21 września 2010

Psi świr

Wczoraj wyjazd do Hajnówki przyniósł załatwienie wreszcie ostateczne rejestracji stada i kóz (tu muszę się poskarżyć, bo każda taka wizyta w Agencji Rolnej trwa co najmniej godzinę! a kozy stoją w tym czasie przy żłobie i czekają, aż gospodyni wróci z urzędu i je wypuści na paszę). Okazało się przy okazji, że nasz ugór, po ostatniej akcji fotografowania z przestrzeni stanu pól, wreszcie będzie można przeklasyfikować zgodnie z rzeczywistym stanem rzeczy, a nie tym sprzed lat 7 (co obowiązywało do tej pory).
W drodze powrotnej zahaczyłyśmy o znajomych w Opace. I tam powiedziano nam, że ostatnia szalona cena ziemniaków na rynku (złotówka za kilogram czyli 100 zł za kwintal) spadła o połowę. Opadają także zwyżkujące dziwnie ceny zboża.
W domu okazało się, że nie ma już jednego kurczaka. Najmniejszego kogutka zielononóżki.
No, i jeszcze to, że Kola ma ranę gryzioną pod okiem. Psice, pod naszą nieobecność pokłóciły się jednym słowem. Już raz tak było, w zeszłym roku. Wtedy rzuciły się na siebie z zębami w sadzie. Poszło o kość, którą sąsiadka dała Koli, a Miła, jako starsza uznała, że jej się należy pierwszej. Połamałam na nich dwa kije zanim je rozpędziłam. I też trochę krwi pociekło.
Tym razem nie mam pojęcia o co poszło, ale wniosek z tego jeden, że nie mogą zostawać razem ze sobą, gdy nikogo nie ma w domu.
Szkopuł w tym konflikcie taki, że Miła, głowa hierarchii jako najstarsza w domu i obejściu ze wszystkich naszych zwierząt (ma 9 lat) to mały czarny kundelek, nieco podobny do pinczera. Kola zaś to duży, silny wilczur. Mała odgryza się jak widać skutecznie, bo do krwi. Kola zaś panuje nad sobą mimo wszystko i w walce raczej stosuje metody obronne, niż atak. Gdyby tylko zechciała, po Miłej zostałyby tylko strzępki. A tak, mała jest cała polepiona od śliny Koli, co oznacza, że nie została pogryziona. A Kola ma dziurę pod okiem.
W tej chwili stan psychologiczny obu wskazuje na sytuację patową. Kola jest chętna przyjaźnić się dalej bez problemu, a Miła siedzi pod łóżkiem i nawet na siku nie chce wyjść. Nie mówiąc o jedzeniu. Zeszłym razem trwało to około trzech dni, więc i teraz pewnie poświruje jeszcze jakiś czas, aż w końcu głód ją wypędzi ze skrytki.

Co do podłogi. Hm... Dzisiaj jest prazdnik. Narodzenie Bogarodzicy (Rożdiestwo Preswiatoj Bohorodicy). I nie ma co spodziewać się majstra.
Kleimy glazurę.
Stary Mikołaj mówi, że od tego święta można, a nawet należy już siać ozime zboże.

3 komentarze:

  1. Ja niestety dałam się naciągnąć na ziemniaki po 1 zł, i mina mi zrzedła jak zapłaciłam 50 zł za worek.
    Życzę rozwiązania pozytywnego z psami!

    OdpowiedzUsuń
  2. Cena o tyle od czapy, że w tym roku jest urodzaj ziemniaków i wszystkim obrodziło. Kartofle lubią kiedy jest mokro.
    Z psami lepiej. Miła wychodzi już spod łóżka, żeby zjeść. Potem wraca. Więc jest postęp. ;-)
    Ewa

    OdpowiedzUsuń