4 marca 2011

Majonez po swojsku

Łucja poprosiła mnie o przepis na majonez. Zajrzałam najpierw do sieci, aby przekonać się, co tam napisano w tej kwestii i jak zaszeregować to, co robię... Rzeczywiście (przeczytałam kilka przepisów podanych na pierwszych miejscach w wyszukiwarce), wydaje mi się, że ludzie zatracili już wiedzę, jak zrobić to zwyczajnie i najprościej. I nie dziwię się, że skarżą się, że im nie wychodzi to, co trzeba, tylko jakaś żółta rzadka papka. Nie będę komentować owych przepisów, do mojego doświadczenia mają się nijak.

Skąd znam swój przepis? Ano z lat 80-tych, gdy wiele spożywczych rzeczy robiło się samemu, bo były nie do dostania w sklepie. Ludzie przypomnieli sobie wtedy jak się wyrabia cukierki-krówki, wynaleźli sposób na domowy keczup i czekoladę (która przyjęła się potem w przemyśle jako wyrób czekoladopodobny). Robiło się także majonez prostym sposobem.
Oto on.
Majonez domowy 

Potrzebne składniki:
- jedno żółtko (żółtko, a nie jajo! Nazwa majonez pochodzi wszak od francuskiego wyrazu moyeu – żółtko).
- łyżeczka musztardy, najlepiej sarepskiej albo rosyjskiej, tradycyjnej (przekonałam się, że nowomyślne musztardy nie dają efektów majonezowych),
- olej (może być oliwa z oliwek, ale jej charakterystyczny smak nie każdemu pasuje), najlepiej tłoczony na zimno w jakiejś przydomowej tłoczarni.
- przyprawy (sól, pieprz, co się chce).

Sos majonezowy wyrabia się w miseczce, zwyczajnie trzepiąc go równomiernie widelcem (nie potrzeba żadnych elektrycznych wymysłów cywilizacji).
Trzeba wiedzieć, że bywa, iż majonez nie wychodzi, nie wiąże się i nie gęstnieje. Aby uniknąć takich niespodzianek najlepiej zadbać o kilka podstawowych spraw zawczasu.
Jajo, olej i musztarda muszą być w jednakowej temperaturze względem siebie. Zatem najlepiej wszystkie składniki wyjąć z lodówki albo na odwrót, przechować jakiś czas poza lodówką, w temperaturze pokojowej.
I jeszcze: żółtko musi być starannie oddzielone od białka, gdyż obecność białka utrudnia, a nawet uniemożliwia ubicie sosu. Ja na wszelki wypadek wyciągam z niego także przyczepione do niego zarodki, aby mieć pewność.
Gdy to wszystko wiemy i mamy, przystępujemy do prostej i szybkiej czynności wytwórczej.
Na miseczkę kładziemy łyżeczkę musztardy. Potem żółtko (starannie oddzielone od białka). Roztrzepujemy widelcem prawą ręką, a z lewej ręki wlewamy cieniutką powolną strużką olej lub oliwę. Cały czas mieszając widelcem. Sos powinien natychmiast zacząć gęstnieć. Jeśli z miejsca nie gęstnieje, nie udał się i lepiej przerwać daremną czynność.
Dolewamy dowolną ilość oleju. Zależnie od potrzeby jaką ilość majonezu chcemy uzyskać. Sos ma apetyczny żółty kolor, w miarę rozcieńczania olejem nieco blednie. Przekonacie się, że to, co oferują sklepy pod nazwą majonezu jest chemicznym białym wymysłem technologów żywienia, nie mającym nic wspólnego z prawdziwym majonezem!
Na koniec przyprawiamy tak jak lubimy, solą, pieprzem czy jeszcze jakimś innym ziółkiem.
I mniam!

Można jeść nie tylko w sałatce, ale i zwyczajnie chleb (najlepiej własnego wypieku) smarować zamiast masła.
Walorem tego sosu jest surowe żółtko - bardzo ważne jest zatem, aby było z organicznego jaja - w ten sposób dowitaminizowujemy i wzmacniamy organizm w najszybszy, najsmaczniejszy i najłatwiej przyswajalny sposób. Ponadto surowy olej/oliwa tłoczony na zimno ma również swoje zalety pokarmowe (w przeciwieństwie do smażonego, czy przemysłowego).

Smacznego!

