Mówiąc w skrócie: wiosna już za nami. Nie była najgorsza w sensie pogody. Raz mocno wiało i wtedy nowa folia z naszego tunelu wyrwała się i opadła. Trzeba było naprawiać, ale tym razem zrobiłyśmy to bardziej fachowo, zgrzewając także zaczepienia pod sznur na drugim końcu folii. W tym celu przydał się w ogrodzie mały stoliczek i stare żelazko na przedłużaczu. Naciągnąć płachtę folii długości 30 metrów pomogli nam panowie z firmy, która akurat stawiała nam ogrodzenie, dla nich to pięć minut wysiłku, dla nas byłaby to tortura.
Tak więc folia pracuje, ogrodzenie stoi. Nadeszła fala zwrotnikowych upałów letnich, Anna więc zmuszona jest podlewać swoje uprawy (paprykę, pakczoje, rzodkiewkę, ogórki i pomidory) wcześnie rano. Spacer leśny także jest przyjemny tylko w okolicach siódmej godziny. Potem kryjemy się w domu z zamykanymi o świcie oknami i przysłoniętymi żaluzjami, co najwyżej dokarmiając ptaki i oporządzając kozy.
Wylęgło się troszkę kaczuszek z zakupionych jaj pod induszką, teraz chowają się ze swoją czułą przybraną mamuśką w kurniku. Przezabawne stworzonka.
Poza tym jest już po sianokosach. Udało się skosić na łące, zagrabić zgrabiarką, skostkować i zwieźć siano bez kropli deszczu, który wtedy przez kilka dni był postrachem mediów i miało się pietra na ramieniu. Zwierzęta zatem zabezpieczone na kolejną zimę. Robię żółte sery. Czytam fantastykę. I tak się plecie.