaczej. Poprzedni właściciel domu powiedział: "Tylko w żadnym wypadku nie bierzcie do remontów ludzi z wioski, narobicie sobie wrogów". Z rady skorzystaliśmy, miał rację. Inni popełnili ten błąd, dali się wciągnąć w miejscowe niesnaski, układy, obrażanie się. "A ten za mało zapłacił". "A ten mnie nie wziął do roboty, tylko tego innego", etc. Firma i ludzie spoza środowiska to był najlepszy pomysł.
    Zapewne obwąchiwali nas kilka lat. My ich też. Początkowo kontakty ograniczały się do "dzień dobry", miłych uśmiechów i pomocy wzajemnej w ciężkich dla wsi chwilach (śnieżyce głównie)
    Ale od początku nas zaakceptowali takimi,jakimi jesteśmy i bardzo się ucieszyli, jak po kilku latach zaczęliśmy brać udział w życiu społecznym. Mimo, że nie siadujemy z nimi na ławeczce z nalewką.
    Zaakceptowali nas, bo nie udajemy, że jesteśmy tacy, jak oni. Nie zabiegamy o ich uwagę, nie wymądrzamy się. Żyjemy wszyscy obok siebie, jesteśmy sobie nawzajem potrzebni.

    OdpowiedzUsuń
  4. U mnie próba integracji z miejscową ludnością skończyła się na masowych prośbach o pożyczanie pieniędzy. To na wódkę na wesele syna, to na zakup samochodu, to na leczenie jakiegoś dziecka, nawet na zakup wina za 5zł. Oczywiście zawsze odmawiałem, więc się na mnie obrazili i zaczęli knuć przeciwko mnie. :)
    Specjalnie się tym nie przejmowałem, bo po upływie 10 lat mojego mieszkania w wiosce na Mazowszu, było więcej osób przyjezdnych niż miejscowych i konflikty nie miały żadnej siły sprawczej.
    Zgadzam się całkowicie z Riannon, że będąc napływowcem, nie warto na siłę szukać przyjaciół wśród miejscowej ludności
    P.S.Wyprowadziłem się nie dawno z powodu pracy i muszę powiedzieć, że z dużym żalem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeszcze słowo o miejscowych wykonawcach:
    Uważam, że lepiej i taniej zatrudnić wyspecjalizowane firmy, zapewnić niezależny nadzór inspektora budowlanego, niż wynajmować "pana Czesia", po którym trzeba kilka razy poprawiać, karmić go, pilnować aby nie pij i jeszcze wykłucać się o wysokość zapłaty po wykonanej pracy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wojtku, myślę, że w takich przypadkach trzeba najpierw przeanalizować sprawę pod kątem, co zrobiłam/łem, że mnie tu nie chcą. Zachowania złośliwe do tego właśnie zmierzają. Miejscowi nie chcą kogoś przyjąć do swoich i próbują mu życie uprzykrzyć, aby sobie odpuścił i wyjechał. Przeważnie jakiś błąd jest popełniony na samym początku i potem tylko dokłada się następne, brnąc ślepo we własną wersję wydarzeń i wojując za pomocą urzędów i sądów.
    Ale w sumie to skomplikowane. Bo samotna ładna kobieta na wsi pewnie jest zagrożeniem w oczach okolicznych mężatek, które podjudzają swoich mężów, aby mieć kontrolę spraw. Itd. itp. Kwestię osiedlenia się samemu trzeba dobrze przemyśleć pod tym kątem, czy nie zakłóca się jakiejś harmonii wspólnoty i nie budzi (czasem irracjonalnych) obaw, albo żalów (np. za odrzucenie ręki, zlekceważenie). Tu trzeba sporego talentu dyplomatycznego, ustępliwości, ale i uporu (lecz nie zawziętości).
    Tak jak mówi Riannon, ludzie w małych miejscowościach, z których często młodzi wyjeżdżają, chętnie przyjmują nowych mieszkańców i są na ogół życzliwi. Żeby ich zniechęcić to właśnie trzeba coś spieprzyć w relacjach osobistych. U nas też, Ania tak się wszystkim spodobała swoją kontaktowością, że już chcą ją sołtysem robić, a może dalej wybierać, kto wie. ;-))))
    Co do wynajmu miejscowych majstrów a wynajętych, zapewne dużo zmienia region, obyczajowość. Wschód jest inny, niż reszta kraju. Przede wszystkim tu każda wieś to osobny świat. Miejscowość od miejscowości średnio jest 7-10 km, a pewnych rzeczy nie zrobisz bez miejscowych fachowców. Np. nie postawisz pieca kaflowego bez zduna. A zdun od warszawiaków potrafi wyciągnąć 2 albo i 3 razy tyle, niż bierze od miejscowego za tę samą robotę. Każdy fachman zamiejscowy to nie tylko kasa, ale i dojazdy. Na wsi nie ma restauracji, gdzie mogą się żywić. Jeśli weźmiesz ich do większej roboty musisz im zapewnić wikt i opierunek, albo zgodzić się, że będą tracić czas na zakupy, i dożywianie się w odległym o wiele km sklepie czy knajpce.