3 marca 2011

Cisza i nie

W piękny zimowy słoneczny dzień, gdy sople, twardniejące zawsze w nocy na nowo się rozpuszczają, kury z radością pogdakują drepcząc po podwórzowych ścieżkach wśród śniegu, koźlęta wypuszczone z boksów ganiają się szaleńczo przed oborą, koty wylegują na ganku i parapetach okien domu grzejąc w ostrym słońcu, zwiozłyśmy nową dawkę (dawę) siana ze stodoły sąsiadki. Kiedy zapełniona została połowa lamusa (jest to pomieszczenie-pokoik przy oborze na razie o przeznaczeniu wszechstronnym, głównie magazynowym) pojawili się goście, państwo P. i następnie kilka godzin spędziłyśmy przyjemnie już we wnętrzu na rozmowach z nimi.
Ech, muszę niekiedy przyznać, że lubię życie towarzyskie, od czasu do czasu i zrównoważenie tej wielkiej ciszy, która zapanowuje w mojej jaskini w okresie przydługiego osamotnienia.

2 marca 2011

Kalkulacje

Wszystkie jętki zostały już pomalowane ciemnobrązową bejcą. Dokończone lakierowanie ściany w kuchni, po to, aby postawić nadstawkę kredensu na miejscu i przestać się o nią potykać. Majstrowie umówieni na sobotę (uśmieję się, jak zjawią się na to konto we... wtorek).
Ania przejechała się dzisiaj do powiatu sprawy załatwiać i przy okazji zapasy uzupełniła, głównie mąki (wychodzi nam dość sporo, bo piecze chleb, ciasto drożdżowe i bułeczki co najmniej raz w tygodniu - wszystko w piecu ścianowym), kawy, herbaty, oleju i nieco cukru.
Gdy Bozia pozwoli zebrać w tym roku żyto z pola będziemy dysponować własną mąką na chleb. Jednak na razie trzeba kupować.
Niepokoją nas ostatnie podwyżki w sklepach na podstawowe produkty. Obawiam się, że w sezonie będzie niezła jazda z cukrem. W każdym razie chyba tańszy nie będzie. Co prawda sama napojów nie słodzę, ciast mało jadam (mogłabym wcale, ale Ania to równoważy skutecznie) i jeden kilogram cukru mnie samej mógłby na rok starczyć, lecz latem zacznie się robienie przetworów, może jakieś winko czy zacier się ukręci, warto mieć...
Olej przechowuję w piwniczce, ma się tam dobrze i może długo stać. Jakiś czas temu przeszłyśmy na jedzenie tłuszczów zwierzęcych (smalec, słonina, masło), a olej spożywamy na surowo, przede wszystkim w postaci własnoręcznie ubijanego widelcem majonezu (pychotka!). Albo dodatku do śledzia z cebulką (tu najlepszy jest olej lniany, sam w sobie mający pewien rybi aromacik).
W taki oto sposób, zatankowawszy jeszcze benzynę, już drugiego dnia miesiąca wyczerpałyśmy nasz ambitny limit miesięczny, ustalony pod hasłem: "Przeżywamy miesiąc za 200 złotych!". Limit ów przyszedł nam do głów wraz z podatkiem z gminy, wysokości bardzo pocieszającej. Przejście na rolnictwo zdjęło nam z pleców spory ciężar rocznych kosztów.

My jak my, przeżyć możemy, zapasów jednak nie brakuje, paliwo, gaz i opał jest, tłuszcze, mąka, mięso, jaja, mleko są, ale co zrobić, cholewcia z kotami? Ostatni odwyk 3-dniowy od kitiketa był dla nich prawdziwym szokiem. Nie chciały już jeść niczego. I tylko patrzyły na nas wielkimi smutnymi oczami znad swoich miseczek. Ani słoninki, ani mleczka, ani ziemniaczków z omastą, tylko trochę wątróbki albo nerki i miauuuu! miauuu! chrupek nam dajcie, miauuu!!!
- A może, a może - odzywam się nieśmiało...
- Co takiego? - pyta Ania.
- Może to 200 złotych na główkę policzyć? Na ciebie i na mnie? Wtedy starczy na kitiketa, a daj Boże i oszczędności zrobimy?

