2 stycznia 2011

Awaria czyli pierwsze podsumowania

Wczorajszy dzień pełen był dramatycznych zwrotów do końca. Jego efektem jest: mocny samczyk Lubej, parka Kazi, samiczka Gwiazdy. Wykociły się zatem trzy kozy, jedna po drugiej. Wszystkie dzieci trzeba było odebrać, podstawić do nakarmienia przez matkę i zabrać łożysko, aby nie zostało zjedzone.
Koźląt jest teraz 9, jedno ubyło. Padł szaraczek Zofiji. Znowu przez naszą nieuwagę. Ta koza jest lekko poderwana i karmi z doskoku. Zwłaszcza pierwsze dni są trudne dla jej potomstwa, potem się normuje. Zbyt zaufałyśmy pierwszej konkluzji, że szaraczek jest silniejszy od bliźniaczej białaski i da sobie radę, a to raczej ją trzeba karmić. W rezultacie ona żyje, on nie.
Dokarmiamy zatem (mlekiem udojonym od Misi albo Dziuni) ową małą zosiuczkę (nie ma jeszcze imienia) i zuzinego Zulusa.


Zuzia jako młodziutka pierwiastka (przypomnę: ruja była półtora miesiąca wcześniej, niż co roku i najmłodsze kozy były młodsze, niż zwykle) ma słabo wykształcone wymię i niewiele mleka. Choć Zulus coś tam ciągle ciamka pracowicie, a Zuzia pozwala mu bez szemrania, więc pewnie sprawa jest na dobrej drodze. Jest też w dobrym nastroju i brzuszek mu się zaokrągla. Czasem udało się go podstawić Kazi albo Lubej do possania. Zaraz po porodzie nie odróżniały swoich dzieci od cudzych.
Pozostaje jeszcze Walentynka, współmieszkanka boksu Zuzi. Druga pereszadka. Jest na razie spokojna i ten stan może potrwać.
Trzeba zaglądać po zmroku do obory ze dwa razy, aby przy świetle latarki obudzić towarzystwo i sprawić, że jeszcze sobie podje od matek. Te wizyty odkryły nam przezabawny widok w boksie kaziuków. Otóż ani Kazia, ani Luba, które urodziły prawie jednocześnie nie odróżniają swoich dzieci od cudzych. Zatem karmią, co popadnie, bez żadnego buntu. Jedna Dziunia zna swoje Niuńki, ale Niuńkom też się podoba sępienie u ciotek. Koźlęta zatem od razu utworzyły swoją żłobkową wspólnotę. Po najedzeniu się pokładły się w jednym kąciku w wielkiej gromadce, grzejąc się nawzajem od siebie.


- Jak w żydowskim kibucu. Wsio rawno! - żartuję sobie. Kozy matki ułożyły się spokojnie w innych osobnych miejscach.
Inaczej jest w boksie zosiuków. Tam każda matka leży przy swoim dziecku w innym kącie zagrodzenia. Co rasa to obyczaj zatem.

Poza tym wieczór zastał nas przy świecy.
Wiatr dokonał przed południem poważniejszej awarii prądu, która trwała aż do dzisiejszego rana.
Z tej okazji nasza instalacja c.o. przeszła egzamin i sprawdziła się. Majster, mimo wspomagającej pompki na prąd zamontował rury starym sposobem, grawitacyjnym, czyli z lekkim spadkiem do kaloryfera. Jak do tej pory nie było okazji sprawdzić czy to działa. Ale teraz już wiem. Działa bez zarzutu i nie trzeba było wygaszać pieca. Doszedł bez problemu do 70 stopni i tak trzymał przez kilka godzin.
Niestety zaś instalacja wodna wykazała mankamenty. Hydrofor od jakiegoś czasu utracił stosowne ciśnienie wewnętrzne i trzeba go "napompować". Majster obiecuje wpaść już od wielu tygodni w tej sprawie, ale zawsze ma coś ważniejszego do załatwienia. W rezultacie, gdy brak prądu - woda w kranie zaraz przestaje lecieć. A powinien być zapas około 2 wiader.
Niby mamy już łącze państwowe, ale zawór w piwnicy nie ma jeszcze kranu.

Wieczorem także nagle wrócił mi apetyt. Znaczy, już po święcie i ludziskom rozum wraca. Przyrządziłam zatem "frytki po podlasku", czyli cienko krojone w plastry ziemniaki zapiekane ze słoninką w ścianówce na blaszce. Mniam!

Zapas na dzisiejszy ranek wody wynosił jedno wiadro dla kóz i pół czajnika na kawę.
Wodę prawie całą wypiła jedna Zofija. Kozy karmiące o wiele więcej piją, niż zwykle.
Nie starczyło nawet dla Gusi, która smętnie dreptała po labiryncie tuneli na podwórzu i niechętnie spoglądała na swoją miseczkę z karmą. Bez popicia nie liczy się.
I wtedy zawołała pani Wiera zza swojego płota.
- Pani Aniu! Pani Aniu!
- Słucham? - Ania wychyliła się z obory. (Ja w tym czasie uprawiałam sport zimowy, czyli szuflowanie na podjeździe).
- Nie macie wody, to ja wam stawiam wiadro z wodą tu przy bramie. Weźcie sobie, ło!
No, i tak się sprawa rozwiązała. Nie ma to jak zwykła studnia w potrzebie i wierny żuraw. No, i życzliwa sąsiadka.
Gorzej było z zaparzeniem kawy, bo dziwnym zbiegiem okoliczności akurat gaz wyszedł z butli i trzeba kupić nową w punkcie wymiany w miasteczku. Resztkę wody przelałam zatem z czajnika elektrycznego do zwykłego, podpaliłam pod płytą trochę gazet i patyków i woda zawrzała szybciutko. Ot, tak się sprawdza nowoczesność w domu i zagrodzie. Zdecydowanie jednak lepiej, gdy ma zaplecze tradycyjne w razie awarii.