    Arturze, Riannon, spytam jak wielka jest/była wasza miejscowość, ilu ma mieszkańców? Bo to wiele zmienia...
    Na ostatek skonkluduję, że trafiłyśmy losem szczęścia na wieś w pewnym sensie wyjątkową w okolicy. Została założona przez osiedleńców z Białej Podlaskiej przed wojną. I oni rządzili się i rządzą swoją wewnętrzną lojalnością do teraz. To im pomagało przetrwać i trudne czasy pionierskie, i wojnę (a właściwie 2 wojny, z Ruskimi, a potem z Niemcami) i komunizm.
    Pozdrawiam
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  7. Arturze, co do pożyczania... he... i my mamy tu taką rodzinę sępów. A i w poprzedniej wiosce to było. Ale my mamy taką zasadę: pożyczam, lecz odpracujesz (a wtedy nawet więcej zarobisz). Jeśli nie oddajesz, to nie pożyczam więcej, póki nie odpracujesz. Czasem uderzają w żałość i kłamstwa, ale myślę, że już z grubsza się nauczyli co mogą, a czego nie mogą osiągnąć. Co innego podwieźć do gminy przy okazji. Zawsze bierzemy, zatrzymujemy się, pytamy, czy... itd. nawet pijanego, bo jeśli to miejscowy, to trzeba mieć to na względzie. I oni potrafią się odwdzięczyć, pomogą w pracy gdy trzeba itd. To kwestia postawienia własnych warunków, coś za coś. To jest uczciwe.
    Pozdrawiam
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  8. Wojtku,
    piszesz
    "Możesz rozwinąć ten punkt, bo nie za bardzo wiem co to może być?
    "Także trzeba być ostrożnym z kultywowaniem jakichś niepolskich zwyczajów zbyt ostentacyjnie".

    Mam na myśli zachowania, które w oczach miejscowych są nie tylko niezrozumiałe i obce, ale i śmieszne, dziwne. Np. okrążanie drzewa kilkakrotnie podczas medytacji (najpierw rozglądam się, czy nikt drogą nie jedzie). Choć pewnie zostałabym zrozumiana, gdybym powiedziała, że coś wtedy zamawiam, czaruję, lecz może wzbudziłoby to podejrzliwość, że rzucam uroki. Itd. itp.
    O osiedleńcach kultywujących hinduizm, buddyzm tybetański, szamanizm, fanów Anastazji, komunistów ekowioskowych itp. też można to dodać.
    Właściwym zachowaniem jest przedstawienie się i uszanowanie godności miejscowych ludzi i ich osadzenia w przodkach na danej ziemi. Np. kiedy buddyści zbudowali w Kucharach swój ośrodek i przyjechał na jego inaugurację Karmapa (tybetański papież), to ówże Karmapa w otoczeniu świty swoich najważniejszych mnichów i ptrzedstawicieli wybrał się z wizytą zapoznawczą do sołtysa (nie do wójta gminy czy starosty). I było to spotkanie na szczycie bardzo ważnym. Bo można było wiele stracić, ale i wiele zyskać. Nie słyszałam jak dotąd, aby coś stracili.
    I tak obowiązuje ze wszystkim.
    Pozdrawiam
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  9. Podchodząc do tematu pracy jeszcze inaczej, moim zadaniem dając pracę sąsiadom czasami od nich też dostajemy pracę. Pieniądze zostają w lokalnym obrocie. Stajemy się bogatsi lokalnie. A.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie ma wątpliwości, że są jednak ogromne różnice pomiędzy regionami w postrzeganiu tych spraw.