1 marca 2011

Tutejszy pasztet

Kiedy kilka dni wcześniej opanowuje mnie nagle pomysł, aby upiec z koźlęciny pasztet, taki pasztet jak robił dawno temu mój Tata, a ja mu zawsze w tym asystowałam, a potem podczas wizyty u państwa P. zostaję poczęstowana takim właśnie pasztetem z brytfanki, z koziego mięsa właśnie, to czy ta intuicja to jest telepatia, czy może prekognicja? a może "moc słowa" o jakiej wspomnieli w swoim komentarzu niedawno ZiŁ? tj. moc zaklinania rzeczywistości i magicznego przywoływania zdarzeń, dobrych i złych?
Kto na to odpowie?
Jeśli A. Stern pisze 18 lat książkę, w której spada wielka kość Rzeczpospolitej na ziemię, rozbija się z całą elitą, zaś potem szczątki ofiar są zaorywane i resztki sprzedawane na bazarach, a w rok po wydaniu spada samolot z oficjelami państwowymi i wiele innych szczegółów się zgadza dziejących się później, to czy to jest prekognicja, telepatia lub może "moc słowa", tworząca zdarzenie. I nie byłoby go wcale, gdyby nie ta książka i pisarz, który ją stworzył?
Jeśli chodzi za mną wyobrażenie Ani Maruszeczko podpisującej wczoraj w bibliotece gminnej w Mielniku swoją książkę i dostaję mejla z zaproszeniem na wykład o Nostradamusie, gdzie być może też coś takiego może się wydarzyć, to to jest telepatia, prekognicja czy moc słowa/wyobrażenia?
Nie znam odpowiedzi. Wiem tylko, że tak bywa i zdarza się często ludziom o silnej intuicji i umiejącym nie myśleć, nie kombinować, nie intelektualizować, lecz słuchać, przyglądać się, odbierać każdą reakcję na bodźce, także te dziejące się w przyszłości. Tak samo bliskiej, jak dalekiej i baaardzo dalekiej (żeby nie było, że się odbiera największe prawdopodobieństwo wydarzenia)...
I nie przypuszczam, by jakikolwiek fizyk, matematyk, filozof czy nawet jasnowidz, doświadczający tego zjawiska wiedział na jakiej zasadzie, dlaczego, po co tak się dzieje. Można jedynie przypuszczać z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem.

Wczoraj Ania wylądowała po południu w owej wyżej wspomnianej bibliotece w Mielniku na zebraniu szkoleniowym ankieterów. Andrij Maruszeczko zainicjował, ktoś chce zbadać, pewna firma sondażowa stworzyła pytania zgodne z wszelkimi zasadami statystyki, zatem chętni zadawać owe pytania zostali pouczeni jak to robić. Rusza akcja na temat: "Świadomość narodowa i wyznaniowa oraz relacje narodowościowe i wyznaniowe na terenie południowej części województwa Podlaskiego."
- A ja wiem, co ludzie będą odpowiadać na pytanie w jakim języku mówią - stwierdziłam po przeczytaniu ankiety.
- Co?
- Że w tutejszym, w swoim. Tak samo uważają się za tutejszych, a nie jakichś Białorusów czy Ukraińców. No, może ci bardziej wykształceni będą chcieli do czegoś się przyrównać albo z czymś zewnętrznym utożsamić.
- No, tak. Przecież już tak nam wielu odpowiedziało, jak pytałyśmy.
- Najważniejsze jest odczucie tutejszości. Ale statystykom chyba chodzi o coś zupełnie innego... Jak coś się nazwie, to się i to umiejscowi w szeregu z innymi, upodobni i wyda się to tym samym, co wszystko inne. Jak coś się nazwie, to wydaje się zrozumiałe, okiełznane, łatwe do kontroli i manipulacji. Tutejszości nijak nie skontrolujesz ani nie zawładniesz tym z zewnątrz, nie czując jej i nie będąc z niej.
Teraz myślę jeszcze, że tutejszość to to samo co teraźniejszość. Moc mieszka tak samo w tutejszości (która nie ma nazwy dla samej siebie), jak w czasie teraźniejszym. Wystarczy, że przesunie się uwagę na przeszłość lub przyszłość, albo co by było gdyby, już nie ma mocy. Chyba, że przeniesiesz całą uwagę w czasie i ockniesz się tam, gdzie cię teraz nie ma...
Póki co, dziś wtorek. I dostawca przywiózł płyty gipsokartonowe...