6 komentarzy:

  1. Nasze uzależnienie od prądu jest przerażające, to fakt. U nas w Łopuchowej brak prądu oznacza również brak wody i ogrzewania :-). W Kosztowej planujemy wszystko tak, by jego brak nie był aż tak uciążliwy :-).
    Wszystkiego najlepszego z okazji zmiany kalendarza!

    PS. Jeśli nadal nie masz ochoty na słodycze, to przez nas. Na ogół zimą włącza nam się większe zapotrzebowanie na tłustości, ta jest pod znakiem słodyczy (ok. 2 ciasta w tygodniu, bez względu na świąteczność czy powszedniość tygodnia) :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie, że macie zaplecze tradycyjne. My nie mamy i radzimy sobie w ten sposób, że zawsze w gospodarstwie czeka jedna pełna butla na zapas. Jak gaz wyjdzie, butlę się wymienia na pełną nawet w środku nocy, a przy najbliższej okazji wyjazdu do miasta, pustą wymienia się na pełną, nawet jeśli w danej chwili nie jest to potrzebne. Wiąże się to z zakupem drugiej butli, ale to jednorazowy wydatek i zapobiega wielu niewygodnym sytuacjom, kiedy w połowie pichcenia obiadu, nagle kończy się gaz.
    Ja niestety nadal biesiaduję (i uszami mi ta sytość wychodzi), bo goście mi zjechali, ale od jutra na ochotnika chyba zgłoszę się do rąbania drewna :-) Tak mnie to siedzenie przy stole wymęczyło.

    OdpowiedzUsuń
  3. Riannon, śprytny sposób (jak u nas mawiają: chitry). Rozważę. Choć, jak mówię, to akurat u nas nie tragedia i daje się zaradzić jak nie tak to siak. Dzisiaj obiad ugotowałam na piecu c.o. Mamy taki z fajerkami, hajnowskiego wynalazku. (Permakulturowo spełnia 2 zadania w jednym, i powiem Ci, że to spora oszczędność na gazie i pieniądzach, zwłaszcza zimą, gdy więcej gotuję dla zwierząt różnej karmy. Właściwie 3 w jednym, bo co.o. ogrzewa jeszcze bojler i wodę do mycia). Można więc było spokojnie przetrwać niedzielę poświąteczną i też brak kasy na koncie. ;-)
    Radku, ciekawe co planujecie na kryzys. Bo takowy (jeszcze większy, niż dobowe, czy dwudobowe, czy nawet trzydobowe, bo i takie przeszłam na Podlasiu, awarie prądu) przyjdzie już za kilka lat! Wystarczy poczytać bloga Agepo, aby uszy postawić, choć tam panowie kombinują raczej bez intuicji, rozumowo. Intuicyjno-wizyjnie powiem więc od siebie: silne wiatry, opady jak cholera, potem susze, brak prądu i na koniec wody, upadnie zbiorowa komunikacja (pociągi, samoloty, autobusy, w końcu samochody też). Myślcie, póki macie możliwość manewru i wcielajcie to w czyn. Najprostsze ogrzewanie, bez prądu podstawowe rzeczy - gotowanie, pieczenie, podgrzewanie wody, wydobywanie wody z ziemi, ze studni, mechanika jednym słowem. O własnym jedzeniu nie wspominając.
    Słodkość? Hm... od dziecka nie mam apetytu na słodkie smaki. Ania tak i czasem coś piecze, ale musi sama jeść. Zatem zjada ona i potem kozy. One uwielbiają ciasto.
    Pozdrawiam
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  4. Noworoczne gratulacje! widzę że sylwestrowe podskoki przeciągnęły się nieco i trwają w najlepsze :) jak tak dalej pójdzie to bez nowej stodółki się nie obędzie;)...wizja nadchodzącego armagedonu to chyba tak dla przeciwwagi;)...3 dni bez prądu i cywilizacja się chwieje:))...nie ma się co martwić na zapas a jak zwykle przetrwają Ci którzy.... nie są słabi w rękach;)

    OdpowiedzUsuń
  5. albo mają tęgi rower, i będą tęgo na nim pedałować, żeby znaleźć schronienie u jakiegoś tęgiego barbarzyńcy. ;-)
    o wizjach gadać nie lubię, właśnie głównie przez takie reakcje, jak twoje. śmiać się też ostatnia nie będę. żadna satysfakcja.
    Pozdrawiam
    ES

    OdpowiedzUsuń
  6. z tymi reakcjami to faktycznie jest kłopot:(nie zawsze są takie jakie BYĆ POWINNY;) trudno też nawet pomyśleć o jakiejkolwiek satysfakcji czy śmiechu kiedy powodów nie pozostanie zbyt wiele;(
    Pozdrawiam
    tęnigin

    OdpowiedzUsuń