    Moja wioska jest mała-raptem 20 domów. Wg wikipedii w 2005 roku było nas wszystkich ok 50 osób. Ja uważam, że dziś jest nas mniej, mam cały czas wrażenie, że wioska się wyludnia z każdym rokiem. Ale zagęszczenie wiosek jest tu większe. Co 2-3 kilometry wioska, 6 km do jednego miasteczka w jedną stronę i też 6 do następnego w drugą stronę. To są faktycznie inne warunki bytowania, niby w malutkiej społeczności, ale jednak bardziej mobilnej. Nie było dla mnie problemem zatrudnić ekipę z miasteczka, której nie trzeba doglądać, bo nie dosyć, że robią, to jeszcze domu przypilnują. Problem mają sąsiedzi, którzy pozatrudniali miejscowych. Jak taki dostanie zaliczkę, pije póki mu się pieniądze nie skończą. Jak nie dostanie zaliczki, to nie będzie miał motywacji do roboty. Błędne koło. Majstry miastowe były zorganizowane. Też nie mamy sklepu na wsi. Przyjeżdżali z własnym wiktem, kawę trzeba było im prawie na siłę wciskać. Chyba tęsknię za nimi :-) Zbliża się remont sypialni. Musimy zrobić go własnym nakładem sił, powodowani zarówno niedostępnością naszych ulubionych chłopaków, jak i względami finansowymi.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ha, macie więc na myśli ekipy z pobliskich miejscowości, gdy pracownicy wracają do swoich domów i mają skąd wziąć zapasy żywności (owe kanapki). U nas takiej ekipy najbliższej należałoby szukać w powiecie (45 km) albo w województwie (ponad setka). Jest też taka w sąsiedniej gminie (40 km). Jeśli więc wynająć ją do dłuższej budowy (stawianie budynku, dach, instalacje) to muszą gdzieś nocować (mogą owszem w swoim kempingu) i coś jeść. Nie da się na głodniaka długo chętnie pracować. To logiczne, prawda?
    Poza tym łatwiej w mieście znaleźć ekipę do standardowego budownictwa, niż do ciesielki (no, chyba, że górali zatrudnisz, hehe). Trudno też do przykręcenia kranu, zrobienia płota czy żłobu w oborze wzywać fachowców z powiatu, gdy we wsi jest ktoś, to potrafi to zrobić.
    Takie gadanie bardzo miejskie jest. I nie uwzględnia realiów codziennych. Zwłaszcza, gdy jest się rolnikiem (jak nie przymierzając nam się zapragło) to trzeba współżyć z okolicą i liczyć się z tym, że kiedyś musi przyjść koza do woza.
    Co do liczebności, no, to mieszkamy dość podobnie. Nasza wioska liczy sobie 30 mieszkańców, w tym ok. 10 przebywa tu od święta i często wyjeżdża, a większość do staruszkowie na emeryturze. W sumie 13 domów zamieszkałych, a gospodarstw rolnych połowę tego (jeśli wliczyć gospodarzących wciąż emerytów). Do cerkwi 6 km, do sklepu, urzędu i szkoły 7 i więcej, bo gminne miasteczko ma rozległą zabudowę. Brak autobusu całkowity. Jest 3 mieszkańców z samochodami i jedna konna furmanka. Reszta radzi sobie na rowerach albo dojeżdża na traktorze. A jak przypili to i z buta maszeruje, zima nie zima.
    Po prostu trzeba sobie pomagać. I myślę, że w ogólnym podsumowaniu strat i zysków warto.
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  12. Moja wieś ma nominalnie 800 mieszkańców. Upraszczając, po prawej stronie drogi wieś popegeerowska, po lewej buduje się sypialnia miastowych: tuje, równe trawniki, labradory.
    Mamy tam ziemie od lat, ale dopiero teraz się tam osiedlam. Raz, żeby być bliżej, dwa, żeby zwierzęta wprowadzić, a wiadomo, że zwierzę to nie ziemia, że się dwa razy w roku zajrzy i po sprawie. Nie martwię się zbytnio o wrogość tambylcow, bo przyjezdnych równie wiele, autobus lokalny do miasta jeździ, drogi zawsze przejezdne, i rodzina kilka wsi dalej. Bardziej obawiam się, ze to miastowi zaczną nosem kręcić, ze obornik śmierdzi, i kury łażą. :-)
    Ale już rozumiem skąd mogą się brać problemy przyjezdnych. Żeby mieć poprawne stosunki z wsią trzeba zamykać oczy na: wywóz śmieci do lasu, wyrąb drzew, kradzieże z gospodarstw, kradzież ziemi, przemoc domowa, zaniedbanie zwierząt, kłusownictwo itp. Przy budowie domu pomaga nam pewien chłopak, on kończy prace, jego brat przychodzi i kradnie. Co robić? Na pole podrzucono ostatnio nam zdechłą świnię, systematycznie zima tną drzewa, wiosna kradną ziemie, zwyczajnie, taczkami, wiec wiadomo ze miejscowi. Jak zaczęliśmy grodzic podwórko, przyszła delegacja, ze nie mamy prawa tego robić bo to jedyna droga do rzeczki, w której wiosna wszyscy myją auta (nota bene brzeg rzeki leży na naszym podwórku i oczywiście jest rozjechany i pełny szlamu). I oczywiście, to nie jest złośliwe, ani wrogie, ani personalne. Ale spróbuj powiedzieć "nie", a wtedy będzie.