28 lutego 2011

Porządek musi być

Zima nie odpuszcza. Piękne słońce i mróz. Trochę powiało i już się cieszyłam, że przyniesie odwilż, ale nie. Trwa nadal bez zmian. Kury i gęś zwolniły nieśność. Mam ostatnio trzy jaja na 2 dni.
O odstawieniu młodych wciąż nie ma co marzyć, póki się nie ociepli. Na razie zreorganizowałyśmy nieco stado, tj. liczniejsze kaziuki (3+5) poszły do większego boksu zajmowanego dotąd przez białaski, a Misia z Gwiazdą i dziećmi (2+2) poszły do zagródki kaziukowej. Ten większy boks jest ponadto bliżej kostek siana i kaziuki ostatnio dostawały szału na widok możliwości podkradania siana przez szpary w ogrodzeniu, której same nie miały. Nawet 2 razy Dziunia przeskoczyła do Miśki, włoiła jej z byka i sama dorwała się do zdobyczy. Na wielki ryk skrzywdzonych białasek Ania musiała interweniować i przywracać porządek. Teraz - na razie - uspokoiło się. Dojścia do siana pilnuje Kazia i prawie nie dopuszcza reszty swego rodu (oprócz tegorocznych dzieci) do źródła. I wnerw potajemny trwa, tyle, że już nie burzy spokoju w połowie obory. Bo Kazia ma autorytet szefowej i żadna koza jej nie podskoczy.

Młode rosną zdrowo. Król jest już tak wielki i ciężki, że go nie mogę podnieść, waży ze 30 kilogramów. Za to Cycek zostanie chyba mianowany Nieuchwytnym Cwaniaczkiem.

Ponadto polakierowałam wodnym lakierem ściany w pakamerce w wejściu do kuchni. Ania pomalowała dolną część kredensu białą farbą i układam już z wolna akcesoria kuchenne (talerze, kubki, szklanki, sztućce, słoiki z tym i owym) oraz zapasy żywności (mąka, kasza, ryż, takie tam), do tej pory składowane w niewykończonym pokoju, w miejscu docelowym. Powoli powoli porządek nastaje.

26 lutego 2011

Przewiosenne zbytki

Wczoraj Ania rozpętała burzę pyłową w kuchni całkiem od rana. Czyli, po szczegółowej dyskusji ze mną w sprawie efektu końcowego, zabrała się za czyszczenie starego kredensu z większości dawnego ciemnobrązowego ubarwienia (osiągniętego bejcą i woskiem). Wzbiła swoją machiną tuman drobnego pyłu, który osiadł na każdym szczególe wystroju kuchni. Po czym wpuściła mnie z wodą i ściereczką do dokładnego umycia mebla. Na tym praca moja się nie skończyła, bo jak już myję to myję. Wypucowałam zatem jeszcze kuchenkę gazową i omiotłam zapylenie z głównych sprzętów kuchennych oraz podłogi. Ania zajęła się zaś zalepianiem ubytków w drewnie. I tak nam zeszło do wieczora.
Dzisiaj zaś orzekła rano:
- Mamy miesiąc na doprowadzenie chaty do porządku. Koniec z komputerem i internetem. Pracujemy od rana do wieczora. Idzie wiosna i prace w polu. Koźlęta trzeba odsadzić i zacząć doić kozy. Gnój wywalić z obory. Nie ma czasu na zbytki!
Po czym zjadła cokolwiek i fru! pojechała do domu kultury chodnik tkać.
No, to ja na to konto jeszcze trochę w internecie sobie pobuszuję.

25 lutego 2011

Prze-życiowy apel

W zimne zimowe poranki wędruję sobie po swoich ścieżeczkach internetowych, wymieniam czasem zdania ze znajomymi i nie, i ostatnio zbieram wnioski. Zauważam narastającą szybko tendencję, oraz napędzający ją zbiorowy strach (może jeszcze u niektórych kontrolowany lęk, wypierany na co dzień żartami, sceptycznymi i głupkowatymi, albo powoływaniem się na cytaty, że zawsze tak było, że dobrze nie było i ludzie bali się o przyszłość, a przecież wciąż istniejemy...), lub wymachiwaniem sztandarem postępu cywilizacyjno-technologiczno-kulturowego.

Muszę przyznać, że nasza zagroda powstała między innymi z takiego lęku. Przynajmniej mojego. Który w pewnym czasie, jakieś 10 lat temu pojawił się dość konkretnie, a potem już tylko narastał.
Nasze z A. działania są prywatne i można powiedzieć auto-terapeutyczne. Lecz już choćby przez fakt, że trochę osób czytało moje książki i artykuły i opisane w nich apokalipsy, a także w jakiś sposób ludzie ci sugerują się, lub tylko bacznie obserwują moją postawę życiową teraz, może biorąc ją za jakąś wskazówkę, a może za dowód nieuleczalnego dziwactwa, to chcąc nie chcąc wywierają one pewien wpływ na innych.

