17 sierpnia 2012

Uraniczne wstrząsania

No, i mamy kolejny nów Księżyca, w znaku Lwa. Przy okazji koniunkcji Marsa z Saturnem w Wadze, oraz półkrzyża składającego się z opozycji Plutona do Wenus i kwadratury Urana w Baranie. Cóż to znaczy? Ano, że jakaś praca się kończy, a inna zaczyna, przy okazji zaś pojawiają się naciski losu i niepokój, któremu trzeba sprostać, jednym słowem nerwowo.
Zaczęło się już rano, gdy jedna z kóz wyszła z boksu osowiała i jeść nie chciała. I jak się okazało mleko od niej nie dało się zagotować, tylko się zwarzyło, znak, że prawdopodobnie złapała zapalenie wymienia. Podobnie telefon do urzędu marszałkowskiego raczej nas przygnębił, niż pocieszył odnośnie czekania na decyzję. Nie będę opisywać szczegółów, żeby się niepotrzebnie nie denerwować, ani nie zadziwiać... Poza tym sprawy urzędowo-pracowe trzeba było najpierw załatwić, w gminie (tu cudem mi się udało spotkać odpowiedzialną urzędniczkę będącą na urlopie, i uprosić o załatwienie sprawy) i w domu kultury. Wewnętrzny niepokój nie pozwolił mi zostać na całych zajęciach lepienia z gliny, choć zdążyłam ulepić koziołka i pomóc dzieciakom w uformowaniu krokodyla i lwa. Bo dzisiaj było lepienie figurek zwierzęcych.
Gnana czarnymi myślami wsiadłam na rower, przezornie wzięty do samochodu i wróciłam do domu, na wioskę. Koza stała markotnie w zagrodzie, nie jedząc ani nie pijąc. Ale stała, nie polegując. Stwierdziłam, że nie ma co zwlekać. Ledwie Ania wróciła z warsztatów, kazałam jej dzwonić do weterynarza. Udało się go złapać jeszcze w pracy, uff. Mój niepokój wtedy sięgał zenitu.
Zawiozłyśmy chorą na tylnym siedzeniu do sąsiedniej gminy, weterynarz obejrzał, zbadał testerem mleko z obu wymion, jedno było już zapalone, zmierzył temperaturę, ponad 40 stopni ("Nic dziwnego, że nic nie chce jeść" - stwierdził). Dostała dwa zastrzyki, trzy kolejne dostanie już w domu (he, przydaje się fakt, że Ania ukończyła liceum medyczne), no, i trwa mlekowa kwarantanna.
Lekarz objaśnił też, że to częsty przypadek tzw. letniego zapalenia wymienia. Koza musiała najeść się za dużo czegoś mokrego i sycącego.
- No, tak, wczoraj Iwan ściął złamany konar koszteli i kozy zeżarły większość spadłych jabłek! - uświadomiłam sobie.
- A więc poszło!
Wypuściłyśmy stado z zagrody na pastwisko i wkrótce nasza markotna kozucha zaczęła skubać trawę i resztki słomy na rżysku wraz z całym stadkiem. Uff.. Przy wieczornym udoju zjadła michę owsa, znaczy gorączka spada. Mleko zaś przyjęła Matka Ziemia.

7 komentarzy:

  1. Wszystko dobre, co sie dobrze konczy! Fajnie ze koza dochodzi do siebie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kamphoro, jeszcze się nie skończyło. I poranek pierwszy po jest kiepski, choć gorączka spadła. Ledwie co je, nie chce pić, straciła mleczność. Prawdopodobnie nie wróci już do swej wydajności, nawet gdy wyzdrowieje, a była najlepsza. Spora strata. ;-( Ewa

    OdpowiedzUsuń
  3. Może nie będzie tak źle. Łyska straciła dużo na mleczności ale miała przewlekłe zapalenie wymienia. Wy zorientowałyście się szybko i szybko zostało podjęte leczenie. Jednak każde następne zachorowanie będzie gorsze (dla ilości mleka). Jeszcze Wam Gwiazdeczka sypnie mlekiem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bedzie dobrze!... nie pisz jeszcze o stratach, bo nic nie jest przesadzone.
    Nie znam sie na kozach az tak, ale moze metoda na karmienie chorego konia bez apetytu by pomogla? czyli mesz? Trzeba namoczyc garsc siemienia lnianego przez 24h, nastepnie zlac wode, dodac swiezej i gotowac przez 20 minut. Zalac miarke owsa powstala galaretka z siemieniem, zasypac otrebami, a nastepnie wszystko wymieszac i po lekkim ostudzeniu zadac. Mozna tez gotowac siemie przez 4-6 godzin zamiast namaczac, a nastepnie zalac nim owies.
    Trzymam kciuki.
    A.

    OdpowiedzUsuń
  5. Moj komentarz znowu zniknal?... zaraz napisze od nowa... eech

    OdpowiedzUsuń
  6. Twoje komentarze same przechodzą do spamu i prędzej czy później je wydostaję... ;-) nie wiem co za przyczyna, bo tylko z tobą tak jest. Pozdrawiam, Ewa

    OdpowiedzUsuń