    Ja nie lubię konfliktów, ale etycznych kompromisów też nie. Ale lubię ludzi i wierzę, że się sielankowo poukłada. Może kiedy udowodnię żem ani nie snobka ani frajerka? Bo chyba na wstępie przyjezdny zaliczany jest do jednej z tych kategorii:-)
    Ale rzeczywiście Wschód jest inny. Wspaniale mi się o Was czyta.
    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
  13. Wyznacz myto za dostęp do rzeczki, szlaban i witam klientów z pełnym uśmiechem. ;-) Nie frajerka, a biznesmenka. E.

    OdpowiedzUsuń
  14. Swoją drogą spędziłam większość życia w 2-tys. miejscowości, w ciasnej zabudowie, gdzie sąsiad sąsiadowi nie chciał 10 cm przestrzeni ze swej działki (wielk. 1 ha) użyczyć, żeby ten ocieplił sobie dom, ze świetną komunikacją z miastem i wszelkimi połączeniami na całą Polskę i po doświadczeniu ze stolicą (samo centrum) zwyczajnie uciekłam gdzie pieprz rośnie od ludzi i od tzw. cywilizacji. Już mi się 50 mieszkańców, jak u Riannon za dużo wydaje. ;-) Poza tym znam skądinąd klimaty popegeerowskie. To pokolenie musi wymrzeć, żeby coś się zmieniło.
    Życzę powodzenia z hodowlą. Kury to wdzięczne stadko. Właśnie moje przyszły wszystkie na taras, gdakać, że już czas do kurnika. Zaprowadziłam, nakarmiłam, zamknęłam. Sama radość, gdy jajka się codziennie do domu przynosi. Już się nie mogę doczekać, gdy znowu wróci.
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  15. Dobry pomysł z tym mytem ;-) A tak serio to nie jestem wrogiem własności prywatnej ale zgrzyta mi coś w prywatnych lasach, rzekach, drogach. Chciałabym mieć takie "gospodarstwo półotwarte". Tylko teraz jest tak, że koszty wszystkie moje (podatki, porządki, wywóz śmieci), a rzeka jak to! dobro wspólne!
    No właśnie, wieś wsi nierówna. Teraz mieszkam na takiej z kortami tenisowymi i klubem łuczniczym. Sąsiad-dziwak ma gołębie i to szczyt ekstrawagancji jest:-)
    W nowym obejściu marzą mi się gęsi, zwłaszcza, że straszne u nas mokradła, to powinno im się spodobać.
    A z innych ciekawych sytuacji to na przykład do budynku naszej starej obory sąsiad przykleił boks (metr na dwa) z psem i powiedział, że nie zabierze, bo nie ma gdzie. Możemy się ogrodzić ale albo mu damy mu klucz do bramy, albo pies zostaje u nas. Taaa. Z dwojga złego wzięłabym psa, tylko że już mam dwa i to wielkie i kurczaków mi nie starczy:-)
    A w byłym PGR moimi bezpośrednimi sąsiadami są przesiedleńcy z Kazachstanu. Też im nie było i nie jest w Polsce lekko, i od nich akurat wyczuwam nić sympatii. Bardzo dobrze, już się umówiliśmy na lekcje rosyjski za angielski!
    Ś.

    OdpowiedzUsuń
  16. Trochę zawsze trwa zanim nowy mieszkaniec zostaje przyjęty do zbiorowej świadomości i fakt, że jakieś miejsce jest zajęte i wymaga nowych zachowań. Ludzie się przyzwyczajają i długo odzwyczajają. U nas trochę się bałam o sad. Byli właściciele z niego nie korzystali od lat i sad stał się zwyczajowo wspólną własnością. Kto chciał to korzystał i brał jabłka do woli. Także z tego, że to miejsce pełne kani w sezonie grzybowym. Ale jakoś się udało. Nie było kradzieży. Może dlatego, że mamy hałaśliwego psa, wilczura, który budzi szacunek i ludzie bali się próbować bez pozwolenia. Za to, kto poprosił to pozwalałyśmy zbierać. Sami w zamian przynosili różne rzeczy, kartofle, warzywa. Pewnie gorzej by było, gdyby odmawiać, ale w sumie tyle było jabłek, że każdemu starczyło.
    Pozdrawiam
    Ewa

    OdpowiedzUsuń