Wczoraj w necie napotkałam wypowiedź Alefa Sterna (przywołuję go drugi raz na tym blogu całkiem spontanicznie, he, ale to przez podobieństwo intuicji), pod którymi mogłabym się podpisać, jako osoba dotknięta katastroficznymi przeczuciami, lecz nie napisać ich, gdyż wezwania i apele do zbiorowości są obce mojemu charakterowi. Zatem po prostu tutaj zacytuję apel, napisany jego ręką.
Że brzmi patetycznie?
Cóż...

***

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!!!!

Nadchodzi czas żniw. Żniw kości. Kosiarz już rozłożył swoją kosę. Setki, tysiące kos.

Kombajny. One już grzeją silniki.

Nie dajcie się zwieść telewizorom i gadającym głowom. Bądźcie mądrzy przed szkodą, a nie po niej.

Zróbcie zapasy, środków żywności, leków oraz paliwa, węgla, oleju opałowego, opału.

Kupcie nasiona, a po kolejnej nadchodzącej powodzi, skopcie trawniki i pola.

Posiejcie co się da: warzywa, zboża, owoce. Tylko tak przetrwamy kryzys. Chrzanić dopłaty unijne i kontraktowe dostawy. Trzeba zaorać pola i zasiać zboża!!!!!

Róbcie przetwory, gromadźcie zapasy. Kiszona kapusta, smalec, zresztą mądrzy gospodarze wiedzą co i jak. Zapytajcie dziadków.

Kupcie baterie słoneczne, zakładajcie elektrownie wiatrowe.

Jeśli możecie kupcie kurczaki, króliki, krowy i owce.

Zapas własnego mięsa, przyda się w nadchodzących czasach.

Pilnujcie ziemi i pamiętajcie, że ona wyżywi każdego z jego pracy.

Przestańcie wydawać pieniądze na kolorowe rzeczy z telewizora.

Nadchodzi godzina próby.

Pamiętajcie, że będzie to bańka spekulacyjna. Celowo wstrzymana dystrybucja towarów i dóbr.

Pamiętajcie, że te zapasy są gromadzone, na czas kryzysu, ale ich nie będzie, bo zostały rozsprzedane przez cwaniaków, którzy zarabiają na przechowaniu ich niby dla Państwa.

Pamiętajcie, że UE ma zapasy strategiczne, ale mogą nie dojechać na polskie rubieże
wschodnie.

Polę Laskę czeka chwila próby i oby to nie był Ostatni Lot i obym ja Ostatnim Lotem nie był opuszczając miasteczko przeklętych.

Kto ma uszy niechaj słucha. Kto ma głowę na karku niechaj działa.

Na odrzwiach domostw swoich umieście Ostatnie Słowo z Poli Laski.

Alef Stern Czwartek, 24 lutego 2011 roku

24 lutego 2011

Wykończeniówka

Zaniosło nas dzisiaj z wizytą do państwa P. Żeby podejrzeć, jak zaszpachlować samemu łączenia płyt gipsokartonowych. Przy okazji obejrzałyśmy niedawno narodzone koźlaki, w liczbie dwóch. Wykoty przypadły u nich akurat na powrót mrozów, więc pani P. założyła maleństwom... wełniane sweterki po swoich dzieciach, odciąwszy najpierw rękawki i zapinając swetry koziołkom na plecach. Wyglądają teraz obydwa jak drogowcy podczas prac remontowych. Ale, mimo zimna mają się dobrze i są dorodne.
Po powrocie, jak zawsze, tym bardziej mi dokuczył widok naszego domowego bałaganu. Oni jednak są od nas w przodzie z pracami wykończeniowymi, przynajmniej w obrębie kuchni i pokoju, czyli tam, gdzie spędzają najwięcej czasu. U nas wciąż wszystko na głowie, pudła, pudełka, kosze, stosy talerzy i słoików wpost na stole, bo nie ma gdzie ich wetknąć. A nad całością wiszą stare, brudne, drewniane sufity...
Po drodze wstąpiłyśmy do sklepu budowlanego, kupić ciemną bejcę do belek stropowych. Sprzedawca zmartwiony. Nic nie idzie. Nigdy, w żadnym roku istnienia sklepu nie miał aż tak martwego sezonu zimowego.
No, i po powrocie Ania wylądowała na poddaszu z zapałem do pracy. Pomalowała kilka jętek, a ja zrobiłam przy okazji poniższe zdjęcia. Akcesoriów poddaszowych.


Gadżeciarski fotel obciągnięty skórą, z narzuconą wyprawioną skórą z naszego koziołka. Na razie służy głównie do chwilowego odpoczynku.


I kilka słomianych naczyń, ręką Niny i Ani robionych, na najnowszym chodniku utkanym przez Anię na krosnach w domu kultury.

23 lutego 2011

Kocie domki

Oto wstępne zastosowanie dla montowanych szafek kuchennych.


Czyli Kicia j Jasio w swoich apartamentach...

22 lutego 2011

Proroczy wtorek

Mieli według moich racjonalnych planów zapisanych na tym blogu przybyć we wtorek i zamontować szafki kuchenne. Mały poślizg o tydzień nie jest niczym nowym w naszych relacjach. Ot, przymroziło, każdy rozumie. Ale Wtorek wypełnił się prawie co do joty. A to sprawia, że czuję się niczym Alef Stern. Uwaga, uwaga, ja chyba prorokuję!
Dlaczego tylko "prawie", o tym za chwilę.
Wczoraj raniutko, tj. w poniedziałek, zadzwonił znienacka dostawca, że przywiezie gipsokarton, gdyż nie ma już na co czekać. Kryzys w budowlanym handlu trwa od jesieni cały czas bez zmian. To zresztą ciekawa uwaga dla tych, którzy wciąż odkładają budowy i remonty na przyszłość. Mimo, że znajomi sprzedawcy wszyscy mówią, że budowlane rzeczy zdrożeją na wiosnę, nikt nie kupuje żadnych akcesoriów, żadnych materiałów! Trwa to jak cisza morska, czas iście zaczarowany.
Jednakowoż dzisiaj, tak samo z samego rana kierowca ciężarówki zawiadomił nas, że nie da rady wyjechać, zamarzło mu paliwo w samochodzie. Znów w nocy temperatura spadła poniżej 20 stopni.
Mimo to, nasi majstrowie dwaj, tak samo jak zaczarowani, bez żadnych wcześniejszych uzgodnień zjawili się w naszej chacie i mróz ich nie wystraszył. Niby pogadać o planach prac i cenach, ale najwyraźniej Wyprorokowany Wtorek miał moc sprawczą. Kiedy ujrzeli walające się po kątach szafki kuchenne, z ochotą chłopców-majsterkowiczów chwycili za narzędzia i dalejże je ustawiać, dokręcać i montować. W kilka godzin postawili wszystkie do pionu, na nóżkach, przymocowali do ściany, przycięli blat i byłoby wszystko zrobione, gdyby nie zabrakło pewnej niewielkiej, ale istotnej części do baterii kranowej... Nie udało się jej kupić w miasteczkowym sklepie (właściciel nie uzupełnia od dawna zapasów, bo ledwie wiąże koniec z końcem, ze względu na zastój w branży, jak nigdy!), zatem rozeszliśmy się w pół-roboty, umawiając się na telefon, gdy tylko obiecany gipsokarton do nas dotrze.
Nadal zatem zmywam w łazience, żeby było jasne.

Kiedy opisałam całą tę dzisiejszą historię z pewnymi anegdotycznymi detalami, których teraz nie ma w tekście, ogarnęła mnie nagle myśl, która niestety okazała się znowu prorocza. "Kliknij "zapisz!", no, kliknij!" - przymuszała mnie ni stąd ni zowąd intuicja. A rozum na to: "Po co? Już i tak kończę"... I w chwilkę potem zgasło światło i przez kilka minut szukałyśmy po domu w egipskich ciemnościach świecy i zapałek, tudzież latarki. Kiedy prąd wkrótce włączono okazało się, że tekst zniknął nawet z roboczych wersji i już nie zechciało mi się go odtwarzać z pamięci po raz drugi.
Oto tutaj jego wtórnik, dość okrojony.

20 lutego 2011

Zdrowe niezdrowie

Mam kłopoty ze snem. Zasypiam, owszem, ale dość szybko budzę się i zaczynają się godziny trzeźwości aż do świtu. Na szczęście, nie chodzę do pracy na wczesną godzinę i stres z tego powodu mnie nie gryzie. Że się nie wyśpię. Zazwyczaj przecież jednak o świcie zasypiam i śpię mocnym snem kilka bitych godzin, nawet do 10 albo i 11. I śni mi się wtedy, łoj, śni się.
Już nie próbuję przeniknąć (ani tym bardziej niweczyć) przyczyn. Przeważnie bowiem są natury... telepatycznej. Żeby przyczynę bezsenności usunąć musiałabym po prostu odłączyć się od... internetu. Tak jak to udało mi się już dokonać z telewizją. A jak na razie do tego nie dojrzałam.
Nie jest łatwo i prosto mieć unerwienie subtelne jak mimoza. Jeśli komuś trudno jest uwierzyć, że przez cudze emocje, takie i owakie zagadnienia i intensywne myślenie kilku nieznanych mi całkiem osób akurat poruszone, można się notorycznie nie wysypiać, to wytłumaczę całą rzecz na bazie ściśle fizycznej.
I nawet pominę kwestię moich kilku spanikowanych wizyt u lekarzy-specjalistów, spowodowanych niepokojącymi mnie objawami. Objawy zawsze przechodziły mi dokładnie i ostatecznie po wizycie i konsultacji. A po jakimś czasie nadchodziła wiadomość, że ten czy owa z moich znajomych zachorował właśnie na to, co w panice swojej sobie byłam suponowałam.

Oprócz prze-wrażliwości telepatycznej cierpię też na nadwrażliwość na wszystko co chemiczne i sztuczne. Nie jest to co prawda alergia, ale blisko, całkiem blisko. Np. nie jestem w stanie zatrzymać się w sklepie na dłużej, niż minuta-dwie przy stoisku z produktami chemicznymi, tj. środkami czyszczącymi (proszki i płyny do prania i czyszczenia) lub kosmetykami (od szamponów po kremy ochronne). Nie tylko dostaję wtedy swędzenia na całym ciele, ale przede wszystkim czuję smak tych substancji w ustach! Całkowicie realnie i fizycznie. Brrr!
Zmusiłam tym Anię do poszukiwań i zakupiła jakiś czas temu orzechy piorące zamiast proszków do prania, które straszyły mnie zgromadzone w łazience. Pierwsze pranie było dla nas obu eksperymentem, bo rozwieszone na piecu ścianowym napełniło cały pokój specyficznym zapachem, tak samo intensywnym. Ta intensywność nieco mnie z początku przeraziła (że będzie podobnie jak z proszkami), ale już przy drugim praniu wcale nie zareagowałam i teraz okazuje się, że można bez chemii spokojnie żyć.
Wymieniłam także mydła kąpielowe z zapachami na zwykłe mydło szare. Ulga. Bo ilekroć z pośpiechu umyję ręce aromatyzowanym mydełkiem Ani czuję cały ten jego cholernie sztuczny aromat w ustach, aż do mdłości i bólu głowy.

Z biegiem czasu zauważyłam, że wystarczy, że na coś zwrócę uwagę, a od razu zaczyna się reaktywna jazda mojego ciała. A to na pasteryzowane i dosmaczane spirytusem pseudo-piwo czy państwową whódkę, a to na super-konserwowane jedzonka zawarte w puszkach i słoikach, a to na napoje dosładzane aspartamem i inszymi fruktozami. Mogłabym się z moim ciałem zwyczajnie umówić, aby dawało znak w określony sposób, gdy cosik się z czymś nie tak, jak trzeba... Niezależnie od tego, czy mi rzeczywiście dana rzecz szkodzi.
Bo w rzeczywistości, jak dotąd (odpukać!) na nic specjalnego nie narzekam i należę do ludzi odpornych na większość dolegliwości trapiących przeciętną ludzkość. Najgorszą chorobą jaką przebyłam w życiu to grypa hongkong w dzieciństwie, przez co zostałam na nią uodporniona. A od kiedy zamieszkałam na wsi i mieszkam w ogrzewanym glinianym piecem mieszkaniu nie wiem co to przeziębienie, katar, grypa, angina i tego typu sezonowe dolegliwości. Zresztą Anna również ma się w tych sprawach nader dobrze. Co oznacza, że ważne/najważniejsze są warunki, w jakich się mieszka i żyje na co dzień.
Jeśli nawet pojawia się kichanie, ból gardła, ból głowy czy dreszcze, u mnie czy u niej, to szybkie działanie lecznicze (łóżko, termofor, cytryna z cukrem, gorąca herbata, kilka kropel amolu do buzi) szybko sprawę załatwia i unicestwia.

Jaki z tego morał?
Wieś a-cywilizacyjna jest panaceum na większość bolączek. Zaś częstą bezsenność zaczynam coraz lepiej wykorzystywać do wchodzenia w stan czystej medytacji. Może kiedyś uda mi się uzyskanym spokojem promieniować na wszelkie zwichrowania, ludzi, spraw i rzeczy...?

19 lutego 2011

U-cieczka

No, i sypie już drugi dzień. Dzisiaj wreszcie przestało wiać. Chata znów wygląda bez zmian, jak na zdjęciu frontowym.
W środku, niestety, też wciąż bez zmian. Bałagan, zmywanie w miednicy w łazience, wszystkie sprzęty kuchenne odstawione na środek, lawiruję wśród nich, aby napalić w piecu, ugotować posiłek, nałożyć na talerze i zwierzęce miski, niczym akrobatka. Pocieszający jest fakt, że już wszystkie płytki naklejone, trzeba jedynie je jeszcze zafugować.
Mam co prawda przez kilka budowlanych lat ostatnich wprawę w takim życiu biwakowym na co dzień, bywało przecież o wiele gorzej! nie tylko ciasno, brudno, lecz na dokładkę zimno. Więc właściwie znoszę niedogodności bez mrugnięcia okiem. Teraz przynajmniej jest ciepło, a i zjeść mogę kulturalnie w jadalnym pokoju na stole, siedząc zwyczajnie na krześle, a nie jakimś chyboczącym się stołku przy chwiejnej ławie. Mało tego, mogę się nawet wykąpać w gorącej wodzie, w ciepłej łazience, a nie w misce wody w kuchni rozgrzanej przez kilka godzin intensywnego palenia pod płytą do 17 stopni Celsjusza!
Dziczeję w tym wszystkim, dodam jeszcze. W ogóle mam tendencje do mizantropii i im dłużej ludzi nie oglądam, tym bardziej nie chce mi się tego robić. Zapadam jakby w jakiś lej, zresztą całkiem przyjemny lej, albo raczej jaskinię, przyjemny do chwili, gdy ktoś zechce mnie z niego wyciągnąć na świat. Boże, jak ja się opieram! Wszystkimi kończynami, prawie gryzę. I nawet nie ma to żadnego logicznego podłoża, ot, dobrze mi w tej mojej jaskini, ze zwierzętami do rozmów i relacji wszelakich, zamiast przedstawicieli własnego gatunku.
I właśnie wczoraj Ania siłą nieomal wyciągnęła mnie na świat Boży. Najpierw kazała wziąć kąpiel, umyć włosy, wynalazła w szafie jakieś ciuchy, w które kazała mi się ustroić i o odpowiedniej godzinie postawiła do pionu.
Narzekałam. I próbowałam oponować.
- Ale zobacz, Miłka nam uciekła i pobiegła na wioskę i jeszcze jej nie ma. Zostanę w domu, to ją wpuszczę.
- Poczeka. A jak ją przymrozi, to będzie miała nauczkę na przyszłość.
- Ale ona ma cieczkę!
- Trudno. Nic już teraz nie poradzimy na to, gdy uciekła.
Chcąc nie chcąc, załadowałam oporne ciało do samochodu i pojechałyśmy.
O 18. w GOKu odbywała się promocja książki Ani Maruszeczko "Kobieta na zakręcie"... Nie powiem, jak na gminne miasteczko przyszło sporo osób. Nina upiekła swoją słynną szarlotkę. Ania, jak zawsze, wyglądała pięknie i dalejże nawijać, jak to w radiu - rozpuszczoną piątą czakrą z udziałem wenusowego uroku osobistego i dowcipu merkurialnego.
Czemu znalazła się akurat w Czeremsze? Ano, mieszka w sąsiedniej gminie, nad brzegiem Bugu, w niewielkiej wioseczce.
Panie i panowie zadawali różne mądre i mniej mądre pytania, Ania nie oszczędzała strun głosowych, aż w końcu spojrzeliśmy cały ostatni rząd na sali na zegarki, i dalejże dawać znaki Szanownej Prelegentce, niczym realizatorzy telewizyjni, żeby kończyła program. No, i zabrała się za podpisywanie swego dzieła, kolejka ustawiła się całkiem spora. Na odchodnym umniejszyłam jeszcze zapas szarlotki na talerzu i pomknęłyśmy z powrotem do chaty, przypomniawszy sobie o tej naszej biednej krótkowłosej suczce na mrozie i wietrze zostawionej.
Była, tkwiła drżąca na tarasie, a na widok samochodu zaczęła piszczeć z radości i podniecenia. Od dzisiaj wychodzi na siku jedynie na smyczy.